Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lekcje oddychania - Anne Tyler

Najsławniejsza powieść bestsellerowej amerykańskiej pisarki Anne Tyler, wyróżniona Nagrodą Pulitzera. Mistrzowska proza – zarazem prosta i wyrafinowana, liryczna i dowcipna, ciepła i przenikliwa. Barwny obraz małżeńskich oczekiwań i niepowodzeń, rodzinnych burz i miłości odradzającej się po wielu latach wspólnego życia, nie zawsze usłanego różami.

Maggie i Ira są małżeństwem z 28-letnim stażem. Ona jest impulsywną, lubiącą wtykać nos w cudze sprawy optymistką, on zaś niezwykle praktycznym i poukładanym mężczyzną, często doprowadzającym żonę do wściekłości swoim perfekcjonizmem. Pewnego dnia oboje wyruszają samochodem na pogrzeb męża Sereny, serdecznej przyjaciółki Maggie. Po drodze snują rozważania na temat wspólnego życia, a także losów swoich dorosłych już dzieci, i spotykają szereg ekscentrycznych postaci, które pozwalają im na nowo docenić obecność ukochanej osoby. Anne Tyler w swej najbardziej utytułowanej powieści kreśli barwny obraz małżeńskich oczekiwań i niepowodzeń, rodzinnych burz i miłości odradzającej się po wielu latach wspólnego, nie zawsze usłanego różami życia.

Opinie o ebooku Lekcje oddychania - Anne Tyler

Fragment ebooka Lekcje oddychania - Anne Tyler

Tytuł oryginału BREATHING LESSONS

Wydawca Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący Beata Kołodziejska

Redakcja Maria Domańska

Korekta Ewa Grabowska Jadwiga Przeczek Anna Sidorek

Copyright © 1988 by Anne Tyler Copyright © for the Polish translation by Marek Fedyszak, 2012

Świat Książki Warszawa 2014

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00

I

Maggie i Ira Moranowie musieli pojechać na pogrzeb do Deer Lick w Pensylwanii. Przyjaciółka Maggie z czasów młodości straciła męża. Deer Lick leżało przy wąskiej wiejskiej drodze, około dziewięćdziesięciu mil na północ od Baltimore. Pogrzeb wyznaczono na dziesiątą trzydzieści w sobotę rano i Ira uświadomił sobie, że powinni wyruszyć około ósmej. To zaś wprawiło go w zły humor. (Nie należał do rannych ptaszków). W sobotę miał najwięcej pracy, a nie było nikogo, kto mógłby go zastąpić. W dodatku ich samochód był u blacharza. Karoseria wymagała poważnych napraw i mogli go odebrać najwcześniej w sobotę rano tuż po otwarciu warsztatu, dokładnie o ósmej. Ira zaproponował, by po prostu zostali w domu, ale Maggie się uparła. Ona i Serena były przyjaciółkami od zawsze. A raczej prawie od zawsze: od czterdziestu dwóch lat, począwszy od pierwszej klasy panny Kimmel.

Planowali pobudkę o siódmej, ale Maggie chyba źle nastawiła budzik i zaspali. Musieli ubierać się w pośpiechu i ograniczyć śniadanie do kawy rozpuszczonej w wodzie z kranu i zimnych płatków kukurydzianych. Potem Ira udał się do sklepu, żeby zostawić wiadomość dla klientów, a Maggie poszła do blacharza. Miała na sobie swoją najlepszą sukienkę – w niebiesko-białą jodełkę, z luźnymi pelerynowymi rękawami – i czarne lakierki, z uwagi na pogrzeb. Lakierki miały wprawdzie obcasy średniej wysokości, lecz trochę spowolniały jej chód – przywykła raczej do gumowych podeszew. Kolejny problem polegał na tym, że zsunęły się jej nieco rajstopy, musiała więc stąpać skró conym, nienaturalnie posuwistym krokiem. Wyglądała jak pękata nakręcana zabawka tocząca się po chodniku.

Na szczęście warsztat blacharski znajdował się zaledwie parę przecznic dalej. (W tej części miasta wszystko mieszało się ze sobą – niewielkie drewniane domy, jak ich, stały pośród studiów fotograficznych, małych salonów piękności, szkół nauki jazdy i gabinetów medycznych). Pogoda była idealna – ciepły, słoneczny wrześniowy dzień i wietrzyk na tyle silny, by chłodzić jej twarz. Maggie przyklepała grzywkę w miejscu, gdzie włosy ułożyły się w loki. Pod pachą ściskała wyjściową torebkę. Skręciła w lewo za rogiem i jej oczom ukazały się uniesione już drzwi warsztatu, obłażące z zielonej farby, i jego przepaściste wnętrze, swą ostrą wonią przywodzące na myśl lakier do paznokci.

Rachunek był przygotowany. Kierownik powiedział, że kluczyki są w stacyjce, mogła więc zaraz jechać. Samochód – stary szaroniebieski dodge – stał w głębi warsztatu. Dawno tak dobrze nie wyglądał. Miał wyprostowany tylny zderzak, wymienioną pokrywę bagażnika, wyklepanych parę wgnieceń i zamalowane plamy rdzy na drzwiach. Ira miał rację: kupno nowego wozu wcale nie było konieczne. Wsunęła się za kierownicę. Gdy przekręciła kluczyk w stacyjce, z radia dobiegły głosy słuchaczy rozmawiających przez telefon z Melem Spruce’em na falach AM Baltimore. Postanowiła na razie nie wyłączać radia. Przyciągnęła fotel przesunięty do tyłu dla kogoś wyższego i przechyliła w dół lusterko wsteczne. Błysnęła w nim jej twarz – okrągła i lekko błyszcząca, z błękitnymi oczami o takim wyrazie, jakby obawiała się czegoś, podczas gdy w rzeczywistości usiłowała jedynie przeniknąć spojrzeniem mrok. Wrzuciła bieg. Samochód zaczął się toczyć ku frontowi warsztatu, gdzie przed drzwiami biura stał kierownik i marszcząc czoło, wpatrywał się w swój notatnik.

Tego dnia w AM Baltimore omawiano kwestię: „Co tworzy idealne małżeństwo?”. Jakaś kobieta zatelefonowała, by powiedzieć, że tworzą je wspólne zainteresowania.

– Jeżeli na przykład ogląda się te same programy telewizyjne – wyjaśniła.

Maggie miała ważniejsze sprawy na głowie niż dyskutowany problem. (Była mężatką od dwudziestu ośmiu lat). Opuściła szybę i zawołała: „Do zobaczenia!” – a kierownik zerknął znad notatnika. Przepłynęła obok niego – kobieta choć raz panująca nad sobą, umalowana i w butach na obcasach średniej wysokości, prowadząca wyklepany samochód.

Cichy głos w radiu powiedział:

– No cóż, mam ponownie wyjść za mąż. Czy pierwszy raz wyszłam za mąż wyłącznie z miłości? Tak, z miłości szczerej i prawdziwej, a moje małżeństwo było całkowitym fiaskiem. W przyszłą sobotę wychodzę za mąż, by czuć się bezpiecznie.

Maggie spojrzała na radio i zapytała:

– Fiona?

Chciała zahamować, ale zamiast tego przyśpieszyła i wypadła z warsztatu na ulicę. Ciężarówka z pepsi, nadjeżdżająca z lewej strony, uderzyła w lewy przedni błotnik jej samochodu – jedyne miejsce, z którym do tej pory nic złego się nie działo.

W czasach gdy Maggie grywała w baseball ze swoimi braćmi, zdarzały się jej bolesne urazy, ale udawała wówczas, że nic jej nie jest, z obawy, że wykluczą ją z gry. Podnosiła się z ziemi i biegła dalej, nawet jeżeli czuła koszmarny ból w kolanie. Teraz przypomniała sobie o tym i gdy kierownik warsztatu nadbiegł, krzycząc:

– Co u…? Nic się pani nie stało?

Maggie z godnością spojrzała przed siebie i odparła:

– Oczywiście, że nie. A dlaczego pan pyta?

