Lekcje pływania - Claire Fuller - ebook
Opis

Napisana przez autorkę obsypanej nagrodami powieści Our Endless Numbered Days wartka literacka szarada, trzymająca Czytelnika w niepewności do ostatniej strony!

Gil Coleman, autor znany z jednej bestsellerowej powieści, przestaje pisać, a zajmuje się kolekcjonowaniem starych książek. Poznajemy go w chwili, gdy odnajduje tomik wraz z rzeczami zaginionej ponad szesnaście lat temu żony Ingrid. Pomiędzy kartkami widzi list pisany jej ręką. Podchodzi do okna, pochyla się nad kartką papieru i nagle na ulicy w deszczu dostrzega postać żony. Czy to wyobraźnia, czy rzeczywistość? Czy Ingrid naprawdę utonęła? Jej ciała nigdy nie odnaleziono, więc może... Gil podąża za cieniem aż nad brzeg morza i tu spada na skały. Mocno poturbowany trafia do szpitala. To początek końca, ale też czas, w którym wychodzą na jaw skrywane przez lata rodzinne tajemnice.

Fabuła powieści przeplata się z tekstami kolejnych listów, w których Ingrid opisuje historię znajomości z Gilem, wykładowcą uniwersyteckim, przystojnym kobieciarzem i arogantem, widzianą oczami najpierw młodej dwudziestoletniej studentki, potem matki, wreszcie kobiety, która zrezygnowała z marzeń dla starszego mężczyzny. Kobiety coraz bardziej samotnej, niespełnionej, wybaczającej mężowi kolejne zdrady. Wszystko to pozostawia ślad na jej psychice, prowadząc do dramatu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału SWIMMING LESSONS

WydawcaGrażyna Woźniak

Redaktor prowadzącyIwona Denkiewicz

RedakcjaElżbieta Kobusińska

KorektaIrena Kulczycka Ewa Grabowska

Copyright © Claire Fuller, 2017 Copyright © for the Polish translation by Hanna Kulczycka-Tonderska, 2017

Świat Książki Warszawa 2017

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-719-2

Gil Coleman wyjrzał przez okno antresoli sklepu z książkami i dostrzegł postać swojej zmarłej żony na chodniku poniżej. Całe popołudnie spędził pomiędzy regałami pełnymi starych książek, wertując szczegółowo kolejne egzemplarze. Zatrzymywał się przy zagiętych rogach kartek lub podkreśleniach i przebiegał szybko wzrokiem zaznaczone fragmenty, jakby próbował zmusić stronice do wyjawienia skrywanych w nich tajemnic. Herbata w filiżance, którą przyniosła mu Viv, już dawno ostygła na siedzisku przy oknie. Około godziny trzeciej z ustawionych ciasno na półce tomów wyciągnął powieść Kto się zmienił, a kto zmarł[1], książkę, którą rozpoznał i uznał, że mogła niegdyś stanowić jego własność. Tomik wysunął mu się z ręki i otwarty wylądował na podłodze; oczom zdumionego Gila odsłonił wciśniętą pomiędzy stronice złożoną wpół kartkę cienkiego żółtego papieru, zapełnioną maczkiem jasnoniebieskich liter.

Gil, drżąc z emocji, usiadł obok filiżanki i obrócił książkę o dziewięćdziesiąt stopni tak, żeby mógł przeczytać liścik bez wyjmowania kartki z książki. Jedną z podstawowych zasad, którymi się kierował, była ta, żeby nigdy nie zmieniać miejsca położenia swoich znalezisk. Uniósł książkę i przybliżył ją razem z notatką do okiennej szyby, po której spływały strugi deszczu. Dostrzegł obok jeszcze jeden list, pisany odręcznie czarnym atramentem. Kiedy zmrużył oczy, udało mu się odcyfrować datę (2 lipca 1992, godz. 14.17), a pod nią swoje imię i nazwisko. W tekście poniżej były drobniejsze litery, a ich autor nie starał się pisać równo. Linijki tekstu spływały w dół, jakby list powstał w pośpiechu.

