Lekkomyślna obietnica - Kasey Michaels - ebook
Opis

Darby Travers, wicehrabia Nailbourne, obiecuje wojskowemu chirurgowi Hamiltonowi, że w razie najgorszego zaopiekuje się jego kilkuletnią córką. Kiedy więc po dwóch latach zjawia się u niego dziewczynka o imieniu Marley Hamilton, Darby bez wahania dotrzymuje danego słowa. Nie wie jednak, jak postąpić z ciotką dziewczynki, panią Sadie Boxer. Ze względu na zasady przyzwoitości młoda i piękna wdowa nie może bowiem przebywać w domu rozchwytywanego w Londynie kawalera. Na tym jednak nie koniec jego kłopotów…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kasey Michaels

Lekkomyślna obietnica

Tłumaczenie:

PROLOG

Nieopodal Montmort-Lucy we Francji, marzec 1814 roku

Wśród jeńców krążyły pogłoski, że strażnicy są coraz bardziej zdenerwowani. Zwycięstwo Napoleona nad wojskami sprzymierzonymi w bitwie pod Champaubert tylko na krótko opóźniło to, co nieuchronne. Samozwańczy cesarz stracił tron.

Po powrocie z porannej przechadzki wokół obozu Jeremiasz Rigby zameldował, że doliczył się dziesięciu strażników mniej. Francuzi w zaskakująco szybkim tempie znikali z posterunków. Niestety Jeremiasz zauważył również, że zmarło kolejnych ośmiu rannych więźniów. Mijał już miesiąc, odkąd trafili do niewoli, a brak opieki medycznej, żywności, czystej wody i lekarstw robił swoje.

– Nie wyobrażam sobie lepszego momentu na nocną ucieczkę – oświadczył Gabriel Sinclair, gdy wraz z Rigbym dołączył do Coopera Townsenda i Darby’ego Traversa w naprędce skleconej i przez to nieco pochyłej przybudówce, którą sami wznieśli dla ochrony przed kapryśną pogodą na przełomie zimy i wiosny.

Medyk John Hamilton nie podniósł wzroku. Był zajęty opatrywaniem gojącej się rany Coopera, pamiątki po francuskiej kuli pod Champaubert, kiedy to do niewoli trafiło ponad tysiąc sprzymierzonych.

– Zostanie paskudna blizna, ale pozbyliśmy się infekcji, więc idzie ku lepszemu – ocenił. – Teraz wasza lordowska mość.

Darby Travers, wicehrabia Nailbourne, uniósł się na łokciach.

– Nie ma potrzeby, Johnie – oznajmił. – Tej nocy nie odwiedziły mnie anioły, nie stał się cud i nawet diabeł mnie nie kusił. Oko już spisałem na straty i nie ma o czym mówić. Prawdę powiedziawszy, w wolnych chwilach rozmyślam o modnych i twarzowych przepaskach.

Wszyscy wiedzieli, że Darby potrafi żartować niemal w każdej sytuacji. Nawet jego najbliżsi przyjaciele nie mieli pewności, czy naprawdę pogodził się z kalectwem, czy też robił dobrą minę do złej gry.

Medyk puścił mimo uszu te słowa i odwinął wystrzępiony bandaż z lewego oka Darby’ego.

– Opuchlizna nadal się utrzymuje, więc trudno o rzetelną ocenę – mruknął. – Mogę tylko żywić nadzieję, że nie narobiłem szkód, usuwając kulę.

– Dzięki Bogu niczego nie pamiętam z twoich zabiegów, przyjacielu – odparł wicehrabia cicho, żeby przyjaciele nie usłyszeli go. – Wiem tylko, że chciałem usiąść i zaraz potem osunąłem się na ziemię. Byłem jedną nogą w grobie, dopóki nie zjawiłeś się ty wraz ze skalpelem i pudełkiem pijawek. Zawdzięczam ci życie, a moja wdzięczność nie ma granic. Wiem, że usłyszałeś słowa kapitana. Tej nocy nasza czwórka ucieka, a ty pójdziesz z nami.

