Leonardo da Vinci - Walter Isaacson - ebook
Opis

Najnowsza książka autora bestsellerów Steve Jobs i Innowatorzy – pobudzający wyobraźnię literacki portret Leonarda da Vinci. Odwołując się do liczących tysiące stron notatników geniusza, a także do najnowszych odkryć związanych z jego życiem i dorobkiem, Walter Isaacson snuje porywającą opowieść i po mistrzowsku splata wątki twórczości artystycznej Leonarda z jego dokonaniami naukowymi.

Spod pędzla Leonarda wyszły dwa najsłynniejsze obrazy w historii malarstwa: Ostatnia Wieczerza i Mona Lisa. On sam uważał się jednak nie tylko za malarza, ale też za naukowca i inżyniera. Z pasją graniczącą niekiedy z obsesją prowadził nowatorskie badania nad anatomią człowieka, skamieniałościami, ptakami, maszynami latającymi, botaniką, geologią i sztuką projektowania broni. Niezwykła umiejętność łączenia nauk humanistycznych i przyrodniczych – której symbolem stał się Człowiek witruwiański – uczyniła Leonarda jednym z najbardziej kreatywnych geniuszy w dziejach ludzkości.

Łączenie różnorodnych pasji, tak jak z upodobaniem robił to Leonardo, wciąż pozostaje najlepszym sposobem na rozbudzenie w sobie twórczej inwencji. Życiorys Leonarda – nieślubnego dziecka, homoseksualisty, mańkuta i wegetarianina, mającego problemy z koncentracją i ocierającego się czasem o herezję – to także najlepszy dowód na to, że outsider nie musi stać na straconej pozycji. Jego historia uświadamia nam, jak ważne jest, by nieustannie podsycać głód wiedzy, być gotowym do podawania jej w wątpliwość i mieć odwagę myśleć inaczej.

Za tak ludzki portret geniusza Isaacson zasługuje na wyrazy najwyższego uznania. „The Times”

Wiecznie głodny wiedzy, łatwo się rozpraszający, próżny, a przy tym wegetarianin. W znakomitej biografii Isaacsona Leonardo jest człowiekiem z krwi i kości. „The Sunday Times”

Niezwykle pouczający przewodnik po twórczym dorobku jednego z największych umysłów minionego tysiąclecia. „The Observer”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 899

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału Leonardo da Vinci. The Biography

Copyright © Walter Isaacson 2017All rights reserved.

First published in the United States by Simon & Shuster Inc., 20171230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020

First published in Great Britain by Simon & Shuster UK Ltd, 20171st Floor, 222 Gray’s Inn Road, London WC1X 8HB

SIMON & SCHUSTER and colophon are registered trademarksof Simon & Schuster, Inc.

Przekład Michał Strąkow

Redakcja Monika Skowron

Korekta Anna Hadała-Żołnik, Justyna Charęza, Marcin PiątekDominika Rychel, Tomasz Brzozowski

Skład (na podstawie oryginału) Tomasz Brzozowski

Projekt wnętrza oryginalnej książkiPaul Dippolito

Projekt oryginalnej okładkiJack Smyth S&S Art Dept

Zdjęcie na okładceGetty Images

Zdjęcie autora© The Aspen Institute

Konwersja i korekta wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66360-02-0

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Podziękowania

Marco Cianchi przeczytał niniejszą książkę i podsunął mi wiele cennych, profesjonalnych sugestii; pomagał mi też z tłumaczeniami z języka włoskiego i był moim przewodnikiem po Włoszech. Cianchi, absolwent historii sztuki na Uniwersytecie Florenckim, doktoryzował się na Uniwersytecie Bolońskim, a obecnie wykłada na florenckiej Akademii Sztuk Pięknych. Od lat współpracuje z Carlo Pedrettim i jest autorem licznych książek, między innymi Le macchine di Leonardo (Becocci 1981), Leonardo. I Dipinti (Giunti 1996) oraz Leonardo. Anatomia(Giunti 1997). Podczas mojego pobytu we Włoszech serdecznie się zaprzyjaźniliśmy.

Obszerne fragmenty mojego szkicu przeczytała także Juliana Barone, wykładowczyni Birkbeck College na Uniwersytecie Londyńskim, specjalizująca się w historii życia i twórczości Leonarda; poświęciła mu napisaną na Uniwersytecie Oksfordzkim pracę doktorską, a także kilka książek: Leonardo da Vinci’s notebook: The Codex Arundel (Biblioteka Brytyjska 2008), Studies of Motion: Drawings by Leonardo from the Codex Atlanticus (De Agostini 2011) oraz The Treatise on Painting (De Agostini 2014). Obecnie przygotowuje dwie kolejne publikacje na temat życia i twórczości Leonarda: Leonardo, Poussin and Rubens i Leonardo in Britain.

Nawiązanie kontaktu z doktor Barone zarekomendował mi Martin Kemp, emerytowany profesor historii sztuki z Uniwersytetu Oksfordzkiego i jeden z najwybitniejszych współczesnych znawców Leonarda. Profesor Kemp w ciągu minionego półwiecza napisał – samodzielnie lub we współpracy z innymi naukowcami – siedemdziesiąt dwie prace – książki oraz artykuły naukowe – o życiu i twórczości Leonarda. Poświęcił swój czas i odbył ze mną szereg spotkań w Kolegium Trójcy Świętej w Oksfordzie, podzielił się ze mną rezultatami swoich badań, a także udostępnił mi wstępną wersję książki Mona Lisa: The People and the Painting (Oxford 2017), której jest współautorem. Cierpliwie odpisywał na moje niezliczone e-maile, odpowiadając na pytania i wyjaśniając wątpliwości.

Frederick Schroeder, który w imieniu Billa Gatesa sprawuje opiekę nad Kodeksem Leicester, oraz Domenico Laurenza, autor wielu opracowań na temat wynalazków i dokonań inżynierskich Leonarda, przeczytali fragmenty mojej książki odnoszące się do Kodeksu Leicester; udostępnili mi również swój autorski, uaktualniony przekład tego dzieła, który ma się ukazać drukiem w roku 2018. David Linley zapewnił mi możliwość zapoznania się z rysunkami Leonarda przechowywanymi na Zamku w Windsorze, a także przedstawił mnie Martinowi Claytonowi, kustoszowi tamtejszego muzeum i badaczowi twórczości Leonarda.

Pragnę też podziękować wszystkim pozostałym badaczom oraz pracownikom muzeów, którzy umożliwili mi dostęp do zbiorów, zapewniali wszelaką pomoc i dzielili się ze mną wskazówkami i pomysłami. Do tego grona należy Luke Syson, były kustosz londyńskiej National Gallery, a obecnie Metropolitalnego Muzeum Sztuki w Nowym Jorku; Vincent Delieuvin i Ina Giscard d’Estaing z muzeum w Luwrze; David Alan Brown z Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie; Valeria Poletto z Gallerie dell’Accademia w Wenecji; Pietro Marani z Politechniki Mediolańskiej; Alberto Rocca z Biblioteki Ambrozjańskiej w Mediolanie, a także Jacqueline Thalmann z oksfordzkiego kolegium Christ Church. Dziękuję również pracownikom Villa I Tatti we Florencji, Dumbarton Oaks Library w Waszyngtonie oraz harwardzkiej Biblioteki Sztuk Pięknych. Agencja Getty Images pod kierownictwem Dawn Airey uczyniła moją książkę priorytetowym przedsięwzięciem; w skład zespołu odpowiedzialnego za pozyskiwanie wykorzystanych ilustracji wchodzili David Savage, Eric Rachlis, Scott Rosen oraz Jill Braaten. Na słowa podziękowań zasłużyli również moi koledzy i współpracownicy z Instytutu Aspen, w tym między innymi Pat Zindulka, Leah Bitounis, Eric Motley i Chloe Tabah.

Od ponad trzydziestu lat wszystkie moje prace publikuję w wydawnictwie Simon & Schuster, a to dlatego, że tworzy je zespół nadzwyczaj utalentowanych ludzi: Alice Mayhew, Carolyn Reidy, Jonathan Karp, Stuart Roberts (który sprawował redakcyjną pieczę nad powstaniem niniejszej książki, w tym nad doborem ilustracji), Richard Rhorer, Stephen Bedford, Jackie Seow, Kristen Lemire, Judith Hoover, Julia Prosser, Lisa Erwin, Jonathan Evans i Paul Dippolito. Od początku mojej pisarskiej kariery zawsze czułem wsparcie ze strony Amandy Urban, mojej agentki, doradczyni i przyjaciółki. Strobe Talbot, z którym znamy się od 1979 roku, gdy dołączyłem do redakcji tygodnika „Time”, czytał wstępne wersje wszystkich moich publikacji, począwszy od The Wise Men; za każdym razem przekazywał mi wnikliwe uwagi i słowa zachęty. Teraz, gdy obaj zbliżamy się do jesieni kariery, z sentymentem wspominam drogę, którą przebyliśmy od naszych młodzieńczych lat.

Największy dług wdzięczności mam jak zwykle wobec mojej żony Cathy i naszej córki Betsy, na których mądrość, wsparcie i miłość zawsze mogę liczyć. Dziękuję.

Najważniejsze postaci

Cezar Borgia (ok. 1475–1507) – włoski wojownik, nieślubny syn papieża Aleksandra VI, pierwowzór bohatera Księcia Machiavellego, przez krótki czas chlebodawca Leonarda.

Donato Bramante (1444–1514) – architekt, przyjaciel Leonarda, opracował projekty katedr w Mediolanie i Pawii, a także Bazyliki św. Piotra na Watykanie.

Caterina Lippi (ok. 1436–1494) – wcześnie osierocona wiejska dziewczyna z okolic Vinci, matka Leonarda, a później żona Antonia di Piero del Vacca, noszącego przydomek Accattabriga.

Karol II Amboise de Chaumont (1473–1511) – francuski namiestnik Mediolanu w latach 1503–1511; patron Leonarda.

Beatrycze d’Este (1475–1497) – pochodząca z jednego z najznamienitszych włoskich rodów żona Ludwika Sforzy.

Izabela d’Este (1474–1539) – markiza Mantui, siostra Beatrycze; przez długi czas usiłowała nakłonić Leonarda do namalowania jej portretu.

Francesco di Giorgio Martini (1439–1501) – artysta, inżynier i architekt, pracował wraz z Leonardem nad projektem wieży mediolańskiej katedry, a później towarzyszył mu w podróży do Pawii; przetłumaczył dzieło Witruwiusza i narysował wersję człowieka witruwiańskiego.

Franciszek I (1494–1547) – król Francji od roku 1515, ostatni patron Leonarda.

Papież Leon X, Jan Medyceusz (1475–1521) – syn Wawrzyńca Medyceusza, wybrany na papieża w 1513 roku.

