Lekcja martwej mowy - Paweł Jaszczuk - ebook + audiobook
Opis

Jakub Stern powraca!
Wojna z bolszewikami w 1920, okupacja sowiecka Lwowa w 1939, wydarzenia marcowe oraz interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 roku, stanowią tło historyczne Lekcji martwej mowy, w którą wplątana została dziennikarska para: Jakub Stern i Wilga de Brie z przedwojennego „Kuriera”.
Jakub Stern wraca do Lwowa z misją. Po co? Kto mu pomaga, a kto przeszkadza? Czego boi się Gomułka? Czym jeszcze nas zaskoczy nietuzinkowy dziennikarz?
Nowa powieść Pawła Jaszczuka to intrygująca mieszanka sensacji, emocji i tajemnic trzymająca w napięciu do ostatniej strony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 30 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Za­rów­no cała książ­ka, jak i jej czę­ści nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Sza­ra Go­dzi­na s.c.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Agen­cja In­te­rak­tyw­na Stu­dio Kre­acji

www.stu­dio-kre­acji.pl

Zdję­cia na okładce

© ale­shin, Nic­ko­lay Kho­ro­sh­kov, ro­dju­lian, Djor­dje Ra­do­se­vic|fo­to­lia.com

Re­dak­cja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób i zda­rzeń jest zu­peł­nie przy­pad­ko­we.

Au­tor we­ry­fi­ko­wał na­zew­nic­two lwow­skich ulic, ko­rzy­sta­jąc zNi ma jak Lwów. Krót­ki prze­wod­nik po Lwo­wieau­tor­stwa Je­rze­go Ja­nic­kie­go, War­sza­wa: Ofi­cy­na Li­te­ra­tów RÓJ 1990.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­[email protected]­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c., 2017

tekst © Co­py­ri­ght by Pa­weł Jasz­czuk

ISBN 978-83-65684-57-8

Po­wieść de­dy­ku­ję tym, któ­rzy ni­g­dy nie za­po­mnie­li o Lwo­wie oraz wszyst­kim, któ­rzy na­wet o tym nie wie­dząc, czer­pią z kró­lew­skie­go mia­sta in­spi­ra­cję

Co się dzie­je, bra­cia? Czyż­bym miał nie wi­dzieć

ani dzion­ków ja­snych, ani ciem­nych nocy?

Za­gu­bi­li du­szę mą, ode­bra­li wolę,

a te­raz po­rwa­li moje srebr­ne stru­ny.

Wło­dzi­mierz Wy­soc­ki, Srebr­ne stru­ny, 1963

Prolog

W po­ło­wie sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go roku prze­trze­bio­ny szwa­dron z I Kon­nej Ar­mii Se­me­na Bu­dion­ne­go po­su­wał się le­śnym duk­tem w stro­nę Lwo­wa, chcąc oskrzy­dlić od pół­no­cy dum­ne pol­skie mia­sto. Z tyłu zo­sta­ły zrów­na­ne z zie­mią Bro­dy i To­po­rów, ale prze­pra­wę przez Bug blo­ko­wa­ła Ka­mion­ka Stru­mi­ło­wa z sil­nie umoc­nio­nym mo­stem.

Je­den z jeźdź­ców w środ­ku szy­ku na próż­no sta­rał się zna­leźć wy­god­ną po­zy­cję w twar­dym sio­dle. Go­rą­ce sierp­nio­we słoń­ce na bez­chmur­nym nie­bie pa­li­ło nie­mi­ło­sier­nie. Chło­pak ma­rzył o łyku wody i ką­pie­li, lecz nie było mu to dane. Brud­ny i po­strzę­pio­ny mun­dur le­pił się do cia­ła, a po ple­cach spły­wa­ły struż­ki potu. Za woj­skiem cią­gnął się nie­wy­obra­żal­ny smród i tyl­ko wart­kie wody Bugu mo­gły to zmie­nić.

Jeź­dziec mimo mło­de­go wie­ku był nie­czu­ły na tru­dy wo­jen­ne. Przy­wykł do wie­lo­go­dzin­nej jaz­dy, do po­chra­py­wa­nia koni i ko­ciej mu­zy­ki, jaką wy­da­wał woj­sko­wy ekwi­pu­nek. Cza­sem skrzy­wił się, gdy ktoś za­fał­szo­wał na har­mo­nij­ce, cza­sem za­nu­cił pio­sen­kę o wred­nym ko­man­di­rze, któ­ry nie chciał pu­ścić żoł­nie­rzy­ka na prze­pust­kę do czar­no­bre­wej dziew­czy­ny.

Na­gle pię­cio­let­nia klacz Zwioz­da z mło­dym jeźdź­cem na grzbie­cie za­strzy­gła nie­spo­koj­nie usza­mi i przy­sta­nę­ła. Ce­ka­emi­sta na ta­czan­ce cią­gnio­nej przez czte­ry ko­nie aku­rat śli­nił skrę­ta z ma­chor­ki, gdy na pół­noc­nym nie­bie po­ka­za­ły się nad ho­ry­zon­tem trzy sza­re plam­ki przy­po­mi­na­ją­ce bu­czą­ce trzmie­le. Za­mie­ni­ły się one wkrót­ce w pi­ku­ją­ce sa­mo­lo­ty z bia­ło-czer­wo­ny­mi sza­chow­ni­ca­mi na skrzy­dłach.

W cią­gu kil­ku­na­stu se­kund wo­kół od­dzia­łu roz­go­rza­ło pie­kło. Cel­ny ogień ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych z al­ba­tro­sów przy­gwoź­dził szwa­dron do zie­mi. Śpiew za­mie­nił się w jęki i obrzy­dli­we prze­kleń­stwa. Sa­mo­lo­ty za­wró­ci­ły i po­no­wi­ły atak. Ta­czan­kę z ob­słu­gą szlag tra­fił, nie mó­wiąc o po­ra­nio­nych ko­niach. Na do­da­tek nie wia­do­mo skąd nad­je­chał wą­sa­ty Gru­zin na ko­niu jabł­ko­wi­tym i idio­tycz­ny­mi roz­ka­za­mi wpro­wa­dził do­ku­ment­ny baj­zel.

Mło­kos na­zna­czo­ny uko­śną bli­zną na po­licz­ku nie miał za­mia­ru tra­fić pod kule. Zwioz­da jak­by zna­ła jego my­śli, bo po­nio­sła go w stro­nę so­sno­we­go za­gaj­ni­ka. Nie po­ma­ga­ło ścią­gnię­cie wo­dzów ani wy­chy­le­nie się do tyłu w sio­dle, bi­cie po za­dzie i szar­pa­nie grzy­wy. Zna­ro­wio­na klacz rwa­ła przed sie­bie, głu­cha na ko­men­dy.

Sza­leń­czy rajd ko­nia i jeźdź­ca ukró­cił pień so­sny le­żą­cej w po­przek dro­gi. Za­nim mło­dzik zdą­żył po­de­rwać klacz do sko­ku, wy­le­ciał z sio­dła, po­to­czył się po zie­mi i wy­rżnął gło­wą o wy­sta­ją­cy ko­nar. Nie pa­mię­tał, ile go­dzin le­żał za­mro­czo­ny, a gdy się wresz­cie ock­nął, zo­ba­czył nad sobą gwiaź­dzi­ste nie­bo. Z po­łu­dnia na pół­noc wy­zna­cza­ła szlak Dro­ga Mlecz­na, a w jej pa­sie po­ły­ski­wa­ły trzy gwiaz­dy, two­rząc gi­gan­tycz­ny trój­kąt. Tak czy­ste­go nie­ba chło­pak ni­g­dy przed­tem nie wi­dział. Miał nie­od­par­te pra­gnie­nie opi­sać tę wy­jąt­ko­wą chwi­lę, by ją za­trzy­mać. Pierw­szy raz w ży­ciu na­szła go ocho­ta po­dzie­lić się z kimś swo­imi wra­że­nia­mi, na­zwać prze­stwór, któ­ry go ota­cza, i do­skwie­ra­ją­cą sa­mot­ność.

Gdy przy­po­mniał so­bie, co się sta­ło, po­sta­no­wił po­szu­kać kla­czy i wra­cać do swo­ich. Ro­zej­rzał się. Jego ka­ra­bin gdzieś się za­po­dział. Nie miał też przy so­bie wy­ostrzo­nej jak brzy­twa szasz­ki, zo­stał je­dy­nie ba­gnet przy­twier­dzo­ny do pasa. Z gło­du kisz­ki gra­ły mu mar­sza i mę­czy­ło go pra­gnie­nie. Był zzięb­nię­ty, po­gry­zio­ny przez mrów­ki i ko­ma­ry.

W świe­tle księ­ży­ca zna­lazł tran­sze­ję. Wsko­czył do niej i wdy­cha­jąc za­pach zie­mi po­kry­tej rosą, ru­szył sku­lo­ny przed sie­bie. Co chwi­la przy­sta­wał. Wie­dział, że zbyt­ni po­śpiech może go zgu­bić. Na­słu­chi­wał. Noc­ną ci­szę prze­ry­wa­ły do­la­tu­ją­ce z od­da­li od­gło­sy ar­mat­nich wy­strza­łów i mo­no­ton­na, usy­pia­ją­ca gra cy­kad. W ten spo­sób po­ko­nał kil­ka ki­lo­me­trów, ale Zwioz­dy nie zna­lazł.

Nad ra­nem pa­gór­ko­wa­ty te­ren po­kry­ła gę­sta mgła i cia­ło chło­pa­ka ogar­nął przej­mu­ją­cy chłód. W mlecz­nej za­wie­si­nie ła­two było stra­cić orien­ta­cję. Zwia­dow­ca wdra­pał się więc na nie­wiel­kie wznie­sie­nie i wte­dy do­tarł do nie­go nie­po­ko­ją­cy od­głos. Wstrzy­mał od­dech i wy­tę­żył słuch. Nie my­lił się, sły­szał czy­jeś za­wo­dze­nie. Za­wa­hał się. Bez­piecz­niej by­ło­by się od­da­lić, lecz cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła. Wy­jął z po­chwy ba­gnet i pod­czoł­gał się kil­ka­na­ście me­trów.

To, co się po­tem zda­rzy­ło, za­de­cy­do­wa­ło o jego ca­łym ży­ciu. Za za­ło­mem oko­pu mło­dy ra­dziec­ki ka­wa­le­rzy­sta zna­lazł ran­ne­go pol­skie­go żoł­nie­rza, któ­ry miał na oczach opa­tru­nek i pra­wą rękę na tem­bla­ku. Kon­tu­zjo­wa­ny wo­jak, choć nie mógł go wi­dzieć, od­wró­cił się czuj­nie.