Hamilton pokręcił głową, jednocześnie bandażując ranę.

– Nie mogę opuścić pacjentów – powiedział.

– Ci, którzy są w stanie, uciekają już od tygodnia. Strażnicy wkrótce się zorientują, że nasze szeregi dziwnie się przerzedziły. Przynajmniej część z nas przedrze się przez linie frontu i zawiadomi dowódców, którzy przyślą odsiecz. Może być jednak za późno. Niewykluczone, że Francuzi wymordują naszych rannych towarzyszy, a potem uciekną do domów lub dołączą do Napoleona. Jak na razie starają się nas zagłodzić.

– Obowiązkiem waszej lordowskiej mości, podobnie jak każdego innego żołnierza, jest jak najszybszy powrót do walki. Moja powinność to pozostanie przy rannych. – Hamilton popatrzył na pogrążonych w rozmowie towarzyszy i przybliżył się do Darby’ego. – To dobrze, że stracił pan przytomność. Rzecz w tym, że mówił pan w delirium. Tylko ja to słyszałem.

Darby szeroko otworzył oczy.

– Wielkie nieba, Johnie, zawstydzasz mnie – szepnął. – Czyżbym powiedział coś okropnego?

– Mówił pan o swoim dzieciństwie, o szczególnym okresie swojego dzieciństwa. Chciałbym tylko podkreślić, że… że to nie stało się z pańskiej winy. Dzieci często biorą na siebie odpowiedzialność w sprawach, w których kto inny zawinił. Jest pan zacnym człowiekiem… Podobnie jak pańscy przyjaciele.

– Dziękuję ci, Johnie – powiedział Darby. – Przykro mi, że musiałeś wysłuchiwać moich bełkotliwych wyznań. Szczerze mówiąc, już od dawna nie myślę o tamtych czasach. Nie rozumiem, dlaczego do nich powróciłem. Wolałbym cię uraczyć opowieścią o moich przygodach z damami.

– Wśród pańskich zwierzeń nie brakowało także barwnych anegdot. – Lekarz uśmiechnął się wymownie.

– Chwała Bogu. Johnie, jeśli nie zmienisz zdania i nie pójdziesz z nami, to powinieneś wiedzieć, że jestem twoim dozgonnym dłużnikiem. Zawdzięczam ci życie. Jeśli kiedykolwiek będę mógł ci się odwdzięczyć, chętnie to zrobię.

– Nawet pan nie podejrzewa, ile jest w panu dobroci. – Hamilton się zawahał i dodał: – Mam głęboką nadzieję, że wrócę do domu, ale jeśli tak się nie stanie…

Darby usiadł i wyciągnął rękę.

– Tak? Mów, Johnie, a uczynię wszystko, by spełnić twoje życzenie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn, mały sezon 1815 roku

– Co myślisz o Hiszpanii, Nortonie? Słyszałem wielce intrygujące opowieści o Alhambrze, niegdyś określanej mianem pałacu rozkoszy. Ale cóż, ciebie żadne rozkosze nie interesują, prawda?

– Czerpię ogromną przyjemność z wykonywania swoich obowiązków – odparł pokojowiec typowym dla siebie, jednostajnym głosem. – Zwłaszcza gdy wasza lordowska mość powstrzymuje się od mówienia, kiedy go golę.

Darby Travers, wicehrabia Nailbourne, chciał spytać, czy ma to uznać za pogróżkę, ale dał sobie spokój. Wolał zrezygnować nawet z przełykania do czasu, gdy służący odsunie brzytwę od jego gardła.

– I gotowe, jaśnie panie – obwieścił Norton nie bez dumy, a następnie wręczył pracodawcy wilgotny ciepły ręcznik. – Do wieczora sprawa załatwiona. Pozwolę sobie ponownie zauważyć, że starannie przystrzyżona broda ma bardzo wiele zalet.

Darby wytarł twarz i cisnął ręcznik w kierunku Nortona. Następnie wstał i podszedł do komódki zwieńczonej owalnym lustrem.

