Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 834 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną - Sylvie Simmons

To biografia fenomenalnego poety i pieśniarza na miarę jego talentu. W swej obszernej, bogato ilustrowanej fotografiami książce Autorka przedstawia drogę Leonarda Cohena na światowe listy przebojów, twórczość owocującą najwyższymi nagrodami Kanady, wybory dotyczące życia duchowego i osobiste perypetie. Wspomnienia jego kobiet, przyjaciół, współpracowników i rozmowa z Cohenem tworzą niepowtarzalną opowieść.

Opinie o ebooku Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną - Sylvie Simmons

Fragment ebooka Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną - Sylvie Simmons

Copyright © 2012 by Sylvie Simmons Copyright © for the translation by Magdalena Bugajska Copyright

Pamięci N.A.

Sposób, w jaki coś robisz, jest sposobem, w jaki robisz wszystko.

Tom

PROLOG

Jest bardzo uprzejmym, eleganckim mężczyzną o staroświeckich manierach. Kłania się, gdy cię spotyka, wstaje, gdy wychodzisz, upewnia się, że jest ci wygodnie, i nie wspomina nawet o tym, że jemu nie jest. Zdradza go tylko dyskretne gładzenie greckich paciorków, które nosi w kieszeni. Jest skryty, raczej nieśmiały, ale jeśli koniecznie trzeba zagłębić się w jakiś temat, wkłada stopy w strzemiona z godnością i humorem. Uważnie dobiera słowa, jak poeta albo polityk, z naturalną precyzją, wyczuciem ich brzmienia, z talentem oraz skłonnością do tajemniczości i odbiegania od tematu. Zawsze lubił niedopowiedzenia. W jego sposobie mówienia jest coś konspiracyjnego – również wtedy, gdy śpiewa – tak jakby dzielił się intymnym sekretem.

Jest bardzo schludny – nie ma niczego w nadmiarze – oraz niższy, niż można by się spodziewać. W świetnej formie. Zapewne dobrze wyglądałby w mundurze. Teraz ma na sobie garnitur. Ciemny, prążkowany, dwurzędowy, i jeśli nie został uszyty na miarę, wcale na to nie wygląda.

– Kochana – mówi Leonard. – Urodziłem się w garniturze1.

1

URODZONY W GARNITURZE

When I’m with youI want to be the kind of heroI wanted to be when I was seven years olda perfect man who kills

Kiedy jestem z tobą chcę być bohaterem, którym chciałem być gdy miałem siedem lat doskonałym mężczyzną, który zabija

The Reason I write (Powód, dla którego piszę ), przeł. Maciej Karpiński, z tomu Selected Poems 1956–1968 (Wiersze wybrane 1956–1968)

Szofer skręcił z głównej drogi przy synagodze, która zajmowała większą część przecznicy, i jechał wzdłuż kościoła św. Macieja znajdującego się na przeciwległym rogu, a następnie na wzgórze. Na tylnym siedzeniu samochodu siedziała kobieta – dwudziestosiedmioletnia, atrakcyjna, o mocnych rysach twarzy, stylowo ubrana – i jej nowo narodzony syn. Ulice, które mijali, były eleganckie i schludne, podobnie jak okalające je drzewa. Spodziewać by się można, że duże domy z cegieł i kamienia zapadną się pod ciężarem swojego zadufania, ale zdawały się unosić na zboczach wzgórza. Mniej więcej w połowie drogi kierowca skręcił w boczną uliczkę i zatrzymał się na jej końcu, przy 599 Belmont Avenue. Dom był duży i solidny, wyglądał dostojnie. Zbudowany został w stylu angielskim, a jego ciemne cegły złagodzone białą werandą od frontu, zaś z tyłu parkiem Murray Hill – czternastoma akrami trawników, drzew i rabatek z kwiatami, z którego z jednej strony rozpościerał się widok na Rzekę Świętego Wawrzyńca, a z drugiej na centrum Montrealu. Szofer wysiadł z samochodu i otworzył tylne drzwi, a Leonard został poniesiony białymi, frontowymi schodami do swojego domu rodzinnego.

Leonard Norman Cohen urodził się 21 września 1934 roku w szpitalu Royal Victoria, szarym budynku z kamienia, w Westmount, zamożnej dzielnicy Montrealu w Kanadzie. Według zapisów, miało to miejsce w piątkowy poranek o szóstej czterdzieści pięć. Wydarzyło się to w pół drogi między wielkim kryzysem a drugą wojną światową. Licząc wstecz, Leonard został poczęty między świętem Chanuka a Bożym Narodzeniem, podczas jednej z ostrych zim, które co roku nawiedzały jego miasto. Wychował się w domu pełnym garniturów.

Nathan Cohen, ojciec Leonarda, był zamożnym kanadyjskim Żydem prowadzącym biznes krawiecki. Firma The Freedman Company znana była z eleganckich strojów i Nathan lubił ubierać się elegancko, nawet na nieformalne okazje. Wybierał garnitury (jak i domy) o angielskiej elegancji i nosił je z kamaszami i przyozdobioną butonierką, a kiedy zaczął podupadać na zdrowiu, ze srebrną laską. Masha Cohen, matka Leonarda, była o szesnaście lat młodszą od męża rosyjską Żydówką, córką rabina i świeżą emigrantką. Z Nathanem pobrali się niedługo po jej przybyciu do Montrealu w 1927 roku. Dwa lata później urodziła pierwsze z dwojga dzieci, siostrę Leonarda Esther.

Wczesne zdjęcia Nathana i Mashy ukazują go jako dobrze zbudowanego mężczyznę o kwadratowej szczęce i szerokich ramionach; Masha, szczuplejsza i o głowę niższa, dla odmiany była krągła i o miękkich rysach. Wyraz jej twarzy jest jednocześnie dziewczęcy i monarszy, podczas gdy Nathan zdaje się surowy i mrukowaty. Nawet jeśli nie była to tylko poza przybrana do fotografii głowy rodziny, Nathan zdecydowanie był bardziej powściągliwy i bardziej zangielszczony niż jego ciepła, uczuciowa rosyjska żona. Jako pulchne dziecko z kwadratową buzią, Leonard był kopią swego ojca, ale z wiekiem jego twarz przybrała kształt serca – jak twarz matki – ma gęste, pofalowane włosy i ciemne oczy o opadających powiekach i głębokim spojrzeniu. Po ojcu odziedziczył wzrost, schludność, przyzwoitość i miłość do garniturów. Po matce – charyzmę, melancholię i miłość do muzyki. Masha zawsze śpiewała, gdy krzątała się po domu – częściej po rosyjsku i w jidysz niż po angielsku – sentymentalne ludowe piosenki, które znała z dzieciństwa. Dobrym kontraltem, z towarzyszeniem wyimaginowanych skrzypiec, Masha wyśpiewywała emocje od radości do melancholii i z powrotem. „Jak z Czechowa”, opisywał swoją matkę Leonard1. „Śmiała się i łkała równie mocno”2, powiedział, emocja za emocją nadchodziły bardzo szybko. Masha Cohen nie była kobietą nostalgiczną; nie mówiła wiele o kraju, który opuściła. O przeszłości opowiadała tylko w piosenkach.

Mieszkańcy Westmount byli zamożnymi protestanckimi Kanadyjczykami z wyższej klasy średniej i drugim, trzecim pokoleniem kanadyjskich Żydów. W mieście, w którym rządziły podziały, Żydów i protestantów połączyło tylko to, że nie byli ani Francuzami, ani katolikami. Przed „cichą rewolucją” w latach sześćdziesiątych w Quebecu i zanim francuski stał się jedynym urzędowym językiem w prowincji, Francuzami w Westmount była wyłącznie służba. Cohenowie mieli pomoc domową, Mary, ale była irlandzką katoliczką. Mieli także nianię, którą Leonard i jego siostra nazywali Nursie, oraz ogrodnika Kerry’ego, ciemnoskórego mężczyznę, który pełnił również rolę szofera rodziny. (Brat Kerry’ego miał taką samą posadę u młodszego brata Nathana, Horacego). Uprzywilejowane pochodzenie Leonarda nigdy nie było tajemnicą. Leonard nigdy nie zaprzeczał, że urodził się w bogatej dzielnicy, i nigdy nie ukrywał swojego pochodzenia, nie odsunął się od rodziny, nie zmienił nazwiska ani nie udawał, że jest kimś innym, niż jest. Jego rodzina była bogata, chociaż w Westmount na pewno mieszkały bogatsze. W przeciwieństwie do posiadłości w Upper Belmont dom Cohenów, chociaż duży, był bliźniakiem, a ich samochód, mimo że z szoferem, był pontiakiem, a nie cadillakiem.

Cohenowie mieli jednak coś, czym niewielu innych okolicznych mieszkańców mogło się szczycić: status. Rodzina, w której na świat przyszedł Leonard, to wytworna, wpływowa, jedna z najbardziej prominentnych żydowskich rodzin w Montrealu. Przodkowie Leonarda budowali synagogi i zakładali gazety w Kanadzie. Ufundowali i przewodniczyli wielu żydowskim filantropijnym stowarzyszeniom i towarzystwom. Pradziadek Leonarda, Lazarus Cohen, jako pierwszy z rodziny przybył do Kanady. Na Litwie, która w latach czterdziestych XIX wieku (gdy urodził się Lazarus) była częścią Rosji, pracował jako nauczyciel szkoły rabinicznej w Wyłkowyszkach, jednej z najbardziej rygorystycznych jesziw w kraju. Kiedy miał dwadzieścia kilka lat, zostawił żonę i małego synka, aby zyskać bogactwo. Po krótkim pobycie w Szkocji wsiadł na statek do Kanady i zatrzymał się w Ontario, w małym miasteczku Maberly, gdzie wspiął się po szczeblach kariery od magazyniera drewna po właściciela przedsiębiorstwa węglowego L. Cohen i Syn. Synem był Lyon, ojciec Nathana, po którego – razem z jego matką – Lazarus posłał dwa lata później. Rodzina w końcu przeniosła się do Montrealu, gdzie Lazarus został prezesem odlewni mosiądzu i założył przynoszący dochody biznes pogłębiarkowy.