– Kto tam? – Za­nie­po­ko­jo­ny wy­cią­gnął zdro­wą rękę, pró­bu­jąc coś na­ma­cać przed sobą.

– Swój!

– Jaki swój?

– No, swój. Nie mu­sisz, kur­wa, trząść ga­cia­mi. Jak mó­wię swój, to zna­czy, że swój! – za­koń­czył krót­ko ka­wa­le­rzy­sta.

Ro­sja­nin do­cie­kli­we­go pol­skie­go żoł­nie­rzy­ka od po­cząt­ku spi­sał na stra­ty. Po­sta­no­wił na swój spo­sób się nim za­opie­ko­wać. Wpierw jed­nak na­pił się wody z jego ma­nier­ki, zjadł su­cha­ra zna­le­zio­ne­go w ple­ca­ku, a po­tem uciął so­bie krót­ką po­ga­węd­kę, gdyż do­sko­na­le znał ję­zyk pol­ski.

Ran­ny po­pro­sił o pa­pie­ro­sa. Zwia­dow­ca wy­jął ocho­czo z blu­zy La­cha cy­ga­ret­ki i za­pał­ki. Gdy za­cią­gnę­li się dy­mem, wy­słu­chał opo­wie­ści o czer­wo­nej ho­ło­cie, któ­ra chce znie­wo­lić Eu­ro­pę.

To wte­dy strze­lec o imio­nach Pa­weł Wik­tor, szczę­ka­jąc z bólu zę­ba­mi, opo­wie­dział czer­wo­no­ar­mi­ście o swo­ich ro­dzi­cach. Opi­sał mu dwo­rek we wsi Do­łha, w któ­rej po­dob­no miesz­kał. Po­chwa­lił się, że jego ro­dzin­na po­sia­dłość leży za­le­d­wie trzy go­dzi­ny mar­szu na po­łu­dnio­wy za­chód. Po­pro­sił, by go tam za­pro­wa­dził. Obie­cy­wał za to so­wi­tą na­gro­dę. Do­kład­nie wy­ja­śnił, jak tra­fić. Mó­wił, że wzdłuż dro­gi ob­sa­dzo­nej li­pa­mi pły­nie rzecz­ka.

– Woda w niej to krysz­tał. Moż­na pić bez obaw, a przy mły­nie chło­pa­ki ze wsi ła­pią ryby i raki. – Roz­ma­rzył się w szcze­niac­kim unie­sie­niu. Do­dał, że za sta­rym klo­nem na skrzy­żo­wa­niu bę­dzie ce­gla­na ka­plicz­ka, a na wzgó­rzu ro­do­wy cmen­ta­rzyk z ka­mien­ną bra­mą.

Ro­sja­nin z uwa­gą wy­słu­chał ran­ne­go Po­la­ka. Do­wie­dział się, że jest on je­dy­na­kiem, że tuż przed woj­ną z ma­jąt­ku ucie­kła ru­siń­ska służ­ba i zo­stał tyl­ko je­den nie­do­łęż­ny for­nal. Pa­weł po­chwa­lił się, że mają sta­re­go wy­żła, któ­ry wabi się Kasz­tan, i że pies jest nie­zwy­kle ła­god­ny.

Zwia­dow­ca za­da­wał swo­je py­ta­nia od nie­chce­nia, by nie wzbu­dzić po­dej­rzeń, jak­by to była miła po­ga­węd­ka, a nie prze­słu­cha­nie. Prze­pla­tał je zmy­ślo­ny­mi opo­wie­ścia­mi o swo­im szczę­śli­wym dzie­ciń­stwie. Wspo­mniał o wspa­nia­łych, ko­cha­ją­cych ro­dzi­cach, któ­rzy za­pew­ni­li mu god­ną po­dzi­wu mło­dość i wy­kształ­ce­nie w Ki­jo­wie. Fak­ty były inne. Po­cho­dził wpraw­dzie z pol­skiej ro­dzi­ny wy­wie­zio­nej spod Grod­na na Sy­bir, ale ra­do­sne­go dzie­ciń­stwa nie miał, bo wy­cho­wał się w Mo­hy­le­wie, w sie­ro­ciń­cu pro­wa­dzo­nym przez sio­stry za­kon­ne.

Dał spo­kój ża­ło­snym wspo­mnie­niom o ro­dzi­cach, któ­rych ni­g­dy nie spo­tkał, bo się go wy­rze­kli. Już za to za­słu­gi­wa­li na śmierć, jak wszy­scy bun­tu­ją­cy się prze­ciw ma­tecz­ce Ro­sji. Wie­dział, co zro­bić z Po­lacz­kiem. W jego od­dzia­le z za­sa­dy nie bra­ło się jeń­ców.

Kie­dy Pa­weł za­koń­czył ckli­wą opo­wieść o ro­dzin­nym domu, zwia­dow­ca uznał, że nad­szedł czas, by skró­cić jego męki. Strze­lił nie­do­pał­kiem na dno oko­pu i nie­spiesz­nie się­gnął po ba­gnet. Już miał wbić sta­lo­we ostrze pod że­bra ran­ne­go, lecz w ostat­niej chwi­li się opa­mię­tał. Zro­bi­ło mu się żal no­wiut­kie­go mun­du­ru, któ­ry za­chla­pał­by krwią. Schwy­cił więc ran­ne­go za gło­wę i, tak jak to ro­bił nie­raz z pol­ski­mi żoł­nie­rza­mi, z ca­łej siły prze­krę­cił ją w bok. Usły­szał ci­che chrup­nię­cie, po któ­rym chło­pak osu­nął mu się w ra­mio­na i zwiot­czał.

Zwia­dow­ca zła­pał gów­nia­rza za nogi i od­cią­gnął na dno leja po po­ci­sku ar­mat­nim. To wte­dy, gdy się po­chy­lał nad cia­łem, do­strzegł mię­dzy klap­ka­mi roz­pię­te­go koł­nie­rza zło­ty me­da­lik. Po­boż­ny żoł­nie­rzyk miał pe­cha – Mat­ka Bo­ska Nie­po­ka­la­na, w któ­rą wie­rzył, nie oca­li­ła go. Wi­docz­nie była czymś za­ję­ta.

Ro­sja­nin, uwa­ża­jąc, by nie ro­ze­rwać łań­cusz­ka, zdjął zdo­bycz i na­ło­żył so­bie na szy­ję. Spraw­dził jesz­cze kie­sze­nie mar­twe­go. Szczę­ście mu do­pi­sy­wa­ło. W spodniach zna­lazł bel­gij­skie­go brow­nin­ga i srebr­ny ze­ga­rek z de­wiz­ką. Z blu­zy wy­jął ksią­żecz­kę woj­sko­wą i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że mar­twy strze­lec był jego ró­wie­śni­kiem. Obaj przy­szli na świat we wrze­śniu ty­siąc dzie­więć­set dru­gie­go roku. Zwia­dow­ca roz­piął dru­gą kie­szeń blu­zy nie­bosz­czy­ka i wy­jął z niej list. Li­te­ry na ko­per­cie były roz­ma­za­ne, po­my­ślał więc, że ktoś skro­pił je łza­mi. Prócz rzew­nej ko­re­spon­den­cji z bła­ga­niem o po­wrót do domu ro­dzin­ne­go w środ­ku było zdję­cie ko­bie­ty w śred­nim wie­ku ucze­sa­nej w kok, za­pew­ne mat­ki Paw­ła. Nie­wia­sta uśmie­cha­ła się uf­nie, wy­cią­ga­jąc szy­ję z bia­łej ża­kar­do­wej bluz­ki, jak­by chcia­ła coś waż­ne­go po­wie­dzieć.

Ro­sja­nin nie wia­do­mo dla­cze­go uśmiech­nął się do jej po­do­bi­zny, a po­tem zdjął z nie­bosz­czy­ka mun­dur i prze­brał się, jak­by miał to od daw­na za­pla­no­wa­ne.

Uni­form pro­sto ze szwal­ni le­żał na nim jak ulał. Mimo że koł­nierz blu­zy był wy­bru­dzo­ny zie­mią i że na pra­wym man­kie­cie wid­nia­ły pla­my z za­krze­płej krwi, to i tak był o nie­bo lep­szy niż wy­tar­ta gim­na­stior­ka i wy­szmel­co­wa­ne ko­le­jar­skie spodnie. Chło­pak na­ło­żył też na gło­wę ro­ga­tyw­kę z orzeł­kiem, bo jego bu­dio­nów­ka z czer­wo­ną gwiaz­dą prze­pa­dła gdzieś w cza­sie lot­ni­cze­go ata­ku. Z ca­łe­go odzie­nia naj­bar­dziej spodo­ba­ły mu się buty z cho­lew­ka­mi ze skó­ry cie­lę­cej. Buty ma­rze­nie: so­lid­ne, pod­ze­lo­wa­ne, pach­ną­ce pa­stą. Od­kąd je zo­ba­czył, na­brał na nie ocho­ty. Ścią­gnął je ze stóp mar­twe­go. Przez mo­ment się wa­hał, czy wy­rzu­cić onu­ce, ale tyl­ko je wy­trze­pał i bez ce­re­gie­li ob­wią­zał nimi swo­je brud­ne sto­py. Wsu­nął je do bu­tów, któ­re pa­so­wa­ły na nie­go ide­al­nie.

Nagi nie­bosz­czyk z wy­sta­ją­cy­mi że­bra­mi draż­nił go, jak­by to on sam le­żał wy­cią­gnię­ty na pia­chu i wy­sta­wiał na czyjś wi­dok swo­je przy­ro­dze­nie. Dla po­rząd­ku ubrał go w swój mun­dur. Wło­żył mu do kie­sze­ni wła­sną ksią­żecz­kę woj­sko­wą, za­sa­lu­to­wał, zro­bił prze­pi­so­wy zwrot i od­ma­sze­ro­wał.

*

Ru­szył w stro­nę Do­łhy, ukła­da­jąc w gło­wie plan, któ­ry pod­su­nął mu ła­two­wier­ny żoł­nierz. Po dro­dze pa­ro­dio­wał jego głos i ru­chy. Przy­szło mu to za­dzi­wia­ją­co ła­two i spra­wi­ło nie­skry­wa­ną przy­jem­ność. Po­su­wał się skra­ja­mi la­sów i pól, by trud­niej było go do­strzec. Po mniej wię­cej dwóch go­dzi­nach uj­rzał na dnie nie­wiel­kiej ko­tlin­ki krę­tą po­lną dro­gę. Gdzie pro­wa­dzi­ła? Do nie­ba, a może do pie­kła?