I pojechała dalej, zanim kierowca ciężarówki zdołał wyskoczyć z szoferki; minę miał taką, że chyba dobrze się stało. Błotnik wydawał jednak denerwujące dźwięki, przypominające odgłos kawałka blachy wleczonego po żwirze, kiedy więc tylko skręciła za rogiem i z lusterka wstecznego zniknęli dwaj mężczyźni – jeden drapiący się w głowę, a drugi wymachujący rękami – zatrzymała samochód. Fiony nie było już w radiu. Zamiast niej jakaś kobieta zgrzytliwym tenorem porównywała swoich pięciu mężów. Maggie zgasiła silnik i wysiadła. Spostrzegła, co powodowało hałas. Błotnik został wgięty do środka i opona ocierała o blachę. Zaskakujące, że koło w ogóle się obracało. Maggie przykucnęła na chodniku, chwyciła oburącz brzeg błotnika i pociągnęła do siebie. (Przypomniała sobie, jak kucała nisko w wysokiej trawie na skraju boiska i ukradkiem, krzywiąc się z bólu, odrywała nogawkę dżinsów od lepkiej krwawej plamy na kolanie). Łuski szarobłękitnego lakieru opadły jej na uda. Ktoś przeszedł chodnikiem po drugiej stronie jezdni, lecz Maggie udała, że nic nie zauważyła, i szarpnęła ponownie. Tym razem błotnik ustąpił – nieznacznie, na tyle jednak, by nie obcierać opony. Wstała i otrzepała dłonie z kurzu. Wsiadła z powrotem do samochodu, lecz przez chwilę po prostu tkwiła nieruchomo w fotelu.

– Fiona! – powtórzyła. Gdy ponownie uruchomiła silnik, w eterze reklamowano kredyty bankowe. Wyłączyła radio.

Ira czekał przed sklepem, obcy i dziwnie dziarski w granatowym garniturze. Nad jego czołem zwisała czupryna czarnych włosów, grubych jak sznurki i przetykanych nićmi siwizny. Metalowy szyld z napisem ZAKŁAD RAMIARSKI „U SAMA”. OPRAWIANIE OBRAZÓW. MATOWANIE. DZIĘKI NASZYM RAMOM TWOJE HAFTY NABIORĄ PROFESJONALNEGO WYGLĄDU – kołysał się na wietrze. Sam był ojcem Iry i nie miał nic wspólnego z zakładem od czasu, gdy przed trzydziestu laty „zaniemógł na serce”. Maggie zawsze brała jego sercową niedyspozycję w cudzysłów. Rozmyślnie omijała wzrokiem okna mieszkania nad zakładem, w którym Sam spędzał czas bezczynnie i w odrętwieniu z dwiema siostrami Iry. Prawdopodobnie stał tam i się przyglądał. Zaparkowała przy krawężniku i przesiadła się na miejsce obok kierowcy.

Gdy Ira podszedł do samochodu, jego twarz wyrażała zadumę. Z początku zadowolony i pełen aprobaty, obszedł przód auta i stanął jak wryty, ujrzawszy lewy błotnik. Jego długa, koścista oliwkowa twarz wydłużyła się jeszcze bardziej. Oczy, normalnie tak zmrużone, że nie można było ocenić, czy są czarne, czy tylko ciemnobrązowe, zmieniły się w opadające w dół z zakłopotania szparki. Otworzył drzwi, wsiadł do środka i posłał jej żałosne spojrzenie.

– Nastąpiło niespodziewane zajście – wyjaśniła Maggie.

– W drodze z warsztatu?

– Usłyszałam w radiu głos Fiony.

– Przecież to zaledwie pięć przecznic! To tylko pięć lub sześć przecznic.

– Fiona wychodzi za mąż.

Z ulgą zauważyła, że Ira przestał myśleć o samochodzie. Rozchmurzył się trochę. Patrzył na nią przez chwilę, po czym zapytał:

– Jaka znowu Fiona?

– Fiona – twoja synowa. Ile Fion mieliśmy okazję poznać? Fiona – matka twojej jedynej wnuczki. A teraz wychodzi za jakiegoś zupełnie obcego człowieka, i to wyłącznie dla bezpieczeństwa.

Ira przesunął fotel do tyłu i odjechał od krawężnika. Wydawało się, że nasłuchuje czegoś – może odgłosu koła uderzającego o błotnik. Najwyraźniej jednak szarpnięcie Maggie pomogło.

– Gdzie o tym usłyszałaś?

– W radiu, podczas jazdy.

– Ogłosili taką rzecz w radiu?

– Powiedziała to przez telefon.

– Szczerze mówiąc, wydaje mi się to nieco… zarozumiałe z jej strony – zauważył Ira.

– Nie, ona była jedynie… i powiedziała, że tak naprawdę kochała tylko Jessego.

– Powiedziała to w radiu?

– To była rozmowa ze słuchaczami.

– Nie rozumiem, dlaczego wszyscy muszą się dziś publicznie wywnętrzać.

– Myślisz, że Jesse tego słuchał? – zapytała Maggie. Ta myśl właśnie przyszła jej do głowy.

– Jesse? O tej porze? W jego przypadku pobudka przed południem to spory wyczyn.

Maggie nie zaprotestowała, choć mogłaby to zrobić. W rzeczywistości Jesse nie był takim śpiochem, a w każdym razie pracował w soboty. Ira dawał do zrozumienia, że Jesse jest mało zaradny. (Był dla ich syna znacznie surowszy niż Maggie. Nie dostrzegał w nim nawet połowy tych zalet, które widziała ona). Siedziała zwrócona twarzą w przód i obserwowała przesuwające się obok sklepy i domy oraz nielicznych ludzi z psami na spacerze. Nie pamiętała równie suchego lata. Chodniki miały kredowy wygląd. Powietrze wisiało jak gaza. Jakiś chłopiec przed sklepem spożywczym delikatnie odkurzał ścierką szprychy roweru.

– Więc ruszyłaś z Empry Street? – zapytał Ira.

– Hmm?

– Przy niej znajduje się warsztat.

– Tak, z Empry Street.

– A potem dotarłaś do Daimler…

Powrócił do tematu błotnika.

– To się zdarzyło, gdy wyjeżdżałam z warsztatu.

– Chcesz powiedzieć, że to się stało właśnie tam? Przy samym warsztacie?

– Miałam zamiar nacisnąć na hamulec, ale zamiast hamulca przycisnęłam gaz.

– Jakim cudem?

– No cóż, usłyszałam Fionę w radiu i przestraszyłam się.

– Przecież hamulec nie jest czymś, o czym trzeba myśleć, Maggie. Jeździsz samochodem od szesnastego roku życia. Jak mogłaś pomylić hamulec z pedałem gazu?

– Po prostu pomyliłam. W porządku? Przestraszyłam się i tak wyszło. Zmieńmy temat.

– Przecież naciśnięcie hamulca to właściwie odruch.

– Skoro to dla ciebie takie ważne, zapłacę za naprawę z mojej pensji.

Teraz jemu z kolei przyszło ugryźć się w język. Widziała, jak otwiera usta, a potem się rozmyśla. (Jej pensja była śmiesznie niska. Maggie zajmowała się starcami w domu opieki).

Pomyślała, że gdyby zostali wcześniej uprzedzeni, przed wyjazdem wysprzątałaby wnętrze wozu. Wierzch tablicy rozdzielczej był zaśmiecony kwitami za parking. Podłogę zaścielała warstwa papierowych serwetek i pokrywek od kubków po napojach. Pod schowkiem zwisały pętle czarnych i czerwonych przewodów; wystarczyło trącić je przez przypadek, zakładając nogę na nogę, a wyłączało się radio. Uważała, że to sprawka Iry. Mężczyźni po prostu w jakiś dziwny sposób pozostawiali przewody, kable i taśmę elektroizolacyjną, gdziekolwiek się znaleźli. Być może nie zdawali sobie nawet z tego sprawy.

Jechali teraz na północ Belair Road. Krajobraz stał się bardziej urozmaicony. Między ciągami boisk i cmentarzy pojawiały się nagle budynki małych firm – sklepów z alkoholem, pizzerii, małych mrocznych barów i tawern; wydawały się karłowate w zestawieniu z olbrzymimi czaszami anten satelitarnych na dachach. Potem wyłaniało się kolejne boisko. Ruch na drodze z każdą minutą stawał się większy. Maggie była pewna, że wszyscy jadą w jakieś wesołe miejsca w radosnych sobotnio-porannych nastrojach. Tylne siedzenia były najczęściej zajęte przez dzieci. Nadeszła pora ćwiczeń gimnastycznych i gry w baseball.

– Pewnego dnia – powiedziała Maggie – zapomniałam, jak się nazywa system wspólnych wyjazdów samochodem[1].

