Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lennox - Craig Russell

Rzecz dzieje się w 1953 r. w Glasgow „drugiej metropolii imperium brytyjskiego”, mieście trudnym, mrocznym i brutalnym, w którym „nie wypada mieć człowiekowi za złe kilku morderstw na koncie”.  Prywatny detektyw Lennox - facet, którego można wynająć, ale którego nie można kupić – były żołnierz kanadyjski - wie, jakie jest życie. W mieście zostaje zamordowany ambitny gangster niższego szczebla, a jego brat bliźniak prosi Lennoxa o złapanie morderców. Sprawa nie pachnie dobrze, jednak Lennox musi podjąć ryzykowną grę  i zanurzyć się w świat podziemia, w którym toczy się walka o władzę, krzyżują interesy mafijnych bossów, a życiowi rozbitkowie trafiają ze swoimi problemami.

Opinie o ebooku Lennox - Craig Russell

Fragment ebooka Lennox - Craig Russell

Tytuł oryginału:

Lennox

Copyright © Craig Russell Copyright

© for the Polish edition by Buchmann Sp. z o.o., Warszawa, 2012

Copyright © for the Polish translation by Jacek Majewski

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Redaktor: Jacek Ring

Korekta: Dorota Wojciechowska

Skład: TYPO 2

ISBN 978-83-7670-561-3

www.fabrykakryminalu.pl

Wydawca:

Buchmann Sp. z o.o.

ul. Wiktorska 65/14, 02-587 Warszawa

Tel./faks 22 6310742

www.buchmann.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dla Colina

PROLOG

Musiałem w swoim życiu wydobywać się z wielu matni, ale ta przebija wszystkie.

Opieram się o ścianę na pierwszym piętrze pustego stoczniowego magazynu. Opieram się o ścianę, bo chyba inaczej nie wstanę. Próbuję sobie przypomnieć, czy w dolnej lewej części brzucha, tuż nad biodrem, są jakieś ważne narządy wewnętrzne. Staram się przywołać w pamięci rysunki anatomiczne z wszystkich przewertowanych za młodu encyklopedii, bo jeśli tam w dole są jakieś istotne narządy, to w zasadzie jestem udupiony.

Opieram się o ścianę pustego stoczniowego magazynu, usiłując przywołać w pamięci rysunki anatomiczne, a trzy metry przede mną leży na ziemi kobieta. Nie muszę sobie przypominać żadnych encyklopedii z dzieciństwa, żeby wiedzieć, że w czaszce mieści się jeden z najważniejszych narządów, choć przez ostatnie cztery tygodnie ze swojego nie robiłem zbyt wielkiego użytku. Tak czy inaczej, leżącej na podłodze kobiecie zostało niewiele czaszki, a twarzy nie ma już w ogóle. A szkoda, bo była to piękna twarz. Naprawdę piękna. Obok kobiety bez twarzy leży duża płócienna torba, z której po rzuceniu na brudną podłogę wysypała się połowa zawartości, absurdalnie dużo używanych banknotów o wysokich nominałach.

Opieram się o ścianę pustego stoczniowego magazynu, trzymając się za ranę w lewym boku i usiłując przywołać w pamięci rysunki anatomiczne, a na podłodze leżą martwa kobieta pozbawiona swojej pięknej twarzy oraz wielka torba gotówki. Ale to jeszcze nie całość moich kłopotów, bo jest tam też zwalisty jak niedźwiedź mężczyzna, który spogląda na leżącą dziewczynę, na torbę, a teraz i na mnie. Trzyma w rękach strzelbę – tę samą, która odjęła twarz dziewczynie.

Bywałem w lepszych sytuacjach.

Chyba powinienem coś wyjaśnić.

I

Cztery tygodnie i jeden dzień temu nie znałem jeszcze Frankiego McGaherna. Nie wiedziałem też wtedy, że jest to bardzo pożądany stan rzeczy. Przyznaję, że moje życie nie było wolne ani od wzlotów, ani od upadków, tych naliczyłem więcej, i że znałem sporo ludzi, z którymi inni woleliby nie spotkać się twarzą w twarz, lecz Frankie McGahern był jasną gwiazdą, która miała dopiero pojawić się na moim nieboskłonie.

Nazwisko McGahern było mi oczywiście znane. Frankie był jednym z bliźniaków McGahern. Słyszałem już wcześniej o Tamie, starszym od Frankiego o trzy minuty, który był sławnym w Glasgow gangsterem średniego kalibru – jednym z tych, których wielcy bossowie nie ruszali głównie dlatego, że więcej byłoby z tego kłopotów niż pożytku.

Zabawnym faktem dotyczącym bliźniaków McGahern – zależnie od tego, co kto uważa za zabawne – było to, że choć pod względem fizycznym niczym się nie różnili, to na tym właściwie ich podobieństwo się kończyło. W przeciwieństwie do brata Tam był bystry, twardy i naprawdę niebezpieczny. No i był zabójcą. Zawziętość, którą wyniósł z zaułków i podwórek Glasgow, zyskała profesjonalny szlif podczas wojny w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Ze szczura miejskiego Tam przeistoczył się w udekorowanego orderami Szczura Pustyni1.

Z kolei Frankie wymigał się od służby z powodu słabowitego płuca. Kiedy Tam był w czynnej służbie, jego mniej sprawny brat pilnował rodzinnego interesu. Po powrocie z Bliskiego Wschodu Tam utarł Frankiemu nosa, przejmując z powrotem pełną kontrolę nad małym imperium McGahernów. A ponieważ miał łeb na karku, interesy znowu zaczęły iść dobrze.

Choć trudno było lekceważyć poczynania McGahernów, nie robiły one zbyt wielkiego wrażenia na Trzech Królach – triumwiracie bossów glasgowskiego półświatka, kontrolujących niemal wszystko, co dzieje się w mieście. W dużej mierze to właśnie dzięki nim miałem co robić w swoim fachu. Trzej Królowie wyznaczyli Tamowi McGahernowi pewne nieprzekraczalne granice, ale poza tym nie wtrącali się w poczynania braci. Tam był czymś więcej niż wilkiem, którego nie chcieli wywoływać z lasu: był złym, wściekłym, psychopatycznym wilkiem, którego lepiej nie drażnić. Na szczęście rewir łowiecki miał wytyczony dość precyzyjnie.

To się jednak zmieniło osiem tygodni i dwa dni temu.

Osiem tygodni i dwa dni temu Tam McGahern spędzał akurat wieczór w obskurnym mieszkaniu nad barem w dzielnicy Maryhill, posuwając pewną dziewiętnastolatkę i czyniąc to bez wątpienia z ostentacyjną pogardą dla wszelkiej finezji, charakterystyczną dla Szkotów i będącą przedmiotem zazdrości wszelkiej maści żigolaków. McGahern był właścicielem baru na parterze, a przyszedł tam, żeby na piętrze przelecieć tę dziewczynę.

Mniej więcej o wpół do trzeciej nad ranem stosunek został zakłócony przez głośne walenie do drzwi na parterze. Z tego, co wiadomo, intruz wykrzykiwał też przez otwór na listy niewybredne opinie o pewnym elemencie anatomii Tama McGaherna, kwestionując jego zdolność do zaspokojenia przyjaciółki. McGahern zbiegł po schodach ubrany tylko w koszulę i skarpetki z monogramem, dzierżąc w ręku nóż kuchenny. Kiedy jednak z impetem otworzył drzwi, stanął twarzą w twarz z dwoma rosłymi, ubranymi jak spod igły dżentelmenami, z których każdy dzierżył w rękach obrzyna. Zatrzasnąwszy drzwi, McGahern odwrócił się i zaczął gramolić z powrotem po schodach. Goście wyważyli jednak drzwi i wypalili do niego jednocześnie z czterech luf.

W Glasgow nazywano to lewatywą z ołowiu.

Dowiedziałem się tego wszystkiego od Jocka Fergusona, przyjaciela z glasgowskiej dochodzeniówki. No, może bardziej znajomego niż przyjaciela. A pewnie bardziej informatora niż znajomego. Ferguson powiedział mi też, że kiedy przyjechał pierwszy policyjny wolseley 6/90, Tam McGahern jeszcze żył. Podobno dwaj policjanci stwierdzili, że wycofujący się McGahern zainkasował salwę w tyłek, który wraz z kroczem zamienił się w krwawą miazgę. Krwawe smarki, jak lubią to określać moi kolesie z policji.

W klasycznym, natchnionym epizodzie zbierania danych wywiadowczych jeden z policjantów spytał rannego gangstera, czy rozpoznał ludzi, którzy go postrzelili. Kiedy Tam McGahern spytał: „Wyliżę się?” – policjant odparł: „Pewnie”, na co McGahern powiedział: „W takim razie sam dopadnę skurwieli” – i umarł.

Historia ta została mi zrelacjonowana przez mojego policyjnego informatora przy whisky i paszteciku w barze Pod Końskim Łbem. W podobny sposób opowiadano ją we wszystkich barach Glasgow. W całym mieście sporo się mówiło o zgonie Tama McGaherna, ale choć przy tego rodzaju zabójstwach zazwyczaj szeptem wymieniało się też potencjalnych sprawców, tym razem lista była pusta. McGahernowi nie brakowało wrogów, ale większości pomógł opuścić Glasgow, a wielu również ten świat. Jeśli nawet Tam rozpoznał zabójców, ich nazwiska zabrał ze sobą do grobu.