– Nie ma mowy o brodzie, dopóki nosisz się z zamiarem jej trymowania – odparł. – Stwierdzam to z przykrością, Nortonie, ale twoje wąsy wyglądają na wymemłane w ustach, a broda przypomina drucianą szczotkę do usuwania zaschniętego błota z butów. Na domiar złego i wąsy, i brodę masz czarne jak po użyciu czernidła do obuwia, czuprynę zaś rudą jak marchew. Gdy na ciebie patrzę, to się zastanawiam, jak się zabawiasz, kiedy nie potrzebuję twoich usług i zostajesz sam.

Norton, jegomość liczący sobie ponad czterdzieści wiosen, przygładził dłonią włosy, elegancko rozdzielone pośrodku i związane z tyłu w koński ogon o długości ponad piętnastu centymetrów. Następnie podrapał się po koziej bródce.

– Rudy zarost jest nieatrakcyjny, jaśnie panie – odparł z przekonaniem.

Darby zastanawiał się przez moment, czy spytać pokojowca, dlaczego nie ufarbował sobie włosów, skoro i tak miał już farbę w rękach, ale wolał nie wdawać się w niepotrzebną wymianę zdań. Norton był jego trzecim pokojowcem w ciągu trzech miesięcy i jedynym, który nie wzdrygał się na widok pracodawcy, gdy ten nie miał przepaski na oku. Choćby tylko z tego względu wicehrabia zamierzał patrzeć przez palce na dziwne upodobania sługi.

Sięgnął po szczotkę i przejechał nią po swoich kruczoczarnych włosach.

– Powstrzymam się od komentarza, Nortonie – mruknął. – Wracając do kwestii Hiszpanii, muszę cię z przykrością poinformować, że nie jedziemy, choć wielce bym tego pragnął. Tak się jednak składa, że muszę być obecny na pewnym przyjęciu urodzinowym pod koniec miesiąca. Albo na uroczystościach pogrzebowych – jak na razie jeszcze nie wiadomo na pewno. Frak, jeśli łaska.

– Tak jest, jaśnie panie. Czy wracamy dzisiaj do Londynu?

– Nie podoba ci się mój wiejski domek? – Darby wsunął ręce w rękawy eleganckiego fraka do konnej jazdy, szykując się do porannej przejażdżki. – Wiem, że jest skromny, ale w zupełności wystarcza do życia.

Nailbourne Farm, czy też „domek”, jak to ujął Darby, był wielką posiadłością pod Wimbledonem, zaledwie godzinę drogi od Londynu. W połączeniu z rozległą stadniną dwór prezentował się wyjątkowo okazale. Liczył sobie szesnaście sypialni, jadalnię na pół setki biesiadników i kilkanaście innych pomieszczeń, a wszystko to pod imponującą strzechą, która wymagała nieustannych napraw i renowacji. W budowli nie zabrakło nawet królewskiej komnaty sypialnej, w której nocowały już ni mniej, ni więcej, tylko dwie angielskie koronowane głowy.

Nailbourne Farm była najmniejszą z sześciu posiadłości Nailbourne’a.

– Więc jak, Nortonie? Zgadzasz się z moją opinią?

– Dom jest… funkcjonalny, jaśnie panie – odparł pokojowiec ostrożnie.

– Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło. Nie chciałbym kazać burzyć dworu i budować go od nowa wedle twoich specyfikacji.

Darby dobrze się bawił, wiedząc, że Norton w najmniejszym stopniu nie wyczuwa sarkazmu.

– Za pozwoleniem jaśnie pana, czuję się w obowiązku o czymś przypomnieć. Otóż przyjąłem to tymczasowe stanowisko w przekonaniu, że będziemy w Londynie na czas małego sezonu.

Darby poprawił czarną przepaskę na oku, odwrócił się i lekko ukłonił pokojowcowi.

