Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lekarz z telewizji - Judy Campbell

„To klasyczny macho, zadufany w sobie, znający swoje możliwości i przywykły do pochlebstw. Ale najważniejsze, powtarzała sobie, że jako lekarz jest godny zaufania. Targały nią skrajne emocje. Na wspomnienie ich pocałunku ogarniało ją bezgraniczne szczęście, ale minutę później, gdy na trzeźwo rozważała ten epizod, radość gasła”

Opinie o ebooku Lekarz z telewizji - Judy Campbell

Fragment ebooka Lekarz z telewizji - Judy Campbell

Judy Campbell

Lekarz z telewizji

Tłumaczenie: Krystyna Rabińska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„Pokochasz złocisty piasek, lazur oceanu, dni pełne słońca…”

Sielankowe zdjęcie umieszczone pod tym hasłem w folderze biura podróży kusiło do tego stopnia, że Kerry Latimer niemal czuła ciepło piasku pod stopami, przyjemny chłód wody na skórze, słyszała szelest palm kołysanych morską bryzą.

– Jasne, że bym pokochała – mruknęła ponuro, po czym rozdarła folder na pół, zmięła w kulkę i wrzuciła do kosza. – Szkoda, że nie zobaczę tych złocistych plaż i lazurowego morza.

Spojrzała smętnie przez ociekające deszczem okno na ołowiane niebo i złowieszczy szarobury zarys wzgórz. Lało od dobrych kilku dni, a poziom wody w rzece przepływającej przez miasteczko stale się podnosił.

Obraz diametralnie inny od bajecznych Karaibów i tropikalnej pogody.

Gdyby Frank jechał ostrożniej, gdyby trochę zwolnił, byłaby już blisko tego raju.

Jej wzrok padł na piekielnie drogą koralową sukienkę z jedwabiu w foliowym pokrowcu, wiszącą na ścianie gabinetu. W tej chwili popijałaby szampana w samolocie lecącym na Tobago, na ślub kuzynki. I oczami duszy już się widziała w tej jedwabnej kreacji w roli druhny. Ale teraz, po tym, co się wydarzyło, przez dłuższy czas będzie uwięziona w Braxton Falls, zastępując Franka. Bez najmniejszej szansy na skąpane w słońcu plaże.

– Trzeba mieć pecha, żeby po roku ciężkiej harówki w taki sposób zostać pozbawionym urlopu…

Westchnęła. W tej sytuacji nie pozostało jej nic innego, niż zacisnąć zęby i robić swoje, jak mawiała matka. Podniosła słuchawkę i wystukała numer.

– Pan Denovan O’Mara? – zapytała, usłyszawszy męski głos. – Mówi Kerry Latimer. Pracuję z pańskim bratem w ośrodku zdrowia Pod Modrzewiami w Braxton Falls. Nie mam dla pana dobrych wiadomości. – Wzięła głębszy oddech. – Frank miał wczoraj wypadek, w którym odniósł poważne obrażenia.

Gdy rozmówca milczał, próbowała sobie wyobrazić, co on czuje, otrzymawszy taką informację na temat przyrodniego brata. Spodziewała się, że go zamuruje, że będzie wstrząśnięty, że zapyta o stan brata.

Jednak w głosie Denovana usłyszała raczej poirytowanie niż niepokój.

– Idiota! Co zrobił?!

Lekko zdezorientowana popatrzyła na słuchawkę. Co za bezduszny facet!

– Podejrzewamy, że nacisnął na pedał gazu zamiast hamulca. To samochód z automatyczną skrzynią biegów… Przebił drzwi do garażu, przeciwległą ścianę, wypadł na strome zbocze i uderzył w drzewo.

Odpowiedział jej drwiący śmiech.

– Wcale mnie to nie dziwi, to w jego stylu. Od dawna czułem, że on aż się prosi o wypadek. Jest niecierpliwy i lekkomyślny. Są inni ranni?

– Nie – odparła chłodno. – Nie ma.

– Całe szczęście. Frank jest koszmarnym kierowcą.

Kerry w pełni podzielała opinię Denovana. Frank zawsze za szybko wchodził w zakręt, zarysowując auto, albo cofając się, wgniatał zderzak.