Poklepał kieszeń marynarki na piersi, przełożył książkę do drugiej ręki i sprawdził kieszenie wewnętrzne, a potem pomacał kieszenie spodni. Ani śladu okularów do czytania. Przybliżył list do nosa, potem nieco oddalił, żeby lepiej ustawić sobie ostrość, i przysunął się jeszcze trochę do okna. Światło dzienne było słabe; sztormowa pogoda, którą zapowiadali na sobotę, przyszła dzień wcześniej. Rano, kiedy Gil zamykał samochód na parkingu przed parkiem rozrywki Jurrasic Crazy Golf, kątem oka zauważył, że wiatr owinął plastikową reklamówkę wokół jednego z wystawionych do przodu pazurów figury tyranozaura i stwór wyglądał tak, jakby zamierzał dać susa przez ogrodzenie z siatki i wybrać się na zakupy. Gdy Gil szedł spiesznym krokiem po nadmorskiej promenadzie w stronę sklepu z książkami, wicher orał w poprzeczne pasy powierzchnię poszarzałego morza, zrywał z grzyw fal strzępy piany i niósł je w stronę lądu. Teraz, kiedy Gil znalazł się pośród starych książek, wciąż czuł na wargach smak soli.

W okno uderzyła kolejna fala deszczu, na tyle mocna, że oderwał wzrok od listu i popatrzył w dół na wąską uliczkę za oknem.

Na chodniku po drugiej stronie stała kobieta w zbyt obszernym męskim wojskowym płaszczu, obserwując coś na ulicy. Z rękawów wystawały jej tylko koniuszki palców, dół płaszcza sięgał prawie do kostek. Płaszcz przemókł i nabrał koloru ciemnooliwkowego – jak morze po deszczu – i nie wiadomo dlaczego Gilowi przyszło do głowy, że jego córka Flora na pewno umiałaby fachowo nazwać ten odcień zieleni. Kobieta wierzchem dłoni odgarnęła z twarzy pasmo mokrych od deszczu włosów i odwróciła się w stronę księgarni. Ruch ręki był tak porażająco znajomy, że Gil zerwał się, potrącając filiżankę z niedopitą herbatą, i nawet tego nie zauważył. Kobieta odchyliła głowę do tyłu i popatrzyła w górę, ukazując twarz w kształcie serca – jakby zdawała sobie sprawę, że on ją obserwuje. W tej samej chwili do Gila dotarło, że owa kobieta to jego żona. Starsza, ale bez żadnych wątpliwości ona, pomyślał. Namoknięty płaszcz obwisł, włosy pociemniały od deszczu, z podbródka skapywały krople wody, lecz patrzyła na niego takim samym wyzywającym spojrzeniem jak wtedy, kiedy spotkał ją po raz pierwszy. Rozpoznałby tę twarz i tę kobietę wszędzie.

Ingrid.

Gil uderzył otwartą dłonią w szybę, ale kobieta odwróciła głowę i znów zapatrzyła się gdzieś w dół ulicy, w stronę centrum. Nagle ruszyła szybkim krokiem, jakby dostrzegła gdzieś w oddali osobę albo samochód, na który czekała. Jeszcze raz uderzył dłonią w szybę, jednak kobieta się nie zatrzymała. Przycisnął policzek do zimnego szkła i obserwował ją jeszcze przez chwilę, dopóki nie zniknęła za rogiem.

– Ingrid! – zawołał, choć zdawał sobie sprawę, że nie ma to najmniejszego sensu.

Zamknął z trzaskiem książkę, którą wciąż trzymał w dłoni, przycisnął ją do piersi i zbiegł szybko w dół po schodach, potem skierował się do wyjścia i wypadł na ulicę. Viv zawołała go zza lady, ale nawet się nie obejrzał. Na zewnątrz deszcz przykleił mu siwe włosy do czoła i przemoczył na wylot marynarkę. Ulica była pusta, lecz ruszył energicznie przed siebie, co dwa-trzy kroki podbiegając, dopóki starczało mu tchu. Kiedy wreszcie dotarł do głównej arterii komunikacyjnej miasteczka, sapał i ledwo mógł złapać oddech. Zatrzymał się na rogu i popatrzył w górę wzniesienia. Chodnik był pusty. W drugą stronę, w kierunku morza, szybkim krokiem szło kilku turystów, zataczając się w silnych porywach wiatru. Podążył za nimi, poddając się wichurze. Przypatrywał się uważnie wszystkim przechodniom w poszukiwaniu obszernego męskiego płaszcza i zaglądał po drodze przez zaparowane okna do wnętrza kawiarni i piekarni. Ledwo udało mu się wyminąć młodą kobietę z wózkiem dziecinnym, zignorował ukłucie bólu w biodrze, a potem przeszedł przez ulicę, nawet nie sprawdziwszy, czy nadjeżdża jakiś samochód. Znalazł się na nadmorskiej promenadzie, około dwóch metrów powyżej poziomu plaży. W oddali dostrzegł spacerowicza pochylonego pod naporem wichury i paskudnego psa, którego silny podmuch wykręcił w powietrzu, gdy próbował podskoczyć. Wiatr dął zbyt ostro jak na maj, pogoda bardziej przypominała jesienny sztorm. Gil ledwo już powłóczył nogami, ale z opuszczoną głową ruszył powoli wzdłuż promenady. W dole pod nim skończyła się piaszczysta plaża, zaczął się falochron z głazów i ogromnych betonowych bloków, zalewanych niesionymi wiatrem bryzgami wody. Deszcz siekł mu po oczach, a kolejny poryw wichru rzucił nim tak mocno o metalową barierkę ustawioną na skraju nadmorskiego deptaka, że aż się nad nią przegiął, jakby ktoś znienacka porwał go do jakiegoś szaleńczego tańca. Pomiędzy skałami poniżej, jakieś kilkanaście kroków od Gila, mignął mu skrawek oliwkowego materiału, pasmo długich włosów rozwianych na wietrze.