Wszyscy wiedzieli, że żaden z Trzech Królów nie miał z tym nic wspólnego. Dopatrywano się w tym jakiegoś zlecenia z zewnątrz. Mówiono o jakimś angielskim tropie. Wymieniano nawet nazwisko Morrisona. Pan Morrison, a raczej ktoś tylko posługujący się tym nazwiskiem, miał z Trzema Królami podobny układ jak ja. Pracował dla nich na zasadach pełnej poufności i ceniono go za bezstronność i niezależność. W przeciwieństwie do mnie Morrison nie zbierał jednak dla Trzech Królów informacji. Zajmował się eksmisjami, a konkretniej – eksmisjami z tego padołu płaczu. Nikt nic nie wiedział o panu Morrisonie, włącznie z tym, jak wygląda. Niektórzy wątpili w ogóle w jego istnienie, uważając, że jest tylko postacią wymyśloną przez Trzech Królów na postrach, aby utrzymywać karność w szeregach. Chodziły słuchy, że jeśli ktoś stawał z Morrisonem twarzą w twarz, to następne oblicze, jakie oglądał, należało już do świętego Piotra. W tym wypadku nawet Morrison nie wchodził jednak w grę. Zabójstwa dokonano profesjonalnie, lecz jednocześnie w sposób zbyt spektakularny i mało elegancki. Co więcej, Trzej Królowie dali jasno do zrozumienia, że pan Morrison nie został zaangażowany, a to miało wagę oficjalnego oświadczenia. Pogłoski i domysły mimo wszystko nie ustały, były to jednak tylko napędzane chorobliwą wyobraźnią spekulacje pomniejszych uczestników gry o regułach przewyższających ich zdolności pojmowania.

Co do mnie, wisiało mi to kalafiorem. Morderstwo McGaherna zaczęło mnie zaprzątać dopiero cztery tygodnie i jeden dzień temu, kiedy zawarł ze mną znajomość jego brat Frankie.

Nie było to przypadkowe spotkanie. W Glasgow może mnie odszukać każdy, kto chce. Oficjalnie wynająłem jednopokojowe biuro przy ulicy Gordon, lecz moje główne godziny urzędowania – codziennie od wpół do ósmej do dziewiątej wieczorem – przypadały na czas mojej bytności w barze Pod Końskim Łbem. Tam właśnie znalazł mnie Frankie McGahern. Przy pierwszym zetknięciu z Frankiem odniosłem wrażenie, jakby elegancki garnitur został powieszonym na niewłaściwym wieszaku. Mimo kosztownego stroju i złotej biżuterii Frankie zachował wygląd typowego glasgowczyka: był drobny i ciemnowłosy, miał kiepską cerę i za grosz taktu.

– Ty jesteś Lennox? – Frankie zadał pytanie tak, jakby chciał sprowokować bójkę.

– Tak, to ja.

– Nazywam się Frankie McGahern. Chcę z tobą porozmawiać.

– Nie ma sprawy – odparłem ze swoim standardowym rozbrajającym uśmiechem. W mieście, gdzie większość napotykanych kolesi może mieć w podręcznej kieszeni wszystko, od brzytwy po gnata kalibru.45, opłaca się mieć na podorędziu rozbrajający uśmiech.

– Nie tutaj.

– Czemu nie?

– Nie pogrywaj ze mną. Wiesz czemu.

Faktycznie wiedziałem. Niemało bywalców baru aż nazbyt starało się sprawić wrażenie, że nie łowią każdego słowa, jakie padnie za siną zasłoną papierosowego dymu. Wielu z nich prawdopodobnie nie widziało teraz Frankiego, lecz ducha Tama McGaherna. McGahernowie byli przedmiotem ożywionych dywagacji, a kiedy podszedł do mnie Frankie, mnie też one objęły. A to nie było mi w smak. Sposób, w jaki zwrócił się do mnie Frankie, był w istocie zadziwiająco niezręczny i rzucający się w oczy. Krążył już dowcip, że po tym, jak zastrzelono Tama, Frankie przy każdym pukaniu do drzwi pytał: „Kto przybywa, przyjaciel czy lewatywa?”.

– Więc gdzie?

Podał mi wizytówkę, na której widniał adres jakiegoś warsztatu samochodowego w Rutherglen.

– Spotkajmy się w warsztacie jutro wieczorem o wpół do dziesiątej.

– A o co chodzi?

– Mam dla ciebie robotę. Z twojej branży. Trzeba się czegoś dowiedzieć.

– Unikam dowiadywania się pewnych rzeczy – powiedziałem. – Wydaje mi się, że ta, o którą ci chodzi, jest jedną z nich.

Wyprostowały się drobne barki wewnątrz eleganckiej marynarki. Pokryta dziobami po ospie skóra na twarzy Frankiego napięła się jak u kota, który cofa uszy tuż przed skokiem na mysz. Tylko że ja byłem dużą myszą. Nachylił się w moją stronę.

– Sam zdecydujesz, czy się zjawisz, czy nie. Ale jeśli ty nie znajdziesz mnie, to ja znajdę ciebie. Capito?

Język włoski, czy jakikolwiek inny romański, wymawiany ze szkockim akcentem zawsze wydaje mi się przekomiczny. Frankie wyłapał rysujący się na mojej twarzy wyraz rozbawienia i zrobił jeszcze jeden krok w moim kierunku i w kierunku przemocy.

– W takim razie mamy problem, przyjacielu – rzuciłem, odwracając się od kontuaru, żeby mieć go na wprost siebie. Audie Murphy i Jack Palance zazwyczaj w takiej właśnie chwili sięgali do kabury, a stojące w rogu saloonu pianino przestawało grać. Tutaj jednak efekt naszego małego tańca był tylko taki, że wokół przycichły odgłosy rozmów. Małe oczka McGaherna sprawiały wrażenie jeszcze mniejszych niż zwykle. Przypominały oczy szczura. Biła z nich nienawiść. Nagle McGahern jakby zorientował się, że mamy widownię, i stał się mniej pewny siebie.

– To nie koniec, Lennox.

– Och, wydaje mi się, że jednak tak.

– Moje pieniądze są równie dobre jak każdego z pieprzonych Trzech Królów czy kogokolwiek innego. Wykonasz dla mnie tę robotę. Ja cię nie proszę, tylko informuję. Przyjdź jutro wieczorem. – Odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Zamówiłem kolejną whisky i rozcieńczyłem ją wodą z mosiężnego kurka zamontowanego na kontuarze. Zdałem sobie sprawę, że nadal trzymam w ręku wizytówkę McGaherna i wsunąłem ją do kieszeni marynarki. Wielki Bob, barman, oparł na kontuarze umięśnione przedramiona upstrzone sinymi tatuażami.

– To niezłe ziółko. – Kiwnął głową w kierunku, gdzie w zasłonie dymu papierosowego zniknął McGahern. – Chyba lepiej byś wyszedł na zrobieniu tego, o co mu chodziło. To mniej kłopotliwy wariant.

Zaśmiałem się.

– Chce, żebym się dowiedział, kto kropnął jego brata. Gdybym w to wszedł, miałbym więcej kłopotów, niż może mi ich narobić McGahern. Całe Glasgow wie, że Frankie jest bez Tama niczym. A ja nie mam ochoty ingerować w proces doboru naturalnego wśród gangsterów.

Wielki Bob wzruszył ramionami.

– Pilnuj się tylko, Lennox. McGahern to podstępny szczur.

Podczas zamykania pubu robiło się na ogół nieco zamieszania. Przeniknięte duchem prezbiterianizmu szkockie prawo regulujące sprzedaż alkoholu zachęcało do wyścigu z czasem podczas picia, chociaż ogólnie rzecz biorąc, glasgowczycy nie potrzebowali do picia żadnej zachęty. Kiedy natomiast mężczyzn, którzy wypili zbyt szybko, zbyt dużo i zioną chęcią mordu, wypchnie się w nocy na ulicę, działa to jak prowadząca do eksplozji reakcja chemiczna. Po dwóch kolejnych szklaneczkach whisky o wpół do dziesiątej opuściłem więc pub, żeby dotrzeć do domu, zanim rozpocznie się kotłowanina.

Glasgow lśniło na atramentowo po niedawnym deszczu. Drugie miasto Imperium było miastem czarnym – jego okazałe budowle rzucały cień na stanowiącą efekt ludzkiego znoju warstwę zaskorupiałego brudu, a niektóre z tutejszych dzieci były przekonane, że naturalna barwa kamienia to czerń. Deszcze, które były tu obfite i częste, nigdy nie usuwały pokrywającego miasto brudu, tylko rozmazywały go jak tłusta ścierka.

Dwieście metrów za sobą zobaczyłem zaparkowanego po drugiej stronie ulicy czarnego humbera. Oj, Frankie – pomyślałem – czemu musimy kontynuować ten taniec? Udałem, że nie zauważyłem humbera i zacząłem iść w kierunku swojego austina atlantica. Kiedy do niego doszedłem, znowu się obejrzałem. Humber ani drgnął.