Prze­sko­czył mie­dzę usia­ną ka­mie­nia­mi i zna­lazł się na łące po­ro­śnię­tej tra­wą oraz mchem. Bał się otwar­tej prze­strze­ni. Po­ko­na­nie jej bie­giem za­ję­ło mu kil­ka­na­ście se­kund. Wi­dział po­bie­la­łą od słoń­ca czasz­kę za­ją­ca, a może kró­li­ka, któ­ry kie­dyś ki­cał we­so­ło, za­nim roz­szar­pa­ły go szczę­ki dra­pież­ni­ka. Do­strzegł też świe­że od­ci­ski łap lisa po­zo­sta­wio­ne na wy­schnię­tym bło­cie. Po chwi­li za za­krę­tem po­ka­za­ło się sa­mot­ne go­spo­dar­stwo.

Przy­sta­nął. Iść czy nie iść? Po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać: zna­leźć wodę, zdo­być coś do je­dze­nia, a je­śli się da, to na­wet od­po­cząć.

Zbli­żał się do za­bu­do­wań od stro­ny wie­ko­we­go sadu, w któ­rym drze­wa ugi­na­ły się od doj­rza­łych owo­ców. Ze zło­ci­sty­mi jabł­ka­mi, któ­ry­mi wkrót­ce na­peł­nił kie­sze­nie, sta­nął pod ścia­ną sto­do­ły. Na­słu­chi­wał, wbi­ja­jąc zęby w so­czy­sty miąższ. Było mu do­brze, o ile tak może być mło­de­mu chło­pa­ko­wi na woj­nie, na ob­cej zie­mi. Kie­dy zjadł jabł­ko i wy­rzu­cił ogry­zek, zo­ba­czył roz­ło­ży­stą gru­szę. Za­pra­gnął skosz­to­wać jej słod­kich owo­ców. Ob­szedł drze­wo, od­go­nił osę i wy­cią­gnął rękę po szpi­cza­stą gru­chę, ale za­marł rap­tow­nie, jak­by zdzie­lo­ny obu­chem mię­dzy oczy.

Po­śród ga­łę­zi ukry­ta była gru­ba tyka słu­żą­ca do strą­ca­nia owo­ców z przy­mo­co­wa­nym do niej stra­chem na wró­ble. Ale to nie był zwy­czaj­ny strach, tyl­ko drob­na sta­rusz­ka w lnia­nej ko­szu­li na­dzia­na na drew­nia­ną żerdź. Ostrze wy­sta­wa­ło bie­dacz­ce z gar­dła, krew za­sty­gła jej na no­gach, a chu­dziut­kie ręce zwi­sa­ły wzdłuż tu­ło­wia jak po­ła­ma­ne ko­na­ry.

W jed­nej se­kun­dzie chło­pak stra­cił ocho­tę na owo­ce. Prze­cie­rał oczy ze zdu­mie­nia, nie wie­rząc w to, co wi­dzi, ale nie było cza­su na roz­my­śla­nia. In­stynk­tow­nie przy­lgnął do de­sek sto­do­ły na­grza­nych od słoń­ca i za­czął się wy­co­fy­wać.

Ude­rzy­ła go nie­na­tu­ral­na ci­sza. Nie sły­szał gda­ka­nia kur ani od­gło­sów by­dła. Na szczę­ście nie było psa, któ­ry mógł­by rzu­cić się do no­ga­wek albo do gar­dła. Schy­lo­ny przedarł się przez ło­pia­ny i przy­cup­nął za po­chy­lo­nym wy­chod­kiem. I wte­dy do jego uszu do­tarł za­sta­na­wia­ją­cy mo­no­ton­ny dźwięk. Ma­szy­na, a może czło­wiek? Nie po­tra­fił od­gad­nąć, co go wy­da­je. Po­sta­no­wił to spraw­dzić. Od­bez­pie­czył pi­sto­let i wszedł pew­nie na po­dwór­ko.

To, co tam zo­ba­czył, ode­bra­ło mu na mo­ment ro­zum. Ga­pił się na nie­wiel­ki tra­wia­sty plac. Kil­ka kro­ków od nie­go ob­ra­cał się drew­nia­ny kie­rat, do któ­re­go przy­wią­za­ni byli łań­cu­cha­mi bro­da­ty Cy­gan i bru­nat­ny niedź­wiedź. Kie­dyś jako dziec­ko chło­pak wi­dział po­dob­ną parę na jar­mar­ku pod Miń­skiem. Sta­ry Cy­gan de­mon­stro­wał ta­niec niedź­wie­dzia, wy­gry­wa­jąc mu na skrzyp­cach skocz­ną me­lo­dię.

Bro­dacz w kwie­ci­stej ko­szu­li i bu­fia­stych haj­da­we­rach nie żył. Tyl­ko niedź­wiedź groź­nie po­sa­py­wał, nie po­tra­fiąc się uwol­nić od łań­cu­cha, któ­ry przy­ku­wał go do gru­bej bel­ki. Naj­dziw­niej­sze było, że zwie­rzę za­miast przed­nich łap mia­ło dwa krwa­wią­ce ki­ku­ty. Po co ko­muś łapy mi­sia?

Chło­pak przy­po­mniał so­bie sło­wa sko­śno­okie­go Kir­gi­za, któ­ry był ku­cha­rzem w jego od­dzia­le. Tam­ten mó­wił, że kto skosz­tu­je zupy ugo­to­wa­nej na ła­pach niedź­wie­dzia, uzy­ska nad­ludz­ką siłę i spryt. Nie ro­zu­miał, dla­cze­go ów ktoś, kto wy­my­ślił ma­ka­brycz­ne przed­sta­wie­nie, nie za­bił zwie­rzę­cia od razu. Oka­le­czo­ny niedź­wiedź wpa­try­wał się w przy­by­sza męt­nym wzro­kiem, bez­myśl­nie prąc do przo­du i cią­gnąc za sobą tru­pa. Nad parą za­przę­gnię­tą do ja­ło­wej pra­cy uno­si­ła się chma­ra ką­śli­wych much.

Mło­dzik ob­szedł skrzy­pią­cy kie­rat i sta­nął przy stud­ni. Cały czas ob­ser­wu­jąc te­ren, wy­cią­gnął że­la­zne wia­dro z drew­nia­nej cem­bro­wi­ny. Kie­dy od­cze­pił je z haka i prze­chy­lił, by za­spo­ko­ić pra­gnie­nie, prze­klął woj­nę, bo za­miast zim­nej wody uj­rzał na dnie od­rą­ba­ną gło­wę dziew­czy­ny ze ślicz­nym czar­nym war­ko­czem.

Po chwi­li, gdy opa­dły emo­cje, jesz­cze raz zaj­rzał do wia­dra. Pa­trząc na za­dar­ty no­sek i na za­mar­łe usta czar­no­bre­wej, za­sta­na­wiał się, dla­cze­go sam nie był zdol­ny do ta­kich od­ra­ża­ją­cych czy­nów. Czy był za sła­by, by de­lek­to­wać się zbrod­nią? I dla­cze­go od­cho­dził na bok, gdy jego ko­le­dzy z od­dzia­łu prze­ci­na­li pol­skich pa­nów piłą cie­siel­ską i za­ba­wia­li się ze szla­chec­ki­mi dziew­ka­mi przy za­wo­dze­niu har­mosz­ki?

Prze­mógł się. Wsu­nął rękę do że­la­zne­go wia­dra i de­li­kat­nym, nie­mal piesz­czo­tli­wym ru­chem od­su­nął z czo­ła dziew­ki ko­smyk zle­pio­nych krwią wło­sów. Jego uwa­gę przy­ku­wa­ły ob­na­żo­ne zęby i wy­su­nię­ty ję­zyk. Po­my­ślał o czymś i prze­szły go ciar­ki.

13 maja 1968 r., Warszawa, Dom Partii

Ostre świa­tło biu­ro­wej lamp­ki oświe­tla­ło owal­ny stół w ga­bi­ne­cie na trze­cim pię­trze biu­row­ca przy No­wym Świe­cie sześć przez dwa­na­ście. W nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu obi­tym aku­stycz­ną matą ci­sza zda­wa­ła się roz­sa­dzać bę­ben­ki.

Po­staw­ny, lek­ko szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna od­giął dło­nią na­grza­ny klosz, by dać od­po­czy­nek zmę­czo­nym oczom. Po­tem prze­tarł jed­no­dnio­wy za­rost na po­licz­kach i spoj­rzał na sie­dzą­ce­go na krze­śle go­ścia w sta­lo­wym gar­ni­tu­rze.

– Czy wszyst­kie moje po­le­ce­nia zo­sta­ły wy­ko­na­ne?

– Tak, wszyst­kie. Ra­dziec­cy przy­ja­cie­le są nam życz­li­wi. Wy­sta­wi­li już od­po­wied­nie do­ku­men­ty, mimo że chy­ba nie w peł­ni zda­ją so­bie spra­wę z na­szych za­mia­rów.

– Do­sko­na­le, to­wa­rzy­szu Le­chic­ki. Tym bar­dziej trze­ba bę­dzie do­ce­nić ich po­świę­ce­nie, gdy przy­ja­dą do nas z re­wi­zy­tą. Zor­ga­ni­zu­je­cie wy­pad do Łań­ska. Wam to aku­rat­nie wy­cho­dzi. Oni uwiel­bia­ją pol­ską na­tu­rę i inne atrak­cje pod­la­ne spi­ry­tu­sem. Wie­cie, co mam na my­śli? – Mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Cy­ca­te ak­ty­wist­ki de­fi­lu­ją­ce przed try­bu­ną ho­no­ro­wą na Pierw­sze­go Maja? – Ni­ski męż­czy­zna z pod­puch­nię­ty­mi ocza­mi za­śmiał się ru­basz­nie, lecz skar­co­ny spoj­rze­niem An­drze­ja Gór­skie­go szyb­ko za­milkł.

– Mu­si­my zdwo­ić wy­sił­ki. Sami wi­dzi­cie, że na­stro­je w na­szym obo­zie nie są naj­lep­sze. My­śmy się już upo­ra­li z mar­co­wym pasz­te­tem, ale Pe­pi­ki wciąż po­gry­wa­ją w pi­czy polo. Do­sta­li mał­pie­go ro­zu­mu. Za­chcie­wa się im so­cja­li­zmu z ludz­ką twa­rzą! Tak bar­dzo, że wkrót­ce chy­ba go zo­ba­czą.