– Ingrid! – zawołał, lecz szum wichru zagłuszył jego słowa, a kobieta, o ile to w ogóle była ona, nawet nie odwróciła głowy.

Szedł dalej promenadą w tym samym kierunku. Dwa razy się zatrzymywał i wychylał za barierkę, bo tylko wtedy mógł ją dostrzec, gdy patrzył pod kątem z deptaka zawieszonego wysoko nad plażą. Mimo to skulona postać w końcu zniknęła mu z oczu. Kiedy ocenił, że powinien się znaleźć tuż nad Ingrid, znów przechylił się nad barierką, ale tym razem nie zobaczył nawet jej płaszcza. Wsadził więc głowę i tułów pomiędzy górny i dolny drążek barierki i z książką w jednej ręce, trzymając się drugą pionowego słupka ogrodzenia, chciał przełożyć lewą nogę przez dolną poprzeczkę, lecz zaczepił o nią wykręconą niezdarnie stopą. Prawa noga z łatwością pokonała przeszkodę i niespodziewanie znalazł się po drugiej stronie. Kiedy z całych sił próbował wolną ręką przytrzymać się mokrego słupka i złapać równowagę, lewa stopa w skórzanym półbucie nie znalazła oparcia i Gil poleciał w dół.

Zdawało mu się, że spada w otchłań w zwolnionym tempie. Miał mnóstwo czasu, żeby pomyśleć o tym, jakiego rabanu narobi jego starsza córka Nan, jak bardzo będzie się martwić Flora, zdążył się zastanowić, czy – o ile przeżyje ten upadek – powinien poprosić swoje dzieci, żeby mu zrobiły z jego książek stos pogrzebowy po śmierci, zdążył wyobrazić sobie ten widok: płomienie – jak olbrzymia pochodnia obwieszczająca jego śmierć – mogłyby być widoczne aż po wyspę Isle of Wight! A potem Gil zdążył jeszcze przeliczyć, że skoro dzisiaj był drugi maja dwa tysiące czwartego roku – a przynajmniej tak mu się wydawało – oznaczało to ni mniej, ni więcej, iż Ingrid zniknęła dokładnie jedenaście lat i dziesięć miesięcy temu. I zastanawiał się jeszcze, w jaki sposób mógłby dać delikatnie do zrozumienia, że jednak ją kochał. Wszystko to przebiegło mu przez myśl, kiedy spadał pomiędzy skały, później poczuł ostry ból w przedramieniu i w głowie wystrzeliły fajerwerki gwiazd. Zanim pochłonęła go ciemność, dojrzał jeszcze tuż obok otwartą książkę z grzbietem rozerwanym na dwie części.

1 Barbara Comyns, Who Was Changed and Who Was Dead, wyd. ang. 1954. Powieść opowiadająca z czarnym humorem o tragicznych wydarzeniach na angielskiej prowincji: powodzi i serii niewyjaśnionych samobójstw. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza – za Wikipedią, jeśli nie podano inaczej; tytuły książek niewydanych po polsku zamieszczono w tekście w tłumaczeniu dosłownym; przytoczone daty wydania polskiego dotyczą pierwszych edycji).