Gdy Lazarus Cohen przybył w 1860 roku do Kanady, Żydów w tym kraju było niewielu. W połowie XIX wieku w Montrealu żyło mniej niż pięciuset Żydów. Około 1885 roku, kiedy Lazarus został prezesem kongregacji Shaar Hashomayim, było ich już ponad pięć tysięcy. Pogromy w Rosji doprowadziły do fali emigracji i pod koniec wieku liczba Żydów w Kanadzie podwoiła się. Montreal stał się siedzibą kanadyjskich Żydów, a Lazarus – ze swoją długą, białą biblijną brodą i odkrytą głową – był znaną postacią w tej społeczności. Nie tylko zbudował synagogę, ale też założył organizacje, które zajmowały się udzielaniem pomocy nowo przybyłym imigrantom, i dowodził nimi, a nawet jeździł do Palestyny (gdzie kupił ziemię już w 1884 roku), reprezentując montrealską Jewish Colonization Association (Żydowskie Stowarzyszenie Kolonizacji). Młodszy brat Lazarusa, rabin Tzvi Hirsch Cohen, który wkrótce dołączył do niego w Kanadzie, miał zostać naczelnym rabinem Montrealu.

W 1914 roku, gdy Lyon Cohen przejął od ojca przewodnictwo w Shaar Hashomayim, synagoga mogła pochwalić się najliczniejszą kongregacją w mieście, gdzie żydowska społeczność liczyła około 40 tysięcy osób. W 1922 roku, gdy stała się zbyt duża dla swojej siedziby, synagoga przeniosła się do nowego budynku w Westmount, długiego niemal na przecznicę, zaledwie kilka minut drogi w dół wzgórzem od domu przy Belmont Avenue. Dwanaście lat później Nathan i Masha dodali swojego jedynego syna do Rejestru urodzin w korporacji angielskich, niemieckich i polskich Żydów w Montrealu, nadając Leonardowi w synagodze jego żydowskie imię Eliezer, co znaczy „Bóg jest pomocą”.

Dzieci z dobrej żydowskiej rodziny, Leonard i Esther, na Belmont Avenue w Westmount

Lyon Cohen – tak jak jego ojciec – był biznesmenem odnoszącym wielkie sukcesy w branży krawieckiej i ubezpieczeniowej. Podobnie jak Lazarus zajmował się również pracą społeczną i już będąc nastolatkiem, został sekretarzem Anglo-Żydowskiego Stowarzyszenia. W przyszłości miał założyć żydowski ośrodek kultury, sanatorium oraz zarządzać działaniami pomocowymi dla ofiar pogromu. Lyon zajmował najwyższe stanowiska w Instytucie Barona de Hirscha, Jewish Colonization Association i pierwszej syjonistycznej organizacji w Kanadzie. Pojechał do Watykanu w imieniu swojej społeczności, aby porozmawiać z papieżem. Był współzałożycielem pierwszej anglo-żydowskiej gazety w Kandzie „Jewish Times”, do której pisywał artykuły. W wieku szesnastu lat Lyon napisał sztukę zatytułowaną Esther. Wystawił ją i zagrał w niej. Leonard nie pamięta dziadka – miał dwa lata, gdy Lyon zmarł – ale istniał między nimi silny związek, który wzmocnił się z upływem czasu. Zasady, którymi kierował się Lyon, jego etyka pracy i wiara w „arystokrację intelektu”3, jak nazywał ją Lyon, pasowały do poglądów Leonarda, kształtowały je.

Lyon był również gorliwym kanadyjskim patriotą i gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, rozpoczął kampanię, która miała nakłaniać montrealskich Żydów do wstępowania do kanadyjskiej armii. Pierwszymi, którzy się zapisali, byli jego synowie Nathan i Horace (trzeci syn, Lawrence, był jeszcze za młody). Porucznik Nathan Cohen, numer 3080887, stał się jednym z pierwszych żydowskich oficerów w kanadyjskiej armii. Leonard uwielbiał fotografie ojca w mundurze. Niestety, po powrocie z wojny Nathan zaczął podupadać na zdrowiu, stopniowo stając się inwalidą. Być może właśnie dlatego Nathan nie podtrzymał rodzinnej tradycji i – mimo że był najstarszym synem najstarszego syna – nie objął przywództwa w synagodze ani żadnej innej organizacji. Co prawda na papierze był prezesem Freedman Company, jednak biznes prowadził przede wszystkim jego brat Horace. Nathan – w przeciwieństwie do swoich przodków – nie był intelektualnym ani religijnym uczonym. Na regałach z ciemnego drewna w jego domu przy Belmont Avenue znajdowała się imponująca kolekcja oprawionych w skórę dzieł wielkich poetów – Chaucera, Wordswortha, Byrona – które Nathan dostał z okazji swojej bar micwy, ale ich grzbiety pozostały niezałamane aż do chwili, gdy sięgnął po nie Leonard. Nathan, jak powiedział Leonard, wolał magazyn „Reader’s Digest”, ale „serce miał kulturalne; był dżentelmenem”4. Nathan był „konserwatywnym Żydem, niefanatycznym, niedogmatycznym, bez ideologii, na którego życie składały się wyłącznie sprawy domowe i relacje ze społecznością”. W domu Nathana nie dyskutowało się na temat religii ani nawet się o niej nie myślało. „Nie wspominaliśmy jej częściej niż ryba istnienia wody”5. Po prostu istniała.

Ojciec Mashy, rabin Solomon Klonitzki-Kline, był uznanym religijnym uczonym, dyrektorem szkoły talmudycznej w Kownie na Litwie, jakieś osiemdziesiąt kilometrów od miasta, w którym urodził się Lazarus. Napisał również dwie książki: Leksykon hebrajskich homonimów (Lexicon of Hebrew Homonyms) i Słownik synonimów talmudzkich interpretacji (Thesaurus of Talmudic Interpretations), dzięki którym zyskał przydomek Sar HaDikdook (Książę Gramatyków). Kiedy prześladowania Żydów sprawiły, że życie na Litwie stało się nie do zniesienia, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkała jedna z jego córek, która poślubiła Amerykanina. Masha pojechała zaś do Kanady i zaczęła pracować jako pielęgniarka. Kiedy skończyło jej się pozwolenie na pracę, ojciec zwrócił się o pomoc do swojego amerykańskiego zięcia, przez którego nawiązał kontakt z komitetem Lyona Cohena, zajmującym się pomocą nowo przybyłym do Stanów Zjednoczonych. Dzięki przyjaźni, która nawiązała się między rabinem i Lyonem, Masha i Nathan poznali się i pobrali.

Kiedy Leonard był małym chłopcem, częściej słyszał o dziadku Kline, niż go widział, ponieważ rabin spędzał większość czasu w Stanach Zjednoczonych. Masha opowiadała Leonardowi historie o tym, jak ludzie przemierzali setki kilometrów, żeby usłyszeć, jak przemawia jego dziadek. Mówiła mu też, że świetnie jeździ konno, a Leonarda właśnie to cieszyło najbardziej. Podobało mu się, że jego rodzina była ważna, ale fizyczna siła liczyła się dla niego bardziej niż intelekt. Leonard marzył o wstąpieniu do akademii wojskowej, kiedy tylko będzie wystarczająco duży. Nathan wyraził na to zgodę. Leonard chciał walczyć w wojnach i zdobywać medale – tak jak jego ojciec, zanim stał się inwalidą, któremu czasem trudno było nawet wejść po schodach, a niekiedy nie mógł chodzić do pracy i zostawał w domu pod opieką matki Leonarda. W latach wczesnego dzieciństwa Leonarda Nathan często chorował. Ale chłopiec miał dowody na to, że jego ojciec był kiedyś wojownikiem. Nathan nadal posiadał swoją broń z czasów pierwszej wojny światowej; trzymał ją w szafce przy łóżku. Któregoś dnia, gdy nikogo nie było w pobliżu, Leonard zakradł się do sypialni rodziców. Otworzył szafkę i wyjął broń. Był to duży pistolet, kaliber .38, na lufie wygrawerowane było nazwisko ojca, jego stopień i nazwa pułku. Trzymając go w swojej małej rączce, Leonard zadrżał pod wrażeniem jego ciężaru i dotyku zimnego metalu na skórze.

Dom numer 599 przy Belmont Avenue – zawsze pełen życia i uporządkowany – stanowił centrum wszechświata młodego Leonarda. Wszystko, czego mógł potrzebować albo pragnąć, znajdowało się w pobliżu. Jego wujkowie i kuzyni mieszkali w okolicy. Synagoga, do której Leonard chodził z rodziną w sobotnie poranki, a w niedziele do szkółki niedzielnej i na zajęcia z hebrajskiego dwa popołudnia w tygodniu, znajdowała się w odległości krótkiego spaceru. Podobnie jak jego zwykłe szkoły: podstawówka Roslyn Elementary School, a później szkoła średnia Westmount High. Murray Hill Park, w którym Leonard bawił się latem, a zimą robił orzełki na śniegu, znajdował się tuż pod oknem jego pokoju.

Żydowska społeczność Westmount trzymała się razem. Stanowiła mniejszość w sąsiedztwie zdominowanym przez angielskich protestantów, którzy również byli mniejszością, mimo że dość potężną, w mieście i prowincji zdominowanych przez francuskich katolików. Ci z kolei byli mniejszością w Kanadzie. Każdy czuł się jak swego rodzaju outsider; i każdy czuł jednocześnie, że jest częścią czegoś ważnego. Leonard stwierdził, że było to „romantyczne, konspiracyjne środowisko”, miejsce „krwi i ziemi, i przeznaczenia”. „W takim otoczeniu dorastałem”, powiedział, „i było to dla mnie zupełnie naturalne”6.

Społeczność, w której żył Leonard, dzieliło pół miasta od robotniczej dzielnicy żydowskich imigrantów w okolicy Saint-Urbain (która stała się tłem powieści Mordecaia Richlera) i mogła wydawać się hermetyczna, ale oczywiście nie była. Krzyż na szczycie Mount Royal; Mary, gosposia, która miała zwyczaj się żegnać; wielkanocne i bożonarodzeniowe imprezy w szkole były częścią życia młodego Leonarda tak samo jak świece, które jego ojciec zapalał w szabat w piątkowy wieczór, i imponująca synagoga, z której ścian z portretów patrzyli na niego pradziadek i dziadek, przypominając mu o jego wyjątkowym pochodzeniu.

