Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 485 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lęk - Hubert Hender

Pod koniec wakacji na jeleniogórską komendę policji przychodzą roztrzęsieni rodzice i zgłaszają zaginięcie swojej nastoletniej córki. Policja z początku bagatelizuje sprawę. Komisarz Iwanowicz i podkomisarz Gawłowski z wydziału kryminalnego weryfikują zgłoszenie i przesłuchują najbliższe osoby z otoczenia Patrycji. Dziewczynki nie udaje się znaleźć w całym mieście i okolicach, w szkole, u znajomych, w szpitalach i na dworcach. Dziecko jakby rozpłynęło się w ciepłym, sierpniowym powietrzu. Wkrótce giną kolejne dzieci. Ze względu na powiązanie z przeszłością Iwanowicza, dla policjanta sprawa ta szybko nabiera wymiaru osobistego i choć mężczyzna stara się, żeby to nie wpływało na jego osąd i by emocje nie przejęły nad nim kontroli, to i jemu udziela się nerwowa atmosfera, która opada na okolicę niczym paraliżujący całun. Ślady z czasem zaprowadzą go nad rzekę, a Iwanowicz na własnej skórze przekona się, że Lęk może łatwo przerodzić się we wściekłość.

Opinie o ebooku Lęk - Hubert Hender

Fragment ebooka Lęk - Hubert Hender

Strach upośledza rozum.

Mary Douglas

Prolog

– Zabiłeś ją?

Mężczyzna się nie poruszył. Głośno oddychał. Kiwnął głową, nie odrywając spojrzenia od źródła światła.

Napastnik powoli puścił swoją ofiarę. Kucnął nad nim i przysunął mu zimną lufę do twarzy. Znów zadał to samo pytanie, ale nie otrzymał odpowiedzi.

– Czekam pięć sekund, jeśli nie odpowiesz, odstrzelę ci palec. Jeśli dalej nie usłyszę odpowiedzi, odstrzelę kolejny. Zrozumiałeś, sukinsynu?

– Nie…

– Głośniej, nie dosłyszałem.

– Nie…

– Co „nie”? Nie powiesz mi czy po prostu jej nie zabiłeś?

– Nie zabiłem jej.

– Gdzie ona jest?

– Nie wiem.

– Szukałeś jej? Ścigałeś ją? Jechałeś za nią samochodem? Dzwoniłeś? Prześladowałeś? Co?

Milczenie. Czekał na odpowiedź kilka sekund.

– To przed tobą uciekła? Nie ma jej od wielu dni. Nikt jej nie może znaleźć. Zabiłeś ją i wrzuciłeś do rzeki jak pozostałe?

Leżący wzruszył ramionami i przymknął oczy.

– Kłamstwo. A mnie nie wolno okłamywać.

Odłożył broń za siebie, wystarczająco daleko, by mężczyzna nie mógł w żaden sposób po nią sięgnąć. Wziął zamach i z całej siły uderzył go w twarz. Z nosa popłynęła struga krwi. Zamachnął się ponownie i walnął go z całej siły. Czuł, jak mu się napinały mięśnie. Potem uderzył otwartą dłonią w policzek. Zdjął z siebie bluzę, bo aż paliło go od środka. Emocje, wysokie ciśnienie i zmęczenie, a jednocześnie rozsadzała go adrenalina. Rzucił bluzę za siebie.

– Ty skurwysynu, zabiłeś dwoje niewinnych dzieciaków – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Gdzie jest Patrycja?

– Nie wiem…

– Mów!

– Nie wiem…

Wziął zamach i ponownie walnął go z całej siły.

– Czy ona żyje?

– Nie wiem…

Znów wziął zamach…

– Liczę do pięciu.

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. I wtedy wymierzył kolejny cios w sam środek rozkrwawionego nosa. Mężczyzna jęknął z bólu i zaczął wierzgać bez opamiętania. Napastnik przycisnął go mocniej do ziemi. Zmagał się z nim, wkładając w to całą siłę. Katowany człowiek po chwili się uspokoił, tylko ciężko sapał. Pięść oprawcy była cała we krwi. Zmienił pozycję. Usiadł okrakiem na brzuchu swojej ofiary. Zdawał sobie sprawę, że tamtemu będzie ciężej oddychać, ale o to chodziło.

– Daj jakiś znak. Powiedz coś, nim cię zabiję – wysyczał. Czekał, ale odpowiedzi nie usłyszał. Toteż uderzył po raz kolejny w twarz. Nos ofiary stał się masą zmiażdżonych chrząstek i chlustała z niego krew. Zalewała twarz leżącego i lśniła w jasnym świetle. Napastnik zamknął oczy i po chwili je otworzył, jakby próbował otrząsnąć się z tego koszmaru.

Mężczyzna poruszał głową, cały czas patrząc to w światło latarki, to w miejsce, w którym powinna znajdować się twarz napastnika, ale jej nie widział, na próżno wodził wystraszonym wzrokiem. Wydawało mu się, że siedzący na nim człowiek znów mu zadał jakieś pytanie, ale czuł się tak ogłuszony i otępiony, że nawet go nie usłyszał. Krew pulsowała mu w uszach, do tego dochodził szum w całej głowie. Wzruszył ramionami. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Słowa brzmiały, jakby dochodziły z innej przestrzeni.

I wtedy padł kolejny cios. Mocny, który z nosa zrobił mu niemal całkowitą miazgę. Poczuł, że wszystkie chrząstki wchodzą mu w głąb czaszki. Widział brunatną krew wypływającą spod zmiażdżonych tkanek. Nie wiedział, co było bardziej przerażające. Ból czy ten okropny widok krwi.

– I dlatego zacząłeś… Po kolei – dosłyszał jakieś pojedyncze wyrazy, które nie składały się w całe zdania. – Zacząłeś od niego, bo to on był głównym ogniwem tego wszystkiego, od niego wszystko się zaczęło. Potem… – Usłyszał kolejne zdania, ale pod wpływem silnego uderzenia zlały mu się w ciąg słów, których już nie rozumiał. Tracił przytomność, był na skraju wytrzymałości.

Zamknął oczy, a po chwili poczuł piekące uderzenie z otwartej dłoni w skroń.

– …nie powinieneś żyć.

Kolejne silne uderzenie.

Napastnik spojrzał z wściekłością na twarz swojej ofiary. Wyglądała jak czerwona maska, jakby częściowo obdarto ją ze skóry. Tylko białka oczu przypominały, że ta krwawa miazga to ludzka twarz. Nagle białka zniknęły pod powiekami. I wtedy doszedł do wniosku, że najwyższy czas to zakończyć. Znowu zaczął walić go w twarz, a po chwili też w klatkę piersiową. W pewnym momencie katowany mężczyzna wypluł strugę nagromadzonej w ustach krwi.

Co czuje człowiek na widok własnej krwi, która tryska z niego w każdej sekundzie, nieustannie, jakby za wszelką cenę chciała uciec z ciała? Czy w ogóle coś czuje poza falą rozdzierającego bólu? Czy jest czas na jakiekolwiek refleksje, myśli, wspomnienia bądź próbę zrekonstruowania tego, co się tak naprawdę stało? Raczej nie, choć już dwukrotnie omal nie stracił świadomości, ale z każdym kolejnym uderzeniem wracał na jawę. Jak za karę. Fizyczny ból był tak potężny, że nie pozwalał mu zemdleć.

Otworzył oko i dostrzegł, że oprawca otarł z twarzy krew, odsunął się i wstał. Przesunął jeszcze dalej broń. Skatowany człowiek chciał po nią sięgnąć i go zabić, ale była za daleko. Jego ciało przypominało kłodę drewna. Dostrzegł, że napastnik podszedł do rzeki, umył twarz, opłukał ręce, wytarł się w koszulkę i wrócił na miejsce. Potem zrobił kilka kroków w przeciwnym kierunku. Może da mi spokój? Boże, proszę, niech ten przeklęty kat mnie już zostawi, niech sobie idzie… Błagam – mówił do siebie w duchu.

Poruszył delikatnie głową, spojrzał na swoje leżące na ziemi ciało. Wszędzie dokoła wsiąkała jego krew. Po pięciu, może dziesięciu sekundach usłyszał, że oprawca wraca. Stanął nad nim, opierając ręce na biodrach. Pokiwał głową i prychnął z niedowierzaniem. Podszedł bliżej i uklęknął.