1

Dźwięk dzwonka telefonu wyrwał Florę z głębokiego snu. Leżący obok Richard przykrył głowę poduszką, więc przesunęła się tuż nad nim i wyszła z łóżka wprost w chłód i mrok pokoju. Lawirowała pomiędzy porozrzucanymi po podłodze ubraniami, pustymi butelkami i brudnymi talerzami. Po drodze ściągnęła z sofy stary obrus, kryjący zabrudzenia na tapicerce pozostawione przez poprzednich najemców, i zarzuciła go na ramiona jak pelerynę. Dzwonienie ustało. Kobieta westchnęła, ale nie zdążyła jeszcze porządnie wypuścić powietrza z płuc, kiedy znów rozległ się sygnał nadchodzącego połączenia. Nasłuchiwała, a potem zaczęła się szybko przekopywać przez stertę ubrań, aż odnalazła swoje dżinsy, w których kieszeni ukryta była komórka. Na wyświetlaczu pokazało się: Nan. Richard przekręcił się na drugi bok z głuchym jękiem i Flora zdecydowała się przejść do łazienki.

– Nan? – Odebrała połączenie, włączyła kinkiet i zmrużyła oczy przed rażącym światłem.

– Halo? Flora, to ty?

– O mój Boże! Bardzo przepraszam! – padła pospieszna odpowiedź. – Powinnam była zadzwonić. Wszystkiego najlepszego z okazji wczorajszych urodzin!

– Dzięki! – odrzekła Nan. – Ale nie z tego powodu dzwonię.

Siostra mówiła zmartwionym, budzącym niepokój głosem i Flora poczuła, że coś zaczyna ściskać ją w dołku.

– Co się dzieje? – szepnęła.

Zsunęła się na podłogę pokrytą linoleum i wcisnęła pomiędzy wannę a nogę umywalki. Z bliska abstrakcyjne zawijasy zdobiące obrus zmieniły się w srebrnobłękitną rybę płynącą nad złączonymi kolanami.

– Co mówisz?! – denerwowała się Nan. – Źle cię słyszę. Połączenie jest fatalne. Flora? Halo! – mówiła coraz głośniej. – Z tatą coś nie tak! – zaczęła w końcu krzyczeć do słuchawki.

– Z tatusiem?! – spytała Flora, a jej mózg w pośpiechu zaczął tworzyć wszystkie możliwe scenariusze.

– Nie ma potrzeby martwić się na zapas, ale...

– Ale co?

– Tata miał wypadek.

– Wypadek?! Jaki wypadek? Gdzie? Co się stało?!

– Nie rozumiem, co mówisz – jęknęła Nan.

Flora wstała, weszła do wanny i otworzyła okno wychodzące na skarpę podkopu doświetlającego suterenę. Na zewnątrz było przerażająco ciemno. Do łazienki wpadł podmuch wiatru. Ponad Florą kołysały się drzewa i krzewy, szeleszcząc złowrogo liśćmi.

– Teraz lepiej?

– Teraz lepiej – powtórzyła Nan, wciąż krzycząc. – Tata spadł z promenady nadmorskiej w Hadleigh. Jest pokaleczony i poobijany, ma wywichnięty nadgarstek, być może wstrząs mózgu. Nic poważnego...

– Nic poważnego? Jesteś pewna?! Czy powinnam przyjechać teraz?

– ...lub może sam zeskoczył – kontynuowała Nan.

– Zeskoczył?!

– Nie, teraz nie przyjeżdżaj.

– Z promenady?!

– Flora! Czy musisz powtarzać każde moje słowo?

– Hę, może w końcu mi to powiesz?

– Piłaś coś?

– Pewnie, że nie – oburzyła się Flora, choć mogła jeszcze być na lekkim rauszu.

– A może jesteś pod wpływem narkotyków? Czymś się odurzałaś?

Flora nieoczekiwanie parsknęła śmiechem.

– Nan, nikt już nie mówi „odurzać się”. Mówi się „być na haju”.

– No to jesteś na haju.

– Spałam – wyjaśniła Flora. – Lepiej opowiedz, co się stało.

– Czy ja cię obudziłam?! Jest wpół do dziesiątej wieczorem, na litość boską! – W głosie Nan zabrzmiało oburzenie.

– Wieczorem? – zdumiała się Flora. – A nie rano?

Nan zacmokała, a jej rozmówczyni wyobraziła sobie, jak siostra kręci głową z dezaprobatą.

– Nie spałam całą poprzednią noc – wyjaśniła.