Ludwik XII (1462–1515) – król Francji od roku 1498; rok po wstąpieniu na tron podbił Księstwo Mediolanu.

Niccolò Machiavelli (1469–1527) – florencki dyplomata i pisarz; w roku 1502 posłował do Cezara Borgii i zaprzyjaźnił się z Leonardem.

Julian Medyceusz (1479–1516) – syn Wawrzyńca, brat papieża Leona X, rzymski patron Leonarda.

Wawrzyniec Medyceusz zwanyWspaniałym (1449–1492) – bankier, mecenas sztuki i faktyczny władca Florencji od 1469 roku aż do swojej śmierci.

Francesco Melzi (ok. 1493 – ok. 1568) – mediolański szlachcic, zamieszkał z Leonardem w roku 1507, został jego przybranym synem i spadkobiercą.

Michał Anioł (1475–1564) – florencki rzeźbiarz, rywal Leonarda.

Piero da Vinci (1427–1504) – florencki notariusz, ojciec Leonarda; nie poślubił matki swego pierworodnego syna; w późniejszych latach był czterokrotnie żonaty i doczekał się jeszcze jedenaściorga dzieci.

Andrea Salai, właśc. Gian Giacomo Caprotti da Oreno (1480–1524) – uczeń Leonarda; mając dziesięć lat, zamieszkał z Leonardem, który nadał mu przydomek Salai, czyli „mały czort”.

Ludwik Sforza (1452–1508) – od roku 1481 sprawował faktyczną władzę w Mediolanie; zasiadał na tronie Księstwa Mediolanu od 1494 roku aż do obalenia przez Francuzów w roku 1499; patron Leonarda.

Andrea del Verrocchio (ok. 1435–1488) – florencki rzeźbiarz, złotnik i malarz, właściciel pracowni, w której Leonardo terminował w latach 1466–1477.

Środki płatnicze we Włoszech w roku 1500

Dukat był złotą monetą bitą w Wenecji. Floren był złotą monetą bitą we Florencji. Obie monety zawierały trzy i pół grama złota, a zatem w roku 2017 każda z nich miałaby wartość około stu trzydziestu ośmiu dolarów amerykańskich. Za życia Leonarda jeden dukat lub jeden floren wart był około siedem lirów albo sto dwadzieścia soldów, czyli monet wykonanych ze srebra.

Główne okresy życia Leonarda

Vinci

1452–1464

Florencja

1464–1482

Mediolan

1482–1499

Florencja

1500–1506

Mediolan

1506–1513

Rzym

1513–1516

Francja

1516–1519

Karta z notatnika Leonarda, ok. 1495 r.: szkice do Ostatniej Wieczerzy, studium geometryczne kwadratury koła, plany ośmiobocznych kościołów, a także fragment tekstu zapisanego pismem lustrzanym

WSTĘP

Potrafię także malować

Kiedy Leonardo da Vinci przekraczał wytrącający z równowagi próg trzydziestego roku życia, napisał list do władcy Mediolanu. Wymienił w nim powody, dla których książę na mediolańskim dworze powinien dać mu zatrudnienie. Do tej pory Leonardo odnosił pewne sukcesy jako malarz we Florencji, ale miał kłopoty z ukończeniem zlecanych mu prac i szukał nowych wyzwań. W pierwszych dziesięciu akapitach listu zachwalał swoje umiejętności inżynierskie, w tym projektowania mostów, dróg wodnych, armat, wozów pancernych i budynków użyteczności publicznej. Dopiero na koniec, w jedenastym akapicie, wspomniał o tym, że jest również artystą. „Także w dziedzinie malarstwa potrafię wykonać wszystko, co tylko możliwe” – napisał[1].

O tak, potrafił. Stworzył dwa najsłynniejsze w historii sztuki obrazy: Ostatnią Wieczerzę i Mona Lisę. Ale w swoich własnych oczach był w takim samym stopniu malarzem, co inżynierem i naukowcem. Z radosną pasją, która niekiedy graniczyła z obsesją, studiował anatomię, ornitologię, optykę, botanikę, geologię, hydrologię, badał skamieniałości i wymyślał nowe rodzaje broni. W ten sposób stał się archetypem człowieka renesansu, inspiracją dla wszystkich wierzących, że „nieskończone dzieła natury”, jak ujął to sam Leonardo, tworzą całość, w której da się rozpoznać cudowne prawidłowości[2]. To dzięki umiejętności łączenia sztuki z nauką, której ikoną stał się Człowiek witruwiański, rysunek przedstawiający mężczyznę o idealnych proporcjach, z rozpostartymi rękami, wpisanego w okrąg i kwadrat, dziś uznajemy artystę za najbardziej twórczego geniusza w historii.

Naukowe poszukiwania stanowiły napęd dla jego sztuki. Ściągał skórę z twarzy nieboszczyków, by znaleźć mięśnie odpowiedzialne za poruszanie kącikami ust, a potem namalował najsłynniejszy uśmiech na świecie. Badał ludzkie czaszki, sporządzał szkice kości i zębów, na których pokazywał kolejne warstwy tkanek, by w końcu namalować Świętego Hieronima na pustyni i jego wychudzone ciało w agonii. Zagłębiał się w matematyczne zawiłości optyki, opisał, jak promienie świetlne padają na rogówkę, a następnie, malując Ostatnią Wieczerzę, stworzył magiczną iluzję zmiennych perspektyw.

Dzięki studiom nad światłem i optyką nauczył się posługiwać cieniowaniem i perspektywą w sposób, który pozwolił mu tworzyć na dwuwymiarowej powierzchni obiekty robiące wrażenie trójwymiarowych. „Sprawienie, by ciało namalowane na płaskiej powierzchni wydawało się wypukłe i oddzielone od tejże płaszczyzny – pisał Leonardo – to pierwszy i najważniejszy cel malarza”[3]. W dużej mierze to właśnie dzięki jego pracom umiejętność oddania przestrzennej głębi na obrazie stała się największą innowacją renesansowej sztuki.

W późniejszym okresie życia badał naukowe zagadnienia, kierowany jedynie radosnym pragnieniem poznania tajemnic stworzenia. Kiedy próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego niebo jest niebieskie, nie robił tego po to, żeby móc lepiej namalować obraz. Jego ciekawość świata była bezinteresowna, motywowana wewnętrznie i zachwycająco obsesyjna.

Nawet gdy podejmował najśmielsze intelektualne wyprawy, nauka nigdy nie stanowiła przedsięwzięcia zupełnie oderwanego od sztuki. Obie dziedziny karmiły jego pasję, która nie była niczym innym niż pragnieniem zdobycia całej dostępnej wiedzy o świecie, w tym także o miejscu człowieka na ziemi. Szanował naturę; jej pełnię i harmonię widział w wielu różnorodnych zjawiskach na większą i mniejszą skalę. Notatniki zapełniał szkicami pukli kręconych włosów, a także wodnych i powietrznych wirów, obok których zapisywał matematyczne formuły definiujące spirale. Gdy na zamku w Windsorze oglądałem przyprawiającą o zawrót głowy i lekki oczopląs serię rysunków zatytułowanych Potop, którą Leonardo stworzył pod koniec życia, zapytałem kustosza Martina Claytona, czy jego zdaniem da Vinci zaliczał je do dorobku naukowego czy może raczej artystycznego. Nie zdążyłem nawet wypowiedzieć tego pytania w całości, gdy uświadomiłem sobie, jak bardzo jest ono głupie. „Nie sądzę, żeby Leonardo dokonywał takich rozróżnień” – odparł Clayton.

Postanowiłem napisać tę książkę, ponieważ przykład Leonarda da Vinci lepiej niż jakikolwiek inny pokazuje nam, że kluczem do innowacji, wyobraźni i geniuszu jest umiejętność łączenia różnych dyscyplin – nauki i sztuki, humanistyki i techniki. A właśnie ta idea była tematem przewodnim moich poprzednich biografii. Benjamin Franklin, podmiot moich minionych zainteresowań, był Leonardem da Vinci swojej epoki. Chociaż nie odebrał żadnej formalnej edukacji, dzięki własnemu wysiłkowi stał się pełnym polotu erudytą, najlepszym naukowcem, wynalazcą, dyplomatą, pisarzem i strategiem biznesowym Ameryki wieku oświecenia. Eksperymentem z latawcem dowiódł, że błyskawica to wyładowanie elektryczne, i wynalazł piorunochron, za którego pomocą można takie zjawisko okiełznać. Lista jego wynalazków obejmuje między innymi dwuogniskowe okulary, piec bezdymny, a także instrumenty muzyczne. Poza tym odkrył i opisał Prąd Zatokowy, a na dodatek był jednym z pionierów typowo amerykańskiego szorstkiego poczucia humoru. Albert Einstein, ilekroć w pracach nad teorią względności natrafiał na trudny do rozwiązania problem, sięgał po skrzypce i grał utwory Mozarta, co pomagało mu ponownie dostroić się do kosmicznych harmonii. Ada Lovelace, którą opisałem w książce o innowatorach, łączyła poetycką wrażliwość swojego ojca, lorda Byrona, z zamiłowaniem do matematyki, jakie przejawiała matka; pozwoliło jej to między innymi przewidzieć powstanie komputera ogólnego przeznaczenia. Steve Jobs wieńczył prezentacje nowych produktów slajdem, na którym widniał znak symbolizujący skrzyżowanie technologii i sztuk wyzwolonych. Leonardo był jego bohaterem. „Dostrzegał piękno zarówno w sztuce, jak i w inżynierii – stwierdził Jobs. – To właśnie umiejętność łączenia tych dwóch dziedzin uczyniła go geniuszem”[4].

Tak, Leonardo był geniuszem: szalenie pomysłowym, namiętnie ciekawym świata i niesłychanie twórczym w rozlicznych dziedzinach. Niemniej powinniśmy ostrożnie używać słowa „geniusz”. Rzecz w tym, że przyklejenie mu tej etykietki paradoksalnie umniejsza jego dokonania, sugerując nadnaturalną proweniencję zdolności. Ten błąd popełnił chociażby Giorgio Vasari, szesnastowieczny artysta i jeden z pierwszych biografów Leonarda: „Czasem jedna osoba w nadprzyrodzony sposób zostaje obdarzona przez niebiosa urodą, wdziękiem i talentem w takiej obfitości, że wszystko, co taka osoba robi i tworzy, należy uznać za dar Boga, a nie za dzieło ludzkiego rozumu i umiejętności”[5]. Tymczasem geniusz naszego bohatera był na wskroś ludzki, nabyty dzięki woli i ambicji. W przeciwieństwie do Newtona albo Einsteina nie otrzymał w darze od Boga czy też od natury wybitnego umysłu o mocy przetwarzania informacji tak ogromnej, że my, zwykli śmiertelnicy, nie jesteśmy w stanie nawet sobie tego wyobrazić. Nie odebrał też niemal żadnego formalnego wykształcenia; ledwo radził sobie z czytaniem po łacinie i z pisemnym dzieleniem. Jego geniusz był innego rodzaju, takiego, jaki jesteśmy w stanie pojąć i jaki może być dla nas wzorem do naśladowania. Opierał się na cechach i umiejętnościach, które każdy z nas może w sobie rozwijać, to znaczy na ciekawości świata oraz uważnej obserwacji. Leonardo posiadał też niezwykle żywą, nieskrępowaną wyobraźnię, niejednokrotnie prowadzącą go na granice świata fantazji – to kolejna cecha, którą warto zarówno pielęgnować w nas samych, jak i rozbudzać w naszych dzieciach.