Tu­bal­ny śmiech Gór­skie­go urwał się nie­spo­dzie­wa­nie.

Ni­ski, ły­sie­ją­cy męż­czy­zna chciał odejść, ale jego szef po­de­rwał się z krze­sła i za­gro­dził mu dro­gę.

– Przy­po­mi­nam, dla for­mal­no­ści, za­sa­dy współ­pra­cy. Żad­nych za­pi­sków, nie dzwo­ni­my do sie­bie, no chy­ba że zda­rzy się coś wy­jąt­ko­we­go. Przy­cho­dzi­cie tyl­ko wte­dy, gdy was o to po­pro­szę. Z ni­kim się nie kon­tak­tu­je­cie, tyl­ko ze mną.

Le­chic­ki pa­trzył na Gór­skie­go nie­chęt­nym wzro­kiem. Nie­bie­skie oczy prze­ło­żo­ne­go, gę­ste ja­sne wło­sy i gład­ka twarz z moc­no za­ry­so­wa­ny­mi szczę­ka­mi bu­dzi­ły w nim mę­ską za­zdrość.

– Jak naj­mniej wie­dzieć to pierw­sza za­sa­da, to­wa­rzy­szu. Wy­bra­łem was, bo do­głęb­nie ją ro­zu­mie­cie – ob­ja­śnił Gór­ski.

– Wszy­scy zna­ją chlub­ną prze­szłość to­wa­rzy­sza i dla­te­go chcie­li­by z nim współ­pra­co­wać.

Ta fał­szy­wa wa­ze­li­niar­ska for­muł­ka po­brzmie­wa­ła jesz­cze dłu­go po wyj­ściu za­ro­zu­mia­łe­go ka­ra­cza­na w wy­tłu­mio­nym po­miesz­cze­niu przy­po­mi­na­ją­cym egip­ski gro­bo­wiec.

An­drzej Gór­ski czuł do Zyg­mun­ta Le­chic­kie­go au­ten­tycz­ne obrzy­dze­nie. Mały, trzę­są­cy ga­cia­mi fa­cet pra­co­wał z nim od paź­dzier­ni­ko­we­go prze­ło­mu w pięć­dzie­sią­tym szó­stym. Wie­dział za dużo, by moż­na było się go po­zbyć. Może na­wet miał na nie­go ja­kie­goś haka, któ­re­go trze­ba stę­pić, póki nie wbi­je się bo­le­śnie w cia­ło. Żeby się uwol­nić od przy­krych my­śli, Gór­ski schy­lił się pod dę­bo­we biur­ko. Otwo­rzył drzwicz­ki i się­gnął po flasz­kę czy­stej. Opu­kał lak scy­zo­ry­kiem i wy­bił ko­rek, ude­rza­jąc z wy­czu­ciem dło­nią w den­ko pół­li­trów­ki. Nie po­trze­bo­wał szklan­ki. Kla­so­wy, ro­bot­ni­czy ry­tu­ał przy­swo­ił so­bie tak samo, jak każ­dy zdro­wy oby­wa­tel kra­ju le­żą­ce­go nad Wi­słą.

W jego gar­dle za­bul­go­ta­ło i obez­wład­nia­ją­ce cie­pło spły­nę­ło do żo­łąd­ka. Gór­ski od­cze­kał chwi­lę. Przy­mknął oczy i wlał do ust ko­lej­ną por­cję si­wu­chy. Tym ra­zem le­kar­stwo przy­nio­sło od­wrot­ny sku­tek. Po­licz­ki po­kry­te ostrym za­ro­stem po­de­szły krwią, bo kpi­na w gło­sie Zyg­mun­ta Le­chic­kie­go za­bo­la­ła go jak wbi­ty pod że­bra nóż. Przy­po­mniał so­bie za­ska­ku­ją­cy sy­gnał, któ­ry wy­sy­ła­ło cia­ło ka­ra­cza­na. W cza­sie krót­kiej roz­mo­wy jego pod­wład­ny był nie­na­tu­ral­nie spię­ty, jak­by ko­goś – a może cze­goś – się lę­kał.

Od pew­ne­go cza­su ba­wi­ło go od­ga­dy­wa­nie gry cia­ła u lu­dzi. W tram­wa­ju, na uli­cy albo na­wet na ze­bra­niach ak­ty­wu par­tyj­ne­go ana­li­zo­wał po­sta­wy, ru­chy, spoj­rze­nia, ge­sty i sło­wa. Ostat­nio eks­pe­ry­men­to­wał na Le­chic­kim, sta­ra­jąc się wpro­wa­dzić go w za­kło­po­ta­nie. Kur­du­pel przyj­mo­wał otwar­tą lub za­mknię­tą po­sta­wę cia­ła, nie­świa­do­mie do­pa­so­wu­jąc się do jego po­le­ceń jak mu­zyk w or­kie­strze do dy­ry­gen­ta. Na twa­rzy pod­wład­ne­go pod ma­ską za­do­wo­le­nia cza­ił się obrzy­dli­wy strach.

Gór­ski od­sta­wił flasz­kę i się­gnął do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki po kar­to­no­we pu­de­łecz­ko z ry­sun­kiem ro­syj­skie­go lu­do­we­go in­stru­men­tu. Uniósł po­kryw­kę. Schwy­cił śli­ski sta­lo­wy drut. Roz­wi­nął go na bla­cie i prze­cią­gnął z czu­ło­ścią mię­dzy opusz­ka­mi pal­ców, na­stęp­nie bły­ska­wicz­nie zwi­nął i pie­czo­ło­wi­cie uło­żył w pu­de­łecz­ku, jak­by od­gry­wał ta­jem­ni­czy ry­tu­ał.

Po tym ćwi­cze­niu uśmiech­nął się do sie­bie za­gad­ko­wo. Był ogrom­nie cie­kaw, jaki prze­kaz ode­brał­by Le­chic­ki, wi­dząc jego nie­win­ną za­ba­wę. Cia­ło w od­róż­nie­niu od ję­zy­ka ni­g­dy nie kła­mie.

25 maja 1968 r., Warszawa

W ten wy­jąt­ko­wo chłod­ny dzień do­kucz­li­wa mżaw­ka wi­sia­ła nad sto­li­cą Pol­ski, fun­du­jąc war­sza­wia­kom przy­gnę­bia­ją­cą sza­rość.

Star­szy męż­czy­zna, któ­ry wy­siadł z tram­wa­ju nu­mer je­den na przy­stan­ku przy uli­cy Ma­ria­na Bucz­ka, zda­wał się nie przej­mo­wać ka­pry­śną aurą. Po­sta­wił koł­nierz or­ta­lio­no­we­go płasz­cza, na­cią­gnął na czo­ło ron­do fil­co­we­go ka­pe­lu­sza i ru­szył w stro­nę bu­dyn­ku dwor­ca ko­le­jo­we­go War­sza­wa Gdań­ska, sta­ra­jąc się za­cho­wać dy­stans do gęst­nie­ją­ce­go tłu­mu. Ostat­nio miał uraz do ludz­kiej masy. Ósme­go mar­ca wraz ze stu­den­ta­mi ma­sze­ro­wał Kra­kow­skim Przed­mie­ściem w stro­nę Kró­lew­skiej. Wiał wte­dy prze­ni­kli­wy wiatr i top­nie­ją­ce płat­ki śnie­gu wi­ro­wa­ły nad gło­wa­mi ni­czym zrzu­ca­ne z nie­ba ho­stie. Pro­te­stu­ją­cy wy­la­li się jak wez­bra­na rze­ka całą sze­ro­ko­ścią uli­cy, wzno­sząc an­ty­pań­stwo­we okrzy­ki, lecz nie­spo­dzie­wa­nie za pa­ła­cem Tysz­kie­wi­czów na­tknę­li się na szczel­ną blo­ka­dę sfor­mo­wa­ną przez mi­li­cję i par­tyj­nych ak­ty­wi­stów.

Kil­ka­na­ście ny­sek i sa­mo­cho­dów GAZ ta­ra­so­wa­ło im dro­gę. Z me­ga­fo­nów na­wo­ły­wał do ro­zej­ścia się głos po­dob­ny do szcze­ka­nia psa, a nad do­ma­mi zło­wiesz­czo war­czał he­li­kop­ter. Wła­dza per­fek­cyj­nie przy­go­to­wa­ła się do star­cia z pro­te­stu­ją­cy­mi. Heł­my, pał­ki, ma­ski prze­ciw­ga­zo­we, ar­mat­ki wod­ne, a na­wet ka­me­ry fil­mo­we do re­je­stro­wa­nia uczest­ni­ków nie­le­gal­nej de­mon­stra­cji. Ta­kie­go po­ka­zu siły nikt się nie spo­dzie­wał.

Roz­go­rącz­ko­wa­ny tłum, wi­dząc sztur­mo­we od­dzia­ły mi­li­cji, ak­ty­wu ro­bot­ni­cze­go i ORMO – bi­ją­ce­go ser­ca par­tii – za­trzy­mał się, a po­tem spa­ni­ko­wa­ny za­wró­cił.

Wy­co­fy­wa­li się bez­ład­nie, a za nimi na­cie­ra­ła w zor­ga­ni­zo­wa­nym szy­ku mi­li­cja z Go­lę­dzi­no­wa. Sły­chać było zło­wiesz­cze ude­rze­nia pa­łek o tar­cze. Prze­bie­gli oko­ło dwu­stu me­trów. Byli na wy­so­ko­ści ko­ścio­ła Świę­te­go Krzy­ża i wte­dy męż­czy­zna po­pchnię­ty przez ko­goś upadł na ka­mien­ne stop­nie. Nie mógł się pod­nieść, po­szczu­ty owczar­kiem nie­miec­kim na pol­skim wik­cie i do­stał fest przez ple­cy mi­li­cyj­ną lolą. Z opre­sji wy­ra­to­wa­ła go mło­da za­kon­ni­ca, któ­ra schwy­ci­ła nie­zna­jo­me­go za rękę i po­cią­gnę­ła do świą­ty­ni, nie dba­jąc o gro­żą­ce jej kon­se­kwen­cje.