Nie miała najmniejszego zamiaru opowiadać Nan, że od dwóch dni nie wychodzili z Richardem z łóżka, że dwa razy wrzucała na siebie bluzę i dżinsy i biegła do sklepu przy Stockbridge Road po kolejne dwie butelki wina, kawał sera cheddar w opakowaniu próżniowym, krojony biały chleb, prażone orzeszki i czekoladę. Richard zaofiarował się nawet, że sam pójdzie, ale ona potrzebowała tych dziesięciu minut bez niego. Kiedy wróciła, otworzyła sobie drzwi mieszkania w suterenie, rzuciła torby pod nogi, zsunęła ubranie tam, gdzie stała, i wskoczyła z powrotem pod kołdrę.

– A co robiłaś? – dopytywała się Nan. – Och, Floro! Chyba nie narobiłaś sobie zaległości w przygotowywaniu pracy dyplomowej?

– Czy jesteś w szpitalu? Mogę porozmawiać z tatą?

– Teraz śpi. Floro, jest kilka innych spraw... – Nan siąknęła nosem i coś zaszeleściło, jakby wycierała nos w chusteczkę, a potem wzięła głęboki wdech. – Powiedział mi, że widział mamę przed sklepem z książkami w Hadleigh. Była ubrana w jego stary wojskowy płaszcz, ten, który tak lubiłaś wkładać, i że szedł za nią aż do głazów falochronu.

Flora poczuła nagły przypływ adrenaliny, rozprzestrzeniający się jak fala wybuchu od brzucha przez całe ciało, rozlewający się po rękach i nogach aż po koniuszki palców, uderzający do głowy.

– Mama?! W Hadleigh?! – Flora przypomniała sobie eteryczną woń olejku kokosowego, kojarzącego się nierozerwalnie w pamięci z barwą złocistego miodu, słodką i czystą, unoszącą się pośród cierni i obumierających kwiatów janowca.

– Tak naprawdę wcale jej nie widział – wyjaśniła Nan. – Tylko myślał, że widzi. Cóż, pewnie to kwestia wieku, a może wszystko przez wstrząs mózgu.

– Mhm – westchnęła Flora. Nagły podmuch wiatru skropił ją rzęsistym deszczem, więc schowała się do wnętrza łazienki, choć przysunęła się jak najbliżej otworu okiennego, żeby nie stracić zasięgu.

– Flora? Jesteś tam? – Usłyszała głos Nan tuż przy uchu.

– Jestem, jestem! – odezwała się. – Jadę do szpitala. Spakuję tylko torbę i złapię najbliższy pociąg.

– Nie, nie rób tego. Tata teraz śpi. Miałam nadzieję, że go wypiszą jeszcze dzisiaj, ale już za późno. Na pewno zrobią to jutro rano, jak tylko badanie kontrolne przeprowadzi psycholog.

– Psycholog? A co z nim nie tak?

– Flora, uspokój się – powiedziała Nan. – Takie są procedury. I chyba przyplątała mu się jakaś infekcja układu moczowego. Przyjedź lepiej jutro. Spotkamy się u nas w domu i wtedy pogadamy.

Pawilon Przebieralni... Ich dom. Wciąż tak o nim mówiły, choć żadna z nich już tam nie mieszkała.

– Chcę się zobaczyć z tatą.

– Zobaczysz się jutro rano. Pamiętaj, żebyś wcześniej sprawdziła godziny odjazdu autobusu, który załapuje się na prom, bo znowu utkniesz na przeprawie jak ostatnio.

Flora już zapomniała o irytującym zwyczaju swojej siostry doradzania wszystkim wokół, czy tego potrzebowali, czy nie.

Kiedy się pożegnały, Flora położyła komórkę na brzegu umywalki i umyła zęby, a potem wykonała szybki zwrot w stronę drzwi, potrącając telefon, który z pluskiem wylądował w sedesie.