Zaczął coś do niego mówić, ale pobity nie słyszał co dokładnie. Był już na skraju wytrzymałości. W pewnej chwili kat złapał go za ręce i przeciągnął go nad sam brzeg rzeki. Jeszcze kilkanaście centymetrów i wyląduje w wodzie. Mężczyzna postawił na nim nogę. Ból był koszmarny, ale nawet nie miał siły wrzasnąć. Wiedział, że jedno kopnięcie i stoczy się do wody.

– Nie wiesz, co oznaczy umierać pod wodą. Wszędzie tylko ciemność i ta przeklęta cisza, nie wiesz, co oznacza, gdy nie możesz się ruszyć… nie rozumiesz – słyszał urywane słowa, choć robił wszystko, by usłyszeć każde z nich, bo być może od nich zależało jego życie. – Twoje ciało idzie pod wodę, a ty nie możesz nic zrobić. Nie możesz się temu przeciwstawić, bo ono zaczyna sztywnieć… ciało pod wodą nieruchomieje. Staje się drętwe, mniej elastyczne… powstrzymujesz się przed wzięciem oddechu. Walczysz z odruchem. Ale po chwili odruchy biorą górę i po parunastu sekundach wypuszczasz z płuc resztki powietrza… zaczynasz wciągać wodę. To normalne, bo to taki odruch, którego się nie pozbędziesz… Jest jak mrugnięcie oczu przez zbliżającym się ciosem. Z odruchami przychodzimy na ten świat, choć nie jesteśmy ich świadomi, i towarzyszą nam przez całe życie. Człowiek jest łapczywy… więc próbuje zrobić wdech, ale zamiast powietrza powoli wlewa ci się woda do płuc, a ty zaczynasz się krztusić… Organizm broni się przed wpuszczeniem wody do płuc, więc zaczynasz ją połykać. Woda zaczyna rozlewać się po całym wnętrzu, wpływa do dróg oddechowych, do płuc… wpadasz w panikę. A wtedy lądujesz w sidłach śmierci. Nim minie parę chwil, zatrzymują się wszelkie czynności oddechowe. I to już jest praktycznie początek końca. Po chwili jesteś nie uratowania. Kończy się twoje życie. Giniesz w ciszy, niesłyszany przez nikogo… ale ja cię będę słyszał. Albo wyobrażę sobie twój krzyk…

Stojący nad nim oprawca poruszył silniej nogą. Zapewne miał ochotę pchnąć go z całej siły.

Boże, jeden ruch.

– Nie… – wybulgotał, a z jego ust wylała się kolejna porcja krwi. Skatowany mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale nie był już w stanie. Poczuł, że to już koniec.

Iwanowicz zdjął nogę z jego ciała. Jeden ruch. Jeden pieprzony ruch i zniknąłby z tego świata.

1

Tydzień wcześniej

Wyciągnął z szuflady fotografię i spojrzał na nią pod słońce. Przyjrzał się widniejącym na niej kształtom, kolorom, cieniom, tym niewielkim, choć widocznym i wyczuwalnym pod palcami wygnieceniom i lekkim załamaniom papieru fotograficznego, po czym ją powąchał. Czuł tylko swój zapach, nic więcej. Robił to odruchowo i za każdym razem czuł to samo. Często dotykał tej fotografii, spoglądał na nią, bawił się nią, dlatego czas zrobił swoje i zostawił jego charakterystyczny zapach potu. Znał każdy detal zdjęcia. Miało piętnaście na dwadzieścia jeden centymetrów i białą obwódkę dookoła. Z tyłu znajdował się podpis zrobiony niebieskim długopisem.

Patrzył na nie ponad dziesięć minut, siedząc niemal nieruchomo w swoim pokoju. Po prawej stronie znajdowało się nieduże okno przysłonięte białą firanką. Dalej jednoosobowe łóżko przykryte starym kocem w kratkę. Tylko to mu zostało po ukochanej babci. Po lewej stronie stała dwuczęściowa szafa, a w niej znajdowały się schludnie ułożone ubrania.

Siedział w identycznej odległości od każdej ze ścian. Z tyłu wyglądał jak student w ciszy przygotowujący się w akademiku do egzaminu.

Wstał, podszedł do okna i odsunął firankę, spojrzał w dal. Zmrużył oczy, bo z zewnątrz wdarł się oślepiający blask. Ale nie przejmował się nim. Był bez znaczenia, bo pogodę i otoczenie należało znosić, koncentrując myśli na czym innym. Nigdy nie robiła na nim wrażenia, podobnie jak głód, pragnienie i poczucie wstydu, na które był od lat uodporniony i które znosił bez mrugnięcia okiem. Widział kilka stojących w pobliżu budynków, a ze dwieście metrów dalej porośnięte krzakami i małymi drzewami brzegi rzeki.

Rzeka. Miejsce, które zawsze przywoływało najgorsze wspomnienia. Były niczym ślady wyryte nożem na blacie stołu – nieusuwalne.

I wtedy przypomniał sobie głos matki, oddalony, jakby dobiegał zza ściany.

– Zostawcie go, zostawcie wreszcie! – krzyczała. Na początku głośno, potem coraz ciszej, jakby traciła siły. – Dajcie mu już spokój, mam dość waszych wrzasków, zabaw i szaleństw. Do jasnej cholery, niewyraźnie mówię?

– Ależ mamo, my się tylko z nim droczymy… – odzywał się wtedy ten głos, którego nienawidził. – Przecież nic mu nie zrobimy, to tylko zabawa. – I czuł silny chwyt i szarpnięcie za włosy. Głowa szła pod wodę. Na pięć, sześć sekund. Czasami na dłużej.

– Nie róbcie mu krzywdy! – krzyczała, leżąc na kocu. – Bo i wy zaraz w dupę dostaniecie, wszyscy po kolei.

Nie było przy nich nigdy ojca. Miał swoje rozrywki. Zwykle w barze albo w przydrożnej knajpie. Matka troszczyła się tylko o brata oraz kuzyna. Setki razy zadawał sobie pytanie dlaczego. Dlaczego tylko o nich dbała? Czemu on, ten młodszy, mniejszy, nie mógł liczyć na wsparcie, na słowo otuchy? Dlaczego nie sprawiła mu nigdy żadnej radości. Dlaczego zawsze był odpychany i nigdy nierozumiany?

– Mamo, to tylko zabawa! – odzywał się starszy brat, który stał po kolana w rzece i trzymał go za włosy. Zaciskał z sadystycznym zacięciem zęby i wkładał jego głowę do wody. Ile to było sekund? Pięć, sześć, siedem, osiem…? Może więcej, trudno było dokładnie liczyć, gdy walczyło się o życie.

– Ej, gdzie wasz brat? Nie słyszę go?!

– Jest, jest – odzywał się kuzyn i wyciągał jego głowę.

Patrzyła pozbawionym wyrazu wzrokiem na nich, na te zabawy, na lipcową beztroskę dzieciaków spragnionych wodnych szaleństw i zabaw. Machała co chwila ręką, okazując swoją bezradność wobec dwóch nieujarzmionych urwisów i jednego słabszego syna. Na tę szaloną trójkę, którą miała pod opieką i z którą co dzień przychodziła nad rzekę.

– Zostawcie już go, wystarczy, że już dziś dostał od ojca w tyłek. Wystarczająco się nacierpiał.

– Ciociu, nic mu nie robimy, to tylko zabawa – rzekł kuzyn, ponownie zanurzając mu głowę pod wodę.

Co on wtedy widział? Co czuł, patrząc kuzynowi w oczy?

Setki razy zastanawiał się, dlaczego tak go nienawidzili, zadawał sobie również pytanie nieco inne: jak się wspomina własne dzieciństwo? Czy jest ono mocno przekłamane, zmitologizowane? Nie wiedział, ale ilekroć wracał pamięcią do przeszłości, miała ona kolor sepii, czasami bywała też czarno-biała. Możliwe, że zależało od intensywności wspomnień, tego, jak były silne i ważne.