Te­raz nikt już męż­czy­zny nie go­nił. Zwich­nię­ta kost­ka wy­zdro­wia­ła. Szedł w środ­ku spo­koj­nej ludz­kiej masy na dru­gi pe­ron dwor­ca, z któ­re­go od­jeż­dżał po­ciąg pa­sa­żer­ski do Wied­nia. Z okien wa­go­nów z na­pi­sem PKP wy­chy­la­li się pod­eks­cy­to­wa­ni pa­sa­że­ro­wie. Za­pew­nia­li, że tam, gdzie jadą, będą na sie­bie uwa­żać, co­kol­wiek by to zna­czy­ło. Mó­wi­li, że będą pa­mię­tać o czymś waż­nym, lecz aku­rat te sło­wa nie mu­sia­ły być praw­dą, gdy z do­ku­men­tem po­dró­ży w jed­ną stro­nę że­gna­li się na za­wsze z lu­do­wą, so­cja­li­stycz­ną oj­czy­zną.

Na od­jeż­dża­ją­cych i że­gna­ją­cych spo­glą­da­ła z pla­ka­tu roz­pro­mie­nio­na twarz Wła­dy­sła­wa Go­muł­ki. Przez szkła ro­go­wych oku­la­rów pierw­szy se­kre­tarz wi­dział świe­tla­ną przy­szłość na­ro­du nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne­go z par­tią ro­bot­ni­czą, po­pie­ra­ją­ce­go po­li­ty­kę po­ko­ju świa­to­we­go i po­stę­pu.

„Ro­bot­ni­cy nie wy­ba­czą pro­wo­ka­to­rom i roz­ra­bia­kom”, „Sy­jo­ni­ści do Izra­ela” gło­si­ły na­pi­sy na afi­szach przy­le­pio­nych do ogło­sze­nio­we­go słu­pa. Nad wiel­gach­ny­mi li­te­ra­mi ży­la­sta ro­bot­ni­cza pięść wy­su­nię­ta z pod­wi­nię­te­go rę­ka­wa ko­szu­li zda­wa­ła się tę groź­bę urze­czy­wist­niać.

Star­szy męż­czy­zna, któ­ry przy­szedł na dwo­rzec sam, był przy­gnę­bio­ny. Wczo­raj do­stał wy­po­wie­dze­nie pra­cy na uni­wer­sy­te­cie, na któ­rym pra­co­wał bli­sko dwa­dzie­ścia lat. Jego ga­bi­net za­plom­bo­wa­no, a z drzwi znik­nę­ła mo­sięż­na ta­blicz­ka z na­zwi­skiem i ty­tu­łem na­uko­wym. For­mu­ła zwol­nie­nia pod­pi­sa­ne­go przez rek­to­ra za­czy­na­ła się ele­ganc­ko:Uprzej­mie za­wia­da­miam Oby­wa­te­la Do­cen­ta…Po­tem było już go­rzej:zgod­nie z proś­bą Mi­ni­ster Oświa­ty i Szkol­nic­twa Wyż­sze­go udzie­lił Mu z dniem dzi­siej­szym urlo­pu bez­ter­mi­no­we­go. W związ­ku z po­wyż­szym po­le­ci­łem z tą datą wstrzy­mać Oby­wa­te­lo­wi Do­cen­to­wi wy­pła­ca­nie upo­sa­że­nia na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim.

Męż­czy­zna roz­glą­dał się nie­pew­nie. Pró­bo­wał prze­chwy­cić czy­jeś spoj­rze­nie albo uśmiech. Nie miał po­ję­cia jed­nak, jak ten ktoś, kto wczo­raj wie­czo­rem za­dzwo­nił do nie­go na do­mo­wy nu­mer, wy­glą­da. Wie­dział za to, że wła­śnie dzi­siaj po­wi­nien zna­leźć się na dru­gim pe­ro­nie War­sza­wy Gdań­skiej i ode­brać waż­ną wia­do­mość. Może in­for­ma­cję od ży­dow­skie­go stu­den­ta, któ­ry opusz­czał kraj na za­wsze i chciał mu po­dzię­ko­wać za lata na­uki?

Do­cho­dzi­ła dzie­więt­na­sta pięć. Po­wie­trze prze­ciął ostry gwiz­dek i ręka za­wia­dow­cy z li­za­kiem na drew­nia­nej rącz­ce po­wę­dro­wa­ła do góry nad las pa­ra­so­li. W od­po­wie­dzi drzwi w wa­go­nach nie­mal jed­no­cze­śnie się za­trza­snę­ły, a z dwor­co­we­go me­ga­fo­nu po­pły­nął ko­bie­cy głos upo­mi­na­ją­cy, by ze­bra­ni od­su­nę­li się od toru.

Zgni­ło­zie­lo­na lo­ko­mo­ty­wa elek­trycz­na z Pa­fa­wa­gu o nu­me­rze bocz­nym EUO7-006, do któ­rej do­cze­pio­no skład, drgnę­ła. Chwi­lę póź­niej sta­lo­we koła się ob­ró­ci­ły i po­ciąg po­to­czył się po szy­nach do in­ne­go, po­noć lep­sze­go świa­ta. Męż­czy­zna wi­dział łzy tych, któ­rzy wo­le­li zo­stać na nie­go­ścin­nej zie­mi, po­wie­wa­ją­ce ko­bie­ce chu­s­tecz­ki i nie­do­pał­ki rzu­co­ne na mię­dzy­to­rze. Nie­ba­wem ostat­ni wa­gon po­cią­gu da­le­ko­bież­ne­go znik­nął za fi­la­rem wia­duk­tu po­mię­dzy słu­pa­mi trak­cyj­ny­mi usta­wio­ny­mi re­gu­lar­nie po obu stro­nach toru ni­czym szu­bie­ni­ce.

Z od­jaz­dem po­cią­gu emo­cje opa­dły. Ze­bra­ni nie­po­strze­że­nie się ro­ze­szli. Na dwor­cu za­pa­no­wa­ły nuda i ci­sza. Jed­nak męż­czy­zna w ka­pe­lu­szu i pro­chow­cu wciąż nie od­cho­dził. Stał z rę­ka­mi w kie­sze­niach na mo­krym pe­ro­nie, ku­ląc się przed mżaw­ką. Na­gle za jego ple­ca­mi wy­ro­sła po­stać w blu­zie woj­sko­wej i spodniach ko­lo­ru kha­ki.

– Pan Ja­kub Stern? – Wy­spor­to­wa­ny mło­dzie­niec z grzyw­ką opa­da­ją­cą na czo­ło spo­glą­dał py­ta­ją­co.

– A o co cho­dzi?

– Czy pan re­dak­tor Stern? – rzu­cił nie­zna­jo­my znie­cier­pli­wio­ny py­ta­niem, a kie­dy usły­szał ci­che po­twier­dze­nie, do­dał nie­mal z ulgą: – Mam dla pana wia­do­mość.

By­czek wy­jął z kie­sze­ni blu­zy sza­rą za­kle­jo­ną ko­per­tę bez znacz­ka i wrę­czył ją roz­mów­cy.

– Od kogo? – do­py­ty­wał ob­da­ro­wa­ny.

Mło­dzie­niec wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie czy­tam cu­dzej ko­re­spon­den­cji! – rzu­cił za­ro­zu­mia­le i, nie oglą­da­jąc się, od­ma­sze­ro­wał sprę­ży­stym kro­kiem w stro­nę bu­dyn­ku dwor­ca.

*

Ja­kub Stern za­in­try­go­wa­ny ta­jem­ni­czym prze­ka­zem mi­nął kiosk Ru­chu i wszedł do ko­le­jo­we­go baru, by się ogrzać i zjeść ko­la­cję. Za­jął miej­sce przy la­dzie na koń­cu za­krę­co­ne­go ogon­ka.

Wy­star­czył rzut oka na menu wy­pi­sa­ne kre­dą na ta­bli­cy, by się prze­ko­nać, że za­opa­trze­nie jest zna­ko­mi­te. Wy­ja­śnie­nie owe­go cudu było try­wial­ne. Jak co roku tuż przed pierw­szo­ma­jo­wym świę­tem par­tia na­ka­za­ła rzu­cić do wszyst­kich skle­pów spo­żyw­czych w kra­ju za­pa­sy wę­dlin, kawy, a na­wet rzad­ko wi­dy­wa­nych ba­na­nów i cy­tru­sów, któ­re przy­pły­nę­ły z Kuby rzą­dzo­nej przez ca­ma­ra­da Fi­de­la Ca­stro.

Stern po za­sta­no­wie­niu wy­brał z bo­ga­te­go menu wą­trób­kę wie­przo­wą z ce­bul­ką i chle­bem ra­zo­wym oraz her­ba­tę gru­ziń­ską z pla­ster­kiem cy­try­ny. Ko­lej­ka po­su­wa­ła się za­dzi­wia­ją­co szyb­ko. Trzy mło­de sprze­daw­czy­nie w śnież­no­bia­łych far­tusz­kach uwi­ja­ły się ocho­czo, pod­czas gdy ze sto­ją­ce­go na kon­tu­arze ra­dia pły­nę­ła słod­ka me­lo­dia o księ­ciu, któ­ry „w ma­leń­kiej Róży ko­chał się”, w wy­ko­na­niu Kasi Sob­czyk.

Nie mi­nę­ło pięć mi­nut, a Ja­kub Stern po­sta­wił na­czy­nia z pach­ną­cym ape­tycz­nie da­niem na sto­li­ku pod oknem. Zdjął zmo­czo­ny or­ta­lion i po­wie­sił go na wie­sza­ku, ka­pe­lusz zo­sta­wił zaś przy zwię­dłej pa­prot­ce na pa­ra­pe­cie.

Su­ro­we so­cre­ali­stycz­ne wnę­trze baru wy­peł­niał gę­sty pa­pie­ro­so­wy dym. Sły­chać było przy­tłu­mio­ne roz­mo­wy, czyjś ner­wo­wy śmiech, szczęk na­czyń i szu­ra­nie krze­seł. Od­gło­sy te przy­po­mi­na­ły at­mos­fe­rę in­ne­go dwor­ca w mie­ście, któ­re opu­ścił przed bli­sko ćwierć wie­kiem.

Ja­kub przy­gła­dził dło­nią szpa­ko­wa­te wło­sy i się­gał do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki po ta­jem­ni­czą ko­per­tę, któ­rą do­stał od nie­zna­jo­me­go po­słań­ca, gdy po­ja­wi­li się przy nim dwaj męż­czyź­ni w iden­tycz­nych si­wych pro­chow­cach.

– Mamy do sie­bie szczę­ście! – za­czął niż­szy gość za­miast przy­wi­ta­nia. – Góra z górą się nie zej­dzie, a my zno­wu się wi­dzi­my, pa­nie do­cen­cie!

– Czyż­by pan też szy­ko­wał się do wy­jaz­du? – do­py­ty­wał wyż­szy taj­niak z ospo­wa­tą twa­rzą.