Są pewne wojenne doświadczenia, które nie zacierają się w pamięci. Na przykład świadomość, że atak nie zawsze przychodzi z miejsca, z którego się go spodziewamy. Frankie, który w przeciwieństwie do brata nie uczestniczył w działaniach wojennych, popełnił błąd, wykonując w znajdującej się za mną zacienionej bramie krok w bok, aby zwiększyć swoją siłę rażenia. Było to niezręczne posunięcie, które go zdradziło, pozwoliło mi bowiem dostrzec jasny błysk światła latarni, odbijającego się w unoszonym do ciosu ostrzu brzytwy. Kiedy ktoś rzuca się na nas z brzytwą, nie ma czasu na wygłupy, więc wykonując półobrót, bez namysłu kopnąłem przeciwnika w klatkę piersiową. Mocno. Słysząc, jak uchodzi z niego powietrze, zrobiłem wymach pokrytą skórą pałką, którą zawsze nosiłem w kieszeni marynarki. Trafiła go w głowę. Zamachnąłem się znowu, blokując mu pałką nadgarstek i brzytwa z brzękiem spadła na ziemię.

Wiedziałem, że już po wszystkim, ale wkurzony byłem na Frankiego, że nie odpuścił, kiedy mu powiedziałem, że nie jestem zainteresowany. Schowałem pałkę, chwyciłem w garść lepkie od brylantyny włosy i pięścią wymierzyłem mu trzy szybkie i silne uderzenia w twarz. Obtarłem sobie przy tym rękę, ale przy drugim uderzeniu poczułem, jak pęka mu chrząstka w nosie. Na jego drogiej koszuli wykwitła w świetle latarni ciemnoczerwona plama. Walnąłem go jeszcze raz, tym razem w usta, żeby mu rozkwasić wargi. Skończyłem. Pchnąłem go na ścianę, wytarłem sobie ręce o jego marynarkę i pozwoliłem mu osunąć się na ziemię, w objęcia nieświadomości.

– Mamy jakiś problem, panowie?

Odwróciłem się i zobaczyłem, że podjechał czarny humber. Siedzący obok kierowcy pasażer był wielkim, zwalistym mężczyzną po pięćdziesiątce, ubranym w popielaty garnitur i kapelusz o szerokim rondzie, ciasno nasadzony na przyciętą na jeża siwą głowę. McNab.

– Absolutnie żadnego, panie nadinspektorze. – Wziąłem głęboki wdech i uśmiechnąłem się rozbrajająco, jednak nie na tyle, by powstrzymać McNaba i jego umundurowanego kierowcę przed wyjściem z nieoznakowanego humbera. McNab spojrzał z wysokości swoich dwóch metrów na sponiewieraną postać Frankiego.

– No, no. Brat ostatnio zmarłego pana McGaherna. Cóż, do diaska, mogłoby cię łączyć z tą mendą, Lennox?

– Pan go zna? Obawiam się, że ja nie… Przechodziłem po prostu i zauważyłem, że potrzebuje pomocy. Chyba wypił ciut za dużo i przewrócił się.

– Zabawne, że ten upadek zamortyzował chyba nosem. – McNab pochylił się i odwrócił twarz Frankiego ku światłu. Faktycznie, linię nosa przerywało szpetne złamanie, a na spuchniętej wardze widniała ciemnoczerwona szrama. No cóż, Frankie i wcześniej nie był pięknisiem.

– To się zdarza, panie nadinspektorze. Jestem pewien, że w swojej policyjnej karierze w Glasgow spotkał się pan z wieloma tego rodzaju niefortunnymi wypadkami na oddziałach więziennych.

McNab podszedł do mnie i przysłonił swoją postacią całe Glasgow. Milczał przez dłuższą chwilę, co było zapewne wyćwiczoną techniką zastraszenia. Starałem się nie okazać, jak dobrze mu to idzie. Na szczęście jego uwagę znowu przyciągnął Frankie, który się ocknął i zaczął z cicha pojękiwać i bulgotać. Policjant w mundurze postawił go na nogi.

– Co się wydarzyło, McGahern? Chcesz wnieść skargę?

Frankie spojrzał na mnie tępym, pełnym nienawiści wzrokiem, po czym zaprzeczył ruchem głowy.

– No to jazda, Lennox – powiedział McNab. – Bądź jednak w zasięgu, gdybyśmy musieli się z tobą skontaktować.

– Dobrze jest mieć świadomość, że funkcjonariusz o pana doświadczeniu i randze patroluje ulice Glasgow, panie nadinspektorze.

McNab rzucił mi groźne spojrzenie.

– Dobranoc, panie McNab.

Dotarłem do swojego mieszkania około wpół do jedenastej, nalałem sobie whisky Canadian Club i sącząc ją, obserwowałem tramwaje, przejeżdżające od czasu do czasu samochody i tłumy przewalające się ulicą Great Western. Myśli miałem niewesołe. Przyłożyłem Frankiemu McGahernowi nieco mocniej, niż powinienem. Może nie był aż takim gangsterem jak jego brat Tam, ale był wystarczająco niebezpieczny i miał wystarczająco rozległe koneksje, żebym mógł się go obawiać.

Zaczynało do mnie jednak docierać coś jeszcze. Chodziło o detektywa nadinspektora Williego McNaba. Miał za sobą dwadzieścia pięć lat służby w glasgowskiej policji i dwóch synów policjantów. Był też znaczącą postacią w loży masońskiej i Zakonie Orańskim2. No i sukinsynem pierwszej wody. Swoją karierę policyjną rozpoczął jako jeden z Kozaków Sillitoego, konnych oddziałów pogromców gangów, stworzonych w latach trzydziestych przez ówczesnego naczelnika policji w Glasgow, Percy’ego Sillitoego. Krążyły pogłoski, że obecnie Sillitoe był szefem MI5. W okresie powojennym, pełnym podejrzliwości i nieufności, zamiast uganiać się za nożownikami w Glasgow, Sillitoe zaczął prześladować komunistów i obcokrajowców. Pod koniec lat trzydziestych Kozacy Sillitoego byli jednak równie agresywni jak gangi nożowników, które tępili.

Willie McNab rozpoczął więc karierę od rozwalania łbów członkom takich gangów, jak Bridgetown Billyboys, Norman Conks i Gorbals Beehive. Później stopniowo piął się po szczeblach kariery aż do stanowiska zastępcy szefa wydziału dochodzeniowego w Glasgow.

Nieczęsto spotykało się go patrolującego ulice miasta.

McNab pojawił się tam dziś wieczorem nie bez powodu, a jedynym powodem, jaki przychodził mi do głowy, był Frankie McGahern. Cholera. Przez cały wieczór starałem się właśnie uniknąć wciągnięcia w jakiekolwiek gangsterskie porachunki stojące za śmiercią Tama McGaherna, a teraz przyłapano mnie na spuszczaniu lania jego bratu bliźniakowi.

Wypiłem jeszcze dwie szklaneczki whisky, zgasiłem światło i nie zasłaniając zasłon w oknach, położyłem się na łóżku. Paląc, obserwowałem cienie rysujące się na suficie w świetle latarni ulicznych i reflektorów przejeżdżających samochodów. Czułem się kiepsko z powodu tego łomotu, jaki spuściłem McGahernowi. Kiepsko nie ze względu na niego, ale samego siebie. I wcale nie z powodu kłopotów, jakie mogło mi to sprawić. Czułem się kiepsko, bo ta bijatyka sprawiła mi przyjemność. Bo takim właśnie stałem się człowiekiem.

Człowiekiem odmienionym przez wojnę.

Z początku wydawało mi się, że zbudziły mnie odgłosy burzy. Włączyłem lampkę nocną i spojrzałem na zegarek. Było tuż przed trzecią rano, a odgłosy burzy okazały się łomotaniem gliniarzy do moich drzwi. Zaniosłem się wilgotnym kaszlem, który zawsze chwytał mnie tuż po wstaniu, wymamrotałem jakieś przekleństwo i otworzyłem drzwi. Nie zdążyłem nawet się zorientować, ilu ich stało na półpiętrze. Pięść, która waliła w drzwi, wylądowała na mojej twarzy i posłała mnie na podłogę w głębi mieszkania.

Funkcjonariusze policji w Glasgow tradycyjnie rekrutują się spośród górali. Górale są na ogół wysocy i dobrze zbudowani i górują nad przeciętnymi glasgowczykami, choć zwykle nie można tego powiedzieć o ich intelekcie. To idealne kwalifikacje dla gliniarzy. Poza tym górale mają przyjemny, śpiewny akcent, więc szpetne przekleństwa, którymi raczył mnie rudowłosy niedźwiedź stawiający mnie teraz na nogi, brzmiały nieco jak namiętna serenada. Drugi glina wykręcił mi do tyłu ręce i zatrzasnął na nich kajdanki. To nagłe wyrwanie ze snu i smak krwi w ustach sprawiły, że poczułem mdłości. W drzwiach stanęła wielka postać McNaba.

– O co, kurwa, chodzi, McNab?

McNab dał znak głową detektywowi w cywilnym ubraniu, który wymierzył mi w głowę cios dwudziestocentymetrową pałką i moje nagłe wyrwanie ze snu przestało być problemem.

II

W dużej celi aresztu, w której się ocknąłem, unosił się regulaminowy odór środków dezynfekcyjnych, zbutwiałych koców i starego moczu. Okazało się, że siedzę na krześle, a ręce mam nadal skute za sobą. Byłem ubrany tylko w podkoszulek i spodnie i albo w drodze na posterunek złapała nas nagła ulewa, albo ktoś chlusnął na mnie wodą, żebym się obudził.

McNab siedział na wyłożonej kafelkami pryczy. Obok mnie stał młodszy gliniarz o zawziętym wyrazie twarzy, z pustym wiadrem w rękach. Miał dużą twarz wiejskiego chłopca, zarumienioną od zbyt częstego przebywania na wietrznym polu podczas spędzonego na Hebrydach dzieciństwa. Zdjął marynarkę, podwinął rękawy koszuli i poluzował kołnierzyk. Tak jakby miał przed sobą dużo ciężkiej fizycznej pracy. Z rezygnacją czekałem na mocny wycisk.