Kiedy siedział przy swoim biurku, często myślał o przeszłości. O kolorze sepii corocznych letnich wydarzeń nad rzeką, gdy był torturowany przez swojego kuzyna oraz starszego brata. Notorycznie podduszany, podtapiany, kilkanaście razy obrzucany kamieniami, kopany, bity po twarzy – tak by nikt nie zauważył. Miał tego dość i najchętniej by ich wtedy rozszarpał, ale brakowało mu siły.

Zasłonił firankę, odcinając się od przeszłości. Nie miał siły, owszem, ale potem stało się coś innego, co spowodowało, że już się go nie czepiali.

Wciąż gładził twarz znajdującą się na fotografii. Położył zdjęcie przed sobą i rozprostował, by idealnie przylegało do blatu biurka, wyciągnął olbrzymi nóż z szuflady i z całej siły wbił go w uśmiechającą się postać.

Poczuł ulgę.

2

Dzień był słoneczny. Wyszedł na balkon i spojrzał na ulicę Mickiewicza, przy której mieszkał. Za oknem miał widok na kilka starych pojedynczych willi, które skrywały się między drzewami. Rzucił okiem na budy małych sklepów oraz biegnącą prostopadle ulicę. Dwóch mężczyzn piło piwo, zgarbiona kobieta dźwigała torby zakupów, w oddali biegał pies, który szukał swojego pana, być może równie zagubionego i zbłąkanego, goniącego dokądś bez celu przed siebie, by tylko nie stać w miejscu. Ta rzeczywistość nie zmieniła się od lat. Każdego dnia widział to samo, ale miał też wrażenie, że co dzień oglądał te same osoby wykonujące te same czynności, jakby każdy był zaprogramowany i nie mógł się od nich uwolnić ani ich zmienić, jednak to nie mogła być prawda.

Owszem, stopniowo, powoli zmieniało się oblicze miasta. Ale nie w tym miejscu. Trwało ono tutaj jak zaczarowane. Gdzieniegdzie odnawiano kamienice, kładziono nową elewację, przycinano trawniki, koszono trawę, wywożono śmieci, ale to i tak było za mało, bo charakter tego miejsca wciąż pozostawał ten sam. Wciąż było widać te poniemieckie cechy budownictwa i zagospodarowania okolicy. Więc owszem, miasto się zmieniało, ale nie tutaj. Miejsce, w którym mieszkał, wymykało się logicznemu pojęciu przeobrażania się miasta i przestrzeni. Przynajmniej takie odnosił wrażenie.

Wrócił do środka. Przeniósł laptopa z pokoju do kuchni, zaparzył sobie kawę i zaczął przeglądać pocztę. Chciał się oderwać myślami od miasta, nim zacznie papierkową robotę. Na biurku leżały akta czterech śledztw i dwóch dochodzeń.

Dzień zaczynał od przeglądania wiadomości oraz czytania serwisów internetowych. Zbierał wszystko w głowie, a potem, niczym dobrze filtrująca maszyna, selekcjonował wiadomości, segregował wszystko w myślach, a na koniec zamykał jednym kliknięciem otwarte okna przeglądarki, jakby to jedno kliknięcie miało odciąć go od świata zewnętrznego. Później przez cały dzień, często zupełnie nieświadomie, trawił to i wyciągał wnioski. Bo tak było mu łatwiej znosić rzeczywistość, gdy planował sobie zajęcia. W pamięci wszystko wrzucał do niewidocznych szuflad. To nadawało jego życiu swoisty rytm, ale też, co również brał pod uwagę, lubił tak funkcjonować.

Po południu poszedł do sklepu i kupił świeże pieczywo, wędliny i siedem rodzajów sera. Ułożył jedzenie na odpowiednich miejscach w lodówce. Znów uwidaczniały się w jego zachowaniu, nawet tym zwykłym, codziennym, owe niewidzialne granice i elementy, którymi porządkował sobie życie, tak aby wszystko miało swoje miejsce i przestrzeń.

A pojawiło się w nim to nagle. Któregoś dnia poczuł się zmęczony swoim nieuporządkowaniem i zbyt dużą chaotycznością wokół siebie. I wtedy nastąpiło niewidoczne uderzenie – z dnia na dzień zaczął pracować nad tym, aby wszystko miało swoje miejsce. Myśli, przedmioty i sprawy. Przyszło nieoczekiwanie, toteż bał się, że ucieknie równie niespodziewanie, ale tak się nie stało.

Po powrocie do mieszkania zobaczył na telefonie dwa nieodebrane połączenia. Jedno od Jacka Gawłowskiego, drugie od prokuratora. Wybrał numer do podkomisarza. Czekając na połączenie, otworzył teczkę z aktami i zaczął je kartkować. W ciągu tych paru sekund zdążył się wczytać w protokół oględzin miejsca, do którego się włamano, i w pierwszej chwili nawet nie zwrócił uwagi, że kolega zaczął mówić.

– Dzwoniłem parę minut temu – odezwał się Gawłowski. – Wiesz? Halo?

– Jak widzisz, wpadłem na to, bo inaczej bym nie oddzwaniał.

– Wiem, że wpadłeś. Tak tylko mówię… – Głos nie zdradzał żadnych emocji. I właśnie to go najbardziej w nim denerwowało, bo utrudniało mu odczytywanie nastroju kolegi.

– Zamieniam się w słuch, bo mam mało czasu. Mamy rozgrzebaną sprawę włamań do domków działkowych. Trzeba to ruszyć.

– Pół godziny temu otrzymaliśmy zgłoszenie zaginięcia. Na komendzie pojawiła się roztrzęsiona kobieta. Zaginęła jej czternastoletnia córka.

– No i?

– Od rana nie ma jej w domu.

– I?

– Jak to „i”? Kobieta niemal oszalała, rwała sobie włosy z głowy.

Komisarz westchnął. Przysiadł na krześle i zaczął rozwiązywać sudoku.

– Szał i wyrwane włosy to mało wystarczający powód, by wszczynać poszukiwania.

– Nie, Marek, posłuchaj. Dziewczyna ma czternaście lat. Wiesz, co to oznacza? To jest wiek, kiedy zaczyna się żyć pełnią życia.

– No i?

– Z prawnego punktu widzenia to wciąż dziecko.

– Setki osób w tym wieku zaczynają próbować alkoholu i imprezować. Naprawdę muszę ci mówić takie rzeczy? Pomyśl tylko przez moment, a inaczej spojrzysz na całą sprawę.

– Nie możemy tego ignorować, chociaż sam w głowie mam dziesiątki pomysłów, co mogło się stać. Albo gdzie jest.

– Jacek, spójrz, która jest godzina. Za chwilę mam zamiar wrócić do roboty, bo mamy sporo rozgrzebanych spraw. Przypomnij sobie, jak wygląda nasze biuro, twoje, moje. Mało mamy roboty? Zadzwoń do komendanta i powiedz, by kto inny się tym zajął.

– No nie wiem, raczej nie będzie zadowolony. Kazał nam jechać i rozejrzeć się. Potem przekażemy to komu innemu.

– Ale ja wiem. Przypominam, że wciąż mamy sprawę domków działkowych. Praktycznie nie tknęliśmy jej palcem i może dziś jest dobry dzień, by się tym zająć. Mam przed sobą akta i zamierzam się do tego zabrać. Ponadto mamy pięć innych włamań. Sprawy prawie nietknięte. Mogę jeszcze wymienić inne, które ciągną się od wielu miesięcy. I teraz mamy jeszcze zajmować się nastolatką? Niby jak mamy to wykonać?

Komisarz spojrzał na swoje zakupy, a potem przycisnął telefon do ramienia i zaczął przekładać jedzenie z miejsca na miejsce. Miał nową lodówkę, która mogła pomieścić spore zapasy. Bez wychodzenia z domu był w stanie wyżywić się przez wiele dni, nie wspominając już o zapasach z długim terminem ważności, które zgromadził w piwnicy. Gwarantowały przeżycie wielu tygodni. Każdy produkt odpowiednio sprawdzał i selekcjonował. Nie chciał kupować czegoś, czego nie znał. Nie jadał rzeczy zbyt tanich i niewiadomego pochodzenia, bo starał się dbać o siebie. Zaczął w pierwszej kolejności od jedzenia. Potem, gdy tylko czas na to pozwoli, obiecywał sobie, że poświęci się sportowi, a rozpocznie od treningu kardio.