– Przy­sze­dłem po­że­gnać swo­ich stu­den­tów, tyle chy­ba jesz­cze mi wol­no? – od­po­wie­dział Stern ze śpiew­nym lwow­skim ak­cen­tem. – A pa­no­wie stąd nie wy­jeż­dża­cie? – Tak­so­wał bez­czel­nie dwóch anio­łów, któ­rych gęby zdra­dza­ły nie­lu­bia­ną pro­fe­sję.

– Do­igra się pan kie­dyś, oj do­igra!

– Je­śli mi to są­dzo­ne… – stwier­dził spo­koj­nie Ja­kub i na­dział wą­trób­kę na ko­niec alu­mi­nio­we­go wi­del­ca.

Nie zwra­cał uwa­gi na opie­ku­nów. Wło­żył od­kro­jo­ny ka­wa­łek do ust i za­po­lo­wał na po­je­dyn­czą ce­bul­kę pły­wa­ją­cą w rdza­wo-tłu­stym so­sie na fa­jan­so­wym ta­le­rzy­ku z nie­bie­skim logo PKP. Kie­dy pod­niósł gło­wę, na­mol­na para dys­ku­to­wa­ła z ja­kąś za­pła­ka­ną ko­bie­tą w dru­gim ką­cie sali. Wkrót­ce wy­wia­dow­cy wy­szli do po­cze­kal­ni i wte­dy Ja­kub po­now­nie wsu­nął dłoń do kie­sze­ni. Za­in­try­go­wa­ny wy­jął ko­per­tę i ro­ze­rwał jej brzeg. Się­gnął po zło­żo­ną kart­kę i roz­pro­sto­wał ją. To, co zo­ba­czył, wy­da­ło mu się po­nu­rym żar­tem.

Trzy­mał w dło­niach for­mu­larz za­pro­sze­nia wy­dru­ko­wa­ne­go po ro­syj­sku:Swi­di­tel­stwo Nr 001510. Graż­da­nin Pol­skoj Na­rod­noj Re­spu­bli­ki. Pri­gła­sze­nie na wre­mien­nyj wjezd w CCCP na 7 dniej1.

Na blan­kie­cie ktoś wy­pi­sał dłu­go­pi­sem jego imię i na­zwi­sko oraz datę i miej­sce uro­dzin. Za­sko­czo­ny ob­ra­cał druk w dło­niach. Za­pro­szo­ny gość miał obo­wią­zek wje­chać do Związ­ku Ra­dziec­kie­go czie­rez po­gra­nicz­nyj punkt – Briest2 i opu­ścić Kraj Rad nie póź­niej niż dwu­dzie­ste­go dru­gie­go sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go ósme­go roku. Au­ten­tycz­ność do­ku­men­tu po­twier­dzał kar­mi­no­wy od­cisk pie­czę­ci ozdo­bio­ny sier­pem i mło­tem oraz za­ma­szy­sty pod­pis urzęd­ni­ka.

Stern nie pla­no­wał po­dró­ży na wschód i już za­mie­rzał wy­rzu­cić for­mu­larz do ko­sza sto­ją­ce­go z boku, lecz gdy po­now­nie prze­czy­tał na­zwi­sko oso­by za­pra­sza­ją­cej, na­gle oży­ły ukry­te ob­ra­zy z prze­szło­ści. Wi­dział ocza­mi wy­obraź­ni swo­je ro­dzin­ne mia­sto i tra­ge­dię, któ­ra spo­tka­ła jego miesz­kań­ców. Przy­po­mniał so­bie dom na Po­hu­lan­ce i po­bli­skie wzgó­rze, na któ­rym roz­cią­gał się cmen­tarz Ły­cza­kow­ski z kwa­te­ra­mi obroń­ców Lwo­wa i na­grob­ka­mi sław­nych Po­la­ków.

Prze­łknął ostat­ni kęs wą­trób­ki, za­gryzł go chle­bem i po­pił her­ba­tą. Gdy się­gał po ka­pe­lusz, wie­dział, że nie­dłu­go wy­bie­rze się w po­dróż do Lwo­wa, by wy­rów­nać ra­chun­ki z przy­po­mi­na­ją­cą o so­bie prze­szło­ścią.

Za­raz po tym po­sta­no­wie­niu zro­dzi­ły się w jego gło­wie py­ta­nia o to, dla­cze­go wła­śnie on i dla­cze­go dziś otrzy­mał to za­pro­sze­nie. Zda­wał so­bie spra­wę, że nic nie dzie­je się bez przy­czy­ny, i nie miał złu­dzeń, że wy­pra­wa do utra­co­ne­go świa­ta dzie­ciń­stwa zbu­dzi drze­mią­ce de­mo­ny.

1 Do­ku­ment nr 001510. Oby­wa­tel Pol­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Lu­do­wej. Za­pro­sze­nie na cza­so­wy po­byt w ZSRR na 7 dni.

2 Przez przej­ście gra­nicz­ne w Brze­ściu.

10 czerwca 1968 r., Warszawa, Dom Partii

An­drzej Gór­ski stał przy otwar­tym oknie i w ocze­ki­wa­niu na Le­chic­kie­go ob­ser­wo­wał po­po­łu­dnio­wy ruch na Ale­jach Je­ro­zo­lim­skich. Sze­ro­ką as­fal­to­wą jezd­nią oświe­tlo­ną pro­mie­nia­mi po­po­łu­dnio­we­go słoń­ca po­my­ka­ły no­wiut­kie sy­re­ny 104, do­staw­cze żuki oraz czer­wo­ny au­to­bus, taki jak z pio­sen­ki An­drze­ja Bo­guc­kie­go, któ­ry „mija nowe, ja­sne domy i ogro­dów chłod­ny cień”. Do­pa­dła go ob­ra­zo­bur­cza myśl, że tacy jak on za­słu­że­ni lu­dzie, któ­rzy w pią­tek i świą­tek wy­pru­wa­ją so­bie fla­ki, mogą pew­ne­go dnia za­wi­snąć na szu­bie­ni­cy. Tłum bar­dzo ła­two zma­ni­pu­lo­wać. Wy­star­czy paru spryt­nych pro­wo­ka­to­rów, splot nie­szczę­śli­wych wy­pad­ków i ku­pio­na przez ogłu­pio­ne masy idej­ka za­mie­ni się w nie­moż­li­wą do stłu­mie­nia re­wol­tę.

Gór­ski się żach­nął. Uznał, że ta ohyd­na myśl zo­sta­ła mu pod­szep­nię­ta przez sa­me­go dia­bła, je­śli taki ist­niał, a z pew­no­ścią eg­zy­sto­wał na tym świe­cie, jak za­ło­żo­na przez Tru­ma­na CIA, wy­lę­gar­nia bur­żu­azyj­nych de­mo­nów.

Sko­ro ta­kie były re­gu­ły gry, on nie mógł się z nich wy­ła­mać. To był jego i tyl­ko jego po­mysł, by do­pro­wa­dzić do kon­fron­ta­cji – za­pro­sić parę re­dak­cyj­ną z przed­wo­jen­ne­go pol­skie­go dzien­ni­ka na sen­ty­men­tal­ną po­dróż do Lwo­wa. Pod­wład­ny wy­ko­nał skru­pu­lat­nie jego po­le­ce­nia. Za­ła­twił nie­zbęd­ne for­mal­no­ści, po­sta­rał się o za­pro­sze­nia i zgrał ter­mi­ny.

Zyg­munt Le­chic­ki wszedł do ga­bi­ne­tu punk­tu­al­nie o sie­dem­na­stej. Gór­ski uści­snął mu dłoń, wska­zał krze­sło i po­pro­sił o zre­fe­ro­wa­nie przy­go­to­wań.

Wia­do­mość o wy­jeź­dzie dwój­ki do Lwo­wa brzmia­ła w ustach współ­pra­cow­ni­ka jak frag­ment bra­wu­ro­we­go sce­na­riu­sza, ale w tym szki­cu po­ja­wi­ło się na­głe cię­cie. Gór­skie­mu pu­ści­ły ner­wy. Nie chciał uwie­rzyć, że jego ge­nial­ny plan na­da­je się na śmiet­nik.

– Co wy mi tu pier­do­li­cie, że Alek­san­der Trusz­czy­now się waha?! – Po­de­rwał się zza biur­ka.

Skar­co­ny Zyg­munt Le­chic­ki spu­ścił wzrok na wy­pa­sto­wa­ne klep­ki. Nie chciał przy­po­mi­nać, że ostrze­gał przed wy­so­kim ry­zy­kiem ak­cji poza gra­ni­ca­mi kra­ju.

– Skąd ta wia­do­mość? Zna­cie ja­kieś szcze­gó­ły?

Gór­ski otwo­rzył pu­deł­ko spor­tów i de­mon­stra­cyj­nie, nie czę­stu­jąc ko­le­gi, wło­żył pa­pie­ro­sa do ust.

– Nie znam de­ta­li, ale może…

– Żad­ne może, do kur­wy nę­dzy! – Gór­ski uciął dy­wa­ga­cje, stu­ka­jąc ner­wo­wo pu­deł­kiem za­pa­łek o blat biur­ka. – O tej spra­wie wie­dzia­łem tyl­ko ja, wy i… Da­niel Wol­ny, ale on jest za cien­ki, by kom­bi­no­wać coś za mo­imi ple­ca­mi. Obie­ca­li­ście, że to bę­dzie ko­ron­ko­wa ro­bo­ta!

Le­chic­ki nie wy­trzy­mał:

– Su­ge­ru­je­cie, że…

Gór­ski wy­jął za­pał­kę z pu­deł­ka. Od­pa­lił ją, ude­rza­jąc nie­spo­koj­nie o dra­skę, a na­stęp­nie wcią­gnął ognik do pa­pie­ro­sa.

– Czy po­wie­dzia­łem, że to wa­sza wina?! – Zga­sił pło­myk, ma­cha­jąc de­mon­stra­cyj­nie za­pał­ką w po­wie­trzu.

– Przed chwi­lą… – Le­chic­ki znów nie do­koń­czył.

– Kon­tak­to­wa­li­ście się z kimś? Może by­li­ście nie­ostroż­ni. – GłosGór­skie­go zła­god­niał, a oczy zro­bi­ły się li­sie. Ko­lej­ny eks­pe­ry­ment na Le­chic­kim mógł dać mu ocze­ki­wa­ną od­po­wiedź. – Po­dziel­cie się ze mną tą in­for­ma­cją, bo je­śli sam do cze­goś doj­dę, wte­dy…

– Gro­zi­cie mi? – Twarz ko­nu­sa przy­bra­ła sza­ry ko­lor. Ką­ci­ki jego ust drga­ły, jak­by miał za chwi­lę wy­buch­nąć. Od wie­lu lat był wier­ny Gór­skie­mu jak pies, ale nie za­mie­rzał przed nim skam­leć. Wstał, ob­ró­cił się na pię­cie i wy­szedł bez sło­wa, za­my­ka­jąc drzwi ga­bi­ne­tu.