– A ja cię niestety zawiodłem. – Westchnął ciężko. – Wstyd mi, więc pozwól, że wynagrodzę ci to uchybienie. Dzisiaj wieczorem wybieram się do Londynu i niniejszym daję ci przyzwolenie na wyjazd ze mną. Zostawię cię w twojej ulubionej knajpce, a jestem pewien, że masz takową, i odbiorę cię w drodze powrotnej. Mam najszczerszą nadzieję, że moja propozycja spotka się z twoją aprobatą.

– Ależ tak, jaśnie panie! – zawołał rozradowany Norton i pokłonił się nisko, bodaj pierwszy raz okazując emocje w obecności swojego pracodawcy. – Pod Koroną i Kurkiem, jaśnie panie, tuż przy Piccadilly. Pozwolę sobie zauważyć, że jaśnie pan prezentuje się nadzwyczajnie w tym nowym fraku.

– Dajże spokój – odparł Darby z sympatią i minął pokojowca, kierując się ku schodom. Gdy był już dostatecznie daleko, uśmiechnął się do siebie. – Przez moment sądziłem, że rzuci się całować mnie w pierścień… – mruknął.

Nastrój poprawił mu się tylko chwilowo, gdyż Darby nagle przypomniał sobie, co go trapi. Tkwił na wsi od niemal tygodnia, czekając na przybycie pewnej osoby. I pomyśleć, że wszystko to z powodu zapomnianej obietnicy, którą niegdyś złożył Johnowi Hamiltonowi! Co prawda dwukrotnie wymknął się do Londynu na wieczorne przyjęcia, ale dni wlokły się niemiłosiernie. Wiele by oddał za możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi, nim wszyscy rozjadą się do wiejskich posiadłości, by doczekać tam do wiosennego sezonu towarzyskiego.

Darby dopiero poniewczasie doszedł do wniosku, że nie powinien był składać doktorowi pochopnych i bezwarunkowych obietnic. Niepotrzebnie zgodził się na objęcie opieką córki lekarza, gdyby spotkało go coś złego. Sądził, że chodzi o ewentualną śmierć medyka jeszcze w obozie. Ani przez moment nie zakładał, że sprawa będzie ciągnęła się dłużej, a już na pewno nie powinna być aktualna po upływie półtora roku, kiedy to poczciwy Hamilton przeniósł się na łono Abrahama.

Po tym smutnym fakcie Darby zrozumiał, że nie ma wyjścia. Musiał podjąć się roli opiekuna młodej damy, choć podejrzewał, że na całym bożym świecie nie istnieje ani jeden człowiek, który mniej by się nadawał do tej roli. Dowiedziawszy się o całej sprawie, przyjaciele Darby’ego nie posiadali się z radości, że coś wreszcie zakłóci jego idealne, bezproblemowe życie.

Córka lekarza nazywała się Marley Hamilton, jej wiek pozostawał nieznany. Darby liczył na to, że uda mu się wysłać ją do jakiejś szkoły dla młodych dam i w ten sposób zyskać spokój na co najmniej kilka lat.

John był wiejskim lekarzem, zapewne z dobrej rodziny, co jednak nie zmieniało faktu, że jego córka mogła chodzić w ubłoconych trzewikach i wysławiać się z prowincjonalnym akcentem. Darby wolał nie myśleć o tym, jak wypadnie prezentacja jego podopiecznej podczas sezonu, a dodatkowo obawiał się, że nieszczęsne dziewczę zechce zwracać się do niego per „wuju”.

– Coop ma rację – powiedział do siebie Darby, gdy znalazł się u podnóża schodów. – Pakuję się w najdziwniejsze sytuacje. Niechże wreszcie przybędzie prawnik Johna, bo już odchodzę od zmysłów.

– Jaśnie panie? – Młody lokaj podsunął mu kapelusz, rękawiczki i szpicrutę. – Jaśnie pan rozmawia ze sobą tak jak wczoraj?

– I owszem, Tompkins. – Westchnął Darby. – Ponieważ to się będzie powtarzać, masz pełne prawo mnie ignorować tak jak wczoraj.

– Rozumiem, jaśnie panie. Pan Rivers przyprowadził nowego ogiera – zmienił temat lokaj. – To wielkie zwierzę. Jaśnie pan powinien zachowywać się bardzo ostrożnie.