– Sęk w tym, Marek – powiedział Gawłowski – że nie mamy pewności, czy to typowe zaginięcie, czy coś poważniejszego. – Trzeba to zbadać i zostaliśmy do tego przydzieleni. Szef boi się, że to może być…

– Porwanie.

– Na przykład.

– Minęło kilkanaście godzin. Rozumiem, że rodzice nie otrzymali żadnego telefonu od porywaczy?

– Nie. Lub jeszcze nie.

– A zatem poczekajmy, powtarzam, ochłońcie. Ty i cała reszta. Miałem na drugiej linii prokuratora, jeszcze nie zdążyłem oddzwonić. Nie wiem, czy dzwonił w tej sprawie, ale domyślam się, że tak.

– Pewnie się zastanawiasz, skąd pomysł, że coś się stało. Otóż stąd, że są wakacje. Proste. Cały czas była w domu, poszła wyrzucić śmieci i rozpłynęła się w powietrzu. Kurwa, to nie jest normalne.

Komisarz przygryzł wargę, co było typowe, gdy nad czymś się zastanawiał i analizował różne scenariusze.

– Może miała wypadek, sprawdziliście?

– Sprawdziliśmy. Obdzwoniliśmy wszystkie szpitale. Żaden w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie odnotował przyjęcia dziewczyny w tym wieku. Podaliśmy dla pewności rysopis. Ale też bez rezultatu. Marek, znam procedurę. Przekazaliśmy wiadomości o zaginięciu dziewczyny do wszystkich możliwych miejsc. Szpitale, dworce autobusowe i kolejowe, taksówki. Zawiadomiono również szkołę.

Iwanowicz głośno westchnął, odczekał chwilę, ale kolega już skończył i czekał na jego odpowiedź. Komisarz się wahał, ale wiedział, że się od tego nie wywinie. Nie był jednak do niczego potrzebny. Wydział dochodzeniowy i kryminalny miały do dyspozycji innych funkcjonariuszy, więc nie musieli im przydzielać tej sprawy. Wyczuł, że Gawłowski nie chciał jej ruszać samemu. I to najbardziej nie dawało mu spokoju. Spojrzał na zegarek. Wskazówka sekundnika przesuwała się płynnie za sprawą automatycznego mechanizmu. Miał jeszcze dużo czasu.

– Sprawdziliście, obdzwoniliście… Ale to jeszcze niczego nie dowodzi. Podaj jakieś konkrety, bo na razie to wciąż nie jest dowód, że coś się stało – rzekł, by ostudzić kolegę. – Wiesz, ile komend i komisariatów w tym kraju otrzymuje podobne zgłoszenia? Wiele osób po prostu wychodzi z domu, a potem wraca w nocy albo na drugi dzień, jakby nic się nie stało. Przeprasza rodziców i mówi, że więcej tego nie zrobi. Tak właśnie dorastają dzieciaki. Błędy, pomyłki, krótkowzroczność. – Jego głos zabrzmiał nienaturalnie, ponieważ telefon wbijał mu się w policzek.

– Marek, polecenie to polecenie, lepiej to sprawdzić. Zajmie nam to pół godziny. Z relacji matki wynika, że jej córka wyszła z domu, by wyrzucić śmieci. A potem nagle zapadła się pod ziemię…

– Mówiłeś to już przed chwilą, powtarzasz się. Nie usłyszałem niczego nowego.

– Co mam ci jeszcze powiedzieć? Robisz to specjalnie, by mnie wkurwić? Jeśli tak, to poskutkowało. Od tamtej pory nikt jej nie widział. Nie wiadomo, co się stało, nie dawała znaku życia.

– Co na to komendant? – zapytał po chwili zastanowienia.

– Rozmawiał z tą kobietą osobiście, bo domagała się spotkania. Wymusiła je, choć przecież mógł odmówić. Tak się złożyło, że akurat był w pobliżu, usłyszał, jak się awanturuje, więc obiecał zająć się tym. Z tego, co wiem, ktoś już tam pojechał. Mają sprawdzić miejsce, popytać, zweryfikować, czy ktoś widział porwanie lub jakąś szarpaninę.

– Widziano? Mówiłeś, że wyszła wyrzucić śmieci. Kto miał ją widzieć?

– Nie wiem.

– To ktoś ją widział czy nie?

– Marek, kurwa, nie wiem. Mam zdawkowe informacje. Dlatego szef kazał się tam pojawić i zająć tym wszystkim od początku do końca. Wiem tyle co ty. Jedyna różnica jest taka, że to ja się dowiedziałem o tym pierwszy. I to mnie kazano zebrać ludzi.

Komisarz krzątał się po kuchni bez celu. Wyjął wodę mineralną i upił kilka łyków.

– Wyślij mi adres.

Rozłączył się i zadzwonił do komendanta, który odebrał po jednym sygnale, jakby czekał na jego telefon.

– Zrobiliśmy, o co prosiłeś. Ale nie rozumiem jednego.

– Pytaj.

– Dlaczego tak wcześnie mamy się tym zajmować? Od chwili zaginięcia minęło kilkanaście godzin. Ma czternaście lat, mogła pójść do jakiegoś marketu… Jesteśmy wydziałem kryminalnym, a nie…

– Sprawdziliśmy wszystkie – przerwał mu. – Dla mnie to wystarczający powód.

– Mogła pójść na spacer, nie wiem, do lasu, wykąpać się… Jest lato, to chyba normalne, nie?

– Marek, to ja odpowiadam za działania policji, tak? Pozwól, że będę decydować, kto i kogo szuka oraz kogo przydzielam do tych spraw – odpowiedział komendant. Iwanowicz zamknął oczy. Widział szefa siedzącego za biurkiem. Zapewne miał na sobie idealnie wyprasowaną białą koszulkę z pagonami na ramionach. Zawsze w tej samej nienagannej pozie. Systematyczny, zdyscyplinowany i niemal zawsze spokojny, potrafiący zwymyślać człowieka od najgorszych, siedząc niemal nieruchomo, z lekkim uśmiechem jak u kasjera sklepowego.

– I już? I to są argumenty? Może jeszcze techników wyślij, by sprawdzili dom – zakpił.

– Marek, wiesz, co by się stało, jeśli ktokolwiek, powtarzam, ktokolwiek, prasa, prokurator, szkoła czy cholera wie, kto tam jeszcze, dowiedziałby się, że odmówiłem przesłuchania kobiety, która zgłosiła zaginięcie dziecka? Gdyby się okazało, że naprawdę coś się stało? Wiesz, że wtedy nikt, absolutnie, kurwa, nikt by się ze mną nie cackał, tylko wyciągnąłby konsekwencje. Zostałbym zjebany jak bura suka. Ale to nie koniec. Zrobiłaby się taka nagonka, taki sajgon, taki nalot, taka, kurwa, pogoń za zającami jak na polowaniu, że wszystkich by nas zlinczowali, powiesili i wypatroszyli. A potem jeszcze wystawili na widok publiczny. Chcesz mieć tu jesień średniowiecza? Medialną, prokuratorską czy jakkolwiek inną? Chyba nie! Tobie, mnie i innym policjantom na długie lata odechciałoby się lekceważenia kogokolwiek. Musiałem wszcząć poszukiwania, bo to dziecko. Dziecko, Marek!

– Dziecko, wiem. Ale mamy kilkadziesiąt spraw, którymi nie ma się kiedy zająć, tyle tego jest. I ciągle za mało ludzi.

– Pojedziecie, sprawdzicie, dowiecie się tego i owego. I teraz niech machina rusza…

Komendant coś jeszcze mówił, ale Iwanowicz nie chciał więcej tego słuchać. Rozłączył się.

Machina. Może o to w tym chodziło, by tylko ruszyć machinę. By odhaczyć zadanie. Tak, tylko to się liczyło.

3

Niemal całą odległość dzielącą te miejsca przejechał ulicą Wojska Polskiego. Przy teatrze im. Kamila Cypriana Norwida skręcił w prawo. Był to duży secesyjny budynek z początku wieku. Zawsze gdy przejeżdżał obok tego miejsca, przypominał sobie własne lata młodości, zwłaszcza czasy szkoły podstawowej, gdy z klasą przychodzili na przedstawienia. Nieśmiertelne opowieści o Pinokiu, Królowej Śniegu i dziesiątki innych klasycznych historii. Od dziesięciu lat nie przekroczył progu miejskiego teatru. Był tak do tyłu z tym, co działo się w teatrze, że nawet nie wiedział, czy żałował tego, czy nie.