Leonard wspominał swoje „intensywne życie rodzinne”7. Cohenowie często się spotykali – w synagodze, w pracy, a także raz w tygodniu w domu jego babci ze strony ojca. „W każde sobotnie popołudnie koło czwartej Martha, jej oddana gosposia, wjeżdżała wózkiem z herbatą, małymi kanapeczkami, ciastem i herbatnikami”, opowiada David Cohen, dwa lata starszy od Leonarda kuzyn, z którym był blisko związany. „Nigdy nie wysyłano specjalnych zaproszeń i nigdy nikt nie pytał, czy może przyjść, ale wiedziało się, że przyjmuje. Brzmi to bardzo archaicznie, ale to naprawdę było coś wyjątkowego”. Babcia Leonarda miała mieszkanie w jednym z wielkich domów przy Sherbrooke Street w Atwater, gdzie kończyły się wszystkie parady przechodzące przez Montreal. „Saint Jean Baptiste – opowiada David Cohen – była wielką paradą, zanim polityczna sytuacja w Montrealu nie stała się trudna, i obserwowaliśmy ją z wielkich, pięknych okien w salonie”. Ich babcia była wiktoriańską damą, „ale chociaż brzmi to archaicznie i staromodnie, była też całkiem na czasie”. Wywarła na Leonardzie wielkie wrażenie – później opisał organizowane przez nią herbatki w swojej pierwszej powieści The Favourite Game (Ulubiona gra).

W tej samej książce Leonard opisał starszych mężczyzn należących do jego rodziny jako poważnych i żyjących zgodnie z tradycją. Nie wszyscy byli tacy. Jedną z najbardziej barwnych postaci w rodzinie był kuzyn Lazzy, starszy brat Davida, Lazarus. Leonard uważał go za „miejskiego dandysa, który znał dziewczyny z rewii, nocne kluby i rozrywkowych typów”8. Był jeszcze należący do starszego pokolenia Edgar, kuzyn Nathana, biznesmen z literackim zacięciem. Wiele lat później Edgar H. Cohen napisał Mademoiselle Libertine. A Portrait of Ninon de Lanclos, biografię opublikowaną w 1970 roku, opisującą losy siedemnastowiecznej kurtyzany, pisarki i muzy, do której kochanków należeli Wolter i Molier, a która po spędzeniu pewnego czasu w zakonie postanowiła założyć szkołę, gdzie pochodzący ze szlacheckich domów młodzi Francuzi mogli nauczyć się erotycznych technik. David Cohen wspomina, że Leonard i Edgar byli sobie „bardzo bliscy”.

Życie Leonarda było łatwe i bezpieczne, podczas gdy czasy nie były ani łatwe, ani bezpieczne. Kilka dni przed piątymi urodzinami Leonarda Niemcy napadli na Polskę i zaczęła się druga wojna światowa. W pobliżu domu w 1942 roku ulicą St. Lawrence Boulevard – nazywaną przez mieszkańców Main – która stanowiła tradycyjną granicę między angielskim i francuskim Montrealem, przeszła antysemicka demonstracja. Zorganizował ją francuski nacjonalistyczny ruch działający w Montrealu, a wśród jego członków byli zwolennicy Francji Vichy. Jedno z ich zabawnych twierdzeń głosiło, że Żydzi przejęli przemysł odzieżowy, żeby zmusić skromne, młode francuskie Kanadyjki do „noszenia niewłaściwych sukienek w nowojorskim stylu”9. Podczas demonstracji powybijano okna w wielu sklepach i delikatesach znajdujących się przy Main, które należały do Żydów, a na ścianach namalowano rasistowskie hasła. Jednak dla siedmiolatka, który mieszkał w Westmount i siedział w swoim pokoju, czytając komiks o Supermanie, był to zupełnie inny świat. „Europa, wojna, wojna społeczna – powiedział Leonard. – Zdawało się, że nic z tego nas nie dotyka”10.

Lata wczesnego dzieciństwa przeszedł, robiąc wszystko to, czego od niego oczekiwano. Miał czyste ręce, dobre maniery, elegancko ubierał się do kolacji, przynosił dobre oceny, grał w drużynie hokeja, wieczorem ustawiał wypastowane buty pod łóżkiem. Nie przejawiał żadnych oznak świętości ani geniuszu. Ani melancholii. Domowe produkcje filmowe kręcone przez Nathana, kamerzystę amatora, pokazują szczęśliwego chłopca z szerokim uśmiechem pedałującego na trzykołowym rowerku albo spacerującego ramię w ramię z siostrą lub też bawiącego się z psem, czarnym terierem szkockim Tinkie. Jego matka najpierw nadała mu imię Tovarich, czyli towarzysz po rosyjsku, ale ojciec się nie zgodził. Nathan był świadomy, że w tej małej kanadyjsko-żydowskiej społeczności rosyjskość Mashy, jej akcent, jej niedoskonały angielski i wielka osobowość wystarczająco ją wyróżniały. „Nie uważano, że to dobry pomysł być pełnym namiętności”, powiedział Leonard. Ani zwracać na siebie uwagę. „Nauczono nas dobrych manier i nienagannego zachowania”, mówił kuzyn David.

Z mamą, Mashą, na ulicach Montrealu

W styczniu 1944 roku, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, zmarł ojciec Leonarda. Leonard miał dziewięć lat. Czternaście lat później, w dwóch niepublikowanych opowiadaniach zatytułowanych Ceremonies (Ceremonie) i My Sister’s Birthday (Urodziny mojej siostry)11, Leonard opisał, co się wydarzyło: „Nursie nam powiedziała”. Siedząc przy kuchennym stole, z dłońmi złożonymi na kolanach, niania poinformowała Leonarda i Esther, że tego dnia nie pójdą do szkoły, ponieważ w nocy zmarł ich ojciec. Powiedziała, że powinni się cicho zachowywać, ponieważ ich matka jeszcze śpi. Pogrzeb odbędzie się następnego dnia. „Wtedy uświadomiłem sobie, co to za dzień”, napisał Leonard. „To nie może być jutro, Nursie. Jutro są urodziny mojej siostry”.

Następnego dnia o dziewiątej rano pojawiło się sześciu mężczyzn, którzy wnieśli trumnę do salonu. Postawili ją wzdłuż skórzanej sofy chesterfield. Masha kazała służącej umyć mydłem wszystkie lustra. Ludzie zaczęli przyjeżdżać koło południa, otrzepywali śnieg z butów i płaszczy – rodzina, przyjaciele, pracownicy fabryki. Trumna była otwarta i Leonard zajrzał do środka. Nathan owinięty był srebrnym szalem modlitewnym, twarz miał białą, wąsy czarne. Leonard pomyślał, że jego ojciec wygląda na zirytowanego. Wujek Horace, który razem z Nathanem prowadził Freedman Company i który służył z nim podczas wojny, szepnął Leonardowi na ucho: „Musimy być jak żołnierze”. Wieczorem, gdy Esther zapytała Leonarda, czy odważył się spojrzeć na ich zmarłego ojca, oboje przyznali, że tak zrobili, i zgodzili się co do tego, że ktoś musiał ufarbować mu wąsy. Oba opowiadania kończą się tym samym zdaniem: „Nie płacz. Powiedziałem jej. To był chyba mój najlepszy moment. Proszę, to twoje urodziny”.

Trzecia wersja tego wydarzenia pojawia się w powieści Ulubiona gra. Ten opis był bardziej wyważony, głównie dlatego, że pisarski styl Leonarda dojrzał między tymi porzuconymi opowiadaniami a jego pierwszą powieścią, ale także dzięki dystansowi, jaki zyskał, przypisując swoje emocje fikcyjnej postaci (chociaż Leonard przyznał, że w książce opisał zdarzenia zgodnie z prawdą)12. W powieści historia kończy się tym, że chłopak bierze jedną z muszek ojca z sypialni, rozcina ją i ukrywa w niej napisaną przez siebie karteczkę. Następnego dnia, podczas swojej prywatnej ceremonii, chłopiec zakopuje ją w dziurze, którą wydłubał pod śniegiem w ogrodzie. Leonard mówi, że była to pierwsza rzecz, jaką napisał. Powiedział również, że nie pamięta, co napisał, i „spędził mnóstwo czasu, rozkopując ogród, żeby to znaleźć. Może właśnie to robię cały czas, szukam tej karteczki”13.

Czynność ta jest tak pełna symboliki – Leonard pierwszy raz w życiu uczynił rytuał ze swojego pisania – że aż chce się wierzyć w te słowa z wywiadu udzielonego w 1980 roku, nawet jeśli pewnie jest to jedna z wielu chwytliwych sentencji, które często wygłasza podczas wywiadów. Dzieci często bywają zafascynowane tajemniczością i mistycznymi ceremoniami. I chociaż Leonard powiedział, że gdy był dzieckiem, „nieszczególnie interesowała go religia”, poza „kilkoma razami, gdy poszliśmy posłuchać chóru”14, to jednak miał świadomość, że jest Kohenem, potomkiem kapłańskiego rodu, wywodzącego się w linii męskiej od brata Mojżesza, Aarona, i urodził się, by pełnić obowiązki. „Kiedy mi powiedzieli, że jestem Kohenem, uwierzyłem. Nie uznałem tego za dodatkową informację”, powiedział. „Chciałem być częścią tego świata. Chciałem być tym, który wznosi Torę... Byłem dzieciakiem i cokolwiek mi powiedzieli na ten temat, miało to na mnie wpływ”15.

Mimo wszystko, będąc dzieckiem, nie okazywał wielkiego zainteresowania synagogą, którą założyli jego przodkowie. Szkółka hebrajskiego „nudziła go”, powiedział, a Wilfred Shuchat, który w 1948 roku został rabinem w Shaar Hashomayim, zdaje się to potwierdzać. Leonard „był w porządku” jako uczeń, mówi stary rabin, „ale nauka nie była jego prawdziwym zainteresowaniem. Ważniejsza była jego osobowość, sposób, w jaki interpretował rzeczy. Był bardzo kreatywny”.

Leonard nie płakał, gdy zmarł ojciec; łkał natomiast, gdy kilka lat później zdechł jego pies Tinkie. „Nie miałem głębokiego poczucia straty”, powiedział w wywiadzie z 1991 roku, „może dlatego, że przez całe moje dzieciństwo [ojciec] był bardzo chory. Jego śmierć wydawała się naturalna. Był słaby i zmarł. Może mam serce z kamienia”16.

To prawda, że od poprzedniego lata Nathan ciągle lądował w szpitalu Royal Victoria. Jeśli prawdą jest, że strata ojca nie miała wielkiego wpływu na Leonarda, to, mając dziewięć lat, nie był aż tak mały, żeby wydarzenie to nie utkwiło mu w pamięci. Coś wewnątrz niego musiało się zmienić; świadomość ulotności albo być może smutna mądrość, pęknięcie, które wydobyło z niego niepewność i samotność. Leonard powiedział – a także napisał o tym – że podczas tych ważnych wydarzeń najbardziej świadomy był zmiany swojego statusu. Podczas gdy jego ojciec spoczywał w trumnie w salonie, jego wujek Horace wziął go na stronę i powiedział mu, że on, Leonard, jest teraz panem domu odpowiedzialnym za kobiety – matkę i czternastoletnią siostrę Esther. „Poczułem dumę – napisał w Ceremoniach. – Poczułem się jak młody książę poświęcony jakiejś ukochanej przez lud dynastii. Byłem najstarszym synem najstarszego syna”17.