– Do czego dokładnie mam się przyznać? – spytałem McNaba, patrząc jednak na drugiego gliniarza, który właśnie owijał knykcie prawej dłoni mokrą ścierką.

– Nie pogrywaj ze mną, Lennox. Wiesz, czemu tu jesteś. – Podkreślił swoje słowa kiwnięciem głowy w kierunku młodziaka, którego pięść wylądowała na moim karku. Wymuszanie z podejrzanego zeznań biciem to pewna sztuka. Wypróbowany sposób to cios w kark – powoduje silny ból, jeszcze przez wiele tygodni dający się we znaki przy każdym skręcie głową, a przy tym nie pozostawia żadnych śladów, które mogliby zauważyć sędzia i ława przysięgłych. Mokra ścierka wokół pięści dodatkowo zabezpiecza przed jakimikolwiek widocznymi urazami. Głównie urazami rąk ciężko pracującego i źle wynagradzanego funkcjonariusza państwowego, który się podjął spuszczenia aresztowanemu łomotu. McNab coś powiedział, poczekał, aż przestanie mi dzwonić w uszach, po czym powtórzył.

– Dlaczego zabiłeś Frankiego McGaherna?

Spojrzałem na McNaba skołowany.

– O czym pan gada? Przecież nie był martwy. Widział pan. Sam pan z nim rozmawiał, kiedy się ocknął.

Kolejne skinięcie głową. Kolejny paroksyzm bólu w mojej czaszce i dzwonienie w uszach.

– Ale przyszedłeś tam później jeszcze raz, żeby dokończyć dzieła. Dziwię ci się, Lennox. Za grosz finezji. Naprawdę zrobiłeś z niego krwisty befsztyk. Jeden z naszych praktykantów zarzygał tam cały chodnik. Czym się posłużyłeś, Lennox? Tylko łyżką do opon?

Spojrzałem na McNaba. Nie spuszczał ze mnie małych, szarych oczu, osadzonych w zbyt szerokiej twarzy. Trudno powiedzieć, czy naprawdę uważał, że to ja zabiłem McGaherna, w każdym razie wycisk, jaki dostawałem, sugerował, że jego zdaniem nie mówię wszystkiego, co wiem. A to był problem, bo nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Zakomunikowałem mu to płynnym anglosaskim narzeczem i zainkasowałem kolejny cios w szyję. Ból spowodował mdłości i z trudem powstrzymałem odruch wymiotny.

– Boli cię szyja, Lennox? – McNab podniósł się z pryczy i stanął w pozycji sugerującej, że zaczyna się gra w debla. Spojrzałem w dół na jego stopy. Brązowe, wyglancowane półbuty. Nieskazitelnie zaprasowane mankiety spodni z ciężkiego tweedu. – Cóż, przestanie ci dokuczać, kiedy zawiśniesz na stryczku w więzieniu Barlinnie. Podejrzewamy cię o dwa morderstwa. Dwóch McGahernów do kompletu.

– Tama McGaherna nie znałem w ogóle, a Frankiego spotkałem po raz pierwszy wczoraj wieczorem, kiedy podszedł do mnie w barze Pod Końskim Łbem.

– Czego chciał?

– Nie powiedział. Głównie dlatego, że nie byłem tym zainteresowany. Mówił tylko, że to robota w sam raz dla mnie. Zbieranie informacji. Domyśliłem się, że chciał, abym zbadał sprawę śmierci jego brata.

– Robota w sam raz dla ciebie, Lennox? Szukanie morderców? Miałem wrażenie, że to nasze zadanie.

– Nie wszyscy mogą się do was zwrócić. Na przykład Frankie McGahern. W każdym razie czegokolwiek ode mnie chciał, powiedziałem mu, żeby spadał. Dlatego czekał na mnie na zewnątrz. Urażona duma. Nie rozumiem tylko, co wy tam robiliście. Musieliście go obserwować.

– Nie będę się tłumaczył komuś takiemu jak ty, Lennox. Ważne jest tylko to, żebyś nam powiedział, czemu potem pojechałeś do McGaherna i dokończyłeś dzieła.

– Ja nawet nie wiem, gdzie on mieszka.

– Czyżby? – McNab sięgnął do kieszeni i wyciągnął wizytówkę, którą dostałem od Frankiego. Zupełnie o niej zapomniałem. – Znaleźliśmy to u ciebie w mieszkaniu. W twojej marynarce.

– Miałem jego wizytówkę, bo wręczył mi ją w barze. Spytajcie Wielkiego Boba, barmana. Tak czy inaczej, to i tak nie jego adres, tylko jakiegoś warsztatu samochodowego.

– Tam właśnie znaleźliśmy McGaherna. W warsztacie. Głowę miał zmiażdżoną łyżką do opon.

– Znaleźliście ją? Muszą być na niej odciski palców.

– Nie ma żadnych śladów. Miałeś na rękach rękawiczki.

Westchnąłem.

– Obaj wiemy, że nie uważa mnie pan za sprawcę. A ja wiem, że nim nie jestem. Więc o co chodzi?

– Nie mów mi, co uważam. – McNab chwycił mnie za włosy i szarpnął moją głowę do tyłu. Przez ten nagły ruch znów zabolała mnie szyja. Zbliżył do mnie twarz okrągłą jak księżyc w pełni i poczułem jego nieświeży oddech, przesiąknięty zapachem playersów. – A może to ty mi powiesz, o co chodzi, Lennox? Frankie domyślił się, że to ty załatwiłeś jego brata? A może poszło o forsę?

Milczałem. McNab puścił moje włosy i czekałem na kolejne uderzenie. Nie nadeszło. McNab usiadł z powrotem na pryczy i kiwnął głową w kierunku drzwi. Młodzieniec z zakasanymi rękawami odwinął ścierkę z pięści i ruszył do wyjścia.

– Przerwa na herbatę? – zapytałem z uśmiechem.

Osiłek zatrzymał się na chwilę, ale zmył się po przeczącym ruchu głowy McNaba. Wtedy McNab zdjął mi kajdanki. Wyjął paczkę playersów i zapalił jednego, sadowiąc się z powrotem na pryczy. Nadszedł etap kumplowania się.

– Nie lubię cię, Lennox – powiedział beznamiętnie, tak jakby komentował aktualną pogodę. Może jednak nie był to etap kumplowania się. – Niczego w tobie nie lubię – ani że wtykasz nos w nie swoje sprawy, ani że obracasz się w podejrzanym towarzystwie, ani nawet twojego jankeskiego akcentu. – Wziął do ręki gruby segregator, który leżał obok niego na pryczy. – Sprawdzałem twoje akta. Nic tu do siebie nie pasuje. Kanadyjczyk. Były oficer. Bogaci rodzice. Droga szkoła prywatna. A potem zjawiasz się tutaj. Po co ktoś taki jak ty miałby tu mieszkać i zadawać się z typami, z którymi się zadajesz?

– Urodziłem się tutaj, a wychowywałem w Kanadzie. Mój ojciec pochodził z Glasgow. – Moje zasoby ironii chwilowo się wyczerpały. Miałem przeszłość, którą lepiej było zostawić w spokoju, i nie podobało mi się, że McNab w niej grzebie.

Prawda była taka, że zostałem zdemobilizowany w Wielkiej Brytanii i wręczono mi wtedy bilet na statek do Halifaxu w Nowej Szkocji. Powrót z wojny przypominał jednak powrót z więzienia i gdy stałem oszołomiony zimnym blaskiem dnia, Glasgow już na mnie czekało jak złowieszczy zbir czający się w ciemnościach gdzieś za rogiem. I oto osiem lat później nadal tkwiłem w drugiej metropolii Imperium Brytyjskiego. Glasgow mi odpowiadało – jego ciężki, mroczny klimat jakoś dodawał mi otuchy. Było to jedno z tych miast, gdzie można się ukryć w tłumie. Nawet przed samym sobą.

– Widzę, że miałeś po drodze trochę kłopotów – powiedział McNab, przewracając kciukiem papiery. – O włos uniknąłeś sądu wojennego.

– Zostałem honorowo zwolniony ze służby. – W ustach mi zaschło i miałem mdłości. Szyja i głowa pękały mi z bólu. McNab mnie wkurzał i miałem ochotę walnąć go w ten wielki, okrągły, głupi pysk. Ale oczywiście nie mogłem.

– Tylko dlatego, że niczego ci nie udowodnili. Zabawne… Armia nie chciała udostępnić na twój temat żadnych informacji, ale kiedy żandarmeria wojskowa dowiedziała się, że mogę coś na ciebie mieć, od razu zadeklarowali chęć współpracy. Ci chłopcy nie za bardzo cię lubią, co, Lennox?

– Cóż zrobić? Nie można cieszyć się sympatią wszystkich.

– To miało coś wspólnego z czarnym rynkiem w brytyjskiej strefie okupacyjnej w Niemczech. Sprzedawanie cywilom wojskowych środków sanitarnych – prostytutkom chininy do aborcji i penicyliny na syfilis i rzeżączkę. Ciekawe interesy.

Milczałem.

– Taa… – ciągnął McNab – doprawdy niezły interesik. Pogłoski mówią jednak o tym, że poróżniłeś się ze swoim niemieckim wspólnikiem, którego w końcu znaleziono w hamburskim porcie, unosił się na wodzie twarzą w dół.

