Leona. Cel uświęca środki - Jenny Rogneby - ebook
Opis

Nieszablonowa śledcza Leona powraca! Nieprzewidywalny i zuchwały kryminał, który zapiera dech w piersiach.

Przed gmachem parlamentu w Sztokholmie zamachowiec-samobójca detonuje bombę, ale cudem udaje mu się przeżyć wybuch. Czy działał sam? A może należy się spodziewać kolejnych ataków? Zamachowca ma przesłuchać Leona Lindberg, która jest, delikatnie mówiąc, rozkojarzona po wydarzeniach opisanych w poprzednim tomie. Ze zrozumiałych względów inne sprawy absorbują teraz jej uwagę: rozpad rodziny, groźby płynące z kilku stron i paląca potrzeba zdobycia gotówki. Balansując na granicy prawa, Leona rozpoczyna niebezpieczna grę, która jeśli się powiedzie, pozwoli jej zrealizować upragniony cel. Jako że stawka jest wysoka, wzrasta także ryzyko. Całe szczęście, że jest sprytna i jak nikt potrafi myśleć niekonwencjonalnie. Czasu nie pozostaje jednak wiele.

Leona nie cofnie się przed niczym, żeby dopiąć swego. Jak nikt wie, że cel uświęca środki. A jej cel jest wszystkim, na czym jej zależy.

David Lagercrantz, światowej sławy autor kontynuacji Millenium, tak pisał o Jenny Rogneby: „Jest nową królową skandynawskich kryminałów. Jej bohaterka nie różni się od każdego znanego mi bohatera literackiego! I jak Jenny pisze! Od pierwszej strony chwyta za gardło i nie można przestać czytać”.

Jenny Rogneby – kryminolożka i śledcza policyjna. Ukończyła też kursy z prawa i rozwiązywania konfliktów. Jest wykształconą piosenkarką i przez wiele lat pracowała jako artystka (grała support przed koncertem Michaela Jacksona w Tallinnie, na którym było osiemdziesiąt tysięcy widzów, wydała album w Japonii, startowała w Melidiefestivalen, szwedzkich eliminacjach do konkursu Eurowizji, i koncertowała w Szwecji i za granicą). Jej pierwsza powieść Leona. Kości zostały rzucone (Marginesy 2016) szturmem podbiła serca czytelników i okazała się literacki przełom w karierze Rogneby. Książka osiągnęła sukcesy nie tylko w Szwecji, wydano ją jeszcze w jedenastu krajach, a prawa do ekranizacji sprzedano do Hollywood.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 544

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału LEONA – ALLA MEDEL TILLÅTNA
Przekład: AGATA TEPEREK
Redaktor prowadzący: ADAM PLUSZKA
Redakcja ANNA MIRKOWSKA
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki MIKAEL ERIKSSON / M Industries
Adaptacja projektu okładki i opracowanie typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Leona – Alla medel tillåtna Copyright © Jenny Rogneby 2017 Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland Copyright © for the translation by Agata Teperek Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-37-9
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. (+48) 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Poprawił ciężki pas na biodrach, poluzował przyczepione do niego stalowe cylindry z materiałem wybuchowym, żeby spodnie nie wrzynały mu się w skórę. Kabel od zapalnika kołysał mu się lekko wzdłuż prawej nogawki. Złapał detonator. Mocno go ścisnął. Miał wilgotną dłoń. Pot? Nie wiedział.

Myślał tylko o swoim zadaniu.

Ostatnim.

Gdy tylko naciśnie guzik, wszystko się skończy.

Wodził wzrokiem za płaskim, czterokołowym robotem policyjnym, który kierował się w jego stronę. Chociaż wyły syreny, a policyjny eurocopter sto trzydzieści pięć wisiał mu nieruchomo nad głową, słyszał własny oddech. Krótki. Nieregularny. Cienie rzucane przez wirniki helikoptera szybko przesuwały się po monumentalnej, skąpanej w słońcu fasadzie budynku przed nim.

Gmach parlamentu – Riksdagu.

Przyglądał się godłu państwowemu nad wejściem i wieńczącemu budynek posągowi czuwającej Moder Svei[1]. Wokół zielonego parku, otoczonego taśmą policyjną, widział sylwetki uzbrojonych mężczyzn. Z dachu Zamku Królewskiego wystawały lufy snajperskich karabinów.

Robot policyjny wjechał na trawę i kołysząc się, zbliżał do niego.

– Są tam z przodu.

Z głośnika dobiegł metaliczny głos negocjatora, odbijający się echem wśród rytmicznego huku wirników.

Zobaczył je.

Do robota przyklejono taśmą obcęgi, były przeznaczone dla niego. Żeby mógł przeciąć nimi stalowe linki. Żeby wszystko jakoś się wyprostowało. Tak jakby to było jeszcze możliwe.

Kiedy kurtka zsunęła się z niego na ziemię i odsłoniła cały pas i kiedy ponownie chwycił za detonator, osamotniony głos negocjatora zastąpiły wykrzykiwane przez policjantów polecenia:

– Nieee! Puść detonator! Puść to! Ręce do góry! Na kolana! Na zie...

Wyłączył się.

Przestał słuchać.

Nic już nie miało znaczenia.

Nadeszła pora.

Podniósł rękę i nie patrząc, przejechał palcami po zawieszonym na szyi łańcuszku. Chwycił srebrny medalik, który przykleił mu się do ciała. Mocno go ścisnął, a kciuk drugiej ręki przesunął na zapalnik.

Nabrał powietrza. Głęboko. Potem po raz ostatni uniósł wzrok na jasne, błękitne letnie niebo.

Zamknął oczy.

Nacisnął.

1

Zamknęłam oczy, a mimo to wiedziałam, że jestem bacznie obserwowana. Każde drgnienie powieki. Każdy ruch. Każda reakcja. Wszystko notowano i analizowano. Ja, Leona Lindberg, sama robiłam tak tysiące razy. Jako policyjna śledcza w SCP, w Sekcji do spraw Ciężkich Przestępstw w sztokholmskim city, byłam przyzwyczajona do tego, że to ja przesłuchuję innych. Szukam słabych punktów w tym, co mówią. Opanowałam tę rolę, dobrze się w niej czułam.

Tym razem było jednak inaczej.

Teraz to ja stałam się obiektem obserwacji.

Terapeutka Aimi Nordlund przyglądała mi się uważnie z fotela naprzeciwko. Jej gabinet składał się tylko z jednego pokoju, urządzonego wedle wytycznych tak, by sprzyjał rozmowie. Ściany w chłodnym odcieniu zieleni, fotele obite ciemnym materiałem i poduszki, na których lądowało się miękko, choć zachowywało się przy tym ergonomiczną, wyprostowaną postawę. Dzięki takiej tonacji kolorystycznej gabinet przypominał ciepły i przytulny salon, ale przebywając w nim, miałam trudności z oddychaniem. Jakby spoczywał mi na piersi jakiś ciężar. Jakby wciskał mnie w fotel.

Nigdy bym nie uwierzyła, że będę przesiadywać u jakiegoś terapeuty i opowiadać mu o swoim życiu. Zaledwie kilka miesięcy temu wydawało się to absolutnie nie do pomyślenia. Chadzanie do speców od spraw sercowych nie było w moim stylu. Ale po tym, co się stało, sięgnęłam dna, wylądowałam na poziomie zero.

Nie, nawet gorzej, znalazłam się na minusie.

Ekonomicznie.

Psychicznie.

Nawet fizycznie.

Pięć miesięcy po powrocie z Anglii obudziłam się pewnego ranka i nie dałam rady wstać z łóżka. Jakby ktoś przykleił moje ciało do materaca. Podniosłam się dopiero po godzinie. W ogóle nie pamiętam, co się działo tego dnia w pracy. Najwidoczniej pracowałam jak zwykle, ale myślami błądziłam gdzieś indziej. Kiedy wracałam z pracy, zamykałam się w domu. Siedziałam w ciemności za zaciągniętymi zasłonami, wpatrzona w jeden punkt przed sobą.

Na pierwszej sesji terapeutycznej z Aimi powiedziałam może ze dwa słowa. Nie wiedziałam, od czego zacząć. Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Nie sposób było uporać się z nimi w samotności. Bo to właśnie wtedy się pojawiały i robiły, co chciały. Krążyły dookoła jak nietoperze nocą, ledwo dawało się je dojrzeć w przelocie, nie było mowy, żeby je uchwycić. Ale tutaj, w jednym pokoju z Aimi, potrafiłam jakimś cudem nad nimi zapanować.

Aimi zadawała pytania. Takie, jakich nikt wcześniej mi nie zadał. O moją przeszłość, o to, kim jestem.

Kim więc jestem?

Większość powiedziałaby, że zwykłą trzydziestopięcioletnią matką po rozwodzie, może z trochę niecodziennym zawodem, bo jestem policjantką, ale poza tym dokładnie taką jak inni. Koledzy uważali mnie za kompetentną śledczą. Wprawdzie kwestionowałam autorytety i niekoniecznie rwałam się równie mocno jak pozostali do pracy w grupie, ale poza tym widziano we mnie odpowiedzialnego członka społeczności, który reprezentuje system wartości przyświecający policji i który stosuje się do obowiązujących przepisów.