2

DOM KOBIET

Jako nastolatek Leonard zainteresował się hipnozą. Zdobył cienką, mieszczącą się w kieszeni, anonimową publikację o długim tytule 25 lekcji hipnozy. Jak zostać ekspertem, z ekstrawaganckim stwierdzeniem na okładce, że jest to „najlepszy, najbardziej kompletny, najłatwiejszy na świecie KURS obejmujący naukę leczenia polem magnetycznym, telepatię, czytanie w myślach, jasnowidztwo, hipnozę, magnetyzm zwierzęcy i nauki pokrewne”. Na okładce, pod prostym rysunkiem przedstawiającym wiktoriańską damę zahipnotyzowaną przez wąsatego mężczyznę o rozwichrzonych włosach, Leonard napisał atramentem swoje imię, jak najstaranniej potrafił, i rozpoczął studiowanie książeczki.

Okazało się, że ma naturalny talent do hipnotyzowania. Odniósłszy natychmiastowe sukcesy z domowymi zwierzętami, rozpoczął eksperymenty na domowej służbie, namawiając gosposię, by została jego pierwszym ludzkim obiektem hipnozy. Poprosił ją, aby usiadła na sofie chesterfield. Leonard postawił obok krzesło i, tak jak nakazywała książka, powiedział jej powoli, łagodnym tonem, żeby rozluźniła mięśnie i patrzyła mu w oczy. Podniósł ołówek i ruszał nim powoli przed jej oczami, w przód i w tył, w przód i w tył, aż udało mu się wprowadzić ją w trans. Lekceważąc (albo, w zależności od interpretacji, postępując zgodnie z nim) nakaz autora książki, że jego nauki mają być wykorzystywane jedynie do celów edukacyjnych, Leonard kazał gosposi zdjąć ubranie.

Dla młodego Leonarda musiała to być niesamowita chwila. Zakończona sukcesem fuzja tajemnej wiedzy i seksualnej tęsknoty. Siedział obok nagiej kobiety, we własnym domu, przekonany, że wszystko zdarzyło się dzięki niemu, jego talentowi, nauce, mistrzowskiemu opanowaniu siły woli. Kiedy miał kłopot z obudzeniem gosposi, wpadł w panikę. Przeraził się, że matka może wrócić do domu i ich przyłapać – chociaż można pomyśleć, że wzmocniłoby to tylko przeczucie zbliżającej się katastrofy, uczucie rozpaczy i straty, które sprawiłyby, że wydarzenie to stałoby się jeszcze bardziej wyjątkowo Cohenowskie.

Drugi rozdział podręcznika hipnozy został napisany niemal jak poradnik dla wokalisty i artysty, którym miał się stać Leonard. Ostrzegał przed beztroskim postępowaniem i instruował: „Twój wyraz twarzy powinien być niezmienny, pewny i poważny. Działaj po cichu. Niech twój głos staje się coraz cichszy i cichszy, aż będzie prawie szeptem. Rób pauzy. Jeśli będziesz się spieszyć, poniesiesz porażkę”1.

Leonard wrócił do tego zdarzenia w książce Ulubiona gra, gdy miał dwadzieścia kilka lat. Pisał: „Nigdy nie widział tak nagiej kobiety... Był oszołomiony, szczęśliwy i przerażony na oczach wszystkich duchowych autorytetów we wszechświecie. Usiadł i wpatrywał się w nią. Tak długo czekał, żeby to zobaczyć. Nie był rozczarowany – ani wtedy, ani nigdy później”2. Chociaż emocje te przypisane są jego fikcyjnemu alter ego, trudno wyobrazić sobie, że Leonard nie czuł się wtedy tak samo. Kilkadziesiąt lat później stwierdził: „Nie sądzę, że mężczyzna kiedykolwiek zapomina o pierwszym razie, gdy zobaczył nagą kobietę. To Ewa stoi przed nim, poranek i rosa na skórze. Myślę, że właśnie taki obraz maluje wyobraźnia każdego mężczyzny. Wszystkie smutne przygody z pornografią, miłością i piosenką są tylko krokami w drodze do tej świętej wizji”3. Tak się złożyło, że służąca ta grała na ukulele, instrumencie, który jego alter ego wziął za lutnię, a dziewczynę – za anioła. Wszyscy przecież wiedzą, że nagie anioły stoją u wrót boskości.

„Leonard zawsze skarżył się, że nie ma dziewcząt. Że nie może żadnej zdobyć”, mówi Mort Rosengarten. „I jego narzekanie zawsze brzmiało poważnie”. Rosengarten jest rzeźbiarzem i najstarszym przyjacielem Leonarda. Stał się pierwowzorem Krantza, najlepszego przyjaciela bohatera Ulubionej gry. „Musisz pamiętać”, mówi Rosengarten, a jego delikatny głos ledwo da się usłyszeć przy wtórze warkotu wentylatora, którego musi używać z powodu rozedmy płuc, „że żyliśmy całkowicie oddzieleni od dziewcząt. W szkole chłopcy uczyli się w jednej części, a dziewczęta w innej, i nie było między nami żadnej interakcji. Ponieważ w naszym wieku nie pasowaliśmy pod względem zachowania do konwencjonalnej społeczności Westmount, nie mieliśmy też dostępu do tych kobiet, ponieważ one znajdowały się już na pewnej ścieżce. Zawsze jednak uważałem Leonarda za szczęściarza, ponieważ coś wiedział o kobietach, bo mieszkał w domu kobiet, z siostrą Esther i matką. Ja nie wiedziałem o kobietach nic; miałem tylko brata, a moja matka nie zdradzała żadnych sekretów, które pomogłyby mi zrozumieć kobiety. Dlatego też ciągle się uskarżaliśmy”.

Dom Rosengartena to mały, rozchwiany dwupiętrowy szeregowiec z wanną w kuchni, w pobliżu Parc du Portugal i Main. Kiedy sprowadził się tu czterdzieści lat wcześniej, była to okolica zamieszkana przez imigrantów z klasy robotniczej. Pomimo oznak gentryfikacji – eleganckich butików i kawiarenek – dawne żydowskie delikatesy z laminowanymi blatami, gdzie Mort i Leonard często bywali, nadal tu są. Lata świetlne dzieliły tę okolicę od bogatego Westmount, skąd pochodzili. Mort dorastał w Upper Belmont, pięćset metrów dalej i co najmniej poziom ekonomiczny wyżej niż Cohenowie mieszkający w Lower Belmont. Dziś po ich pieniądzach nie ma śladu, ale dawniej Rosengartenowie byli niezwykle zamożni; mieli dwa cadillaki i wiejską posiadłość w Kantonach Wschodnich, około stu kilometrów od Montrealu. Leonard i Mort spotkali się i zostali przyjaciółmi, gdy Mort miał dziesięć, a Leonard dziewięć lat. Zdarzyło się to podczas obozu letniego w czerwcu 1944 roku, pięć miesięcy po śmierci ojca Leonarda.

Cohenowie przyzwyczajeni byli do spędzania lata wspólnie nad morzem w Maine, w Stanach Zjednoczonych, ale w 1940 i 1941 roku, gdy Kanada była w stanie wojny z Niemcami, a Stany jeszcze nie, restrykcje walutowe nałożone przez Amerykanów spowodowały, że rozsądniej było spędzać wakacje we własnym kraju. Popularnym miejscem były Góry Laurentyńskie, położone na północ od Montrealu. Pisarz Mordecai Richler opisał je jako „istny żydowski raj, Góry Catskill dla ubogich”4, z hotelami i knajpami, w których starsi mężczyźni w jarmułkach plotkowali w jidysz, a po drugiej stronie ulicy rozciągały się zielone trawniki do gry w boule „tylko dla gojów”. Nad jeziorami, w okolicy miasteczka Sainte-Agathe, organizowano wiele letnich obozów dla uczniów w wieku Leonarda. Hiawatha oferował młodym obozowiczom standardowy zestaw: świeże powietrze, wieloosobowe domki, wspólne prysznice, robótki ręczne, boiska i gryzące insekty; „było tam okropnie”, opowiada Rosengarten. „Najbardziej zależało im na przekonaniu rodziców, że ich dzieci nigdy nie przeżyją żadnych przygód. Tkwiłem tam przez kilka lat, a Leonard przyjechał tylko na jedne wakacje; jego matka znalazła bardziej rozsądny obóz, gdzie można było się nauczyć pływania i wiosłowania” – a pływanie było czymś, co Leonard robił dobrze i z entuzjazmem. Rachunek z obozu Hiawatha z 1944 roku zdaje się potwierdzać nieciekawe wspomnienia Rosengartena: swoje kieszonkowe Leonard wydał w sklepiku ze słodyczami, na papeterię, znaczki, fryzjera i bilet kolejowy do domu5.

Najbliżsi przyjaciele Mort Rosengarten i Leonard

Leonard i Mort mieli ze sobą więcej wspólnego niż tylko bogate, żydowskie pochodzenie z Westmount. Obaj nie mieli w życiu męskiego wzorca – ojciec Leonarda nie żył, a Morta był wiecznie nieobecny. Obaj mieli też matki, które – jak na standardy żydowskiej okolicy Westmount w latach czterdziestych – były dość niekonwencjonalnymi kobietami. Matka Morta pochodziła z klasy robotniczej i uważała się za „nowoczesną”. Matka Leonarda była rosyjską imigrantką i była o wiele młodsza od swojego niedawno zmarłego męża. Jeśli akcent Mashy i jej emocjonalna natura nie separowały jej od reszty matek chłopców w tej małej, zamkniętej społeczności, to na pewno sprawiał to fakt, że była atrakcyjną i efektownie ubierającą się młodą wdową. Jednakże przyjaźń Leonarda i Morta zacieśniła się cztery lata później, kiedy obaj znaleźli się w tym samym gimnazjum.