– Postaram się nie skręcić karku, żeby cię nie zdenerwować – zapewnił go Darby.

Nagle znieruchomiał w trakcie wkładania rękawiczek, słysząc trzykrotne stuknięcie kołatką do drzwi wejściowych.

– Oho, wygląda na to, że nadszedł czas – mruknął z lekką rezygnacją w głosie. – Dziwne, nie słyszeliśmy nadjeżdżającego powozu. Tompkins, zajmij się tym, jeśli łaska.

Jasnowłosy i piegowaty chłopak, który zazwyczaj pomagał w kuchni, niepewnie popatrzył na pracodawcę.

– Ale, jaśnie panie, pan Camford powiada, że to on ma witać wszystkich gości jaśnie pana i wprowadzać ich na pokoje. Jaśnie pan ma być wzywany do salonu dopiero po tym, jak…

– Posłuchaj, Tompkins – przerwał mu Darby niecierpliwie. – Co prawda nie mam w tej kwestii całkowitej pewności, ale jeszcze nie tak dawno moje słowa liczyły się nieco bardziej niż słowa kamerdynera. Dlatego otwórz drzwi, jasne?

Tompkins poczerwieniał jak burak i wymamrotał:

– Tak jest, jaśnie panie.

– Wygląda na to, że zbyt łagodnie traktuję służbę – powiedział do siebie Darby. – Właśnie tak się kończy nadmierna pobłażliwość…

Odłożył kapelusz, rękawiczki i szpicrutę na duży, okrągły stół i cofnął się o dwa kroki. Postanowił zaskoczyć gościa swoją nieoczekiwaną obecnością. Trochę liczył na to, że przybysz weźmie go za kamerdynera, i był ciekaw, co wyniknie z takiej omyłki.

Uśmiechnął się pod nosem, wyobraziwszy sobie zażywnego Camforda w stroju do konnej jazdy, i powiódł wzrokiem za lokajem, który nerwowo potruchtał przywitać gościa. Uchyliwszy drzwi, skutecznie zasłonił gościa, budząc jeszcze większą irytację Darby’ego. Wyglądało na to, że Camfordowi zabrakło czasu na wpojenie młodzieńcowi dobrych manier.

– Kimkolwiek jest nasz gość, wpuśćże go wreszcie – przykazał Tompkinsowi.

Lokaj nie zdążył jednak zareagować, gdyż został stanowczo odepchnięty przez wysokiego, zakapturzonego osobnika w obszernej pelerynie. Nieznajomy bezceremonialnie wmaszerował do środka, ociekając wodą na kamienną posadzkę.

Darby zamrugał ze zdumieniem. Nie miał pojęcia, że pada deszcz. Zastanawiał się, czy Norton do tego stopnia nie cierpi wsi, że nawet nie wyjrzał przez okno, aby zadbać o stosowny ubiór dla swojego pracodawcy.

Darby z miejsca zrezygnował z zamiaru okiełznania nowego ogiera. Przyjrzawszy się uważniej gościowi, doszedł do wniosku, że tak właśnie mogłaby wyglądać zmokła kura.

– Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, młody człowieku, przed drzwiami brakuje przedsionka – powiedział. – Jak długo zwykle każesz gościom jego lordowskiej mości moknąć na ulewie?

Darby wyprostował się odruchowo. Ten głos z całą pewnością należał do kobiety. Nietypowo wysoka dama z powodzeniem wypełniała męską pelerynę i zachowywała się nad wyraz władczo, zważywszy na to, że przybyła bez zaproszenia, samotnie i zapewne pieszo.

– Tompkins, przyjmij od pani pelerynę – polecił lokajowi. – Chyba nie chcesz, żeby nasz gość utonął, przy okazji zalewając pół domu?

– Tak jest, Tompkins, zrób to natychmiast – przyszła mu w sukurs dama. – A kiedy już osuszysz pelerynę, zastanów się, czy nie zrobić z niej podpałki. Mam wrażenie, że jest sztywna z brudu po pięciu dniach podróży publicznym dyliżansem. Gdy skończysz z peleryną, zechciej łaskawie powiadomić jego lordowską mość o przybyciu jego podopiecznej.

