Legion płomienia - Anthony Ryan - ebook + audiobook
Opis

Legion płomienia to drugi tom cyklu Draconis Memoria, epickiej fantasy o wartkiej, obfitującej w magiczne przygody fabule osnutej wokół okrutnej wojny, w której wykuwają się zręby nowego cesarstwa.

Claydon Torcreek uszedł cało z rojącej się od smoków dżungli, wymknął się wrogim tubylczym plemionom i uniknął zimnego tchnienia zdrady, a mimo to jego kłopoty dopiero się zaczęły.

Legendarny biały smok, którego istnienie do niedawna wkładano między bajki, obudził się z długiego snu powodowany żarliwym pragnieniem spopielenia świata ludzi. Jedno miasto padło już ofiarą jego potężnych legionów, a następne wkrótce pójdą w jego ślady – chyba że Clay zdoła odkryć prastary sekret pogrzebany w lodach dalekiego południa. Aby tego dokonać, będzie musiał po raz kolejny zmierzyć się z niewyobrażalnym zagrożeniem. Różnica jest taka, że tym razem w jego rękach spoczywa los nie tylko ojczystego kraju, lecz całego świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 929

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 26 godz. 37 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność


Tytuł oryginału: The Legion of Flame. The Book Two of Draconis Memoria

Copyright © 2017 by Anthony Ryan Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Christian Bravery Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-951-1 Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228134743 e-mail: kurz@mag.com.pl www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

Robin, Normanowi iNickowi,

Osoby dramatu

OŻPDOBRA OKAZJA

Wulfcot Trumane – kapitan OŻP Dobra Okazja.

Corrick Hilemore – pierwszy oficer p.o. kapitana na OŻP Dobra Okazja.

Dravin Talmant – podporucznik na OŻP Dobra Okazja.

Naytanil Bozware – pierwszy mechanik na OŻP Dobra Okazja.

Steelfine – pierwszy oficer na OŻP Dobra Okazja pochodzący z Wysp Barierowych.

Claydon Torcreek – niezarejestrowany Błogosławiony, zatrudniony w Niezależnej Kompanii Pracowników Najemnych „Długie Karabiny”.

Braddon Torcreek – stryj Claydona Torcreeka. Kapitan i główny Udziałowiec w Niezależnej Kompanii Pracowników Najemnych „Długie Karabiny”.

Loriabeth Torcreek – córka Fredabel i Braddona, młodszy strzelec w Niezależnej Kompanii Pracowników Najemnych „Długie Karabiny”.

Cwentun Skaggerhill – główny żniwiarz w Niezależnej Kompanii Pracowników Najemnych „Długie Karabiny”.

Kaznodzieja – pozbawiony święceń duchowny Kościoła Proroka i snajper w Niezależnej Kompanii Pracowników Najemnych „Długie Karabiny”.

Zenida Okanas – Błogosławiona i była kapitan pirackiego statku Królowa Wiatru. Zakontraktowana Błogosławiona i nawigator na OŻP Dobra Okazja.

Akina Okanas – córka Zenidy.

FEROS

Lizanne Lethridge – Błogosławiona. Pełnoprawny Udziałowiec i tajna agentka Wydziału Inicjatyw Nadzwyczajnych Żelaznego Syndykatu Handlowego.

Jermayah Tollermine – technik i pracownik Żelaznego Syndykatu Handlowego.

Profesor Graysen Lethridge – ojciec Lizanne Lethridge, który jednak nie utrzymuje z nią kontaktu. Niezależny technik. Syn Darusa Lethridge’a, wynalazca mikroskopu i współwynalazca napędu termoplazmowego.

Pendilla Cableford – ciotka Lizanne i gospodyni Graysena.

Tekela Akiv Artonin – osierocona córka corvuskiego burgrabiego Artonina. Wychowanica Lizanne.

Arberus Lek Hakimas – były corvuski oficer kawalerii i major Cesarskich Dragonów. Potajemny członek radykalnego Bractwa Współwezwanych.

Fredabel Torcreek – żona Braddona i współwłaścicielka Niezależnej Kompanii Pracowników Najemnych „Długie Karabiny”.

Cralmoor – Wyspiarz, zawodowy bokser i były szef przestępczego półświatka w Kątach.

Gloryna Dolspeake – przewodnicząca Zarządu Żelaznego Syndykatu.

Taddeus Bloskin – członek Zarządu Żelaznego Syndykatu i dyrektor Inicjatyw Nadzwyczajnych.

Admirał Heapmire – szef Zarządu Morskiego Żelaznego Syndykatu, naczelny dowódca Morskiego Protektoratu.

Elektorka Dorice Vol Arramyl – były corvuski jeniec i Błogosławiona. Późniejsza cesarska ambasadorka przy Żelaznym Syndykacie.

CESARSTWO CORVUSKIE

Cesarz Caranis Vol Lek Akiv Arakelin – boski cesarz Cesarstwa Corvuskiego, pierwszy władca o tym imieniu.

Wicehrabia Caled Vol Kalasin – Cesarska Krew na dworze cesarskim, dowódca Korpusu Krwi.

Hrabina Sefka Vol Nazarias – dowódca Korpusu Cesarskiego, daleka kuzynka cesarza.

Szambelan Avedis Vol Akiv Yervantis – dworzanin w Cesarskim Sanktuarium.

Korian – przywódca corvuskiej komórki Bractwa Współwezwanych.

Hyran – Błogosławiony i członek Bractwa Współwezwanych.

Kraz – Błogosławiony i członek Bractwa Współwezwanych.

Jelna – Błogosławiona i członkini Pierwszego Sojuszu Republikańskiego.

Benric Thriftmor – członek Zarządu Żelaznego Syndykatu i dyrektor Spraw Pozakorporacyjnych.

Zakaeus Griffan – Błogosławiony zatrudniony na kontrakcie na OŻP Dobra Okazja, mąż Sofiyi.

Sofiya Griffan – Błogosławiona zatrudniona na kontrakcie na OŻP Dobra Okazja, żona Zakaeusa.

SCORAZIN

Elektorka Atalina – przywódczyni Furii.

Makario Bovosan – muzyk grający na pianoli i członek Furii.

Anatol – członek Furii, ochroniarz i przyboczny elektorki Ataliny.