– Po cóż miałabyś o tym pamiętać?

– Do tego właśnie zmierzam.

– Słucham?

– To wskazuje, jak szybko minął czas. Chciałam powiedzieć jednej z moich pacjentek, że jej córka nie przyjedzie z wizytą. „Dzisiaj jest jej kolej na…” – powiedziałam i nie mogłam znaleźć właściwego określenia. Nie potrafiłam sobie przypomnieć. A wydaje się, że jeszcze w zeszłym tygodniu Jesse miał mecz czy obóz hokejowy, a Daisy zbiórkę skautów… Spędzałam wtedy całą sobotę za kierownicą!

– Skoro już o tym mowa – wtrącił Ira – czy uderzyłaś w inny samochód, czy w słup telefoniczny?

Maggie sięgnęła do torebki po okulary przeciwsłoneczne.

– To była ciężarówka – odparła.

– Dobry Boże! Uszkodziłaś ją?

– Nie zauważyłam.

– Nie zauważyłaś?

– Nie zatrzymywałam się, żeby sprawdzić.

Założyła okulary i zmrużyła oczy. Świat stał się przygaszony i bardziej wytworny.

– Odjechałaś z miejsca wypadku?

– To nie był wypadek! To była tylko jedna z tych drobnych, no wiesz, sytuacji, które czasem się zdarzają. Po co robić z tego aferę?

– Pozwól, że sprawdzę, czy dobrze zrozumiałem. Wyjechałaś z warsztatu, uderzyłaś w ciężarówkę i pojechałaś dalej.

– Nie. To ciężarówka uderzyła we mnie.

– Ale to ty byłaś temu winna.

– No cóż, skoro upierasz się przy szukaniu winnych, to owszem, chyba byłam.

– Więc potem po prostu pojechałaś dalej.

– Zgadza się.

Ira milczał. To milczenie nie wróżyło nic dobrego.

– To była ogromna ciężarówka do przewozu pepsi – wyjaśniła Maggie. – A właściwie wóz opancerzony! Założę się, że ledwie go drasnęłam.

– Ale nie upewniłaś się.

– Bałam się, że się spóźnię. To ty nalegałeś, by wcześniej wyjechać.

– Zdajesz sobie chyba sprawę, że ludzie z warsztatu znają twoje nazwisko i adres, prawda? Wystarczy, żeby ten kierowca ich zapytał. Przed drzwiami domu pewnie czeka na nas policjant.

– Przestaniesz wreszcie? Nie rozumiesz, że mam mnóstwo spraw na głowie? Jadę na pogrzeb męża mojej najdroższej przyjaciółki, trudno powiedzieć, czym teraz zajmuje się Serena, a ja tkwię tutaj i mam do przebycia cały stan. A w dodatku muszę wysłuchiwać w radiu, że Fiona wychodzi za mąż w sytuacji, gdy jest jasne jak słońce, że ona i Jesse wciąż się kochają. Zawsze się kochali. Nigdy nie przestali się kochać, tyle tylko że nie potrafią się jakoś skojarzyć. Poza tym moja jedyna wnuczka nagle będzie musiała dostosować się do nowego ojczyma. Czuję, jakbyśmy odlatywali od siebie! Wszyscy moi przyjaciele i krewni po prostu odlatują ode mnie jak… rozszerzający się wszechświat lub coś w tym rodzaju! Zdajesz sobie sprawę, że teraz już nigdy nie zobaczymy tego dziecka?

– I tak nigdy go nie widujemy – odparł łagodnie Ira. Zahamował na czerwonym świetle.

– Wiadomo że taki nowy mąż może molestować dzieci.

– Jestem pewien, że Fiona dokonała lepszego wyboru.

Posłała mu szybkie spojrzenie. (Nie miał w zwyczaju dobrze wyrażać się o Fionie). Ira zerkał na światła. Z kącików jego oczu rozchodziły się promieniście ukośne zmarszczki.

– No cóż, starałaby się oczywiście dokonać dobrego wyboru – stwierdziła ostrożnie – ale nawet najbardziej wrażliwy człowiek nie może przewidzieć wszystkiego, prawda? Może to ktoś łagodny. Może będzie traktował Leroy bardzo dobrze, dopóki nie stanie się członkiem rodziny.

Zmieniło się światło. Ira ruszył dalej.

– Leroy – z zadumą powiedziała Maggie. – Myślisz, że przywykniemy w końcu do tego imienia? Brzmi jak imię chłopca. Jak imię jakiegoś futbolisty. I ten sposób, w jaki je wymawiają: Lii-roj. Jak na wsi.

– Czy zabrałaś mapę, którą położyłem na kuchennym stole? – zapytał Ira.

– Czasem myślę, że powinniśmy po prostu zacząć wymawiać je po swojemu. Li-roj. – Przez chwilę rozważała ten pomysł.

– Mapa. Zabrałaś ją?

– Jest w mojej torebce. Li Ruah – powiedziała, wymawiając R gardłowo, jak Francuzka.

– Mówisz tak, jakbyśmy mieli z nią jakiś kontakt.

– Ale moglibyśmy mieć. Moglibyśmy ją dziś odwiedzić.

– Co takiego?

– Spójrz, gdzie mieszkają. Cartwheel w Pensylwanii. To właściwie po drodze do Deer Lick. Moglibyśmy – dodała, przeszukując torebkę – pojechać na pogrzeb, zobaczyć i… No, gdzie się podziała ta mapa? Pojechać na pogrzeb, a potem wracać drogą numer jeden do… Wiesz, chyba jednak nie wzięłam tej mapy.

– Wspaniale, moja droga.

– Chyba zostawiłam ją na stole.

– Pytałem cię, gdy wyruszaliśmy, pamiętasz? Powiedziałem: „Zabierzesz mapę, czy ja mam to zrobić?”. Odparłaś: „Zabiorę. Schowam ją do torebki”.

– Cóż, nie wiem, po co robisz tyle zamieszania – zauważyła Maggie. – Musimy tylko obserwować drogowskazy. Każdy by sobie z tym poradził.

– To nie takie proste – odparł Ira.

– Poza tym mamy jeszcze wskazówki, które Serena podała mi przez telefon.

– Czy ty naprawdę wierzysz, że jakiekolwiek wskazówki Sereny mogłyby nas doprowadzić tam, gdzie chcielibyśmy dotrzeć? Ha! Wylądowalibyśmy w Kanadzie. Na drugim końcu Arizony!

– Nie musisz się tym tak podniecać.

– Już nigdy nie zobaczylibyśmy domu – dodał Ira.

Maggie wytrząsnęła z torebki portfel i paczkę chusteczek higienicznych.

– To przez Serenę spóźniliśmy się na wesele, pamiętasz? W tej zwariowanej salce bankietowej, której szukaliśmy przez godzinę.

– Doprawdy, Ira. Ty zawsze zachowujesz się tak, jakby kobiety łgały jak najęte – odparła Maggie. Zrezygnowała z dalszego przeszukiwania torebki; najwyraźniej zapodziała gdzieś także informacje Sereny. – Chodzi mi o dobro Fiony. Będzie nas potrzebowała do opieki nad dzieckiem.

– Opieki nad dzieckiem?

– Podczas podróży poślubnej.

Ira posłał jej spojrzenie, którego nie mogła do końca rozszyfrować.

– Wychodzi za mąż w przyszłą sobotę – wyjaśniła. – Nie można zabrać siedmiolatki w podróż poślubną.

Nadal milczał.

Znaleźli się poza granicami miasta i zabudowa stała się rzadsza. Minęli plac pełen używanych samochodów, marny zagajnik i centrum handlowe z rozsianymi na betonowym ugorze paroma samochodami jakichś rannych ptaszków. Ira zaczął gwizdać. Maggie przestała bawić się paskami torebki i zastygła w bezruchu.

Bywało, że Ira przez cały dzień wypowiadał nie więcej niż tuzin słów, a nawet wtedy, gdy stawał się bardziej rozmowny, nie można było odgadnąć, co naprawdę czuje. Był człowiekiem zamkniętym w sobie – poważniejszych wad nie miał. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że jego gwizdanie wystarczało za cały komentarz. Czasami niepokojący. Jak wówczas, gdy po strasznej kłótni w początkowym okresie swojego małżeństwa załagodzili sytuację, uporządkowali wszystko, po czym Ira poszedł do pracy, gwiżdżąc melodię, której nie potrafiła rozpoznać. Dopiero później przypomniała sobie jej słowa. Te zaś brzmiały tak: „Ciekaw jestem, czy kocham tak bardzo, jak dawniej kochałem…”.