– Nie miałem z tym nic wspólnego.

– Pewnie tak samo jak ze śmiercią Frankiego McGaherna, co?

– Właśnie.

– I twierdzisz, że nigdy nie spotkałeś Tama McGaherna? Nawet w wojsku w czasie wojny?

Zmarszczyłem brwi. Byłem naprawdę zdezorientowany.

– Inne armie. I jeśli już o to chodzi, inne wojny. Słyszałem, że Tam McGahern był Szczurem Pustyni.

Zapadła chwila milczenia. McNab i ja przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Jak na tak rosłego mężczyznę McNab ubierał się z wyszukaną elegancją. Pod brązową tweedową marynarką miał świeżą białą koszulę, a pod szyją nienagannie zawiązany bordowy krawat. Ja z kolei siedziałem nieogolony, w mokrym podkoszulku oraz spodniach i bez butów. Schludność McNaba stanowiła broń psychologiczną i mogłem dać jej odpór tylko poprzez skupienie się na zaognionej czerwonej bruździe w miejscu, gdzie nieskazitelny kołnierzyk koszuli wpił się w jego szyję. Okazuje się, że z krochmalem można przesadzić.

– Pytał mnie pan o pieniądze. Co pan miał na myśli? – spytałem.

– To ja tu zadaję pytania, Lennox, a ty na nie odpowiadasz – odparł beznamiętnie. Roześmiałem się, słysząc ten frazes rodem z filmów kryminalnych, czym udało mi się ponownie rozsierdzić McNaba. – No dobra, mądralo, chodzi o pieniądze, które zniknęły, gdy został zamordowany Tam McGahern. Jeśli wierzyć pogłoskom, było tego ładnych kilka tysięcy. – McNab upuścił na ziemię niedopałek papierosa i rozgniótł go czubkiem buta o beton ruchem sugerującym, że „przerwa na herbatę” się skończyła. – Teraz będę musiał znowu poprosić tu Frasera – powiedział niemal przepraszającym tonem, co tylko bardziej mnie zaniepokoiło. – Nie mówisz mi wszystkiego. Tu chodzi o coś więcej niż tylko o to, że uraziłeś dumę Frankiego McGaherna. Rzucił się na ciebie z brzytwą, a nie nasyłał jednego ze swoich chłopców. Frankie może nie dorastał bratu do pięt, ale miał do dyspozycji sporą ekipę. Moim zdaniem to, że sam chciał się z tobą rozprawić, świadczy o tym, że mieliście jakieś poważniejsze porachunki. To, co mi mówisz, nie trzyma się kupy.

Rozumiałem, o co mu chodzi. Spodziewałem się kłopotów ze strony Frankiego McGaherna, nie sądziłem jednak, że sprawy potoczą się tak szybko i przyjmą tak brzydki obrót. Z drugiej strony w Glasgow sprawy nieustannie przybierały brzydki obrót – szybko i z bliżej nieokreślonych powodów. McNab odczekał chwilę, dając mi szansę na odpowiedź, a gdy jej nie otrzymał, podszedł do drzwi celi, aby wezwać z powrotem rosłego młodzieńca ze wsi z obolałymi kostkami u rąk.

– Niech pan poczeka… – rzuciłem, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć dalej. – Naprawdę nic więcej nie wiem. Dla mnie to wszystko też nie ma sensu, ale mówię prawdę. Dopóki wczoraj wieczorem w barze nie podszedł do mnie Frankie, nie miałem do czynienia z żadnym z McGahernów.

– Trudno mi w to uwierzyć, Lennox, biorąc pod uwagę kręgi, w jakich się obracasz.

– Nie obracam się w żadnych „kręgach”, panie nadinspektorze. Charakter mojej pracy sprawia, że miewam kontakty z pewnymi typami – włączając w to zresztą niektórych gliniarzy – których inni ludzie na ogół unikają jak ognia. Z Frankiem McGahernem nie miałem jednak żadnych kontaktów. To samo dotyczy jego brata.

Kolejna chwila milczenia. McNab nie wzywał swojego osiłka. Nie siadał też jednak z powrotem na pryczy.

– Wszystko inne, co panu powiem, to będą banialuki obliczone tylko na uniknięcie bicia.

W korytarzu pojawił się jakiś inny gliniarz. Rozpoznałem go. Usiłowałem nie okazać ulgi, ale poczułem się w owej chwili jak jedyny ocalały z masakry na prerii, słyszący trąbkę nadciągającej kawalerii.

– O co chodzi, inspektorze? – McNab nie krył irytacji, że ktoś mu przeszkadza. Zanim odpowiedział, detektyw w korytarzu spojrzał znacząco na mnie, mój mokry podkoszulek i bose stopy.

– Rozmawiałem z gospodynią pana Lennoxa, panie nadinspektorze. Potwierdza, że wrócił do domu około dziesiątej piętnaście i nie ruszał się z domu do chwili, gdy przybyliśmy, aby go aresztować.

Obtarta kołnierzykiem skóra na szyi McNaba spurpurowiała jeszcze bardziej. Nic nie rozwściecza bardziej niż usłyszenie od kogoś prawdy, którą już od dawna znaliśmy, ale której głośne wypowiedzenie nie było nam na rękę.

– Może jej się tak tylko wydawać… – odparł McNab. – O tej porze pewnie już spała.

– Mówi, że to niemożliwe, aby nie usłyszała, że on wychodzi z domu. Gotowa jest to potwierdzić przed sądem.

Pręga pod kołnierzykiem McNaba znikła w powodzi czerwieni, jaka rozlała się po jego grubej szyi. Przez chwilę spoglądał groźnie na młodszego kolegę, po czym odwrócił się do mnie, mówiąc, że mogę iść.

Jock Ferguson czekał na mnie w sali przyjęć posterunku. Niechętne zwolnienie mnie przez McNaba nie oznaczało, że zostanę odwieziony do domu, więc poczułem ulgę, gdy Ferguson podał mi koszulę, moją marynarkę i jakąś parę butów.

– Nie ma skarpet? – spytałem, na co Ferguson wzruszył tylko ramionami.

To właśnie Jock Ferguson był tym moim przyjacielem, a raczej znajomym, a w zasadzie informatorem, od którego dowiedziałem się o śmierci Tama McGaherna. Był jednym z gliniarzy, z którymi miałem do czynienia przez ostatnie pięć lat. Tak jak ja, miał mniej więcej trzydzieści pięć lat, ale wyglądał na starszego, jak wielu mężczyzn, którzy podczas wojny przeszli z okresu dorastania od razu do wieku średniego. Może ja też sprawiałem podobne wrażenie na innych. Ferguson był inteligentniejszy od przeciętnego gliniarza i był tego świadomy. Gliniarze zazwyczaj lubią, kiedy wszystko jest proste i oczywiste. Jock Ferguson był inny. Miałem wrażenie, że zawsze był w policji pewnego rodzaju outsiderem. Biorąc pod uwagę jego inteligencję, nic w tym dziwnego. Wydawało mi się też, że nie daje mu spokoju to, jakim niegdyś był człowiekiem. Może właśnie dlatego w ogóle zawracał sobie mną głowę. Nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć w żaden inny sposób.

– Dzięki – powiedziałem. – To wszystko zaczynało już wyglądać niewesoło.

Ferguson nic nie odpowiedział i zauważyłem, że nachylony nad kontuarem starszy sierżant z ponurą miną uważnie nam się przygląda. Ferguson wyprowadził mnie z posterunku na ulicę.

– Odwiozę cię do domu – powiedział. Czarnoszare Glasgow wyłaniało się stopniowo w posępnym świcie i czułem wokół nagich kostek jego chłodny oddech. – Poczekaj tutaj, zaraz podjadę samochodem.

– Co się dzieje w sprawie McGahernów? – spytałem, gdy ruszyliśmy morrisem Fergusona przez miasto. – McNab za czymś węszył i był wkurzony, że węszy w niewłaściwym miejscu.

Ferguson poczęstował mnie papierosem. Odmówiłem ruchem głowy, więc sam zapalił.

– Znasz to miasto – odparł. – Gnieżdżą się tu ze dwa czy trzy miliony ludzi, ale to nadal wiocha. Każdy każdego zna, każdy wie, co robią inni… i komu. Ale zabójstwo McGaherna… zabójstwa McGahernów – poprawił się – wszystkich postawiły na nogi. Nikt nie wie, kto ich wykończył ani dlaczego. Góra mocno naciska McNaba, żeby to wyjaśnił. A problem z naciskami z góry polega na tym, że przenoszą się w dół.

– Wiem – odparłem – dotarły nawet na mój kark.

– Ale McNab nie ma pojęcia, od czego zacząć. Dlatego na razie szuka na oślep. Miałeś po prostu pecha, że mu się nawinąłeś pod rękę.

– A ty masz jakiś pomysł? – W pobliżu nie było żadnych innych samochodów, minęliśmy tylko konia ciągnącego wóz pełen węgla oraz gromadę robotników w cyklistówkach, jadących rowerami na pierwszą szychtę. Odwróciłem nieco głowę i dotkliwy ból przypomniał mi o spotkaniu z rumianym parobkiem McNaba.

– Ja? – parsknął Ferguson. – Nie. Tkwię w błogiej niewiedzy. Staram się trzymać od tej sprawy z daleka. Tak jak ty. Nie warto prosić się o kłopoty.

Rozmowa stopniowo wygasła, aż w końcu Ferguson zajechał pod mój dom. Gdy wysiadłem, wychylił się jeszcze z samochodu, opierając się na sąsiednim fotelu.