Wyobraźnia odgrywała ogromną rolę we wszystkim, czym da Vinci się zajmował: w przygotowywanych przez niego przedstawieniach teatralnych, w planach zmieniania biegu rzek, w projektach miast idealnych i maszyn latających. Krótko mówiąc, przenikała niemal każdy aspekt jego aktywności na polu sztuki oraz inżynierii. Dobrym przykładem jest list do księcia Mediolanu napisany w czasie gdy wynalazki Leonarda z zakresu inżynierii wojskowej istniały głównie w jego głowie. W początkowym okresie rola Leonarda na mediolańskim dworze polegała zresztą nie na konstruowaniu nowych broni, tylko na tworzeniu opraw widowisk i spektakli. Nawet w szczytowym momencie kariery większość jego wizjonerskich projektów machin wojskowych i latających nie znajdowała praktycznego zastosowania.

Z początku wydawało mi się, że ta skłonność do puszczania wodzy fantazji stanowiła wadę wynikającą z niedostatecznej pracowitości i braku samodyscypliny. Sądziłem, że to właśnie dlatego Leonardo tak często porzucał niedokończone dzieła sztuki i naukowe traktaty. Do pewnego stopnia faktycznie tak było. Wizja bez realizacji to tylko mrzonka. Z czasem jednak nabrałem przekonania, że zdolność artysty do zacierania granicy między rzeczywistością a fikcją niczym w opracowanej przez niego malarskiej technice sfumato, która polega na rozmywaniu konturów, stanowiła tak naprawdę podstawowe źródło jego kreatywności. Talent usycha, jeśli nie padnie na żyzną glebę wyobraźni. A da Vinci potrafił w twórczy sposób łączyć wyobraźnię z umiejętnością obserwacji i to właśnie sprawiło, że stał się jednym z największych innowatorów w dziejach ludzkości.

Punktem wyjścia podczas pracy nad tą książką nie były dla mnie wspaniałe dzieła sztuki Leonarda, tylko notatki, jakie po sobie pozostawił. Moim zdaniem nie ma lepszego sposobu, by zyskać wgląd w umysł tego wyjątkowego człowieka, niż sięgnąć po jego notatniki: ponad siedem tysięcy dwieście stron wypełnionych zapiskami, szkicami, a niekiedy zwyczajnymi bazgrołami. Fakt, że zachowały się aż do dzisiaj, stanowi kolejny dowód na to, jak znakomitym nośnikiem informacji jest papier. Wciąż możemy przeczytać to, co zapisano na nim pięć wieków temu; szanse, że za kolejnych pięćset lat to samo będzie można powiedzieć o dzisiejszych tweetach, są raczej niewielkie.

Na szczęście dla nas Leonardo nie mógł sobie pozwolić na marnowanie papieru i wykorzystywał każdy centymetr kwadratowy na rysunki oraz wykonywane pismem lustrzanym zapiski, które mogą się wydawać przypadkowe i chaotyczne, ale dają pewne wyobrażenie o łańcuchu skojarzeń tego twórczego umysłu. Matematyczne obliczenia sąsiadują ze szkicami przedstawiającymi młodego szelmę – przyjaciela Leonarda, z rysunkami ptaków, latających machin, rekwizytów teatralnych, wodnych wirów, zastawek serca, groteskowych ludzkich głów, aniołów, modeli syfonów, łodyżek roślin, przepiłowanych czaszek, ze wskazówkami dla malarzy, z notatkami na temat optyki i budowy oka, z opisami broni, bajkami i zagadkami, a także studiami do obrazów.

Każda strona jest świadectwem niezwykłej rozległości interdyscyplinarnych zainteresowań, z każdej wyłania się zachwycający obraz umysłu igrającego z naturą. Notatniki Leonarda to wspaniały przykład nieposkromionej ludzkiej ciekawości, a zarazem klucz do lepszego poznania osoby, którą historyk sztuki Kenneth Clark określił „najbardziej ciekawskim człowiekiem w historii”[6].

W notatnikach można natknąć się na rozmaite perełki. Do moich ulubionych należą listy spraw do załatwienia. Jedna z nich, sporządzona podczas pobytu w Mediolanie w latach dziewięćdziesiątych XV wieku, stanowi spis rzeczy, których da Vinci pragnął się nauczyć. „Dokonać pomiarów Mediolanu wraz z przedmieściami” – brzmi pierwsza pozycja na liście. Przyświecał temu praktyczny cel, który zdradza jeden z kolejnych wpisów: „Narysować Mediolan”. Inne punkty pokazują, że Leonardo nieustannie szukał okazji do kontaktu z ludźmi, od których mógłby się czegoś nauczyć: „Spytać mistrza arytmetyki, jak wykonać kwadraturę trójkąta… Wypytać bombardiera Giannina o mury wieży w Ferrarze… Spytać Benedetta Protinariego, jak Flamandowie radzą sobie z poruszaniem się po lodzie… Znaleźć mistrza hydrauliki i poprosić go o wyjaśnienie, jak naprawić śluzę, kanał i młyn pływający… Upomnieć się o wyniki pomiarów słońca obiecane przez Francuza, Maestra Giovanniego Francese”[7]. Głód wiedzy Leonarda był nienasycony.

Takie listy rzeczy, których chciał się nauczyć i które zamierzał zrobić, sporządzał przez cały czas, rok po roku. Niekiedy wyznaczał sobie zadania polegające na obserwowaniu obiektów lub zjawisk, którym większość z nas rzadko poświęca czas i uwagę. „Przeprowadzić obserwację nogi gęsi: gdyby była ona zawsze rozłożona albo zawsze złożona, stworzenie nie byłoby w stanie się poruszać”. Czasem pytał się o sprawy tak powszednie – jak to, dlaczego niebo jest niebieskie – że nikt się nad nimi nie zastanawiał. „Dlaczego ryba w wodzie porusza się sprawniej niż w ptak w powietrzu, podczas gdy powinno być odwrotnie, ponieważ woda jest cięższa i gęstsza od powietrza?”[8].

Najciekawsze ze wszystkich pytań i zadań, jakie sobie stawiał, są te, które wydają się całkowicie przypadkowe. Któregoś razu polecił sobie na przykład: „Opisz język dzięcioła”[9]. Kto u licha ni z tego, ni z owego dochodzi do wniosku, że chciałby się dowiedzieć, jak wygląda język dzięcioła? I jak to w ogóle sprawdzić? Nie była to wiedza potrzebna Leonardowi do namalowania obrazu ani nawet do lepszego zrozumienia, jak latają ptaki. A jednak zapragnął się tego dowiedzieć – a my będziemy mieli okazję się przekonać, że język dzięcioła to całkiem fascynujący temat, który Leonardo chciał zgłębić i opisać, ponieważ był sobą: zawsze ciekawy, głodny wiedzy, pełen zdumienia i zachwytu nad otaczającym go światem.

Na miano najdziwniejszego zapisku zasługuje chyba ten: „Co niedziela chodź do sauny, aby oglądać nagich mężczyzn”[10]. Możemy sobie wyobrazić, dlaczego da Vinci chciał odwiedzać saunę – mogły za tym przemawiać zarówno powody natury estetycznej, jak i anatomicznej. Ale czy naprawdę musiał przypominać sobie o tym na piśmie? Kolejny punkt na liście brzmi: „Nadmuchaj płuca świni i zaobserwuj, czy zwiększają swoją objętość wszerz i wzdłuż, czy jedynie wszerz”. Jak stwierdził Adam Gopnik, krytyk sztuki z „The New Yorkera”: „Leonardo był dziwny, był największym z dziwaków, i nic na to nie poradzimy”[11].

By zmierzyć się z tymi wszystkimi kwestiami, postanowiłem napisać książkę, która opierałaby się przede wszystkim na rękopisach Leonarda. Najpierw odbyłem pielgrzymki do miejsc, gdzie przechowywane są oryginały notatników – do Mediolanu, Florencji, Paryża, Seattle, Madrytu, Londynu, a także do zamku w Windsorze. Postąpiłem zgodnie z zaleceniami samego Leonarda, który radził rozpoczynać badanie każdego problemu od sięgnięcia do źródeł: „Ten, kto może udać się do źródła, nie ma potrzeby czerpać wody z dzbana”[12]. Poświęciłem też wiele czasu na lekturę niezliczonych naukowych artykułów i akademickich rozpraw poświęconych naszemu bohaterowi; autorzy każdej z tych pozycji włożyli wiele lat wytężonej pracy w opisanie bardzo szczegółowych zagadnień. W ciągu kilku ostatnich dekad, zwłaszcza od odkrycia Kodeksów Madryckich w 1965 roku, poczyniono ogromne postępy w analizach i interpretacjach jego pism. Rozwój nowoczesnych technologii przyczynił się z kolei do uzyskania nieznanych wcześniej informacji na temat obrazów oraz technik malarskich artysty.

Odkąd zagłębiłem się w treść pism i notatek Leonarda, zacząłem świadomie poświęcać więcej uwagi zjawiskom, na które dotąd nie zwracałem uwagi; postanowiłem, że spróbuję patrzyć na świat tak, jak robił to on. Ilekroć zauważyłem promienie zachodzącego słońca padające na zasłony, starałem się poświęcić chwilę na to, by przeanalizować sposób, w jaki cienie układały się na fałdach tkaniny. Starałem się obserwować, jak światło odbite od jednego przedmiotu subtelnie zabarwia cienie rzucane przez inne, a także jak połysk na gładkiej i lśniącej powierzchni zmienia położenie, gdy przechylam głowę. Spoglądając na drzewa, jedno rosnące w oddali, drugie bliżej mnie, próbowałem wyobrażać sobie linie perspektywy. Kiedy dostrzegałem wir na wodzie, porównywałem go ze skrętem loków. Gdy miałem trudność ze zrozumieniem jakiegoś matematycznego pojęcia, podejmowałem próby jego wizualizacji. Kiedy jadłem kolację w towarzystwie innych osób, wysilałem się, by zwracać uwagę i analizować związek zachodzący między ich gestami a emocjami. Zauważając cień uśmiechu na czyichś ustach, próbowałem domyślić się, jakie uczucia, myśli i emocje skrywa ta osoba.