Gór­ski nie za­trzy­my­wał go. Wie­dział, że każ­dy z nich musi spra­wę do­głęb­nie prze­my­śleć, a gdy emo­cje opad­ną, znaj­dzie się w koń­cu naj­wła­ściw­sze roz­wią­za­nie. De­ner­wo­wa­ła go tyl­ko, nie po raz pierw­szy, iro­nia w gło­sie współ­pra­cow­ni­ka. Czuł się nią do ży­we­go do­tknię­ty. Z chę­cią przy­tknął­by roz­ża­rzo­ne­go peta do łba cham­skie­go ka­ra­cza­na i trzy­mał, aż usły­szał­by syk przy­pa­la­nej skó­ry.

– Może to do­bry po­mysł – po­wie­dział prze­śmiew­czo do sie­bie. – Ta lek­cja po­ko­ry od daw­na ci się na­le­ży!

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do dzie­więt­na­stej bra­ko­wa­ło kwa­dran­sa. Miał za­miar wy­brać się jesz­cze na po­nie­dział­ko­wy tre­ning do klu­bu Gwar­dii, żeby po­bok­so­wać go­dzin­kę, le­gal­nie przy­ło­żyć ko­muś w mor­dę, a po­tem, gdy mię­śnie do­sta­ną wy­cisk, za­dbać o kon­dy­cję umy­sło­wą.

O dwu­dzie­stej pierw­szej w Ka­me­ral­nej mia­ło się od­być spo­tka­nie z ja­kimś li­te­rac­kim ob­ja­wie­niem se­zo­nu. Gór­ski jak na złość nie mógł so­bie przy­po­mnieć na­zwi­ska li­te­ra­ta. W każ­dym ra­zie mó­wio­no, że zna­lazł wy­trych do za­ry­glo­wa­nej pol­skiej prze­szło­ści i że to tyl­ko kwe­stia cza­su, gdy bę­dzie do­ra­dzał sa­me­mu Wie­sła­wo­wi.

Kto by po­my­ślał, dy­wa­go­wał Gór­ski z nut­ką za­zdro­ści, że pod­sta­rza­ły miesz­ka­niec daw­nych kre­sów, dy­plo­ma­ta po pla­ców­kach dy­plo­ma­tycz­nych w Pa­ry­żu i w Bu­da­pesz­cie schwy­ci za pió­ro, by opi­sać pol­skie ją­dro ciem­no­ści?

Ra­port nr 23/68

Prze­stu­dio­wa­łam jego ży­cio­rys i póki co nie zna­la­złam nic, co mo­gło­by nas za­in­te­re­so­wać. Sta­ram się po­znać jego na­wy­ki, ale on, wy­da­je się, nie ma zgub­nych przy­zwy­cza­jeń. K. nie pije w nad­mia­rze i nie pali pa­pie­ro­sów, bo bym o tym wie­dzia­ła. Nie ma psa, któ­ry by mu ka­zał o sta­łych po­rach wy­cho­dzić na spa­cer. Nie cho­dzi do ko­ścio­ła. Spraw­dza­łam kil­ka­krot­nie, że w jego mie­sza­niu na Ma­riensz­ta­cie od stro­ny Wi­sły do póź­na pali się świa­tło. Czy­ta albo pra­cu­je. Może pi­sze i zno­wu na kil­ka mie­się­cy sta­nie się gwiaz­dą li­te­rac­ką, bu­dząc za­wiść ko­le­gów po pió­rze.

Każ­dy czło­wiek ma swo­je sła­bo­ści, on też je ma. To tyl­ko kwe­stia cza­su, bym je od­kry­ła. Jest sa­mot­ny, a czło­wiek sa­mot­ny ła­two ule­ga po­ku­som. Wy­sy­łam mu za­pro­sze­nia, cho­dzę na spo­tka­nia i na wer­ni­sa­że, ma­jąc na­dzie­ję, że wkrót­ce po­znam go oso­bi­ście. Cze­kam na wła­ści­wy mo­ment. Je­stem pew­na, że w koń­cu po­peł­ni błąd.

Wan­da

3 lipca 1968 r., Warszawa, Dom Partii, gabinet pierwszego sekretarza

Lip­co­wy upał od rana da­wał się Wie­sła­wo­wi we zna­ki, więc zdjął ma­ry­nar­kę i po­lu­zo­wał kra­wat. Mo­no­ton­ne sło­wa ofi­ce­ra bez­pie­ki do­cie­ra­ły do nie­go jak zza ścia­ny. Dziś miał wy­jąt­ko­wo zły dzień. Po za­kra­pia­nym spo­tka­niu z ra­dziec­ki­mi to­wa­rzy­sza­mi w dom­ku my­śliw­skim w Łę­guc­kim Mły­nie był nie­zdol­ny do nor­mal­ne­go ży­cia. Póź­ny po­wrót do domu, krę­ta dro­ga w desz­czu, kwę­ka­nie Liwy i nie­spo­koj­ny sen to cena za in­ten­syw­ny dia­log mark­si­stow­ski.

Nic dziw­ne­go, że bo­la­ła go gło­wa jak sto pio­ru­nów. Czuł że­la­zną ob­ręcz ści­ska­ją­cą mu skro­nie, jak­by to była kara za grze­chy mło­do­ści. Przy­po­mniał so­bie śmierć dru­gie­go syn­ka. Zmarł w miesz­ka­niu w Za­wier­ciu wkrót­ce po cięż­kim po­ro­dzie Liwy. Obo­je byli zdru­zgo­ta­ni. Chy­ba dla­te­go przez kil­ka dni trzy­ma­li zwło­ki ma­leń­stwa owi­nię­te w be­cik na sto­le ku­chen­nym, aż zna­leź­li miej­sce na po­chó­wek.

Wte­dy wszyst­ko sprzy­się­gło się prze­ciw nim. Ka­to­lic­ki ksiądz, zna­jąc ich ko­mu­ni­stycz­ne prze­ko­na­nia i wie­dząc, że nie są mał­żeń­stwem, nie ze­zwo­lił na grzesz­ny po­grzeb. Po­cho­wa­li więc syn­ka na kir­ku­cie.

Pa­mię­tał, że był wcze­sny ra­nek, śro­da. Prze­ni­kli­wy wiatr wy­mia­tał z uli­cy Ogro­do­wej ni­sko ście­lą­cą się mgłę, gdy mi­jał ro­bot­ni­ków po­dą­ża­ją­cych do huty szkła. Liwa szła dwa kro­ki za nim i łka­ła ci­cho. Za­ła­ma­ny nie umiał jej po­cie­szyć. Tar­gał szpa­del w le­wej ręce, a pod pa­chą pra­wej le­ciut­kie zwło­ki w zbi­tej przez sie­bie so­sno­wej tru­mien­ce. Sta­rał się nieść ją uważ­nie, a mimo to wy­da­wa­ło mu się, że ma­leń­kie cia­ło syna obi­ja się z ło­sko­tem o ścian­ki.

Otwo­rzył skrzy­pią­cą furt­kę, któ­ra bro­ni­ła do­stę­pu do kir­ku­tu. Pej­sa­ty do­zor­ca w wy­szmel­co­wa­nym cha­ła­cie wpu­ścił ich na kwa­drans, in­ka­su­jąc dzie­sięć zło­tych.

– To bę­dzie tam! – Po­ka­zał miej­sce pod ce­gla­nym mu­rem. – Bóg Izra­ela zna moje do­bre ser­ce!

Wie­sław czuł się wte­dy bez­sil­ny i upo­ko­rzo­ny. Szpa­dlem uto­ro­wał dro­gę przez wy­bu­ja­łe po­krzy­wy. Za­trzy­mał się obok po­zie­le­nia­łej ma­ce­wy ozdo­bio­nej pła­sko­rzeź­bą lwa pod­trzy­mu­ją­ce­go zwój Tory. Pod­ko­pał dar­ni­nę, w któ­rej wiły się ro­sów­ki. Kil­ko­ma ude­rze­nia­mi bla­chow­ni­cy prze­ciął twar­de ko­rze­nie tui. Do­ko­pał się do żwi­ru. Nie usta­wał. Czuł na so­bie wzrok Liwy. Me­tal ude­rzał o ka­my­ki. Kie­dy koń­czył, za­ha­czył nie­spo­dzie­wa­nie o ja­kiś za­rdze­wia­ły drut, zry­wa­jąc so­bie pa­zno­kieć nad­ła­ma­nym sty­li­skiem. Wło­żył kciuk le­wej dło­ni do ust i po­czuł na ję­zy­ku słod­ką krew. Ból przy­wró­cił mu spo­kój. Ukle­pał kop­czyk. Po­ło­żył z wierz­chu wy­ko­pa­ny czar­ny ka­mień. Oparł się o szpa­del. Za­my­ślił. Nie zma­wiał mo­dli­twy, nie miał chę­ci żad­nej so­bie przy­po­mnieć.

Na­gle, jak ostrze­gaw­czy dzwo­ne­czek, po­ja­wi­ła się w jego my­ślach kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka, któ­rą spo­tkał w Ta­trach, w Do­li­nie Strą­ży­skiej la­tem bo­daj sześć­dzie­sią­te­go roku. Wra­ca­ła, jak on, z gór­skiej wy­ciecz­ki do Si­kla­wi­cy i pła­ka­ła ci­cho, bo ob­tar­ła so­bie pię­ty w cia­snych trze­wi­kach. Od­szedł wte­dy kil­ka kro­ków od to­wa­rzy­szą­cej mu ochro­ny, przy­wi­tał się z oj­cem ma­łej i przy­kuc­nął prze­ję­ty. Pa­trzy­ły na nie­go za­łza­wio­ne kasz­ta­no­we oczka. Uśmiech­nął się.

– Jak masz na imię? – za­py­tał.

– Ba­sia – wy­szep­ta­ła mała i przy­tu­li­ła się do nie­go uf­nie.