Przechylił się na fotel pasażera, by dostrzec numery budynków po prawej stronie. Dwadzieścia metrów za skrzyżowaniem ujrzał cel. Sudecka 22. Wjechał wąskim przesmykiem w niewielkie podwórze. Znajdował się tam sklep chemiczny i z farbami. Przy samym wejściu do budynku stał policyjny opel oraz szary radiowóz kombi.

Gawłowski rozmawiał z funkcjonariuszami. Gdy dostrzegł czarne volvo Iwanowicza, wyszedł koledze naprzeciw. Przywitali się i od razu weszli do kamienicy.

Wewnątrz było chłodno.

– Drugie piętro, na końcu korytarza – powiedział Gawłowski. Ubrany był w lniane spodnie i jasnobłękitną koszulkę polo, przez co wyglądał jak zmęczony, podstarzały golfista. Miał krótkie, niemal niewidoczne włosy. Nosił czarne tenisówki, które nie pasowały do jego stylu. Widocznie włożył na szybko byle jakie buty, jakie miał pod ręką. I ta twarz, która zdradzała jego przeszłość – lekko przetrącony nos i blizny na łukach brwiowych.

Był silny i porywczy. Nie można go było wyprowadzać z równowagi i wiedział o tym każdy, kto pracował w jeleniogórskiej policji. Gawłowski starał się jednak nie dawać prowokować. Słynne już stały się jego dawne przewinienia. Jedno z nich Iwanowicz pamiętał doskonale, bo na interwencję przyjechał wraz z patrolem. Było to siedem lat temu. Po otrzymaniu zgłoszenia wszyscy wiedzieli już, że chodzi o ich kolegę i dlatego poprosili Iwanowicza o pomoc. Mieli nadzieję, że wtedy sprawa będzie miała łagodniejszy przebieg i być może uda się zapobiec większej awanturze. Gawłowski brał udział w ostrej bójce w jednej z jeleniogórskich dyskotek. Wypił trochę za dużo, a potem poszedł się bawić na parkiet. W pewnej chwili zaczepili go dresiarze, paru ostrzyżonych na łyso osiłków z dawnej legendarnej siłowni Herkules. Jedno, później drugie szturchnięcie. Według nich wyglądał na łatwy cel – podchmielony mężczyzna w średnim wieku. Sprawiał wrażenie takiego, który lubi sobotnie zabawy.

Gawłowski nie zastanawiał się ani sekundy – pierwszego małoletniego karka, jak to się mówiło na napakowanych i umięśnionych gości, znokautował uderzeniem z głowy, drugiego powalił kopniakiem w brzuch. Następnie rzucił się i zaczął go bić po twarzy. Robił to otwartą dłonią, dzięki czemu przeciwnik nie doznał poważnych obrażeń. Potem, gdy tuż po samym zajściu wychodził z dyskoteki, zaczepił go były bokser, lokalny watażka – Mańkut. Gawłowski ani przez sekundę się nie zastanawiał, czy bicie się ze starym bokserem to dobry pomysł. Rzucił się na Mańkuta i wymierzył mu ponad dziesięć uderzeń w twarz. Tarzali się po ziemi, rwali ubrania, kopali po twarzy. Bójka zakończyła się remisem, ponieważ pod dyskotekę przyjechała zaalarmowana wcześniej policja. Zabrali potłuczonego watażkę, a podkomisarzowi kazali jechać do domu.

Podkomisarz, gdy wytrzeźwiał, szukał ludzi, którzy go wtedy zaczepili. Chciał dokończyć dzieła, ale mu się nie udało. Przez kilka dni próbował ich namierzyć. Bezskutecznie. Po paru dniach sobie odpuścił. Wrócił do obowiązków, a zatarg z małolatami szybko wyparował mu z głowy, ale jeszcze przez ponad trzy tygodnie chodził opuchnięty. Oczywiście mało kogo to wtedy na komendzie dziwiło. Dziś, gdy Iwanowicz przyglądał się swojemu koledze, chwilami nie wierzył, że jeszcze parę lat temu wyciągał go wielokrotnie ze środka niebezpiecznych bijatyk.

W korytarzu kamienicy panował chłód. Było tu czysto, a jasnozielone ściany wyglądały na świeżo malowane. Zza drzwi dobiegały zapachy przyrządzanych posiłków. Stanęli przed wejściem do mieszkania numer dziewięć i zastukali. Po parunastu sekundach otworzyła im niska i krępa kobieta. Iwanowicz zeskanował ją wzrokiem i zapamiętał jej wygląd. Miała około czterdziestu lat, wydatne policzki, po których spływał rozmazany makijaż albo coś, co niedawno nim było. Resztka czarnej kredki spływała z oka. Krótkie blond włosy nie pasowały do jej okrągłej twarzy i nabitej sylwetki. Ubrana była w spódniczkę odsłaniającą mięsiste łydki. Wyglądały jak piłki do rugby. W ręku trzymała chusteczkę, którą wycierała nos. Zapomniała jednak o oczach.

– Możemy wejść? – zapytał bez wstępu komisarz. Wiedział, że w trudnych chwilach wszelkie powitania oraz grzeczne słowa nic nie znaczą. Nikt nie przywiązuje do tego wagi w momencie, gdy znika mu córka. Przynajmniej on tak uważał, a swój punkt widzenia uważał za obowiązujący.

Kobieta kiwnęła głową i zaprosiła ich do środka. Usiedli w pokoju gościnnym na kolorowej kanapie we wzory przypominające lecące pod kątem klocki tetris. Wyglądała tandetnie, ocenił Iwanowicz, podobnie jak meble z okleiną imitującą drewno. Mimo otwartych na oścież okien w mieszkaniu panował zaduch, a w powietrzu unosił się zapach jedzenia sprzed kilku dni, jakby cała woń gotowanych posiłków osiadała na każdym przedmiocie.

– Jest pani sama?

– Mąż pracuje. Zwykle do dwudziestej. Powinien być o wpół do dziewiątej.

– Okej, proszę zacząć od początku. Interesuje nas dosłownie wszystko, co mogło mieć wpływ na zniknięcie pani córki – zaczął Gawłowski. – Proszę powtórzyć to, co powiedziała pani na komendzie. Musimy mieć pewność, że niczego nie pominęliśmy. I że wszystko zrozumieliśmy tak samo.

– Myślałam, że policja już jej szuka?! A panowie tak… Tu… – zaczęła z dającym się wyczuć wyrzutem, a potem nagle zamilkła, by stłumić szloch.

Policjanci odczekali chwilę. Nie chcieli, by jej emocje dyktowały kierunek przesłuchania. Musieli trzymać się zasad, bez względu na wszystko. Podejrzewali, że podczas tej rozmowy euforia związana z nadzieją będzie się kłóciła z gwałtownie spadającym nastrojem, czemu towarzyszy panika i spazm.

– Zanim rozpoczniemy poszukiwania, musimy dowiedzieć się kilku rzeczy. Zadamy parę pytań, później zajmiemy się całą resztą.

– Myślałam, że… – Znów urwała, bo napłynęły jej łzy. – Że już szukacie, że policja…

– Nie, to nie tak. To nie wygląda tak jak na filmach, że cała policja rzuci swoją dotychczasową pracę i będzie szukała pani córki, nie mając nawet pewności, że zaginęła. To jest ostateczność, że się tak wyrażę. Po prostu jeszcze jej nie ma w domu, choć minęło kilka godzin. Proszę mi wierzyć, że działamy jak należy. Zawsze każde zgłoszenie zaginięcia musimy dokładnie zweryfikować poprzez przesłuchanie najbliższych osób. A więc przede wszystkim samych rodziców, bo to państwo jesteście jej prawnymi opiekunami, tak? Tak – odpowiedział za nią, stwierdzając fakty. – No więc przejdźmy do rzeczy.

– Myśli pan, że my, ja z mężem, mamy coś wspólnego z jej zniknięciem? – przerwała policjantowi.

– Oczywiście, że nie, choć mogło to tak zabrzmieć. Chcemy jedynie dowiedzieć się od pani jak najwięcej o waszej córce. Proponuję, żebyśmy zaczęli. Im szybciej to zrobimy, tym szybciej będziemy mogli zająć się resztą.