Często jednak związek między gwizdaną przezeń melodią a sytuacją był trywialny, przypadkowy – Ten stary dom, gdy dokonywał drobnej naprawy, lub Dróżnik z Wichita, ilekroć pomagał wnieść pranie. Zrób, zrób to wudu… pogwizdywał nieświadomie zaraz po tym, jak okrążył kupę zrobioną przez psa na chodniku. No i zdarzało się oczywiście, że Maggie nie miała pojęcia, co takiego gwiżdże. Na przykład w tej chwili: coś jękliwego, coś, co mogli grać na WLIF. Cóż, może tylko usłyszał ten kawałek przy goleniu, a w takim razie melodia w ogóle nic nie znaczyła.

Piosenka Patsy Cline; to właśnie gwizdał. Crazy Patsy Cline.

Gwałtownie wyprostowała się w fotelu i powiedziała:

– Ludzie całkowicie zdrowi na umyśle opiekują się swoimi wnukami, mój drogi.

Ira sprawiał wrażenie przestraszonego.

– Trzymają je całymi miesiącami. Przez całe lato – dodała.

– Ale nie wpadają z niezapowiedzianymi wizytami.

– Oczywiście, że wpadają!

– Ann Landers twierdzi, że takie wizyty są nierozważne.

Ann Landers, jego idolka.

– I nie jesteśmy spokrewnieni – zauważył. – Nie jesteśmy już nawet teściami Fiony.

– Jesteśmy dziadkami Leroy aż do dnia naszej śmierci – wyjaśniła Maggie.

Ira nie znalazł odpowiedzi.

Wokół tego odcinka drogi panował zupełny chaos. Wszystkim rządził przypadek. Tutaj wyrosła smażalnia, tam salon wystawowy firmy budującej baseny pływackie. Pikap zaparkowany na poboczu uginał się od nadmiaru dyń; odręczny napis głosił: TYLE, ILE UDŹWIGNIESZ za 1,50 $. Dynie przypomniały Maggie, że to już jesień, choć było tak ciepło, że na jej górnej wardze pojawiła się wilgotna kreska potu. Opuściła szybę, ale fala gorącego powietrza sprawiła, że cofnęła się ze wstrętem i szybko zasunęła ją z powrotem. Od strony drugiego okna dolatywał wystarczająco silny powiew. Ira prowadził samochód jedną ręką, łokieć lewej wystawał na zewnątrz. Rękawy garnituru podwinęły się, ukazując kości nadgarstka.

Serena mawiała, że Ira jest tajemniczy. W tamtych czasach był to komplement. Maggie jeszcze nie spotykała się z nim nawet, była zaręczona z kimś innym, lecz Serena powtarzała: „Jak możesz mu się opierać? On jest taki tajemniczy. To chodząca zagadka”. „Nie muszę mu się opierać, bo nie próbuje mnie zdobyć” – odpowiadała Maggie. A jednak Ira ciekawił ją. (Serena miała rację. Był bardzo tajemniczy). Ale sama Serena wybrała przecież najbardziej prostolinijnego chłopaka na świecie. Zabawny stary Max! Nie było w nim ani krzty tajemnicy. „Oto moje najszczęśliwsze wspomnienie – powiedział kiedyś. (Miał wówczas dwadzieścia lat, właśnie kończył pierwszy rok studiów na Uniwersytecie Karoliny Północnej). – Wybrałem się na przyjęcie z dwoma kolegami z bractwa. Wypiłem odrobinę za dużo i gdy wracaliśmy do domu, urwał mi się film na tylnym siedzeniu samochodu. Gdy się ocknąłem, okazało się, że podjechali w okolice Carolina Beach i zostawili mnie tam na piasku. Świetny dowcip: uśmiać się do łez. Jest szósta nad ranem, a ja siedzę i widzę tylko niebo, niezliczone warstwy zamglonego nieba, które po prostu przechodzi niżej w morze, bez najmniejszego śladu linii podziału. Więc wstaję, zdejmuję ubranie i rzucam się biegiem między fale. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu”.

A gdyby tak ktoś mu wtedy powiedział, że trzydzieści lat później umrze na raka, a ten poranek nad oceanem będzie najczytelniejszym obrazem, jaki zachował się po nim w pamięci Maggie? Mgła, zetknięcie ciepłego powietrza z nagą skórą, uderzenie pierwszej zimnej, pachnącej solą fali – równie dobrze Maggie mogła być tam sama. Poczuła nagłą wdzięczność za widok przesuwających się za oknem bezładnie rozrzuconych tablic z reklamami, nawet za winylową tapicerkę klejącą się do jej ramion.

– Ciekaw jestem, za kogo wyjdzie – powiedział Ira.

– Co takiego? – zapytała Maggie. Poczuła się trochę zbita z tropu.

– Fiona.

– Och – westchnęła. – Tego nie powiedziała.

Ira próbował wyprzedzić cysternę z ropą. Przechylił głowę w lewo, szukając wzrokiem nadjeżdżających z przeciwka samochodów.

– Dziwi mnie, że tego nie wyjawiła, skoro już poruszyła ten temat – stwierdził po chwili.

– Powiedziała jedynie, że wychodzi za mąż dla bezpieczeństwa, że raz już wyszła za mąż z miłości i jej małżeństwo okazało się fiaskiem.

– Miłość! – zawołał Ira. – Miała siedemnaście lat. Nie wiedziała, na czym naprawdę polega miłość.

Maggie popatrzyła na niego. Chciała zapytać, na czym polega miłość, lecz Ira mamrotał teraz coś pod adresem kierowcy cysterny.

– Może tym razem to starszy mężczyzna – zauważyła. – Ktoś bardziej ojcowski. Skoro wychodzi za mąż, by czuć się bezpiecznie…

– Ten facet doskonale wie, że próbuję go wyprzedzić, ale stale zajeżdża mi drogę – powiedział Ira.

– Może wychodzi za mąż, żeby nie musieć dalej pracować.

– Nie wiedziałem, że Fiona pracuje.

– Przecież wiesz, że tak! Powiedziała nam o tym. Gdy Leroy zaczęła chodzić do przedszkola, Fiona dostała pracę w salonie piękności.

Ira zatrąbił na cysternę.

– Nie wiem, po co zawracasz sobie głowę rozmową z innymi ludźmi, jeżeli nie potrafisz zdobyć się na wysiłek słuchania, co do ciebie mówią – stwierdziła.

– Maggie, czy coś ci dziś dolega?

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Dlaczego reagujesz tak nerwowo?

– Nie jestem zdenerwowana – odparła. Poprawiła okulary przeciwsłoneczne. Ujrzała własny nos – mały, zaokrąglony koniuszek wyłaniający się spod oprawki.

– Chodzi o Serenę.

– Serenę?

– Jesteś wytrącona z równowagi nieszczęściem Sereny i dlatego na mnie ujadasz.

– Cóż, to oczywiste, że jestem wytrącona z równowagi. Ale wcale na ciebie nie ujadam.

– Owszem, ujadasz, i z tego samego powodu bez przerwy mówisz teraz o Fionie, chociaż nie myślałaś o niej od lat.

– To nieprawda! Skąd możesz wiedzieć, jak często myślę o Fionie?

Ira wyprzedził w końcu cysternę.

Od pewnego czasu jechali przez prawdziwą wieś. Dwaj mężczyźni rozłupywali kłody drewna na wyrębie, obserwowani przez lśniąco czarnego psa. Liście drzew nie zmieniły jeszcze koloru, ale ich wygląd wskazywał, że lada dzień się to stanie. Maggie wpatrywała się w wyblakły drewniany płot, otaczający pole. Zabawne, jak obraz podświadomie zapada w pamięć. Potem człowiek widzi oryginał i myśli, jak to! A on tkwił tam przez cały czas, niczym sen, którego fragmenty powracają nad ranem. Na przykład ten płot. Jak dotąd jechali wciąż drogą do Cartwheel; Maggie widywała go podczas swoich „szpiegowskich” wypraw i nieświadomie nosiła w sobie jego obraz.

– Galon zygzakowy – powiedziała do Iry.

– Hmm?