Melina – kierowniczka Wytchnienia Górnika, prawa ręka elektorki Ataliny, więzień w Scorazinie.

Devies Kevozan – przywódca Węglarzy, znany powszechnie jako Król Węgla.

Julesin – członek Węglarzy, przyboczny Króla Węgla.

Simizon Ven Estimont – przywódca Grynszpanowców, znany powszechnie jako Rechoczący Sim.

Varkash – były varestiacki pirat i przywódca Mądrych Głupców.

Majsterkowicz – rzemieślnik o nieznośnych manierach.

Darkanis – cesarski konstabl stacjonujący w Scorazinie.

POZOSTALI

Sirus Akiv Kapazin – były kustosz Cesarskiego Muzeum w Morsvale.

Katrya – była pokojówka Sirusa.

Myratis Lek Sigoral – podporucznik Cesarskiej Piechoty Morskiej, p.o. kapitana na OFC Pierwszorzędny.

Scrimshine – skazany przemytnik i więzień osadzony w Lossermark, późniejszy sternik na OŻP Dobra Okazja.

Madame Hakugen – rewident Konglomeratu Wschodniego w porcie Lossermark.

Attcus Tidelow – kapitan ŻMP Brzask.

I

Wywiadowca Sanoryjski SŁYNNA PIĘKNOŚĆ Z TOWARZYSTWA GINIE W POŻODZE W ZAKŁADZIE DLA OBŁĄKANYCH   Powszechna żałoba po „królowej mandinorskiej socjety”   Czarujący żywot kończy się szaleństwem i płomieniami

Majętna rodzina Dewsmine przywdziała dziś żałobę po tragicznej śmierci swojej najsłynniejszej córki, niegdyś pięknej i czarującej, dwudziestopięcioletniej Catheline. Trudno uwierzyć, że zaledwie cztery lata temu właśnie to czasopismo ogłosiło Catheline Dewsmine niekoronowaną Królową Mandinorskiej Socjety. Catheline, jako błyskotliwa i pełna życia postać na każdym balu czy innym mandinorskim spotkaniu towarzyskim, podczas swojej błyskawicznej kariery dorobiła się licznych wielbicieli i wielu wrogów o ciętym języku. Wasz pokorny korespondent słyszał, jak opisywano ją zarówno jako „duszę obdarzoną niebiańską gracją i istotę o wielkim sercu”, jak i „jadowitą harpię o ostrych jak brzytwy szponach, której plecy jeszcze nie trafiły na materac, który by jej nie odpowiadał”. Jakkolwiek prezentowała się prawda, wraz z jej śmiercią mandinorska socjeta stanie się znacząco mniej ciekawym miejscem.

Ród Dewsmine wybił się jeszcze za czasów cesarstwa, kiedy rodowe fortuny w znacznej części opierały się na różnych posiadłościach przyznanych przez królową Arrad III w uznaniu zasług podczas wojny z Corvusyjczykami. Z nastaniem Epoki Korporacyjnej rodzina jako jedna z pierwszych arystokratycznych dynastii kupiła udziały w rodzącym się podówczas Żelaznym Syndykacie. W ciągu następnych dziesięcioleci doskonale prosperowała dzięki ciągle rosnącym zyskom z Posiadłości Arradsyjskich Syndykatu. Nie zadowalała się jedynie zbieraniem plonów z pewnych inwestycji i nigdy nie uchylała się od swoich kierowniczych obowiązków. Od każdego syna i córki noszących nazwisko Dewsmine oczekiwano, że wstąpią do Syndykatu jako pracownicy niższego szczebla, z założeniem, że dzięki wrodzonym talentom, takim jak ambicja i inteligencja, wespną się na bardziej stosowne dla nich stanowiska. Kilku takich potomków ostatecznie zasiadło nawet w Zarządzie.

Catheline Dewsmine okazała się spektakularnym wyjątkiem od tej reguły, ku ogromnej (jak głosiły plotki) konsternacji swoich rodziców. Żadna rodzina, nawet tak świetna, nie jest zwolniona od udziału w Próbie Krwi, a Błogosławieństwo Krwi nie wybiera. O ile wśród rodów, którym szczęście mniej sprzyjało, odkrycie Błogosławionego dziecka to nieodmiennie droga z rynsztoka do dobrobytu, o tyle w przypadku dziecka z klasy dyrektorskiej Błogosławieństwo często uważa się za przekleństwo, które nieuchronnie przerwie jego związki z krewnymi i przyjaciółmi i pozbawi udziału w rodzinnej fortunie. Jednakże tak się nie stało z Catheline, gdy Próba Krwi ujawniła jej prawdziwą naturę. Kiedy wezwano ją, by spakowała się i udała się do Arradsii, gdzie miała wstąpić do Akademii Kształcenia Kobiet Żelaznego Syndykatu, natychmiast odmówiła i urządziła coś, co była służąca z rezydencji Dewsmine nazwała w rozmowie z waszym korespondentem „sceną, jakiej świat nie widział”. Chociaż każda jednostka w świecie korporacyjnym jest związana porozumieniami dotyczącymi edukacji i zatrudnienia Błogosławionych, Dewsmine’owie, dzięki niezwykle kosztownym poradom prawnym i pomysłowej interpretacji prawa korporacyjnego, zdołali uzyskać „nadzwyczajne zwolnienie” od standardowych praktyk, uzasadniając to zbyt „delikatnym usposobieniem” Catheline, które nie pozwoliłoby jej uporać się z brutalnym wyrwaniem z łona rodziny.

Dlatego, zamiast latami uczyć się prawidłowego sposobu wykorzystywania swoich talentów pod fachowym okiem renomowanego personelu Akademii, Catheline odebrała prywatne wykształcenie pod kierunkiem różnych Błogosławionych nauczycieli. Chociaż rzadko popisywała się swoimi darami publicznie, wiele relacji opisuje jej szczególne zdolności w wykorzystywaniu Czerwonej. Jedna ze służących wspomina, że Catheline potrafiła zapalić świecę z odległości pięćdziesięciu jardów, inna zaś opisała incydent, podczas którego młoda dama spaliła cały sad w przypływie złości. Zaznaczam jednak, aby nie zarzucono tej relacji jednostronności, że rodzina Dewsmine zaprzecza, jakoby ten drugi incydent kiedykolwiek nastąpił.

