Lęk i odraza w Las Vegas - Hunter S. Thompson - ebook + książka

Lęk i odraza w Las Vegas ebook

Hunter S. Thompson

0,0
32,00 zł

lub
Opis

Książka Lęk i odraza w Las Vegas ukazała się po raz pierwszy w 1971 roku i sprawiła, że jej autor Hunter S. Thompson stał się niemal natychmiast jedną z największych osobowości w historii literatury w Stanach Zjednoczonych — ikoną kultury popularnej.

Bohaterowie powieści, Raoul Duke i jego samoański adwokat, doktor Gonzo, wyruszają w szaloną podróż w poszukiwaniu „amerykańskiego snu” samochodem wypełnionym po brzegi wszelkimi możliwymi używkami. Mają przygotować dziennikarską relację z zawodów sportowych, zamiast tego jednak pogrążają się w kolejnych falach narkotycznych wizji i bezmyślnej przemocy. Dla obydwu narkotyki są ucieczką, choć mają świadomość, że jest to ucieczka w szaleństwo. Co chwilę ulegają atakom strachu i paranoi, a własne zachowanie budzi w nich w końcu obrzydzenie.

Obłąkańcza wyprawa jest pretekstem do pokazania Ameryki w momencie przełomu — u schyłku epoki dzieci kwiatów i na chwilę przed tym, jak rządy Nixona obudziły w kraju atmosferę spisków i podejrzeń.

Na podstawie książki powstał film Terry’ego Gilliama Las Vegas Parano z Johnnym Deepem w roli Raoula Duke’a — doktora nauk dziennikarskich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 256




Tytuł oryginałuFear and Loathing in Las Vegas
FEAR AND LOATHING IN LAS VEGAS Copyright © The Estate of Hunter S. Thompson, 1971 All rights reserved
Cover illustration by Ralph Steadman Copyright © 1971 by Ralph Steadman Interior Illustrations by Ralph Steadman Copyright © 1971 by Ralph Steadman www.ralphsteadman.com
Copyright © 2018 for the Polish edition by Sojka & Sojka SP. J.
Redaktor Hanna Koźmińska
Posłowie Jakub Żulczyk
ISBN 978-83-66324-10-7
wydawnictwo niebieska studnianiebieskastudnia.plfacebook.com/niebieskastudnia/instagram.com/niebieskastudnia/[email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Boba Geigera,

za wszystko,

ale nie będę tu mówił, za co

– i dla Boba Dylana,

za Mr Tambourine Man

.

Ten, kto czyni z siebie bestię,

pozbywa się cierpień

człowieczeństwa.

dr Samuel Johnson

.

Byliśmy gdzieś na skraju pustyni w okolicach Barstow, gdy poczułem pierwszego kopa. Chyba zdążyłem powiedzieć coś w rodzaju:

– Jakoś mnie zmuliło. Może teraz ty usiądziesz za kółkiem...

I naraz rozległ się jazgot, a niebo wypełniło się tysiącami olbrzymich nietoperzy, skrzeczących, pikujących i nurkujących obok samochodu, który z otwartym dachem pędził sto mil na godzinę, by dowieźć nas do Las Vegas. A jakiś głos wrzeszczał:

– Matko Boska! Co to za stwory?

Po chwili znów zrobiło się cicho. Mój adwokat zdjął koszulę i polał sobie klatę browarem, żeby przyspieszyć opalanie.

– I czego znów się drzesz? – jęknął, zwracając w stronę słońca zamknięte oczy, osłonięte hiszpańskimi lustrzankami.

– Nieważne – odpowiedziałem. – Teraz ty prowadzisz.

Wcisnąłem hamulec i zjechałem naszym Krwawym Rekinem na pobocze autostrady. Nie ma co mówić mu o nietoperzach, pomyślałem. Biedny dureń i tak je zaraz zobaczy.