Kobieta kiwnęła głową.

– Świetnie, a zatem pani córka Patrycja Linkiewicz ma czternaście lat i jest państwa jedynym dzieckiem.

– Zgadza się.

– Do jakiej szkoły chodzi?

– Gimnazjum numer jeden na Piłsudskiego, tu niedaleko. Kilometr stąd.

– Czyli teraz będzie szła do drugiej klasy – stwierdził.

– Zgadza się.

Gawłowski spojrzał w notatki, które trzymał w ręku.

– Z pani słów wynika, że Patrycja wyszła z domu około siódmej rano.

– Tak… Tak po prostu wyszła. Było już dużo śmieci, więc trzeba było je wynieść. Wzięła worek ze śmieciami i poszła do pojemników, zaraz za domem. Za kamienicą, o tam. – Wskazała ręką przez okno. Iwanowicz szybko wyobraził sobie, z której strony musiał znajdować się śmietnik.

– O której dokładnie to było?

– Bo ja wiem? – Spojrzała na nich, jakby to oni powinni odpowiedzieć na to pytanie. – Tak jak mówię, siódma, może siódma pięć. Na pewno nie później, bo miałyśmy zrobić jeszcze śniadanie.

– Tak wcześnie?

– Co?

– Dlaczego poszła wyrzucić śmieci tak wcześnie? To nielogiczne.

– Nie mogła spać od świtu. Chyba przez te upały. Wstała skoro świt. Z nudów zaczęła sprzątać swój pokój. Potem poszła wyrzucić śmieci.

– Rozumiem, co było później?

– Nic, włożyła klapki, wzięła worek ze śmieciami i wyszła z domu. Nie przymykała nawet drzwi wejściowych, o tych tam – wskazała palcem – bo każdy z nas, gdy wychodzi na moment, to zostawia je niedomknięte. No, chyba że przeciąg nimi trzaśnie, a tak to nie. No i wyszła, już… i… Nie wróciła… Boże, zróbcie coś, błagam. – Schowała twarz w mięsistych dłoniach i zaczęła cicho szlochać.

Policjanci odczekali chwilę, by doszła do siebie.

– Po jakim czasie zorientowała się pani, że coś jest nie tak? Kiedy zaczęła się pani niepokoić i zastanawiać, czemu nie wraca?

Wytarła oczy i zmięła chustkę w dłoni.

– Wyjrzałam przez okno na podwórze, ale jej nie zobaczyłam. Co prawda stąd też nie widać śmietników, ale zrobiłam to odruchowo. Potem spojrzałam przez okno w naszej sypialni. Mamy stąd widok na drugą część podwórza. Nie było jej nigdzie w pobliżu.

– Ile czasu?

Spojrzała zaskoczona, że ją ponagla i próbuje wymusić odpowiedź na pytanie.

– Nie wiem, ile czasu minęło, chyba parę minut. Nie liczyłam dokładnie, bo skąd miałam wiedzieć, że coś się stało?

– Proszę nie mówić, że coś się stało. Nie ma powodów do paniki.

– Oby miał pan rację, bo odchodzę już od zmysłów. Cały czas myślę, co się z nią stało. Cały czas, dosłownie w każdej sekundzie.

– Po to tutaj jesteśmy, proszę się niczego nie obawiać. To normalne, że dzieci w tym wieku nie słuchają rodziców i czasami dokądś idą, zapominając o tym powiedzieć. Może po prostu kogoś spotkała, coś ją zainteresowało i zapomniała dać znać. Takie rzeczy dzieją się wszędzie, nie tylko w Jeleniej Górze, ale w każdym miejscu na świecie. Dzieci są ciekawe świata i nie zawsze robią to, co im się każe. I potem jak gdyby nigdy nic wracają do domu uśmiechnięte, ubrudzone, bo poszły się bawić i zapomniały powiadomić rodziców. Tak to już jest – uspokajał ją Gawłowski.

Komisarz odruchowo kiwnął głową na znak, że w pełni się zgadza ze słowami kolegi. Jednak coś go martwiło, ale nie chciał o tym wspominać. Otóż Patrycja nie była dzieckiem. Była nastolatką. To nieco zmieniało sytuację.

– No więc wyjrzała pani przez okno, ale na podwórzu jej nie było. Zatem poszła pani sprawdzić na dół, co się stało, tak? – zapytał komisarz, by poukładać wszystko w należytym porządku.

– Dokładnie – odpowiedziała i skinęła głową. – Ale tam jej nie było. Wróciłam do domu, myśląc, że może już jest, że się minęłyśmy. Nie wiem, przecież mogłyśmy się nie zauważyć, może jakoś obeszła dom z drugiej strony. Ale nie. Po dziesiątej poszłam zapytać do tego sklepu z farbami w podwórzu, powiedzieli, że nie widzieli Patrycji. Znamy się tutaj po sąsiedzku, obiecali, że gdy tylko ją zobaczą, to natychmiast każą jej wracać do domu. Pracują tam uprzejmi ludzie. Kupujemy czasami u nich farbę albo środki czystości. Później przeszukałam wszystkie miejsca w pobliżu, obeszłam śmietniki. Sprawdzałam, czy wrzuciła worek ze śmieciami do pojemnika. Był w jednym.

– I co pani zrobiła?

– Czekałam. Po prostu jeszcze trochę poczekałam. Ale to był horror. Myślałam, że oszaleję. Wciąż powtarzałam, że nic się nie stało, że za chwilę wróci cała i zdrowa. Ale czas robił swoje. Każda minuta, dziesięć minut, potem pół godziny. Dla mnie to wieczność. Po prostu wieczność.

– Kontaktowała się pani z najbliższą rodziną?

– Zadzwoniłam chyba wszędzie, gdzie się dało. Do matki i do siostry, która mieszka we Lwówku Śląskim, sama nie wiem po co, chyba z bezradności, bo co człowiek ma zrobić w takich chwilach? Potrzebowałam też wsparcia, więc matka wydawała mi się właściwą osobą. Zadzwoniłam też do kilku jej koleżanek z klasy. Tych, z którymi się przyjaźni. Dzwoniłam nawet do jej wychowawczyni. Odebrała, choć była nad morzem. Nazywa się Małgorzata Winiarska, możecie zanotować. Ona też wyraźnie się zaniepokoiła. Powiedziała mi, że to zniknięcie nie jest w stylu Patrycji. Zdarzyła się taka sytuacja w jej karierze, że jej uczeń zniknął na dwa dni, ale… Było to wiele lat temu. Potem się odnalazł. Zapomniał powiedzieć rodzicom, że jedzie do kolegi.

– Co powiedziała wychowawczyni?

– Że nie ma pojęcia, co się mogło stać ani do kogo mogła pójść. Uznałam więc, że zgłoszę to na policję, bo już nic innego nie mogłam zrobić. Czułam się całkowicie bezradna.

– Dzwoniła pani do jej koleżanek – stwierdził komisarz. – Chcemy, by przekazała nam pani wszystkie numery kontaktowe, sami również musimy sprawdzić osoby, z którymi mogła się kontaktować oraz ewentualnie spotkać. Bo oczywiście może okazać się tak, że poszła do którejś z nich i zapomniała pani o tym powiedzieć, a nasza rozmowa jest tylko zbędną formalnością.

Kobieta, nie czekając na polecenie, poszła do pokoju córki. Wróciła i wręczyła telefon policjantom. Był to model z dotykowym wyświetlaczem, choć już mocno wysłużony i poobijany.

– Proszę, jest do waszej dyspozycji. Sprawdźcie, dzwońcie, gdzie chcecie. Na wszystko macie moją zgodę. Ale jak mówiłam wcześniej, dzwoniłam już do wszystkich jej przyjaciółek.

Iwanowicz przez moment obawiał się dotykać telefonu, ale po chwili się zreflektował. Zwykły odruch policjanta, któremu intuicja nakazywała, by niczego nie dotykać, bo może okazać się dowodem w sprawie. Odblokował klawiaturę i przejrzał listę ostatnich połączeń. Ostatnie wykonała wczoraj. Przeleciał listę z ostatnich kilku dni, ale wybierane kontakty cały czas się powtarzały. Monika, Majka, Julka – te same koleżanki, w pewnym momencie pojawiało się połączenie z Mamą.