Nie, nie upodobniłem się przez to do Leonarda, nie nabrałem jego przenikliwości, nie rozwinąłem w sobie też ani krztyny jego talentu. Nie byłem i nadal nie jestem w stanie stworzyć projektu szybowca, wymyślić nowej metody rysowania map ani namalować Mona Lisy. Potrzebowałem sporo samozaparcia, by wykrzesać z siebie zainteresowanie językiem dzięcioła. Ale nauczyłem się od artysty, że wyrobienie w sobie ciekawości świata i gotowości do zachwycania się zjawiskami i fenomenami, z jakimi mamy codziennie do czynienia, może wzbogacić każdą naszą chwilę.

Istnieją trzy najważniejsze źródła informacji na temat życia i twórczości Leonarda spisane przez autorów niemal mu współczesnych. Pierwszym z nich był Giorgio Vasari, malarz urodzony w 1511 roku (osiem lat przed śmiercią bohatera tej biografii), który napisał pierwszą w dziejach książkę poświęconą historii sztuki: Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Publikacja ukazała się drukiem w 1550 roku, a w roku 1568 opublikowano jej drugie, poprawione wydanie. Poprawki oparte były między innymi na przeprowadzonych przez Vasariego rozmowach z osobami, które osobiście znały Leonarda; jedną z nich był jego uczeń Francesco Melzi[13]. Vasari, będąc florenckim szowinistą, najwięcej miejsca poświęcił omówieniu dorobku swoich dwóch rodaków – Leonarda, a zwłaszcza Michała Anioła, którym przypisał zasługę zapoczątkowania renesansu sztuki (to właśnie u biografa termin „renesans” po raz pierwszy pojawił się w druku)[14]. To, co Vasari napisał o Leonardzie, można by podsumować tak, jak Huckleberry Finn skwitował Marka Twaina: niektóre rzeczy zmyślił, ale na ogół przedstawił wszystko prawdziwie. Poza faktami znajdziemy u Vasariego także sporo plotek, upiększeń, konfabulacji i niezamierzonych błędów. Szkopuł tkwi w tym, by rozpoznać, do której z tych kategorii zaliczają się poszczególne barwne anegdoty – jak choćby ta, że nauczyciel Leonarda oszołomiony talentem ucznia zdecydował się porzucić malarstwo.

Anonimowy manuskrypt z lat czterdziestych XVI wieku, zwany Anonimem Gaddiano od nazwiska rodziny, w której posiadaniu niegdyś się znajdował, zawiera sporo fascynujących szczegółów dotyczących artysty i innych ówczesnych Florentyńczyków. Także i w tym przypadku niektóre z podanych przez anonimowego autora informacji, na przykład ta, jakoby da Vinci mieszkał i tworzył razem z Wawrzyńcem Wspaniałym, mogą być zmyślone, ale wiele innych wydaje się zgodnych z prawdą – choćby wzmianka o tym, że Leonardo lubił nosić różowe tuniki sięgające do kolan, mimo że ówczesne zwyczaje kazały nosić zdecydowanie dłuższe szaty[15].

Trzecim z wczesnych informatorów na temat Leonarda jest Gian Paolo Lomazzo, malarz, który po utracie wzroku zajął się pisaniem. Około 1560 roku Lomazzo napisał manuskrypt Marzenia i dysputy (ale go nigdy nie opublikował); w roku 1584 wydał drukiem obszerny traktat o sztuce. Był uczniem malarza znającego osobiście Leonarda, rozmawiał też z Melzim, który pobierał nauki u samego da Vinci – miał zatem dostęp do informacji z pierwszej ręki. W tekstach wspominał między innymi dość otwarcie o seksualnych preferencjach Leonarda. Inne, znacznie bardziej skąpe pisemne źródła na temat naszego bohatera stanowią zapiski dwóch współczesnych mu autorów: florenckiego kupca Antonia Billiego oraz Paola Giovio – lekarza i historyka.

W wielu tych wczesnych świadectwach wspominano o wyglądzie i osobowości Leonarda. Opisywano go jako mężczyznę niezwykle pięknego i pełnego wdzięku. Wspominano o muskularnej, znamionującej siłę fizyczną sylwetce, o złotych lokach spływających na ramiona i o tym, że zachowywał piękną posturę zarówno wtedy, kiedy w kolorowych ubraniach przechadzał się po mieście, jak i gdy jeździł konno. „Leonardo był pięknie zbudowany i obdarzony wdziękiem” – czytamy w Anonimie. Był także doskonałym rozmówcą i miłośnikiem natury, słynął z tego, że z sympatią i delikatnością odnosił się i do ludzi, i do zwierząt.

Wśród biografów Leonarda nie ma natomiast zgody co do wielu istotnych szczegółów. Już na początku moich poszukiwań odkryłem, że wiele z tego, co wiadomo o życiu artysty – od miejsca narodzin po okoliczności śmierci – uległo mitologizacji, pozostaje tajemnicą lub co najmniej kwestią sporną. A całego mnóstwa rzeczy po prostu nie wiemy. Starałem się według mojego najlepszego osądu ocenić wiarygodność zebranych informacji, a później rzetelnie opisać kontrowersje i argumenty wszystkich stron.

Najpierw ku mojemu zdumieniu, a potem zadowoleniu, odkryłem słabe strony Leonarda. Popełniał błędy. Wciąż zmieniał przedmiot swoich dociekań, strawił mnóstwo czasu na uganianiu się za rozwiązaniami matematycznych problemów; nie kończył obrazów, porzucił prace między innymi nad Pokłonem Trzech Króli, Świętym Hieronimem na pustyni i Bitwą pod Anghiari. W rezultacie istnieje dziś nie więcej niż piętnaście dzieł, których autorstwo można przypisać całkowicie lub głównie jemu[16].

Chociaż przez współczesnych uważany był za człowieka delikatnego i przyjaźnie usposobionego, bywał też gniewny i niespokojny. Pozostawione notatki i rysunki są oknem, przez które możemy zajrzeć do jego rozgorączkowanego, obsesyjnego, pełnego inwencji, a czasem osiągającego szczyty euforii umysłu. Gdyby młody da Vinci żył współcześnie, bardzo możliwe, że otrzymałby receptę na leki łagodzące zaburzenia nastroju i trudności z koncentracją. Nie trzeba być wyznawcą mitu artysty przeklętego, by zdawać sobie sprawę, jak szczęśliwym zrządzeniem losu było to, że Leonarda pozostawiono samemu sobie – mógł walczyć ze swoimi demonami, przywołując smoki.

Jedna z dziwacznych zagadek z notatnika artysty przybliży nam jego osobę: „Ogromna postać ludzkiego kształtu – im bliżej podejdziesz, tym staje się mniejsza”. Co to takiego? Odpowiedź: „Cień rzucany nocą przez człowieka z pochodnią”[17]. Właściwie to samo można by powiedzieć o samym Leonardzie, ja jednak uważam, że ludzkie słabości nie sprawiają wcale, że staje się postacią mniejszego formatu. Jego wielkość – ta prawdziwa i ta powiększona o cień sławy – i tak każą nam widzieć w nim olbrzyma. Upadki i dziwactwa sprawiają jedynie, że jest nam bliższy, pozwalają mieć nadzieję, że my również możemy go naśladować, i dzięki temu jeszcze bardziej doceniamy jego triumfy.

XV wiek należący do Leonarda, Kolumba i Gutenberga był stuleciem innowacji, poszukiwań i rozpowszechniania wiedzy za pomocą nowych technologii, czyli, mówiąc krótko, przypominał obecne czasy. Właśnie dlatego możemy się tak wiele nauczyć od Leonarda. Charakterystyczne dla niego łączenie sztuki i empirycznej wiedzy, nauk technicznych i humanistycznych to wciąż aktualna recepta na kreatywność. Podobnie jak jego „nieprzystawalność” do społecznych wzorców: da Vinci był leworęcznym homoseksualistą z nieprawego łoża, wegetarianinem, miewał problemy ze skupieniem uwagi i od czasu do czasu zdarzało mu się wygłosić herezję. Florencja przeżywała w XV wieku rozkwit, ponieważ stanowiła azyl dla takich ludzi. Przede wszystkim jednak nieukojona ciekawość i pasja eksperymentowania Leonarda przypominają nam, że musimy wpoić, zarówno sobie, jak i swoim dzieciom, nie tylko wiedzę, ale też przekonanie o konieczności podawania jej w wątpliwość. Musimy pamiętać o roli wyobraźni i tak samo jak utalentowani odmieńcy i buntownicy mieć odwagę, by myśleć inaczej.

Widok na miasteczko Vinci i kościół, w którym ochrzczono Leonarda

ROZDZIAŁ 1

Dzieciństwo

Vinci, lata 1452–1464

DA VINCI

Leonardo da Vinci miał szczęście przyjść na świat jako nieślubne dziecko. Gdyby pochodził z prawego łoża, prawdopodobnie zostałby notariuszem – był to zawód, którym prawowici pierworodni synowie w rodzinie jego ojca parali się od co najmniej pięciu pokoleń.

Pierwsze udokumentowane wzmianki o przodkach Leonarda pochodzą z początku XIV wieku i dotyczą praprapradziadka o imieniu Michele, notariusza z toskańskiego miasteczka Vinci położonego około trzydziestu kilometrów na zachód od Florencji*. Rozkwit gospodarki kupieckiej we Włoszech sprawił, że notariusze zaczęli odgrywać coraz istotniejszą rolę w społeczeństwie: sporządzali umowy handlowe, akty sprzedaży ziemi, testamenty oraz inne dokumenty w języku łacińskim, często okraszane nawiązaniami do historii, a także literackimi ozdobnikami.

Z racji tego że Michele był notariuszem, przysługiwał mu honorowy tytuł „ser”. W ślady ser Michelego da Vinci poszli syn, a następnie wnuk. Obaj prowadzili kancelarie notarialne, osiągając jeszcze większe sukcesy niż ich poprzednik – wnuk ser Michelego piastował nawet stanowisko kanclerza Republiki Florenckiej. Kolejny potomek rodu, Antonio, wyłamał się z rodzinnej tradycji. Co prawda on również posługiwał się szlacheckim tytułem i poślubił córkę notariusza, ale najwyraźniej brakowało mu ambicji, która cechowała jego przodków. Przez większość życia utrzymywał się z dochodów z dzierżawy rodzinnych włości; uprawiana przez dzierżawców ziemia przynosiła skromne plony w postaci wina, oliwy i pszenicy.