– Gdzie on teraz jest?

– Na razie w tutejszym szpitalu, ale chyba zostanie przewieziony do Laystone na dalsze, bardziej szczegółowe badania. Ma poważne obrażenia głowy oraz kręgosłupa. Stan jest stabilny, ale utrzymujemy Franka w śpiączce farmakologicznej. Uznałam, że powinnam pana zawiadomić, bo, jak rozumiem, jest pan jego jedynym krewnym.

– Hm… Chyba będę zmuszony tam przyjechać, mimo że to dla mnie wielki kłopot…

– Słucham?! – Co to za człowiek? Egoista, który przedkłada swoją wygodę nad los ciężko poszkodowanego brata?

Kerry poczuła, że zaczyna kipieć ze złości. Jeśli komuś dzieje się krzywda i niewygoda, to jej, bo musiała w ostatniej chwili zrezygnować z wakacji, by w najbliższej przyszłości zastępować kolegę w przychodni obsługiwanej przez dwóch lekarzy.

W głosie Denovana usłyszała nutę irytacji.

– Jestem w trakcie rozmów na temat nowego kontraktu, więc trudno mi w tej chwili wyrwać się z Londynu. Oczywiście przyjadę – dodał bez entuzjazmu.

– Byłoby dobrze, żeby znalazł pan wolną chwilę – powiedziała z przekąsem. – Nie jest z nim dobrze.

– Domyślam się. Wygląda na to, że na jakiś czas wypadnie z obiegu, co na pewno nie ułatwi pani życia – zauważył. – Przyjadę jeszcze dziś, po programie. Będę w Braxton po południu.

– Frank na pewno się ucieszy, kiedy wyjdzie ze śpiączki i pana zobaczy.

Ponuro się roześmiał.

– Tak pani myśli?

– Oczywiście! – obruszyła się. – Zakładam, że zatrzyma się pan w jego domu?

– Nie, w hotelu. Jak on się nazywa? Pod Gruszą?

– Mam panu zarezerwować pokój?

Ton jego głosu złagodniał.

– Tak, bardzo dziękuję. Na jedną noc. Jestem wdzięczny, że mnie pani zawiadomiła. Do zobaczenia.

Gdy się rozłączył, Kerry ze ściągniętymi brwiami oparła się w fotelu, gryząc długopis. Nie wiedziała, co myśleć o Denovanie O’Marze, uwielbianym przez tysiące fanek doktorze z programu telewizyjnego, przystojnym, mądrym i ciepłym.

Skrzywiła się. Kilka sekund wcześniej miała okazję poznać prawdziwego Denovana, innego niż jego atrakcyjny publiczny wizerunek: zniecierpliwionego, zirytowanego, aroganckiego. Niesympatycznego.

Skoro jest tak niewrażliwy na cierpienie brata, to jaki jest dla pacjentów?

Nie miała okazji spotkać się z nim osobiście, jedynie kilka razy widziała go w telewizji, gdy wygłaszał swoje opinie na temat najnowszych osiągnięć medycyny lub odpowiadał na pytania telewidzów. Na ekranie był atrakcyjnym celebrytą o ciemnych, niesfornych włosach i bystrych, niebieskich oczach. Jego twarz regularnie pojawiała się na okładkach kolorowych magazynów, na jego porady powoływały się liczne artykuły prasowe. Można powiedzieć, że Denovana O’Marę znali wszyscy, ale ona wcale nie była pewna, czy ma ochotę poznać go osobiście.

– Egoistyczny arogant – mruknęła, sortując korespondencję. – Myśli tylko o tym, że dla niego to fatyga. Zero współczucia dla Franka.

Denovan, młodszy z braci, miał prezencję celebryty, Frank zaś był dobrym, odpowiedzialnym lekarzem, którego Kerry ceniła bardzo wysoko. Owszem, bywał zapalczywy, zwłaszcza po rozwodzie, i być może zapalczywość charakteryzowała obu braci. Mimo to Kerry nauczyła się znosić jego humory, bo pokochała pracę w pięknym Braxton Falls.