Jedyna w swoim rodzaju pozycja Catheline w oczywisty sposób zwróciła uwagę prasy i społeczeństwa, a jej dorastanie stało się przedmiotem żywego zainteresowania licznych czasopism, które uznały za stosowne zamieszczanie na swoich łamach po wielokroć powracających relacji o pieczonych żywcem kociętach, patroszonych szczeniakach i pokojówkach wyrzuconych przez okna z wyższych pięter – relacji, którym systematycznie zaprzeczano.

Ponieważ nigdy nie podjęto żadnych kroków prawnych w związku z tymi rzekomymi zajściami, nie można potwierdzić ich prawdziwości. Jednakże wasz korespondent odnotował, że niektórzy z byłych pracowników rezydencji Dewsmine w rzeczy samej żyją bardzo wygodnie na emeryturze, mimo kalectwa wynikającego z trwałych obrażeń.

Status Catheline – intrygującej, acz nieważnej ciekawostki – zmienił się wraz z jej pierwszym pojawieniem się na ważnym spotkaniu towarzyskim. Miała dopiero siedemnaście lat, ale już rozkwitła, osiągając to, co kolega po fachu waszego korespondenta określił jako „bliski ideałowi kobiecy powab”, i po prostu oczarowała wszystkich, którzy brali udział w Balu Debiutanckim urządzonym w Sali Bankietowej Sanorah. Wieść niesie, że otrzymała nie mniej niż sześć propozycji małżeństwa w ciągu następnego tygodnia, wszystkie od wybitnych przedstawicieli klasy kierowniczej zajmujących imponujące stanowiska, w tym jednego, który podobno już był żonaty. Jednakże Catheline nie dała się tak łatwo zwieść i jej błyskotliwa, acz krótka kariera w roli królowej mandinorskiej socjety odznaczała się całkowitym brakiem zaręczyn czy poważniejszego związku miłosnego (opowieści na temat mniej poważnych związków nie brakuje, ale takie plotki nie są godne pióra waszego korespondenta).

W ciągu roku Catheline stała się najbardziej poszukiwanym gościem na każdym znaczniejszym spotkaniu towarzyskim i uzyskała całkiem znaczący dochód ze wspierania różnych domów mody i koncernów kosmetycznych. Wkrótce jej fotostaty zaczęły ukazywać się wszędzie, chociaż obrazy często nie były w stanie oddać niemalże eterycznej natury jej urody, jaką mogli docenić jedynie ci szczęśliwcy, którzy znaleźli się dostatecznie blisko Catheline. Jej piękno było bowiem czymś więcej niż jedynie zgodnością rysów z powszechnie akceptowanymi kanonami urody – Catheline promieniała odmiennością. Ryzykując, że narazi się na oskarżenia o przesadę, wasz korespondent pozwoli sobie orzec, że z racji swojego Błogosławieństwa Krwi Catheline w jakiś sposób wykroczyła poza ramy przyziemnej natury ludzkiej. Więcej niż jeden świadek wspominał o uzależniającej naturze jej towarzystwa, wrażeniu paraliżu, kiedy jej wzrok zatrzymywał się na kimś, niemal rozpaczliwym pragnieniu pozostania w jej towarzystwie i poczuciu osamotnienia wypełniającym serce po rozstaniu.

Niestety to wszystko zbyt szybko się skończyło. Pierwsze sygnały, że być może nie wszystko dobrze się układa w świecie Catheline, pojawiły się podczas przyjęcia z okazji jej dwudziestych urodzin, prawdziwie wystawnej gali, całkowicie sponsorowanej przez dział Odzieży i Dodatków konglomeratu Alebond. Wedle wszelkich relacji Catheline była jak zwykle czarująca i fascynująca przez większość wieczoru, mimo paskudnego incydentu, kiedy jeden z zalotników stał się zbyt nachalny i musiano go siłą wyprowadzić. Nie sposób powiedzieć, czy to ten epizod ją zdenerwował, czy też przyczyną była jakaś wcześniejsza, ukryta przypadłość umysłu. Tak czy inaczej, pod koniec wieczoru Catheline Dewsmine zaczęła bełkotać. Zaczęło się od pomruku, niskiego i gardłowego, słowa były niezrozumiałe, ale ich ton nadal mrozi waszego korespondenta do szpiku kości, nawet pięć lat później. Fakt, że nie był to pierwszy taki incydent, zdradziła skwapliwość, z jaką rodzina Catheline chciała wyprowadzić ją z sali balowej, i to najwyraźniej ostatecznie wytrąciło ją z równowagi. Jej pomruki zamieniły się w krzyki, jej idealna twarz stała się paskudną, szkarłatną maską. Catheline miotała się, pluła i gryzła, kiedy ją wywlekano, a jej słowa rozbrzmiewały echem wśród ciszy, jaka zapadła po jej wyjściu. Nigdy ich nie zapomnę:

– On mnie wzywa! Obiecuje mi świat!

Nigdy więcej nie widziano publicznie Catheline Dewsmine. Wszelkie zapytania odnośnie do jej stanu zdrowia spotykały się z twardą odmową odpowiedzi ze strony rodziny, chociaż służba wspominała później potworny okres, kiedy rodzice próbowali opiekować się nią w domu. Zjawiali się i odchodzili różni lekarze zarówno umysłu, jak i ciała, podawano przeróżne mikstury, nowatorskie i eksperymentalne destylaty Zielonej. Wszystko na próżno. Relacje wiarygodnych świadków zgodnie potwierdzają, że na tym etapie Catheline była całkowicie i nieuleczalnie chora umysłowo. Przed dwudziestymi pierwszymi urodzinami umieszczono ją w Ventworth, Domu dla Niezrównoważonych Emocjonalnie, instytucji sponsorowanej przez Żelazny Syndykat i specjalizującej się w opiece i leczeniu Błogosławionych cierpiących na choroby umysłowe. Wkrótce Catheline zniknęła niemal całkowicie z pamięci śmietanki towarzyskiej i nie licząc dowcipnych acz okrutnych uwag albo niepochlebnych karykatur, pewnie zostałaby całkowicie zapomniana, gdyby nie straszliwe wydarzenia sprzed dwóch dni.