Zbliżało się południe, a my wciąż mieliśmy przed sobą ponad sto mil. Wiedziałem, że będzie ciężko. Byłem pewien, że za moment obydwaj zupełnie odpadniemy. Nie mogliśmy jednak wrócić ani nawet odpocząć. Musieliśmy dojechać do celu. Akredytacje prasowe na słynne Mint 400 były już w drodze, a my musieliśmy zgłosić się przed czwartą, żeby dostać dźwiękoszczelny apartament. Nowojorskie pismo dla sportowych snobów zajęło się wszystkimi rezerwacjami, łącznie z tym czerwonym, odkrytym chevroletem, którego wynajęliśmy na parkingu przy Sunset Strip... a ja byłem przecież zawodowcem w każdym calu; zobowiązałem się, że napiszę reportaż bez względu na okoliczności.

Goście od sportu dali mi też do ręki trzysta dolców, z których większość poszła na radykalnie ostre ćpanie. Bagażnik samochodu przypominał ruchome laboratorium policyjnej brygady narkotykowej. Mieliśmy dwa worki marihuany, siedemdziesiąt pięć kulek meskaliny, pięć bibułek nasączonych ostrym kwasem, solniczkę nabitą kokainą i całą galaktykę tęczowych dołersów, głupawek i nakręcaczy... a także ćwiartkę tequili, ćwiartkę rumu, skrzynkę budweisera, pół litra eteru i sporo amylu. Wszystko to skręciliśmy zeszłej nocy, jeżdżąc na pełnym gazie po całym okręgu Los Angeles – od Topangi do Watts – i kładąc łapy na wszystkim, co było do zdobycia. Oczywiście nie potrzebowaliśmy aż tyle na tę wyprawę, ale jak już zaczniesz się wkręcać w kolekcjonowanie narkotyków, to próbujesz zgarnąć, ile się da.

Tak na serio, to niepokoił mnie tylko eter. Trudno o coś bardziej bezwładnego, nieodpowiedzialnego i zdeprawowanego niż gość uwalony eterem. A wiedziałem, że już za chwilę załatwimy się tym gównem. Pewnie na następnej stacji benzynowej. Wrzuciliśmy już prawie wszystkiego po trochu i teraz... tak, teraz nadszedł czas na konkretnego niucha eteru. A potem czekało nas sto mil koszmarnego, zaślinionego, paraliżującego stuporu. Jedyny sposób, by nie odpaść po eterze, to zażywanie dużych dawek amylu – nie wszystko naraz, ale spokojnie, regularnie, żeby można było się skoncentrować na prowadzeniu dziewięćdziesiąt na godzinę przez Barstow.

– Stary, tak to mogę jeździć – odezwał się mój adwokat. Pochylił się do radia i podkręcił głośność, nucąc do rytmu: „O jednego macha za daleko, słodki Jezu... O jednego macha za daleko...”.

Jednego? Co za baran! Poczekaj, aż zobaczysz te cholerne nietoperze. Ledwie słyszałem radio... Zapadnięty w fotelu usiłowałem wyłączyć magnetofon, który przez całą drogę grał Sympathy for the Devil. To była jedyna taśma, jaką wzięliśmy, więc leciała na okrągło jako coś w rodzaju obłąkańczej odtrutki na radiową papkę. W sumie też po to, by utrzymać rytm jazdy. Stała prędkość zmniejsza zużycie paliwa – a z jakiegoś powodu w tej chwili wydawało się to istotne. Właśnie. Podczas takiej podróży spalanie paliwa jest najważniejsze. Trzeba zapomnieć o nagłych zrywach, od których krew odpływa z mózgu.

Adwokat zauważył autostopowicza znacznie wcześniej niż ja.

– Weźmy go – powiedział i zanim zdążyłem wymyślić jakieś argumenty, zatrzymał samochód, a biedny ciołek podbiegł z wielkim uśmiechem na twarzy, mówiąc:

– Cholerka! Jeszcze nigdy nie jechałem kabrio!

– Serio? – mruknąłem. – Chyba dasz radę?

Dzieciak gorliwie pokiwał głową i ruszyliśmy w drogę.

– Jesteśmy twoimi kumplami – odezwał się mój adwokat. – Nie jesteśmy tacy jak inni.