Syn Antonia, Piero, okazał się bardziej rzutki od gnuśnego ojca. Z powodzeniem prowadził działalność notarialną, początkowo w Pistoi i Pizie. W 1451 roku dwudziestopięcioletni Piero osiadł na stałe we Florencji. Na jednej z poświadczonych przez niego umów widnieje adres kancelarii: mieściła się w Palazzo del Podestà, ówczesnej siedzibie sądu magistrackiego (obecnie Muzeum Narodowym Bargello), nieopodal Palazzo della Signoria, siedziby władz Republiki Florenckiej. Do klientów Piera należały między innymi pobliskie klasztory, a także florencka gmina żydowska. Co najmniej raz Piero świadczył usługi notarialne rodzinie Medyceuszy[1].

Podczas jednej z wizyt w rodzinnej posiadłości w Vinci Piero wdał się w romans z niezamężną wiejską dziewczyną. Owocem ich związku był syn, który przyszedł na świat wiosną 1452 roku. Z tej okazji dziadek chłopca, Antonio, zrobił coś, co nie zdarzało mu się zbyt często: sięgnął po pióro. Fakt narodzin potomka odnotował na ostatniej stronie kajetu należącego z kolei do jego dziadka. „1452: w sobotę dnia 15 kwietnia w trzeciej godzinie nocy (około dziesiątej wieczorem), urodził mi się wnuk, syn mego syna Piera. Nosi imię Leonardo”[2].

Antonio ani słowem nie wspomniał w zapisku o matce wnuka; żadna wzmianka na jej temat nie pojawiła się ani w metryce urodzenia, ani w zapiskach dotyczących chrztu Leonarda. Dopiero ze sporządzonego pięć lat później dokumentu podatkowego dowiadujemy się, że miała na imię Caterina. Jej tożsamość przez długi czas pozostawała zagadką dla współczesnych historyków. Przypuszczano, że urodziła Leonarda, mając dwadzieścia kilka lat; niektórzy badacze spekulowali, że mogła być arabską lub chińską niewolnicą[3]. W rzeczywistości nazywała się Caterina Lippi i była szesnastoletnią sierotą z okolic Vinci.

Nasza wiedza na temat Leonarda wciąż nie jest kompletna; niektóre aspekty jego biografii nadal czekają na odkrycie. Autorami jednej z rewelacji byli Martin Kemp, historyk sztuki z Oksfordu, oraz Giuseppe Pallanti, badacz archiwów z Florencji, którzy w 2017 roku dotarli do nieznanych wcześniej dokumentów zawierających informacje na temat pochodzenia matki Leonarda[4]. Dzięki temu wiemy już, że Caterina urodziła się w 1436 roku w ubogiej rodzinie chłopskiej. Osierocona w wieku zaledwie czternastu lat, zamieszkała wraz z młodszym bratem u babki, która zmarła niespełna dwanaście miesięcy później, w 1451 roku. W lipcu tego samego roku Caterina nawiązała romans z dwudziestoczteroletnim Pierem da Vinci, który był już wówczas osobą wpływową i majętną.

Zawarcie przez dwoje kochanków związku małżeńskiego nie wchodziło w grę. Co prawda jeden z wczesnych biografów Leonarda określił Caterinę mianem dziewczyny „dobrej krwi”[5], jednak trzeba pamiętać o tym, że Piero i Caterina pochodzili z dwóch zupełnie różnych warstw społecznych; co więcej, Piero prawdopodobnie był już wówczas zaręczony z przyszłą żoną Albierą – szesnastoletnią córką uznanego florenckiego szewca, znacznie odpowiedniejszą partią dla notariusza z sukcesami. Ślub Piera i Albiery odbył się osiem miesięcy po narodzinach Leonarda. Możemy przypuszczać, że ich małżeństwo, korzystne pod wieloma względami dla rodzin obojga małżonków, zostało zaaranżowane, a wszelkie szczegóły, w tym wysokość posagu, ustalono zapewne, jeszcze zanim Caterina urodziła syna.

Niedługo po przyjściu na świat Leonarda Piero postanowił uporządkować sytuację życiową matki swego dziecka. Dzięki jego staraniom wyszła za mąż za pracującego dla rodziny da Vinci prostego człowieka, który trudnił się uprawą roli, a także wypalaniem wapna. Mąż Cateriny nazywał się Antonio di Piero del Vaccha i nosił przydomek Accattabriga, czyli awanturnik, choć na szczęście nic nie wskazuje na to, by zasługiwał na to miano.

Rodzinną posiadłość Vinci stanowił dom z niewielkim ogrodem położony w samym sercu miasteczka Vinci, u podnóża murów tamtejszego zamku. Niewykluczone, że to właśnie w tym domostwie urodził się Leonardo, choć istnieją przesłanki podważające taką hipotezę. Obecność ciężarnej, a następnie karmiącej piersią młodej wieśniaczki pod rodzinnym dachem Piera mogła być uznana za kłopotliwą, a nawet niestosowną – zwłaszcza że w tym czasie ser Piero negocjował z szacowną rodziną dziewczyny wysokość posagu przyszłej wybranki.

Według innej wersji wydarzeń, przy której obstaje między innymi lokalna branża turystyczna, Leonardo przyszedł na świat w niedużym domu z szarego kamienia w gospodarstwie w wiosce Anchiano oddalonej o niespełna trzy i pół kilometra od Vinci. Obecnie w tym budynku mieści się skromne muzeum poświęcone Leonardowi. Posiadłość, na której terenie miał urodzić się Leonardo, od 1412 roku należała do rodziny Piera di Malvolto, przyjaciela rodu Vinci. Di Malvolto był ojcem chrzestnym Piera da Vinci, a od 1452 roku także jego nowo narodzonego syna Leonarda – fakt ten uprawdopodabnia tezę, że chłopiec urodził się pod jego dachem. Oba rody od lat łączyły bliskie więzi. Dziadek Leonarda, Antonio, był swego czasu świadkiem przy zawieraniu przez Piera di Malvolto umowy w sprawie wymiany gruntów. W zapiskach dotyczących tej transakcji znajduje się wzmianka, że Antonio przerwał partyjkę tryktraka, ponieważ został poproszony o wystąpienie w charakterze świadka sporządzania dokumentu przez przyjaciela. W latach osiemdziesiątych XV wieku ojciec Leonarda odkupił od krewnych Piera di Malvolto część posiadanej przez nich ziemi, w tym gospodarstwo w Anchiano.

Gdy Leonardo szykował się do przybycia na ten świat, w Anchiano gospodarowała owdowiała matka Piera di Malvolto, od co najmniej dwóch pokoleń zaprzyjaźniona z rodziną da Vinci. Obok domu, w którym mieszkała samotnie siedemdziesięcioletnia wdowa, stał drugi, mniejszy i w gorszym stanie, zbudowany z szarego kamienia (aby zaoszczędzić na podatkach, rodzina di Malvolto utrzymywała, że nie nadawał się do zamieszkania). Ten podniszczony, ale dogodnie położony budynek – trzy kilometry dzielące Anchiano od Vinci można było bez trudu pokonać pieszo – mógł być idealnym schronieniem dla ciężarnej Cateriny, tak jak głosi lokalna tradycja[6].

Leonardo urodził się w sobotę, po czym już następnego dnia został ochrzczony przez miejscowego księdza w kościele parafialnym w Vinci. Chrzcielnica, w której odbył się chrzest małego Leonarda, przetrwała do dzisiaj. Mimo że Leonardo był dzieckiem z nieprawego łoża, rodzina da Vinci postanowiła uczynić chrzciny wydarzeniem publicznym. W ceremonii uczestniczyło dziesięcioro rodziców chrzestnych – jednym z nich był Piero di Malvolto – a kościół został wypełniony tłumem znacznie większym niż w inne niedziele. Wśród gości nie zabrakło przedstawicieli wpływowych rodów ziemiańskich z okolic Vinci. Tydzień później Piero da Vinci pozostawił syna pod opieką Cateriny, a sam powrócił do Florencji, by świadczyć usługi notarialne klientom swojej kancelarii[7].

Leonardo nie pozostawił nam żadnych komentarzy odnośnie do okoliczności swoich narodzin, ale w jego notatkach znajduje się interesująca opinia na temat tego, jak natura sprzyja dzieciom poczętym z miłości. „Mężczyzna odbywający stosunek w sposób agresywny i nie dość łagodny spłodzi dzieci skore do gniewu i niegodne zaufania. Jeśli jednak stosunkowi między kobietą i mężczyzną towarzyszyć będą obopólna miłość i pożądanie, to poczęty potomek będzie nad wyraz inteligentny, dowcipny, żywy i pełen uroku”[8]. Można przypuszczać, a przynajmniej żywić nadzieję, że Leonardo zaliczał samego siebie do tej drugiej kategorii.

Dzieciństwo Leonarda podzielone było między dwa domy. Caterina i Accattabriga zamieszkali po ślubie w niewielkim gospodarstwie na obrzeżach Vinci. Pozostawali w przyjaznych stosunkach z Pierem da Vinci. Wiemy na przykład, że dwadzieścia lat od urządzenia się w domu Accattabriga pracował w wynajętej przez Piera wypalarni wapna; obaj mężczyźni świadkowali też sobie wzajemnie przy zawieraniu i podpisywaniu rozmaitych umów. Accattabriga i Caterina dochowali się czterech córek i syna, natomiast małżeństwo Piera i Albiery pozostało bezdzietne. Ojciec Leonarda doczekał się kolejnego potomka dopiero dwadzieścia cztery lata po narodzinach pierworodnego syna (trzecia oraz czwarta żona Piera urodziły mu w sumie co najmniej jedenaścioro dzieci).

Ponieważ ojciec spędzał większość czasu we Florencji, matka zaś zajęta była własną coraz liczniejszą rodziną, Leonardo przynajmniej od piątego roku życia przebywał głównie w posiadłości dziadków pod opieką wiodącego niespieszny i przyjemny żywot Antonia oraz jego żony. W zeznaniu majątkowym z 1457 roku Antonio wymienił osoby pozostające na jego utrzymaniu; jedną z nich był wnuk, „Leonardo, syn rzeczonego ser Piera, non legittimo, zrodzony z Cateriny, obecnie żony Accattabrigi”.

W domu Antonia mieszkał także młodszy brat Piera, Francesco, ledwie piętnaście lat starszy od swego bratanka Leonarda. Francesco odziedziczył po ojcu zamiłowanie do życia posiadacza ziemskiego; w jednym z dokumentów podatkowych Antonio, niczym kocioł przyganiający garnkowi, opisał najmłodszego syna: „ten, który nie robi nic poza szwendaniem się po rezydencji”[9]. Francesco był ukochanym stryjem Leonarda i zastępował mu na co dzień nieobecnego ojca. Warto dodać, że Vasari w pierwszym wydaniu biografii swojego autorstwa podał błędnie, że stryjem Leonarda był nie Francesco, lecz Piero (błąd ten skorygowano w kolejnej edycji książki).