W głównym pomieszczeniu mieszkania, pełniącym jednocześnie funkcje kuchni, sypialni i pokoju dziennego, paliło się światło, ale Richard, który musiał wstać, żeby je zapalić, leżał znów pod kołdrą z zamkniętymi oczami. Brudne talerze zniknęły z podłogi i ułożone zostały jeden na drugim na krześle, resztki jedzenia wylądowały w koszu na śmieci. W szafce kuchennej Flora znalazła opakowanie pikantnego ryżu curry i wrzuciła do niego telefon. Usiadła na sofie i spróbowała sobie wyobrazić pokiereszowanego i posiniaczonego ojca na szpitalnym łóżku, ale wciąż widziała go pełnego wigoru, opalonego na brąz, idącego obok niej przez wrzosowiska lub pokazującego kolejną zdobytą gdzieś książkę. Myślała o matce wędrującej teraz gdzieś po Hadleigh, siedzącej w sklepie, pubie lub może w kawiarni. Przez to wszystko zaczęły się jej trząść dłonie, a stwór w brzuchu wywinął fikołka. I w tym momencie pojęła, że matka na pewno nie byłaby w żadnym z tych miejsc, lecz czekałaby na nie w domu.

Flora zaczęła się przyglądać śpiącemu Richardowi. W pokoju nie było słychać ani szumu wiatru, ani odgłosów padającego deszczu. Żarówka przy suficie świeciła chłopakowi prosto w oczy. Wyglądał inaczej bez okularów, jednak nie młodziej, lecz jakoś tak nijako, bezosobowo. Uklękła przy łóżku i narobiła hałasu, szukając pod nim walizki.

– Kto to był? – spytał Richard, otwierając jedno oko.

– Nikt – rzuciła Flora, ciągnąc za coś, co przypominało w dotyku rączkę walizki.

– Dlaczego owinęłaś się w tę szmatę? Czy to nie jest przypadkiem narzuta z sofy? Chyba zmarzłaś jak cholera. Wracaj do łóżka! – Uniósł kołdrę i odsłonił nagi tors.

– Och! – wyrwało się jej. – Całkiem o tym zapomniałam.

– O czym? – zainteresował się Richard i wyciągnął szyję, żeby przyjrzeć się lepiej swojemu ciału. Pomacał wolną ręką półkę szafki nocnej przy łóżku i znalazł okulary. Kiedy je założył, ze zdumienia aż opadła mu szczęka. Pośród ciemnych włosów klatki piersiowej spływających aż do pępka pysznił się dokładny rysunek różnych detali anatomicznej budowy człowieka: żeber, mostka, obojczyków i kawałka miednicy, do której prowadził poskręcany wąż jelit, a wszystko to wykonane czarnym wodoodpornym markerem. – Musisz wrócić do łóżka. – Wychylił się za krawędź materaca i przyciągnął ją do siebie. – Nie mam jeszcze ani rąk, ani nóg. Musisz dokończyć swój rysunek, bo nie będę mógł pójść do pracy. – Uśmiechnął się.

– Wiedziałeś, że już wpół do dziesiątej? – spytała Flora, po czym szarpnęła jeszcze raz z całej siły za rączkę walizki, w rezultacie fiknęła do tyłu i wylądowała plecami na dywanie.

– Wpół do dziesiątej?! Rano?! – Kołdra wypadła Richardowi z ręki.

– Nie, cholernym wieczorem – warknęła.

Richard znów sięgnął pod blat szafki nocnej, lecz tym razem wyjął stamtąd swoją komórkę podłączoną do ładowarki. Florę ogarniało uczucie coraz większego rozdrażnienia: nie dość, że pamiętał o naładowaniu telefonu, to jeszcze starczyło mu rozsądku, żeby umieścić go w bezpiecznym miejscu.

– No, no! Wpół do dziesiątej! – Gwizdnął przeciągle. – A może to już wpół do dziesiątej jutro i uciekła nam cała sobota? W pracy nieźle się na mnie wkurzą.

Flora zrezygnowała z wyciągania walizki, podeszła do szuflady, w której trzymała bieliznę, i zaczęła się przez nią przekopywać.

– Wszystko w porządku? – Richard usiadł na łóżku i zaczął się jej bacznie przyglądać.

– To była Nan[2] – odpowiedziała Flora. – To ona dzwoniła.

– Twoja babcia?

– Nanette. Moja siostra.

– Nie wiedziałem, że masz siostrę. Starsza czy młodsza?

– Pięć i pół roku starsza. – Flora rzuciła na środek pokoju pęk majtek i biustonoszy, a potem zaczęła przeglądać szuflady komody w poszukiwaniu dżinsów, bluz i swetrów.

– Dlaczego dzwoniła?

– Muszę jechać do domu.

– Właśnie teraz? Jak stoisz? W tej chwili?

– Tak, właśnie teraz – odpowiedziała i dorzuciła kolejne ubrania do sterty leżącej na podłodze. – Jak stoję, natychmiast – dodała, odwracając się do Richarda. – Tatusia zabrali do szpitala, a ty musisz wstać, żebym mogła wyciągnąć spod łóżka walizkę.