– Czy Patrycja dzwoniła tylko do pani, czy do ojca również? Pytam, bo pani numer jest w liście ostatnich połączeń.

– Mąż nie ma komórki, chociaż proszę go od roku, by wreszcie sobie kupił. Jest ode mnie kilka lat starszy i należy do tych osób, które trudno przekonać do zmian, nawet do czegoś tak błahego jak telefon. A przecież dzisiaj każdy ma telefon. Nawet moja matka, choć ma siedemdziesiąt dwa lata. Ale mąż uparł się jak osioł, nie chce i koniec. A gdy ma do mnie sprawę, dzwoni z pracy. Niby nie jest taki stary, ale zachowuje się, jakby pod tym względem zatrzymał się w poprzedniej epoce. Chociaż używa komputera, zwłaszcza w pracy.

Iwanowiczowi przeszło na myśl, by zapytać, dlaczego w takiej chwili mąż pracuje, zamiast szukać dziecka, ale uznał, że pewnie sama im powie. Kiwnął więc tylko głową. Nie odrywał wzroku od telefonu. Mama, Majka, Monika i Julia, a potem znów Mama. Lista połączeń się zapętlała. Wszedł w skrzynkę odbiorczą i zaczął odczytywać SMS-y. Czuł się jak intruz ingerujący w czyjąś prywatność. W życie osobiste uczennicy pobliskiego gimnazjum, która jeszcze przed parunastoma godzinami była w tym domu, siedziała, zajmowała swoimi sprawami, a potem wyszła i już nie wróciła, bo jakiś strzępek ironii losu zadrwił sobie, powodując, że pojawiła się w nieodpowiednim czasie w niewłaściwym miejscu. To było dosłownie chwilę temu i miał wrażenie, że czuł jej zapach. Nie wiedział jak, ale czuć było zapach młodej osoby. Inny niż wszystkie.

Zajrzał do katalogu z wiadomościami. Nie miał moralnego prawa naruszać jej prywatności, szperać w jej młodzieńczych sprawach, ale musiał szybko odtworzyć to, co robiła przez ostatnich kilkanaście godzin. Postawił sobie za cel odpowiedzieć na pytania: Co się teraz z nią dzieje oraz gdzie jest?

W skrzynce odbiorczej: SMS od operatora, informujący, że stan konta został doładowany kwotą dziesięciu złotych. Wiadomości systemowe o nieodebranych połączeniach. Naliczył ich kilkanaście. Kilka wiadomości sprzed paru tygodni. Wiadomość z czerwca od Moniki informująca, co było zadane do domu. Inne wiadomości: Czy masz odpowiedzi do zadań z matmy na piątek? Julia pytała, czy będzie wieczorem na fejsie. W innym pytała, czy ma numer do Pawła. Nic więcej. Skrzynka miała 14 wiadomości. Folder Usunięte był pusty.

– Rozumiem, że zadzwoniła pani do wszystkich osób, które dobrze znają Patrycję, ale nikt nie wie, gdzie jest. – Komisarz usłyszał słowa kolegi, a sam nie odrywał wzroku od telefonu. Przejrzał folder Wysłane wiadomości. Znajdowało się tam pięć SMS-ów. Wszystkie były odpowiedzią na te, które otrzymała od koleżanek. Zwykłe rozmowy. O obowiązkach szkolnych, że musi odrobić zadanie domowe, przygotować do sprawdzianu, o wieczornym spotkaniu na fejsie. Otrzymywała pytania, wysyłała odpowiedzi. Wszystko się zgadzało.

– Tak, już nikt więcej nie przychodzi mi do głowy – odpowiedziała po chwili kobieta. – Jak przed chwilą mówiłam, dzwoniłam do swojej matki. Rodzice mają już swoje lata, nie chciałam ich martwić, ale musiałam zapytać.

Komisarz spojrzał na nią kątem oka. Miała zgaszone spojrzenie, w którym tliła się jednak iskierka nadziei. Minęło kilkanaście godzin, a już wyglądała, jakby traciła wiarę. Iwanowiczowi wydało się to dziwne i podejrzane jednocześnie, ale nie chciał jej przedwcześnie osądzać, nawet w myślach, i nie dopuszczał do siebie możliwości, że kobieta miała coś wspólnego ze zniknięciem córki. Po prostu może właśnie tak zachowuje się matka, która traci wiarę w to, że odmieni się los. Może tak wygląda, gdy gaśnie. Ten płomień, który w niej był, świecił, i nagle, jak po gwałtownym dmuchnięciu, maleje, wreszcie znika, a potem staje się jedynie wspomnieniem.

Uznał jednak, że nie miała z tym nic wspólnego. Na ich oczach stawała się z minuty na minutę kłębkiem nerwów.

Zadzwonił telefon Iwanowicza. Wibracje i melodia wprawiły kobietę w osłupienie i niemal poderwała się na równe nogi.

– Przepraszam, to mój – powiedział i odebrał, podchodząc do okna. Aspirant Tomasz Jaworski machnął mu, by zszedł na dół.

Iwanowicz ponownie przeprosił i wyszedł z mieszkania. Jaworski stał przy terenowym nissanie.

– I co, macie coś?

– Nic. Kompletnie czysto. Z naszego punktu widzenia trochę daremna robota. Od początku podejrzewałem, że niczego tu nie znajdziemy.

– Niby skąd?

– Kręci się tu za dużo osób, byśmy mogli coś znaleźć. W pobliżu brak śladów. Właściwie to nie mam pojęcia, czego możemy szukać przy samym śmietniku. Trudno o bardziej absurdalne badania w miejscu potencjalnego zaginięcia dziewczyny, nie uważa pan?

Komisarz skrzywił się, ale nic nie odpowiedział.

– Nie wiadomo, czego szukać, jeśli nie ma pewności, że do czegoś tu doszło.

Iwanowicz przytaknął, nie patrząc na policjanta. Wpatrywał się w ścianę budynku, a potem mimowolnie zaczął przyglądać się temu miejscu. Szare kamienice, które z trudem znosiły upływ czasu. Odpadające tynki pokrywano masą gipsową, która zdążyła już się wykruszyć. Potem nakładano na to jedną warstwę farby, jakby cokolwiek miało to zmienić. Z rynien i trudno dostępnych zakątków wyrastały rośliny.

– No, ale sprawdziliśmy, co się dało. W koszu nie znaleźliśmy żadnych śmieci. Pewnie wywozili po południu. Poza tym jeszcze nic nie wskazuje na to, by te śmieci miały dla nas jakieś znaczenie.

– Rano matka widziała je w kuble. Były, czyli dziewczyna zdążyła je wyrzucić, chwilę później zniknęła… Ale to tylko luźna informacja. No dobra, macie coś innego? Ślady szarpaniny lub czegoś nietypowego?

Aspirant wzruszył ramionami i niemal zamknął oczy. Słońce prażyło nieznośnie. Bez okularów przeciwsłonecznych trudno było znieść oślepiający blask.

– Nie ma niczego, co wzbudziłoby nasz niepokój. Rozejrzeliśmy się w paru miejscach w pobliżu domu. Żadnych porzuconych rzeczy, ubrań, przedmiotów.

– A obok kosza?

– Każdy podchodzi i wyrzuca śmieci. Biedni czy bezdomni grzebią w kubłach. Tutaj nie ma miejsca na jakiekolwiek ślady. Zresztą nikt z nas nie wie do końca, czego mamy szukać. Wydaje mi się, że komendant kazał nam przyjechać tylko dlatego, że chodzi o dziecko. Nie chce pluć sobie w brodę, że nic nie zrobił, gdyby dziewczynie naprawdę coś się stało. Moim zdaniem trochę taka zagrywka. Proste jak konstrukcja cepa.

– Wiem, może brzmi to niedorzecznie – skrzywił się, co było bardziej wymowne niż dziesiątki słów – ale trzeba sprawdzić. Chodzi tu bardziej o dmuchanie na zimne. Lepiej sprawdzić, niż mieć później wyrzuty sumienia, że się tego nie zrobiło. Jak znam życie, dziewczyna przyjdzie niedługo do domu i przeprosi za wszystko.