ZŁOTY WIEK BĘKARTÓW

Jak dowodzi tłum gości przybyłych do kościoła w Vinci na uroczystość chrztu Leonarda, pochodzenie dziecka z nieprawego łoża nie ściągnęło na jego rodzinę publicznej hańby. Dziewiętnastowieczny historyk Jacob Burckhardt nazwał okres renesansu we Włoszech „złotym wiekiem bękartów”[10]. Wśród szlachty i klas rządzących skaza na urodzeniu nie stanowiła zazwyczaj życiowej przeszkody i nie miała negatywnego wpływu na przyszłość dziecka. Papież Pius II zasiadający na tronie Piotrowym w czasach, w których Leonardo przyszedł na świat, opisał swą wizytę w księstwie Ferrary, kiedy to powitało go siedmiu książąt z panującej tam od pokoleń dynastii Este; wszyscy, nie wyłączając samego władcy Ferrary, pochodzili z nieprawego łoża. „Jest rzeczą niezwykłą – pisał Pius – że w całej historii tego rodu nie zdarzyło się ani razu, by na tronie książęcym zasiadł jego prawowity dziedzic; synowie ich kochanic mieli pod tym względem znacznie więcej szczęścia niźli synowie ich żon”[11]. Nawiasem mówiąc, Pius II sam był ojcem co najmniej dwojga nieślubnych dzieci. Jeszcze liczniejszego potomstwa doczekał się papież Aleksander VI, którego pontyfikat również przypadł na okres życia naszego bohatera. Owocem związku Aleksandra z jedną z wielu kochanek był Cezar Borgia mianowany przez ojca kardynałem, a potem dowódcą papieskiej armii. Borgia był przez pewien czas pracodawcą Leonarda; stał się również pierwowzorem Księcia z rozprawy Machiavellego.

Włoska klasa średnia patrzyła na dzieci z nieformalnych związków znacznie mniej przychylnie niż arystokracja. Kupcy, rzemieślnicy i przedstawiciele wolnych zawodów zazdrośnie strzegący swego niedawno zdobytego statusu zrzeszali się w gildie, w których często obowiązywały surowe zasady moralne. Co prawda niektóre stowarzyszenia godziły się przyjmować nieślubnych synów swoich członków, ale drzwi wielu innych pozostawały dla takich kandydatów zamknięte. Osoba niepochodząca z prawego łoża nie miała na przykład żadnych szans na członkostwo w Arte dei Giudici e Notai – szacownej, założonej w 1197 roku gildii, do której należeli sędziowie oraz notariusze, w tym ojciec Leonarda. „Notariusz był zaprzysiężonym świadkiem i skrybą – pisał Thomas Kuehn w książce Illegitimacy in Renaissance Florence. – Jego wiarygodność musiała być nieskazitelna. Osoba pełniąca tę funkcję nie mogła pod żadnym względem odstawać od ogólnie przyjętego wzorca norm społecznych”[12].

Obostrzenia te miały także pozytywne następstwa. Skaza na urodzeniu okazywała się dla wielu młodych, obdarzonych twórczym i niezależnym umysłem ludzi szansą na uwolnienie kreatywnego potencjału. Sprzyjał temu duch epoki – w renesansowych Włoszech kreatywność była w cenie. Wielu ówczesnych poetów, artystów i wybitnie uzdolnionych rzemieślników wywodziło się z nieprawego łoża: Petrarka, Boccaccio, Lorenzo Ghiberti, Fra Filippo Lippi, jego syn Filippino, Leon Battista Alberti oraz, rzecz jasna, Leonardo da Vinci.

Niechlubny rodowód skutkował nie tylko osadzeniem w roli społecznego wyrzutka. Problem stanowił także niejednoznaczny status nieślubnego potomstwa. Jak zauważył Kuehn, „bękart pozostawał członkiem rodziny, ale jego przynależność do niej nie była zupełna”. Taki stan rzeczy często mobilizował, a czasem wręcz zmuszał osoby pochodzące z nielegalnych związków do podejmowania śmielszych i bardziej spontanicznych wyborów życiowych. Rodzina Leonarda zaliczała się do klasy średniej, ale jemu samemu brakowało wyraźnego poczucia przynależności zarówno do środowiska rodzinnego, jak i społecznego. Tak jak wielu pisarzy i artystów młody Leonardo dorastał w poczuciu łączności z otaczającym światem, a zarazem izolacji od niego. Swoisty stan zawieszenia, w jakim trwali wywodzący się z nieprawego łoża, przekładał się na rozmaite aspekty ich życia, w tym na kwestie spadkowe. Sprzeczne przepisy oraz wyroki sądowe pozostawiały wątpliwości, czy nieślubny syn może być prawowitym spadkobiercą; Leonardo przekonał się o tym później, gdy został uwikłany w sądową batalię spadkową z przyrodnim rodzeństwem. „Konieczność mierzenia się z takimi niejednoznacznymi sytuacjami i ich konsekwencjami stanowiła jeden z charakterystycznych aspektów życia w renesansowym mieście-państwie – pisze Kuehn. – Rzutowało to na podziwu godne dokonania w dziedzinie sztuki i humanistyki w ośrodkach miejskich takich jak Florencja”[13].

Ponieważ florencka gildia notariuszy nie przyjmowała w swe szeregi kandydatów non legittimo, Leonardo mógł poświęcić się realizowaniu pasji twórczych; w pewnym sensie podtrzymał też rodzinną tradycję – był gorliwym skrybą, a swoje notatki prowadził z równym zapałem, z jakim kilka pokoleń jego przodków zapełniało księgi notarialne. Byłby jednak kiepskim notariuszem: zbyt szybko nudził się i rozpraszał, zwłaszcza gdy jakieś zajęcie przestawało być dla niego twórczym wyzwaniem, a zaczynało się rutyną[14].

ADEPT DOŚWIADCZENIA

Pochodzenie z nieprawego łoża miało w przypadku Leonarda jeszcze jedną zaletę: jako nieślubne dziecko nie został posłany do jednej z łacińskich szkół, w których przyszli adepci kupiectwa i wolnych zawodów uczyli się języków klasycznych oraz przedmiotów humanistycznych[15]. Leonardo liznął jedynie nieco kupieckiej arytmetyki w tak zwanej szkole rachunkowej; pozostałą wszechstronną wiedzę zdobywał już jako samouk. Z jego zapisków przebija niekiedy rozżalenie, że nie było mu dane odebrać gruntownej edukacji; ze sporą dozą autoironii określał się mianem „człowieka nieuczonego”. Z drugiej strony był niewątpliwie dumny z tego, że za sprawą braku formalnego wykształcenia stał się uczniem doświadczenia oraz eksperymentu. Pewnego razu podpisał się nawet: „Leonardo da Vinci, disscepolo della sperientia”[16]. Dzięki wolnomyślnemu podejściu do wiedzy i nauki nie został akolitą tradycyjnych sposobów myślenia. W jednym z notatników z furią pisał o pompatycznych głupcach, którzy z tego powodu mogliby traktować go z lekceważeniem:

Wiem dobrze, że ponieważ nie odebrałem formalnego wykształcenia, niektórym zarozumialcom może się zdawać, iż mają prawo uważać mnie za ignoranta. Głupcy! (…) [Akademiccy uczeni] przechadzają się napuszeni i nadęci, przyozdobieni owocami nie własnej, lecz cudzej pracy. (…) Będą twierdzić, że skoro nie zaczerpnąłem mojej wiedzy z książek, to nie jestem w stanie powiedzieć nic sensownego na obrany przeze mnie temat – tacy jak oni nie pojmują, że wiedza o rzeczach, którymi się zajmuję, musi być oparta na doświadczeniu, a nie na tym, co ktoś inny na ten temat napisał[17].

Leonardo uniknął akademickiej tresury każącej wpajać studentom zakurzone zasady scholastyki i nagromadzone przez stulecia średniowieczne dogmaty, które zastąpiły klasyczną naukę i oryginalność myślenia. Brak respektu wobec autorytetów i gotowość do podawania w wątpliwość powszechnie przyjętych sądów doprowadziły go do wypracowania własnego, empirycznego podejścia do nauki, które stanowiło zwiastun metody naukowej opracowanej ponad sto lat później przez Bacona i Galileusza. Metoda Leonarda opierała się na eksperymencie, ciekawości świata i zdolności do zachwycania się różnymi zjawiskami, choć inni nie poświęcali im większej uwagi, gdy już wyrośli z wieku dziecięcego.

Do tego dochodziło zamiłowanie i zarazem niezwykły talent do obserwowania cudów natury. Leonardo z podziwu godną precyzją studiował niuanse kształtów oraz cieni. Jak mało kto potrafił też uchwycić dynamikę ruchu, począwszy od trzepotu ptasich skrzydeł, a skończywszy na mimice zmieniającej się pod wpływem emocji. Na tych podstawach opierał później swoje eksperymenty – niektóre z nich wykonywał jedynie w myślach, inne w postaci szkiców i rysunków, jeszcze inne przy użyciu ciał fizycznych. „Zacznę od przeprowadzenia pewnych badań i dopiero potem przejdę dalej – zapowiedział w jednej z notatek. – Zamiarem moim jest bowiem najpierw opisać doświadczenie, a następnie rozumowo wykazać, dlaczego jest ono takie, a nie inne, i dlaczego musi tak być”[18].

Człowiek obdarzony takimi talentami i ambicjami nie mógł przyjść na świat w lepszym momencie historii. W 1452 roku Johannes Gutenberg rozpoczął działalność wydawniczą; wkrótce potem także inni wydawcy zaczęli stosować opracowaną przez niego technikę druku z wykorzystaniem ruchomych czcionek. Dzięki publikowanym przez nich książkom przed ludźmi takimi jak Leonardo – niewykształconymi, lecz utalentowanymi – otworzyły się zupełnie nowe perspektywy i możliwości. Włochy targane dotąd ciągłymi wojnami toczonymi przez miasta-państwa wkroczyły w wyjątkowo długi jak na ówczesne realia czterdziestoletni okres pokoju. Jednocześnie we włoskim społeczeństwie następowała zmiana układu sił: szlachetnie urodzeni właściciele ziemscy tracili na wpływach i znaczeniu, za to coraz wyższą pozycję zajmowali miejscy kupcy i bankierzy, którzy czerpali korzyści z dokonującego się postępu w dziedzinach prawa i rachunkowości, rozwoju systemu kredytów i pożyczek, a także ubezpieczeń. Wraz ze wzrostem zamożności poprawiał się także poziom wykształcenia, coraz powszechniejsze stawały się umiejętności czytania, pisania i liczenia. Imperium Osmańskie szykowało się do ataku na Konstantynopol; z Bizancjum napłynęła na Półwysep Apeniński fala imigrantów, a wśród nich wielu uczonych, którzy przywieźli ze sobą cenne manuskrypty zawierające teksty Euklidesa, Ptolemeusza, Platona, Arystotelesa i innych antycznych filozofów. Krzysztof Kolumb i Amerigo Vespucci, obaj zaledwie o rok młodsi od Leonarda, stali się wkrótce wiodącymi postaciami ery wielkich odkryć geograficznych. Florencja zaś za sprawą prężnie rozwijającej się klasy kupieckiej, której przedstawiciele chętnie udzielali mecenatu artystom, poetom i uczonym, aby w ten sposób zamanifestować swoją nową pozycję społeczną, stała się kolebką renesansowej sztuki i humanistyki.