– Tatusia? – zdziwił się.

– Tak. Mojego ojca. Ma na imię Gil. Czy musisz wszystko po mnie powtarzać?

Flora stanęła z dłońmi zaciśniętymi w pięści, wspartymi na biodrach. Richard wyszedł z łóżka, odszukał swoje bokserki i dżinsy i szybko się ubrał. Schylił się, wyciągnął walizkę, usiadł na brzegu łóżka i zaczął się przyglądać pakującej się kobiecie. Walizka kiedyś należała do jej matki. Była wykonana z laminowanej na błękitno tektury i miała zaokrąglone rogi. Flora starała się unikać wzroku Richarda, ale czuła, że jego mózg intensywnie pracuje.

– Zaraz, zaraz... – zaczął się zastanawiać na głos. – Gil? Twój ojciec ma na imię Gil? A ty chyba nazywasz się Coleman?

Flora westchnęła. Nie zorientowała się, że Richard zna jej nazwisko. Rozpracowanie tej kwestii zajęło mu niespełna dwa tygodnie. Nie było źle. Któregoś razu odkryła, że pewien chłopak przespał się z nią tylko dlatego, że dowiedział się, kim był jej ojciec. Nigdy więcej nie odebrała od niego telefonu.

– TEN Gil Coleman?! – zdumiał się Richard. – Ten Gil Coleman, który napisał Wirtuoza rozkoszy?!

Wiedziała bez odwracania się w jego stronę, jaki ma wyraz twarzy, i właśnie dlatego (upomniała się w myślach) nigdy więcej nie może się przespać z pracownikiem księgarni.

– Ten sam – odrzekła Flora, upychając w walizce szkicownik i pudełko węgla rysunkowego.

– O mój Boże! Gil Coleman jest twoim ojcem! Nie do wiary! Myślałem, że już nie żyje. Nie napisał już niczego po tamtej książce, prawda?

– Pewnie teraz pomyślisz, że moje życie wygląda trochę jak w powieści Zdobywam zamek[3]. – Flora próbowała zbyć Richarda żartem, ale obserwując go z miejsca, w którym właśnie siedziała (na niedomkniętej walizce), zorientowała się, że on może wiedzieć też i o innych tajemnicach jej rodziny, że było jeszcze coś, co kojarzyło się z Gilem Colemanem oprócz napisanego przez niego bestsellera. Usiłował to sobie przypomnieć i był już na dobrej drodze, ale ona wolała ominąć ten wątek. Potem pozostanie jej rzucić Richarda i nigdy więcej go nie zobaczyć. Walizka domknęła się z cichym kliknięciem.

– Czekaj no! – rzucił w jej stronę, nagle się prostując. Jedną rękę położył na swoim czole, drugą wyciągnął przed siebie, jakby usiłował powstrzymać Florę przed przerwaniem mu toku rozumowania. – Czekaj, czekaj! Znam tę historię!

– To nie żadna historia, Richardzie. To życie mojej rodziny.

– Tak, oczywiście, przepraszam.

Przeprosił, lecz nie ustawał w wysiłkach, by przywołać to zdarzenie w pamięci, więc Flora odwróciła się od niego i zrzuciła z ramion narzutę, która spadła pofałdowana u stóp dziewczyny. Ponownie otworzyła walizkę, wyjęła z niej i nałożyła na siebie czyste majtki, potem znalazła dżinsy, powąchała je w kroku i wciągnęła po kolei nogawki. Nie patrzyła na Richarda. Nie mogłaby znieść wyrazu triumfu rodzącego się na jego twarzy.

Przyszła kolej na biustonosz. Flora spróbowała zapiąć haftki, ale się jej nie udało, spróbowała jeszcze raz i wtedy usłyszała, jak z jego ust wyrwało się krótkie, pełne zakłopotania: Och! Kiedy haftki złapały, kucnęła obok łóżka i zaczęła przewracać leżące tam rzeczy w poszukiwaniu T-shirta, który gdzieś rzuciła. Richard pochylił się i delikatnie przytrzymał ją za rękę w nadgarstku. Czarna główka kości ramiennej, którą narysowała na jego skórze, rozciągnęła się i przesunęła, gdy wyciągnął rękę.

– Przykro mi – powiedział – z powodu twojej matki.