– Lennox… na twoim miejscu przez jakiś czas nie rzucałbym się w oczy. Jeśli masz zamiar wściubiać w to swój nos, zapomnij o tym.

Patrzyłem, jak odjeżdża ulicą Great Western. Spośród wszystkich gliniarzy jemu mogłem chyba ufać najbardziej. Dlaczego w takim razie coś nie dawało mi spokoju? I dlaczego miałem wrażenie, że słowami, którymi właśnie mnie pożegnał, spuentował to, jak potraktował mnie McNab?

Moja kwatera mieściła się na piętrze dość pokaźnej wiktoriańskiej willi. Wspólne wejście wiodło do mieszkania na parterze, zajmowanego przez moją gospodynię, Fionę White, wraz z dziećmi. To właśnie ona wpuściła do domu policję jeszcze przed świtem.

Czekała na mnie, kiedy otworzyłem drzwi wejściowe.

– Chyba przydałaby się panu filiżanka herbaty – powiedziała bez uśmiechu.

Podążyłem za nią do kuchni w głębi mieszkania. Stanęła oparta o blat kuchenny z założonymi rękami.

– Nieszczególnie pan wygląda – rzekła bez zbytniej troskliwości. – Panie Lennox, nie mogę sobie pozwolić na to, żeby po nocach łomotała mi do drzwi policja.

– Chce pani, żebym się wyniósł, pani White?

– Tego nie powiedziałam. Ale to jest porządna dzielnica. Kilku sąsiadów już się mnie dopytywało, o co chodzi. Pewnie uznali pana za jakiegoś wymachującego siekierą zabójcę.

– A skąd pani wie, że nim nie jestem?

– Przypuszczam, że wtedy by pana nie wypuścili. – Zapaliła papierosa i rzuciła paczkę na kuchenny stół. – Niech się pan poczęstuje. Muszę myśleć o swoich dzieciach, panie Lennox. Nie chcę, żeby były narażone na coś takiego.

– Byłem świadkiem, pani White, a nie podejrzanym.

– Nie wiedziałam, że policja wyciąga półprzytomnych świadków z domów w środku nocy.

– Trochę to potrwało, zanim doszli do tego, że jestem tylko świadkiem. – Sączyłem herbatę. Była słodka, gorąca i łagodziła bolesne pulsowanie w głowie. Nie miałem ochoty na kolejne przesłuchanie, tym razem w wykonaniu mojej gospodyni.

Na ulicy rozległ się klakson furgonetki z piekarni i pani White przeprosiła tonem sugerującym, że jeszcze nie skończyliśmy rozmowy, po czym chwyciła portmonetkę i wybiegła przed dom. Obserwowałem, jak wychodzi. Była szczupłą, może nawet nieco zbyt szczupłą, atrakcyjną kobietą o policzkach i oczach przywodzących na myśl Kate Hepburn. Wyglądałaby jeszcze lepiej, gdyby nie kładący się cieniem na jej twarzy ciągły wyraz zmęczenia. Fiona White nie mogła mieć więcej niż trzydzieści pięć albo sześć lat, ale wyglądała na starszą.

Przywiązałem się do smutnej rodzinki White’ów, która wprawdzie przyjęła do wiadomości, że ich ojciec i mąż spoczywa gdzieś na dnie Atlantyku, ale sprawiała wrażenie, jakby wciąż oczekiwała jego powrotu z dawno zakończonej wojny. Popijałem w zamyśleniu herbatę.

– No więc… wolałaby pani, żebym się wyprowadził? – ponowiłem pytanie, gdy wróciła.

– Nie chcę, żeby coś takiego ponownie się wydarzyło. Tylko tyle mam na razie na ten temat do powiedzenia, panie Lennox. Gdyby to się powtórzyło, to sądzę, że powinien pan się rozejrzeć za jakąś inną kwaterą.

– Brzmi rozsądnie. – Dopiłem herbatę i wstałem. – To się już nie powtórzy, pani White. Przy okazji dziękuję, bo powiedziała pani policji, że byłem tutaj ubiegłej nocy. To wybawiło mnie z nieco, że tak powiem… niezręcznej sytuacji.

– Powiedziałam im tylko prawdę.

Policja sporo się napracowała w moim mieszkaniu i minęło pół godziny, zanim doprowadziłem wszystko do porządku. Kwatera obejmowała w gruncie rzeczy całe piętro domu, pierwotnie składające się z dwóch sypialni i łazienki. Z jasnych, sporej wielkości pokoi z dużymi przesuwnymi oknami rozpościerał się widok na ulicę. Większa sypialnia została przerobiona na salon z aneksem kuchennym. Pani White nie zdzierała na czynszu, ale był on i tak dość wysoki.

Pierwszą rzeczą, jaką sprawdziłem, był egzemplarz książki H. G. Wellsa Kształt rzeczy przyszłych, wetknięty między inne książki na jednej ze środkowych półek. Otworzyłem ją i upewniłem się, że schowek utworzony przez wycięcie środkowej części kartek nadal mieści plik dużych, białych, szeleszczących pięciofuntowych banknotów. Były nietknięte. To było moje złoto Nibelungów z Niemiec, do którego udało mi się jeszcze coś dorzucić podczas pobytu w Glasgow. Miałem sporo książek i wydawało się to dość bezpieczną kryjówką, bo policjanci na ogół nie mają inklinacji literackich. Należało następnie sprawdzić, czy podłoga pod łóżkiem nie została naruszona. Podniosłem wycięty przez siebie fragment deski i sięgnąłem w głąb. Ręką wymacałem ciężki, twardy przedmiot zawinięty w ceratę.

Był bezpieczny. Na wypadek gdybym go kiedyś potrzebował.

III

Resztę dnia praktycznie przespałem, ale kolejnego ranka wstałem wcześnie, wykąpałem się, ogoliłem i ubrałem w jeden ze swoich bardziej szykownych ciemnych garniturów. Czułem potrzebę odświeżenia się po przeżyciach minionego dnia. Ból w szyi nadal mi dokuczał i pożyczyłem od pani White dwie saszetki aspiryny. Dręczyło mnie jednak coś jeszcze, czego jednak nie potrafiłem za bardzo sprecyzować. Gazety rozpisywały się o zabójstwie Frankiego McGaherna i miałem wrażenie, że oblicze mojej gospodyni tchnie jeszcze większym chłodem.

Racjonowanie benzyny skończyło się dwa lata temu, ale weszło mi w nawyk zostawianie samochodu pod domem, jeśli jechałem tylko do biura. Złapałem tramwaj do centrum i przekręciłem klucz w zamku mojego jednopokojowego biura przy ulicy Gordon. Nieraz myślałem o zrezygnowaniu z tego lokum, jako że większość interesów załatwiałem w barze Pod Końskim Łbem, ale ze względów prawnych i podatkowych utrzymywanie go miało sens. Od czasu do czasu trafiały też do mnie za jego pośrednictwem zlecenia dotyczące zaginięcia, rozwodu, kradzieży w jakiejś fabryce i innych tego rodzaju mętnych spraw, pozwalające mi się wylegitymować jakąś mieszczącą się w granicach prawa działalnością wobec gliniarzy i urzędu podatkowego.

Największy niepokój wzbudziło we mnie właśnie to, co zastałem w swoim biurze.

Policja dokładnie przekopała moje mieszkanie, natomiast w biurze pozornie nie było żadnych śladów bytności kogokolwiek obcego, a tym bardziej jakiegokolwiek przeszukania. Wiedziałem jednak, że się odbyło. Kąt ustawienia aparatu telefonicznego na moim biurku. Pozycja kałamarza. Fakt, że krzesło zostało równo i schludnie wsunięte pod biurko. Była to wybitnie profesjonalna robota. Ktokolwiek dokonał tego przeszukania, był wyszkolony, aby nie zostawiać po sobie żadnych śladów. Policja nie musiała się czymś takim przejmować.

Po przejrzeniu każdej szuflady i każdego segregatora upewniłem się, że nic nie zostało zabrane. Sprawdziłem drzwi, zwracając szczególną uwagę na dziurkę od klucza. Nie dostrzegłem żadnych śladów włamania ani nawet tego, że ktoś majstrował przy zamku. A jedyny zestaw kluczy miałem ja. Ktokolwiek to zrobił, był dobry. Bardzo dobry. Nie miałem wątpliwości, że gdyby ta sama osoba odwiedziła moje mieszkanie, znalazłaby zarówno mój mały skarbczyk, jak i pakunek ukryty pod podłogą. Miałem jednak poczucie, że nie mam do czynienia ze zwykłymi złodziejami, a poza tym podczas obecności pani White byłoby znacznie trudniej dostać się do mojego mieszkania i potem je opuścić.

Próbowałem o tym nie myśleć, lecz skupić się na prowadzonej przez siebie sprawie dotyczącej czyjegoś zaginięcia. Tego typu legalne roboty były niezbędne – klient, który wystawiał pokwitowania i sam ich wymagał, pozwalał mi przedstawić coś przekonującego inspektorowi podatkowemu. Co najmniej połowie moich klientów nie zależało na kłopotaniu urzędu podatkowego i muszę przyznać, że sam nie lubiłem przysparzać mu zbyt wiele pracy. Sprawa, którą zajmowałem się przez ostatni tydzień, dotyczyła zaginięcia żony pewnego glasgowskiego biznesmena. Ona była młoda, ładna i pełna życia, a on – w średnim wieku, z brzuchem i kiepskimi zębami – zdecydowanie nie przypominał Roberta Taylora. Był to ewidentnie niedopasowany związek i wiedziałem, że nie zapewnię klientowi happy endu, na jaki liczył.