WSPOMNIENIA Z DZIECIŃSTWA

Leonardo zapisał najżywsze wspomnienie z wczesnego dzieciństwa, będąc dojrzałym pięćdziesięciokilkuletnim mężczyzną. Prowadził w tym czasie studia nad lotem ptaków, w szczególności kani – drapieżnej, przypominającej jastrzębia, o rozwidlonym ogonie i eleganckich rozłożystych skrzydłach, które pozwalały z gracją wzbijać się w powietrze i szybować. Z właściwą sobie wnikliwością obserwował lot i notował spostrzeżenia; w pewnej chwili zauważył, jak ptak rozpościera skrzydła, a następnie opuszcza i rozkłada ogon, szykując się do lądowania[19]. Widok ten obudził w Leonardzie wspomnienie sprzed ponad pół wieku: „Opisywanie kani jest chyba mym przeznaczeniem, ponieważ jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, jak leżałem w kołysce. Zdało mi się wówczas, że sfrunęła do mnie kania i rozchyliła mi usta ogonem, a potem kilkakrotnie pacnęła nim moje wargi”[20]. Można przypuszczać, że w opisie tej sceny puścił nieco wodze fantazji, co w jego wypadku nie byłoby niczym niezwykłym – w tekstach, które wyszły spod jego pióra, niejednokrotnie napotkać można wątki fabulistyczne. Trudno przypuszczać, by dzika ptaszyna mogła faktycznie przysiąść na kołysce i wsunąć ogon w usta leżącego dziecka. Co więcej, sam Leonardo użył sformułowania „zdało mi się”, tak jakby chciał dać do zrozumienia, że jest to raczej opis sennego marzenia, a nie zachowanego w pamięci autentycznego przeżycia.

Wiele z tego, o czym do tej pory wspomnieliśmy – wychowywanie przez dwie matki, częsta nieobecność ojca, wreszcie na poły oniryczna scena oralnego kontaktu z rozedrganym ogonem – mogłoby stanowić dobry materiał do rozważań psychoanalityka. I rzeczywiście, wymienione wyżej fakty z życia Leonarda wzbudziły zainteresowanie samego twórcy psychoanalizy Zygmunta Freuda, który w 1910 roku opublikował dziełko zatytułowane Leonarda da Vinci wspomnienia z dzieciństwa[21].

Freud już na samym początku swoich dywagacji zbacza na manowce, opierając się na kiepskim przekładzie notatki artysty na język niemiecki – tłumacz błędnie przełożył wspomnianego przez Leonarda ptaka i z kani zrobił sępa. W rezultacie cały rozwlekły wywód twórcy psychoanalizy na temat staroegipskiej symboliki sępa oraz etymologicznego związku między słowami „sęp” i „matka” stał się bez znaczenia; zresztą sam Freud przyznał później, że czuł z tego powodu zażenowanie[22]. Pomyłka w kwestii ptasich gatunków to jedno, ale sedno psychoanalizy tkwiło gdzie indziej: Freud wskazał mianowicie, że słowo „ogon” w wielu językach, w tym także w włoskim (coda), stanowi potoczne określenie penisa. Wyciągnął z tego wniosek, że imaginacja Leonarda miała charakter erotyczny i związana była z homoseksualną orientacją artysty. „Opisana w tej fantazji sytuacja, w której sęp rozchyla usta dziecka i energicznie uderza w nie ogonem, odpowiada wyobrażeniu fellatio” – stwierdził. Spekulował też, że Leonardo przekierował tłumione pragnienia w gorączkową aktywność twórczą; to, że wiele jego dzieł pozostało nieukończonych, wynikało zdaniem Freuda z seksualnych zahamowań twórcy.

Interpretacja ta poddana została miażdżącej krytyce, między innymi przez historyka sztuki Meyera Schapiro[23]. Moim zdaniem analiza Freuda więcej mówi o nim samym niż o Leonardzie. Sądzę też, że biografowie powinni podchodzić z dużą dozą ostrożności do prób psychoanalizowania osób, które żyły pięć stuleci temu. Odrealnione wspomnienie Leonarda mogło po prostu stanowić odzwierciedlenie jego zainteresowania lotem ptaków – tematyką, którą pasjonował się przez niemal całe życie. Poza tym nie trzeba było Freuda, by zrozumieć, że popęd seksualny może ulec sublimacji w namiętność innego rodzaju. Zauważył to już Leonardo. „Pasja intelektualna wypiera zmysłowość” – napisał w jednym z notatników[24].

Lepszy wgląd w formacyjne doświadczenia oraz motywacje Leonarda daje nam inna przywołana przez niego scena z przeszłości: jedna z odbytych w młodości wędrówek po okolicy Florencji. Leonardo opisuje, jak podczas spaceru natrafił przypadkiem na wejście do pogrążonej w mroku jaskini i zastanawiał się, czy powinien zapuścić się do środka. „Przeszedłszy spory kawałek drogi między ponurymi skałami, natknąłem się na wylot ogromnej jaskini, przed którym stałem przez czas jakiś, zaskoczony moim odkryciem – wspomina. – Przechylając się to do przodu, to do tyłu, próbowałem dojrzeć cokolwiek z tego, co znajdowało się w środku, ale panujące tam ciemności zupełnie mi to uniemożliwiały. Nagle targnęły mną dwa sprzeczne uczucia: lęk i pragnienie. Lęk przed groźną, ciemną jamą skalną i pragnienie zbadania, czy nie kryje ona w sobie jakichś cudowności”[25].

Ostatecznie pragnienie zwyciężyło. Nieposkromiona ciekawość wzięła górę nad strachem i Leonardo wkroczył do rozpadliny. Odkrył w środku skamieniały szkielet wieloryba wtłoczony w skalną ścianę. „O potężny i niegdyś żywy tworze natury – napisał w notatniku – nie ocaliła cię twa ogromna siła”[26]. Niektórzy badacze są zdania, że Leonardo opisał wędrówkę odbytą jedynie w wyobraźni; nie brak też opinii, że opis jest po prostu parafrazą tekstu zapożyczonego od Seneki. Ale na tej samej stronie, na której umieścił swoją relację, a także na sąsiednich stronicach znalazły się liczne i dokładne opisy skamieniałych muszli; poza tym na terenie Toskanii rzeczywiście znaleziono wiele skamielin kości wielorybów[27].

Skamieniałe szczątki ogromnego ssaka morskiego wywołały w umyśle Leonarda mroczną wizję, która nie dawała mu spokoju przez resztę życia – wizję apokaliptycznego potopu. Na kolejnej stronie notatnika opisuje gwałtowną, nieokiełznaną siłę, jaką dysponował niegdyś znaleziony przez niego wieloryb: „Smagałeś morze rozłożystymi płetwami i rozwidlonym ogonem, wzburzając fale, które miotały statkami i posyłały je na dno”. Potem Leonardo popada w bardziej filozoficzny nastrój. „Ach, jakże niszczycielski jest czas. Iluż królów przeminęło, ileż państw zostało wymazanych z powierzchni ziemi, ileż najróżniejszych zmian nastąpiło od chwili, gdy ta niezwykła ryba dokonała żywota”.

W czasie gdy powstawały te zapiski, Leonardo nie obawiał się już niebezpieczeństw, jakie mogły czyhać w mrocznych czeluściach jaskiń. Miejsce tamtych młodzieńczych obaw zajął egzystencjalny lęk przed niszczycielskimi siłami natury. Leonardo skrobał gorączkowo srebrnym sztyftem po zabarwionym na czerwonawy kolor papierze, opisując apokalipsę, podczas której dzieło zniszczenia rozpocznie żywioł wody, a ostateczny kres życiu na ziemi położy ogień. „Rzeki pozbawione będą wody, ziemia przestanie wydawać plony, na polach nie będzie już falujących łanów kukurydzy; zwierzęta nie znajdą traw na łąkach i wszystkie zginą – pisał. – Następnie żyzna ziemia zostanie strawiona przez ogień; jej powierzchnia spopieleje i tak oto nastąpi ostateczny koniec wszelkiej ziemskiej przyrody”[28].

Wyprawa Leonarda w głąb ciemnej jaskini przyniosła mu nie tylko naukowe odkrycie, ale także fantastyczne wizje – te dwa wątki przez całe życie przeplatały się w jego twórczości. Przetrwał niejedną burzę, dosłownie i w przenośni; wielokrotnie zaglądał też w ponure zakątki ziemi oraz własnej duszy. Nienasycony głód poznania sekretów natury pchał go do coraz to nowych odkryć. Zarówno fascynacje, jak i strachy artysty znalazły wyraz w jego sztuce, poczynając od obrazu przedstawiającego Świętego Hieronima cierpiącego u wejścia do jaskini, a kończąc na rysunkach i opisach apokaliptycznej powodzi.

*    Leonardo bywa nazywany „da Vincim”, tak jakby było to jego nazwisko, tymczasem człon „da Vinci” odnosi się do miejsca urodzenia i oznacza „z (miasta) Vinci”. Nie jest to jednak aż tak poważny błąd, jak twierdzą niektórzy językowi puryści. Za życia Leonarda we Włoszech rozpoczął się proces normowania i rejestrowania użycia nazwisk dziedzicznych; wiele z nich, na przykład Genovese czy di Caprio, wywodziło się z nazw rodzinnych miejscowości. Zarówno Leonardo, jak i jego ojciec Piero często dołączali do swoich imion „da Vinci”. Po przeprowadzce Leonarda do Mediolanu jego przyjaciel i nadworny poeta Bernardo Bellincioni nazywał go „Leonardem Vinci, Florentyńczykiem”.