– Nie ma powodu do smutku – odrzekła wesoło Flora. – Może wcale nie umarła.

– Ale... – Richard się zawahał. – Myślałem, że ona...

– Gazety – zakomunikowała Flora nad jego głową – źle przetworzyły informacje.

– ...utonęła... wiele lat temu – dokończył Richard.

– Ja... – zająknęła się Flora. – Ona zaginęła, to wszystko. – Znowu jej wyobraźnią zawładnęła woń kokosa i złotożółty kolor miodu, przed oczami stanęła postać matki odwracającej się do niej w promieniach słońca. – Nie wiemy, co się stało. W końcu zdarzyło się to jedenaście lat temu. I właśnie teraz wróciła. Ojciec widział ją w Hadleigh. – Flora nie potrafiła ukryć podniecenia.

– Co takiego?! – Richard wciąż trzymał nadgarstek dziewczyny.

– Nie mogę teraz z tobą zostać. Muszę jechać do domu. On mnie potrzebuje.

Usiadła na podłodze obok chłopaka. Wiedziała, że nigdy więcej się z nim nie umówi, gdyż odtąd będzie inaczej na nią patrzył, skoro już się dowiedział, kim jest. Nie znosiła, gdy faceci zaczynali się zachowywać tak, jakby interesowali się nią tylko ze względu na jej rodziców.

– Pozwól, że cię odwiozę. – Jego dłoń ześlizgnęła się z nadgarstka i teraz trzymał ją za koniuszki palców. – Czy to właśnie w Hadleigh mieszka twój ojciec?

– Nieopodal. Złapię ostatni pociąg. Nie ma sprawy. Ty prawdopodobnie też już powinieneś wracać.

Uświadomiła sobie, że gdy wypowiedziała te słowa, coś się zmieniło w jego postawie, jakby dotarło do niego to, co naprawdę miały oznaczać.

– O której masz pociąg? – Richard wstał i włączył swoją komórkę.

– Myślę, że około dwudziestej drugiej.

– To za piętnaście minut. Floro, nie dasz rady. Weź mój samochód.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2 Nan (ang.) – babcia.

3 Dodie Smith, Capture the Castle, wyd. ang. 1948, wyd. pol. 2013, przeł. Magdalena Mierowska. W powieści ojciec głównej bohaterki jest genialnym pisarzem, mimo to rodzina wciąż walczy z niedostatkiem.

Podziękowania

Tak wielu osobom chciałabym podziękować:

Adrienne Dines za pomoc w początkowej fazie powstawania powieści. Moim pierwszym czytelnikom: Jo Barker-Scott, Louise Taylor, Henry’emu Ayling, Indii Fuller Ayling i Timowi Chapmanowi. Wszystkim tym, którzy dostarczali mi tak twórczych opinii i komentarzy do tej książki w tawernie St James, wraz z Amandą Oosthuizen, Sarah Wells, Rebeccą Lyon, Natashą Orme oraz Kate Patrick. Wszystkim niedzielnym pisarzom – przeszłym, obecnym i przyszłym. Wspaniałym ludziom w Lutyens & Rubinstein, a w szczególności Juliet Mahony oraz Jane Finigan za jej wsparcie i entuzjazm. Wszystkim w Penguin and Fig Tree, z Anną Steadman i Poppy North włącznie, a zwłaszcza mojej wspaniałej, mówiącej o wszystkim wprost wydawcy, Juliet Annan. Caroline Pretty za wyłapywanie moich błędów. Masie Cochran za wnikliwe rady i wszystkim pozostałym z cudownego zespołu w Tin House, łącznie z Nanci McCloskey, Sabriną Wise, Eriką Stevens i Allison Dubinsky. Diane Chonette za niesamowite projekty marynarek i żakietów. Isabel Rogers za wyczerpującą wiedzę na temat awanturujących się kogutków. Tommy’emu Geddesowi za informacje o administrowaniu na uniwersytecie w latach siedemdziesiątych. Angeli Lam za pomoc w uzyskaniu wszelkich informacji dotyczących narodzin dzieci w latach siedemdziesiątych. Jill Kershaw za cierpliwość przy wysłuchiwaniu moich pytań z dziedziny medycyny. Mattowi Holtowi za informacje dotyczące samochodów marki Morris Minor. Ursuli Pitcher, Stephenowi Fullerowi i Heidi Fuller za ich miłość i wsparcie. No i Townesowi Van Zandt za ścieżkę dźwiękową do mojej książki.