Przyczyny pożaru, który pochłonął Dom Ventworth, nie zostały jeszcze ustalone. Z powodów, które powinny być dla wszystkich oczywiste, nie zezwala się na obecność nawet kropli Produktu na terenie instytucji i wszyscy pacjenci są stale monitorowani. Wiadomo jednak, że jakieś dwie godziny po północy w zachodnim skrzydle nastąpił potężny wybuch ognia, który wkrótce rozprzestrzenił się na pozostałe części budynku. Tylko sześć osób z personelu i trzej pacjenci uciekli. Niestety nie było wśród nich Catheline. Wstępny raport dyrektora Straży Pożarnej Żelaznego Syndykatu potwierdza, że pożar wybuchł wewnątrz budynku, ale nadal nie ustalono jego źródła. Ponadto – z racji stanu szczątków ludzkich – nie zdołano jeszcze przygotować pełnej listy zmarłych.

I tak Catheline Dewsmine, niegdyś swego rodzaju królowa i niespotykana piękność, opuszcza ten świat w najpaskudniejszy sposób, jaki można sobie wyobrazić. Jej blask już nas nie opromienia. Zdaniem waszego skromnego korespondenta świat od tego czasu stał się znacznie mroczniejszym miejscem.

Artykuł z pierwszej strony „Wywiadowcy Sanoryjskiego” z 35 verestera 1600 roku (211 roku Kompanii) pióra starszego korespondenta Sigmenda Talwicka.

Rozdział 1  Sirus

Znowu obudził go szloch Katryi. Ciche łkanie w ciemności. Do tej pory nauczyła się już nie płakać głośno, za co Sirus był wdzięczny. Majack zagroził, że ją udusi pierwszej nocy, kiedy stłoczyli się razem w cuchnącej strudze, a Katrya przywarła mocno do Sirusa i wypłakiwała łzy, którym najwyraźniej nie było końca.

– Zrób coś, żeby się zamknęła! – warknął wtedy Majack, odsuwając się od zielonych od śluzu ścian kanału ściekowego. Mundur miał w strzępach, a w chaosie, który rozpętał się na górze, stracił karabin. Był jednak potężnym mężczyzną, a jego ręce żołnierza wyglądały na bardzo silne, kiedy rzucił się ku nim, sięgając po przemoczoną bluzkę Katryi, i syknął: – Milcz, durna suko!

Zamarł, gdy nóż Sirusa docisnął się do jego mięsistego ciała poniżej podbródka.

– Zostaw ją – szepnął chłopak, zdumiewając się pewnością swojego głosu.

Nóż, rzeźnickie narzędzie o szerokim ostrzu z kuchni w domu jego ojca, był ciemnoczerwony od czubka aż po rękojeść: pamiątka po początku ich podróży do tego cuchnącego schronienia.

Majack odsłonił zęby w wyzywającym grymasie, patrząc w oczy młodzikowi z zakrwawionym nożem, i dostrzegł w nich na tyle złowieszczą obietnicę, że zabrał ręce.

– Ściągnie je tutaj – wychrypiał.

– Wobec tego zostaje ci nadzieja, że biegasz szybciej od nas – odpowiedział mu Sirus, zabierając nóż i wciągając Katryę głębiej do tunelu.

Trzymał ją blisko, szepcząc jej do ucha pocieszające kłamstwa, aż płacz zamienił się w żałosne kwilenie.

Było ich dziesięcioro tej pierwszej nocy, dziesięć zdesperowanych dusz tłoczących się w brudzie pod ziemią, kiedy powyżej umierało Morsvale. Mimo obaw Majacka płacz Katryi nie ściągnął wrogów. Ani wtedy, ani następnej nocy. Sądząc po nieustającej kakofonii dobiegającej przez kraty studzienek, Sirus spodziewał się, że najeźdźcy znaleźli dość ofiar, żeby mieć zajęcie, przynajmniej na razie. Ale, oczywiście, to nie mogło trwać w nieskończoność.

Piątego dnia dziesiątka zamieniła się w dziewiątkę, kiedy głód wygnał ich na poszukiwanie jedzenia. Czekali aż do zmroku, zanim wymknęli się przez studzienkę przy ulicy Buchalterów, gdzie znajdowała się większość sklepów spożywczych w mieście. Początkowo wydawało się, że wszędzie panuje spokój, nigdzie nie rozbrzmiewały przenikliwe wrzaski zaniepokojonego smoka, żaden patrol Splugawionych nie zagnał ich z powrotem do brudu. Majack wyważył drzwi sklepu i napełnili kilka worków cebulami i ziemniakami. Sirus chciał wracać, ale pozostali – coraz bardziej przekonani przez trwającą ciszę, że potwory odeszły – zdecydowali, że zaryzykują i zajrzą do rzeźnika nieopodal. Szli właśnie wąską uliczką w stronę Targu Hailwell, obładowani wołowiną i wieprzowiną, kiedy to się stało.

Nagły wibrujący warkot, rozmazana plama błyskającego ogona i jedno z nich przepadło. Kobieta w średnim wieku, mało ważna urzędniczka z Cesarskiego Pierścienia; jej ostatnie słowa były bełkotliwą prośbą o pomoc, zanim smok zniknął z nią za krawędzią dachu w górze. Nie czekali, aż rozlegną się jej krzyki, uciekli do obrzydliwego schronienia, gubiąc w pośpiechu połowę łupów. Kiedy już znaleźli się pod ziemią, uciekli głębiej w kanały ściekowe. Simleon, chudy jak patyk młodzieniec o przestępczych skłonnościach, znał nieco labirynt rur i tuneli; poprowadził ich do centralnego węzła, gdzie łączyły się różne rury, a zgromadzone ścieki wyprowadzał do morza szeroki kanał. Początkowo ryczący nurt był brudny, ale w miarę upływu dni wody stawały się coraz czystsze.

– Myślisz, że jeszcze ktoś został? – mruknął pewnego dnia Majack.