– Czyż nie tak nazywają ogrodzenie tego rodzaju?

Ira zerknął w bok, ale płot już zniknął z pola widzenia.

Maggie przesiadywała w samochodzie zaparkowanym w pewnej odległości od domu matki Fiony, wyczekując chwil, w których Leroy ukazywała się choćby na ułamek sekundy. Ira wpadłby w szał, gdyby się dowiedział, do czego jest zdolna. Było to tuż po odejściu Fiony, po awanturze, o której Maggie chciała zapomnieć. (Nazywała ją w myślach „tym okropnym rankiem” i w końcu usunęła ze świadomości). W tym czasie zachowywała się jak kobieta opętana. Leroy była jeszcze niemowlęciem, a co Fiona mogła wiedzieć o niemowlętach? Zawsze miała Maggie do pomocy. Tak więc pewnego wolnego popołudnia Maggie pojechała do Cartwheel. Zaparkowała samochód i czekała. Fiona wyszła niebawem z domu, trzymając Leroy na ręku, i ruszyła żwawym krokiem w przeciwnym kierunku; jej długie blond włosy opadały w luźnych splotach, a buzia dziecka przypominała jasny guziczek na kurtce Fiony. Serce Maggie podskoczyło, jakby była zakochana. W pewnym sensie była zakochana – zarówno w Leroy, jak i we Fionie, a nawet we własnym synu, gdy niezdarnie tulił swą córkę do czarnej skórzanej kurtki. Nie miała jednak odwagi się pokazać – przynajmniej jeszcze nie teraz.

Po powrocie do domu oznajmiła Jessemu: „Pojechałam dzisiaj do Cartwheel”. Jesse rozdziawił usta. Spoglądał na nią z przestrachem przez jedną przerażającą chwilę, po czym odwrócił wzrok i powiedział: „Więc?”. „Nie rozmawiałam z nią, ale jestem pewna, że do ciebie tęskni. Spacerowała z Leroy. Była zupełnie sama”. „Myślisz, że mnie to obchodzi? – pytał. – Co twoim zdaniem mnie obchodzi?”. Następnego ranka pożyczył jednak samochód. Maggie odetchnęła z ulgą. (Jesse to kochający, delikatny, serdeczny chłopiec, o niesamowitym darze przyciągania do siebie ludzi. Pogodzą się w mig). Nie było go cały dzień – co godzinę dzwoniła z pracy. Wrócił, gdy przygotowywała kolację. „No i?” – zapytała. „No i co?” – odparł, wszedł po schodach na górę i zamknął się w pokoju.

Wtedy uświadomiła sobie, że sprawa potrwa trochę dłużej, niż się spodziewała.

Trzy razy – przez pierwsze trzy lata w dniu urodzin Leroy – składali z Irą konwencjonalne wizyty, z góry zapowiedziane odwiedziny z prezentami, lecz dla Maggie prawdziwymi odwiedzinami były jej szpiegowskie wyprawy, w które wyruszała, wcale ich nie planując, jakby długie niewidoczne nici ciągnęły ją na północ. Wydawało się jej, że jedzie do supermarketu, ale zamiast tego trafiała na drogę numer jeden, wtulając dla niepoznaki twarz w kołnierz. Spędzała bezczynnie czas na pewnym placu zabaw w Cartwheel; siedząc koło piaskownicy, leniwie oglądała paznokcie u rąk. Czyhała w bocznej ulicy w jaskraworudej peruce siostry Iry, Junie. Chwilami wyobrażała sobie, że zestarzeje się w ten sposób. Może, gdy Leroy rozpocznie naukę w szkole, zatrudni się jako osoba czuwająca nad bezpieczeństwem dzieci przechodzących przez jezdnię. Może wystąpi w roli zastępowej skautek, wynajmując dom na miejsce zbiórek, gdyby zaszła taka potrzeba. Może zostanie przyzwoitką na balu maturalnym wnuczki. Nie warto pozwolić ponieść się emocjom. Z ponurego milczenia Jessego, z apatii, z jaką Fiona popychała huśtawkę na placu zabaw, wiedziała, że ich rozłąka musi się niebawem skończyć. Nieprawdaż?

Pewnego popołudnia śledziła matkę Fiony, która prowadząc wózek z Leroy, zawędrowała aż do Main Street. Pani Stuckey była niechlujną, bezkształtną kobietą. Paliła papierosy. Maggie nie miała do niej cienia zaufania, słusznie, bo patrzcie, co ona zrobiła: postawiła wózek przed apteką Cure-Boy i nie zabrała ze sobą Leroy, wchodząc do środka. Maggie była przerażona. Ktoś mógł porwać jej wnuczkę! Na przykład jakiś przechodzień. Podeszła do wózka i przykucnęła przed dzieckiem. „Chcesz odjechać z babunią, kochanie?” – zapytała. Dziewczynka wybałuszyła na nią oczy. Miała wówczas około półtora roku, ale jej buzia wydawała się zaskakująco dojrzała. Nóżki utraciły swą niemowlęcą pulchność. Oczy były równie mlecznobłękitne jak oczy Fiony i nieco przygasłe, puste, jakby Leroy nie wiedziała, kim jest Maggie. „Jestem twoją babcią” – wyjaśniła Maggie, lecz Leroy zaczęła piszczeć i wyciągać szyję. „Mama? Mama?” – powtarzała. Wyraźnie spoglądała ku drzwiom, w których zniknęła pani Stuckey. Maggie wstała i szybko odeszła. Odtrącenie sprawiło jej niemal fizyczny ból, niczym rana w piersi. Wtedy zaprzestała swoich przeszpiegów.

Gdy przejeżdżała tędy wiosną, lasy były upstrzone białym kwieciem derenia, rozjaśniającym zielone wzgórza, tak jak wilgotny oddech dziecka rozjaśnia bukiet kwiatów. Kiedyś spostrzegła małe zwierzę, różniące się od tych, które zwykle widuje się na drogach – nie był to królik ani szop, lecz coś smuklejszego i bardziej błyszczącego – mocno zahamowała i poprawiła lusterko wsteczne, by mu się jeszcze raz przyjrzeć. Zwierzątko zdążyło już jednak czmychnąć w zarośla.

– Serena potrafi skomplikować każdą sytuację – odezwał się Ira. – Mogła zadzwonić, gdy tylko Max wyzionął ducha, ale nie, ona zawsze czeka do ostatniej chwili. Max umiera we wtorek, a Serena dzwoni w piątek późnym wieczorem. Zbyt późno, by skontaktować się z AAA[2] w sprawie drogi dojazdowej. – Zmarszczył czoło, patrząc na szosę przed sobą. – Chyba że chce, bym niósł trumnę czy coś w tym rodzaju?

– Nie wspominała o tym.

– Ale powiedziała, że potrzebuje naszej pomocy.

– Pewnie chodziło jej o wsparcie duchowe – wyjaśniła Maggie.

– Może niesienie trumny to też wsparcie duchowe.

– Chyba raczej wsparcie fizyczne?

– No cóż, może masz rację.

Jechali przez miasteczko, w którym grupy małych sklepów łamały monotonię pastwisk. Przy skrzynce pocztowej stało kilka kobiet. Rozmawiały. Maggie odwróciła głowę, by się im przyjrzeć. Poczuła zawiść, jakby znalazła się poza kręgiem swoich znajomych.

– Jeżeli chce, żebym niósł trumnę, to nie jestem odpowiednio ubrany – zauważył Ira.

– Oczywiście, że jesteś.

– Nie włożyłem czarnego garnituru.

– Nie masz czarnego garnituru.

– Jestem w granatowym.

– Granatowy jest w sam raz.

– I wrócił mi ten tik.

Spojrzała na niego.

– A poza tym nigdy nie byłem z nim w bliskich stosunkach.

Maggie sięgnęła ku kierownicy i położyła dłoń na ręku Iry.

– Nie przejmuj się – powiedziała. – Założę się, że Serena chce, żebyśmy po prostu tam byli.

Ira posłał jej smutny uśmiech, a raczej grymas marszczący policzek.