– A niech mnie kule biją – jęknął Darby. Wszystkie jego najgorsze obawy właśnie się ziściły. – Witam w moich skromnych progach.

Kobieta w końcu zsunęła przemoczony, ciężki kaptur, odsłaniając wilgotne jasne włosy. Darby popatrzył w jej oczy o bliżej nieokreślonej barwie i pomyślał, że zapewne w zależności od pogody i nastroju nieznajomej bywają niebieskie, zielone, a nawet szare.

Teraz, gdy na niego spoglądała, wydały mu się burzowo szare.

Zwrócił też uwagę na jej prosty nos i pełne usta. Szczególnie intrygująco prezentowała się lekko wydęta górna warga. Nieskazitelna skóra nieznajomej była arystokratycznie jasna. Zauważył też mały dołeczek w brodzie niewiasty, której smukła szyja mogłaby uchodzić za królewską.

Tajemnicza osoba wyraźnie górowała wzrostem nad młodym Tompkinsem i była zaledwie kilka centymetrów niższa od Darby’ego. Doszedł do wniosku, że musiała liczyć sobie dobrze ponad metr osiemdziesiąt.

– A pan jest…? – spytała z nieskrywaną wyższością, bez cienia prowincjonalnego akcentu.

Darby’emu przeszło przez myśl, że jego rozmówczyni posługuje się jeszcze staranniejszą angielszczyzną niż on sam.

– Oszołomiony – odparł z ukłonem. – Skonfundowany. Skonsternowany. I suchy, jak najbardziej. A pani?

– Jest pan wicehrabią Nailbourne – oznajmiła, a skołowany Tompkins w końcu uświadomił sobie, że powinien zamknąć drzwi. – John powiedział mi o oku. Czy otrzymał pan mój list? Wysłałam po jednym na każdy adres spisany przez Johna. Nie było pana pod pierwszym, co zmusiło mnie do kontynuowania poszukiwań.

Darby pomyślał, że właśnie tak rozumuje typowa kobieta. Cokolwiek by się stało, wina i tak będzie leżała po jego stronie.

– To uchybienie z mojej strony, za co po stokroć przepraszam. – Ponownie pochylił głowę w ukłonie. – Może zechciałaby pani kontynuować tę pogawędkę na górze? Naturalnie, jeśli preferuje pani hol przy wejściu, jestem gotów się dostosować. Nie przeszkadza mi nawet obecny tu Tompkins, który zapamiętale strzyże uszami, śledząc rozwój tej przedziwnej historii.

– W tej chwili najbardziej zależy mi na tym, by się osuszyć. Nasz kufer chwilowo leży porzucony przy pańskiej bramie i byłabym zobowiązana, gdyby ktoś się pofatygował i przeniósł go do pokojów, które pan zechce nam wyznaczyć. Gdy tylko wprowadzę pańską podopieczną, chętnie będę kontynuowała tę, jak pan to ujął, pogawędkę.

– Mam rozumieć, że… to nie pani jest moją podopieczną? – spytał wstrząśnięty, nie odrywając od niej zdumionego spojrzenia.

Popatrzyła na niego tak, jakby nagle wyrosła mu druga głowa.

– Ależ skąd. – Pokręciła głową z dezaprobatą. – Nie jestem już w wieku, w którym ktoś powinien się mną zajmować. Marley? Możesz już wyjść, skarbie. Chciałabym przedstawić cię twojemu nowemu opiekunowi.

Młoda kobieta odsunęła połę wielkiej peleryny, odsłaniając najwyżej siedmioletnią dziewczynkę. Dziecko tuliło się do opiekunki, obejmowało ją obiema rączkami, z twarzą wtuloną w wilgotną suknię z muślinu.

Darby mimowolnie pomyślał, że długim nogom ukrytym pod suknią z pewnością nie można nic zarzucić.