Sirus uznał, że minął miesiąc albo więcej od ich nieudanego wypadu; na dole trudno było zachować rachubę upływających dni. Tępy wzrok Majacka był utkwiony w przepływających wodach. Uprzednia wrogość żołnierza zamieniła się w apatyczne przygnębienie, które – jak wiedział Sirus – wynikało z głodu i rozpaczy. Chociaż surowo przestrzegali wydzielania racji żywnościowych, zostały im może ze dwa dni do końca zapasów.

– Nie wiem – odpowiedział Sirus, chociaż mocno podejrzewał, że dziewięć zagłodzonych dusz to wszystko, co ostało się z populacji Morsvale.

– To nie była nasza wina, wiesz? – Apatia w spojrzeniu Majacka zniknęła, kiedy spojrzał na Sirusa, a w jego głosie zabrzmiała prośba o zrozumienie. – Było ich tak wielu. Tysiące tych bydlaków, tysiące smoków i Splugawionych. Morradin zabrał wszystkich do walki z korporacjonistami, w garnizonie została tylko garstka ludzi. Nie mieliśmy szans...

– Wiem – odrzekł Sirus, a w jego głosie zabrzmiała ostateczność. Słyszał już tę przemowę i wiedział, że jeśli jej nie przerwie, użalanie się Majacka może ciągnąć się godzinami.

– Sto nabojów każdy, tylko tyle mieliśmy. I tylko jedna bateria artylerii do obrony całego miasta...

Sirus jęknął i odsunął się, idąc ostrożnie po cegłach do miejsca, gdzie Katrya kuliła się na półce obok wielkich rur. Włożyła rękę w wodę tryskającą z rury, jej smukłe palce rozbryzgiwały strumień.

– Myślisz, że jest już dość czysta, żeby nadawała się do picia? – zapytała.

Mieli jakieś półtorej butelki wina: jedyna nieskażona rzecz do picia, jaka im została.

– Nie.

Usiadł, spuszczając nogi z półki i patrząc, jak woda znika w rozległej ciemności szybu. Już kilka razy zastanawiał się, czy nie skoczyć, ale nie z powodu ciągot samobójczych. Według Simleona szyb łączył się z rozległym podziemnym tunelem, który prowadził do morza. Gdyby przeżyli upadek, mogliby tamtędy uciec. O ile przeżyją upadek...

– Znowu o niej myślisz, co? – zapytała Katrya.

Sirus rzucił jej surowe spojrzenie, szorstkie przypomnienie o jej statusie cisnęło mu się na usta. „Pamiętaj, proszę, panienko, że jesteś jedynie służącą w domu mojego ojca”. Słowa jednak zamarły mu na ustach, kiedy spojrzał jej w oczy i zobaczył mieszankę nieposłuszeństwa i wyrzutu. Podobnie jak większość służby zatrudnionej przez jego ojca, Katrya miała pewne pojęcie o wstydliwej, lecz przemożnej obsesji Sirusa. Dziwiło go jednak, że przejmowała się czymś takim w ich obecnej sytuacji.

– Prawdę mówiąc, nie – odpowiedział tylko i skinął głową w stronę szybu. – Simleon mówi, że do dna jest jakieś osiemdziesiąt stóp.

– Zginiesz – orzekła beznamiętnie.

– Możliwe. Jednak coraz trudniej mi dostrzec jakieś inne wyjście.

Zawahała się, a potem przysunęła do niego i oparła mu głowę na ramieniu w coraz bardziej znajomym geście, który był nie do pomyślenia jeszcze kilka tygodni wcześniej.

– Na górze zrobiło się teraz okropnie cicho – powiedziała. – Możliwe, że wszyscy odeszli. Poszli do Carvenportu. Parę innych osób też tak myśli.

Poszli do Carvenportu. Czemu nie? Po co zostawać, skoro już wszystkich wyrżnęli? Ta myśl była wręcz niemożliwie kusząca, ale też niebezpieczna. Istnieje jakieś inne wyjście? – zadawał sobie pytanie, a całkowita ciemność szybu znowu wypełniła mu oczy.

– Twój ojciec poszedłby przynajmniej sprawdzić – zasugerowała Katrya. Wypowiedziała te słowa cicho, bez złośliwości czy krytyki, ale wystarczyły, żeby odsunął się od niej i wstał.

– Mój ojciec nie żyje – odpowiedział jej.

Wspomnienie ostatniego przesłuchania powróciło z całą siłą, kiedy odszedł kilka kroków. Agent Korpusu siedział w nogach jego łóżka, wbijając w niego spojrzenie przenikliwych oczu, i jakimś cudem był jeszcze bardziej przerażający od mężczyzn, którzy wcześniej torturowali Sirusa w piwnicy. „Gdzie ona jest? Dokąd mogła uciec?”. Sirus nie znał żadnej odpowiedzi oprócz „Byle dalej ode mnie”.

Prawdę mówiąc, niewiele pamiętał z ucieczki Tekeli. Poprzedzające ją godziny były wypełnione takim bólem i strachem, że pamięć o nich została na zawsze zniszczona. Jego aresztowanie nastąpiło wkrótce po śmierci ojca, pół tuzina agentów Korpusu wyłamało drzwi, wywlekło go z łóżka, pięści i pałki były jedynymi odpowiedziami na jego wybełkotane pytania i protesty. Obudził się i odkrył, że przywiązano go do krzesła, a prosto w oczy patrzy mu major Arberus z twarzą twardą i wyrażającą ostrzeżenie. Arberusa, jak wkrótce zdał sobie sprawę Sirus, także przywiązano do krzesła, a na prawo od Sirusa podobnie usadzono Tekelę. Przypomniał sobie wyraz jej idealnej jak u lalki twarzy – nigdy, przenigdy nie spodziewałby się, że ujrzy na niej coś podobnego: przemożne i nieskalane niczym poczucie winy.

„Przepraszam”, powiedziała, bezgłośnie poruszając ustami.

Z oczu płynęły jej łzy. I wtedy to się zmieniło, ta jego obsesja, którą wolał nazywać namiętnością, urojenie zmuszające go do pisania wierszy, o których w głębi serca wiedział, że są okropne, i do robienia z siebie bezwstydnego głupca przy każdej okazji. Oto ona, jego prawdziwa miłość, zwykła, znękana poczuciem winy dziewczyna, przywiązana do krzesła, z którego miała patrzeć na jego śmierć.