Komisarz kiwnął głową i podał Jaworskiemu telefon.

– To młodej? – zapytał aspirant.

– Dajcie go informatykowi, bo ja nie wracam na komendę. Przeczytałem wszystkie wiadomości, ale może coś znajdzie. I może też uda się odczytać skasowane.

Jaworski obejrzał go dokładnie z charakterystyczną iskrą w oku bardziej doświadczonego policjanta, który każdemu przedmiotowi przygląda się uważnie, jakby było potencjalnym materiałem dowodowym.

– A jej matka? – zapytał.

– Nic nie wie, nie ma żadnych podejrzeń – odparł komisarz bez przekonania i odszedł aż do wjazdu na podwórze. Kucnął pod ścianą.

Zaułek przy głośnej drodze wyjazdowej z miasta. Auta nieustannie przyspieszały i hamowały. Kierowcy nerwowo trąbili, próbując zmienić pas. W oddali odgłosy trzaskających pod wpływem wiatru okien. Gęste i przytłumione głosy dochodzące ze sklepu z chemią. Miasto. Ruchliwy żywioł, który nigdy się nie zatrzymuje, jest jak rozpędzony i doskonale funkcjonujący mechanizm. Musi w nim pracować każdy element.

Mieszkał w Jeleniej Górze niemal od zawsze i każdego dnia próbował doszukać się siatki, która napędza i utrzymuje miejsce w stałym ruchu oraz w jego niemal mistycznej niezmienności. Wyobrażał sobie, że każde skupisko ludzi ma coś, co przypomina nurt, linię lub szlak i co utrzymuje je w ruchu. Niewidzialna siła, prąd i materia poruszająca i ustawiająca wszystko na swoim miejscu. Ten niewidoczny gołym okiem mechanizm, o którym w ogóle się nie myśli na co dzień, ten, którego niby nie ma, tworzy siatkę miasta.

– Coś mi tu nie pasuje, ale nie wiem jeszcze co – powiedział do aspiranta, który poszedł za nim. – Ojciec siedzi w pracy, mimo że wie o zaginięciu córki, a zapłakana matka zamartwia się za dwoje.

– Porwanie?

– Telefon milczy. Nikt się z nimi nie kontaktuje w sprawie okupu. Córka wychodzi z domu tylko na moment. Nie ma jej od kilkunastu godzin. Zapada się pod ziemię. Co z bliskimi? Ojciec jak gdyby nigdy nic siedzi w pracy. Nie szuka jej.

– Albo nie jest panikarzem jak ona. Jest w robocie, i tyle. Nie oceniajmy przedwcześnie, bo nie wszystko wiemy. Albo nie może zerwać się z roboty i przyjechać na zawołanie.

Iwanowicz kiwnął głową, cały czas zastanawiając się, co tu się mogło wydarzyć.

– Może masz rację – rzekł ostudzony słowami aspiranta. – Dobra, pamiętajcie o telefonie.

Jaworski przytaknął.

– Zanim wrócimy na komendę, rozejrzymy się po mieście. Popytamy o dziewczynę w pobliskich sklepach i punktach usługowych.

Komisarz wrócił do mieszkania. Kobieta stanęła niemal na baczność, gdy usłyszała otwierające się drzwi. Po chwili usiadła, tracąc nadzieję, zobaczywszy, że to on.

– Już myślałam, że to Patrycja – powiedziała cicho.

Gawłowski wciąż kreślił i poprawiał zeznanie. Nie dawał za wygraną. Musiało być napisane możliwie precyzyjnie i logicznie. Tę część swojej pracy traktował poważnie i był o niebo lepszy w prowadzeniu wszelkiej dokumentacji niż Iwanowicz. On traktował wszystkie papiery jako nieprzyjemną część pracy. Nie lubił pisać, notować ani też potem do tego wracać, choć to właśnie dokumentacja stanowiła bardzo ważny element prowadzonego śledztwa. To od niej oraz tego jak została sporządzona, wiele zależało. Bo czym innym było napisanie zeznania, rutynowego, jakiego uczą przed rozpoczęciem pracy w policji, a zupełnie czym innym takie sporządzenie dokumentacji, by dla innych osób, już po czasie, po paru miesiącach, była całkowicie zrozumiała i przejrzysta. To właśnie precyzyjne wyrażanie myśli, odtwarzanie wszystkiego za pomocą dobrze skonstruowanego tekstu pozwalało na możliwie wierną rekonstrukcję przeszłości i tego, co mówiła osoba zeznająca. Tego, co zostało sprawdzone, zbadane, ustalone. W toku prowadzenia czynności śledczych to dokumentacja stanowiła ogromną wartość, bo pamięć niejednokrotnie szwankowała. Dlatego trzeba było wszystko zapisywać. Precyzja i możliwie wielokontekstowe spojrzenia na rozmaite aspekty śledztwa dawały Iwanowiczowi poczucie dobrze wykonanej roboty. Dokument powinien być wręcz wyzuty z emocji oraz tego, co podpowiada nasza wyobraźnia. Do bólu sucha relacja opierająca się na konkretach. Dopiero czytając tak przygotowany dokument, mógł po głębszym zastanowieniu interpretować fakty.

– No dobrze, w takim razie pozostała nam jedna sprawa. Najbardziej oczywista. Ma pani jeszcze jakiś pomysł, gdzie Patrycja mogła pójść? Czy w ostatnim czasie wspominała o czymś, co wydawało się pani dziwne?

– Nie, nie… Na pewno nie – powiedziała i machnęła ręką bezradnie. Za tymi gestami kryła się bezsilność. – Myślami byłam już wszędzie. Obdzwoniłam wszystkich, ale nikt nie wie, gdzie jest. Pytałam w kilku sklepach, tu w pobliżu, ale nikt jej nie widział. Już to mówiłam. Cały czas myślę, ale wszystko zaczyna mi wirować w głowie, jak w jakiejś przeklętej pralce. Kręci mi się bez sensu. Czuję się, jakby miała zaraz z tej bezsilności eksplodować.

Komisarza zdziwiło to porównanie, ale nie skomentował tego. Uznał, że lepiej niczego nie oceniać na gorąco ani nie wyciągać żadnych wniosków – co do niej, całej rodziny czy samego zdarzenia.

Kiwnął tylko głową.

– Rozumiem. Czy Patrycja nie była dzisiaj z nikim umówiona? Z koleżanką, kolegą?

– Nie, nic o tym nie wiem. Zazwyczaj mówiła mi o takich rzeczach.

– Zazwyczaj?

– Zawsze, niech będzie zawsze, źle się wyraziłam. Być może kiedyś mi o czymś nie powiedziała, przecież nikt z nas nie może mieć stuprocentowej pewności, że własne dziecko go nie oszukuje, ale… – Urwała i przyjrzała się im, jakby nagle się otrząsnęła i zdała sprawę z ich obecności, po czym spojrzała na jednego, na drugiego i powiedziała: – Ale przecież mam tak dobre kontakty z córką, naprawdę mówiła mi o swoich sprawach. Macie panowie dzieci? Czy pan – spojrzała na Gawłowskiego – ma dziecko?

– Tak, dwie córki.

– A pan? – Tym razem pytanie skierowała Iwanowicza, który odwrócił wzrok i nic nie odpowiedział. Poczuł, jak po ciele rozlewa mu się wrzątek, gotując go od środka. Chciał zniknąć. Ale musiał tu być i wykonywać swoją pracę, zawsze i o każdej porze, bez względu na pytania o życie prywatne, na to, że ktoś obrzucał ich obelgami czy kierował wobec nich oskarżenia. Musiał mierzyć się z tym wszystkim, ale był już do tego przyzwyczajony.

– To nie ma znaczenia – odparł Gawłowski, wyręczając kolegę. Czuł, że Marek nie był w stanie tego zrobić. Od zawsze wiedział o tragedii, którą przeżył, toteż gdy tylko trzeba było, brał na siebie rozmowy o rodzinie. Zwłaszcza dzieciach, bo wiedział, że Marka zbyt wiele to kosztowało. – Doskonale obaj wiemy, co pani czuje. Nie ma to jednak teraz takiego znaczenia, bo włączenie w tę sprawę emocji i współczucia nic nie pomoże. One przyćmiewają zdrowy rozsądek.

Komisarz odchrząknął.

–