Postanowiłem skupić uwagę na sprawie zaginionej żony. Pomyślałem, że jeśli będę traktował całe to zamieszanie wokół McGahernów tak, jakby go nie było, to jakoś się z tej sprawy wykręcę. Zadzwoniłem do biura Johna Andrewsa, męża zaginionej, i umówiłem się na spotkanie u niego w domu o szóstej po południu.

Glasgow było miastem z zakasanymi do roboty rękawami. Przez sto lat jedyną racją jego istnienia było pełnienie funkcji fabryki dla całego imperium. To tutaj pośród zgrzytu metalu i hutniczego łoskotu rozpoczęła się rewolucja przemysłowa. Tutaj budowano statki handlowe i okręty wojenne. Tutaj montowano ogromne maszyny dla imperium brytyjskiego, a także wydobywano z ziemi napędzające te maszyny paliwo. Glasgow było miastem, gdzie wszelkie aspiracje do wysokiego statusu społecznego trąciły fałszem, a wille potentatów musiały sąsiadować z obskurnymi kamienicami czynszowymi. Bearsden, leżące na północnych obrzeżach miasta, pozowało na Surrey3, mimo że było o rzut umorusanym sadzą kamieniem od zaniedbanej, pełnej przemocy dzielnicy Maryhill. Dom Johna Adrewsa położony był w pewnej odległości od łuku ulicy w dużym, zadrzewionym ogrodzie. Nie do końca wiedziałem, czym właściwie zajmuje się Andrews – były to jakieś interesy, które ujmowało się lekceważącym, mglistym określeniem „import, eksport – tego typu sprawy”. Cokolwiek robił, najwyraźniej się to opłacało. Widać było, że trzykondygnacyjna wiktoriańska willa o przydomku Dom Ardbruach, w której mieszkał Andrews, została wybudowana nie tylko w celach mieszkalnych, lecz również po to, aby zrobić wrażenie. Prawda wyglądała tak, że w związku z wydarzeniami, które rozegrały się od chwili mojego spotkania z Frankiem McGahernem, nie zdziałałem nic nowego w sprawie zaginionej żony Andrewsa i nie miałem mu nic nowego do powiedzenia.

Podczas naszej rozmowy telefonicznej Andrews potraktował mnie dość szorstko. Nie lubił, kiedy dzwoniłem do niego do biura, mimo że w rozmowie z jego recepcjonistką podawałem zmyślone nazwisko i zmyśloną nazwę firmy, jakimi polecił mi się posługiwać. Kiedy jednak zajechałem przed jego rezydencję, czekał na mnie przy drzwiach z uśmiechem sprawiającym wrażenie przyklejonego do twarzy. Uśmiechem, który jakby odklejał się w kącikach ust.

Andrews był niewysokim, grubawym mężczyzną o szpakowatych włosach i z wałeczkiem tłuszczu pod słabo zarysowaną szczęką. W butonierkę drogiego garnituru wetknięty miał świeży goździk. Gdy się witaliśmy, miałem wrażenie, że jego pulchna dłoń jest wilgotna.

– Przykro mi, że fatygował się pan na darmo, panie Lennox. Nie zdążyłem do pana zadzwonić. Tajemnica rozwikłana! – Wzruszył swoimi drobnymi ramionami w przesadnym geście, równie fałszywym jak jego uśmiech. Zacząłem mieć niewesołe przeczucia. A po incydencie z McGahernem przydałoby się coś mało skomplikowanego.

– Panie Andrews, czy coś jest nie tak?

– Nie tak? – Zaśmiał się, unikając jednak mojego wzroku. – Wprost przeciwnie. Obawiam się, że to wszystko było strasznym nieporozumieniem. Lillian zadzwoniła do mnie dziś po południu, niedługo po naszej rozmowie. Okazało się, że została niespodziewanie wezwana do swojej mieszkającej w Edynburgu siostry, która nagle zachorowała. Lillian zostawiła mi w domu list, który jednak zsunął się za sekretarzyk. Dopiero gdy do mnie zadzwoniła, zorientowała się, jak bardzo się o nią martwiłem.

– Rozumiem – odparłem. Wiedziałem, że były to wierutne bzdury, czyli jak mówili o tym miejscowi, gówno prawda.

– Proszę, panie Lennox. – Andrews nie zaprosił mnie nawet do środka, tylko wyjął z kieszeni czek i wręczył mi go. Opiewał na kwotę znacznie wyższą niż ta, która mi się należała. – Sumienie mnie gryzie, że trudził się pan na próżno. Mam nadzieję, że to wynagrodzi panu kłopot, jaki sprawiłem.

Coś było w tym wszystkim stanowczo nie tak. Schowałem jednak czek do kieszeni.

– Czy nie miałby pan nic przeciwko temu, żebym rzucił okiem na ten list, który zostawiła panu żona? – spytałem.

Uczucie ulgi rysujące się na twarzy Andrewsa przekształciło się w zdenerwowanie.

– List? Po co? Och… Obawiam się, że wyrzuciłem go po przeczytaniu. Nie było sensu go zatrzymywać.

– Rozumiem. – Uniosłem nieco kapelusz i dodałem: – Cóż, cieszę się, że wszystko wróciło do normy. Do widzenia, panie Andrews.

Coś przemknęło przez jego twarz. Jakiś cień wątpliwości albo nadziei. Ale natychmiast zniknął.

– Do widzenia, panie Lennox.

Nie wróciłem od razu do domu, może dlatego, że nieoczekiwanie nie miałem nic do roboty. Aby sobie pozwolić na dom w Bearsden, można jednak zdobywać pieniądze na rozmaite sposoby, niekoniecznie zajmując się importem i eksportem. Skierowałem się na północ, przemierzając zielone przedmieścia Glasgow, i wkrótce skręciłem w kolejny zadrzewiony i okolony przystrzyżonymi krzewami długi podjazd. Kiedy jednak zajechałem przed niewielką rezydencję, nie stał tam żaden niski, pulchny biznesmen. Zamiast tego czekała tam na mnie grupka zakapiorów w tanich garniturach, podejrzliwie mnie obserwujących.

– Co mogę dla pana zrobić? – Glasgowski akcent osiłka, który podszedł do okna mojego samochodu, był równie gęsty jak pomada, którą wysmarował włosy. Miał na sobie obcisłe spodnie rurki i marynarkę do połowy uda. Najwidoczniej taka była najnowsza moda. Zapewne nawiązywała do stylu „edwardiańskiego” i z tego, co słyszałem, jej zwolennicy nazywali siebie Teddy Boys4.

– Chciałbym się zobaczyć z panem Sneddonem.

– Ach, tak? Był pan umówiony? – Słychać było, że odgrywanie roli recepcjonisty przychodzi mu z niejakim trudem.

– Nie. Proszę mu powiedzieć, że przyszedł Lennox. Chcę z nim pogadać.

– O czym?

– To sprawa między mną a panem Sneddonem.

Goryl w rurkach otworzył drzwi samochodu, po czym wprowadził mnie do rezydencji Sneddona. Przyglądałem się jego parodystycznym usiłowaniom, żeby sprostać roli kamerdynera. Powiedział, żebym poczekał w pseudogotyckim holu wejściowym. Sneddon przez pół godziny wystawiał na próbę moją cierpliwość, po czym wyłonił się z sali do snookera. Dawał mi tym samym do zrozumienia, że zdany jestem na jego łaskę i niełaskę i nie mogę odejść bez jego pozwolenia.

Willie Sneddon należał do panujących w Glasgow Trzech Królów. Choć silącą się na wielkopański rozmach rezydencję w Bearsden można by nazwać zamkiem Sneddona, jego królestwo rozciągało się w zasadzie na południe od rzeki Clyde. Był niezbyt wysokim mężczyzną, ubierającym się z zaskakującym smakiem i bez oglądania się na koszty. Już na pierwszy rzut oka było jednak jasne, że jego fachem jest przemoc. Posturę miał krępą, ale bez nadwagi. Był muskularny i żylasty, jakby ktoś splótł go z kawałka liny. Co więcej, w jakiejś odległej przeszłości ktoś zostawił brzytwą trwały ślad na jego prawym policzku.

– Czego do cholery chcesz, Lennox? – rzucił tytułem powitania przez ramię, wprowadzając mnie do gabinetu pełnego książek, których nigdy nie przeczyta i prawdopodobnie nawet by nie potrafił przeczytać. Nie zaoferowano mi krzesła, ale i tak usiadłem.

– Miałem starcie z Frankiem McGahernem – powiedziałem, zapalając papierosa.

– Słyszałem, że to raczej on miał starcie z tobą – odparł Sneddon z nienaganną govańską5 dykcją. – Zabiłeś go, Lennox?

– Z tego zostałem oczyszczony. Załatwił go ktoś inny. Kto – oto jest pytanie. I właśnie o tym chciałem z panem porozmawiać. Chciałem spytać, czy ma pan jakiekolwiek informacje o tym, co stało się z jego bratem.

– Oskarżasz?

– Nie, panie Sneddon. Nie oskarżam, tylko pytam. Nie widzę powodu, dla którego miałby pan zlecić zabicie Tama McGaherna. Czy Frankiego. Nikt jednak nie zna tego miasta równie dobrze jak pan.

– Ach, tak? Przypuszczam, że nie rozmawiałeś z pozostałymi Królami?