Kilka osób wiedziało, kim jestem naprawdę.

Że odrzuciłam życie zwykłego, uczciwego Svenssona. Skończyłam z przestrzeganiem prawa tylko po to, żeby zadowolić innych, i zaczęłam żyć.

Tak naprawdę.

Bez hamulców.

Dużo poświęciłam i przekroczyłam granicę, za którą niewielu się zapuszczało. Ale było to konieczne, żebym mogła skończyć z życiem w kłamstwie.

Ci nieliczni, którzy wiedzieli, że w gruncie rzeczy jestem policjantką stojącą jedną nogą poza tą granicą, poza granicą prawa, mieli swoje powody, żeby milczeć.

Popatrzyłam na sufit w gabinecie Aimi. Zastanowiłam się, co by powiedziała, gdyby wiedziała, że przed kilkoma miesiącami doprowadziłam do skazania policjanta za przestępstwa, za którymi sama stałam. Czy wtedy w inny sposób zaplanowałaby terapię? Posłanie go za kratki nie było moim zamiarem, lecz okazało się ostatnią deską ratunku. Zaczął się mieszać w to, czym się zajmowałam, pogrywać sobie ze mną dla własnego zysku. Dopiero później dowiedziałam się, że mnie podsłuchiwał. Został aresztowany akurat w momencie, kiedy próbował zgromadzić więcej dowodów w sprawie tych przestępstw.

Wywinęłam się w ostatniej chwili, ale wkrótce poznałam jego żądania. Kiedy połapał się, o jakich sumach mowa, zdecydował się nie wyjawiać prawdy. W zamian zaczął mnie szantażować. Musiałam mu oddać miliony, które zagarnęłam w napadach. Dla pieniędzy był skłonny przesiedzieć w pudle kilka lat. Uważał, że nawet gdyby odwołał się od wyroku i został uniewinniony, to i tak nie udałoby mu się odzyskać zaufania szefów policji i nie zrobiłby już kariery w służbach. Prawdopodobnie miał rację. Od dawna po firmie krążyły plotki, że nie gra czysto. Wielu słyszało też, jak się uskarżał, że praca policjanta nie jest należycie opłacana. Moje miliony okazały się zwyczajnie zbyt kuszące. Teraz siedział za kratami w zakładzie Hall niedaleko Södertälje.

Rzecz jasna, mocno mnie zabolało to, że zostałam zmuszona do oddania swoich milionów. Dużo musiałam przejść, żeby zdobyć te pieniądze. Dzięki nim zamierzałam zmienić swoje życie.

Ale nie było sensu płakać. Co się stało, to się nie odstanie.

Obmyśliłam już nowy plan.

Który miał mi przynieść o wiele więcej pieniędzy.

Teraz musiałam jedynie znaleźć wystarczająco dużo siły, żeby podołać jego realizacji.

Potrzebna mi była pomoc, żebym stanęła na nogi, a Aimi okazała się odpowiednią osobą do rozmowy. Przyglądałam się jej. Terapeuci zdają się nieszczególnie chętnie mówić o sobie samych, dlatego wiedziałam o niej tylko tyle, ile udało mi się wyczytać z jej wyglądu. Ciemnobrązowe, proste jak drut włosy, ciemna karnacja, imię i pierścionki na palcu serdecznym lewej ręki podpowiadały mi, że jest po pięćdziesiątce, pochodzi z Japonii i wyszła za mąż za Szweda.

Wzięłam głęboki wdech, spróbowałam zrzucić ciężar, który spoczywał mi na piersi. Musiałam walczyć ze sobą, żeby w ogóle jej coś powiedzieć, a teraz miałam jej jeszcze zdradzić, co tak potwornie męczy mnie po nocach. Zamknęłam oczy.

– Jestem w kościele. Ubrana cała na czarno. Mam coś na głowie, próbuję to ściągnąć, żeby cokolwiek zobaczyć. Przesuwam się do przodu przejściem na wprost ołtarza, wymaga to skupienia. Robię krok za krokiem, ale mimo to wydaje mi się, że i tak nigdzie nie dojdę.

Mówiłam cicho i spokojnie. Dużo wysiłku kosztowało mnie to, żeby opowiedzieć jej mój sen możliwie najdokładniej.

– Rzędy ławek po obu stronach są pełne ludzi w czarnych pelerynach. Kiedy patrzę w dół po sobie, widzę, że jestem ubrana w coś podobnego. Ludzie mają na głowach kaptury. Mnie udaje się ściągnąć swój, obracam się szybko, żeby zorientować się, kim są zgromadzeni, ale kaptury mi to uniemożliwiają. Wszyscy stoją, kołysząc się, trochę jak wysokie, czarne zjawy. Nie rozumiem, dlaczego tam jestem. Ktoś musiał umrzeć, tak sobie myślę, ale nie wiem kto. Z tej niewiedzy popadam w rozpacz.

Chociaż czułam, jak serce zaczyna mi walić szybciej, nie przestawałam opowiadać.

– Coś mnie kłuje w żołądku. Nogi mam jak z betonu. Słyszę muzykę organową. Walczę, żeby podejść bliżej i zobaczyć, czy z przodu stoi trumna. Poruszam się jak mucha w smole, ale mimo wszystko zbliżam się do celu. Jeszcze siedem rzędów ław. Sześć.

Nigdy nikomu nie opowiadałam tego snu. Teraz, kiedy to robiłam, wydawał się równie rzeczywisty jak w nocy.

– Jak na umówiony sygnał wszyscy siadają. Zapada grobowa cisza. Wtedy ją dostrzegam. Stoi z przodu, na prawo od ołtarza. Mała biała trumna, widzę, jak lśni. W tym samym momencie osoba w pierwszym rzędzie odwraca się do mnie. Chociaż kaptur peleryny zakrywa część jej twarzy, rozpoznaję, kto to. Mój mąż. Ma oczy czerwone od płaczu. Kiedy podchodzę do niego, zauważam, że trzyma za rękę naszą małą, pięcioletnią Beatrice. Siedzi obok niego. Spogląda na mnie swoimi niebieściutkimi, niewinnymi oczami. Miejsce koło niej jest wolne. Najpierw nic nie pojmuję. Rozglądam się za Benjaminem. Moim ukochanym synkiem. Gdzie on jest? Kiedy mój wzrok znowu zatrzymuje się na trumnie, wstrzymuję oddech. Lecę w dół. Podłoga kościoła rozstępuje mi się pod nogami, a ja spadam w wielką czarną przepaść.

Spojrzałam na Aimi. Z jej twarzy biły życzliwość i spokój. Zachęciła mnie, żebym mówiła dalej.

– Budzę się spanikowana i próbuję złapać oddech. Nie mogę zaczerpnąć powietrza. Jakbym się topiła. Potem słyszę Benjamina.

Nie było nocy, żebym nie budziła się z myślą, że słyszę płacz Benjamina. Jego wołanie o pomoc, kiedy wzmagały się bóle brzucha. Choć już go nie było i nie płakał nocami, miałam wrażenie, że nie chce mnie zostawić. A może to ja nie chciałam tego zrobić. Bolało mnie, że nie mogę mu już pomóc. Przytomniałam dopiero w pół drogi z sypialni. Przecież już go tam nie było.

– Sen jest potworny, ale mimo wszystko najgorsze jest przebudzenie, kiedy dociera do mnie, że... to nie sen. Że on odszedł na zawsze. Mój synek był...

Ciężko mi było ubrać myśli w słowa. Mówić o nim. Właściwie nie chciałam tego robić. Ale wiedziałam, że muszę.

– ...był dla mnie wszystkim.

Łzy cisnęły mi się do oczu. Wypełniały całe pole widzenia. Kiedy opuściłam powieki, zabrakło dla nich miejsca i szybko stoczyły się po policzkach na czarną bluzkę. Usłyszałam, jak Aimi przesuwa po stole paczkę chusteczek higienicznych. Sięgnęłam po jedną.

– Potem wracają wspomnienia ze szpitala... – zaczęła.

Przytaknęłam. Wspomnienia ze szpitala w Anglii co rusz od nowa rozgrywały się w mojej głowie. Czekaliśmy, aż skończy się skomplikowany przeszczep jelita. Aż lekarz wyjdzie i powie, że wszystko poszło dobrze, że nasz kochany synek wygrał z chorobą Crohna i że wkrótce znowu usłyszymy jego delikatny, cienki głosik. Zamiast tego zobaczyłam, jak lekarz podchodzi do mojego męża. Na środku korytarza Peter, mój zrównoważony i dobrze ułożony mąż, padł na podłogę. Lekarz powiedział mu, że robili, co mogli, ale nie udało się uratować życia Benjaminowi. Tam, gdzie stałam, nie docierały słowa, ale wystarczyła mi reakcja Petera.