Szkoła Westmount High – wielki budynek z szarego kamienia, z soczyście zielonymi trawnikami i łacińskim motto w herbie Dux Vitae Ratio („Rozum jest przewodnikiem w życiu”) – wyglądała, jakby uciekła z Cambridge i pod osłoną nocy wskoczyła do samolotu lecącego do Kanady, umęczona wiekami kształtowania umysłów dobrze urodzonych brytyjskich chłopców. W rzeczywistości była dość nową, protestancką szkołą założoną w o wiele bardziej skromnym budynku w 1873 roku, chociaż i tak była jedną z najstarszych anglojęzycznych szkół w Quebecu. Kiedy uczęszczał do niej Leonard, uczniowie pochodzenia żydowskiego stanowili jedną czwartą, jedną trzecią wszystkich uczniów. Przeważały w niej religijna tolerancja lub obojętność, obie grupy mieszały się i przyjaźniły, chodziły na wspólne prywatki. „Obchodziliśmy nasze żydowskie święta, ale także chrześcijańskie”, mówi Rona Feldman, jedna z koleżanek z klasy Leonarda. „Wielu z nas należało do chóru i brało udział w chrześcijańskich przedstawieniach”. Niania Leonarda, katoliczka, która każdego ranka odprowadzała go do szkoły (nieważne, jak zauważył Mort Rosengarten, że „znajdowała się zaledwie przecznicę dalej; rodzina Leonarda była bardzo tradycyjna”), czasem zabierała go do kościoła. „Kocham Jezusa”, powiedział Leonard. „Zawsze go kochałem, nawet będąc dzieckiem”. Dodał także: „Zachowałem to dla siebie; nigdy nie wstałem w synagodze i nie powiedziałem: «kocham Jezusa»”6.

W wieku trzynastu lat Leonard świętował swoją bar micwę, symboliczny moment wkroczenia w dorosłość. Na oczach swoich wujków i kuzynów, batalionu Cohenów, wspiął się na stołek – tylko w ten sposób mógł coś zobaczyć – i po raz pierwszy odczytał fragment Tory w synagodze, którą założyli i w której rządzili jego przodkowie. „Przyszło mnóstwo członków jego rodziny”, wspomina rabin Shuchat, z którym Leonard uczęszczał na zajęcia przygotowujące do bar micwy, „ale Leonardowi było bardzo ciężko, ponieważ nie było z nim ojca”, który zwyczajowo pobłogosławiłby go i podziękował Bogu za uwolnienie go od odpowiedzialności za przewinienia syna. Jednakże odkąd zaczęła się wojna, każdy stracił kogoś albo coś. „Niektóre produkty, na przykład mięso, były racjonowane i wymieniane na kartki”, wspomina Rona Feldman, „a w szkole sprzedawano znaczki oszczędnościowe i niektóre klasy konkurowały ze sobą o to, która ich więcej uzbiera w ciągu tygodnia. Chodziła z nami do szkoły dziewczynka, która uczestniczyła w programie wysyłania dzieci podczas wojny w bezpieczne miejsca, i wszyscy znaliśmy rodziny, których członkowie byli w wojsku i służyli na innych kontynentach”. Kiedy skończyła się wojna, pojawiły się koszmarne zdjęcia ofiar obozów koncentracyjnych. Wojna, powiedział Rosengarten, mając na myśli Leonarda i siebie, „była dla nas czymś bardzo ważnym”. „Bardzo wpłynęła na naszą wrażliwość”.

Latem 1948 roku, które było pomostem między podstawówką Roslyn Elementary a szkołą średnią Westmount High, Leonard znów pojechał na obóz. Pośród pamiątek z obozu Wabi-Kon w archiwach Leonarda znajduje się certyfikat umiejętności pływackich i zachowania bezpieczeństwa w wodzie oraz dokument napisany starannym, dziecięcym pismem, podpisany przez Leonarda i sześciu innych chłopców. Pakt uczniaków, który głosił: „Nie powinniśmy się bić i musimy postarać się lepiej dogadywać. Musimy bardziej doceniać rzeczy wokół nas. Powinniśmy odnosić lepsze wyniki w sporcie i mieć mocniejszego ducha. Nie powinniśmy próbować sobą rządzić. Nie wolno nam przeklinać”7. Przygotowali nawet listę kar, które wahały się od niejedzenia kolacji po pójście do łóżka pół godziny wcześniej.

Ta chłopięca szczerość i idealizm były w stylu Enid Blyton. Jednak gdy był z powrotem w domu, w swoim pokoju przy Belmont Avenue, Leonard myślał o dziewczynach – wycinał zdjęcia modelek z magazynów swojej matki i gapił się przez okno, jak wiatr podwija spódniczki kobietom spacerującym przez Murray Hill Park albo sprawia, że kusząco przywierają do ich ud. Na ostatnich stronach swoich komiksów studiował reklamy Charlesa Atlasa, które obiecywały mizernym chłopcom mięśnie niezbędne do poderwania dziewczyny. Leonard był mały jak na swój wiek; nowym sposobem na wykorzystanie chusteczek higienicznych, które znalazł, było wypychanie nimi butów, żeby wydawać się wyższym. Leonardowi przeszkadzało to, że był niższy od kolegów – nawet niektóre dziewczyny w jego klasie przerastały go o głowę – ale zaczął odkrywać, że sympatię dziewcząt można sobie zaskarbić dzięki „historyjkom i gadaniu”. W Ulubionej grze jego alter ego „zaczął myśleć o sobie jak o Malutkim Konspiratorze, Chytrym Karle”8. We wspomnieniach Rony Feldman Leonard był „niezwykle popularny” wśród dziewcząt z klasy, chociaż ze względu na jego wzrost „większość z nich uważała, że jest uroczy, ale nie jest przystojniakiem. Pamiętam, że był bardzo słodki. Uśmiechał się tak samo jak teraz, był to taki półuśmiech, nieco nieśmiały, ale kiedy już pojawiał się na jego twarzy, wydawał się niezwykle szczery. Patrzenie na jego uśmiech dawało wielką satysfakcję. Myślę, że był bardzo lubiany”.

Odkąd skończył trzynaście lat, Leonard zasmakował w nocnych spacerach. Dwa lub trzy razy w tygodniu samotnie włóczył się podejrzanymi ulicami Montrealu. Zanim wybudowano Drogę Wodną Świętego Wawrzyńca, miasto było ważnym portem, miejscem, gdzie cargo przeznaczone do Ameryki Północnej rozładowywano z oceanicznych frachtowców i rozsyłano barkami rzecznymi do Wielkich Jezior albo koleją na zachód. Nocą w mieście roiło się od marynarzy, dokerów i pasażerów z promów wycieczkowych cumujących w porcie, których kusiły niezliczone bary jawnie nieprzestrzegające prawa nakazującego zamknięcie przed godziną trzecią w nocy. Codzienne gazety pełne były reklam występów przy Saint Catherine Street, które zaczynały się o czwartej rano i kończyły tuż przed świtem. Były tam kluby jazzowe, bluesowe, kina, bary, w których grano jedynie quebecką muzykę country, i kawiarnie z szafami grającymi, których repertuar Leonard znał na pamięć.

Leonard opisał swoje nocne eskapady w nieopublikowanym i nieopatrzonym datą utworze z końca lat pięćdziesiątych The Juke-Box Heart. Excerpt From a Journal (Serce z szafy grającej. Fragment dziennika). „Kiedy miałem jakieś trzynaście lat, robiłem te same rzeczy, które moi kumple robili, zanim szli spać, a potem przemierzałem kilometry wzdłuż Saint Catherine. Byłem kochankiem nocy zaglądającym do kafeterii z marmurowymi blatami, gdzie mężczyźni nosili kombinezony ochronne nawet latem”. W opisach jego młodzieńczych wędrówek czuło się chłopięcą niewinność: zakradanie się do sklepów z różnościami, żeby „katalogować magię i triki, gumowe karaluchy i śmieszne gadżety”. Kiedy tak spacerował, wyobrażał sobie, że jest mężczyzną po dwudziestce, „w prochowcu, zniszczonym kapeluszu nasuniętym nisko na pełne emocji oczy, z historią niesprawiedliwości w sercu, twarzą zbyt szlachetną, żeby szukać zemsty, kroczył jakimś mokrym bulwarem, budząc współczucie niezliczonej widowni (...) kochany przez dwie albo trzy piękne kobiety, które nigdy go nie zdobędą”. Może opisywał postać z jednego z komiksów, które czytał, albo filmów kryminalnych, które oglądał; Leonard już wtedy był kinomanem. Jednak po zacytowaniu w swoim tekście Baudelaire’a miał w sobie wystarczająco dużo samokrytycyzmu, żeby dodać: „To pisarstwo mnie zawstydza. Jestem wystarczającym humorystą, żeby zobaczyć młodego mężczyznę wychodzącego ze Stendhala, dramatyzującego własne losy, starającego się rozchodzić niewygodną erekcję. Być może masturbacja okazałaby się bardziej skuteczna i mniej męcząca”9.

Leonard powoli mijał dziewczyny pracujące na ulicach, ale mimo jego potrzeb i tęsknoty w oczach dziwki patrzyły nad jego głową i wołały do przechodzących obok mężczyzn, oferując im to, czego Leonard pragnął bardziej niż czegokolwiek innego. Świat wyobraźni Leonarda musiał w tamtym czasie niezwykle się rozwinąć, pojawiła się ekscytująca świadomość możliwości, ale także poczucie izolacji i smutku. Mort Rosengarten, który po pewnym czasie dołączył do przyjaciela podczas jego nocnych przygód, opowiada: „Leonard wyglądał młodo. Ja też. Ale i tak w wieku trzynastu lat byliśmy obsługiwani w barach. W tamtych czasach szerzyła się ogromna korupcja. Wiele z tych barów kontrolowała mafia, trzeba było kogoś opłacić, żeby dostać licencję, i podobnie było w przypadku tawern, które sprzedawały tylko piwo i tylko mężczyznom, kobiety nie miały wstępu. Było tych tawern mnóstwo, ponieważ alkohol był w nich najtańszy. O szóstej rano można było wejść do jednej z nich i zawsze siedziało tam mnóstwo ludzi. Leonard nie musiał się wymykać z domu; obaj pochodziliśmy z rodzin, w których nikt nie martwił się tym, dokąd chodzimy. Natomiast żydowska społeczność Westmount była dość mała i zamknięta, cechowało ją silne poczucie przynależności; młodzi ludzie bardzo dobrze się znali. Chodził więc na Saint Catherine Street, żeby doświadczyć tego, czego nigdy nie widzieliśmy albo nie mogliśmy robić”.