– Faktycznie, nie rozmawiałem. Przyszedłem najpierw do pana.

– Powiedziałem prawdę i on o tym wiedział. Gdyby zechciał, mógłby to bardzo łatwo sprawdzić. Choć próbował to ukryć, zauważyłem, że spodobała mu się myśl, iż stawiam go jakoś wyżej od pozostałych dwóch Królów. Nie nadmieniłem, że po prostu byłem akurat w okolicy.

– Nic nie wiem na temat zabójstwa Tama McGaherna. Oczywiście nawet gdybym wiedział, tobym ci nie powiedział i generalnie miałbym gdzieś, czy mi wierzysz, czy nie. Ale naprawdę nic nie wiem i wcale mi się to nie podoba. Nie muszę ci mówić, że w tym mieście wiedza oznacza władzę. Nie przywykłem tolerować braku ani tego, ani tego. Kto ci płaci za niuchanie w tej sprawie?

– Nikt.

Sneddon uniósł z powątpiewaniem brew. Mogło to szybko przeistoczyć się w kolejne lanie, mające wydusić ze mnie informacje, których nie znałem.

– Naprawdę nikt. Wydaje mi się, że Frankie McGahern chciał, żebym dowiedział się, kto zabił jego brata, ale nie byłem tą robotą zainteresowany. Dlatego wszystko tak brzydko się potoczyło. Policja przestrzegła mnie, żebym się w to nie angażował, ale chyba mam przekorny charakter, więc jak ktoś próbuje mnie zniechęcić, dając mi wycisk, to zacinam się w sobie.

Sneddon pokiwał w zamyśleniu głową, a w jego oczach pojawił się chłodny, pełen wyrachowania błysk. Wydawało się, że podjął właśnie jakąś decyzję.

– No to już znalazłeś zleceniodawcę. Dowiedz się, kto sprzątnął Tama i Frankiego, a ja ci zapłacę.

– Jak mówiłem, zajmuję się tym na własny rachunek…

– Już nie. – Ton Sneddona dawał do zrozumienia, że nasza dyskusja dobiegła końca. Sięgnął do szuflady swojego biurka z orzechowego drewna i wyciągnął pokaźny, zgrabny zwitek piątaków. – To ci wystarczy na początek. Masz tu setkę. Jeśli mnie pierwszemu powiesz nazwisko zabójcy, dostaniesz jeszcze dwieście.

Wziąłem pieniądze.

– Nie mogę zagwarantować, że mi się uda. Nigdy nie daję gwarancji. Wie pan o tym.

– To będę uboższy o sto funciaków. Ale pozostałe dwieście dostaniesz tylko wtedy, gdy podasz mi to nazwisko.

– Okej – powiedziałem, tak jakbym miał jakiś wybór. – Dzięki. Zobaczę, czego uda mi się dowiedzieć. Będę jednak musiał pogadać z pozostałymi dwoma Królami. Sprawy mogą się skomplikować.

– O to będziemy się martwić później, Lennox. Nie zapominaj tylko, kto ci płaci. Czegoś się dowiesz – chcę o tym usłyszeć pierwszy. A jeśli powiem, żeby nie mówić o tym nikomu innemu, to tak będzie.

– W porządku. Może zaczniemy od tego, że powie mi pan coś więcej o Tamie i Frankiem. Nie za dużo o nich wiem. Nigdy nie miałem z nimi do czynienia. – Potarłem kark, przypomniawszy sobie, jak trudno było o tym przekonać McNaba.

– Nie mam wiele do powiedzenia – odparł Sneddon. – To była para drobnych, dorabiających się fenian6. Znasz pewnie ten gatunek: poprzednie pokolenie srało jeszcze na jakimś torfowisku pod Galway. Próbowali sobie tu wykroić małe imperium. Bardziej Tam niż Frankie. Tam był twardy, ambitny i bardzo bystry. Frankie był tylko… – Sneddon zmarszczył czoło, starając się znaleźć odpowiednie określenie. – Frankie był tylko gnojkiem.

– Przypuszczałbym, że jako bliźniacy działali bardziej po partnersku.

– Tak, można by tak pomyśleć. Ale rozumu nie przydzielono im po równo. Tam i Frankie byli bliźniakami jednojajowymi tylko z wyglądu. Jak mówiłem, to Tam był bystrzachą… i siłą napędową ich poczynań. Ze wszech miar łebskim gościem. Frankie nie. To Tam wszystkim dyrygował i opiekował się Frankiem. Rzucał mu ochłapy ze stołu.

– Więc byli ze sobą blisko?

– A skąd mam, kurwa, wiedzieć? Nie gustuję w takich typach, jeśli łapiesz, o co mi chodzi. Słyszałem jednak pewną historię o tym, jak Frankie narzucał się jakiejś kurwie, która działała niezależnie. Tam się o tym dowiedział i dał Frankiemu niezły wycisk. Ale jest też i inna historia o tym, jak Tam zapłacił pieprzoną fortunę za to, żeby jakiś palant wziął na siebie winę i spędził za Frankiego sześć miesięcy w pudle. Żeby tylko Frankie miał czystą kartotekę.

– Frankie nie był karany?

– Nie. – Sneddon zapalił papierosa, nie częstując mnie. – Żaden z nich nie był. Tam był za sprytny. Frankie dlatego, że Tam jakby szczególnie dbał o to, żeby miał czyste konto. Ale, jak mówię, potrafił też dać Frankiemu wycisk.

– Jakie prowadzili interesy?

– Zarządzali trzema barami – Highlanderem, Imperialem i Westfieldem – i kilkoma biurami bukmacherskimi, przeprowadzili kilka w miarę udanych napadów z bronią w ręku i zapewniali ochronę jakiemuś burdelowi. Poza tym zajmowali się na małą skalę wymuszaniem haraczy. Ale, jak mówię, Tam McGahern był sprytnym gnojkiem. Zawsze miał jakiś szwindel na tapecie. Próbowaliśmy śledzić, co knuje, ale zawsze jakoś nam się wymykał.

– Okej – powiedziałem i wstałem, podnosząc kapelusz z ozdobnego biurka Sneddona. – Zobaczę, czego uda mi się dowiedzieć. Może to jednak być niełatwe. Wielu ludzi nerwowo reaguje na wzmiankę o sprawie McGahernów. Niechętnie o niej mówią.

Sneddon przechylił się na krześle i krzyknął w kierunku korytarza za moimi plecami:

– Pedikiurek!

Nagle w gabinecie pociemniało, jakby ktoś zamknął drzwi. Nie obracając się za siebie, wiedziałem jednak, że stanął w nich po prostu Pedikiurek McBride.

– Spotkałeś już Pedikiurka, prawda, Lennox?

– Nie w okolicznościach zawodowych – odparłem z niewyraźnym uśmiechem i odwróciłem się, skinięciem głowy witając stojącą w drzwiach bestię.

– Witam, panie Lennox – rzucił Pedikiurek swoim barytonem trolla, uśmiechnął się i usiadł na krześle przy drzwiach. Był przyjaźnie nastawionym gościem. Niezbyt rozgarniętym. Czytał komiksy i od czasu do czasu przytaczał cytaty z „Reader’s Digest”. Torturował dla Sneddona ludzi.

– To będzie twardy orzech do zgryzienia, Lennox – powiedział Sneddon. – Ludzie nie są skorzy do gadania. Jeśli tak się zdarzy, chciałbym, żebyś posłużył się Pedikiurkiem.

– Niech pan posłucha, panie Sneddon… to nie bardzo w moim stylu. Bez urazy, Pedikiurek.

Pedikiurek McBride uśmiechnął się bez słowa z ciemnego rogu, w którym majaczyła jego złowieszcza, zwalista sylwetka. Konwersacja nie należała do jego mocnych stron. Miał raczej reputację kogoś, kto innych nakłaniał do zwierzeń. Przydomek „Pedikiurek” pochodził od stosowanych przez niego metod jako oprawcy na usługach Sneddona. Polegały one na tym, że McBride zdejmował ofierze buty i skarpetki i operując nożycami do prętów, recytował z zaskakującą dawką przesyconego ironią humoru słowa dziecięcego wierszyka: „Było sobie pięć świneczek, poszły sobie na ryneczek”. Podobno duży palec każdej stopy zostawiał na koniec.

– Daję im szansę, żeby coś powiedzieli, zanim zajmę się dużymi palcami – wyjaśnił mi kiedyś zazwyczaj lakoniczny McBride. – Chyba że pan Sneddon powie, że nie chce, aby już kiedykolwiek chodzili. Bez dużego palca nie da się utrzymać równowagi, wie pan?

– To bardzo ciekawe – odparłem.

– Taa… – Wielką jak księżyc w pełni, poobijaną twarz Pedikiurka rozjaśniła niemal dziecięca duma, że tak wiele wie. – Czytałem o tym w „Reader’s Digest”.

Uśmiechałem się w duchu, opuszczając pseudomagnacką, pseudogotycką i pseudoszacowną rezydencję Sneddona. W ciągu zaledwie godziny zostałem zwolniony i ponownie zatrudniony. A po czeku Johna Andrewsa i pliku piątaków Sneddona wzbogaciłem się już o dwieście funtów.

Jedynym mankamentem było to, że nie miałem pojęcia, od czego zacząć poszukiwania. Miałem na obolałym już karku glasgowską policję, ktoś bardzo profesjonalnie przeszukał moje biuro, a na dodatek dostałem obstawę neandertalskiego pedikiurzysty rodem z piekła.