W gardle poczułam gulę. Chciałam krzyczeć, ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Nie mogłam nabrać powietrza w płuca. Rozum podpowiadał mi, że powinnam podejść i posłuchać, co mówi lekarz, być tam ze względu na Petera, ale moje ciało mi na to nie pozwalało. Byłam jak w transie, zaczęłam się odsuwać od niego i od lekarza. Musiałam wyjść na dwór. Zaczerpnąć powietrza.

Potem pamiętam jedynie, że biegłam. I biegłam. Aż nogi przestały mnie nieść. Aż runęłam na ziemię. Płakałam. Nie mogłam się pohamować.

– Jak później układało się między panią a Peterem? – spytała Aimi.

Nie odpowiedziałam. Okres, który potem nastąpił, pamiętam jak przez mgłę. Dni się ze sobą zlewały. Moja nowa szefowa, Alexandra, zmusiła mnie, żebym wzięła tydzień wolnego. Nie chciałam. Bałam się, że coś się może ze mną stać, kiedy nie będę wśród ludzi. W tamtym czasie ratunkiem okazała się dla mnie praca. Jedynie ona utrzymywała mnie na powierzchni. Aż wszystko runęło i nie byłam w stanie podnieść się z łóżka.

– Peter wciąż chciał o nim mówić – powiedziałam. – Ja nie dawałam rady. Nie potrafiłam nawet wypowiedzieć jego imienia. Było to zbyt trudne. Peter już wcześniej oświadczył mi, że chce się rozwieść, więc się wyprowadziłam. Starałam się nie myśleć o tym, co się stało. Tylko tak mogłam to przetrwać.

W pewnym sensie można powiedzieć, że chociaż się wyprowadziłam, moje relacje z Peterem nie zmieniły się, kontaktowaliśmy się ze sobą wyłącznie w sprawach związanych z Beatrice. Nie brakowało mi naszego małżeństwa. Przez te wszystkie lata starałam się być dla Petera oddaną partnerką i dobrą matką dla dzieci. Na koniec nasze życie rodzinne bardziej przypominało prowadzenie firmy. Było nieustannym planowaniem, dopinaniem logistyki. Wszystkie moje rozmowy z Peterem kręciły się wokół tego, kto odbierze dzieci z przedszkola albo je tam zawiezie, kto zrobi zakupy, podrzuci dzieci na zajęcia dodatkowe, coś ugotuje, poczyta im bajki, przygotuje rodzinny obiad, lista była długa. Dni tygodnia mijały na pilnowaniu, żeby jak najszybciej kręcić się w tym kółku, jak chomik, i podtrzymywać to nasze życie, które przypominało raczej funkcjonowanie robotów.

Właśnie takiego życia oczekiwano od ludzi.

Już jako dziecko odkryłam, że najważniejsze jest, żeby robić to, czego ode mnie oczekują inni. Postępowanie w ten sposób i niewyróżnianie się gwarantowało przeżycie. W pracy szło mi łatwiej, tam nigdy nie byłam z nikim szczególnie blisko, ale z Peterem okazało się to o wiele bardziej skomplikowane. Zachowywanie pozorów przed własną rodziną wykończyło mnie przez te lata doszczętnie. Kiedy dotarło do mnie, że nie daję już rady być kochającą żoną, o jakiej marzy Peter, ani perfekcyjną matką, na jaką zasługują moje dzieci, zrozumiałam, że nie mam innego wyboru, mogę tylko porzucić to, co budowałam przez dziesięciolecia.

To właśnie wtedy zaczęła się moja podróż do nowego życia.

Miałam świadomość, że dokonałam wyboru, który kłócił się z tym, czego oczekiwano ode mnie jako kobiety, matki i policjantki. Ale nie chciałam, żeby inni dalej wywierali na mnie wpływ. Nie godziłam się, żeby to oni wyznaczali zasady, wedle których powinnam żyć.

Poszłam swoją drogą, a życie moich współpracowników polepszyło się dzięki mnie. Jeden z nich, pół-Fin, ojciec małego dziecka, przeprowadził się teraz z powrotem do Finlandii, bogatszy o kilka milionów. Z kolei prokurator po zakończeniu naszej współpracy złożyła wypowiedzenie w prokuraturze i osiadła na Riwierze Francuskiej.

Byłam już tak blisko osiągnięcia tego, co chciałam, ale straciłam swoją część, więc musiałam się wycofać i zacząć układać nowe plany.

Gdyby nie to, że po stracie Benjamina większość rzeczy wydawała się całkiem pozbawiona sensu, cisza i spokój otaczające mnie w mieszkaniu przyniosłyby mi ulgę. Nie było już Petera, którego trzeba by było brać pod uwagę, ani nikogo, przed kim musiałabym w domu zachowywać pozory. Próbowałam żyć dla Beatrice, ale nie mogłam zaznać spokoju ani odpoczynku. Myśli o Benjaminie nie dawały mi w nocy spać.

Aimi powoli nachyliła się w fotelu. Popatrzyła mi prosto w oczy i powiedziała spokojnym głosem:

– Pani Leono, a czy pani pozwoliła sobie na to, żeby opłakać swoje dziecko?

Uciekłam przed jej wzrokiem i wyjrzałam przez okno, a wtedy łzy stoczyły mi się po policzkach. Robiłam wszystko, byle tylko go nie opłakiwać. Żeby funkcjonować normalnie. Wykonywać swoją pracę. Znaleźć nowe mieszkanie. Zająć się Beatrice. Wcześniej w życiu, kiedy napotykałam opór, dobrze sprawdzała się zmiana kierunku.

Ale nie tym razem.

Bałam się o samą siebie. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nadal nie byłam w stanie tego pojąć. To dlatego znalazłam się tutaj, u Aimi.

– Co by się z panią stało, gdyby pani sobie na to pozwoliła? – drążyła.

Ciszę przerwało dzwonienie mojego telefonu komórkowego. Alexandra, moja przełożona. Nacisnęłam „odbierz”, ale nie dałam rady nic powiedzieć.

– Leona, gdzie jesteś? Musisz jak najszybciej przyjechać.

Podniosłam się. Szybko otarłam łzy. Wyjaśniłam Aimi, że muszę już iść. Tak czy inaczej, nie miałam siły, żeby tu dłużej siedzieć. Chciałam uzyskać pomoc, by znowu być silna, a nie słaba. Aimi wpływała na mnie przeważnie uspokajająco, ale nie podobało mi się, że czasem, wychodząc od niej, czułam się jeszcze gorzej niż przed przyjściem. Chociaż jakkolwiek by patrzeć, sprawiła, że w ogóle coś poczułam. Bałam się tego. Że jeśli otworzę się za bardzo, wyląduję w wielkiej czarnej dziurze, z której nigdy już się nie wygramolę.

Nie chciałam znowu się w niej znaleźć.

2

Jadąc samochodem z gabinetu Aimi, myślałam o rozmowie z Alexandrą. Z tonu jej głosu wywnioskowałam, że chce powiedzieć mi coś ważnego.

Alexandra Risberg była od niedawna naczelniczką mojej sekcji. Taką nazwę nosiło na razie wciąż jeszcze zajmowane przez nią stanowisko. Po Nowym Roku planowano największą od pięćdziesięciu lat reorganizację policji. Sekcje nie miały być już sekcjami, a w związku z tym tytuł Alexandry miał się zmienić. Mimo że dopiero co została powołana, jasne było, że ma ambicje sięgnąć znacznie wyżej.

Już przy wielu okazjach po śmierci Benjamina Alexandra wspominała, że sekcja dostała więcej środków na rozmowy wspierające, i proponowała mi je. Za każdym razem odmawiałam. Powiedziałam, że zamiast tego wolę sama zwrócić się do terapeuty, co bardzo ją ucieszyło. Pozwoliła, żeby odbywało się to w godzinach pracy. Kiedy dzwoniła, musiała świetnie zdawać sobie sprawę, gdzie jestem, a mimo to prosiła, żebym jak najszybciej przyjechała.

Wyłączyłam w samochodzie policyjne radio i zaczęłam szukać jakiejś stacji z pogodną muzyką, mając nadzieję, że dzięki niej otrząsnę się z przygnębienia po sesji terapeutycznej. Po przeskoczeniu kilku kanałów, na których ktoś coś ględził, zatrzymałam się na P3, gdzie kobieta monotonnym głosem informowała:

– Wiadomości programu P3. Zeszłotygodniowa detonacja bomby przeprowadzona przez mężczyznę przed gmachem Riksdagu wymagała zaangażowania poważnych sił policyjnych; udział w akcji brali Narodowy Oddział Antyterrorystyczny, Narodowy Oddział do spraw Ochrony Przeciwbombowej oraz policjanci z całego regionu sztokholmskiego. Na miejsce wezwano także snajperów i specjalnie przeszkolonych negocjatorów. Łącznie w szczytowej fazie akcji, trwającej niemal dziesięć godzin, wzięło udział około dwustu policjantów. Komendant główny policji przewiduje, że Szwecja, podobnie jak inne kraje, będzie w przyszłości musiała przeznaczyć większe środki na zwalczanie terroryzmu...

Wyłączyłam to. Nie byłam w stanie tego słuchać. Media w ostatnim tygodniu całkowicie zdominowała wiadomość o zamachowcu samobójcy, który zdetonował bombę przed Riksdagiem. Nie dało się włączyć telewizora, radia, zajrzeć do internetu ani przejrzeć gazety i nie natrafić na wiadomości albo dyskusje, w których wałkowano ten temat. Każdy ekspert miał własną teorię i chciał się nią podzielić z innymi. Nawet w pracy zawzięcie debatowano nad tym incydentem. Spekulowano, czy służby bezpieczeństwa rzeczywiście mają na oku potencjalnych terrorystów i czy postąpiono właściwie, podwyższając – za radą Narodowego Centrum do spraw Zagrożenia Terrorystycznego – stopień zagrożenia w kraju. Nie wdawałam się w takie dywagacje. Cała ta spawa powodowała jedynie, że jeszcze mocniej tęskniłam za innym życiem.

Dopiero kiedy zatrzymałam się na czerwonym świetle na Sveavägen, poczułam delikatny swąd dymu w samochodzie. Nie potrzebowałam zbyt wiele czasu, żeby na podłodze koło swoich stóp odkryć niedopałek papierosa. Opuściłam szybę i już miałam go wyrzucić, kiedy usłyszałam płacz dziecka.

– Mamo, mamo!

Jakaś kobieta trzymała za rękę małego chłopca i tak szybko szła chodnikiem, że synek, który wlókł się za nią, nie był w stanie utrzymać równowagi. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Matka mocno go trzymała i ciągnęła dalej. Krzyczała, że muszą się pośpieszyć. Zamknęłam okno. Zebrało mi się na mdłości. Przez dym papierosowy. Przez to, że poczułam się, jakbym właśnie zobaczyła samą siebie. Swoje wcześniejsze życie.

Chłopiec mógł być zaledwie kilka lat starszy od Benjamina. Znowu ogarnął mnie niepokój. A gdybym nie gnała gdzieś wciąż jak ta kobieta? Gdyby mimo wszystko dane mi było spędzić więcej czasu ze swoim synkiem?

Tamto życie było jak jakiś diabelski młyn.

Ludzie na co dzień uskarżają się z powodu drobnostek, ale nigdy nie dostrzegają, według jakiego wzoru żyją. A może nie chcą go dostrzec. Wolą to wszystko znosić i dalej prowadzić stresujące życie, bezsensownie zaplanowane co do minuty, zamiast coś z nim zrobić. To, żeby jakoś je zmienić, kosztowałoby ich zbyt wiele zachodu.

Osobiście miałam powody, żeby żyć tak jak oni. Robiłam to, bo zdawałam sobie sprawę, że społeczeństwo nie akceptuje odchyleń od normy. Jeśli człowiek nie pasował do ściśle określonego wzorca, który wyznaczał to, co uznawano za normalne, spychano go na margines. Pozbawiano wszelkiej wartości. Żeby tak nie skończyć, trzeba było radzić sobie najlepiej, jak się umiało.

Zastanawiałam się, ile czasu może minąć, zanim kobieta na chodniku zrozumie, że nie ma sensu walczyć o to, żeby się dopasować. Bierze udział w zawodach, w których nie da się zwyciężyć.

W których byli tylko przegrani.

Zatrzymała się na chodniku, pochyliła się i szarpnęła synka, który jeszcze bardziej się jej opierał. Nie chciał wstać i płakał tak głośno, że jego szloch słyszałam wyraźnie mimo zasuniętych szyb. Może pewnego dnia ta kobieta oprzytomnieje. Zrozumie, że każda minuta spędzona razem z dzieckiem warta jest więcej niż to, za czym teraz tak goni.

Dodałam gazu, jechałam zdecydowanie za szybko i musiałam wcisnąć hamulec, kiedy zobaczyłam dwóch kolegów na patrolu idących chodnikiem. W zeszłym tygodniu wielu policjantów zostało oddelegowanych do prewencji i teraz w city widywało się zdecydowanie więcej mundurowych niż zwykle.

Na górze, w sekcji, poszłam prosto do kuchni, nalałam sobie szklankę wody i po drodze do pokoju Alexandry popiłam nią tabletkę od bólu głowy. Alexandra rozmawiała przez telefon, ale kiedy zobaczyła mnie na korytarzu przez szybę, zaprosiła skinięciem głowy do siebie. Weszłam i stanęłam przy oknie. Jeśli pominąć kilka zielonych roślin, pokój ten wyglądał podobnie jak za czasów mojego poprzedniego szefa Claesa. Część kolegów sądziła, że dużo się zmieni, kiedy naczelnikiem zostanie kobieta. Claes zwykle łatwo wybuchał i często podnosił głos. Alexandra była spokojniejsza, chociaż nie unikała wcale konfrontacji.

Usiadłam na krześle przy okrągłym stole konferencyjnym i czekałam, aż skończy. Jak zawsze mówiła spokojnym i opanowanym głosem. Mimo to na jej przeważnie gładkim śniadym czole pojawiły się drobne zmarszczki, coś musiało ją zaniepokoić. Odłożyła słuchawkę i przez chwilę mi się przyglądała.

– Nadal źle sypiasz, Leona? Jakoś kiepsko wyglądasz.

Wzruszyłam ramionami. Było to dość łagodnie powiedziane, ale nie miałam ochoty wdawać się z nią w dyskusję o swoim stanie zdrowia. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że nie pyta wyłącznie z troski, mało prawdopodobne było, żeby poprosiła mnie o przerwanie sesji u terapeutki tylko po to, żeby omówić ze mną moje samopoczucie.

Nalałam sobie wody z dzbanka stojącego na stole i wzięłam łyk. Wydawało mi się, że ma smak żelaza.

– Potrzebuję cię do nowej sprawy – powiedziała. – Wybudzili ze śpiączki zamachowca, który w zeszłym tygodniu zdetonował bombę przed Riksdagiem.

Zagryzłam zęby. Ze wszystkich toczących się w regionie sztokholmskim postępowań, które teoretycznie mogły mi się trafić, nie byłam sobie w stanie wyobrazić nic gorszego od właśnie tej sprawy.

– Nadal leży w szpitalu Karolinska. Nie chce rozmawiać z SÄPO – ciągnęła.

Pomyślałam, że nic w tym szczególnie dziwnego, że nie chce z nimi gadać, bo kto chciałby rozmawiać ze służbami bezpieczeństwa? Zamachy bombowe takie jak ten uznawano za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i dlatego to oni prowadzili śledztwo. Nie rozumiałam, co ja mam z tym niby wspólnego.

– Odezwali się do mnie naczelny prokurator z jednostki Prokuratury Krajowej do spraw Bezpieczeństwa i szef SÄPO. Przed chwilą rozmawiałam też z naczelnikiem wydziału kryminalnego. Wszyscy pytali właśnie o ciebie – wyjaśniła.

Westchnęłam. Raz po raz odbijało mi się czkawką to, że pół roku temu dostałam nagrodę dla najlepszego śledczego. Była to w zasadzie ironia losu, ponieważ wyróżniono mnie za posłanie za kratki policjanta, który został skazany za przestępstwa, za którymi ja sama stałam. Niemniej po tym zdarzeniu przydzielono mi kilka trudnych do rozwikłania spraw. Ale nic, co by przypominało tę. Kiedyś wyzwania mnie mobilizowały, ale teraz potrzebowałam tych resztek energii, które miałam, do czegoś innego niż praca.

W zeszłym tygodniu, kiedy stało się to, o czym mówiła teraz Alexandra, byłam w komendzie. Facet wysadził się w powietrze przed wejściem do gmachu parlamentu. Chociaż do podobnych incydentów dochodziło już wcześniej w centrum Sztokholmu, trudno było sobie wyobrazić, że naprawdę może tu chodzić o zamachowca samobójcę. Koledzy, którzy pierwsi dotarli na miejsce, opowiadali wstrząśnięci, jaki obrót przybrały sprawy, w związku z czym dane im było na własne oczy zobaczyć, jak bomba rozszarpuje ciało mężczyzny. Stracił różne członki, ale przeżył. Na szczęście w pobliżu nie było nikogo, a potem podwyższono stopień gotowości i zamknięto pół centrum, bo uznano, że wzrosło ryzyko ataku na cele polityczne. Już wtedy byłam szczęśliwa, że nie pracuję w SÄPO, i przestałam śledzić tę sprawę. Nie miałam ani siły, ani ochoty ładować się w tak wymagające śledztwo.

– Alexandro, ale to przecież gigantyczna sprawa. I my to niby mamy wziąć tutaj, do SCP? Chyba tylko po to, żeby mieć urwanie głowy z dziennikarzami jak nigdy dotąd. Czy to naprawdę...

– To nie podlega dyskusji, Leono – powiedziała. – Właśnie podjęliśmy decyzję, że zajmiemy się przesłuchiwaniem świadków. Wiem, że jest ci teraz ciężko, ale wszyscy uważamy, że jesteś właściwą osobą do tego zadania.

Wiedziałam, że w SCP pracuje wielu śledczych, którzy dużo by dali, żeby tylko móc przeprowadzić te przesłuchania, ale dla mnie teraz niosło to ze sobą wyłącznie problemy. Ani psychicznie, ani fizycznie nie byłam w na tyle dobrej formie, żeby się tym zająć.

– Jak wiadomo, negocjatorom na miejscu nie udało się nawet skłonić tego mężczyzny do rozmowy. Chciałabym, żebyś pojechała do szpitala i go przesłuchała. Od tego zaczniemy.

Wyjęła z kieszeni telefon komórkowy. Szybko spojrzała na ekran. Nacisnęła coś i znowu odłożyła go na bok. Wzrokiem przebiegłam po jej biurku i stole konferencyjnym.

– Gdzie są akta? – zapytałam.

– Postępowanie przygotowawcze będzie dalej prowadzone przez SÄPO, ponieważ był to atak terrorystyczny. Masz tylko przesłuchać tego mężczyznę. Nic więcej.

Pierwszy lepszy policjant z brzegu wiedział, że nie da się kogoś „tylko” przesłuchać. W przypadku przestępstwa o takiej randze przesłuchania wiele wymagały od śledczego, który je prowadził. Nieczęsto się też zdarzało, żebyśmy w ten sposób współpracowali ze służbami bezpieczeństwa.

Westchnęłam i wzięłam się pod boki.

– Chcesz przez to powiedzieć, że nie zamierzają przekazać nam żadnych dalszych wskazówek? – zapytałam.

SÄPO ukrywało informacje nie tylko przed opinią publiczną, lecz także przed nami, innymi policjantami. Do tego stopnia, że ocierało się to o śmieszność. Osobiście uważałam, że jeśli nie mają zamiaru dostarczyć mi choćby podstawowych informacji, żebym mogła odwalić za nich robotę, to powinni sami się tym zająć. Na miejscu Alexandry rzuciłabym słuchawką po kilku starannie dobranych słowach skierowanych do szefa SÄPO, oznajmiłabym mu, że nie ma sensu, żeby się odzywali, zanim nie zdecydują się podzielić niezbędnymi danymi. Ale może to właśnie dlatego nie byłam na stanowisku Alexandry. Utrzymywanie przyjacielskich stosunków z kierownictwem nie należało do moich mocnych stron. Brzydziło mnie podlizywanie się tym na górze. Szczególnie jeśli nie można było liczyć na nic w zamian.

– Chcą, żebyś pojechała tam z otwartą głową, bez całej masy informacji nakreślających tło. I tak już przecież wiesz sporo o tej sprawie.

Czyli tak się to nazywa, „z otwartą głową”. Zdawało się, że nawet Alexandra słyszy, jak głupio to zabrzmiało.

– A więc jak ich zdaniem powinnam była docierać do informacji, przez media?

Prychnęła w odpowiedzi na mój sarkazm.

– Jest, jak jest – powiedziała, podnosząc się. – Musimy się odnaleźć w metodach pracy SÄPO.

Od kiedy postanowiłam zmienić swoje życie, coraz bardziej irytowało mnie takie właśnie stawianie sprawy. Że „jest, jak jest”, tak jakby było się tylko biernym obserwatorem wydarzeń, które „się po prostu dzieją”. Wiedziałam, że wszyscy śmiertelnie się boją, że mogą wyciec informacje objęte tajemnicą, szczególnie w takim śledztwie, ale to było dosłownie postawione na głowie.

– Tutaj masz dane osobowe tego mężczyzny i to, co udało się na niego znaleźć w rejestrze – powiedziała Alexandra. – Weź ze sobą Fredrika. Jak będzie prowadził, ty wczytasz się w... tak, w tej sytuacji będzie tylko zgłoszenie.

– Ach, więc byli na tyle wspaniałomyślni, że raczyli przekazać nam zgłoszenie policyjne? Niesamowite! – powiedziałam. Ironizowałam. Zgłoszenie policyjne sama mogłam sobie wydrukować, nie zawierało żadnych danych o przeszłości tego mężczyzny. – Czy został już zawiadomiony o kwalifikacji swojego czynu, co? – drążyłam.

– Tak sądzę, ale mimo wszystko postępuj z nim standardowo. Tutaj zapisano prawidłową kwalifikację. Nie jest pewne, czy dotarło do niego to, co mu mówiono.

Pomyślałam o tym wszystkim i pokręciłam głową.

– A więc ja i Fredrik? Jak rozumiem, masz na myśli, że będzie mi pomagał w przesłuchaniach? – zapytałam.

– Hmm. – Alexandra zawahała się i okrążyła swoje biurko. – Chcą, żebyś samodzielnie prowadziła przesłuchania. Chcą również, żeby...

– Co?! – przerwałam jej i wytrzeszczyłam na nią oczy.

Spojrzała na mnie, ale nic nie odpowiedziała.

– Czy naczelnik SÄPO powiedział, że mam prowadzić sama te przesłuchania? – dopytywałam.

Przytaknęła.

– Chcą się też z tobą spotkać w sprawie przesłuchań i omówić to, o co masz pytać.

– Co to ma być, do cholery? – powiedziałam.

Nad wyraz osobliwe. W normalnych warunkach przy sprawach tej wagi nie wchodziło w rachubę, żeby przesłuchania przeprowadzano w pojedynkę. Osobiście nie miałam nic przeciwko temu, żeby samej go przesłuchiwać, wręcz przeciwnie, uważałam to nawet za plus, ale nie było to zgodne z powszechnie stosowanymi procedurami.

– Wyjaśniłam im, że najlepiej ci się pracuje samodzielnie. Sfilmujesz przesłuchania i napiszesz podsumowujące protokoły, żeby mogli później na to spojrzeć.

Zastanowiłam się przez sekundę. A więc teraz nagle nie stanowiło żadnego problemu to, że pracuję samodzielnie?

– Alexandro, jeśli wy wszyscy nie macie wątpliwości, że jestem właściwą osobą do przesłuchiwania tego zamachowca, i chcecie, żebym robiła to w pojedynkę, to zakładam, że mogę to zrobić po swojemu. W takim razie nie chcę przesiadywać na długich spotkaniach z jakimiś despotami z SÄPO, nie będą mnie instruować, jak mam wykonywać swoją pracę.

Alexandra skinęła głową.

– Postaraj się najpierw przeprowadzić pierwsze przesłuchanie – powiedziała. – Jedź tam i go przyciśnij, a potem złóż raport bezpośrednio mnie.

– Co tak właściwie się tam stało? – zapytałam. – Jak on mógł w ogóle przeżyć ten wybuch?

– Pas z bombą zsunął mu się z bioder tuż przed eksplozją, przez co oderwało mu obie nogi. Według ratowników z pogotowia był przytomny, kiedy przyjechali na miejsce, i próbował się oddalić, pełznąc.

Skinęłam. Ta sprawa wymagała całej mojej uwagi. Przyszło mi do głowy, że mogłabym zażądać, żeby wyłączono mnie ze wszystkich pozostałych postępowań. Jeśli chodziłoby o cały atak bombowy, rozumiałoby się samo przez się, że nie będę głowić się równolegle nad niczym innym, ale w przypadku, kiedy moje zadanie ograniczało się wyłącznie do przesłuchiwania, i to prawdopodobnie w bardzo ograniczonym przedziale czasowym, sprawa nie była już wcale taka oczywista. Zamierzałam jednak spróbować. Znacznie ułatwiłoby mi to życie, gdybym nie musiała myśleć o niczym innym poza tymi przesłuchaniami.

– Słuchaj, moje pozostałe śledztwa... – zaczęłam. – Ciężko mi będzie zdążyć ze wszystkim jednocześnie.

Alexandra popatrzyła na mnie, marszcząc brwi. Mogła świdrować mnie wzrokiem, ile chciała. Skoro ubzdurali sobie, że jestem jedynym śledczym w tym mieście albo w ogóle w całym kraju, który mógłby przesłuchać zamachowca, a do tego uważali, że mogę to zrobić sama, to mogłam spokojnie wysunąć jakieś żądania. Będę w końcu zmuszona ślęczeć wieczorami i nocami nad nagraniami wideo z przesłuchań, analizując i roztrząsając każde pieprzone słowo wypowiedziane przez tego typa.

– Jeśli mam z tym zdążyć, chciałabym cię prosić, żeby ktoś inny zajął się moimi pozostałymi postępowaniami – powiedziałam i popatrzyłam na Alexandrę.

Nie było to wcale niestosowne żądanie, wręcz przeciwnie, warunek, żebym mogła zadowalająco wykonać swoją pracę.