Odniosła też wrażenie, że bracia nie są z sobą blisko. Wiedziała jedynie, że od śmierci ojca sześć lat wcześniej Denovan nie pojawił się w Braxton, poza tym Frank nader rzadko wspominał o bracie. A jeśli już, to tonem prześmiewczym, sugerując, że Denovan ma o sobie wygórowane mniemanie, imponuje mu rola celebryty, jest playboyem, którego nie widziano dwa razy z tą samą kobietą. Po dzisiejszej rozmowie z Denovanem była skłonna przyznać Frankowi rację.

Popatrzyła na zegarek, potem na ekran komputera i z westchnieniem otworzyła listę pacjentów wyznaczonych na przedpołudnie. Nie warto roztrząsać relacji między braćmi, to nie jej problem. Lista była długa, co jasno wskazywało, że spadli na nią pacjenci Franka. W nadchodzących tygodniach czeka ją harówka.

O kurczę, przydałyby się wakacje. Od kilku miesięcy cieszyła się na myśl, że będzie druhną, że poleci na ślub w egzotycznym miejscu. To miała być odskocznia od emocjonalnej huśtawki, od której nie mogła się uwolnić przez ostatni rok. Zamknęła oczy, by odsunąć od siebie myśli o smutku i samotności, które ją dręczyły od śmierci Andy’ego. Czasami wręcz wątpiła, czy kiedykolwiek od nich się uwolni.

Nie potrafiła się zmusić, by jako kobieta samotna wyjść z domu, więc jej życie towarzyskie praktycznie ustało. Powoli przyzwyczajała się do samotnych posiłków odgrzewanych w mikrofalówce. To dlatego przywiązywała taką wagę do tych wakacji: miały ją natchnąć optymizmem na przyszłość.

W drzwiach stanęła Daphne Clark, jedna z recepcjonistek, z kubkiem kawy.

– Pomyślałam, że ci to dobrze zrobi – powiedziała. – Na pewno jesteś zmęczona po tym wczorajszym zamieszaniu z Frankiem. Wiesz, co u niego?

– Prawdopodobnie jeszcze dziś zostanie przewieziony do Laystone na dalsze badania, ale nie łudź się, długo nie wróci do pracy. Szukam kogoś na zastępstwo, wątpię jednak, czy coś z tego wyniknie. – Westchnęła. – Facet, który miał tu przyjść na czas mojego urlopu, zadzwonił wczoraj, że rezygnuje.

Daphne ze współczuciem potrząsnęła głową.

– To straszny pech, że nic nie wyszło z twojego urlopu.

– Mógł poczekać z tym wypadkiem, aż wyląduję na Tobago! – mruknęła Kerry. – Dobra, dajmy spokój. Bardzo mi żal biednego Franka. Wcale nie chciał tej kraksy. Miał za sobą ciężki dzień i był rozkojarzony.

– Nie możesz polecieć następnym samolotem, a pacjentów przekazać przychodni w Laystone?

– Wątpię, czy by się zgodzili tak na ostatnią chwilę, a poza tym nie miałabym serca zostawiać Franka w takim stanie. – Kerry upiła kolejny łyk kawy. – O, nic tak dobrze nie robi jak porządny zastrzyk kofeiny. A wracając do tematu urlopu, bądź tak dobra i schowaj tę suknię z powrotem do pudła, bo co na nią spojrzę, to chce mi się płakać. Aha, i zarezerwuj pokój w hotelu dla brata Franka. Przyjedzie dzisiaj po południu.

Daphne się rozpromieniła.

– Dla pana doktora z telewizji? Jasne, że zarezerwuję. I poproszę go o autograf dla mamy. Ogląda wszystkie jego programy i twierdzi, że od samego patrzenia na O’Marę czuje się lepiej.

Kerry wysoko uniosła brwi.

– Wcale nie był czarujący, gdy ze mną rozmawiał. Moim zdaniem to pyszałkowaty stary kawaler.