Po­czuł cie­płe rącz­ki i po­fa­lo­wa­ne kasz­ta­no­we ko­smy­ki za­ła­sko­ta­ły go w szy­ję. Ni­g­dy o tym spo­tka­niu ni­ko­mu nie mó­wił, bo i po co, ale za­wsze my­ślał o „swo­jej” Basi, gdy wspo­mnie­nia co­fa­ły go na ten cho­ler­ny kir­kut w Za­wier­ciu, gdy ko­pał grób dla mar­twe­go syn­ka, sto­jąc obok nie­obec­nej, ska­mie­nia­łej Liwy. Dzie­ci są roz­bra­ja­ją­ce.

– Ufa­cie Gór­skie­mu?

Gło­śne py­ta­nie wy­rwa­ło go z za­du­my, jak­by był na prze­słu­cha­niu. Spoj­rzał na po­staw­ne­go męż­czy­znę w sta­lo­wym gar­ni­tu­rze. Oczy ofi­ce­ra z de­par­ta­men­tu ope­ra­cyj­ne­go po­dob­ne były do oczu do­zor­cy kir­ku­tu. Prze­szy­wa­ją­ce i wy­ra­cho­wa­ne. Wie­dział, że czas An­drze­ja Gór­skie­go nie­dłu­go się skoń­czy, po­dob­nie jak wszyst­kie ry­zy­kow­ne par­tyj­ne ka­rie­ry. Nie­ba­wem zwi­nie pa­ra­sol ochron­ny, któ­ry nad nim trzy­mał. Ten czter­dzie­sto­let­ni Żyd po­cho­dzą­cy ze Lwo­wa był je­dy­nym sy­nem Le­wie­go i Es­te­ry. Liwa da­rzy­ła go nie­zro­zu­mia­łą sym­pa­tią. To dzię­ki niej Aaron Gold­berg na­zy­wał się te­raz zwy­czaj­nie – An­drzej Gór­ski – i pra­co­wał w dru­gim skrzy­dle bu­dyn­ku. Wie­sław po pięć­dzie­sią­tym szó­stym roku przy­dzie­lił mu spe­cjal­ne za­da­nie: miał być jego ocza­mi i usza­mi, czy­li wi­dzieć i sły­szeć to, o czym inni nie mie­li zie­lo­ne­go po­ję­cia. Po mar­co­wych wy­da­rze­niach, któ­re po­dzie­li­ły pol­skie spo­łe­czeń­stwo, ży­dow­skie po­cho­dze­nie zo­sta­wia­ło za Gór­skim vel Gold­ber­giem śmier­dzą­cy ślad, dla­te­go Wie­sław, chcąc nie chcąc, mu­siał się go po­zbyć. Tę de­cy­zję od­kła­dał z dnia na dzień, sta­ra­jąc się nie dzia­łać po­chop­nie.

Zno­wu się za­my­ślił. Ofi­cer mó­wił coś, pró­bu­jąc się sztucz­nie uśmie­chać, lecz jego sło­wa roz­sy­py­wa­ły się jak opusz­czo­ne na zie­mię ko­ra­li­ki.

– Ja ni­ko­mu nie ufam! – oświad­czył zde­cy­do­wa­nie, chcąc za­koń­czyć roz­mo­wę.

– Na­wet mi?

Wie­sław za­śmiał się chra­pli­wie, zdjął oku­la­ry i po­ło­żył je ostroż­nie na biur­ku.

– Wy to zu­peł­nie inna spra­wa, to­wa­rzy­szu. Py­ta­cie chy­ba o Gór­skie­go?

Ofi­cer przy­tak­nął.

– Czy mo­że­cie mi zdra­dzić, czym się wła­ści­wie zaj­mu­je?

Go­muł­ka spoj­rzał na nie­go.

– No cóż. Spe­cja­li­zu­je się w nie­wy­ja­śnio­nych za­gad­kach z prze­szło­ści. Za­przą­ta­ją mu gło­wę in­ter­na­cjo­na­li­ści i kra­jow­cy, a tak­że na­to­liń­czy­cy i pu­ła­wia­nie. In­te­re­su­ją go za­rów­no sta­rzy, jak i mło­dzi wy­wo­dzą­cy się z PPS i PPR. Po­wie­rzy­łem mu od­po­wie­dzial­ne za­da­nie. Ma wy­śle­dzić czło­wie­ka, któ­ry nisz­czy mój au­to­ry­tet. To wy­jąt­ko­wa mi­sja, bo pro­wo­ka­tor wnik­nął w par­tyj­ne struk­tu­ry daw­no temu i uda­je ko­goś in­ne­go niż jest w isto­cie. Cza­sem na­wet my­ślę, że to opo­wieść o że­la­znym wil­ku, któ­rym stra­szy się nie­grzecz­ne dzie­ci. – Wie­sław prze­spa­ce­ro­wał się po czer­wo­nym dy­wa­nie jak po wię­zien­nym spa­cer­nia­ku.

– Dla­te­go pod­ją­łem sto­sow­ne kro­ki i za­ło­ży­łem pod­słuch – po­chwa­lił się ofi­cer.

– Komu za­ło­ży­li­ście pod­słuch? – za­py­tał Wie­sław, ma­su­jąc opusz­ka­mi pal­ców skro­nie.

– Gór­skie­mu. Prze­cież przed chwi­lą sami stwier­dzi­li­ście, to­wa­rzy­szu pierw­szy se­kre­ta­rzu, że ni­ko­mu nie ufa­cie.

Go­muł­ka sta­ran­nie prze­tarł ły­si­nę chu­s­tecz­ką i uty­ka­jąc, pod­szedł do okna z wi­do­kiem na skrzy­żo­wa­nie Ksią­żę­cej i Alei Je­ro­zo­lim­skich. Od­chy­lił lek­ko ko­ta­rę, któ­rą zwy­kle za­su­wał, by świa­tło nie draż­ni­ło mu oczu. Ob­ser­wo­wał po­le­wacz­kę zra­sza­ją­cą as­falt i mi­li­cjan­ta wy­jeż­dża­ją­ce­go z ka­mien­nej za­tocz­ki na ener­dow­skiej MZ-cie.

– Po­wie­dzia­łem tyl­ko… – urwał myśl i zde­cy­do­wa­nym gło­sem do­dał: – Mów­cie, co wie­cie!

– Że to nie jest w peł­ni lo­jal­ny to­wa­rzysz.

– Skąd te przy­pusz­cze­nia?

– Dzia­ła na wła­sną rękę, nie kon­sul­tu­jąc z ni­kim swo­ich po­su­nięć.

Wie­sław nie za­re­ago­wał, choć bo­la­ły go sło­wa do­ty­czą­ce wy­cho­wan­ka, któ­re­go sam uczył kon­spi­ra­cji. Kon­tro­la była jed­ną z na­czel­nych za­sad. Trud­no i dar­mo, nie bę­dzie dla ni­ko­go ro­bił wy­jąt­ków. Wi­docz­nie na­stał czas we­ry­fi­ka­cji to­wa­rzy­sza Gór­skie­go. Mu­siał tyl­ko wy­brać wła­ści­wy mo­ment.

Po­dzię­ko­wał ofi­ce­ro­wi za roz­mo­wę. Za­cze­kał, aż za­mkną się drzwi, i cięż­ko siadł za biur­kiem. Nie miał złu­dzeń. Wie­dział, że w par­tyj­nym apa­ra­cie kry­ją się pod­łe ka­na­lie, któ­re tyl­ko cze­ka­ją, by po­wi­nę­ła mu się noga.

Przy­po­mniał so­bie upo­ko­rze­nie, ja­kie prze­żył je­de­na­ste­go mar­ca na wie­cu w Sali Kon­gre­so­wej. Prze­ma­wiał krót­ko, bo nie­ca­łe dwie go­dzi­ny. Wa­lił z mów­ni­cy praw­dę o od­po­wie­dzial­no­ści za so­cja­li­stycz­ną oj­czy­znę, o na­ro­do­wej afir­ma­cji, ale pod­bu­rze­ni przez Je­rze­go Łu­ka­sze­wi­cza to­wa­rzy­sze z Ko­mi­te­tu Dziel­ni­co­we­go PZPR na Woli za­czę­li po cham­sku skan­do­wać: „Gie­rek, Gie­rek!”. Nie­wy­obra­żal­na po­twarz. I to kto? Uli­za­ny Łu­ka­sze­wicz, któ­ry pił jesz­cze mle­ko mat­ki, kie­dy on od­sia­dy­wał wy­ro­ki za sa­na­cji. Roz­po­li­ty­ko­wa­ny gów­niarz nie zda­wał so­bie na­wet spra­wy, że wła­śnie te­raz sy­jo­ni­ści i neo­hi­tle­row­cy bra­ta­ją się, ko­rzy­sta­jąc z za­mie­sza­nia w kra­ju. Idą rącz­ka w rącz­kę z re­wi­zjo­ni­stycz­ny­mi na­ukow­ca­mi, ko­smo­po­li­ta­mi i tymi ze Związ­ku Li­te­ra­tów Pol­skich, któ­rzy rzu­ca­ją na par­tyj­ne wła­dze wy­ra­fi­no­wa­ne ka­lum­nie.

Ten obłęd­ny marsz do­ni­kąd mu­siał prze­rwać na­tych­miast, żeby nie za­trzy­ma­li go ner­wo­wi ra­dziec­cy to­wa­rzy­sze gro­żą­cy Pe­pi­kom in­ter­wen­cją. So­cja­lizm z ludz­ką twa­rzą? Le­onid Breż­niew już kil­ka razy tłu­ma­czył Ale­xan­dro­wi Du­bče­ko­wi, jak wy­glą­da taka twarz. Je­śli tego do­tąd nie zro­zu­miał, będą mu­sie­li mu wy­ja­śnić ina­czej.

– Du­bček, cho­ler­ny głup­czek i dup­czek – rzu­cił pod no­sem.

Cze­ka­ło go jesz­cze tego dnia dłu­gie po­sie­dze­nie Biu­ra Po­li­tycz­ne­go. Żeby się do nie­go przy­go­to­wać, wy­jął z biur­ka szkic prze­mó­wie­nia i za­czął pod­kre­ślać ko­pio­wym ołów­kiem naj­waż­niej­sze tezy.

Ma­chi­nal­nie się­gnął do kie­sze­ni po pacz­kę gie­won­tów. Prze­ła­mał sta­ran­nie ostat­nie­go pa­pie­ro­sa i wsa­dził po­łów­kę do szkla­nej luf­ki, a po­tem zmiótł dło­nią ty­to­nio­we wiór­ki z bla­tu i wrzu­cił je do pu­deł­ka z rudą śnie­żyn­ką. Wy­ćwi­czo­nym ru­chem przy­pa­lił i za­cią­gnął się za­chłan­nie dy­mem.