W tych czasach, gdy Leonard przeżywał nocne przygody, jego muzyczne horyzonty znacznie się poszerzyły. Zachęcony przez matkę, zaczął uczyć się gry na pianinie – nie dlatego, że wykazywał szczególne zainteresowanie albo talent, ale dlatego, że zachęcała go matka, a lekcje gry były czymś, w czym wypadało uczestniczyć. Pianino nie było pierwszym instrumentem Leonarda – w szkole podstawowej grał na bakelite tonette, rodzaju fletu prostego, jednak zapału nie starczyło mu na długo. Ćwiczenia, które zadawała mu nauczycielka, panna MacDougal, uznał za nudne i nie chciało mu się ich odrabiać w samotności. Wolał klarnet, na którym grał w szkolnym zespole w szkole średniej. Należał do niego również Mort, który z lekcji fortepianu wymigał się, żeby zacząć grać na puzonie.

Leonard zaangażowany był w różne zajęcia pozalekcyjne. Wybrano go prezesem Rady Uczniów, do kierownictwa klubu dramatycznego, a także zespołu wydawców zajmującego się redagowaniem szkolnego rocznika „Vox Ducum”, który był prawdopodobnie miejscem pierwszej publikacji opowiadania Leonarda. Kill or Be Killed (Zabij albo zostań zabity) pojawiło się na jego łamach w 1950 roku.

Rosengarten opowiada, że „Leonard zawsze był bardzo elokwentny i umiał zwracać się do grupy ludzi”. W sprawozdaniu z obozu Wabi-Kon z sierpnia 1949 roku wspominano, że „Lenny przewodzi w swoim domku i jego wszyscy mieszkańcy patrzą na niego z podziwem. Jest najbardziej popularnym chłopakiem w grupie i przyjaźni się ze wszystkimi, a także jest lubiany przez wszystkich pracowników”01. Jednocześnie koledzy ze szkoły zapamiętali Leonarda jako nieśmiałego chłopaka, zajętego w samotności pisaniem poezji, kogoś, kto unikał uwagi, zamiast o nią zabiegać. Nancy Bacal, inna bliska przyjaciółka, która zna Leonarda od dzieciństwa, pamięta, że w tamtym czasie był „wyjątkowy, ale w nierzucający się w oczy sposób. To pozorna sprzeczność: Leonard w naturalny sposób staje się przywódcą, ale jednocześnie pozostaje niewidzialny. Jego intensywność i siła oddziałują spod powierzchni”. Ciekawa mieszanka, taka publiczna i skryta natura; jak się wydaje, taka dwoistość Leonarda już wtedy funkcjonowała całkiem dobrze.

Wielki Wybuch Leonarda, moment, w którym poezja, muzyka, seks i duchowa tęsknota zderzyły się i po raz pierwszy się w nim zespoliły, nastąpił w 1950 roku, pomiędzy jego piętnastymi i szesnastymi urodzinami. Leonard znalazł się w antykwariacie; przeglądając regały, natrafił na Poezje wybrane Federica Garcii Lorki. Przerzucając strony, zatrzymał się na utworze Gazela porannego targu10.

Wiersz sprawił, że włosy na karku stanęły mu dęba. Leonard czuł to już wcześniej, słysząc moc i piękno wersów czytanych na głos w synagodze – teraz odkrył kolejną składnicę sekretów. Lorca był Hiszpanem, homoseksualistą, o otwarcie antyfaszystowskich poglądach, na którym nacjonalistyczna armia dokonała egzekucji, gdy Leonard miał dwa lata. Jednakże „wszechświat, który przede mną odkrył, wydawał się bardzo znajomy”, a jego słowa oświetliły Leonardowi „krajobraz, o którym myślałem, że przechodzi się go samemu”11. Częścią tego krajobrazu była samotność. Ponad trzy lata później Leonard próbował to wyjaśnić: „Gdy coś zostało powiedziane w odpowiedni sposób, wydawało się ogarniać kosmos. Nie tylko moje serce, ale każde serce było zaangażowane, a samotność znikała i miało się poczucie, że jest się tym bolesnym stworzeniem w środku bolesnego kosmosu, ale ten ból był w porządku. Nie tylko był w porządku, ale był także sposobem, by objąć słońce i księżyc”. Opisał to jako „całkowite uzależnienie”12.

Lorca poza tym, że był poetą, pisał również dramaty i kolekcjonował stare hiszpańskie pieśni ludowe. Jego wiersze są mroczne, melodyjne, elegijne i pełne emocji, osobiste, a jednocześnie tworzące swój mit. Pisał, jakby piosenka i poezja były częścią jednego oddechu. Poprzez swoją miłość do cygańskiej kultury i depresyjną osobowość zapoznał Leonarda ze smutkiem, romansem i godnością flamenco. Jego polityczne przekonania zapoznały zaś młodego Leonarda ze smutkiem, romansem i godnością hiszpańskiej wojny domowej. Leonard był bardzo szczęśliwy, że mógł poznać jedno i drugie.

Cohen zaczął na poważnie pisać wiersze. „Chciałem odpowiedzieć na te wiersze”, mówił. „Każdy wiersz, który cię dotyka, jest jak wołanie, na które należy odpowiedzieć, na które chce się odpowiedzieć własną historią”13. Nie próbował kopiować Lorki – „Nawet bym nie śmiał”, powiedział. Czuł jednak, że Lorca daje mu pozwolenie na odnalezienie własnego głosu, a także instrukcję, co z nim zrobić, która brzmiała: „Nigdy nie lamentuj od niechcenia”14. W kolejnych latach pytany o to, co spowodowało, że zainteresował się poezją, Leonard zawsze odpowiadał bardziej realistycznie: kobiety. Kobietom bardzo się podobało, gdy ktoś opiewał ich piękno w wierszu, a zanim pojawił się rock and roll, poeci mieli na to monopol. W rzeczywistości jednak dla chłopca w jego wieku, z jego pokolenia i społeczności „wszystko działo się w wyobraźni”, powiedział Leonard. „Byliśmy wygłodniali. Wtedy nie było tak, jak w dzisiejszych czasach, nie chodziło się do łóżka z dziewczyną. Chciałem po prostu kogoś objąć”15.

W wieku piętnastu lat, mniej więcej w tym samym czasie, gdy odkrył Lorcę, za dwanaście kanadyjskich dolarów w lombardzie przy Craig Street kupił hiszpańską gitarę. Okazało się, że niemal natychmiast potrafił zagrać podstawowe akordy na czterech górnych strunach, dzięki temu, że wcześniej miał ukulele (podobnie jak zahipnotyzowana gosposia w Ulubionej grze). Leonard nauczył się grać na ukulele – podobnie jak hipnozy – z podręcznika, słynnej książki z 1928 roku napisanej przez Roya Smecka, nazywanego „Czarodziejem strun”. „Wspomniałem chyba o tym kuzynowi Lazzy’emu, który był dla mnie bardzo miły po śmierci ojca. Zabierał mnie na mecze baseballa drużyny Montreal Royals, pierwszej drużyny, w której grał Jackie Robinson. Powiedział: «Roy Smeck przyjeżdża do El Morocco», nocnego klubu w Montrealu. «Chciałbyś go poznać?». Nie mogłem iść go posłuchać, ponieważ dzieci nie wpuszczano do nocnych klubów, ale zabrał mnie do pokoju hotelowego Roya Smecka i poznałem wspaniałego gitarzystę”16.

Latem 1950 roku, kiedy Leonard znów wyjechał na obóz – obóz Słońce w Sainte-Marguerite – zabrał ze sobą gitarę. Zaczął grać folkowe piosenki i odkrył, jak bardzo ten instrument może pomóc w życiu towarzyskim.

– Nadal jeździłeś na obozy, kiedy miałeś piętnaście lat?

– Byłem opiekunem. To był obóz organizowany przez żydowską społeczność dla dzieci, których rodziców nie było stać na drogie wakacje, a dyrektor, którego zatrudnili, Amerykanin, przypadkiem był socjalistą. Opowiadał się po stronie Korei Północnej w wojnie koreańskiej, która właśnie wtedy wybuchła. Socjaliści w tamtych czasach byli jedynymi ludźmi, którzy grali na gitarach i śpiewali folkowe piosenki; uważali, że mają ideologiczny obowiązek, aby się ich nauczyć i je powtarzać. Pojawił się więc egzemplarz śpiewnika The People’s Songbook. Znasz go? Wspaniały śpiewnik ze wszystkimi chwytami i tabulaturami. Przerobiłem tę książkę tamtego lata wiele, wiele razy wspólnie z Alfiem Magermanem, który był siostrzeńcem dyrektora i również miał socjalistyczne korzenie – jego ojciec organizował związki – oraz gitarę. Podczas tamtych wakacji zacząłem uczyć się grać, przechodząc przez każdą piosenkę z tego śpiewnika wiele razy. Teksty bardzo mnie poruszały. Część z nich była przerobionymi folkowymi piosenkami – hymn bojowy republiki Jego prawda dalej maszeruje zostałprzerobiony przez socjalistów na „W naszych rękach spoczywa władza / Potężniejsza niż ich gromadzone złoto / Potężniejsza niż Adam / Pomnożona milion razy / Zapoczątkujemy nowy świat / Na zgliszczach starego / Ponieważ jedność czyni nas silnymi / Solidarność na zawsze / Solidarność na zawsze / Solidarność na zawsze / Ponieważ jedność czyni nas silnymi”.W śpiewniku było też wiele piosenek związku Robotników Przemysłowych Świata – nie wiem, czy znasz ten ruch? Międzynarodowy związek socjalistycznych robotników. Piękne piosenki. „Była sobie kiedyś dziewczyna w związku / Która nigdy się nie bała / Opryszków, cwaniaków i łamistrajków / Ani zastępców szeryfa, którzy robili naloty... / Nie wystraszycie mnie, trzymam się związku”. Wspaniała piosenka.

Jeśli można zmierzyć entuzjazm długością czyjejś wypowiedzi, to Leonard aż kipiał entuzjazmem dla tych piosenek. Około pięćdziesięciu lat po wakacjach spędzonych na obozie nadal potrafił zaśpiewać wszystkie piosenki ze śpiewnika od początku do końca. W 1949 i 1950 roku gitara nie wiązała się jeszcze z niezwykłą ikonografią i seksualnym magnetyzmem, którego nabrała później, ale Leonard szybko się przekonał, że granie na niej nie odstrasza dziewcząt. Na grupowej fotografii z obozu zobaczyć można nastoletniego Leonarda, nadal niewysokiego, nieco pulchnego i w ubraniu, w którym żaden mężczyzna nie powinien pokazywać się publicznie – w białych szortach, białej koszulce polo, czarnych butach i białych skarpetach – siedzącego obok najbardziej blondwłosej i najfajniej wyglądającej dziewczyny, której kolano dotykało jego kolana.

