Opis

Lekcje kwitnienia, poruszając temat sekty, który mógłby wydawać się marginalny, dotykają kwestii uniwersalnych związanych z naturą ludzką. Powieść stopniowo odsłania wzajemne relacje członków takiej wspólnoty, rzucając światło na ich motywacje. Są wśród nich poszukiwanie remedium na doznanie straty, pragnienie zaistnienia w grupie czy potrzeba destrukcji zastanych porządków i wcześniej zadzierzgniętych więzi. Książka skłania do rozważań o kondycji i kryzysie współczesnych autorytetów, podejmuje filozoficznie znaczący problem stosunku człowieka do natury.

Kompozycja książki jest prosta, ale przemyślana i konsekwentna. Katarzyna Pochmara-Balcer kontynuuje tradycję prozy punktów widzenia.

To z jednej strony studium manipulacji, opowieść o duchowym uwiedzeniu, a z drugiej satyra ekologiczna o tym, jak zyskać władzę nad ludźmi w imię dobra przyrody".

                                                                                    Justyna Sobolewska "Polityka"

 

O autorce

 

Katarzyna Pochmara-Balcer – urodzona w 1984 roku, absolwentka filozofii i filologii węgierskiejna Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w „Kulturze Liberalnej”, „Tekstualiach” i „Przeglądzie Powszechnym”. Mieszka w Warszawie z mężem, dziećmi, psem i roślinami. Lekcje kwitnienia są jej debiutem książkowym. Zostały uznane za  najlepszą pracę literacką powstałą w ramach podyplomowych studiów „Szkoła Mistrzów. Studia technik pisarskich i prezentacji tekstu literackiego” na Wydziale Polonistyki UW w roku akademickim 2017/2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 110

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: ŻANETA NALEWAJK-TURECKA
Korekta: DOROTA DUL
Projekt graficzny i rysunki: RYSZARD KAJZER
Skład: Zerkaj Studio
Copyright © by Katarzyna Pochmara-Balcer and Wydawnictwo Nisza
Warszawa 2018
Wydanie I
Wydanie pierwsze elektroniczne, Warszawa 2018
ISBN 978-83-62795-84-0
Wydawnictwo Nisza tel. +48 607 622 655 e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.nisza-wydawnictwo.pl Polub nas na : www.facebook.com/Nisza.Wydawnictwo
Konwersja: eLitera s.c.

Pierwsza nagroda w konkursie na najlepszą pracę literacką w ramach studiów podyplomowych „Szkoła Mistrzów. Studia technik pisarskich i prezentacji tekstu literackiego” prowadzonych na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego w roku akademickim 2017/2018

Tomasz

Czy modlimy się o wieczny odpoczynek dla zmarłych, bo sami jesteśmy śmiertelnie zmęczeni? Ja jestem. I chociaż z każdym rokiem przybywa mi nieboszczyków, za spokój których powinienem lobbować u góry, od dawna już brakuje boga, do którego mógłbym się w tej sprawie zwrócić. Dlatego nie przejmuję się odpoczynkiem tych, których nie ma, bo ich nie ma. Martwię się za to swoim odpoczynkiem, bo wciąż uporczywie jestem i nie wygląda na to, by w najbliższym czasie miało się to radykalnie zmienić.

Ona to czuła, miała w sobie jakiś zwierzęcy węch, który pozwalał jej odkrywać w ludziach toczącą ich zarazę. Wciąż jeszcze pamiętam chwilę, w której się pojawiła i po raz pierwszy wyładowała przede mną skromną zawartość swojego koszyka. Dzień był upalny. Od rana coś wisiało w powietrzu. Zdzisiek mówił, że to mięso z wczorajszej dostawy. Dosłownie nie dało się oddychać. Jako kierownik zmiany panikowałem, bo klienci ostentacyjnie kręcili nosami i wychodzili ze sklepu. Marta z chemicznego zużyła cały karton odświeżaczy powietrza, ale to tylko pogorszyło sytuację. Jej jednak to nie dotyczyło. Kroczyła wyprostowana pomiędzy półkami z konserwami, zadzierając nozdrza tak szczelnie wypełnione dumą, że w ogóle nie docierał do nich odór padliny, który paraliżował wszystkich wokoło. Była z innego świata. W tym świecie rzeczy miały tylko jedną stronę i była to strona frontowa.

Facet przed nią pchał koszyk wypełniony po brzegi, ale nie przyszło mu do głowy, żeby przepuścić królową z samotną puszką groszku. Nie trzeba było być geniuszem, żeby zgadnąć, na czym miał mu upłynąć wieczór. Godziny spędzone w korku na trasie w stronę Mazur umili sobie płytą z przebojami disco polo, dziś w promocji za jedyne 9,99. Kiełbasa grillowana z przyprawami, także przeceniona, leżała w magazynie już nieco za długo. Pięć czteropaków Mocnego. Prezerwatywy Lurex Extra Strong, 12 sztuk w opakowaniu. Dwie megapaki papieru toaletowego (w tym przypadku już raczej nie moc była w cenie, ale delikatność). Trzeba przyznać, że gość należał do zapobiegliwych. Sam miałem hopla na punkcie papieru toaletowego, to jedna z nerwic, które zostały mi z dzieciństwa. Mamusia prowadziła sklep z dewocjonaliami, codziennie godzinami rozmyślała nad tym, jakiego koloru Jezuskami zapełnić swoje święcone gabloty. Wybór nie był łatwy i pociągał za sobą konsekwencję natury nie tylko ekonomicznej, lecz także (w jej mniemaniu) teologicznej. Dlatego kiedy wracała do domu, musiała się trochę odciąć, wiadomo. Brakowało wszystkiego. Kiedy gotowała obiad, po pięć razy latałem do sklepu, bo ciągle sobie o czymś przypominała. Wszystko byłem w stanie znieść, tylko nie ten cholerny papier, kiedy siedziałem na sedesie i nagle okazywało się, że zabrakło. Po wyprowadzce od rodziców moim pierwszym zakupem było dziesięć opakowań papieru. Takich po osiem rolek. To dawało poczucie bezpieczeństwa. Irena mówiła, że jestem nienormalny, że zwykli ludzie kupują sobie do nowych mieszkań obrusy albo komplety sztućców, że poczucie bezpieczeństwa daje im ukochana osoba albo chociaż podwójne zamki antywłamaniowe, ale nie osiemdziesiąt rolek papieru toaletowego, na Boga! Srajtaśmy, tego słowa użyła, bo to prosta dziewucha była. Nie pasowaliśmy do siebie, mama miała rację, już w to nie wątpię. Odeszła z handlarzem materiałami budowlanymi pięć lat po naszym ślubie. Niedługo potem zmarła na raka piersi, niech jej ziemia lekką będzie.

Discopolowiec zapłacił, grymasem twarzy po raz ostatni wyraził dezaprobatę z powodu nieprzyjemnych zapachów i zniknął w obrotowych drzwiach. Zostaliśmy sami. Zeskanowałem groszek, przełknąłem ślinę i z trudem wykrztusiłem „dwa pięćdziesiąt”. Królowa wyjęła kartę z czerwonego portfela ze sztucznej skóry, zdjęć dzieci nie zarejestrowałem, ale też się nie spodziewałem. Te dzieciate przychodziły w dresach, umęczone jeszcze bardziej niż ja. Postać przede mną nie sklejała się w całość z brudnymi pieluchami. Miała ciekawy tatuaż, szczególnie jak na tlenioną blondynkę z przyklejanymi rzęsami. Rośliny różnych gatunków oplatały nadgarstek jak bransoletka, a z tego splotu wybijała się w stronę dłoni mięsożerna muchołówka, trawiąca swoją ofiarę. Nie był to jednak owad, ale mały człowiek, trochę nieproporcjonalny, jakby wyjęty ze średniowiecznych malowideł przedstawiających grzeszników wrzuconych w ognie piekielne.

Już miała odejść, ale zawahała się przez chwilę i ponownie odwróciła w moją stronę. Oblała mnie fala gorąca.

– Zauważyłam, że jest pan zmęczony – wyszeptała. – Mogę pomóc.

Nie spodziewałem się tego zupełnie.

– Co proszę? – zapytałem elokwentnie.

– Proszę się nie bać, nie gryzę! – zapewniła, ku mojemu rozczarowaniu. Wcisnęła mi do ręki wizytówkę i już jej nie było.

To prawda, że ognisty romans był jedyną rzeczą, która przeszła mi przez głowę, kiedy królowa samozadowolenia w lamparciej bluzeczce bez rękawów przemaszerowała alejkami mojego skromnego dyskontowego księstwa niczym ambasadorka dobrej nowiny z bogatego Zachodu. Ale to tylko świadczyło o ubóstwie mojej wyobraźni. Spoglądając na pięknie wykaligrafowane litery na wizytówce, z wielkim rozczarowaniem stwierdziłem, że chodziło jej tylko o moją duszę. Nie byłem zresztą pewien, czy to dla mnie za dużo, czy za mało, niewątpliwe było jedynie owo „za”. A jednak coś mnie kusiło. „Eliza Bąk, guru”, obracałem w głowie niczym w bębnie pralki posrebrzane słowa z wizytówki. Chciałem zedrzeć z nich zdobienia, by nie nęciły. Sprać do zwykłego Times New Roman i zutylizować w niepamięci. Nie dałem rady. Jej biuro było tylko dwa przystanki stąd.

Kanar i tak zdążył mnie złapać. To oznaczało, że droga do szczęścia może być nie tylko kręta, lecz także kosztowna. Byłem już jednak zdecydowany, a przyjmując mandat, ostatecznie wpadłem w pułapkę efektu poniesionych kosztów. Jak mógłbym się wycofać, mając na starcie dwie stówy w plecy? Tego argumentu mogłem użyć nawet przed policją, gdyby sprawy przybrały nagle nieoczekiwany obrót. Tylko jaki on nieoczekiwany, skoro już teraz wymyślałem sobie wytłumaczenia?

Biuro było zwyczajne, mogłoby należeć nawet do księgowej marzącej o karierze ogrodnika, bo parapet niemal uginał się od roślin. Szkoda, trochę liczyłem na przygodę. Łudziłem się jednak, że to tylko kamuflaż. Niewątpliwie na coś miałem nadzieję i coś chciałem jej powierzyć. Może te wszystkie decyzje, które musiałem podejmować milion razy dziennie. Nie mogłem się od nich uwolnić, tak jak nie mogłem się uwolnić od siebie. Jak bardzo nie byłbym pomysłowy w szukaniu ucieczek i kryjówek przed rzeczywistością, jej dojmującą częścią byłem ja sam – i to męczyło najbardziej. Dlatego teraz w zębach przyniosłem jej swoją smycz. Niewidzialną, ale mocną. A ona podziękowała mi pięknym uśmiechem, gdy tylko stanąłem w drzwiach jej biura.

– Rozumie pan, że musimy działać po cichu? – tłumaczyła, zapalając kolejnego papierosa. – Ludzie nie rozumieją, bo też nie chcą rozumieć, czynników, które determinują ich losy. My nie boimy się prawdy.

Miała szczególny sposób mówienia, nawet we własnym biurze sprawiała wrażenie, jakby z każdym słowem chciała umknąć przed dziesiątkami niewidzialnych mikrofonów, poukrywanych gdzieś przez niezidentyfikowanych zdrajców. Trochę mnie to śmieszyło, a trochę zazdrościłem jej takiej postawy. Złudzenie, że nasze poczynania są dla kogoś na tyle interesujące, by zadał sobie trud ich śledzenia i dokumentowania, z pewnością czyniło życie ciekawszym. Ja przez ostatnie lata niemal przestałem się odzywać do ludzi – pomijając oczywiście kwestie zawodowe – z przekonania, że moje opinie na temat rzeczywistości, a już szczególnie stany mentalne, nie mogą być dla drugiej osoby w żaden sposób zajmujące. Tym bardziej że przestały one zajmować nawet mnie. Dlatego przyglądałem się Elizie jak dziecku, które właśnie odkrywa swoje odbicie w lustrze. Przypomniałem sobie tajne bractwa, które tworzyliśmy z kumplami w podstawówce, i od razu poczułem się młodziej. Czyżby w tym tkwiła cała tajemnica, którą sprzedawała ta dziwna kobieta? To byłoby za proste i z pewnością zbyt krótkotrwałe.

– Na pewno zetknąłeś się z teorią wędrówki dusz – kontynuowała, bezceremonialnie przechodząc ze mną na „ty”. – Teraz jesteś słabo opłacanym sprzedawcą w supermarkecie, ale w poprzednim życiu mogłeś być komarem zabitym przez własną prababkę podczas któregoś upalnego wieczoru nad jeziorem.

– Jestem kierownikiem zmiany – żachnąłem się urażony, ale Eliza nie zwróciła na to uwagi.

– Niewykluczone, że kiedy skończy się twoja obecna rola, kolejną otrzymasz już w ciele paprotki.

– Oby znalazł się ktoś, kto zechce mnie podlewać – odpowiedziałem nieco zirytowany, bo miałem nadzieję, że spotkam się tu z czymś trochę bardziej odkrywczym. Czy jedyne, co miała mi do zaoferowania, to nirwana dla ubogich? Eliza zignorowała jednak mój ton i kontynuowała swój wywód:

– Problem w tym, że prawdopodobnie nie będziesz miał tyle szczęścia – zrobiła wymowną przerwę i zaciągnęła się papierosem. – I nie mam na myśli podlewania.

Zdobyła moją niepodzielną uwagę. Pochyliłem się nieco w jej stronę, by dać jej to do zrozumienia.

– Logos musi umrzeć. – Eliza nie odrywała ode mnie świdrującego wzroku. – Tylko śmierć logosu, oznaczającego słowo, rozum i racjonalność, może uratować świat.

Siedzieliśmy w jej gabinecie już drugą godzinę. Krzesło było dość niewygodne.

– Powrót do lasu ma zbawić ludzkość? – rzuciłem kpiąco, bo to i owo w życiu przeczytałem. Głównie pod kocem i przy świetle latarki, bo mamusia nie lubiła, kiedy traciłem czas na głupoty. Mówiła, że z intelektualizmu, podobnie jak z homoseksualizmu, należy się leczyć. Na wszelki wypadek wolałem więc się nie ujawniać. – Błagam, przerabialiśmy to już u Rousseau i Thoreau, nic z tego nie ma prawa się udać.

– Nie ludzkość, ale świat. Człowiek nie zasługuje na zbawienie, to on jest złem, które trzeba wyeliminować. Słyszałeś kiedyś o Cioranie? – zapytała, zakładając z góry, że nie. Miała rację, ale i tak mnie tym wkurzyła. – Jesteśmy jak rak, który toczy Ziemię.

– Jeśli tak, to chemioterapię w różnych odmianach stosowano już nie raz, żeby pozbyć się przynajmniej części problemu – zażartowałem głupkowato i od razu tego pożałowałem, bo Eliza okazała się wyjątkowo oporna na dowcipy, nawet te nieco bardziej poprawne.

– To my zniszczyliśmy Ziemię, niszczymy ją nieustannie, popełniamy zbiorowy gwałt ze szczególnym okrucieństwem na roślinach, zwierzętach, minerałach i wodach. Jesteśmy najgorszym ścierwem, jakie mogło się przytrafić tej planecie, a uważamy się za gatunek wybrany. Stworzyliśmy sobie boga, by usprawiedliwiał nasze zbrodnie, a nie dbamy nawet o tych, którzy przyjdą po nas. To prawda, jesteśmy gatunkiem wyjątkowym. Żaden inny nie sra do swojego gniazda tak bardzo śmierdzącym gównem.

Tego w niej wcześniej nie dostrzegłem. Mamusia zawsze powtarzała, że kobiety wulgarne to kobiety upadłe, ale mnie zawsze przyciągały te, które potrafiły dawkować niewybredny język z aptekarską precyzją. Irena nie umiała, siała karczemną mowę jak pijany rolnik, może dlatego nie byliśmy dla siebie stworzeni.

– Ewolucja jest historią upadku – Eliza wprawiła się w trans, z którego bałbym się ją wytrącać. – To, co dobre, osiąga swój szczyt w postaci roślin. Pojawienie się zwierząt to proces stopniowej degeneracji bytu. Czy nie widzisz, że to formy doskonałe? – Popatrzyła z uczuciem na swoją marantę. – Pochłaniają cały nasz brud i oddają dobroczynny tlen, żyją wodą i słońcem, czerpią z ziemi, nie niszcząc jej, ich jedynym celem jest powielanie się i nie chcą dla siebie niczego oprócz przestrzeni. I po co? – Dramatyzm pytania zablokował mnie zupełnie, zresztą i tak nie znałem odpowiedzi. Na szczęście niczego takiego ode mnie nie oczekiwała. – Tylko po to, by ją uczynić piękniejszą. To życie kompletne i spełnione. A my je niszczymy. Karczujemy, wykorzystujemy i okradamy. Tymczasem powinniśmy marzyć o tym, by być trzciną. Nie myślącą, bo myślenie oznacza śmierć. Trzciną, która czuje wiatr, ale nie ma jego świadomości. Nic lepszego nie mogłoby nas spotkać.

Przerwała i sięgnęła po szklankę wody. Wciąż nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć, siedziałem więc w milczeniu, wiercąc się na krześle jak uczniak. Będę musiał sprawdzić tego Ciorana. Ciekawe, czy mieliśmy go kiedyś na taniej książce?

Eliza skupiła wokół siebie całą grupę wyznawców i wyglądało na to, że miałem być nowym narybkiem. Zaprowadziła mnie do sali, którą nazwała medytacyjną, a która wyglądała jak urządzony w szklarni gabinet joginistycznych tortur. Z sufitu i ścian wystawały haki, przy niektórych z nich zwisały taśmy. Wszystko oczywiście otoczone najróżniejszymi roślinami. Jednak najbardziej zaskakiwała podłoga wyłożona mięciutkim mchem. Sprawiało to nieco surrealistyczne wrażenie i poczułem się jak Alicja, która właśnie wpadła do dziury. Wypatrywałem królika z zegarkiem, ale się nie pojawił. Zastanawiałem się, czy Eliza sama też przywiązuje się do tych konstrukcji, bo jeśli tak, to może warto dać jej szansę. W końcu nie było to wszystko zupełnie pozbawione uroku. Miała sukienkę, na której ładnie odznaczał się kształt pośladków.

– Tu medytujemy tylko zimą. W lecie naturalnie wolimy plenery, choć nie zawsze da się uciec od gapiów – tu zrobiła dobrze obliczoną pauzę. – Musimy być ostrożni.

No tak, paranoja. Ciekawe, czy w hakach ktoś jej pomontował kamery?

– Mieliście jakieś nieprzyjemności? – podjąłem temat, ale pani guru najwyraźniej nie chciała się wdawać w szczegóły.

– Ludzie niszczą wszystko, czego nie rozumieją. A nie rozumieją niczego.

Nie załapałem, jaki sens miało w takim razie zgładzenie rozumu i racjonalności, jakkolwiek miałoby ono wyglądać, ale wolałem w to nie wnikać. Możliwe zresztą, że coś źle zapamiętałem. Następnym razem będę robił notatki.

Podeszliśmy do drzwi wejściowych i wszystko wskazywało na to, że moja audiencja ma się ku końcowi. Wciąż jednak nie dowiedziałem się, czym – poza pomstowaniem na ludzkość, jedzeniem jarmużu i medytowaniem w niestandardowych pozycjach – zajmują się podopieczni Elizy. Moja wegeapostołka uznała najwyraźniej, że takie rewelacje należy dozować. Był zresztą środek lipca, pozostali uczestnicy spisku albo obżerali się frytkami w nadmorskich kurortach, albo badali lasy Pojezierza Suwalskiego pod kątem gęstości występowania ewentualnych podglądaczy, na dwoje babka wróżyła. W każdym razie tego dnia nie poznałem jeszcze nikogo z wyznawców Elizejskiej religii antropodestrukcjonizmu, ale za to postanowiłem zaopatrzyć się w porządny słownik pojęć filozoficznych.

Sándor

Wolałbym jednak mieć tłumacza. Czy tłumacz wchodzi w grę?