Zajmowało się nimi dwóch mężczyzn w skórzanych fartuchach, obaj byli w średnim wieku i zupełnie przeciętni z wyglądu. Wzięli się do pracy ze sprawnością praktykujących od lat rzemieślników. Zaczęli od majora. Sirus zaciskał kurczowo powieki z powodu straszliwego spektaklu i wrzasków Tekeli. Potem, kiedy Arberus zemdlał, skupili się na Sirusie, który po raz pierwszy dowiedział się, co znaczy prawdziwy ból. Padały pytania, na które nie umiał odpowiedzieć, żądania, którym nie mógł sprostać. Wiedział, że to wszystko jest bez znaczenia, że to tylko jeszcze jedna forma nacisku, teatrzyk na użytek Tekeli. Ile to trwało, nigdy się nie dowiedział, ale wydawało mu się, że wieczność, nim jego serce zaczęło zwalniać, zamieniać się w słabo rozbrzmiewający bębenek w piersi i Sirus zdał sobie sprawę, że niedługo opuści ten świat. Piwnica zniknęła, zamieniając się w odległą mieszaninę dźwięków i doznań. W pewnym momencie usłyszał krzyki i dudnienie, odgłosy walki i szarpaniny, ale zakładał, że to tylko kolejny wytwór jego słabnącego umysłu. Mimo zamętu doskonale zapamiętał moment, w którym jego serce stanęło. Czytał o tych, którzy powrócili znad krawędzi śmierci i opowiadali o jasnym, przywołującym ich świetle, ale on nigdy go nie ujrzał. Widział tylko ciemność i słyszał potworną, nabrzmiałą ciszę, jaką zostawiło po sobie bicie serca, gdy to już znieruchomiało.

Korpus go ożywił, chociaż niewiele brakowało, żeby go stracili, jak radośnie poinformował go lekarz. To był wesoły jegomość o śpiewnym akcencie, który Sirus skojarzył z północnymi prowincjami. Jednakże mimo wesołości jego spojrzenie było zimne, a Sirus wyczuwał, że lekarz wie równie dużo na temat odbierania życia, co jego ratowania. Przez wiele dni opiekowano się nim, aplikowano mu szczodre porcje Zielonej i precyzyjne dawki różnych leków, aż został wyleczony w stopniu, w jakim to było możliwe, a rozliczne szramy na jego piersi zamieniły się w bladą siateczkę łączących się linii. Rozumiał, że to tylko chwila wytchnienia. Korpus jeszcze z nim nie skończył – daleko mu było do tego.

Mężczyzna, który przyszedł go przepytać, był drobnego wzrostu i szczupłej budowy. Nosił typowy, nijaki ciemny garnitur chętnie wybierany przez agentów Korpusu, chociaż wyróżniała go drobna, srebrna szpilka w klapie: regularne koło ozdobione pojedynczym dębowym liściem, takim samym jak liście w cesarskim herbie. Sirus nigdy nie zetknął się z kimś, kto nosiłby taki znak, ale wszyscy poddani cesarza dostatecznie dobrze znali jego znaczenie: „Agent Korpusu Krwi”.

– Zostawiła cię. – To były pierwsze słowa, jakie agent do niego wypowiedział z powściągliwym uśmiechem współczucia. – Nie ma to jak źle ulokowane uczucie, żeby wzmocnić serce mężczyzny.

Agent zadał mu potem wiele pytań, ale z przyczyn, których Sirus jeszcze nie zgłębił, nie zastosowano wobec niego ponownie bardziej inwazyjnych metod. Może z powodu jego pełnej i pozbawionej wahania współpracy, ponieważ jego doświadczenia z piwnicy nie pozostawiły w nim żadnych pretensji do bezużytecznej odwagi.

– Mój ojciec i burgrabia Antonin pracowali razem nad własnym projektem – powiedział agentowi. – Nie wtajemniczyli mnie w tę sprawę.

– Przyrząd – naciskał agent, pochylając się w krześle. – Z pewnością musisz coś wiedzieć o przyrządzie. Zrozum, proszę, że twoje dalsze dobre zdrowie w ogromnej mierze zależy od tych informacji.

Nic nie wiem, pomyślał Sirus, przypominając sobie, jak zazdrośnie ojciec strzegł tych artefaktów, które interesowały jego cenny krąg wybranych uczonych. Nic a nic nie wiem. Przez jakiś czas wmawiał sobie, że ta ojcowska ostrożność miała go chronić – im mniej będzie wiedział, tym mniej Korpus będzie się nim interesował. Wiedział jednak, że tego typu troska wykraczała poza możliwości ojcowskiego serca. To była zwykła zawodowa ostrożność. Ojciec natknął się na coś wielkiej wagi, coś, co mogło zupełnie odmienić ich rozumienie całego kontynentu i jego historii. Tak jak wielu uczonych, Diran Akiv Kapazin nie cieszył się na myśl o dzieleniu się zasługami z innymi. Sirus tylko przelotnie widział ów przedmiot, kilka razy ukradkiem zerknął do notatek ojca. Sprawa pozostała dla niego zbijającą z tropu, aczkolwiek ponętną zagadką.

– Znane mi były... pewne szczegóły – skłamał.

– Dość, być może, aby odtworzyć przyrząd? – zapytał agent.

– Gdybym miał... – Zadławił się wtedy, kłamstwa drażniły jego wysuszony język. Agent podszedł do łóżka, nalał szklankę wody i podsunął Sirusowi do ust. – Gdybym miał dość czasu – zdołał wykrztusić po wypiciu całej szklanki.

Agent odsunął się, zaciskając w namyśle usta.

– Obawiam się, że czas jest w tej chwili zarówno twoim, jak i moim wrogiem, młodzieńcze. Widzisz, wysłał mnie tutaj bardzo wymagający przełożony, abym zdobył to urządzenie. Z pewnością tak bystry młodzieniec jak ty zdoła wydedukować, kogo mam na myśli.

Nie chcąc powiedzieć tego na głos, Sirus tylko skinął głową.