Jakże osobliwe było jego podejście do śmierci! Nie potrafił poradzić sobie nawet z niegroźną chorobą. W czasie gdy usuwano jej wyrostek robaczkowy, znalazł pretekst, by trzymać się z dala od szpitala; twierdził, że przeziębił się i mógłby ją zarazić. Ilekroć chorowało któreś z dzieci, Ira udawał, że nic się nie dzieje. Mówił Maggie, że to tylko wytwór jej wyobraźni. Wszelkie sugestie, że nie będzie żył wiecznie – gdy, na przykład, musiał załatwiać formalności związane z ubezpieczeniem na życie – sprawiały, że przybierał zacięty wyraz twarzy i stawał się uparty i zawzięty. Tymczasem Maggie obawiała się – być może z powodu tego, co widywała w domu opieki – że sama będzie żyła wiecznie.

A gdyby to ona zmarła jako pierwsza, Ira przypuszczalnie znowu udawałby, że tak się nie stało. Prawdopodobnie dalej zajmowałby się swoimi sprawami, pogwizdując tę samą, co zawsze, melodię.

Ciekawe tylko jaką?

Przejeżdżali teraz przez rzekę Susquehanna. Z prawej strony wznosiła się koronkowa konstrukcja elektrowni Conowingo, przypominająca z wyglądu wiktoriańskie budowle. Maggie opuściła szybę i wychyliła się przez okno. Słyszała szum pędzącej w oddali wody, oddychała nią niemal, wchłaniając wodny pył, który niczym dym unosił się spod mostu.

– Wiesz, co mi właśnie przyszło do głowy? – odezwał się Ira, podnosząc głos. – Ta malarka, no jak jej tam… Tego rana miała przynieść do zakładu kilka obrazów do oprawienia.

Maggie zasunęła szybę i zapytała:

– Nie włączyłeś automatycznej sekretarki?

– Co by to dało? Była już umówiona.

– Moglibyśmy się gdzieś zatrzymać i zatelefonować do niej.

– Nie mam przy sobie jej numeru – odparł Ira, po czym dodał: – Może zadzwonimy do Daisy i poprosimy, by to zrobiła.

– O tej porze Daisy będzie już w pracy.

– Cholera.

Nasunęła się jej myśl o Daisy – schludnej i ładnej, o ciemnej karnacji Iry i drobnych kościach Maggie.

– Mój Boże – westchnęła. – Szkoda, że nie spędzę z nią jej ostatniego dnia przed wyjazdem.

– I tak jej nie ma w domu. Przed chwilą sama mi to powiedziałaś.

– Ale później będzie.

– Jutro dość się na nią napatrzysz – zauważył Ira. – Okazji nie zabraknie.

Nazajutrz mieli zawieźć Daisy do college’u – na pierwszy rok studiów, pierwszy rok z dala od domu.

– Po całym dniu jazdy w jednym samochodzie będziesz jej miała po dziurki w nosie.

– Mylisz się! Nigdy nie będę miała jej dosyć!

– Powiedz mi to jutro.

– To jest myśl. Zrezygnujemy z udziału w przyjęciu.

– Jakim przyjęciu?

– Czy jak tam nazywa się impreza, na którą idzie się po pogrzebie.

– Nie ma sprawy.

– W ten sposób moglibyśmy wcześnie wrócić do domu, nawet jeśli zatrzymamy się po drodze u Fiony.

– Chryste Panie, Maggie, jeszcze ci się nie znudziło z tą Fioną?

– Gdyby pogrzeb skończył się na przykład przed południem i gdybyśmy stamtąd pojechali prosto do Cartwheel…

Ira gwałtownie zjechał w prawo na żwirowe pobocze. Maggie myślała przez chwilę, że wpadł w złość. (Często miała uczucie, że zbliża się coraz bardziej do granicy jego wytrzymałości nerwowej). Ale nie, Ira zatrzymał się na staroświeckiej stacji benzynowej, ze ścianą z białych desek. Dwaj mężczyźni w kombinezonach siedzieli na ławce od frontu.

– Mapa – rzucił krótko, wysiadając z samochodu.

Maggie opuściła szybę i zawołała za nim:

– Zobacz, czy nie mają automatu z przekąskami, dobrze?

Machnął ręką i poszedł w kierunku ławki.

Teraz, gdy samochód się zatrzymał, żar wlewał się do środka przez dach niczym topiące się masło. Maggie czuła, jak czubek jej głowy robi się gorący; wyobrażała sobie, że jej włosy zmieniają kolor z brązowego na metaliczny – mosiądzu lub miedzi. Leniwie zwiesiła palce z okna.

Gdyby tylko zdołała zaciągnąć Irę do Fiony, reszta poszłaby gładko. Ostatecznie Ira nie był z kamienia. Przecież trzymał to dziecko na kolanach. Odpowiadał na niemowlęce gruchanie Leroy tym samym pełnym szacunku tonem, jakim dawniej porozumiewał się z własnymi dziećmi. „Czyżby? Co ty powiesz? No cóż, wydaje mi się, że teraz, gdy o tym wspomniałaś, rzeczywiście słyszałem coś podobnego”. Aż w końcu Maggie (zawsze dziecinnie łatwowierna) musiała zapytać: „Co? Co takiego ci powiedziała?”. Wtedy Ira posyłał jej jedno ze swoich kosych, zagadkowych spojrzeń; czasami Maggie wydawało się, że mała również patrzy na nią w ten sposób.

Nie, Ira z pewnością nie był z kamienia. Spojrzałby tylko na Leroy i natychmiast przypomniałby sobie, jak silnie są ze sobą związani. Ludziom należało przypominać pewne rzeczy i to wszystko. Łatwo było o nich zapomnieć w świecie, który podążał obecną drogą. Fiona pewnie zapomniała, jak bardzo kochała na początku, jak latała za Jessem i jego zespołem rockowym. Musiała wyrzucić to ze swojej świadomości; zrobiła to celowo, gdyż była równie mało odporna jak Ira. Maggie widziała, jak zrzedła jej mina, gdy przyjechali na urodziny Leroy i okazało się, że nie ma z nimi Jessego. Teraz w grę wchodziła duma, zraniona duma. „Czy pamiętasz? – pytała Fionę. – Czy pamiętasz te pierwsze dni, gdy zależało wam jedynie na tym, by być blisko siebie? Pamiętasz, jak wszędzie chodziliście razem, każde z ręką wetkniętą w tylną kieszeń dżinsów drugiego?”. Wówczas te pytania wydawały się trochę nieeleganckie, ale teraz na ich wspomnienie łzy napływały jej do oczu.

Cały ten dzień był strasznie smutny, w rodzaju tych, kiedy człowiek uświadamia sobie, że w końcu wszyscy tracą ze sobą kontakt. Nie pisała do Sereny od ponad roku; nie słyszała nawet jej głosu, dopóki Serena nie zadzwoniła ubiegłego wieczoru, płacząc tak spazmatycznie, że połowy słów nie można było zrozumieć. W tym momencie (pozwalając, by wiatr z szelestem przelatywał jej przez palce jak ciepła woda) Maggie poczuła, że proces przemijania czasu jest dla niej zbyt dużym brzemieniem. Chciała powiedzieć: Pomyśl tylko, Sereno, o tych wszystkich obietnicach, o rzeczach, których przenigdy nie miałyśmy robić, gdy dorośniemy. Obiecywałyśmy sobie, że nie będziemy drobić, chodząc boso. Obiecywałyśmy sobie, że nie będziemy leżeć na plaży i opalać się zamiast pływać, nie będziemy pływały, unosząc wysoko podbródki, żeby nie zmoczyć fryzur. Obiecywałyśmy sobie, że nie będziemy zmywać talerzy zaraz po kolacji, gdyż odsunie nas to od naszych mężów. Pamiętasz? Kiedy ostatnio odłożyłaś zmywanie do rana, żeby być z Maxem? Kiedy ostatnio Max zauważył, że tego nie zrobiłaś?

Ira szedł do samochodu, rozkładając mapę. Maggie zdjęła okulary przeciwsłoneczne i otarła oczy rękawami.

– Znalazłeś to, czego szukałeś? – zawołała, a on mruknął:

– Och… – i zniknął za płachtą papieru, nie przerywając marszu. Na odwrocie mapy widniały zdjęcia lokalnych atrakcji widokowych. Ira dotarł do samochodu od strony kierowcy, złożył mapę i wsiadł do środka. – Szkoda, że nie mogłem zadzwonić do AAA – powiedział i uruchomił silnik.

– Nie ma powodu do obaw – odrzekła Maggie. – Mamy masę czasu.

– Niezupełnie, moja droga. Zobacz, jak wzrasta ruch. Wszystkie staruszki wyjeżdżają na weekend.