Florencja ok. 1480 r., pośrodku katedra z kopułą Brunelleschiego, po prawej Palazzo della Signoria (obecnie Palazzo Vecchio), siedziba władz republiki

ROZDZIAŁ 2

Uczeń

PRZEPROWADZKA

Do ukończenia dwunastu lat Leonardo wiódł poukładane i całkiem stabilne życie pomimo pewnych komplikacji w sytuacji jego bliskich. Przez większość tego okresu mieszkał w rodzinnej posiadłości w sercu Vinci z dziadkami i próżniaczym stryjem Franceskiem. W dokumentach sporządzonych w czasie gdy Leonardo miał pięć lat, jego ojca i macochę wymieniono wśród mieszkańców rezydencji w Vinci; później jednak oboje przenieśli się na stałe do Florencji. Matka Leonarda z mężem i coraz liczniejszą gromadką potomstwa mieszkali natomiast w gospodarstwie nieopodal Vinci razem z rodzicami Accattabrigi, a także jego bratem wraz z rodziną.

W 1464 roku w życiu Leonarda zaszły istotne zmiany. Macocha Albiera zmarła w połogu; porodu nie przeżyło także jej niedoszłe pierworodne dziecko. Nieco wcześniej umarł Antonio, dziadek Leonarda i patriarcha. W dodatku nasz bohater wkraczał w wiek, w którym młody człowiek powinien zacząć myśleć o zdobyciu zawodu. Ojciec, który przypuszczalnie czuł się nieco samotny po śmierci żony, postanowił ściągnąć syna do Florencji[1].

Ponieważ Leonardo rzadko pisał o swoich uczuciach, trudno jednoznacznie stwierdzić, co sądził na temat przeprowadzki. Pewien wgląd w to, co czuł, mogą dać niektóre bajki jego pióra. W jednej z nich znajdujemy opis smutnej odysei pewnego kamienia, który spoczywał na szczycie wzgórza w otoczeniu drzew i barwnych kwiatów – innymi słowy, w krajobrazie przypominającym rodzinne strony młodzieńca. Kamień ów widział, że na drodze u stóp wzniesienia leży wiele innych kamieni i w końcu zapragnął się do nich przyłączyć. „Cóż ja tu robię, pośród tych wszystkich roślin? – spytał. – Chcę zamieszkać razem z moimi braćmi, innymi kamieniami”. Stoczył się więc z góry i dołączył do pobratymców. „Wkrótce – kontynuuje Leonardo – kamień zaczął cierpieć niewygody, dokuczały mu koła wozów, podkute żelazem końskie kopyta i stopy wędrowców. Ktoś go przewrócił, kto inny zdeptał. Ubrudzony błotem, a czasem łajnem zwierzęcia unosił się niekiedy i spoglądał tęsknie na swój pagórek, miejsce, gdzie zaznawał niegdyś samotności i świętego spokoju”. Artysta wysnuł z tej historii następujący morał: „Taki właśnie los spotyka tych, którzy porzucają samotne życie wypełnione rozmyślaniami, by zamieszkać w mieście wśród ludzi złej woli”[2].

W zapiskach Leonarda znajdziemy wiele maksym opiewających zalety samotności i życia na prowincji. „Porzuć rodzinę i przyjaciół i ruszaj na wieś, w góry i doliny – radzi początkującym malarzom. – Kiedy przebywasz w samotności, jesteś swoim jedynym panem”[3]. Peany na cześć życia z dala od tłumu i zgiełku wielkich miast brzmią bardzo romantycznie i niewątpliwie przemawiają do tych, którzy pielęgnują w sobie wyobrażenie artysty jako samotnego geniusza. Ale trzeba powiedzieć, że nie znajdowały one pokrycia w wyborach życiowych Leonarda. Przez prawie cały okres twórczy mieszkał we Florencji, w Mediolanie i Rzymie, gęsto zaludnionych ośrodkach handlu i życia twórczego; czas spędzał na ogół w otoczeniu uczniów, przyjaciół i mecenasów. Tylko z rzadka zdarzało mu się wymknąć na wieś i nieco dłużej zażywać samotności. Leonarda, podobnie jak wielu innych artystów, stymulowało towarzystwo osób o różnorodnych zainteresowaniach. Przecząc własnym deklaracjom, napisał kiedyś w jednym z notatników: „Znacznie lepiej jest rysować w towarzystwie niż w samotności”[4]. Wzorzec zaszczepiony przez dziadka i stryja, którzy wiedli spokojne, prowincjonalne życie, oddziaływał na wyobraźnię Leonarda, jednak on sam nigdy nie poszedł w ślady przodków.

Po przyjeździe do Florencji zamieszkał u ojca, który dopilnował, by jego nastoletni już syn zdobył podstawowe wykształcenie; to dzięki wstawiennictwu i kontaktom rodzica Leonardo uzyskał możliwość terminowania w pracowni dobrego i cenionego artysty, a potem zdobył pierwsze zlecenia. Ser Piero nie zrobił jednak tego, co dla ustosunkowanego notariusza byłoby drobnostką – nie przeprowadził urzędowego procesu, by Leonardo został oficjalnie uznany za jego prawowitego potomka. Aby tak się stało, ojciec i syn musieli stawić się przed obliczem palatyna, czyli lokalnego dygnitarza, do którego kompetencji należało między innymi legitymizowanie nieślubnych dzieci; zgodnie z obyczajem syn klękał przed urzędnikiem, ojciec zaś przedstawiał stosowny wniosek[5]. Piero jednak nie zdecydował się na taki krok. Jest to tym bardziej zaskakujące, że Leonardo był jego jedynym dzieckiem.

Być może Piero liczył na to, że doczeka się jeszcze dziedzica, który zgodnie z rodzinną tradycją zostanie notariuszem – ale dwunastoletni Leonardo nie przejawiał po temu najmniejszych skłonności. Według Vasariego rodziciel zauważył, że syn „wciąż tylko rysował i rzeźbił, upodobawszy sobie te zajęcia bardziej niż cokolwiek innego”. Co więcej, gildia notariuszy trzymała się sztywno zasady nieprzyjmowania kandydatów pochodzących z nieprawego łoża, nawet tych legitymizowanych przez ojców. Obejście tego przepisu nie byłoby proste. Piero najwyraźniej nie widział zatem powodu, by prawnie uznać Leonarda. Nie robiąc tego, mógł mieć nadzieję, że spłodzi kolejnego syna, który podtrzyma rodzinną tradycję zawodową. Rok później Piero ożenił się powtórnie, tym razem z córką prominentnego florenckiego notariusza. Jednak dopiero trzecia żona, poślubiona w 1475 roku, o sześć lat młodsza od Leonarda, urodziła serowi prawowitego męskiego następcę, który spełnił pokładane w nim nadzieje i faktycznie został notariuszem.

FLORENCJA

W historii ludzkości niewiele było miejsc stanowiących bardziej inspirujące środowisko do rozwoju kreatywności niż piętnastowieczna Florencja. Za czasów Leonarda nie mogło się z nią równać żadne miasto na świecie. Lokalna gospodarka, wcześniej oparta na przędzalniach wełny, w których pracowali niewykwalifikowani robotnicy, rozwinęła się – podobnie jak nowoczesna ekonomia naszych czasów – dzięki połączeniu świata sztuki ze światem technologii oraz handlu. Współpraca rzemieślników z producentami jedwabiu i kupcami umożliwiła florenckim zakładom sukienniczym produkcję tkanin będących prawdziwymi arcydziełami. W 1472 roku we Florencji działały osiemdziesiąt cztery warsztaty snycerskie, osiemdziesiąt trzy przędzalnie jedwabiu, trzydzieści trzy pracownie mistrzów malarskich oraz czterdzieści cztery warsztaty złotnicze i jubilerskie. Miasto było także ważnym ośrodkiem bankowym; floren, moneta powszechnie ceniona z uwagi na wysoką zawartość kruszcu, stał się jednym ze standardowych środków płatniczych w całej Europie, a wprowadzenie przez florenckich kupców metody podwójnego księgowania, pozwalającej tworzyć przejrzyste zestawienia wpływów i wydatków, przyczyniło się istotnie do rozkwitu handlu. Tamtejsi czołowi myśliciele przyjęli z entuzjazmem założenia renesansowego humanizmu pokładające wiarę w godność jednostki i możliwość osiągnięcia szczęścia poprzez wiedzę. Jedna trzecia mieszkańców potrafiła czytać i pisać – w tamtych czasach żadne inne europejskie miasto nie mogło się pochwalić równie wysokim wskaźnikiem alfabetyzacji. Florencja stała się centrum kupieckim i finansowym ówczesnego kontynentu europejskiego, a jednocześnie prawdziwym tyglem nowych idei.

„Piękna Florencja łączy w sobie wszystkie siedem cech miasta idealnego – pisał eseista Benedetto Dei w 1472 roku, czyli wtedy, gdy mieszkał tam Leonardo. – Po pierwsze cieszy się zupełną wolnością; po drugie ma liczną populację, a mieszkańcy są zamożni i noszą eleganckie odzienie; po trzecie położona jest nad rzeką o czystych wodach, a w obrębie jej murów pracują młyny; po czwarte, sprawuje kontrolę nad okolicznymi zamkami, miasteczkami i dobrami ziemskimi; po piąte, posiada uniwersytet, gdzie naucza się zarówno greki, jak i rachunkowości; po szóste, ma mistrzów w każdej ze sztuk; po siódme, dysponuje bankami i przedstawicielami handlowymi na całym świecie”[6]. Przymioty idealnego ośrodka miejskiego, które wymienił Dei, stanowiły atut nie tylko w XV wieku, ale i obecnie: miasto potrzebuje zarówno „wolności” i „czystej wody”, jak i „eleganckiego odzienia” dla mieszkańców oraz uniwersytetu, na którym wykłada się starożytną grekę oraz rachunkowość.

Florencja szczyciła się też najpiękniejszą we Włoszech katedrą, którą w latach trzydziestych XV wieku zwieńczono największą na świecie kopułą zaprojektowaną przez architekta Filippa Brunelleschiego. Jego dzieło to prawdziwy triumf sztuki i inżynierii. Łączenie obu tych dziedzin to rzecz charakterystyczna dla kreatywnego ducha Florencji. Wielu mieszkających i tworzących w tym miejscu artystów było jednocześnie architektami, a rozwój florenckich przemysłów – sukienniczego i jedwabniczego – był efektem mariażu technologii, sztuki wzorniczej, chemii oraz handlu.

W licznych florenckich warsztatach, kantorach i manufakturach krzyżowały się ścieżki ludzi o najróżniejszych talentach, nic zatem dziwnego, że łączenie idei, wiedzy i umiejętności z rozmaitych dziedzin szybko stało się normą. Producenci jedwabiu nawiązywali współpracę z klepaczami złota, by zaspokoić zapotrzebowanie na szykowne tkaniny. Architekci wespół z malarzami rozwijali naukę o perspektywie. Snycerze we współpracy z architektami zdobili wnętrza stu ośmiu florenckich kościołów. Warsztaty stawały się pracowniami. Kupcy zamieniali się w finansistów. Rzemieślnicy przedzierzgali się w artystów [7].