– Coś ty! Od siedemnastu lat jestem mężatką i mam troje dzieci, a ciągle śnią mi się zabójczo przystojni faceci. Co? Nie wolno? – Sięgnęła po wieszak z suknią Kerry. – Aha, Liz Ferris prosiła, żebyś w wolnej chwili zajrzała do Nellie Styles. Wczoraj Nellie znowu upadła i Liz uważa, że należy się zastanowić, czy nie przyznać jej kogoś do opieki. Pani Styles na pewno będzie protestowała. Powiedziała Liz, że nie życzy sobie żadnych nowych pielęgniarek, że sama da sobie radę i że nie chce, żeby przywożono jej posiłki.

Kerry się roześmiała. Nellie Styles była trudną osobą, ale mimo to wzbudzała podziw.

– Wpadnę do niej w przerwie na lunch – obiecała. – Potem wrócę, żeby powitać Denovana O’Marę, ale wcale mnie to nie cieszy. Czuję, że nie przypadniemy sobie do gustu.

W domu pani Styles było zimno. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej panował tam idealny porządek, teraz na podłodze walały się gazety i magazyny, fotografie rodzinne pokryła warstwa kurzu, a na parapetach leżały zdechłe muchy. Kerry uznała, że musi przekonać starszą panią, by zgodziła się wpuścić kogoś do pomocy.

Nellie Styles stała niepewnie przy drzwiach kuchennych, trzymając się słupka regału. Owinięta pledem sprawiała wrażenie skurczonej z zimna. Na widok Kerry ściągnęła brwi.

– Wydawało mi się, że pielęgniarka mówiła, że dzisiaj przyjedzie doktor O’Mara – zauważyła gderliwym tonem.

– Niestety, doktor O’Mara miał wypadek. Odniósł poważne obrażenia, więc przez jakiś czas nie będzie jeździł na wizyty.

Kobieta wydęła wargi.

– To prawdziwy cud, że nie spotkało go to wcześniej. On jeździ jak opętany…

Gdy staruszka chwiejnym kokiem ruszyła w stronę fotela, Kerry pospieszyła z pomocą.

– Nellie, tu jest zimno. Kominek się nie pali. – Pochyliła się, by wcisnąć włącznik. – Jak się pani czuje?

– Dobrze, całkiem dobrze. Trochę mi chłodno, ale w taką pogodę to nic dziwnego. Nie pamiętam, kiedy padało tak mocno.

Kerry przytaknęła. W drodze do staruszki musiała pokonać olbrzymie kałuże, a nawet teraz słyszała ryk rzeki płynącej wzdłuż głównej ulicy.

– Myślę, że to się niedługo skończy, bo nad wzgórzami trochę się przejaśnia – rzekła optymistycznym tonem. – Jadła pani coś? Albo piła?

Kobieta unikała jej wzroku.

– Właśnie miałam coś sobie zrobić.

– Gorąca zupa powinna panią rozgrzać. Zaraz podgrzeję. Niech pani nie protestuje, to żaden kłopot. – Uśmiechnęła się przekonująco, co spotkało się z wyraźną aprobatą.

– No, żeby zrobić pani przyjemność, to odrobinę, w kubeczku.

Gdy kilka minut później powoli i ze smakiem starsza pani popijała zupę, jej policzki lekko się zaróżowiły.

– To bardzo ładnie ze strony pani doktor, ale mogłam to zrobić sama.

– Oczywiście, ale chcę, żeby się pani oszczędzała. Czuję, że jeszcze nie odzyskała pani sił po tej ostatniej infekcji.

Nellie Styles się nastroszyła.

– Pani doktor, cokolwiek pani powie, nie pójdę do szpitala! – zaprotestowała.

Kerry pogładziła ją po ręce.

– Wcale tego nie chcę, za to postaram się znaleźć pani kogoś do pomocy. Tylko na jakiś czas. Żeby codziennie przyniósł pani coś do jedzenia, może trochę posprzątał… dopóki nie poczuje się pani silniejsza. Bo jak nie, to znowu skończy pani w szpitalu.

Nellie Styles spiorunowała ją wzrokiem, ale po chwili na twarzy pojawił się wyraz rezygnacji.

– Może rzeczywiście jestem w nie najlepszej formie… – Smętnie pokiwała głową. – Gdyby mogła pani coś zorganizować… Ale na krótko!