Westchnęła. Szefowie nie znoszą przenosić raz przydzielonych spraw. Nawet jeśli teraz śledczy starannie dokumentowali każdy swój krok w dzienniku, wraz ze zmianą prowadzącego postępowanie część wiedzy zawsze przepadała. Pewnych informacji nie dawało się po prostu udokumentować, za to ludzie, którzy pracowali nad sprawą, mieli często w niej szczególne rozeznanie i zachodziło ryzyko, że się je straci, kiedy przejmie ją ktoś inny.

Alexandra przytaknęła, ale ostrzegawczo uniosła palec w moim kierunku.

– Tylko postaraj się przychodzić na zebrania i wypełniać swoje pozostałe obowiązki.

Pokiwałam głową.

– Dotyczy to na przykład prelekcji, które zostały już zaplanowane, masz je przeprowadzić mimo wszystko. To nie podlega dyskusji – dodała.

Zaraz po szkole policyjnej przełożeni odkryli, że nie tylko szybko chłonę nowe informacje, lecz mam także „zdolność do pedagogicznego przekazywania swojej wiedzy innym”, jak to określili. Jedną z największych słabości policji było docieranie z wiedzą do każdej jednostki. Dlatego przez lata posyłano mnie na konferencje i ważne spotkania informacyjne z zadaniem edukowania innych policjantów. Wygłaszałam referaty w moim miejscu pracy i w całym kraju, ale rzecz jasna, nie dostawałam za coś takiego żadnego dodatku do pensji. O nie! Uważano wręcz, że należy to do obowiązków służbowych policjanta. Jeśli ktoś nie chciał tego robić, był hamulcowym, który nie przyczynia się do rozwoju policji. W takim wypadku można było zapomnieć o awansie w tej instytucji. Uznawałam to przeważnie za miły przerywnik w pracy śledczej. Wiązało się to również z pewnym statusem.

– Okej – ciągnęła Alexandra. – Daj mi oryginały akt pozostałych postępowań przygotowawczych, a rozdzielę je po innych śledczych.

Podeszłam do drzwi.

– Leono – powiedziała Alexandra. – Jak rozumiesz, uwaga wielu osób, także na arenie międzynarodowej, skupia się na tym, by sprawa zamachowca została rozwiązana. Liczymy na ciebie.

Opuściłam pokój Alexandry i ruszyłam w stronę wind. Poczułam w kieszeni krótkie wibracje. Nie chciałam sprawdzać, co przyszło. Nie byłam w stanie. Wiedziałam, o co chodzi. Esemes od francuskiego bankiera o imieniu Armand. Nawiązałam z nim kontakt przez Ronniego, pół-Fina, z którym do spółki dokonywałam wcześniej napadów. Armand, który przez wiele lat pożyczał, przyjmował i prał dla przestępców brudne pieniądze, był dobrze znany w półświatku z powodu swojej dodatkowej działalności. Obecnie mógł przebierać w zleceniach. W te nieliczne, które na siebie brał, mocno się angażował, o czym sama mogłam się przekonać. Angażował się dużo bardziej, niż uważałam za stosowne. Zwróciłam się do niego, żeby wyprać pieniądze zgarnięte w moich wcześniejszych akcjach. Miał dostać pięć procent całej kwoty. Już na wczesnym etapie zaczął mnie kontrolować. Żądać, bym informowała go na bieżąco esemesami, czy wszystko idzie zgodnie z planem.

Spotkałam się z nim zaledwie kilka razy. Chodził w garniturze i był obrzydliwie uprzejmy. Słyszałam jednak, że to typ, którego raczej nie chciałoby się mieć za wroga. Krążyły plotki o tym, co robi z ludźmi, którzy mu nie zapłacili. Ile było w nich prawdy, nie wiedziałam. Wielu przestępców lubowało się w rozpowszechnianiu mitów na własny temat, kreowaniu się na niebezpiecznych typów.

Zgodnie z naszą umową cała suma powinna trafić do niego po ostatnim napadzie. Wtedy miał potrącić z niej swoje sto pięćdziesiąt tysięcy euro, czyli ponad milion czterysta tysięcy koron szwedzkich. Nie brałam pod uwagę, że mogę stracić wszystkie pieniądze w wyniku szantażu. Kiedy próbowałam mu wytłumaczyć, w jakim znalazłam się położeniu, posłał mi potwornie lodowate spojrzenie. Zmrużył oczy i spytał swoim oficjalnym angielskim z francuskim akcentem, czy byłabym tak miła i powtórzyła to, co właśnie powiedziałam o kwocie, którą jestem mu winna. Wydaje mu się bowiem, że zabrzmiało to tak, jakbym nie miała tych pieniędzy, ale jest przekonany, że musiał się przesłyszeć.

Ten facet był w stanie wyprowadzić z równowagi nawet mnie.

Odpuścił, dopiero kiedy opowiedziałam mu, że planuję nowy duży skok. Jako biegły bankier zrozumiał od razu, o co chodzi. Bardzo duża kwota w wielu różnych walutach. Wtedy będzie mi jeszcze bardziej potrzebny, żeby wymienić i wyprać pieniądze. Byłam jednak na tyle ostrożna, żeby nie zdradzić mu, kiedy i jak dokładnie zamierzam tego dokonać.

Potem uspokoił się na jakiś czas. Teraz jednak znowu zaczął się odzywać i domagać ode mnie pieniędzy.

W oczekiwaniu na windę potarłam skroń, próbując uśmierzyć ból głowy. I jakby jeszcze tego było mało, doszedł mi właśnie kolejny problem.

Zamachowiec z bombą.

Alexandra i szefowie całej policji będą stać nade mną jak kat nad dobrą duszą i podawać w wątpliwość moją pracę. Podobnie jak tajne służby innych państw. Szwedzkie i zagraniczne media będą mnie ścigać i zadawać setki pytań. Aż musiałam się oprzeć o ścianę w windzie.

Wypuściłam powietrze.

Muszę spróbować jakoś się wykręcić od tego zadania.

3

David Lind gapił się w ekran telewizora wiszącego w kawiarni za mężczyzną naprzeciwko niego. W wiadomościach pokazywano zdjęcia sprzed Riksdagu. Policjanci patrolujący okolicę, potem przebitka na bramki magnetyczne i wykrywacze metalu, które wprowadzono dla wszystkich wchodzących. David westchnął. Poza tym, że teraz siedział przed nim gliniarz, od zeszłego tygodnia w całym mieście aż roiło się od policjantów. Ludzie gadali o tym, że terroryści mogą uderzyć w każdej chwili.

Rzucił okiem na zegarek. Za trzydzieści minut ma stanąć na ringu bokserskim, przebrany i gotowy.

– Muszę spadać. Trening – powiedział.

Sven Malmström, który siedział naprzeciwko, spojrzał na swój nadgarstek, żeby się upewnić, że David nie kłamie i że naprawdę nadszedł już czas na jego trening bokserski.

– Doszliśmy do porozumienia? – zapytał Sven.

David wzruszył ramionami. A mam jakiś wybór? – pomyślał. Sven zadzwonił, kiedy był w drodze do klubu, poprosił go, żeby wszedł do najbliższej kawiarni i tam na niego zaczekał. Sven uwielbiał ciasta. Siedział i zajadał się czymś pokrytym galaretką z jagodami. Dla Davida było to dziwne. Nie pasowało do obrazu tego człowieka. Długo łamał sobie głowę, jak jakiś typ po pięćdziesiątce może aż tak poświęcać się swojej robocie. Nie wiedział zbyt wiele o życiu Svena poza tym, że lubi ciasta i nosi nazwisko Malmström. Ponieważ zawsze rozsadzała go energia i już na początku oświadczył, że można do niego dzwonić o dowolnej porze dnia i nocy, David wywnioskował, że Sven nie prowadzi bogatego życia rodzinnego. Miał też bardzo wyrazistą mimikę. Wydawało się, że jego szare oczy zawsze śledzą i taksują otoczenie.

Sven otworzył podniszczoną torbę, która wyglądała jak coś pomiędzy staromodnym portfelem a torbą na laptopa. Wyciągnął z niej telefon komórkowy, który położył na ciemnobrązowym kawiarnianym stoliku przed Davidem. Najnowszy model Apple. David wlepił w niego wzrok.

– Potrzebuję hajsu, nie nowej komórki.

– Daj mi swój stary telefon – powiedział Sven i wyciągnął rękę.

David nie kapował, o co mu chodzi.

– Mam w nim przecież wszystkie swoje kontakty – powiedział David.

Sven nie cofnął ręki.

– Jak się mam, do cholery, kontaktować z ludźmi? – zapytał David. – I kto ma odebrać, jak zadzwonią z Blood Family, może ty?

– To tylko taki szybki teścik – powiedział Sven.

– Czasem, kurwa, przesadzasz, wiesz o tym? Wciąż jeszcze mi nie ufasz? – odparł David i włożył rękę do kieszeni jeansów, wyciągnął z niej telefon i przesunął go po stole.