– Marley – zniecierpliwiła się niewiasta. – Z pewnością wszyscy już zauważyli, że masz skłonność do uczepiania się mnie jak rzep. Teraz przypomnij sobie, czego cię uczyłam, i dygnij przed jego lordowską mością. Nie bądź niegrzeczna.

– Będę. – Suknia stłumiła odpowiedź dziewczynki, niemniej dało się ją zrozumieć.

Darby pomyślał, że wcale się nie dziwi zachowaniu Marley.

– Biedna kruszynka, taka jest zmordowana po podróży. – Westchnęła jej opiekunka przez lekko zaciśnięte zęby, którymi przez cały czas szczękała z zimna. – Stangret zażądał miedziaka za przewiezienie nas od bramy do drzwi, więc ostatni fragment drogi musiałyśmy przemierzyć pieszo. I wtedy złapała nas ulewa.

Popatrzyła na Darby’ego surowo, a on doszedł do wniosku, że i deszcz padał z jego winy. Biorąc jednak pod uwagę, że od bramy do domu wiódł żwirowy podjazd o długości półtora kilometra, dziecko zasługiwało na odrobinę współczucia.

– Rozumiem – mruknął Darby. – A do tego jest zapewne troszkę nieśmiała. Dobrze mówię, Marley?

Tompkins, natychmiast biegnij po panią Camford, niech ona zajmie się gośćmi. A do tej pory wciąż może się pani cieszyć moim towarzystwem, o ile ma pani chęć, naturalnie. Czy mógłbym spytać o godność?

– Przepraszam, wasza lordowska mość, powinnam była przedstawić się wcześniej – zreflektowała się dama. – Nazywam się Boxer, pani Sadie Grace Boxer, siostra świętej pamięci Johna Hamiltona i ciotka obecnej tu Marley. Ze strony ojca.

Darby zamrugał zaciekawiony. Teraz już rozumiał, skąd ten imponujący wzrost. John był przecież istną tyczką do fasoli, a w dodatku i on, i jego siostra mieli podobny odcień włosów.

– Boxer? S.G. Boxer? – powtórzył. – To pani jest autorką listu, który otrzymałem w ubiegłym tygodniu? Odniosłem wrażenie, że skontaktował się ze mną prawnik Johna.

– W takim razie odniósł pan błędne wrażenie. Nigdy nic podobnego nie twierdziłam.

– Nie? W każdym razie z pewnością to pani sugerowała. Czy napisała pani rzeczony list, posiłkując się słownikiem słynnego leksykografa, pana Johnsona?

– Czyżby sugerował pan, że Marley i ja nie jesteśmy osobami, za które się podajemy? Podaje pan w wątpliwość fakt, że Marley jest dzieckiem Johna, a odtąd pańską podopieczną?

Sadie Grace Boxer zadziornie uniosła brodę i zbliżyła się o krok do Darby’ego. Mówiąc, lekko przeciągała samogłoski, co brzmiało tak, jakby ktoś polewał stal śmietanką. Może usiłowała ukryć rozbawienie? Nie, raczej nie. To, co widział w jej oczach, nazwałby połączeniem konsternacji i… strachu. Czyżby chodziło o jego niewinny żarcik?

– Ależ skąd – zaprzeczył łagodnie. – Skoro jednak pani już o tym napomknęła, czy mógłbym zobaczyć jakiś dowód na to, że pani i dziecko faktycznie jesteście sobą, a nie kimś innym?

Miał świadomość, że zadaje nieczysty cios, a w dodatku zachowuje się jak szczur usiłujący zbiec z tonącego statku. Rzecz w tym, że nie spodziewał się takiego obrotu sprawy i musiał się wykazać pewną dozą podejrzliwości.

Pani Camford, która w asyście dwóch pokojówek właśnie wpadła do holu, zacmokała z dezaprobatą i natychmiast kazała przygotować czystą bieliznę, napełnić balie gorącą wodą i napalić w jednej z sypialni oraz w pokoju dziecięcym.