Chryste, odwaliło mu, pomyślałem.

– Skończ z tą gadką – wtrąciłem – albo obrzucę cię pijawkami.

Wyszczerzył się. Wyglądało na to, że zrozumiał. Na szczęście w samochodzie panował okrutny hałas – wiatr, radio i magnetofon – więc chłopak na tylnym siedzeniu nie mógł słyszeć, o czym gadamy. Albo i mógł.

Ciekawe, jak długo wytrzymamy? Ile czasu minie, zanim któryś z nas zacznie bredzić i nawijać do tego synka? Co wtedy pomyśli? Przecież ta pustynia była ostatnim znanym miejscem pobytu rodziny Mansona. Ciekawe, czy sobie o tym przypomni, kiedy mój adwokat zacznie wrzeszczeć o nietoperzach i płaszczkach spadających z nieba. Jeśli tak... No cóż, będę musiał urwać mu łeb i zakopać gdzieś ciało. Przecież wiadomo, że nie możemy puścić go wolno. W jednej chwili zakapowałby nas jakimś naziolom z sił porządkowych, a oni pogoniliby za nami jak psy.

Jezu! Ja to powiedziałem czy tylko pomyślałem? Mówiłem na głos? Słyszał mnie? Spojrzałem na adwokata, ale wyglądał na spokojnego – obserwował drogę, prowadząc Krwawego Rekina jakieś sto dziesięć na godzinę. Na tylnym siedzeniu było cicho. Może lepiej pogadam z tym chłopakiem. Może jeśli mu wytłumaczę, co i jak, to się nie spłoszy.

Oczywiście. Odwróciłem się na fotelu i posłałem mu ogromny, cudowny uśmiech... Zachwycił mnie kształt jego czaszki.

– Przy okazji – zacząłem. – Jest coś, co powinieneś zrozumieć.

Patrzył na mnie bez mrugnięcia okiem. Czyżby zgrzytał zębami?

– Słyszysz mnie?! – wrzasnąłem.

Kiwnął łbem.

– To dobrze. Bo chciałbym, żebyś wiedział, że jedziemy do Las Vegas w poszukiwaniu „amerykańskiego snu”. – Uśmiechnąłem się. – Po to wynajęliśmy ten samochód. To był jedyny sposób, kumasz?

Rozejrzał się rozbieganym wzrokiem, ale znów przytaknął.

– Chcę, żebyś poznał całą sytuację, bo to bardzo groźna misja, może nawet okazać się niebezpieczna dla zdrowia... Kurde, zapomniałem o piwie. Chcesz?

Pokręcił głową.

– A trochę eteru?

– Co?

– Nieważne. Przejdźmy do sedna. Posłuchaj. Jakieś dwadzieścia cztery godziny temu byliśmy w „Polo Lounge” w hotelu „Beverly Hills”. Siedzieliśmy sobie pod palmą, na patio oczywiście, aż tu nagle podchodzi jakiś karzeł w mundurze, podaje mi różowy telefon i mówi: „To rozmowa, na którą pan cały czas czekał”.

Parsknąłem śmiechem i otworzyłem następny browar, rozlewając go po całym siedzeniu, ale nawijałem dalej.

– I wiesz co? Miał rację! Rzeczywiście, spodziewałem się tego telefonu, chociaż nie miałem pojęcia, kto zadzwoni. Łapiesz?

Twarz chłopaka zmieniła się w maskę przerażenia i konsternacji, ale brnąłem dalej:

– Chciałbym, żebyś zrozumiał, że ten kolo za kółkiem jest moim adwokatem! To nie jest jakiś pierwszy lepszy palant zgarnięty z ulicy. Patrz na niego, kurde! Nie wygląda jak ty czy ja, co? To dlatego, że jest cudzoziemcem. Chyba Samoańczykiem. Zresztą nieważne, no nie? Nie masz uprzedzeń?

– Nie, wcale nie!

– Tak myślałem. Bez względu na pochodzenie ten gość jest dla mnie niezwykle ważny. – Spojrzałem na adwokata, ale jego umysł gdzieś błądził.