David nawiązał kontakt ze Svenem dwa i pół roku temu, po nalocie na mieszkanie jego kumpla. Do środka wdarli się gliniarze i znaleźli narkotyki. Zatrzymali ich i przewieźli do aresztu. Wszystkich poza Davidem. Jego zapakowali do nieoznakowanego samochodu i wozili w kółko po mieście, cały czas gadając o tym, że od dawna miał ogon. Powiedzieli mu też, że wiedzą, że tak właściwie chciałby się wyrwać z przestępczości, i spytali, co by powiedział, gdyby skontaktowano go z jakimś prowadzącym. Wtedy tam, w radiowozie w drodze na dołek, mając przed sobą prawdopodobnie karę więzienia, zgodził się. Pomyślał, że teraz albo nigdy. To miała być szansa na wyplątanie się z przestępczego półświatka.

Później przyjechał Sven, spotkał się z nim w celi. Już wtedy David zaczął opowiadać o tym, co się działo dookoła niego, licząc, że dzięki temu wypuszczą go z aresztu i uniknie grożącej mu kary. Okazało się, że w tym akurat Sven nie będzie w stanie mu pomóc. Gliniarz wyjaśnił, że tak to nie funkcjonuje. Musi trochę odsiedzieć, a potem zdecyduje, czy chce zostać informatorem.

Do czasu wyjścia z pudła David zdążył już się dość dobrze nad tym zastanowić. Przystał na propozycję i został informatorem, miał świadomość, że odtąd nieustannie będzie musiał mieć się na baczności. Nawet w stosunku do gliniarzy. Nie wolno im ufać, tyle wiedział. Sven starał się sprawiać wrażenie, jakby się nim przejmował, ale on miał świadomość, że nigdy nie będzie mógł mu opowiedzieć wszystkiego, co wie. Znał informatorów, których policjant przypadkowo wkopał. Znaleźli się w śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji i nie mieli innego wyjścia, niż uciekać z kraju. David musiał troszczyć się o własny tyłek.

Jeśli miał to być sposób Svena na utrzymanie Davida w dobrym humorze, podczas gdy ten czekał, aż dostanie pieniądze, to nie przyniósł on oczekiwanego efektu. Nowy telefon komórkowy to ostatnia rzecz, o której David teraz myślał. Poprzesuwał trochę palcem między apkami, a potem wsunął go do kieszeni. Sven przeszukał jego stary telefon. Wydawało się, że nie znalazł w nim nic, co byłoby dla niego interesujące, i oddał go z powrotem Davidowi.

– Masz odpowiadać, kiedy dzwonię – powiedział Sven. – Oddasz mi swój stary telefon, jak tylko przeniesiesz wszystkie numery.

David podniósł się, wziął torbę z rzeczami na trening i wyszedł.

Na początku praca informatora ograniczała się do tego, że opowiadał, gdzie przesiadują dani kryminaliści, w jakim towarzystwie się obracają i jakiego typu interesami się zajmują. Zapłata, którą dostawał, była daleka od pensji wypłacanej za pracę na cały etat, ale jeśli miał jakieś dobre informacje, mógł liczyć na więcej. David potrzebował pieniędzy, by udowodnić swojej dziewczynie Sadze, że sprawuje teraz kontrolę nad własnym życiem i ma dochody. Wierzyła, że pracuje na etacie w firmie przeprowadzkowej, tam jednak dostawał zlecenia tylko od czasu do czasu, jeśli potrzebowali dodatkowych ludzi. O swojej pracy na boku nie mógł zaś nikomu opowiedzieć. Nawet Sadze. Co do tego Sven wyraził się cholernie jasno.

Dość szybko po odsiedzeniu kary przez Davida Sven poprosił go, żeby rozeznał się w kręgach grup przestępczych wagi cięższej, które działały w mieście, przede wszystkim jednego gangu, który rósł w siłę i z którego rozgryzieniem gliniarze mieli najwidoczniej trudności. Nazywał się Blood Family i różnił się od pozostałych pod wieloma względami. Wywodził się z północnych przedmieść Sztokholmu i nie zajmował się na przykład egzekwowaniem długów i wymuszeniami jak niektóre kluby motocyklowe i tym podobne. Ci uważali się za biznesmenów z krwi i kości. Główne pole ich działania stanowiła sprzedaż samochodów, narkotyków i broni. Był to też jedyny gang, który w swoich szeregach akceptował kobiety. Davidowi udało się zbliżyć do Blood Family, szczerze mówiąc, nawet bardziej, niż sam sobie tego życzył. Przywódca gangu wcześniej go wypatrzył i zlecał mu mniejsze fuchy. Na rachunek gangu. Kiedy David opowiedział o tym Svenowi, ten się rozpromienił i powiedział, że rozumie się samo przez się, że David ma te zlecenia przyjmować, a potem zdawać mu raporty. Małe sprawy z czasem zmieniły się w bardziej ryzykowne przedsięwzięcia.

Kiedy David przechodził przez ulicę, nowy telefon zabrzęczał mu w kieszeni. Wyjął go i spojrzał na ekran. Odwrócił się od razu i popatrzył w stronę kawiarni. Sven skinął do niego przez szybę.

4

– Dopiero co była u niego kuratorka – oświadczył lekarz opiekujący się zamachowcem samobójcą i wskazał mi krzesło w swoim sterylnym gabinecie. Zerknęłam na plakietkę przyczepioną do białego fartucha. Widniało na niej „Dr Nair”. Nie był dużo wyższy ode mnie. Miał prawdopodobnie około pięćdziesiątki. Delikatny obcy akcent zdradzał, że szwedzki nie był jego językiem ojczystym. Wyjął okulary – nosił je złożone w kieszeni na piersi razem z kilkoma długopisami. Założył je i otworzył teczkę, którą trzymał w ręce.

Nie czułam się komfortowo, siedząc i spokojnie rozmawiając z lekarzem w jego szpitalnie czystym, a mimo to na swój sposób chorym otoczeniu.

Dlatego wolałam krążyć po pokoju. Udawałam, że czytam teksty na plakatach z częściami szkieletu, ale tak właściwie nie widziałam, co się na nich znajduje. Zawsze kiepsko się czułam w szpitalnych pomieszczeniach. Szczególnie po moich ostatnich przeżyciach w Anglii, kilka miesięcy temu. Po tym ani razu nie przekroczyłam progu szpitala.

– Mam duże wątpliwości, czy pan Sjöström wytrzyma przesłuchanie...

– Jak się czuje? – przerwałam mu.

– Stracił w wybuchu obie nogi. Ma pękniętą miednicę, a większą część jego ciała pokrywają poparzenia i rany od odłamków metalu. Ma szczęście, że w ogóle żyje.

– Od jak dawna jest przytomny? – spytałam, studiując układ kości miednicy na plakacie przyczepionym do ściany.

Szkielet, zwłoki, urwane kończyny, wszystko, co miało związek z martwymi ludźmi, przyprawiało mnie o mdłości. Z obrzydzeniem wspominam zmiażdżone tkanki, skrawki ubrań i krew osób, które skoczyły pod pociąg, zostały zarżnięte, zginęły w pożarze albo wypadku samochodowym. Starych ludzi, umierających w swoich domach, tak że nikt tego nie zauważał przez kilka tygodni. Pierwsi na miejsce przybywali zazwyczaj policjanci, kiedy w końcu ktoś z sąsiadów zadzwonił i poskarżył się na smród na klatce schodowej. Płyny ustrojowe, które wyciekały i niemalże przyklejały zwłoki do podłogi w salonie. Nie wspominając już o ludziach, którzy się wieszali, skakali z mostów albo balkonów, ginęli w wypadkach w miejscu pracy, i rzecz jasna, o tych wszystkich morderstwach.

– Od dwóch dni – powiedział doktor Nair. – Służby bezpieczeństwa kilka razy próbowały nawiązać z nim kontakt. Nie sądzę, żeby im się to udało, ale nic mi na ten temat nie powiedzieli.

– Czy może mówić? – zapytałam.

– Kuratorka w jakiś sposób się z nim porozumiewa. Do mnie zaledwie kiwa głową. Ale nie ma się czemu dziwić. W ciągu ostatnich kilku dni przeszedł ogromną traumę. Żaden człowiek nie powinien aż tak cierpieć.

– Proszę nie zapominać, że jest zapewne terrorystą, który sam zdecydował się okręcić pasem z bombą i prawdopodobnie chciał zabić całą masę niewinnych osób.

Pokręcił głową.

– My tutaj nie rozróżniamy ludzi. Wszyscy mają prawo do możliwie najlepszej opieki.

Podniósł się i ruszył w stronę drzwi.

– Pójdę z panią. Proszę tylko go nie denerwować. Jest bardzo słaby i może się załamać psychicznie.

Nawet jeśli byłam świadoma, że być może nie odbieram uczuć w ten sam sposób co inni, trudno mi było zrozumieć, że ludzie mogą czuć empatię w stosunku do kogoś takiego jak Fred Sjöström. Nie rozumiałam idei okazywania niezadowolenia poprzez zabijanie samego siebie i mnóstwa innych ludzi. Co więcej, jemu nawet to się nie udało. Westchnęłam. To, że byłam zmuszona przeprowadzić z nim przesłuchanie w szpitalu, nie ułatwiało mi całej sprawy.

Szłam korytarzem za doktorem Nairem, ale trochę z boku. Ubrane na biało duchy w maskach zakrywających nos i usta zbliżały się w naszym kierunku. Zapach płynów sterylizujących kłuł mnie w nos. Sprawiał, że robiło mi się niedobrze.

Nie było ciężko się połapać, w której sali leży. Przed drzwiami stało dwóch policjantów w cywilnych ubraniach.

– SCP – powiedziałam i pokazałam im swoją odznakę.

Bez słowa przepuścili mnie i lekarza. Tradycyjnie koledzy z SÄPO nie mówili „cześć” ani nawet nie kiwali głową, kiedy ktoś ich witał. Hierarchia dawała o sobie znać. W tej sprawie miałam przeprowadzić jedno przesłuchanie, nic więcej.

W drzwiach zwróciłam się do doktora Naira:

– Wejdę sama. Nie chcę, żeby większa liczba osób wywierała na niego wpływ przed przesłuchaniem albo podczas niego.

Lekarz przystanął.

– To ja jestem odpowiedzialny za jego zdrowie, jak długo jest on...

– Przykro mi – powiedziałam. – Tajemnica postępowania przygotowawczego nie pozwala, żeby był pan obecny podczas przesłuchania.

Jeden z kolegów z SÄPO przysunął się do nas o krok. Skrzyżował ręce na piersi, popatrzył na doktora Naira i skinął w kierunku korytarza. Kiedy doktor Nair zorientował się, że nie ma sensu się upierać, potrząsnął głową, odwrócił się i poszedł do siebie.

Nie wiedząc, co mnie czeka, otworzyłam ostrożnie drzwi i weszłam do środka.

5

Parawan przy łóżku unosił się nad podłogą. Od kilku dni Fred Sjöström znajdował się w swego rodzaju letargu przypominającym sen. Może od tygodni? Nie wiedział. Miał mgliste wspomnienia, jak transportowano go przez korytarze. Białe, niekończące się tunele. Jasny sufit, który rozwijał się wysoko nad nim. Wirujący na każdym zakręcie. Gołe ściany. Przepływające obok rozproszone cienie ubranych na biało ludzi.

Potem ból. W ciągu lat spędzonych za granicą doświadczył olbrzymich cierpień fizycznych. Całymi dniami wędrował w upale, leżał pod gołym niebem przy minusowych temperaturach, w zimnych, zawilgoconych ubraniach. Żył z otwartymi ranami, które nie chciały się zasklepić, a nawet był postrzelony. Tamtego bólu nie dało się opisać słowami. Było to jednak niczym w porównaniu z tym, przez co przechodził teraz. Ból, który odczuł po przebudzeniu, przypominał elektrowstrząsy przechodzące przez jego ciało. Najgorzej było z nogami. Zeszłej nocy obudził się i krzyczał, aż przyszła pielęgniarka i dała mu jeszcze więcej morfiny.

Popatrzył po sobie. Na wojnie widywał urwane w wybuchach kończyny i naprawdę obrzydliwe rany, ale to, co zobaczył pod własną kołdrą, odebrało mu głos. Wszystko zniknęło. Stopy. Kostki. Łydki. Kolana. Do ud przymocowano jedynie dwie duże, białe tuby. Wyglądały bardzo dziwnie. Jak dwie bezkształtne gipsowe bryły. Tak ciężkie, że nie dało się nimi poruszyć. I ten ból. Jak mógł być dziełem natury? Jaki był sens w tym, żeby odczuwać ból nieistniejących już części ciała?

Morfina sprawiła, że stał się odrętwiały. Jego żylaste ręce leżały jak ciężkie kłody po bokach wzdłuż ciała. Mógł lekko poruszać głową, ale nie był w stanie podnieść jej z poduszki.

Wiele osób przebywało u niego w pokoju. Białe fartuchy wychodziły i wchodziły. Lekarze z zafrapowanym wyrazem twarzy. Kręciło się tu też kilku mężczyzn w ciemnych ubraniach. Na początku nie załapał kto to. Domagali się informacji. Zadawali mu pytania o to, kim jest i z kim współpracuje.

Była też kuratorka. Miała spokojny głos. Przyjemny. Niemalże jak ze snu. Wypowiadane przez nią słowa dodawały otuchy. Mówiła o jego stanie zdrowia. I o chorobie. Nie chciał rozmawiać o diagnozie.

Od dawna wiedział, że coś jest nie tak. Stracił na wadze i miał problemy z jedzeniem. Jego zazwyczaj tak silne i wytrzymałe ciało po raz pierwszy w życiu odmówiło mu posłuszeństwa. Kiedy runął w pracy na ziemię, został odwieziony karetką do szpitala. To właśnie wtedy się dowiedział. Rak trzustki. Trzeciego stopnia. Nie było sensu wycinać części narządu, ponieważ nowotwór wykryto zbyt późno i były już przerzuty.

Fred przyjął tę wiadomość, nie mówiąc ani słowa. Tylko wpatrywał się tępo przed siebie. Lekarz powtórzył diagnozę. Powiedział, że zamierza mu to wyjaśniać tak długo, aż Fred zrozumie, z czym wiąże się jego choroba. Fred pojął to jednak już za pierwszym razem, tylko nie wiedział, jak ma to skomentować. W końcu podniósł rękę i wykonał uspokajający gest w stronę lekarza oraz pokiwał głową, żeby dać mu znać, że rozumie. Potem opuścił szpital.

Tego dnia podjął decyzję. Wiedział, co powinien zrobić, żeby jego życie, mimo tego wszystkiego, co się stało, miało jeszcze jakiś sens. Nie zamierzał pozwolić, by to choroba go zabiła, chciał umrzeć na własnych warunkach. Przekazując pewną wiadomość. Nie miał już nic do stracenia.

Rozmawianie z kuratorką o chorobie było bez sensu, ale podobała mu się jej obecność. Słyszał, jak jedna pielęgniarka mówiła do drugiej, że po jej wizycie spadło mu ciśnienie krwi. Że oddech stał się bardziej regularny. Spokojny głos kuratorki sprawił, że Freda ogarnęło poczucie harmonii, jakiej nie pamiętał, by doświadczał kiedykolwiek wcześniej.

Sądził, że lata spędzone na wojnie odpowiednio go przygotowały. On i jego towarzysze poświęcali siebie, swoje życie za to, w co wierzyli. Albo po to, żeby wyrwać się z dotychczasowej egzystencji. Każdy miał własny powód, żeby się zaciągnąć. Część robiła to w imię wyższej idei, część po to, by poczuć, że żyje. Bo nawet jeśli wiedziało się, że na wojnie można zginąć, miało się poczucie, że jest się silnym. Nieśmiertelnym.

Bliskie obcowanie ze śmiercią wydobywało to ekstremalne poczucie, że się żyje.

Był gotowy umrzeć. Ale tam i wtedy. Na to, przez co przechodził teraz, nikt nie mógł się przygotować.

Uspokajało go jedynie to, że nie pozostało mu już zbyt wiele czasu. Niedługo wszystko miało się skończyć.

Szpitalne drzwi się otworzyły. Zaskrzypiały zawiasy. Zadudniło w głowie. Metal o metal. Nie dał rady podnieść rąk do uszu. Już samo otwieranie oczu było męczące. Uniósł brwi, żeby nabrać rozpędu, miał nadzieję, że to ułatwi sprawę. Powieki przykrywające gałki oczne były jak ciężkie ołowiane tarcze pancerne. Dał za wygraną. Niech tak zostanie. W zamian skoncentrował się na oddychaniu. Płuca. Dotlenianie krwi. To ważne. Powoli. Wdech. Wydech.

Zabrali respirator. Od tamtej pory drapało go w gardle i czuł suchość w ustach, jakby miał w nich papier ścierny. Spróbował odkaszlnąć. Okazało się, że nie jest to możliwe, kiedy nie ma się sił.

Dokładnie tuż przed detonacją poczuł, jak opuszcza swoje ciało. Jakby był kimś innym. Kimś, kto stał z boku i obserwował to wszystko. Dostrzegał jego męki. Desperację. Jego zwątpienie, czy warto w ogóle nadal istnieć. Być świadomym. Chociaż czasem nachodziły go wątpliwości, czy rzeczywiście jest świadom.

Kroki zbliżające się od drzwi były lekkie, stawiane w butach na obcasach, w przeciwieństwie do kroków pozostałych, którzy poruszali się dotąd po tym pokoju. Ucichły przy zagłówku łóżka.

– Pan Fred Sjöström? Nazywam się Leona Lindberg.

Gdzieś wewnątrz znalazł siły, żeby unieść powieki. Przyglądał się kobiecie przed sobą. Kiedy udało mu się złapać ostrość, zobaczył parę zmęczonych oczu, które także mu się przyglądały.

– Jestem policjantką, pracuję w Sekcji do spraw Ciężkich Przestępstw. Zostałam oddelegowana, żeby przyjść tutaj i pana przesłuchać.