Po powrocie do Westmount Leonard rozwijał swoje zainteresowanie muzyką folkową. Podobali mu się Woody Guthrie, Lead Belly, kanadyjscy piosenkarze folkowi, ballady ze Szkocji, flamenco. Mówi: „Wtedy właśnie zacząłem znajdować muzykę, którą kochałem”17. Któregoś dnia w Murray Hill Park spotkał młodego, ciemnowłosego mężczyznę, który stał obok kortów tenisowych i na gitarze akustycznej grał smutno brzmiącą, hiszpańską melodię. Wokół zebrała się grupka kobiet. Leonard zauważył, że „zabiega o ich uwagę” swoją muzyką w jakiś tajemniczy sposób18. Leonard również się nim zafascynował. Został, żeby posłuchać, jak gra, i w dogodnym momencie zapytał tego młodego człowieka, czy nie zechciałby uczyć go gry. Okazało się, że mężczyzna jest Hiszpanem i nie rozumie języka angielskiego. Dzięki mieszance gestów i łamanego francuskiego Leonard zdobył numer telefonu do pensjonatu, w którym Hiszpan wynajmował pokój, oraz obietnicę, że przyjedzie na 599 Belmont Avenue i udzieli mu lekcji.

Podczas pierwszej wizyty Hiszpan podniósł gitarę Leonarda i uważnie ją obejrzał. Ocenił, że nie jest zła. Strojąc ją, zagrał dynamiczne flamenco, wydobywając z instrumentu dźwięki, które Leonardowi wydały się niemożliwe do zagrania na jego gitarze. Mężczyzna wręczył mu ją i dał do zrozumienia, że teraz jego kolej. Leonard po występie Hiszpana nie miał ochoty grać żadnej z folkowych piosenek, których się nauczył, i odmówił, wyznając, że nie potrafi. Mężczyzna położył palce Leonarda na progach i pokazał, jak zagrać kilka akordów. Potem wyszedł, obiecując, że wróci następnego dnia.

Podczas drugiej lekcji Hiszpan zaczął uczyć Leonarda sześcioakordowej progresji flamenco, którą grał dzień wcześniej, a na trzeciej lekcji Leonard zaczął poznawać tremolo. Ćwiczył wytrwale, stojąc przed lustrem i trzymając gitarę tak, jak pokazał mu ten młody mężczyzna. Jego nauczyciel nie pojawił się jednak na czwartej lekcji. Kiedy Leonard zadzwonił do pensjonatu, w którym mieszkał, odebrała gospodyni. Młody gitarzysta nie żył. Popełnił samobójstwo.

„Nic o nim nie wiedziałem. Dlaczego przyjechał do Montrealu, dlaczego pojawił się przy kortach tenisowych, dlaczego odebrał sobie życie”, opowiedział Leonard publiczności składającej się z dygnitarzy, przed którą wystąpił sześćdziesiąt lat później w Hiszpanii, „ale to właśnie te sześć akordów, ten gitarowy schemat stał się podstawą wszystkich moich piosenek, całej mojej muzyki”19.

W Montrealu w 1950 roku rodzinne życie Leonarda zmieniło się. Jego matka ponownie wyszła za mąż. Jej nowym mężem został Harry Ostrow, farmaceuta – „bardzo uroczy, nieudolny i sympatyczny facet”, jak opisał go kuzyn Leonarda David Cohen – z którym Leonard miał dobre, ale raczej chłodne relacje. Los sprawił, że u drugiego męża Mashy również zdiagnozowano śmiertelną chorobę. Z matką, która musiała zająć się kolejnym chorym mężczyzną, i z siostrą, która miała już dwadzieścia lat i inne sprawy na głowie, Leonard czuł się pozostawiony sam sobie. Kiedy nie był w szkole albo na zajęciach pozalekcyjnych, siedział w swoim pokoju i pisał wiersze, ale też coraz częściej wyprawiał się z Mortem na ulice Montrealu.

Kiedy Mort miał szesnaście lat i mógł już prowadzić samochód, pożyczał jeden z dwóch rodzinnych cadillaców i przyjeżdżał pod dom Leonarda. „Najbardziej lubiliśmy jeździć ulicami Montrealu o czwartej nad ranem, zwłaszcza po starszej części miasta, wzdłuż portu i na wschód, gdzie znajdowały się rafinerie”, opowiada Rosengarten. „Szukaliśmy dziewcząt na ulicy o czwartej nad ranem. Myśleliśmy, że te piękne dziewczyny będą sobie spacerować i na nas czekać. Oczywiście nikogo nie było”. Kiedy leżało dużo śniegu, a ulice były puste, nadal jeździli; włączali ogrzewanie i ruszali w kierunku Kantonów Wschodnich albo na północ w kierunku Gór Laurentyńskich. Cadillac z Mortem za kierownicą przecinał czarną linią zaspy śnieżne jak Mojżesz robiący próbę przed przekroczeniem Morza Czerwonego. Gadali o dziewczynach i wszystkim innym.

„Nie byli do niczego przywiązani. Mogli wypróbować każdą możliwość. Mijali drzewa, które rosły przez sto lat. Mknęli przez miasta, w których ludzie przeżywali całe swoje życie... A ich rodziny rozrastały się w mieście jak winorośl... Uciekali od większości, od prawdziwej bar micwy, prawdziwej inicjacji, prawdziwego i okrutnego obrzezania, które społeczeństwo chciało im narzucić swoimi ograniczeniami i denną rutyną” – napisał Leonard, odtwarzając nocne przejażdżki z Mortem w swojej narracji. „Autostrada była pusta. We dwóch byli jedynymi uciekinierami i świadomość tego uczyniła ich przyjaźń głębszą niż jakakolwiek inna”20.

01 W tym samym sprawozdaniu opisano „nawyki higieniczne” Leonarda jako „schludne i czyste. Ostrożnie obchodzi się ze swoimi ubraniami i zawsze dobrze wygląda”. Wspomniano również o jego zainteresowaniach i umiejętnościach żeglarskich („jeden z najlepszych kapitanów w grupie”) oraz o „dobrym poczuciu humoru”.

3

DWADZIEŚCIA TYSIĘCY WERSÓW

Ulice wokół Uniwersytetu McGill nazwane były na cześć dostojnych Brytyjczyków – Peela, Stanleya, McTavisha – a jego budynki zbudowane z solidnego szkockiego kamienia przez silnych i solidnych Szkotów. Wielka biblioteka i jeszcze większy budynek wydziałów humanistycznych przypominały klimatem uniwersytety Oxbridge, a na jego kopule powiewała flaga McGill, opuszczona do połowy masztu za każdym razem, gdy ktoś umierał. Przestronny dziedziniec w kształcie czworokąta otaczały wysokie, cienkie drzewa, które pozostawały idealnie wyprostowane, nawet gdy przytłoczał je ciężki śnieg. Za żelaznymi bramami znajdowały się wiktoriańskie posiadłości, z których część przekształcono w akademiki dla studentów. Gdyby ktoś powiedział, że Imperium Brytyjskie zarządzane było z McGill, każdy wybaczyłby ten błąd. We wrześniu 1951 roku, gdy w dzień swoich siedemnastych urodzin Leonard zaczął naukę na Uniwerytecie McGill, było to najbardziej idealne dziewiętnastowieczne miasto w mieście w całej Ameryce Północnej.

Trzy miesiące wcześniej Leonard skończył Westmount High. Rocznik szkolny, „Vox Ducum”, który pomógł zredagować, zawierał jego dwa zdjęcia. Na grupowym Leonard, siedząc w środku pierwszego rzędu, uśmiechał się szeroko znad napisu głoszącego z poufnością: „Len Cohen, Prezes Rady Uczniów”. Druga fotografia, bardziej formalna, znajdowała się przy jego profilu. Przedstawiała Leonarda w garniturze, wpatrzonego gdzieś w dal. Jak dyktowała tradycja szkolnych roczników, fragment poświęcony uczniowi rozpoczynał się cytatem: „Nie możemy pokonać strachu, jednakże możemy ustąpić mu, okazując się od niego silniejszymi”. Następnie wymienił rzecz, której nie lubił („automat z coca-colą”), hobby („fotografia”), sposób spędzania wolnego czasu („organizowanie wspólnego śpiewania podczas przerw”) i ambicję, czyli zostanie „światowej sławy oratorem”. Pod hasłem „Prototyp” Leonard określił się jako „mały człowiek, który jest zawsze tam, gdzie powinien”. Na zakończenie wypisano imponującą listę jego szkolnych aktywności: prezesowanie Radzie Uczniów, członkostwo w redakcji „Vox Ducum”, w klubie Menorah, w kółku artystycznym, w klubie zajmującym się bieżącymi wydarzeniami, w YMHA (Young Men’s Hebrew Association, czyli Związku Młodych Żydów) oraz bycie cheerleaderem1. Wszystko wskazywało na to, że był to pewny siebie szesnastolatek z dużą dozą kanadyjskiej autoironii. Przede wszystkim jednak chłopak z wieloma osiągnięciami. Można było zakładać, że następnym krokiem będzie McGill, czołowy anglojęzyczny uniwersytet w prowincji.

Podczas swojego pierwszego roku w McGill Leonard studiował sztukę, matematykę, handel, nauki polityczne i prawo. Jak sam mówi, zajmował się raczej czytaniem, piciem, graniem muzyki i opuszczaniem tylu wykładów, ile tylko było możliwe. Biorąc pod uwagę jego średnią ocen z ostatniego roku studiów – 56,4% – nie było to jedno z jego zazwyczaj przesadzonych stwierdzeń. Leonard kiepsko wypadł nawet w swoim ulubionym przedmiocie, literaturze angielskiej, a z francuskiego nie szło mu wcale lepiej. Na zajęcia z tego języka zapisał się tylko dlatego, jak wspomina Arnold Steinberg, jego przyjaciel i kolega ze studiów (teraz rektor Uniwersytetu McGill), że „obaj słyszeliśmy, że łatwo je zaliczyć. Oblałem zajęcia, a poziom znajomości francuskiego u Leonarda był minimalny. Nigdy nie traktowaliśmy tych zajęć poważnie”. Program nie oferował Baudelaire’a ani Rimbauda, a cały rok spędzili, studiując książkę o młodej arystokratycznej parze z Białorusi, która po rewolucji została zmuszona do przeprowadzki do Paryża i pracy w charakterze służby dla francuskiej rodziny. Książka napisana przez francuskiego dramatopisarza Jacques’a Devala nazywała się Tovarich – tak jak początkowo wabił się szkocki terier Leonarda, Tinkie02.