Musi czuć się bardzo marnie, skoro tak szybko skapitulowała, pomyślała Kerry. Po tylu latach niezależności trudno się przyznać, że nadszedł czas, gdy trzeba skorzystać z czyjejś pomocy.

– Zajmę się tym – obiecała Kerry. – A na razie będzie do pani przychodziła Liz Ferris.

– Liz Ferris? – Staruszka się skrzywiła. – Ona zawsze mówi, żebym więcej paliła w kominku i więcej jadła. Ona chyba ma mnie za bogaczkę!

– To z troski o panią. Wszyscy bardzo panią lubimy i chcemy, żeby miała pani więcej sił.

To ją trochę udobruchało.

– Wiem, dziecinko, wiem. – Upiła kolejny łyk zupy, badawczo przyglądając się Kerry. – Jak sobie pani poradzi bez doktora O’Mary?

– Liczę, że znajdę kogoś na zastępstwo. – Wcale nie była tego pewna, zwłaszcza że kontaktowała się już z kilkoma agencjami, ale nic z tego nie wynikło.

– Pamiętam doktora Franka, jak był dzieckiem. Jego i jego brata. Czasami dla nich gotowałam. – Przez chwilę piła zupę. – Byli bardzo różni. I ciągle się bili, ale ojciec krótko ich trzymał. Jak najpierw stracił pierwszą żonę, a potem nagle odeszła od niego ta druga… wtedy puścił chłopców samopas. Straszne były z nich łobuzy.

– Miejmy nadzieję, że się pogodzili. Brat ma dzisiaj po południu odwiedzić doktora Franka w szpitalu.

– Oni mogą się strasznie kłócić – ostrzegła ją staruszka. – Ich ojciec miał trudny charakter, a poza tym był babiarzem… Niewykluczone, że to po nim odziedziczyli. Nieraz się zastanawiałam, czy to nie dlatego opuściła go matka Denovana, sama była taka młodziutka… Ale uważam, że postąpiła okrutnie, zostawiając takiego malucha. Dziecinko, będziesz musiała ich rozdzielać!

Nie zamierzam tego robić, choćby nie wiem, co się działo, pomyślała Kerry, wyszedłszy z domku pani Styles. Od obu będę się trzymać z daleka. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż uspokajanie dwóch dorosłych facetów.

Z drugiej jednak strony zaintrygowała ją ta nieoczekiwana opowieść o braciach. Wygląda na to, że ich dzieciństwo nie należało do szczęśliwych.

Wróciła do przychodni, ale jedyne miejsce parkingowe niezalane przez wodę było zajęte. Stał tam czerwony sportowy samochód, więc musiała zaparkować niemal pod ścianą budynku, tak że z trudem wysunęła się z auta, prosto w kałużę. Wyjęła z bagażnika pokaźną teczkę z dokumentacją pacjentów oraz torbę lekarską. Trzymając je oburącz przy piersi, w strugach deszczu meandrowała między kałużami.

Tak obładowana pchnęła plecami drzwi biura.

– Jakiś idiota postawił auto na jedynym suchym miejscu – powiedziała na głos. – W butach mi chlupie!

Gdy odkładała teczkę i torbę na krzesło, za plecami usłyszała męski głos. Odwróciła się.

– Och, przepraszam. To moje auto. Nie zdawałem sobie sprawy, że to jedyne suche miejsce.

Ciemnowłosy mężczyzna, który stał oparty o biurko, wyprostował się. Omiótł wzrokiem przemoczoną do nitki Kerry, jej twarz, figurę, mokre buty. Obok niego wyglądający na cztery lata chłopczyk w drucianych okularach siedział na blacie biurka i bębnił piętami w szufladę.

– Zmokła pani – zauważył mężczyzna.

Nie musi mi tego mówić, pomyślała rozdrażniona.

– Domyślam się, że mam przyjemność z panem Denovanem O’Marą, bratem Franka. Nie spodziewałam się pana tak wcześnie. – Popatrzyła na chłopca, który teraz dziobał długopisem blat biurka. – A to kto?