Dominika

Za pięć pierwsza byłam już pewna, że nie zdążymy. To było drugie podejście. Wczoraj Lisicka odesłała nas z kwitkiem, bo spóźniłam się siedem minut, choć widziała, krowa, popijając kawę nad kartami pacjentów, że jedną ręką trzymam na ramieniu płaczące od gorączki niemowlę, a drugą podtrzymuję trzylatkę z rotawirusem. Dzisiaj wychodziliśmy z półgodzinnym zapasem i nie mieliśmy prawa nie zdążyć. Najwyraźniej jednak Temidzie z jednego oka zsunęła się opaska i bogini sprawiedliwości chciała trochę się zabawić naszym kosztem. Zamykałam już drzwi mieszkania, kiedy Hela zawołała: „Kupę!”, a z potrzebami fizjologicznymi kilkulatków nie ma przecież co negocjować. Więc z powrotem do domu i dawaj, zdejmujemy rękawiczki, czapeczkę, kurteczkę, spodnie od kombinezonu (jedyne bez zdrobnienia), rajstopki, majteczki. Nie zdążyła. Zdejmujemy dalej, co tam jeszcze zostało do zdjęcia, i pod prysznic. W tym czasie Gabryś gotował się na kanapie w różowym kombinezonie po siostrze, jak gdyby nie był już wystarczająco rozgotowany gorączką. Kiedy więc dotarliśmy w końcu do przychodni, dwie minuty przed wizytą, i zauważyłam, że kolejka do rejestracji zawija się aż do drzwi wejściowych, postanowiłam poprosić najpierw o lekarza dla mnie. Najlepiej takiego, który nie robi problemów ze zwolnieniami od rodziny. W tych czasach wszyscy panicznie boją się ZUS-u. 

Gabryś zaczął płakać, a Hela w przypływie lepszego samopoczucia uciekać w stronę przychodni dla dzieci zdrowych. Optymizm odziedziczyła po ojcu. Krzyknęłam, żeby wracała, ale przez płyn w uszach niewiele słyszała. Na drenaż byliśmy umówieni dopiero za tydzień. Wybiegłam więc z kolejki, by chronić niewinne dzieci przed kolektywnym rozwolnieniem, zostawiając za sobą rękawiczki, szaliki i czapki, jak Jaś i Małgosia okruszki chleba w lesie. Wróciłam jak siłaczka z dwiema wijącymi się sztangami w rękach. Kobieta z początku kolejki zawołała, żebym przeszła na jej miejsce. Świat był chwilowo uratowany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Katarzyna Pochmara-Balcerfot. Bartosz Balcer

Katarzyna Pochmara-Balcer

Ur. w 1984 r., absolwentka filozofii i filologii węgierskiej na UW. Publikowała w „Kulturze Liberalnej”, „Tekstualiach” i „Przeglądzie Powszechnym”. Mieszka w Warszawie z mężem, dziećmi, psem i roślinami.

.

Powieść Katarzyny Pochmary-Balcer, poruszając temat sekty, który na pierwszy rzut oka mógłby wydawać się marginalny, dotyka kwestii uniwersalnych związanych z naturą ludzką. Ta świetna proza stopniowo i w sposób pogłębiony odsłania wzajemne relacje członków takiej wspólnoty, rzucając światło na ich złożone motywacje. Są wśród nich poszukiwanie remedium na doznanie straty, pragnienie zaistnienia w grupie czy potrzeba destrukcji zastanych porządków i wcześniej zadzierzgniętych więzi. Opowiadając o tych doświadczeniach, książka skłania do rozważań o kondycji i kryzysie współczesnych autorytetów, a przede wszystkim podejmuje filozoficznie znaczący problem stosunku człowieka do natury. Do największych walorów powieści należą prosta, a jednocześnie bardzo przemyślana i konsekwentnie realizowana kompozycja oraz wieloperspektywiczność narracyjna tekstu. Pod względem formalnym powieść Katarzyny Pochmary-Balcer kontynuuje tradycje prozy punktów widzenia, której kanony w literaturze polskiej wyznacza na przykład pisarstwo Wacława Berenta, a w literaturze światowej twórczość prozatorska Wirginii Woolf, Henry’ego Jamesa, Josepha Conrada, a przede wszystkim dzieła Williama Faulknera.

dr hab. Żaneta Nalewajk-Turecka,

Instytut Literatury Polskiej na Wydziale Polonistyki UW