Niewrażliwość na język, którym posługiwała się połowa populacji ich rodzinnego miasta, nie była czymś charakterystycznym tylko dla Leonarda i jego przyjaciół. Montrealscy anglofoni – zwłaszcza mieszkańcy uprzywilejowanych enklaw, takich jak Westmount czy jego przedłużenie, McGill – nie mieli wiele do czynienia z frankofońską populacją, poza francusko-kanadyjskimi dziewczętami, które zaczęły przybywać ze wsi do miasta w latach trzydziestych, podczas wielkiego kryzysu, żeby podjąć pracę pomocy domowych. Ogólne podejście do dwujęzyczności w tamtym czasie nie różniło się bardzo (ale może było trochę mniej związane z boskością) od tego, które prezentowała pierwsza kobieta gubernator stanu Teksas, Ma Ferguson: „Jeśli język angielski był wystarczająco dobry dla Jezusa Chrystusa, jest wystarczająco dobry dla każdego”. Anglojęzycznym mieszkańcom Montrealu w tamtych czasach francuski zdawał się językiem równie obcym jak każdemu angielskiemu uczniowi i nauczany byłby przez anglojęzycznego nauczyciela, ponieważ francuskojęzyczni nie mogli pracować w anglojęzycznych szkołach (i vice versa).

„Francuzi byli niewidzialni”, mówi Mort Rosengarten. „W tamtym czasie w Montrealu mieliśmy dwie szkolne komisje: katolicką, która była frankofońska, i protestancką – anglofońską, a Żydzi, którzy w pewnym momencie mieli swoją, postanowili dołączyć się do protestantów. Dzieci w mieście nie tylko chodziły do różnych szkół, ale uczyły się w różnych godzinach, więc nigdy nie były na ulicach w tym samym czasie i nigdy nie miały ze sobą kontaktu. Było to bardzo dziwne”. Mort zaczął naukę na McGill rok wcześniej i studiował sztukę, Steinberg zaś studiował handel, gdy dołączył do nich Leonard. Leonard radził sobie na uniwersytecie wspaniale z tym, czym wykazywał się podczas lat spędzonych w Westmount High: z zajęciami pozalekcyjnymi. Podobnie jak jego dziadek Lyon zdobywał kierownicze pozycje w komitetach i stowarzyszeniach.

Razem z innymi studentami z McGill został automatycznie wciągnięty do kółka dyskusyjnego. Podczas debat błyszczał. Miał naturalny talent do używania języka z precyzją i polotem. Z łatwością formułował stwierdzenia, które odzwierciedlały – albo i nie – jego najskrytsze myśli, ale dzięki jego poetyckiemu słuchowi brzmiały sugestywnie, a na pewno dobrze, czym zjednywał sobie słuchaczy. Jak na nieśmiałego młodego mężczyznę Leonard nie miał problemów ze staniem na scenie i przemawianiem; oracja była jedynym przedmiotem, z którego podczas studiów dostał piątkę. Na pierwszym roku w McGill zdobył odznaczenie Bovey Shield za swoją grupę dyskusyjną; na drugim roku został wybrany sekretarzem koła; na trzecim awansował na stanowisko wiceprezesa, a na czwartym, ostatnim roku został prezesem.

Leonard i Mort dołączyli do żydowskiego studenckiego bractwa na kampusie Zeta Beta Tau, a Leonard został prezesem również tego ugrupowania, i to o wiele szybciej niż w kole dyskusyjnym. Certyfikat potwierdza jego wybór 31 stycznia 1952 roku, zaledwie cztery miesiące po pojawieniu się na uniwersytecie2. Podobnie jak inne bractwa ZBT miało swój śpiewnik – uroczyste marsze, które brzmiały lepiej po alkoholu – i Leonard znał wszystkie słowa. Bractwa i prezesury mogły wydawać się zaskakująco proestablishmentowe jak na młodzieńca, który wykazywał socjalistyczne poglądy i miał poetyckie zapędy, ale Leonard, jak wspomina Arnold Steinberg, „nie opowiada się przeciw establishmentowi i nigdy tego nie robił, poza tym, że nigdy sam nie robił tego, co robi establishment. To jednak nie czyni go anty. Leonard był najbardziej oficjalnym i formalnym człowiekiem, jakiego znam. Nie chodzi jednak o jego relacje z ludźmi, ponieważ umie sobie ich zjednywać i jest bardzo, bardzo czarujący; ale o jego maniery, ubiór, sposób wypowiadania się – ma bardzo konwencjonalne podejście do tych spraw”.

Sprawozdania z letnich obozów opisują Leonarda jako czystego, porządnego i uprzejmego, i taki właśnie był. „Tak nas wychowano”, mówi David Cohen, jego kuzyn. „Zawsze uczono nas, żebyśmy zachowywali się grzecznie, mówili «tak, proszę pana» i «dziękuję», wstawali, gdy dorosły wchodzi do pokoju, i tym podobne”. Co do jego formalnego stroju, już wtedy Leonard miał opinię wytwornie ubranego (chociaż, jako mistrz niedopowiedzeń mógł się upierać, że był ubrany po prostu przyzwoicie). Mort dzielił upodobanie Leonarda do dobrych garniturów. Rodziny obu działały w branży odzieżowej, mogli więc schlebiać swoim gustom.

„Projektowaliśmy swoje ubrania, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat, i bardzo się wtedy wyróżniały”, opowiada Rosegarten, „generalnie były o wiele bardziej konserwatywne niż popularna moda w tamtych czasach. Miałem dostęp do krawca, który szył garnitury zgodnie z tym, co sobie zamarzyłem, a i Leonard dostawał to co chciał. Szyłem sobie nawet koszule na zamówienie, ale głównie dlatego, że miałem bardzo chudą szyję i nie mogłem znaleźć koszul dla dorosłych w swoim rozmiarze”. David Cohen wspomina, jak widział Morta przesiadującego w sali bilardowej należącej do studenckiego stowarzyszenia, z papierosem zwisającym z ust i z rękawami szytej na zamówienie koszuli podwiniętymi i podtrzymywanymi opaskami. „W pewnym sensie”, kontynuuje Rosengarten, „konformistyczna część żydowskiej społeczności z Westmount była wrogo nastawiona do tego, że byliśmy artystami i nie dopasowywaliśmy się do konwenansów. Zawsze jednak mieliśmy dobre garnitury. A Leonard był nienagannie ubrany”.

Niekonwencjonalność Leonarda objawiała się w inny sposób. Jak mówi Steinberg, „zawsze coś pisał i szkicował już jako nastolatek, i nigdy nie chodził bez swojego notatnika. Bez końca coś rysował, ale przede wszystkim pisał. Miał pomysły i notował je, pisał też wiersze. Pisanie było jego pasją; jego częścią. Pamiętam, jak siedziałem obok niego na zajęciach z francuskiego przy jednej z tych podwójnych ławek. Chodziła na nie również Angielka, która miała na imię Shirley. Uważaliśmy ją za najpiękniejszą dziewczynę na świecie. Był w niej szaleńczo zakochany i pisał na zajęciach inspirowane przez nią wiersze”.

Dziewczyny i pisanie zajmowały ex aequo pierwsze miejsce, jeśli chodzi o zainteresowania nastoletniego Leonarda. W obu obszarach nastąpił znaczny postęp w porównaniu z osiągnięciami ze szkoły średniej Westmount High. Jeden z tych obszarów okazał się jednak znacznie lepszy niż drugi, bo miłość nie była jeszcze marszem zwycięstwa, który opisał w Ulubionej grze, gdzie jego bohater, alter ego, wracał do domu, triumfując, po czasie spędzonym w ramionach pierwszej kochanki. Gotowy chwalić się swoimi podbojami czuł się dotknięty tym, że społeczność Westmount nie wstała jeszcze z łóżek, aby uczestniczyć w paradzie z serpentynami. Były to jednak wczesne lata pięćdziesiąte – czas, gdy bielizna biała jak prowincjonalny płot sięgała pod pachy, a stanik wydawał się niemożliwy do zdobycia niczym forteca. Chłopak miał bardzo ograniczone możliwości działania. „W końcu można było potrzymać dziewczynę za rękę”, powiedział Leonard. „Czasem dawała się pocałować”. Wszystko inne było „zabronione”3.

W pisaniu nie napotykał takich ograniczeń i mogło być dość rozwiązłe. Rosengarten wspomina, że Leonard „bez przerwy” pisał wiersze „w swoim pewnego rodzaju dzienniku, który wszędzie ze sobą zabierał i który od czasu do czasu gubił albo gdzieś zostawiał, i którego następnego dnia, bardzo zaniepokojony, gorączkowo poszukiwał. Miał w nim wszystkie swoje prace, bez zapasowych kopii”. W domu Leonard zaczął korzystać z maszyny do pisania. Stukał w klawisze, podczas gdy jego dziadek, rabin Solomon Klonitzki-Kline, pisał w pokoju obok. Ojciec Mashy wprowadził się na cały rok i często spędzali z Leonardem wspólne wieczory, czytając Księgę Izajasza, którą rabin znał na pamięć, a Leonard pokochał za jej poetyckość, obrazowość i przepowiednie. Przede wszystkim jednak Leonard uwielbiał siedzieć ze staruszkiem, który wyrażał „solidarność i przyjemność”4 z tego, że jego wnuk też jest pisarzem.

Pomimo kiepskich wyników osiąganych na zajęciach z angielskiego (o wiele lepiej szło mu z matematyki) to właśnie na Uniwersytecie McGill Leonard stał się prawdziwym poetą. Został mianowany na poetę podczas spontanicznej ceremonii przeprowadzonej przez Louisa Dudka, polsko-kanadyjskiego katolickiego poetę, eseistę i wydawcę. Dudek trzy razy w tygodniu prowadził zajęcia z literatury, na które Leonard uczęszczał na trzecim roku studiów. Pięćdziesięciu studentów spotykało się w poniedziałki, środy i piątki o piątej po południu w budynku nauk humanistycznych. W programie znalazły się utwory Goethego, Schillera, Rousseau, Tołstoja, Czechowa, Tomasza Manna, Dostojewskiego, Prousta, T.S. Eliota, D.H. Lawrence’a, Ezry Pounda i Jamesa Joyce’a.