– Archie, mój syn – wyjaśnił Denovan. – Musiałem go zabrać, bo przedszkole jest czynne do dwunastej, a nasza opiekunka się rozchorowała. – Uśmiechnął się do dziecka, jego surowe rysy nagle złagodniały. – Przecież bym cię, słonko, nie zostawił, prawda?

Byli podobni do siebie jak dwie krople wody. Frank nigdy nie mówił, że brat ma dziecko albo partnerkę. Dziwna rodzina. Kerry zastanawiała się, gdzie się podziała matka Archiego. Być może piastuje ważną funkcję w jakiejś korporacji i do domu wraca dopiero wieczorem.

Denovan O’Mara był wyższy i lepiej zbudowany, niż myślała. Prawdę mówiąc, na ekranie telewizora wyglądał gorzej. Bardzo przystojny, nieskazitelnie ubrany, idealnie pasował do wizerunku celebryty.

W lustrze nad umywalką ujrzała swoje odbicie: mokre strąki na głowie i rozmazany makijaż. Nie wiadomo dlaczego ją rozzłościło, że pokazuje się wymuskanemu Denovanowi w tak opłakanym stanie. Z szuflady biurka wyjęła niewielki ręcznik, by wytrzeć twarz i ręce.

– Chyba bardzo wcześnie wyjechał pan z Londynu – zauważyła.

– Wyjechałem zaraz po pracy. Mówiłem pani, że przyjadę, gdy tylko będę mógł. Długo tu nie zabawię, ale pomyślałem, że najpierw zajrzę do przychodni, aby powiedzieć, że już jestem. – Uścisnął mocno jej dłoń.

– Udało się Franka ustabilizować, ale w dalszym ciągu jest na OIOM-ie – poinformowała go, dając do zrozumienia, że nie zdaje sobie sprawy, w jak ciężkim stanie jest jego brat. – Wczoraj sytuacja była krytyczna.

Pokiwał głową.

– Pewnie ma szczęście, że żyje. Ale on jest silny, nie wątpię, że z tego wyjdzie – rzucił od niechcenia, po czym przyjrzał się jej zmęczonej twarzy. – Domyślam się, że znalazła się pani w trudnym położeniu. Szuka pani zastępstwa i robi setki innych rzeczy. Wygląda pani na zaganianą.

Zaganianą, czyli wykończoną, pomyślała, jednocześnie zaskoczona jego trafną oceną sytuacji. Nuta współczucia w jego głosie nieco złagodziła podejrzenie, że ma do czynienia z egoistą. Trudno się dziwić tysiącom wielbicielek pozostających pod jego urokiem: nie dość, że przystojny, to jak chce, potrafi być czarujący. Być może niektóre nawet uważają, że jest seksowny. Ale mimo wszystko Frank zna brata lepiej niż ona, więc nietrudno jej uwierzyć, że Denovan ma o sobie wyjątkowo wysokie mniemanie.

Archie przysunął buzię do twarzy ojca.

– Tato, jestem głodny. Chcę ciasteczko.

– Zaczekaj, pojedziemy do pubu, gdzie się zatrzymamy, i tam dostaniesz jeść.

Archie pociągnął go za ucho.

– Nie chcę czekać! – Podniósł głos. – Jestem bardzo głodny!

– Nie wiem, czy Daphne już dzwoniła do hotelu, ale wasz pokój i tak jeszcze nie byłby gotowy – odezwała się Kerry.

– Mam złe wiadomości. – Daphne, która właśnie weszła, usłyszała słowa Kerry. – W dolinie studzienki nie są w stanie odprowadzić tyle deszczówki i woda zalała pub do tego stopnia, że trzeba było go zamknąć. W promieniu wielu kilometrów nie ma innego hotelu.

– O nie… – jęknęła Kerry. – Jeżeli zalało pub, to co stało się z innymi budynkami?. – I gdzie się zatrzyma ten człowiek z dzieckiem?

– Tato, naprawdę jestem bardzo głodny – mruknął Archie, spoglądając na ojca spode łba. – Poproszę ciasteczko, zaraz! Obiecałeś!