– Jaśnie pan zechce zaczekać z wyjaśnianiem swoich wątpliwości, bo muszę zająć się tym uroczym maleństwem – oświadczyła. Znała Darby’ego, odkąd biegał w krótkich spodenkach, a teraz zakochała się od pierwszego wejrzenia w trzęsącym się z zimna stworzonku o jasnych włosach i wielkich zielonych oczach, pełnych łez. – Moje małe kochanie, chodź do Camy, skarbeńku. Camy się tobą zajmie, kociątko.

Darby przyłożył dłoń do czoła, czując nadciągający ból głowy.

– Czyżby mnie pani rugała, droga pani Camford? – spytał słabym głosem. – Cóż, chyba zasłużyłem. Nie wiem, co sobie myślałem. Naturalnie proszę się zająć gośćmi. Gdyby ktoś mnie potrzebował, będę w gabinecie.

– Tak jest, jaśnie panie, niech pan idzie do tego swojego gabinetu – zgodziła się gospodyni skwapliwie. – Nic tutaj po jaśnie panu, każdy to powie.

Pani Boxer w końcu się uśmiechnęła, wyraźnie zadowolona z faktu, że podejrzliwy gospodarz dostał po nosie.

– W takim razie już się zbieram, Camy, bo nie dasz mi owsianki na kolację i pójdę spać z pustym brzuszkiem – burknął Darby.

Sadie Grace Boxer odwróciła się ku schodom i podążyła za gospodynią.

– Bardzo dziękujemy waszej lordowskiej mości – powiedziała przez ramię. – Marley, idziemy!

Zamiast pobiec za opiekunką, Marley podeszła do Darby’ego i zatrzymała się tuż przed nim.

– Jest pan podły – oświadczyła uroczyście. – Nie lubię pana i życzę panu rychłej śmierci.

– Jakie z ciebie urocze maleństwo – odparł Darby, po czym pochylił się nad dziewczynką.

Urocze maleństwo z całej siły kopnęło go w goleń.

– Jest zmęczona i głodna – odezwała się zmieszana pani Boxer – może tytułem przeprosin, a może nie, po czym pośpiesznie wróciła, oparła ręce na ramionach Marley i skierowała ją ku schodom.

Tompkins stłumił chichot i nawet pani Camford się uśmiechnęła, odprowadzając gości na górę.

– To tylko dziecko, jaśnie panie – odezwał się pan Camford zza pleców Darby’ego. – Pani Camford wkrótce nad nią zapanuje. Nigdy nie pozwalała, żeby nasi czterej chłopcy jej pyskowali, i jaśnie pana też trzymała krótko, za pozwoleniem. Mimowolnie zauważyłem, że jaśnie pan pociera skronie. Czy mam przynieść odrobinę laudanum?

– Nie, dziękuję, to nie będzie konieczne. – Darby pokiwał głową. – Raczej pozostawię ciebie i twoją poczciwą żonę, byście oboje uporali się z problemami. W razie czego znajdziesz mnie w gabinecie, gdzie będę lizał rany. Niech ktoś przyprowadzi panią Boxer, kiedy już wyrazi chęć rozmowy ze mną.

Skoro tak dobrze się prezentowała mokra, zmarznięta i w nieładzie, to jak musiała wyglądać w aksamitach i diamentach? I dlaczego podkreśliła, że jest panią, a nie panną?

Nie rozumiał też, czemu się oburzyła, gdy zażądał dowodu na prawdziwość jej słów. Bez względu na to, czy byłaby osobą na wskroś uczciwą, czy też oszustką, przybyłaby do jego domu uzbrojona w stertę dokumentów. Dlaczego zatem to jedno krótkie pytanie tak bardzo wytrąciło ją z równowagi? Przecież nie zagroził wyrzuceniem jej i dziewczynki z domu na deszcz. Nie odprawia się niewinnych dzieci z kwitkiem, jakby nie miały żadnych uczuć.

Ból głowy się nasilał, więc Darby postanowił zaprzestać jałowych rozważań.

Tytuł oryginału: A Reckless Promise

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2016

Redaktor serii: Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© 2016 by Kathryn Seidick

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3203-6

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.