– Dobrze więc. – Agent odstawił szklankę na nocny stolik. – Odeślę cię do domu, Sirusie Akiv Kapazinie. Przekonasz się, że w domu praktycznie nic się nie zmieniło, chociaż niestety moi koledzy uznali, że muszą aresztować kamerdynera twojego ojca. Niestety nie przeżył przesłuchania. Wszystkie dokumenty, jakie znaleźliśmy w biurach muzeum, będą czekały na twoją naukową analizę.

I tak Sirus wrócił do domu, gdzie nie zastał żadnej służby z wyjątkiem Lumilli, od dawna pracującej u ojca gospodyni, oraz jej córki, Katryi. Najwyraźniej wizyta Korpusu wystarczyła, żeby przekonać pozostałych pracowników do poszukania zatrudnienia w innym miejscu. Całymi dniami ślęczał nad dokumentami ojca, sporządzając obszerne notatki i rysując diagram za diagramem, czyniąc jedynie maleńkie, stopniowe postępy. Agent zjawił się z wizytą kilka razy i za każdym razem był pod coraz mniejszym wrażeniem prac Sirusa.

– Trzy koła zębate? – zapytał, unosząc brew i zerkając na najnowsze dzieło Sirusa, prosty, ale precyzyjnie oddany diagram. – Po dwóch tygodniach wysiłków pokazujesz mi trzy koła zębate.

– To centralna część przyrządu – wyjaśnił mu Sirus, wkładając w te słowa tyle przekonania, ile zdołał wykrzesać. – Ustalenie ich dokładnych rozmiarów jest kluczowe dla zrekonstruowania całego mechanizmu.

– A te wymiary są prawidłowe?

– Tak myślę. – Sirus pogrzebał w stosie papierów na biurku ojca i wydobył podniszczony notes. – Mój ojciec stenografował systemem, który sam obmyślił, więc potrzebowałem trochę czasu, żeby przetłumaczyć tę analizę. Jestem przekonany, że wymiary tych kół bezpośrednio wiążą się z orbitami trzech księżyców.

Zauważył, że zainteresowanie agenta nieco wzrosło, przenikliwy wzrok skupił się ponownie na diagramie.

– Podejrzewam, że możesz mieć rację, młodzieńcze, jednakże... – Westchnął i odłożył rysunek na bok. – Jestem umówiony na przekaz transowy z naszym pracodawcą już za kilka krótkich godzin i obawiam się, że nie będzie on oszołomiony twoimi dokonaniami. Chyba powinienem spodziewać się polecenia, by zachęcić cię do większego wysiłku. – Podszedł do drzwi gabinetu. – Przejdźmy do kuchni.

W kuchni zastali Katryę, która szorowała garnki w zlewie, i Lumillę przygotowującą kolację. Sirus znał ją niemal całe życie, tę żwawą kobietę o pulchnych policzkach, zawsze skłonną do uśmiechu, który właśnie zamarł na widok agenta.

– Którą mniej lubisz? – zapytał agent, wyjmując fiolkę z etui i wypijając krztynę Czarnej.

– Proszę... – zaczął Sirus i ucichł gwałtownie, kiedy niewidzialna ręka zacisnęła się na jego gardle.

Katrya zaczęła odsuwać się od zlewu i nagle zamarła, jej kończyny i pierś dygotały pod wpływem niewidocznego nacisku.

– Zaryzykuję stwierdzenie, że pewnie ta ładna to twoja ulubienica – mówił dalej agent, przyciągając bliżej Katryę. Jej buty szurały po kafelkach kuchennej podłogi, aż znalazła się w jego zasięgu. – Zawsze uważałem to za ciekawe – agent uniósł dłoń, żeby pogłaskać Katryę po policzku – jak miła dla oka może być dziewka z rynsztoka, mimo swojego nędznego pochodzenia.

Matka Katryi, wykazując się szybkością i determinacją, o jaką Sirus nigdy by jej nie podejrzewał, porwała leżący na desce do krojenia nóż rzeźnicki i rzuciła się na agenta. Pozwolił jej zbliżyć się, zanim ją zamroził w bezruchu. Czubek noża dygotał cal od jego twarzy.

– Wygląda na to, że wybór dokonał się bez twojego udziału, młodzieńcze – zauważył agent.

Wypuścił Katryę z niewidzialnego uścisku. Dziewczyna padła na podłogę, łapiąc gwałtownie powietrze, wymachując rękami, żeby sięgnąć do matki, która z kolei została uniesiona w powietrze.

– Tak, dobra kobieto... – powiedział agent, przekrzywiając głowę i podnosząc Lumillę jeszcze wyżej. Nóż, który wypadł jej z ręki, zabrzęczał jak dzwon, gdy uderzył o kafelki podłogi. – Nie jestem niepotrzebnie okrutnym człowiekiem. Dlatego dzisiaj odbiorę ci tylko jedno oko. Tylko które...

Urwał, kiedy na zewnątrz rozległ się huk na tyle głośny, żeby szyby zadygotały w oknach. Obejrzał się błyskawicznie w stronę dźwięku, a po jego nijakiej twarzy przebiegł grymas irytacji i niepokoju. Przez kilka sekund nic się nie działo, potem rozległ się kolejny huk równie głośny jak pierwszy, a po nim szybko dwa następne. Mimo paniki Sirus zdołał rozpoznać hałas: ostrzał artyleryjski.

– Ciekawe – powiedział agent i nadal trzymając Lumillę, podszedł do okna, żeby wyjrzeć na ulicę.

Biegli nią ludzie, dziesiątki ludzi, wszyscy bladzi i rzucający przerażone spojrzenia w niebo. Potem rozległ się kolejny dźwięk, nie głuchy huk wybuchu armatniego, lecz wysoki i przenikliwy na tyle, że zabolały uszy. Sirus natychmiast go rozpoznał – jego jedyna w dzieciństwie wizyta w zagrodach hodowlanych w Morsvale pozostawiła niezatarte wrażenie. Smocze wezwanie. Urodzonym w niewoli smokom zawsze podcinano struny głosowe wkrótce po narodzinach, ale do chwili zabiegu młode krzykiem wyrażały swój niepokój. Jego płaczliwa reakcja jako dziecka wystarczyła, żeby zarobił karny kuksaniec od ojca, ale teraz wbrew sobie usłyszał w tym wrzasku potencjalny ratunek, bo agent najwyraźniej nie miał pojęcia, co się dzieje.