Absurdalna uwaga; na drodze widać było głównie ciężarówki. Wyjechali na szosę przed wozem meblowym i znaleźli się za jakimś buickiem i następną cysterną z ropą, być może tą samą, którą wcześniej wyprzedzili. Maggie włożyła ponownie okulary.

SPRÓBUJ Z JEZUSEM – NIE POŻAŁUJESZ, głosił napis na tablicy reklamowej. Reklamowano też SZKOŁĘ KOSMETOLOGII BUBBY MCDUFFA. Wjechali na teren Pensylwanii. Na odcinku kilkuset jardów jezdnia stała się gładka niczym dobra intencja, po czym z powrotem zmieniła się w szorstką nawierzchnię upstrzoną asfaltowymi strupami. Widoki były rozległe, pełne krzywizn i zieleni – niczym dziecięcy rysunek wiejskich farm. Wyraźnie widoczne czarne krowy pasły się na zboczach wzgórz. SPRAWDŹ SWÓJ HODOMETR – przeczytała Maggie. Wyprostowała się w fotelu. Niemal natychmiast przemknęła obok maleńka tabliczka: 0,1 MI. Zerknęła na licznik i powiedziała do Iry:

– Dokładnie osiem dziesiątych.

– Hmm?

– Sprawdzam nasz hodometr.

Ira rozluźnił węzeł krawata.

Dwie dziesiąte mili. Trzy dziesiąte. Przy czterech pomyślała, że nie nadążają. Może tylko zdawało się jej, ale miała wrażenie, że cyfra na liczniku przesuwa się zbyt wolno do góry. Przy pięciu dziesiątych była tego niemal pewna.

– Jak dawno temu go sprawdzałeś? – zapytała.

– Sprawdzałem co?

– Hodometr.

– No cóż, nigdy go nie sprawdzałem.

– Nigdy!? Ani razu? I zarzucasz mi, że nie dbam o samochód!?

– Spójrz na to – odparł Ira. – Jakaś dziewięćdziesięcioletnia staruszka, którą puścili samą w drogę. Ledwie sięga głową nad kierownicę.

Wyprzedził buicka i tym samym ominął jedną z tabliczek z milażem.

– Cholera – mruknęła Maggie. – Przez ciebie jej nie zauważyłam.

Ira nie odpowiedział. Nie sprawiał nawet wrażenia, że mu przykro. Wbiła wzrok przed siebie, gotując się na oznaczenie siedmiu dziesiątych mili. Gdy ukazała się tabliczka, Maggie spojrzała na hodometr – cyfra właśnie powoli pełzła do góry. Ze zdenerwowania poczuła świerzbienie skóry. Jednak, o dziwo, następna cyfra pojawiła się szybciej. Może nawet zbyt szybko.

– Och… – westchnęła.

– O co chodzi?

– Ten test wykańcza mnie nerwowo – odparła. Jednocześnie obserwowała tabliczkę i kontrolowała okienko hodometru. Mogłaby przysiąc, że szóstka zniknęła na kilka sekund przed znakiem. Cmoknęła językiem. Ira spojrzał na nią.

– Zwolnij – poleciła.

– Hę?

– Zwolnij! Nie jestem pewna, czy zdążymy. Widzisz? Zbliża się siódemka, wędruje do góry… gdzie jest tabliczka? Gdzie tabliczka? Prędzej, tabliczko! Przegrywamy. Zajechaliśmy za daleko! Jesteśmy…

Tabliczka pojawiła się w polu widzenia.

– No – westchnęła Maggie.

Siódemka zajęła miejsce w okienku dokładnie w tej samej chwili, tak precyzyjnie, że słyszała niemal trzask zębatki.

– Uf! – sapnęła z ulgą. Opadła na oparcie fotela. – Niewiele brakowało.

– Przecież wiesz, że wszystkie liczniki zostały wyskalowane w fabryce – zauważył Ira.

– Jasne, że wiem. W niepamiętnych czasach. Jestem wykończona.

– Zastanawiam się, jak długo powinniśmy trzymać się jedynki.

– Czuję się tak, jakby mnie przepuścili przez wyżymaczkę – stwierdziła Maggie, szarpiąc drobnymi ruchami przód sukienki.

Na niezalesionych odcinkach drogi, w przypadkowych, nierównych odstępach czasu zaczęły się pojawiać grupy zaparkowanych ciężarówek i mikrobusów turystycznych. W pobliżu nie było ludzi, nie było też wyraźnego powodu, by ktoś miał się tam zatrzymywać. Maggie zauważyła to już w trakcie wcześniejszych podróży i nie była w stanie zrozumieć. Czy kierowcy tych samochodów poszli na ryby? Może na polowanie? Czy ludzie na wsi wiodą podwójne życie?

– Następna sprawa to ich banki – powiedziała. – Zauważyłeś, że we wszystkich tych miastach banki wyglądają jak maciupeńkie domki z cegły? Z podwórzami dookoła i klombami kwiatów. Zaufałbyś takiemu bankowi?

– Czemu nie?

– A ja po prostu czułabym, że moje pieniądze nie są w nim bezpieczne.

– Twoje ogromne bogactwo – dociął jej Ira.

– Chodzi mi o to, że to wydaje się nieprofesjonalne.

– Z mapy wynika – wtrącił Ira – że moglibyśmy zjechać z jedynki znacznie dalej niż w Oxford. Jeżeli dobrze cię zrozumiałem, Serena kazała nam skręcić w Oxford, ale… Możesz to sprawdzić?

Maggie wzięła leżącą pomiędzy nimi mapę i otwierała ją po kawałku. Miała nadzieję, że nie będzie musiała rozłożyć jej całkowicie, bo Ira złajałby ją za niewłaściwe złożenie jej z powrotem.

– Oxford. Czy to w Maryland, czy w Pensylwanii? – zapytała.

– W Pensylwanii. Tam, gdzie szosa numer dziesięć zbacza na północ.

– No i dobrze! Wyraźnie pamiętam, że kazała nam jechać dziesiątką.

– Owszem, ale jeżeli… Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię? Gdybyśmy zostali na jedynce, moglibyśmy szybciej dojechać na miejsce, a sądzę, że dalej jest skrót, którym dotarlibyśmy prosto do Deer Lick.

– Cóż, pewnie miała jakiś powód, by polecić nam szosę numer dziesięć.

– Powód? Serena? Serena Gill i powód?

Maggie głośno potrząsnęła mapą. Ira zawsze mówił w ten sposób o jej przyjaciółkach. Był po prostu o nie zazdrosny. Pewnie sądził, że kobiety zbierają się ukradkiem i plotkują o swoich mężach. Typowa reakcja: Ira był okropnym egocentrykiem. Choć oczywiście czasami zdarzało się im plotkować.

– Czy na stacji mieli automaty z przekąskami? – zapytała.

– Były tylko batony czekoladowe. Nic z tego, co lubisz.

– Konam z głodu.

– Mogłem ci kupić baton, ale pomyślałem, że i tak byś go nie zjadła.

– Nie mieli chrupek ziemniaczanych lub czegoś w tym rodzaju? Jestem głodna jak wilk.

– Mieli Baby Ruths, Fifth Avenue…

Maggie skrzywiła się i powróciła do studiowania mapy.

– Cóż, moim zdaniem, powinieneś pojechać dziesiątką – stwierdziła po chwili.

– Mógłbym przysiąc, że widziałem późniejszy zjazd.

– Niezupełnie.

– Niezupełnie? Co to ma niby znaczyć? Jest zjazd albo go nie ma.

– No cóż, prawdę powiedziawszy, jeszcze nie znalazłam Deer Lick.

Ira włączył kierunkowskaz.

– Znajdziemy ci jakąś restaurację, a ja jeszcze raz rzucę okiem na mapę.

– Restaurację? Nie chcę nic jeść!

– Przed chwilą powiedziałaś, że konasz z głodu.

– Tak, ale jestem na diecie! Chcę tylko coś przekąsić!

– W porządku. W takim razie kupimy ci jakąś przekąskę.

– Doprawdy nie znoszę, gdy próbujesz zaburzyć moją dietę.

– Więc zamów filiżankę kawy lub coś takiego. Muszę obejrzeć mapę.