No tak, wiadomo, po kim dzieciak odziedziczył niecierpliwość, pomyślała Kerry, uśmiechając się do chłopca.

– Daphne, ty już znasz brata Franka, prawda?

Recepcjonistka promieniała.

– Od kilku minut. Podejrzewam, że w naszej kuchni znajdzie się coś dla Archiego. – Wyciągnęła do niego rękę. – Szkrabie, chodź ze mną.

Archie zsunął się z biurka i pobiegł za nią.

– Zdaje się, że już znalazł sobie koleżankę – zauważył Denovan. – Fatalna sprawa z tym hotelem. Chyba będę zmuszony jeszcze dzisiaj wrócić do Londynu.

W domku Kerry był jeden wolny pokój. Trochę zagracony, ale stało tam też łóżko. To tylko jedna noc. Przez wzgląd na Archiego poczuła się zmuszona zaproponować nocleg temu arogantowi z dzieckiem.

– Zapraszam do mnie – powiedziała bez większego entuzjazmu. – Mam śpiwór akurat dla Archiego i… – szacowała go wzrokiem – pojedyncze łóżko w wolnym pokoju. Ale nie wiem, czy będzie panu na nim wygodnie.

Ku jej zdziwieniu uśmiechnął się słodko. Od razu odmłodniał i wydał się bardziej przystępny.

– To bardzo miłe z pani strony, zwłaszcza że nie mam ochoty jechać po nocy. – Oczy mu się śmiały. Niesamowite, niebieskie… – Z góry przepraszam za kłopot. I tak już zabieramy pani czas, ale obiecuję, że będziemy bardzo cicho.

– To żaden kłopot.

– Jutro będzie pani miała nas z głowy. Jestem wdzięczny, że mamy gdzie się dzisiaj przespać.

– Nie ma sprawy. – Wyjęła z torby klucze i mu je wręczyła. – Jedźcie tam i się rozgośćcie. Lodówka jest pełna. Mój dom stoi na wzgórzu za przychodnią. Trafi pan bez trudu, bo to jedyny dom z drzwiami pomalowanymi na niebiesko.

Denovan schował klucze do kieszeni, ale na jego twarzy malowało się zażenowanie.

– Mam do pani jeszcze jedną prośbę. Odwiedzę Franka, ale OIOM nie jest odpowiednim miejscem dla dziecka. Zamierzałem poprosić kogoś z obsługi hotelu, żeby się nim zaopiekował, ale, jak widać, zaszła konieczność zmiany planu. Jeżeli ma pani wolny wieczór, to czy mógłbym na godzinę zostawić Archiego pod pani opieką?

Jeżeli mam wolny wieczór? Zabawne. Od wypadku Franka ma pełne ręce roboty! Mimo to Denovan musi odwiedzić brata, a Archie potrzebuje opieki.

Stłumiła westchnienie.

– Nie widzę przeszkód. Będę w domu koło wpół do siódmej.

– Dziękuję z całego serca. Upewnię się tylko, czy robią dla niego wszystko, co należy. A jutro z samego rana wyjedziemy, bo Archie musi zdążyć do przedszkola.

– Jasne.

– Nie wiem, kiedy przyjadę do Braxton po raz drugi, bo to zależy od innych moich zobowiązań. Jak już mówiłem, Frank nie mógł wybrać gorszej pory na wypadek.

Uniosła brwi, współczując jednocześnie biednemu koledze. Denovan to zauważył.

– Widzę w pani oczach dezaprobatę. – Tym razem jego ton był chłodny. – Naprawdę jestem bardzo zajęty. Cudem udało mi się dzisiaj przełożyć różne ważne sprawy.

Gadaj zdrów! – pomyślała.

– Trochę mnie dziwi, że nie znalazł pan czasu w weekend. Wydawało mi się…

Wzrok mu pociemniał.

– Co się pani wydawało? – żachnął się. – Z całym szacunkiem, nic pani do moich planów.

Cholerny zarozumialec! Czuła, że ze złości pieką ją policzki.

– Ja się nie wtrącam… Mnie też nie jest łatwo, ale gdyby Frank był moim bratem…

– Ale nie jest! – uciął.