– A co to, w imię niezliczonych cesarskich odcieni...? – mruknął agent, patrząc, jak coraz więcej ludzi przebiega przed oknem.

Wtedy właśnie Katrya porwała z podłogi upuszczony rzeźnicki nóż i wbiła mu go w plecy aż po rękojeść. Reakcja była natychmiastowa i niemal śmiertelna dla wszystkich zainteresowanych, bo Czarna w żyłach agenta wybuchła konwulsyjnie. Sirusem cisnęła o przeciwległą ścianę, aż popękał pod nim tynk. Osunął się na ziemię. Potrzebował paru sekund, żeby się otrząsnąć, wstał chwiejnie i zobaczył, że agent klęczy i krzyczy, wyginając ciało jak cyrkowiec w próbie wyjęcia noża z pleców.

– Ty... mała... pieprzona... zdziro! – wrzeszczał na Katryę, która leżała półprzytomna kilka stóp dalej. Krzyknął ostatni raz z bólu, kiedy nóż wreszcie wyszedł z rany. – Ty podła suko!

W jego głosie pojawiła się przedziwnie poirytowana nuta, jak u dziecka, które pierwszy raz dostało klapsa. Wstał chwiejnie i szlochając, wyjął etui, krew spływała mu po podbródku, kiedy wyrzucał z siebie bełkotliwe, nienawistne groźby:

– Wyrwę flaki twojej matce i zmuszę cię do zjedzenia...

Żelazna patelnia brzęknęła głucho, trafiwszy go w potylicę. Wylądował na czworakach, fiolki wysypały się z jego dłoni. Zerknął przez ramię na Sirusa, który właśnie podnosił patelnię do drugiego ciosu. Agent zmarszczył czoło w grymasie wyrażającym poczucie krzywdy i zdrady.

– A ja... cię... wypuściłem... – wycharczał.

– Nie – odpowiedział Sirus. – Nieprawda.

Opuścił patelnię z całą siłą, jaką w sobie znalazł. Raz, drugi, uderzył kilkanaście razy, aż z głowy agenta została tylko miazga i jego nogi przestały wreszcie dygotać.

Lumilla nie żyła; złamała kark, kiedy uderzyła w ścianę. Sirus zostawił Katryę płaczącą nad jej ciałem i podszedł do okna, gdzie zobaczył pierwszego wyrośniętego dzikiego smoka w swoim życiu. Czerwony wylądował pośrodku ulicy, przyszpilając łapami nieszczęsnego obywatela Morsvale. Miał co najmniej dwadzieścia stóp długości od nosa po ogon i jaskrawo kontrastował z wychudzonymi, pozbawionymi skrzydeł nieszczęśnikami z zagród. Mięśnie nabrzmiewały pod szkarłatną skórą, skrzydła uderzały, kiedy smok wrzasnął krótko, ale triumfalnie, a potem zaczął posiłek. Sirus odwrócił gwałtownie wzrok i zobaczył kolejną niemożliwą rzecz – biegnące postaci, które, sądząc po ich całkiem obcych strojach, nie pochodziły z miasta. Jedna zatrzymała się przed oknem – wysoki mężczyzna ubrany w coś, co Sirus natychmiast rozpoznał jako utwardzoną zbroję z zielonej skóry, niemal dokładnie taką samą, jaką umieszczono na wystawie muzealnej poświęconej tubylcom z Arradsii. Jego podejrzenia natychmiast się potwierdziły, kiedy mężczyzna obrócił głowę. Splugawiony... Pokryta łuskami i kolcami twarz oraz żółte oczy nie pozostawiały wątpliwości – postać, którą Sirus widział, była żywym członkiem zdeformowanych plemion zamieszkujących ten kontynent.

Odskoczył natychmiast wstecz, mając nadzieję, że Splugawiony go nie zauważył. Podbiegł do Katryi, podnosząc po drodze nóż.

– Musimy uciekać! – powiedział jej.

Uciekali więc ulicami wśród wszechobecnej zgrozy i chaosu. Panowało zamieszanie, smoki i Splugawieni zabijali wszystkich, napotykając w najlepszym wypadku niewielki (o ile w ogóle jakikolwiek) opór ze strony nielicznych policjantów i żołnierzy, jacy zostali w mieście, równie spanikowani i przerażeni jak cywile. Było jasne, że atak nadszedł bez żadnego ostrzeżenia.

Sirus miał najpierw nadzieję dotrzeć do portu, ale prowadzące na nabrzeże uliczki były całkowicie zapchane ludźmi, którzy żywili te same złudzenia – że może znajdą statek, który ich zabierze. Tłum okazał się pokusą nie do odparcia dla dziesiątków Czerwonych latających w górze. Kiedy zaczęła się masakra, Sirus wciągnął Katryę w drzwi, uskakując przed gradem kończyn i trupów. To ona wpadła na pomysł, żeby uciekać do kanałów ściekowych – pomysł, na który wpadło jeszcze kilka osób obdarzonych dostatecznie rozwiniętym instynktem samozachowawczym. Było ich najpierw dziesięcioro, potem dziewięcioro, a później, jak odkrył Sirus, gdy obudził go cichy płacz Katryi, tylko dwoje.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Ponownie dziękuję mojemu korektorowi, Paulowi Fieldowi; mojemu agentowi, Paulowi Lucasowi, dziękuję za jego umiejętności dyplomatyczne; moim redaktorom z USA i UK, Jessice Wade i Jamesowi Longowi, dziękuję za cenny wkład do pierwszego zarysu powieści.

O Autorze

Anthony Ryan mieszka w Londynie i jest autorem bestsellerowej trylogii Raven’s Shadow wg New York Timesa. Wcześniej pracował na różnych stanowiskach dla brytyjskiego rządu, ale teraz pisze na cały etat. Interesuje się sztuką, nauką i niekończącym się poszukiwaniem idealnego kufla prawdziwego ale.

Więcej na temat Anthony’ego Ryana oraz pozostałych pisarzy wydawnictwa Orbit dowiecie się z bezpłatnego comiesięcznego biuletynu. Wystarczy zarejestrować się na stronie:

www.orbitbooks.net