Jechali wybrukowaną drogą, wzdłuż której wyrastały identyczne nowe parterowe domki. Na tyłach każdego z nich znajdowała się szopa na narzędzia w kształcie maleńkiej czerwonej stajni z białymi, ozdobnymi elementami. Maggie nigdy by nie przypuszczała, że w takiej okolicy będzie można coś zjeść, ale rzeczywiście za następnym zakrętem znaleźli drewniany budynek, przed którym parkowało parę samochodów. W oknie jarzył się zakurzony neon z napisem: U NELL – BAR i SKLEP SPOŻYWCZY. Ira zatrzymał się obok jeepa z nalepką na zderzaku reklamującą zespół Judas Priest. Maggie wysiadła z samochodu, ukradkiem podciągając rajstopy.

W sklepie pachniało chlebem i papierem woskowanym. Jak w szkolnej stołówce – uświadomiła sobie. Tu i ówdzie stały kobiety oglądające puszki z jedzeniem. Bar – długa lada z rzędem pożółkłych kolorowych zdjęć pomarańczowej jajecznicy i beżowych kiełbasek na ścianie – mieścił się w głębi. Zasiedli na sąsiednich stołkach. Ira rozłożył mapę na kontuarze. Maggie obserwowała, jak kelnerka czyści patelnię: spryskała ją czymś, zdrapała gęsty sos łopatką i spryskała ponownie. Od tyłu przypominała duży biały prostopadłościan. Jej szary kok był spięty czarnymi spinkami.

– Co macie zamiar zamówić? – zapytała w końcu, nie odwracając się do nich.

– Ja proszę kawę – odparł Ira, nie odrywając oczu od mapy. Maggie trudniej było się zdecydować. Zdjęła okulary przeciwsłoneczne i zerknęła na fotografie.

– No cóż, chyba też poproszę kawę oraz, niech pomyślę, powinnam zjeść sałatkę lub coś w tym rodzaju, ale…

– Nie mamy sałatek – oświadczyła kelnerka. Odstawiła rozpylacz i podeszła do Maggie, wycierając ręce w fartuch. Jej oczy, okolone siatką zmarszczek, miały dziwnie jasnozielony kolor, niczym szkło od dawna leżące na plaży. – Jedyne, co mogłabym zaproponować, to sałata i pomidor z kanapki.

– Może więc wezmę paczkę tych pikantnych chrupek – radośnie oznajmiła Maggie. – Choć wiem, że nie powinnam. – Patrzyła, jak kelnerka nalewa dwa kubki kawy. – Próbuję zrzucić dziesięć funtów do Dnia Dziękczynienia. Stale zmagam się z tymi samymi dziesięcioma funtami, ale tym razem jestem naprawdę zdecydowana.

– Cholera! Wcale nie musisz zbijać wagi – odparła kelnerka, stawiając przed nimi kubki. Na czerwonej naszywce biegnącej przez kieszeń na jej piersi widniało imię: Mabel. Maggie nie słyszała tego imienia od czasów dzieciństwa. Gdzie się podziały te wszystkie Mabel? Próbowała sobie wyobrazić nadanie tego imienia nowo narodzonemu dziecku. Tymczasem kobieta za kontuarem stwierdziła: – To żałosne, wszyscy usiłują dzisiaj wyglądać niczym wykałaczki.

– To samo mówi Ira. Podobam mu się, ważąc tyle co teraz – powiedziała Maggie. Spojrzała na męża, ale Ira był pochłonięty oglądaniem mapy albo po prostu udawał, że ją studiuje. Zawsze krępowało go, gdy Maggie szukała towarzystwa obcych ludzi. – Ale z drugiej strony, ilekroć idę kupić sukienkę, źle na mnie leży. Tak jakby projektanci zakładali, że nie mam biustu. Rzecz w tym, że brak mi siły woli. Uwielbiam słone rzeczy, marynaty i pikantne przyprawy. – Wzięła do ręki paczkę chrupek i dla demonstracji uniosła ją do góry.

– A ja? – zapytała Mabel. – Lekarz twierdzi, że mam taką nadwagę, iż moje nogi tego nie wytrzymują.

– Ależ skąd! Ja nic takiego nie widzę!

– Mówi, że nie byłoby tak źle, gdybym miała inną pracę. Od tej robią się żylaki.

– Nasza córka pracuje jako kelnerka – wyjaśniła Maggie. Rozerwała torebkę z chrupkami i wgryzła się w jedną nich. – Czasem jest na nogach przez bite osiem godzin bez przerwy. Zaczęła w sandałach, ale szybko zmieniła je na buty na gumowej podeszwie, choć przysięgała, że tego nic zrobi.

– To niemożliwe, byś miała córkę w tym wieku – stwierdziła Mabel.

– Och, ona jest jeszcze nastolatką. To była tylko praca na lato. Jutro wyjeżdża do college’u.

– Do college’u?! Bystra z niej dziewczyna.

– Och, no cóż, sama nie wiem – odparła Maggie. – Chociaż uzyskała pełne stypendium. – Wyciągnęła torebkę. – Chcesz trochę?

Mabel wzięła garść chrupek.

– Ja mam samych chłopców – wyjaśniła. – Studiowanie było dla nich równie naturalne jak fruwanie.

– Wiem, nasz syn był taki sam.

– „Czemu nie odrabiacie lekcji?” – pytałam. Zawsze mieli dziesiątki wymówek. Najczęściej twierdzili, że nauczycielka nie zadała im nic do domu, co oczywiście było zwykłą bajką.

– Dokładnie tak samo było z Jessem.

– A ich tatuś! Zawsze ich bronił. Miałam wrażenie, że są w zmowie, a mnie ignorują. Ile bym dała, żeby mieć córkę!

– No cóż, córki też mają swoje wady – oświadczyła Maggie. Widziała, że Ira chce wtrącić jakieś pytanie (przytknął palec do mapy i patrzył wyczekująco na Mabel), ale z chwilą otrzymania odpowiedzi byłby gotowy do wyjścia, świadomie więc zmusiła go do czekania. – Córki mają, na przykład, więcej tajemnic. Myślisz, że rozmawiają z tobą, ale to tylko rozmowy o niczym. Na przykład Daisy. Zawsze była taka spokojna i posłuszna. I raptem wyskakuje z pomysłem wyjazdu do szkoły. Nie miałam pojęcia, że to planuje! Pytam ją: „Daisy, nie jest ci dobrze tutaj, w domu?”. Wiedziałam oczywiście, że ma zamiar studiować, ale przecież Uniwersytet Maryland jest wystarczająco dobry dla innych dzieci. „Cóż złego w studiowaniu bliżej Baltimore?” – mówię, a ona na to: „Och, mamo, przecież wiedziałaś, że chodzi mi o uniwersytet z Ivy League”. O niczym takim nie wiedziałam! Nie miałam bladego pojęcia! A odkąd uzyskała stypendium, zmieniła się nie do poznania. Czyż nie, mój drogi? Ira twierdzi… – dodała pośpiesznie (żałując, że dała mu okazję do zabrania głosu) – Ira twierdzi, że Daisy po prostu dojrzewa. Mówi, że to wiek dojrzewania czyni ją tak wymagającą i krytyczną, i tylko głupiec brałby to sobie do serca. Ale to nie takie łatwe. To naprawdę nie takie łatwe! To tak, jakby nagle wszystko, co robimy, było błędne. Tak jakby Daisy szukała pretekstu, by nie tęsknić za nami, gdy wyjedzie. Moje włosy są za mocno kręcone, ja zbyt wiele mówię i jem za dużo smażonych potraw. Garnitur Iry jest źle skrojony, a on sam nie wie, jak prowadzić firmę.

Mabel potakiwała ze współczuciem, lecz Ira oczywiście uważał, że Maggie niepotrzebnie daje się ponosić emocjom. Nie powiedział tego, ale obrócił się na stołku – po tym właśnie poznała. Zignorowała go.

– Wiesz, co mi kiedyś powiedziała? – zwróciła się do kelnerki. – Chciałam wypróbować potrawkę z tuńczyka. Podałam ją na kolację i pytam: „Prawda, że pyszna? Powiedz mi szczerze, jak ci smakuje”. No i powiedziała mi…

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Chodzi o tzw. car pool, czyli umowę między kilkoma właścicielami samochodów, w której wyniku każdy kolejno wozi pozostałych w ustalone miejsce i z powrotem. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2 American Automobile Association – Amerykański Związek Motorowy.

II

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

III

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

I

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

II

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

III

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

IV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.