Walnąłem pięścią w fotel kierowcy.

– Na miłość boską, to ważne! To najprawdziwsza historia!

Samochód gwałtownie skręcił, potem wrócił na prostą.

– Spierdalaj z łapskami od mojego karku! – ryknął adwokat.

Chłopak z tyłu wyglądał tak, jakby gotów był zaryzykować i próbować skoku z auta w pełnym pędzie. Między nami pojawiły się jakieś paskudne wibracje – tylko dlaczego? Ogarnęła mnie frustracja i zakłopotanie. Czyżby nie było między nami zrozumienia? Czy stoczyliśmy się do poziomu otępiałych bestii?

Mówiłem prawdę. Byłem pewien, że to prawdziwa historia. Czułem też, że niezwykle ważne jest, by wytłumaczyć znaczenie naszej podróży. Siedzieliśmy w „Polo Lounge” parę godzin, popijaliśmy singapore slings, zagryzaliśmy drinki meskaliną i spłukiwaliśmy je piwem. A gdy zadzwonił telefon, byłem na niego gotowy.

O ile pamiętam, karzeł ostrożnie zbliżył się do stolika i podał mi różowy telefon. Nie odezwałem się ani słowem, tylko słuchałem. Potem odłożyłem słuchawkę i odwróciłem się do mojego adwokata.

– Dzwonili z centrali – powiedziałem. – Chcą, żebym natychmiast jechał do Las Vegas i skontaktował się z jakimś portugalskim fotografem. Nazywa się Lacerda. On będzie wiedział, co dalej. Mam tylko zameldować się w hotelu, a on sam mnie znajdzie.

Mój adwokat przez chwilę milczał, aż wreszcie ożywił się na krześle.

– Do diabła! – wykrzyknął. – Chyba widzę, do czego to prowadzi! Czeka nas wiele problemów! – Wepchnął T-shirt w kolorze khaki za biały pasek dzwonów ze sztucznego jedwabiu i zamówił kolejne drinki. – Będziesz potrzebował najlepszej opieki prawnej, zanim to się skończy. Na początek radzę ci wynająć bardzo szybki samochód, najlepiej kabriolet, i w ciągu czterdziestu ośmiu godzin wynieść się daleko od Los Angeles. – Ze smutkiem potrząsnął głową. – A to rozpieprzy mi cały weekend, bo oczywiście będę musiał jechać z tobą i skończy się tym, że się potwornie nawalimy.

– Czemu nie? – odparłem. – Jeśli coś w ogóle zasługuje na naszą uwagę, to warto zająć się tym porządnie. Będziemy potrzebowali przyzwoitego sprzętu, dużo kasy, przynajmniej na towar, i superczułego magnetofonu, żeby wszystko nagrać.

– O czym ma być ten materiał? – zapytał.

– O Mint 400. To najważniejszy w historii sportu terenowy rajd motocykli i pustynnych łazików, fantastyczny spektakl ku czci bogatego spaślaka o nazwisku Del Webb, właściciela luksusowego hotelu „Mint” w samym centrum Las Vegas... Tak przynajmniej piszą w gazetach. Ten gość z Nowego Jorku właśnie mi to przeczytał.

– No, dobra. Jako twój adwokat doradzam ci zakup motocykla. Inaczej nie wczujesz się w sytuację.

– Zapomnij. Gdzie moglibyśmy zdobyć vincenta black shadow?

– A co to?

– Genialny motor. Nowy model ma silnik o pojemności dwóch tysięcy cali sześciennych i mocy dwustu koni mechanicznych, robi cztery tysiące obrotów na minutę, ma chromowaną obudowę, dwa siodełka z pianki i waży w sumie jakieś dwieście funtów.

– Powinien się nadać.

– Tak jest – zapewniłem. – Skurwiel jest kiepski na zakrętach, ale na prostej to czysty obłęd. Jest w stanie prześcignąć nawet startujący samolot.

– Prześcignąć? Damy radę wytrzymać takie tempo?

– Pewnie. Dzwonię do Nowego Jorku po kasę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki