19 osób interesuje się tą książką

Opis

Minęło siedemdziesiąt lat, odkąd na Ziemię przybyła armada obcych.Ludzkość dostaje proste ultimatum: dołączyć do Imperium lub zniknąć z oblicza galaktyki. Członkostwo jednak kosztuje. By przetrwać, pozbawiona unikatowych surowców Ziemia musi handlować swoim najcenniejszym zasobem – krwią i życiem własnych mieszkańców. Odrodzone z zamierzchłej przeszłości ziemskie Legiony oddają się na usługi obcych ras, by zapewnić byt i przetrwanie ojczystej planety. Ceną jest ciężka, krwawa służba, która rzuca najemników daleko poza granice znanego kosmosu… i śmierci.

James McGill jest chłopakiem jakich wielu: pozbawionym perspektyw i pomysłu na życie mieszkańcem ziemskiej Hegemonii, spędzającym większość czasu w wirtualnej rzeczywistości. Nie mógł się spodziewać, że okrutne zrządzenie losu wkrótce pchnie go w szeregi owianego złą sławą legionu najemników. Pierwsza kampania prowadzi go na Cancri-9, Świat Stali, którego bogactwu dorównuje tylko okrucieństwo targających nim wojen. Kiedy rutynowa misja przybiera nieoczekiwany obrót, James odkrywa straszliwą prawdę – gra toczy się o stawkę większą, niż ktokolwiek śmiałby podejrzewać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 496

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Steel World (Undying Mercenaries Book 1)

Copyright © 2013 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:Drageus Publishing House Sp. z o.o.ul. Kopernika 5/L600-367 Warszawae-mail:[email protected]

ISBN EPUB: 978-83-66375-24-6ISBN MOBI: 978-83-66375-25-3

Tylko umarli widzieli koniec wojny.

Platon

– 1 –

Dzisiejszego dnia miałem wyruszyć z Legionem Germanica, jednym z najlepszych legionów w ziemskiej historii. Właśnie wylądowaliśmy na Cancri-9, by wykonać rutynową misję eskortową. Przez całą odprawę żułem baton śniadaniowy, ale bez problemów dotarło do mnie, o co w zasadzie chodzi. Jakiś łuskowaty kosmita, który był w tych stronach księciem, potrzebował pocztu sztandarowego, żeby przeprowadzić go przez ulice największego miasta planety. Szkopuł w tym, że miejscowi byli w dość buntowniczym nastroju.

Misja zapowiadała się na bułkę z masłem, ktoś jednak się martwił, bo w przeciwnym razie nie wybuliłby kasy na najlepszą ochronę, jaką tylko da się kupić: ludzkich legionistów.

– Dobra, żołnierze – w słuchawkach rozległ się głos mojego centuriona. – Jeśli mają pojawić się kłopoty, pewnie spotkają nas w sektorze jedenastym. Za to nam płacą. Chcę podwoić pieszą ochronę przy aerowozie. Trzymajcie tłumy z dala… szczególnie te raptorowate jaszczury. Ani trochę nie podoba mi się sposób, w jaki ciągle ślinią kły.

Intuicja centuriona była wręcz legendarna, więc słuchaliśmy jego poleceń bez najmniejszych wątpliwości. Zostałem dowódcą drugiej drużyny. Wygoniłem ekipę z opancerzonego transportera piechoty i wybiegliśmy na ulice.

Po raz pierwszy dane mi było wyjść na powierzchnię Cancri-9. Budynki miały z pozoru losowe kształty i wyglądały jak bryłki białej gliny. Kolor roślinności stanowił mieszankę bujnej, jaskrawej zieleni i głębokiej purpury. Żółte i czerwone słońca zawieszone na nieboskłonie przypominały dwie olbrzymie, oślepiająco jasne tarcze. Bez hełmu i pancerza usmażyłbym się na skwarek. Miejscowa populacja Saurian była w stanie znieść niewiarygodne natężenie ciepła i promieniowania.

Moja drużyna zajęła pozycje tuż obok pojazdu jaszczurzego księcia. Trudno było nie kwestionować sensu jego wycieczki krajoznawczej przez sam środek wrogiego miasta, ale takie rozważania należało zostawić wyżej postawionym.

Wiedziałem, że tak naprawdę nie ma żadnej potrzeby szwendać się po tych wąskich, zatłoczonych uliczkach. Aerowóz księcia mógł przelecieć bezpiecznie nad nimi, a jeszcze lepiej – zupełnie ominąć całe miasto. Jednak ród rządzący chciał pokazać, że nie boi się rebeliantów. Pragnął zademonstrować, że książę może pozwolić sobie na beztroską przejażdżkę.

Jak dla mnie była to idiotyczna pokazówka, ale trepów nikt nie pytał o zdanie. Poza tym książę miał mnóstwo kredytów do roztrwonienia, a klient ma zawsze rację.

Gdy dotarliśmy do uliczki, która była jeszcze bardziej kręta i węższa niż inne, kolumna stanęła. Wszyscy obrócili głowy i zaczęli sterować przybliżeniem na wizjerach. Próbowali dostrzec, co się działo na przedzie – co nas zatrzymało.

Poprawiłem chwyt na karabinie. Dzięki układom przenoszenia nacisku mogłem wyczuć kolbę nawet przez grube na cal rękawice.

Nie patrzyłem w dal jak inni. Zamiast tego omiatałem wzrokiem drzwi, okna i boczne przejścia.

Tam. Na wiszącym ponad naszymi głowami balkonie stał obcy teropod, trzymając coś w krótkich przednich łapach. Co to było? Na tym właśnie polegał problem z misjami tego rodzaju: nie mieliśmy pojęcia, czy ten obcy stanowi zagrożenie, czy może robi po prostu zdjęcie dla swoich wnuków.

– Mamy jednego dino, prosto nad nami – zakomunikowałem na kanale drużyny.

Wszystkie okoliczne hełmy uniosły się. Kiedy dino zdał sobie sprawę, że został wykryty, rozpętało się prawdziwe piekło.

Saurianin otworzył ogień. Było to samobójcze posunięcie, ale może obudził się dziś w złym humorze. Otworzył paszczę, ukazując około pięciu setek zakrzywionych kłów, jednocześnie wystrzelił w dół kulę niebieskiego światła, która trafiła prosto w dach ochranianego przez nas aerowozu. Był to granat plazmowy. Jeszcze zanim kula energii dosięgła celu, poszatkowaliśmy agresora ogniem karabinów.

Było jednak za późno. Kula uderzyła w pojazd, który zatrząsł się i zabrzęczał. Szczęśliwie tarcze i pancerz zdołały uchronić go przed zniszczeniem. Chmura odłamków prysła prosto na nas, ale drużyna składała się z ciężkozbrojnych i mocne pancerze utrzymały nas przy życiu.

Spojrzałem na pojazd, by ocenić zniszczenia. Na dachu widniał wypalony ślad, a tarcza wyraźnie migotała w ostrym świetle dnia. Im jaśniejszy blask, tym mniejsza stabilność pola ochronnego tarczy. Wyglądało na to, że ta konkretna osłona potrzebowała teraz kilku minut, żeby dokonać rekalibracji i przywrócić właściwe pokrycie pola siłowego.

Pojazd miał też trudności z uniesieniem się w powietrze. Od razu zdałem sobie sprawę, że celem ataku nie było przebicie się przez tarczę, lecz powstrzymanie aerowozu przed ucieczką. Standardowe procedury operacyjne w takich sytuacjach były proste – przesyłka, tutaj w osobie księcia, miała opuścić zagrożony obszar i zostawić wojaków z tyłu, by odparli i sprzątnęli atakujących. Tyle że pojazd nie był w stanie wystartować.

Podobnie jak reszta drużyny, opadłem na jedno kolano, szukając jakiejkolwiek osłony. Szczęśliwie uliczki były zastawione wózkami i koszami na śmieci. Chociaż Saurianie zdołali stworzyć zaawansowaną cywilizację, ich miasta wyglądały jak coś rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Ulice nie były brukowane i zalegało na nich mnóstwo zapylonego śmiecia. Oparłem się o ceglany mur, przypominający w dotyku rozpalony piec. Po prawej stała jakaś mechaniczna riksza, a po lewej zobaczyłem stos glinianych urn w kształcie sześcianów. Poświęciłem chwilę, by wystrzelić jeszcze z tuzin jarzących się smug w teropoda leżącego na balkonie, tak na wszelki wypadek, gdyby wciąż miał siłę wstać.

Na dziesięć sekund zaległa cisza i ekipa mogła pomyśleć, że już po sprawie. Mój drużynowy bombardier nawet roześmiał się i rzucił coś o „stracie czasu”.

W tej samej ­chwili jakiś bydlak wystrzelił z przecznicy i zaszarżował na niego. Nie minęła sekunda, a opancerzony żołnierz tkwił w najeżonej zębami paszczy jak przyduży kęs hamburgera.

Molochy, pieszczotliwie zwane przez nas „bydlakami”, to bardziej wyrośnięte i głupsze teropody. Przypominają tyranozaury z ziemskiej prehistorii. To konie robocze tutejszej cywilizacji – pechowcy, którzy zostali zniewoleni przez mniejszych, bystrzejszych kuzynów.

Bydlak uniósł mojego bombardiera w przerośniętych szczękach. Ciężki pancerz legionisty brzęczał, gdy tarcza powoli poddawała się pod naciskiem kilkunastocentymetrowych kłów.

Pokryty zieloną łuską potwór był najwyraźniej zbieg­łym niewolnikiem, dużym samcem o dzikim spojrzeniu. Na jego szyi wisiała przerwana obroża. Miał około pięciu metrów wysokości i ważył pewnie ze cztery tony.

Tarcza siłowa sięga zaledwie kilka centymetrów ponad pancerz i jej zadaniem jest powstrzymanie uderzeń broni energetycznej albo – mniej skutecznie – miotającej. Nie radzi sobie za dobrze przeciwko atakom takim jak ugryzienie. Gdyby miała odpierać ruch tego rodzaju, nie bylibyśmy w stanie podnieść własnej broni.

Wrzasnąłem, wołając o wsparcie, i błyskawicznie je otrzymałem. Na bydlaka zwaliła się nawałnica ognia. Ale to nie wystarczyło. Szczęki miażdżyły bombardiera, nie zważając na ilość wpakowanych w cielsko wyładowań z karabinów. Pancerz mógł znieść nacisk takich zębów jedynie przez kilka sekund. Kły molocha wbiły się na łączeniach płyt i zmiażdżyły napierśnik. Ze zwisających z paszczy butów bombardiera ściekała krew.

Bydlak w końcu osunął się na bok, wciąż trzymając w szczękach poległego członka drużyny. Poświęciłem chwilę, aby rzucić okiem wzdłuż wijącej się drogi. Omiatałem okolicę lufą karabinu, gotowy w każdej ­chwili otworzyć ogień. Wszędzie zaroiło się od wielkich i mniejszych teropodów. Wyskakiwały z kryjówek na obydwu flankach. Wybrały właśnie to miejsce na zasadzkę.

W tej samej ­chwili coś pacnęło mnie w ramię, aż wzdrygnąłem się na niechciany dotyk. Skuliłem się i pochyliłem naprzód, próbując skupić na akcji.

Zmietliśmy pierwszą szarżę z oddali, ale nim zdołaliśmy się przegrupować, natarła na nas kolejna fala teropodów. Tym razem mnie dopadli. Strzelałem bezustannie, opróżniając magazynek i wołając o pomoc. Gdzieś nade mną otworzyły się olbrzymie szczęki i niebo zniknęło sprzed moich oczu.

Nagle świat znów wypełniło świat­ło, a wszystko wokół zaczęło wirować. Jakieś palce wczepiły się w moje gogle. Ktoś zerwał i odłączył mój hełm. Nie mogłem oddychać. Wgryzły się we mnie dwa bydlaki, próbując wyrwać dla siebie po kończynie…

* * *

Mama ściągnęła mi gogle z oczu. Gumowe zapięcie złapało i wyrwało kilka włosów, wywołując bolesny grymas. Zasłoniłem się przed jaskrawym, prawdziwym światłem, które próbowało wedrzeć się do moich oczu. Mama rozsunęła autorolety w moim pokoju. Cienkie linie białego blasku przebijały się przez srebrzystą siatkę refleksyjną, wpuszczając promienie słońca. Zaprotestowałem donośnym jęknięciem.

Odchyliłem się od symulatora i przewróciłem oczami. Cancri-9, teropody, moi wrzeszczący podkomend­ni – wszystko to zostało na ekranach gogli. Nie byli prawdziwi, ale dla mnie równie realni jak wszystko wokół. Nasza gra nazywała się „Świat Stali” i moim zdaniem była majstersztykiem gatunku.

– Mamo, przez ciebie mnie zabili!

– Już koniec zabawy, James – odparła. W dłoniach trzymała swój tablet.

Chciała mi go podać, ale nawet na niego nie spojrzałem.

– Zdajesz sobie sprawę, że prowadzę jeden z najlepszych klanów, prawda? – burknąłem. – Wiem, że nic cię to nie obchodzi, ale niefajnie jest marnować czas wszystkich moich kumpli.

Znów próbowała zwrócić moją uwagę na tekst na tablecie, ale nie byłem zainteresowany.

Obróciłem się z powrotem do symulatora. Sprzęt był pierwszej klasy. Miałem wszystko, co tylko można było dokupić: gogle, rękawice reagujące na nacisk – nawet opcję pełnego sprzężenia zwrotnego na opuszkach. Główny ekran pokazywał teraz, że jest po mnie, podobny los spotkał większość drużyny. Wszędzie dookoła biegały rozjuszone bydlaki i pożerały kogo popadnie. W rzeczywistości ta historyczna bitwa zakończyła się zwycięstwem Legionu Germanica, który zdołał ocalić jaszczurzego księcia, uwięzionego wewnątrz aerowozu. Niestety, zawaliłem zespołową powtórkę tej misji i widoczny na ekranie pojazd stał w płomieniach.

Sięgnąłem do klawiatury, żeby zamienić kilka słów z ekipą – wszyscy bez wyjątku byli nieźle wkurzeni. Mama znów poklepała mnie po ramieniu.

W końcu obróciłem się i spojrzałem na nią. Drżały jej ręce. Westchnąłem i zabrałem się za lekturę treści wyświetlanej na tablecie.

Z początku nic nie zrozumiałem. Musiałem przeczytać wszystko ponownie, tym razem skupiając się, aby wyłapać znaczenie każdego słowa.

Tekst był e-mailem z departamentu finansowego Hegemonii. Hegemonia była pożyczkodawcą ostatniej instancji. Obsługiwali kredyt na nasze mieszkanie, moje wykształcenie, nawet nasz rodzinny szynowiec.

Jako obywatel Sektora Północnoamerykańskiego, podlegałem rządowi sektora, rządowi federalnemu i, na samym końcu, rządowi Hegemonii. Istniała jeszcze jedna wyższa sfera władzy – rząd galaktyczny – ale nie łączył go żaden bezpośredni stosunek z jakimkolwiek konkretnym Ziemianinem. Uchodziliśmy uwagi obcych, którzy decydowali o losach odległych gwiazd – chyba że akurat potrzebowali jednego z naszych legionów.

– Wniosek odrzucony – przeczytałem na głos. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. – Zaległości na rachunku? Co to wszystko znaczy?

– To znaczy, James, że koniec z graniem… I ze szkołą też.

Dotarły do mnie emocje malujące się na jej twarzy. To była duża sprawa. To działo się naprawdę, tu i teraz. Jej oczy zmrużyły się w wąskie szparki i pomyślałem, że zaraz może się rozpłakać, ale nic takiego się nie stało.

– Ale dlaczego właśnie teraz chcą mnie wykopać z college’u? Prawie go ukończyłem.

Poczułem, jak moje serce zaczyna się tłuc w piersi. Opadłem na siedzenie i spojrzałem na sprzęt. Była to trójekranowa maszyna z pełnym sterowaniem kontaktowym, interpretacją gestów i śledzeniem ruchu oczu. Około tuzina osób o pseudonimach w stylu „Doop0bij” właśnie zasypywało mnie wiadomościami na priwie i zaproszeniami do czatów. Zignorowałem je wszystkie. Spędziłem całe lata, prowadząc wirtualne życie na tej maszynie – ale teraz ledwie ją dostrzegałem.

– Czy to przez moje oceny? – spytałem. – Aż tak dałem ciała?

– Na pewno nie grożą ci żadne stypendia, co prawda, to prawda. Ale nie w tym rzecz. W końcu jakoś zdajesz egzaminy. Jest coś, czego ci jeszcze nie powiedziałam.

Spojrzałem na nią z otwartymi ustami.

Na twarzy mojej mamy wyrysował się zbolały uśmiech.

– Wyrzucili mnie z pracy – powiedziała.

Mój wzrok podążył ku zegarowi. Była trzecia po południu. Rzeczywiście powinna właśnie być w pracy. Jakby się nad tym zastanowić, ostatnio często spędzała popołudnia w domu, ale nigdy nie zwracałem uwagi na takie drobiazgi. Kto, u licha, miał pojęcie, gdzie o danej godzinie powinni być jego rodzice? Miałem dopiero dwadzieścia dwa lata i to nie był mój problem.

Aż do teraz. Mama wyjaśniła, że tata zachował swój etat, ale jej praca była lepiej płatna. Przez trzy miesiące próbowali jakoś to wszystko odwlec, ale w końcu dopad­ły nas rachunki. W skrócie: lato dobiegało końca, ale nie wrócę na uczelnię, żeby zacząć nowy semestr.

Mój umysł zupełnie tego nie ogarniał. Przez całe życie to ja się opieprzałem, a rodzice próbowali mnie chronić przed konsekwencjami. Teraz już nie ­mogli sobie na to pozwolić. Nie miałem grosza przy duszy, a bez ich podpisów i dobrej zdolności kredytowej ukończenie college’u było kompletnie nierealne. Uzyskanie dyplomu wymagałoby wyłożenia co najmniej miliona kredytów, a do takiej sumy brakowało mi jakieś dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy.

Minął tydzień i sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. W czwartek nasza rodzina została wyeksmitowana z lokalu. To był ciężki dzień. Nowe mieszkanie, które dostaliśmy z przydziału, okazało się ciasną kawalerką z obłażącymi ścianami i spękaną betonową podłogą.

Czasami może i bywałem trochę ociężały, ale to akurat zrozumiałem jasno i wyraźnie: najwyższy czas wyfrunąć z gniazda.

Urodziłem się w ostatni dzień 2099 roku. Lekarze wywoływali poród w noc sylwestrową – byłem przedwcześnie złożonym jajeczkiem, które miało zapewnić moim rodzicom ulgę podatkową. W miarę dorastania przeistoczyłem się w typowego męskiego osobnika swojego pokolenia. Od zawsze nie cierpiałem szkoły. Całą energię poświęcałem nie na naukę, lecz uganianie się za dziewczynami albo piłką do kosza. Większość życia spędziłem podpięty do sieci i nie miałem zielonego pojęcia, co zrobić ze swoją przyszłością.

To wszystko zmieniło się tego dnia, gdy zdecydowałem się odwiedzić Izbę Werbunkową. Od lat bawiłem się grami o legionach i, jak każdy dzieciak, we własnym mniemaniu byłem gotowy na prawdziwą walkę.

Dla każdego pełnoletniego Ziemianina Izba Werbunkowa była czymś na kształt legendy. W szkole średniej koledzy rozprawiali o Izbie tonem pełnym brawury i nonszalancji. Każdy był przekonany, że przeszedłby kwalifikacje, żeby dołączyć do najlepszych z najlepszych. Dzieciaki ze szkoły zarzekały się, że mogą trafić do każdego z kosmicznych legionów, jaki im się przyśni – jeśli tylko im się zechce.

Wszyscy przechwalali się, że dołączą do Żelaznych Orłów, Germaniki czy nawet Victrix. Te owiane sławą oddziały miały wręcz błagać nas o podpisanie kon­traktu.

W ostatniej klasie rozmowa robiła się nieco poważniejsza, mniej było lekceważenia i przechwałek. Większość z nas nadal nie przyznawała się, że nie mamy dość jaj, żeby dołączyć do któregoś z legionów. Zamiast tego zaczynaliśmy zachwalać nasze plany budowania kariery w księgowości, biotechnologii albo – najczęściej – świet­laną przyszłość, jaka czekała nas w bliżej nieokreślonym biznesie. Nie wyruszaliśmy w kosmos, bo szkoda na to zachodu. Wcale nie było tam tak wspaniale, a tak po prawdzie, nawet nie mieliśmy ochoty lecieć.

Po ukończeniu szkoły średniej następowało nieuchronne zderzenie z rzeczywistością. Przeważająca część młodzieży z całego świata wracała do swoich dziecięcych pokoi, by uświadomić sobie, że jest biedna i pozbawiona perspektyw na pracę. Z czasem znajdowaliśmy jakąś marną fuchę albo udawało się nam przeczołgać przez studia na uczelni, a niektórzy lądowali na bruku, wykopani z domów. Prawda jest taka, że ostatnio bardzo trudno było o sensowne zajęcie. Przeciętny absolwent szkoły średniej wkraczał w życie z bagażem w postaci przeszło miliona kredytów długu. Z takim stanem konta tylko wybrańcy ­mogli pozwolić sobie na college.

Ja należałem do tych nielicznych szczęśliwców, którzy mieli szansę uczęszczać na miejscową uczelnię. Rzecz jasna, zupełnie tego nie doceniałem. Traktowałem to jako swojego rodzaju unik, sposób, żeby rodzice przestali się mnie czepiać. Moje oceny w szkole średniej były słabe, ale udało mi się ją skończyć dzięki postawie rodziców, którzy nigdy nie pozwolili mi zgnuśnieć do reszty, zamkniętemu w pętli całodziennej gry w koszykówkę i całonocnych sesji przy komputerze. Ich wspaniałomyślna dyscyplina rozciągała się również na mój college, dzięki czemu zaliczyłem trzy pierwsze lata.

Byłem na dobrej drodze ku dyplomowi z informatyki, jadąc na trójkach i czwórkach z niezbyt imponującą średnią, kiedy trafił do nas ten niespodziewany mail. Ale teraz to już historia.

Żegnając się ze mną, tata powiedział jedno:

– Tylko nie wyląduj na permach, synu.

„Permy” i „permazgon” to slangowe określenia na „permanentną śmierć” – tak oficjalnie nazywano stan, którego chciałby uniknąć każdy wojak we wszechświecie. Chociaż nasza medycyna i techniki rekonstrukcyjne były o niebo lepsze niż kiedyś, usterka albo inny ekstremalny przypadek mogły sprawić, że człowiek umierał naprawdę – i na zawsze.

Westchnąłem i przewróciłem oczami.

– Nic mi nie będzie. Z tego, co słyszę, coś takiego nie zdarza się prawie nigdy.

Odpowiedział mi stanowczym spojrzeniem.

– Plotki i reportaże lubią kłamać. Po prostu uważaj na siebie.

– No pewnie – powiedziałem i przytuliłem ich ostatni raz na pożegnanie. – Nie martwcie się.

Sprzedałem moją maszynę do gier i oddałem rodzicom pieniądze, żeby choć trochę zrekompensować im cały ten bajzel, który ściągałem na ich głowy przez ostatnie dwadzieścia lat. W końcu wybrałem się koleją powietrzną do olbrzymiej Izby Werbunkowej w Newark.

Rodzice opowiadali mi, że w czasach ich młodości Newark nie należało do najprzyjemniejszych miast na północnym wschodzie Stanów. Po wyjściu z pociągu musiałem stwierdzić, że od tamtej pory sytuacja raczej nie uległa poprawie. Po ulicach przemykały targane wiatrem kłęby śmieci. Wszyscy ludzie, których mijałem po drodze, spoglądali na mnie nieprzychylnym wzrokiem. Kryła się w nim jakby bezinteresowna nienawiść, tyleż do mnie, co do własnego losu.

Na szczęście nie wyglądałem na mięczaka, więc nikt nie próbował ze mną zaczynać, a od celu dzieliło mnie raptem kilka przecznic.

Tablice kierujące mnie w stronę Izby Werbunkowej pozostawiały niezatarte wrażenie. Były pełne krzykliwych kolorów oraz półnagich męskich i damskich postaci w zapraszających pozach. Zobaczyłem błyskające karabinki laserowe, padające trupem potwory, a potem jeszcze więcej uroczych ludzi przemieszanych z tematycznymi zdjęciami gwiazd, mgławic i pokrytych zielenią planet.

Może i jestem młody, ale dobrze wiem, kiedy próbują mi coś wcisnąć. Zauważyłem, że okoliczni mieszkańcy też nie dawali się nabrać. Rzadko unosili wzrok, by spojrzeć na te olbrzymie, odpicowane hologramy.

W końcu wziąłem głęboki oddech, mocno ścisnąłem uchwyt sportowej torby i przyłożyłem dłoń do panelu przy drzwiach Izby.

Po ­chwili z upaćkanego, spękanego ekranu wyłoniła się moja podobizna. Zaraz potem ukazały się moje podstawowe dane.

James McGill, włosy piaskowy blond, oczy niebieskie. Dwadzieścia dwa lata i dokładnie dwa metry wzrostu.

W przeciwieństwie do większości kolegów nie dźwigałem zbędnych kilogramów. Zawdzięczałem to bardziej dobrym genom i koszykówce niż jakiejś szczególnej wstrzemięźliwości w kwestii jedzenia.

Dałem sobie spokój z dalszą lekturą. Chwilę później zamek wreszcie szczęknął i drzwi otworzyły się, zapraszając mnie do środka.

Wszedłem do Izby Werbunkowej przy akompaniamencie zatrzaskiwanych drzwi i powracającej na miejsce zasuwy.

– 2 –

Świadomość, że przynajmniej wpuszczono mnie do Izby, dodała mi nieco otuchy. Gdybym był niepełnoletni, miał założoną policyjną kartotekę albo został oznaczony w medycznej bazie danych jako cherlawy, drzwi pozostałyby zamknięte. Ten wstępny odsiew to naprawdę niezły pomysł. Żaden legion nie marnował ­chwili na kandydata niespełniającego podstawowych wymogów.

Gdy człowiek zderzył się z panującym na zewnątrz brudem i nędzą, wnętrze Izby robiło wielkie wrażenie. Przede wszystkim było ogromne – rozmiarem dorównywało co najmniej stadionowi piłkarskiemu. Ściany wznosiły się tak wysoko, że sufit majaczył niewyraźnie nad moją głową. Dach wykonano ze szkła, a autorolety ustawiono tak, by wpuszczały ożywczy blask słońca. Temperatura wewnątrz była wręcz idealna, przynosiła ulgę po zetknięciu z panującym za drzwiami letnim zaduchem.

Ruszyłem w dół marmurowych schodów. Całe wnętrze wypełniał niesamowity hałas. W zasięgu wzroku miałem chyba z tysiąc osób, jak nie więcej.

W ścianach tkwiły rzędy stanowisk rekrutacyjnych. Nad każdym z nich widniał emblemat tego czy innego legionu. Próby odbywały się na otwartej przestrzeni pomiędzy, tyle wiedziałem. Wypełniały ją kręgi sparingowe, boksy medyczne i niezliczona rzesza błąkających się między nimi kandydatów.

– Hej, młody – rzucił do mnie jakiś facet w szarym kombinezonie. Miał czapkę z obrazem globu, co oznaczało, że był legionistą. Znałem wiele symboli, ale nie byłem w stanie stwierdzić, do którego legionu należał.

– Sir? – odparłem bez wahania. Postanowiłem zawczasu mówić do wszystkich „sir”, choćby po to, by weszło mi to w nawyk.

Pokręcił głową.

– Jestem technicznym. Proszę mi tu nie „sirować”.

Na poparcie tych słów poklepał się po naszywce. Dotarło do mnie, że był specjalistą, a więc nie należał do kadry oficerskiej. Pokiwałem głową przepraszająco. Gry nie przygotowały mnie na każdy aspekt żołnierskiego życia.

Zmierzył mnie wzrokiem z pewnym uznaniem.

– Wysoki jesteś, co?

– Tak jest, sir… ee, znaczy techniku.

– Specjalisto. Powinieneś zwracać się do mnie per „specjalisto Ville”. Albo „specjalisto techniczny Ville”.

Nie wiedziałem, że nazywa się Ville, ale teraz dostrzeg­łem jego identyfikator. Postanowiłem nie odpowiadać, bo poczułem się zupełnie zbity z tropu. Z trudem docierało do mnie, że naprawdę tu stoję, rozmawiam z tym gościem i próbuję zaciągnąć się do legionów.

Ville wyciągnął z wnęki przy wejściu żeton wielkości drobnej monety i podał mi go.

– Co to takiego? – spytałem.

– Twoje dane. Drzwi je wybiły. Każdy, kogo spotkasz w Izbie, będzie chciał, żeby mu to okazać. Nie zgub żetonu, inaczej się wkurzą.

– Dobrze, dzięki.

– Najpierw idź się sprawdzić na parterze. Nie zawracaj głowy ludziom przy stoiskach legionów, dopóki nie przejdziesz wszystkich prób. Nie będą chcieli gadać z kleksem, zanim nie poznają twoich statystyk.

Kleksem? Nie miałem zielonego pojęcia, o co chodzi, ale machnąłem na to ręką.

– Okej, jasne – odparłem.

– A, młody, jeszcze jedno – dodał Ville. – Następnym razem możesz podjechać linią miejską do stacji pod Izbą. Nie musisz drałować ulicą. Widzisz, nie wszyscy tam pałają miłością do rekrutów.

– Dobra, dzięki. Nie wiedziałem.

Zszedłem jeszcze niżej po marmurowych schodach, ze zmarszczonym czołem próbując zrozumieć jego słowa. Następnym razem? To miał być jakiś następny raz? Przez całe życie byłem przekonany, że nie ma nic prostszego, jak zaciągnąć się do służby. Zawsze znalazł się ten czy inny legion, który akurat prowadził rekrutację. Byłem sprawny fizycznie i za półmetkiem do otrzymania dyplomu, więc spodziewałem się, że będą zachwyceni, mogąc powitać mnie w swoich szeregach.

Zacząłem od boksów medycznych. To tam zmierzyłem się z pierwszymi kolejkami – najdłuższymi na sali. Nie miałem obaw co do tej części testów. Przeszedłem już mnóstwo badań lekarskich przy selekcji do szkolnych drużyn sportowych.

Tutejsze fartuchy nie zamierzały jednak przepuścić nawet najmniejszego szczegółu. Oglądali mnie z każdej strony jak rodowodowego knura na dożynkach. Skłuli mnie, opukali, wykrwawili i odsikali do reszty. Po godzinie tych pierdół jakaś pielęgniarka z marsową miną wcisnęła mi w dłoń mały żeton.

– Jakie mam wyniki? – spytałem.

– Wystarczająco dobre, żeby stanąć w następnej kolejce – odparła.

Rzuciłem okiem na jej naszywki. Przyglądając się uważnie, byłem już w stanie rozszyfrować stopień. Też była specjalistą, tak jak ten koleś przy drzwiach. Tyle że nie technicznym, a biosem – można w zasadzie powiedzieć, że sanitariuszem.

Ruszyłem za tłumem w stronę kręgów sparingowych. W pierwszej sali wręczono mi karabin treningowy. Uśmiechnąłem się. Leżał w dłoni dokładnie tak jak te, które dokupiłem do mojego symulatora. Oddałem tuzin strzałów do tyluż ruchomych celów i już zaczynałem się wkręcać, kiedy jakiś gość wrzasnął „czas!” i wygonił mnie ze strzelnicy.

Kolejna próba odbywała się na niewielkiej arenie. Widziałem krzątających się tutaj ludzi jeszcze spod drzwi. Była to próba zupełnie innego rodzaju – chodziło o walkę przy użyciu archaicznej broni. Nawet w najmniejszym stopniu nie czułem się z nią tak pewnie, jak ze szkolnym karabinem.

Podniosłem drążek wykonany z błyszczącego metalu. Z jednej strony zakończony był okrągłą, jakby mosiężną gałką, a z drugiej rękojeścią, osłoniętą gardą. Od biedy można było to chyba porównać do miecza ćwiczebnego, tyle że nie było do niego zbyt podobne. Jak dla mnie, najbardziej przypominało jakiś dziwny przybór kuchenny.

Zrozumiałem, że chcą teraz sprawdzić, jak poradzę sobie w walce z bronią energetyczną. Wszystkie legiony musiały być gotowe do podjęcia walki przy użyciu energoostrzy. Ciężkozbrojni używali ich prawie tak często jak broni palnej. Były jak miecze, tyle że składające się z plazmy i światła. Nigdy się nie wiedziało, z jakim poziomem zaawansowania technicznego przyjdzie się zmierzyć i co sprawdzi się najlepiej w walce z danym przeciwnikiem. O takich sprawach decydowali Galaktycy oraz ludzie z Hegemonii. Legioniści mieli po prostu słuchać i walczyć według zasad ustalonych przez innych.

Podenerwowani instruktorzy zaprowadzili mnie na ring. Po przeciwnej stronie spodziewałem się spotkać drugiego gościa z elektrycznym mieczem. Zamiast tego zobaczyłem plątaninę kabli i żelastwa, złożoną w kształt ludzkiej sylwetki – natychmiast dotarło do mnie, że będę walczył z robotem. Stojące przede mną urządzenie przypominało szkielet zbudowany ze stalowych rurek. Zobaczyłem, że zasilanie maszyny zapewniał przewód prowadzący z jej prawej stopy ku ścianie, z której sterczała wtyczka.

Dopiero wtedy zauważyłem trociny pod swoimi stopami i brązowe, grudkowate plamy wśród ścinków – czy to resztki krwi, czy może twarde, zaschnięte wymiociny? A może coś jeszcze gorszego?

Widok tych plam na pewno nie poprawiał mi humoru, czymkolwiek były. A jednak przysłużyły mi się w pewien sposób, wyostrzając moje zmysły. Wiedziałem, że to na pewno nie ten elektryczny szkielet krwawił i robił pod siebie.

Nikt nie odezwał się do mnie słowem. Żadnych pouczeń, zupełnie nic. Nawet nie zawołali „start!”. Po prostu zatrzasnęli za mną rozklekotane drzwi, a robot przystąpił do działania.

Słyszałem o szkołach, gdzie przygotowują na takie akcje. W założeniu miały nauczyć młodych kandydatów wszystkich tajników życia w legionach podczas trzymiesięcznego kursu, wycenionego na jakieś czterdzieści tysięcy kredytów. Nie miałem na to ani pieniędzy, ani czasu, ale w tej ­chwili bardzo żałowałem, że nie było inaczej. Poczułem się tak, jakbym przez całą swoją cholerną edukację uczył się nie tego, co trzeba.

Robot ruszył przed siebie i zaczął wywijać mieczem z boku na bok, zataczając nim powolne łuki. W pierwszym odruchu chciałem uciekać, ale wiedziałem, że obserwują mnie legioniści. Tchórzostwo nie zrobiłoby dobrego wrażenia.

Zostałem więc na miejscu i wysunąłem miecz przed siebie, w kierunku nadchodzącego robota. Wszystko, co zrobiłem, ograniczało się w zasadzie do ustawienia mojego patyka na drodze jego patyka. Maszyna trzas­nęła prętem o mój oręż i ring wypełnił oślepiający, iskrzący rozbłysk, donośny trzask i zapach ozonu.

Robot natychmiast przestał ciąć powietrze, wycofał się na swoją stronę ringu. Wyprostowałem się, przybierając swobodną postawę, i odetchnąłem głęboko.

– To tyle? – spytałem na głos.

Dureń.

Robot zresetował program. Znów ruszył prosto na mnie, ale tym razem wymachiwał z góry na dół, a jego miecz treningowy poruszał się wyraźnie szybciej.

Nie jestem skończonym tępakiem. Uskoczyłem na bok i wysoko uniosłem trzymaną płasko klingę, by przechwycić kolejny pionowy zamach maszyny.

Kolejny trzask i buczenie. Robot znów się cofnął.

Na moją twarz wypełzł zadufany uśmiech. Był to pewnie mój pierwszy uśmiech tego dnia. Poczułem, że zaczynam rozumieć, o co tu chodzi.

Wtem robot rzucił się na mnie jeszcze raz. Teraz wykonywał pchnięcia, mierząc w mój tors i wyrzucając miecz przed siebie niczym jakiś morderczy tłok. Zdawałem już sobie sprawę, że mosiężna kula porazi mnie paskudnie, jeśli tylko zdoła trafić. Najwyraźniej legioniści chcieli odpowiednio zmotywować rekrutów. Z tego, co mogłem odgadnąć po śladach w trocinach, ten wstrząs nie należał do przyjemnych.

Mój uśmiech wyparował bez śladu. Tym razem nie widziałem sposobu, by powstrzymać szarżę. Klinga poruszała się szybciej niż do tej pory, nieustannie dźgając powietrze.

Zbliżyłem się i spróbowałem sięgnąć daleko przed siebie, by wziąć zamach w stronę ostrza. Nie zdało się to na nic, cholerstwo ruszało się zdecydowanie za szybko. Prawie mnie dopadło zdradliwym pchnięciem, gdy próbowałem je trafić.

Zacząłem się wycofywać, aż poczułem za plecami opór. Z braku lepszych pomysłów byłem zmuszony rzucić się w jedną stronę. Robotyczny szkielet obrócił się za mną, zupełnie zbijając mnie z tropu. Do tej ­chwili nie zauważyłem, żeby w jakikolwiek sposób reagował na moje posunięcia. W końcu nie miał nawet oczu. Zastanawiało mnie, czy kieruje nim zdalny operator, czy też może ukryte dookoła kamery przesyłały do niego sygnał optyczny.

W końcu w mojej głowie zarysował się pewien plan. Skoro wykonywał jedynie poprzeczne pchnięcia na wstępnie ustalonej wysokości, może trzeba spróbować prześlizgnąć się dołem?

Poczekałem, aż machina podejdzie bliżej. W ostatniej ­chwili padłem na podłogę i zamachnąłem się w górę, by trafić broń robota.

Plan zadziałał. Zaczynałem już przyzwyczajać się do tego błysku, bzyczenia i stukania wycofujących się płetwiastych metalowych stóp.

Poderwałem się z ziemi i przybrałem bojową pozę na ugiętych nogach, z bronią w gotowości. Mój oddech stał się wyraźnie cięższy. Ile razy miałem jeszcze przechytrzyć to pieprzone żelastwo?

Na moich oczach robot uległ nagłej przemianie. Teraz śledził mnie z wyraźną inteligencją, poruszając się niczym myśliwy tropiący zwierzynę.

Spróbowałem uskoczyć w bok i zanurkować nisko. Oba posunięcia nie zdały się na nic. Mosiężna gałka wieńcząca jego miecz podążała za mną z nieubłaganą precyzją. Broń nieustannie mierzyła prosto w mój tors. Robot ruszył w moją stronę. Nie był już ograniczony do pojedynczej formy ataku.

„To jest to” – pomyślałem. Warknąłem i ruszyłem w stronę metalowego ustrojstwa. Nie chciałem, żeby dorwało mnie pod ścianą bez możliwości ucieczki.

Robot wyszedł mi na spotkanie. Spróbowałem ciąć w jego klingę, chybiłem, po czym pchnąłem mieczem w samego robota. Maszyna delikatnie zakręciła swoją bronią, unikając zetknięcia z moją. Nagle pchnęła ostrze prosto w moją stronę.

Próbowałem się wykręcić, by uniknąć kuli, ale zdołała drasnąć mój lewy bark. Usłyszałem trzaśnięcie, a moje ciało przeszyła paraliżująca iskra bólu. Zrobiło mi się niedobrze.

Wylądowałem na kolanach. Robot opuścił broń i ruszył z powrotem na pozycję startową.

Wściekły, zamachnąłem się za nim mieczem. Nie celowałem w nogi ani broń – trafiłem za to w przewód zasilający, sterczący z jego prawej stopy.

Rozległ się trzask, a po nim pojawił się obłok niebieskawego dymu. Robot zesztywniał i stanął. Następnie zaczął się przechylać, z początku powoli, aż wreszcie runął na podłogę twarzą naprzód. Podniosłem się z trudem i zacząłem pocierać obolałe ramię, szczerząc zęby na widok żelaznego wraku.

Drzwi za moimi plecami otworzyły się ze zgrzytem. W przejściu stanął specjalista technik i spojrzał na mnie z zaciśniętymi zębami.

– Nie wiesz, że nie wolno walić po przewodach zasilających, kleksie? – huknął na mnie.

– Przepraszam, specjalisto Feldman – odpowiedziałem głośno, rzucając okiem na jego identyfikator. – Nie udzielono mi żadnych instrukcji.

– Wypierniczaj stąd!

Mamrocząc złowrogo, przepchnął się obok mnie i zaczął grzebać przy robocie, który teraz przypominał bezładny stos drucianych wieszaków. Nie było mi żal ani jednego, ani drugiego.

Na zewnątrz czekał drugi specjalista – dziewczyna. Była niska, naprawdę śliczna, a jej piegowate usta wykrzywiał cierpki grymas. Zmierzyła mnie wzrokiem z góry na dół.

– Wysokiś – stwierdziła – a do tego stuknięty.

Wręczyła mi mój srebrny krążek. Podziękowałem.

– Przestań rozwalać sprzęty, kleksie – upomniała mnie. – Legiony krzywo na to patrzą. Żaden primus nie będzie chciał żołnierza, który niszczy wyposażenie.

Przytaknąłem, starając się wyglądać na szczerze skruszonego. Chyba mi się nie udało.

– Dlaczego wciąż nazywacie mnie kleksem? – spytałem, gdy już się odwracała.

Spojrzała na mnie ze zdumieniem, unosząc wysoko brwi.

– Nie wiesz? Nikt z twojej rodziny jeszcze nie służył?

Pokręciłem głową.

Uśmiechnęła się, ale nie był to sympatyczny uśmiech.

– Ale masz świadomość, że będziesz skakał ze statków, prawda?

Przytaknąłem. Standardową metodą wprowadzania do walki sił naziemnych był zrzut z kosmosu na powierzchnię wrogiej planety. Odbywało się to przy użyciu kapsuł desantowych, maleńkich lądowników, które spadały z orbity niczym bomby.

– Widziałem nagrania – potwierdziłem.

– No, a jak ci się wydaje, co się dzieje z nowym rekrutem, który dostaje ataku paniki podczas pierwszego skoku?

Rozważałem to przez dłuższy moment, a specjalistka zostawiła mnie samego, chichocząc pod nosem.

W końcu do mnie dotarło…

Kleks.

Po badaniach lekarskich i próbach sprawnościowych przyszła pora na psychologów. U nich czekało mnie więcej testów – tym razem pisemnych. Te też odbywały się pod okiem specjalistów, mieszanego zespołu technicznych i biosów. Spośród nich wyróżniała się pewna kobieta. Nosiła naszywki, jakich jeszcze nigdy nie widziałem.

Trąciłem w ramię niskiego, smagłego współkandydata, który siedział obok mnie.

– Kto to taki? – spytałem.

Facet rzucił mi ponure spojrzenie, po czym zerknął we wskazanym kierunku. Miał masywne ramiona i nogi, a do tego burzę ciemnych kręconych włosów. Z miejsca zdałem sobie sprawę, że nie lubi, jak się go dotyka.

– Carlos – odparł. – Jestem Carlos Ortiz.

– Dobra, Carlos, wiesz, kim jest ta kobieta?

– Nie mam pojęcia. Ale ma słoneczną odznakę, a to znaczy, że jest primusem. – Natychmiast utkwił wzrok z powrotem w swoim ekranie.

Ta wiadomość zrobiła na mnie spore wrażenie. Stała przede mną prawdziwa oficer, i to nie byle adiunkt – primus! Stała niemal na szczycie struktury dowodzenia legionu. Jedynym stopniem wyższym od primusa był trybun – oznaczał szychę, która dowodzi całą jednostką.

Zmrużyłem oczy, próbując dojrzeć oznaczenie jej legionu. W końcu udało mi się wypatrzyć okrąg z przebiegającą przez niego serią wyplatanych linii. Sporo ludzi tutaj nosiło takie oznaczenia.

– Co to za legion? To godło w kształcie globu? Nie poznaję go.

Carlos znów podniósł wzrok znad swojego testu, wyraźnie zniecierpliwiony. Obydwaj przebijaliśmy się właśnie przez baterię głupawych pytań o to, co zrobilibyśmy w danej sytuacji albo co nam się podoba, a co nie. Umierałem już z nudów.

– Słuchaj, ten test jest na czas. Czy ty w ogóle chcesz, żeby cię przyjęli?

Wzruszyłem ramionami.

– Na moje oko przy żadnym pytaniu nie ma ani jednej złej odpowiedzi. Jakoś się nie martwię.

– Zawsze jest jakaś zła odpowiedź, wierz mi.

– Dobra, dobra. Tylko mi powiedz, z jakiego legionu jest ta primus.

Carlos przyjrzał się jej ponownie, po czym prychnął.

– To nie jest emblemat legionowy, tępaku. To znak Hegemonii. Nie zauważyłeś? Większość tych izbowych wypierdków nosi takie naszywki. Nie są z żadnych legionów. Należą do Sił Ziemskich. To pewnie niedojdy w stanie spoczynku albo kolesie ustawieni dość dobrze, żeby grzać tyłek z dala od kosmosu.

Spojrzałem na niego gniewnie. Nie podobało mi się ani słowo z tego, co powiedział. W szczególności nie przypadło mi do gustu miano tępaka. Czy można tu było czegoś zwyczajnie nie wiedzieć, żeby od razu nie obrzucili człowieka stekiem szyderstw? Byłem od niego znacznie większy i rozważałem, czy trochę się do niego nie pochylić, ale spasowałem. Uznałem, że rozróba w trakcie testów raczej mi się nie przysłuży.

– Rekruci! – rozległ się nagle damski głos.

Obróciłem się, zaskoczony. To ta primus – gdy zaczęła się zbliżać, zauważyłem, że przygląda się nam podejrzliwie.

– Wy dwaj! Ściągacie? Możemy was za to natychmiast wyrzucić.

– Nie, proszę pani – odparłem.

– To jakiś wsiok, cholera wie z jakiego zadupia – oświadczył Carlos, wskazując mnie palcem. – Nie ma o niczym pojęcia i jest pewnie zbyt ograniczony, żeby oszukiwać.

Spojrzałem na niego pochmurnie, ale trzymałem gębę na kłódkę. Primus obejrzała mnie z góry do dołu i odmaszerowała na miejsce. Rzuciła jeszcze przez ramię:

– Macie się zamknąć i dokończyć profile.

– Tak jest! – odparł Carlos z fałszywą ochotą.

Zastosowałem się do słów primus. Pytania nie były trudne – tak po prawdzie były absurdalne. Gdyby zamknięto mnie w pomieszczeniu, które wypełnia się wodą, ale miałbym rozkaz, by tam pozostać, jak bym postąpił? Puknąłem palcem opcję C: Poszukałbym drogi ucieczki.

Na ekranie pojawiło się kolejne pytanie. Kiedy stoję w kolejce w supermarkecie, czy zmieniam kasę, jeśli druga kolejka wygląda na krótszą? Prychnąłem. Opcja A: Tak.

Pytania zdawały się ciągnąć bez końca. W przeciwieństwie do tego, co stwierdził Carlos, nie jestem żadnym tępakiem. Może i nie przykładałem się do bzdurnych testów czy bezsensownych zajęć w szkole, ale zdawałem sobie sprawę, że te pytania miały na celu określenie mojej osobowości. Z natury lubię przejmować inicjatywę, więc postawiłem na taki wydźwięk. Może zechcieliby przydzielić mi dowództwo nad drużyną albo przynajmniej wzięli mnie pod uwagę, myśląc o tym stanowisku.

Gdy tylko skończyłem test, wstałem z krzesła. Carlos podniósł się dokładnie w tej samej ­chwili i łypnął na mnie, zaskoczony.

– No co? – spytałem niewinnie, ale już dobrze wiedziałem, co kołacze mu się we łbie. Trochę mnie nie docenił i nie zdawał sobie sprawy, że przewyższam go o ponad głowę. Górowałem nad nim bezdyskusyjnie.

– Nic takiego – odpowiedział prędko. – Po prostu zdziwiłem się, że już skończyłeś, po tej całej gadce szmatce.

Razem ruszyliśmy w stronę wyjścia.

– Łatwo poszło – stwierdziłem. – Uznałem, że chcą faceta, który nie będzie tchórzył. Odpowiadałem naturalnie, po prostu.

Carlos spojrzał na mnie z przymrużonymi oczami i zaśmiał się pod nosem.

– Dałeś się poznać jako prawdziwy przywódca narodu, co nie?

– No pewnie. Kogo innego mieliby wybrać na dowódcę drużyny?

Carlos śmiał się teraz w głos. Po ­chwili uświadomiłem sobie, że śmieje się ze mnie.

– Ty przerośnięty debilu – wypalił. – Nie chcą ludzi, którzy biorą sprawy w swoje ręce. Chcą takich, którzy wykonują rozkazy jak roboty. Będziesz miał szczęście, jak dostaniesz kontrakt na obsługę elektromopa!

Spiorunowałem go wzrokiem i przysięgam, byłem o krok od przyłożenia mu tam, na miejscu. Jedynym, co mnie powstrzymało, była obecność primus. Widziałem, jak się nam przygląda. Śledziła wzrokiem wszystkich rekrutów opuszczających jej rewir. Jako że staliśmy akurat przy samym wyjściu, patrzyła prosto na nas.

Chwilę później w pobliskiej tacce zabrzęczał mój srebrny krążek. Podniosłem go i wepchnąłem do kieszeni. Carlos zrobił to samo i odeszliśmy każdy w swoją stronę.

Wyszedłem z grajdołka, gdzie odbywały się próby, prosto na rampy prowadzące na wyższe piętro, i ruszyłem w stronę punktów rekrutacyjnych. Zauważyłem, że nieopodal było stanowisko legionu Victrix, a zawsze podobał mi się ich emblemat ze smoczą głową. Zbliżyłem się i z powagą spojrzałem na dyżurnego żołnierza.

– Proszę o rozpatrzenie mojego przyjęcia, sir – wyrecytowałem. Tym razem udało mi się nie namieszać, bo facet przy stanowisku miał rangę centuriona. Do nich należało się zwracać „sir”.

Nie odezwał się. Wyciągnął przed siebie dłoń i zgiął palce, jakby chciał coś złapać. Prawie podałem mu rękę – nietrudno było o pomyłkę. W porę dotarło jednak do mnie, o co chodzi, i położyłem w oczekującej dłoni srebrny żeton.

Wrzucił go do jakiejś szczeliny, po czym na jakieś pięć sekund utkwił wzrok w ekranie.

– Nie. Następny!

Zbaraniałem.

– Przepraszam, sir? – podjąłem. – Mógłby mi pan powiedzieć, czy jest jakiś problem?

– Ta – odparł. – Jest problem. Konkretnie ty nim jesteś. A teraz zmiataj stąd. Takich jak ty mamy tutaj na pęczki.

W następnej kolejności udałem się do Germaniki, a potem do Żelaznych Orłów. Wszędzie wyglądało to z grubsza tak samo. Poświęcali jeden rzut oka na moje dane i odrzucali wniosek…

Odszedłem od stanowisk zupełnie oszołomiony. Nic nie szło tak, jak się spodziewałem. Nagle facet taki jak ja, w końcu sprawny i z wykształceniem, nie zasługiwał nawet na jedno spojrzenie.

Pomyślałem sobie: „No dobra, może i nie jestem najlepszy z najlepszych. Przyjmuję do wiadomości”. Na hali znajdowały się setki, a pewnie i tysiące rekrutów, a tylko dla nielicznych znajdzie się miejsce. Nadeszła pora pożegnać się z wybrednymi jednostkami i rozejrzeć się za mniej wymagającą grupą.

Zszedłem niżej, ku stoiskom drugorzędnych legionów. Były to dobre, solidne ekipy, ale pozbawione blasku sławy.

Ci także mnie nie chcieli.

Po kilkunastu próbach odpuściłem sobie i stanąłem w miejscu, wpatrując się w spoczywający w dłoni srebrny krążek. Poczułem się kompletnie zagubiony. Rzuciłem na stos dosłownie wszystko, licząc, że mi się tu powiedzie. Wyprowadziłem się z domu, sprzedałem wszystkie swoje rzeczy.

Co takiego skrywał ten dysk, co tak im się nie podobało? Czy to koleś od robotów tak mnie uwalił? A może poszło o ten psychotest? Może ten mały gnojek Carlos miał rację? Czy naprawdę szukali tylko bezmyślnych zabójców?

Podniosłem głowę i spojrzałem na majaczący w górze przeszklony sufit. Niebo było już pomarańczowe. Zbliżał się zachód słońca. Spędziłem tu cały dzień, a w nagrodę dostałem tylko ostrego kopa w dupę od wszystkich jak leci.

Zdegustowany, poczłapałem z powrotem na górę i stanąłem przed drzwiami, które wpuściły mnie tutaj długie godziny temu. Specjalista Ville wciąż tkwił na stanowisku. Wydawał się niezmiernie zaabsorbowany swoim stukiem – ekranem nadrukowanym na przedramieniu. Nieustannie wystukiwał coś na nim palcami, ale gdy tylko się zbliżyłem, opuścił rękaw i wyprężył się jak struna.

Przyjrzał mi się uważnie, a po ­chwili błysk w jego oku zdradził, że mnie rozpoznał.

– Popłynąłeś, co? – spytał.

– Dzisiaj nie poszło – stwierdziłem, przybierając pełen determinacji wyraz twarzy.

Wyciągnął ku mnie dłoń.

– Potrzebne mi twoje dane.

– Po co?

– Żetony idą do recyklingu.

Mina natychmiast mi zrzedła.

– Ale co będzie, jak tu jutro wrócę? Gdzie się podziewają te wszystkie dane?

– Złe wyniki przechowuje się w chmurze. Ale dostaniesz nowy dysk i będziesz mógł powtórzyć wszystkie próby. Tylko od razu cię uprzedzam, że jak spartolisz pierwszego dnia, twoje rokowania wyglądają naprawdę słabo. Nigdy nie wymażesz tego, co cię uwaliło.

Przypomniałem sobie słowa Carlosa. A co, jeśli miał rację? Jeśli właśnie się udupiłem, odpowiadając na pytania w niewłaściwy sposób? Co wtedy? Nawet jeśli miałbym jutro zmienić wszystkie odpowiedzi, jakoś wątpię, żeby wynik nagle stał się pozytywny.

– Jestem, kim jestem – odparłem. – Jak mnie tu nie chcą, ich strata.

Ville zmarszczył brwi i przytaknął. Wręczyłem mu żeton, a on podrzucił go w dłoni. Gdy podszedłem do drzwi, zawołał za mną:

– Znowu leziesz na piechotę?

– Na to wygląda – rzuciłem przez ramię.

– Zaraz się ściemni. Wierz mi, młody, nie chcesz tam chodzić po zmroku.

– Nie znam żadnego lepszego miejsca.

Przycisnąłem dłoń do panelu przy drzwiach. Tym razem moje dane pojawiły się szybciej.

– Sekundę, zaczekaj – powiedział Ville. – Mam dla ciebie pewną sugestię.

Nie byłem w nastroju na sugestie. Ten koleś był równie nadęty, jak cała reszta tej bandy. Czułem złość i gorzkie upokorzenie.

Zasuwa odskoczyła. Wiedziałem, że jeśli stąd wyjdę, to będzie koniec na dziś. Zawahałem się.

W końcu obróciłem się do technika.

– O co chodzi? – spytałem.

– Zejdź na dół. Może cię wezmą w gównianych ekipach, tych, co siedzą poniżej parteru. Tak czy siak, nie zaszkodzi spróbować.

Zamrugałem z niedowierzaniem. Nie miałem pojęcia, że w podziemiach kryło się więcej stoisk.

– Jak się tam schodzi?

Wycelował palec w słabo oświetlone, sklepione przejście.

– Tam są ruchome schody. Proszę, twój dysk.

Podrzucił srebrną niby-monetę, posyłając ją w moim kierunku. Złapałem żeton i przyjrzałem mu się ponownie. Zdecydowanie nie miałem ochoty na kolejną odmowę. A już na pewno nie ze strony legionu zasługującego na pieszczotliwe miano „gównianej ekipy”.

– Co jest nie tak z tymi legionami na dole? – spytałem.

Ville zachichotał.

– To samo co z tobą. Nic i wszystko zarazem.

Pokiwałem głową.

– No dobra, dzięki – odparłem.

– Może się wstrzymaj z podziękowaniami, nawet jeśli cię wezmą. Odwalają robotę, której nikt inny nie chce się podjąć.

Na chwilę utkwiłem w nim wzrok. Nie była to zachwycająca rekomendacja. Ale naprawdę nie miałem dokąd pójść i nie widziałem innego wyjścia. Kanapa u rodziców nadal wchodziła w grę, ale na tym etapie chyba nie zniósłbym takiej kompromitacji. Praca? Wolne żarty. Nawet jeśli udałoby mi się jakąś dorwać, w moim wieku i z moim poziomem umiejętności to, co bym zarobił, nie starczyłoby nawet na czynsz i żarcie.

– Spróbuję – powiedziałem i ruszyłem przed siebie, zostawiając go samego.

Specjalista za moimi plecami wrócił do oglądania maleńkiego ekranu. Byłem przekonany, że nie wolno tego robić na służbie, ale nie zamierzałem na niego donosić.

Zbliżyłem się do przejścia i zauważyłem, że było rzadko uczęszczane. Ci, którzy tędy przechodzili, wyraźnie odcinali się od reszty tłumu. Wprawdzie ­mieli na sobie mundury, ale zmięte i zaniedbane. Twarze mężczyzn pokrywał kilkudniowy zarost, a kobiety wyglądały, jakby uczesał je huragan. Wszyscy bez wyjątku mieli zdegustowane miny.

„Super” – pomyślałem, zjeżdżając po ruchomych schodach. „Będę służył w jednostce frajerów”.

Spróbowałem wykrzesać z siebie nieco optymizmu. Musiałem przynajmniej wyglądać jak człowiek sukcesu. Jeśli uda mi się zabłysnąć na dole, ktoś na pewno podpisze ze mną kontrakt.

Rozejrzałem się po emblematach legionów. Zamelinowało się tutaj tylko sześć i nie znałem żadnej z tych jednostek. Nie mając żadnego innego punktu orientacyjnego, rozejrzałem się po prostu za krótką kolejką. Przed stanowiskiem legionu o nazwie Varus nie było akurat nikogo. Na ich emblemacie widniała głowa wilka. Sprawiał wrażenie wygłodniałego. Spodobał mi się ten symbol, więc podszedłem do stoiska i stuknąłem żetonem o kontuar.

Stał za nim potężny, muskularny czarnoskóry. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Zrobił to bez drwiącej maniery, ale z całą pewnością krytycznie. Pokiwał głową jakby z zadowoleniem. Wziął mój dysk i przytrzymał go w uniesionej dłoni przede mną.

– Wiesz, co to takiego? – spytał.

Spojrzałem na jego identyfikator i stopień. Na sekundę zmarszczyłem brwi, bo rzadko widywałem naszywkę, którą nosił na ramieniu. Miał rangę weterana, którą nadawano wyłącznie za męstwo okazane w walce. Weterani zajmowali w hierarchii stanowisko wyższe od wszystkich specjalistów, tuż poniżej stopni oficerskich.

– Tak, weteranie Harris – odparłem.

– No więc co to?

Otworzyłem usta, po czym znów je zamknąłem. Wziąłem głęboki oddech. Zdawałem sobie sprawę, że to próba, ale nie wiedziałem, jak właściwie odpowiedzieć. Zdecydowałem się pójść na całość i powiedzieć mu szczerze, co myślę.

– Stek bzdur, weteranie. Stek zasranych bzdur.

Zaśmiał się szorstko i trzasnął żetonem o blat.

– Niech mnie szlag, dobra odpowiedź! Może i najlepsza, jaką słyszałem.

Pozwoliłem sobie na lekki uśmieszek. To miejsce bardzo się różniło od przepastnej hali nad naszymi głowami. Ci ludzie byli inni. Nie byłem do końca pewien, czy to dobrze, czy nie – ale wiedziałem na pewno, że tak jest.

– No – podjął, utkwiwszy we mnie uważne spojrzenie. – Zapomnij o dysku, testach i próbach. Jak się nazywasz, młody?

– James McGill.

– Co robisz na dole? Zgubiłeś się?

– Nie. Ci tam na górze nie chcą mnie przyjąć.

Przytaknął z głęboką zadumą. Odniosłem wrażenie, że słyszał te słowa już chyba z tysiąc razy.

– Wiesz, w co się pakujesz, wstępując do Varusa? – spytał, patrząc mi prosto w oczy.

– Zobaczę cuda, o jakich nie śniło mi się w najśmielszych marzeniach – odparłem, cytując banery reklamowe Izby Werbunkowej. – Zostanę prawdziwym mężczyzną, magnesem na laski, a do tego zyskam wspaniałą opaleniznę. Wszystko za jednym zamachem.

– Ha! Święta prawda, chłopcze. Podpisz w tym miejscu.

Przyjrzałem się tabletowi z dokumentem. Na ekranie widać było błyszczący obszar. Rekruter szybko obrócił go w moim kierunku. Zobaczyłem tam swoje nazwisko i wszystkie pozostałe dane. Wystarczyło, że przyłożę palce do ekranu. Nazywało się to „podpisywaniem”, ale tak naprawdę to zgromadzenie moich danych biometrycznych sprawiało, że kontrakt wchodził w życie.

– I już? – spytałem. – Żadnych prób ani pytań?

– Sprawdziłem cię, jeszcze zanim dotarłeś do końca schodów. Chcesz wiedzieć, co piszą w twoim profilu? Dlaczego Victrix i cała reszta nie tkną cię nawet kijem?

Przytaknąłem.

– Że jest z ciebie awanturnik. Że łamiesz zasady. Że myślisz samodzielnie. Widzisz, oni nie mogą tego znieść. Ale w moim legionie jest inaczej. Trybuni większości legionów pudrują poślady przed śniadankiem i myślą, że wojna to jakaś popołudniowa herbatka. Może dla nich faktycznie tak to wygląda, patrząc na ich wielkopańskich sponsorów. Ale nie dla Varusa. Nie dla legionów, które siedzą tutaj upakowane wokół dworca. Masz jakieś pytania?

Jego ton wyraźnie wskazywał, że nie lubi pytań, ale i tak nie powstrzymało mnie to przed podjęciem jeszcze jednego tematu.

– Czy zna pan specjalistę technicznego o nazwisku Ville?

Harris zmarszczył się na chwilę, po czym rozpromienił.

– Ta. Należał do Teutoburga, są kilka stanowisk dalej. Wymiękł, jak się znieśli kilka lat temu, i przystąpił do Hegemonii. Jest w porządku, myślę.

Zrozumiałem wszystko, co powiedział – z wyjątkiem tego, że się „znieśli”. Uznałem, że nie warto marnować na to dalszych pytań.

Pokrótce przejrzałem leżący przede mną kontrakt. Nie było tu żadnych dziwnych zapisów, o które trzeba by się martwić. Umowy tego rodzaju podlegały dość ścisłej kontroli pod nadzorem Hegemonii. Treść każdej z nich była niemal taka sama: miałem posłusznie służyć przez okres nie krótszy niż sześć lat. Po upływie tego terminu mogłem zaciągnąć się ponownie, jeśli będą mnie chcieli.

Istniał oczywiście pewien szkopuł. Wprawdzie zasady rządzące werbunkiem były zawsze niemal identyczne, nie dało się jednak tego powiedzieć o rodzajach misji, których podejmowały się poszczególne legiony. Jakiś legion mógł się zatrudnić na przykład w charakterze ochrony jakiegoś pozaziemskiego księcia, w tym fachu trudno o wygodniejszą chałturkę. Dobre żarcie, wypasione baraki i brak problemów większych niż niewypastowane obuwie, chyba że dojdzie do próby zamachu albo jakiegoś poważnego buntu. Rzecz jasna, większość legionów nie miała tak lekko. Podejmowały się misji obejmujących prawdziwą walkę.

Dawno temu, gdy Galaktycy pierwszy raz trafili na Ziemię, uznali, że nie mamy zbyt wiele do zaoferowania. Jednak wkrótce się zorientowali, że lubimy walczyć, a tę cechę dało się przekuć w cenny towar: wojska najemne. Był to dobry interes dla wszystkich stron. Okoliczne światy, należące do obcych, mogły liczyć na nasze zaciężne legiony, gdy trzeba odwalić brudną robotę, a w zamian ludzkości pozwolono pozostać przy życiu.

– Podpisujesz czy nie? – nieoczekiwanie wrzasnął na mnie weteran Harris.

Przycisnąłem wszystkie pięć palców do szklanej tafli. W tej samej ­chwili poczułem ucisk w żołądku, jakby chciał wyskoczyć mi przez gardło.

– Wspaniale! – stwierdził. – Proszę, twój dysk.

Przesunął leżący na blacie srebrny żeton w moją stronę. Schowałem go do kieszeni.

– Miej go pod ręką. To twój identyfikator.

– Okej – odparłem. – Co mam teraz robić?

– Co tylko chcesz. Wylatujemy dopiero rano.

– Rano?

– No. To po to Ville posłał cię do Varusa, co nie? Podłapaliśmy niezłą robotę, a brakuje nam kilku ludzi.

Wybałuszyłem na niego oczy i już otwierałem usta, by coś powiedzieć, ale znów je zamknąłem. Spodziewałem się zupełnie czegoś innego. W filmach, kiedy bohaterowie wstępowali do legionu, zawsze pokazywano niekończące się sesje szkoleniowe na Ziemi, zanim nowi rekruci w końcu lądowali na pierwszej misji.

– Co mam ze sobą począć do rana? – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić.

– Masz gdzie się przechować na noc?

– Ee, nie.

– Trzymaj – powiedział, stukając kolejnym żetonem o kontuar.

Wziąłem go do ręki.

– Co to takiego?

– Żeton na kolej powietrzną, kmiotku – burknął. Kiedy nie ruszyłem się z miejsca, utkwił we mnie gniewne spojrzenie. – No? Zjeżdżaj, nie będę ci nosił bagaży!

Żadnego uścisku dłoni, żadnego instruktażu, nic. W mojej głowie kłębiło się z tysiąc pytań, ale nie chciałem już pierwszego dnia wnerwić legionowego weterana.

– Dziękuję – odparłem machinalnie. – Muszę się jeszcze sporo nauczyć. Czy jest jakaś broszura albo strona, gdzie mógłbym…

– Nie. Na „najczęściej zadawane pytania” też bym nie liczył. Nie masz dostępu do żadnych materiałów, dopóki nie znajdziesz się na statku. Możesz się przekimać na barce. Szczerze, wolimy taką opcję, bo w ten sposób nikt się nie spóźnia. Szkolenie odbędziesz po drodze na misję. Żeton musisz wykorzystać do dziesiątej wieczór, potem nie ma już żadnych połączeń do portu kosmicznego.

Przez chwilę wpatrywałem się w żeton.

Harris znów spiorunował mnie wzrokiem.

– Coś jeszcze? – warknął, dając wyraźnie do zrozumienia, co myśli o kontynuowaniu tej dyskusji.

– Ee, nie.

– To zmiataj, McGill!

Ruszyłem w stronę torowiska, ale było puste. Rzuciłem okiem na zegar – okazało się, że mam jeszcze kilka godzin, zanim będę musiał udać się do transportowca.

Czułem się trochę odrealniony. Sprawy potoczyły się tak szybko… Zastanawiałem się, czy aby nie jestem w jakimś szoku. W jednej ­chwili szwendałem się po okolicy przekonany, że nie ma dla mnie żadnej przyszłości, a już minutę później – sześć lat służby w jednostce, o której nie miałem zielonego pojęcia.

Ogarnęło mnie dziwne wrażenie. Pomyślałem teraz, że trzeba było poczytać o każdym legionie, nie tylko tych najsłynniejszych. Po prostu przez myśl mi nie przeszło, że coś takiego może się zdarzyć. Chyba każdy kandydat zakładał, że dołączy do ekipy, która bryluje w wieczornych wiadomościach.

Przez chwilę rozważałem, czy nie wyciągnąć tabletu i nie poczytać o Varusie, ale jakoś nie miałem ochoty. W końcu już się zaciągnąłem. Nie było sensu zatruwać sobie głowy szczegółami.

Przypomniałem sobie, że na parterze widziałem stoisko z przekąskami i piwem, więc obróciłem się na pięcie i poszedłem w stronę ruchomych schodów. Nie ruszałem alkoholu, od kiedy zdecydowałem się zaciągnąć. Takie rzeczy zawsze wyskakiwały na badaniach. Ale teraz, skoro już po wszystkim, nie było sensu się hamować. Do tego zdecydowanie musiałem się napić, i to zaraz.

W drodze na górę natknąłem się na jedną z nielicznych osób, które tu znałem. Był to nie kto inny jak Carlos.

Stał na szczycie schodów i spoglądał w dół. Wyglądał na strapionego, jakby nie umiał się zdecydować, czy zjeżdżać. Prychnąłem z rozbawieniem. Od razu wiedziałem, co go spotkało. Nikt nie chciał przyjąć zbolałego fiutka, podobnie jak i mnie. Mogłem sobie tylko wyobrazić, jak ponury obraz nakreślili w jego aktach psycholodzy. W streszczeniu na pewno wyróżniało się coś à la „kliniczny dupek”.

– Ej! Carlos! – huknąłem na powitanie.

Wyglądał na spłoszonego. Najwyraźniej dopiero teraz mnie zauważył. Wlepił we mnie gały, po czym na jego twarzy wreszcie pojawiło się zrozumienie.

– O proszę! – odparł. – Toż to wysoki jak topola, głupi jak fasola! Co tam słychać?

Wyszczerzyłem zęby w wymuszonym uśmiechu i pokle­pałem go po plecach. Stęknął cicho i spojrzał na mnie z irytacją.

– Małe kłopoty z adopcją, co? – rzuciłem. – Niech zgadnę, co ci powiedzieli: „Nawet twoja własna babcia nie przyjęłaby takiego złamasa jak ty”.

– Nie, to wcale…

– Słuchaj – przerwałem mu i wskazałem palcem nad schodami, w stronę budki Varusa. – Chcesz dobrą radę? Varus ma ostre braki. Biorą ludzi na lewo i prawo.

– Na co?

– Nie chcieli powiedzieć, więc może chodzić o eskortę dla jakichś dygnitarzy. Zawsze jest wtedy cicho sza, pewnie ze względów bezpieczeństwa.

– Takie akcje to superinteres.

– Ano. A dzisiaj w nocy zabieram się z nimi na barce.

Carlos wybałuszył oczy.

– Zaciągnąłeś się?

– Od razu. Biorą mnie z marszu i zasuwamy prosto w kosmos. Żadnych obozów szkoleniowych, żadnych bzdetów.

– No dobra – powiedział, prostując plecy i łapiąc się za kołnierzyk. – Skoro ty się dostałeś, mnie wezmą na pewno.

– Założę się, że masz rację.

Zjechał na dół, a ja śmiałem się całą drogę do kufla na parterze. Pomyślałem, że może i nieźle wtopiłem, dołączając do Varusa, ale przynajmniej wezmę ze sobą kolegę.

– 3 –

Kilka godzin później poczułem, jak ktoś mnie szarpie na wszystkie strony. Otworzyłem oczy i napotkałem spojrzenie wściekłego Carlosa.

– Kompletnie ci odbiło, McGill? – warknął.

– Nie, tak się składa, że grzecznie sobie spałem.

Znajdowaliśmy się w wagonie kolei powietrznej, która miała nas dowieźć do barki transportowej. Wyjrzałem na zewnątrz zamglonym wzrokiem. Padało, a większość widoku zasłaniały olbrzymie statki, górujące nad całym otoczeniem ze swoich platform wyrzutowych. Przeciągnąłem się i zamrugałem, próbując się im przyjrzeć. Były ciemne i paskudne.

– To muszą być nasze transportowce.

– Wielkie, kurwa, odkrycie – burknął Carlos. Wydawał się zdenerwowany. Stał nade mną, chociaż wszystkie błyskające znaki kazały mu usiąść i zapiąć pasy. – Trochę pogrzebałem na temat tego całego Varusa. To skończone ofiary. Powiedzieć ci coś? Varus zniósł się już dwa razy.

Nie chciałem się przyznać, że nie mam pojęcia, o co chodzi z tym znoszeniem, więc zgrywałem pewniaka.

– No i?

– Nie, nie wierzę, że można być takim kretynem! Masz jakiś problem? Życie ci niemiłe? Może potrzeba dwóch mózgów, żeby obsłużyć całe to twoje cielsko? W takim razie przestaw się łaskawie na ten, który nie siedzi w twojej dupie!

Zaczynał mnie drażnić. Z natury nie jestem skory do gniewu, ale kiedy w końcu osiągam punkt krytyczny… oj, źle się dzieje.

Odpiąłem pasy, wstałem i pochyliłem się nad nim.

– Wiesz, co chciałbym teraz zrobić? – spytałem.

Zobaczyłem odpowiedź w jego oczach. Wiedział.

– Ta, sorki – wymamrotał. – Działam tak na wielu ludzi. Słuchaj, powiedz mi tylko jedno. Celowo zrobiłeś mi koło dupy? Specjalnie namówiłeś mnie, żebym zaciąg­­nął się do Varusa? Jak to wszystko przeczytałem, nasunął mi się właśnie taki wniosek. No ale potem dotarłem tutaj i zobaczyłem, że faktycznie też jedziesz i że to nie ściema z twoim kontraktem. Więc teraz już nie wiem.

– Po prostu powiedz, czego takiego dowiedziałeś się o Varusie.

– Znieśli się. Wytłukli ich wszystkich po kolei, do nogi. I to nie raz.

Wreszcie dotarło do mnie, o czym mówi.

– Znaczy że… dali się znieść z powierzchni ziemi.

– No. Właśnie o to chodzi. Wszyscy wybici. Już zajarzyłeś? Nikt nie ocalał.

– Ale chyba nie mówisz, że permanentnie, co?

– Nie, no co ty. Jakby wszyscy trafili na permy, to skasowano by cały legion. Ale wszyscy zginęli już kilka razy i trzeba było ich odtworzyć z zamrożonych danych. Wniosek jest jeden: są do dupy. Biorą cieniasów, bo nikt nie chce do nich dołączyć. W tym legionie rekruci padają jak muchy.

Wzruszyłem ramionami.

– Ale wiesz, nie umiera się tak naprawdę – odparłem. – Nie, jeśli da się ciebie przywrócić.

Carlos roześmiał się i zajął miejsce tuż obok. Obydwaj z powrotem zapięliśmy pasy.

– Dobra, fakt – powiedział. – Przechowują kopie. Mogą cię zrekonstruować ze świńskiej krwi czy coś takiego. Ale to wciąż znaczy, że w ramach gratisu dostajesz pełne doświadczenie własnej śmierci. Wiesz, męczarnie, sranie w gacie… pełny serwis. Prawda, że cudownie?

Zaczynałem rozumieć, o co mu chodzi.

– Dlaczego się… znieśli?

– Tego nie wie nikt. Nikt też nie ma pojęcia, jakiej roboty się chwytają. Trzymają to w tajemnicy. Po wstąpieniu do Varusa wszyscy nabierają wody w usta.

Zastanawiałem się nad tym i wyliczyłem sobie wszystkie możliwe przyczyny takiego podejścia. Żadna z nich nie brzmiała zbyt dobrze.

– Może biorą nielegalne kontrakty – stwierdziłem. – Może zaciągnęliśmy się do legionu eskortującego przemytników.

– Albo to, albo to jakaś banda piratów.

Pokiwałem głową.

– Pryskasz? – spytałem.

– Nie, wolę spróbować szczęścia w kosmosie, niż wylądować w pierdlu.

– Czemu?

– Bo nikt cię nie przywraca, jak zdechniesz za kratami.

Roześmiałem się.

– Rzeczywiście. Ze wszystkich moich znajomych byłbyś chyba pierwszy w kolejce, żeby wylądować z kosą w brzuchu.

Skrzywił wargi i rzucił mi cierpkie spojrzenie.

– Wielkie dzięki.

W tej samej ­chwili pociąg zatrzymał się z przeciąg­łym zgrzytem. Ruszyliśmy do wyjścia wraz z blisko dziesiątką innych rekrutów. Wyglądali na wystraszonych, skrytych i podejrzliwych – nie dostrzegłem ani jednej zadowolonej miny.

Carlos trzymał się zaraz za moimi plecami. Przemknęło mi przez myśl, czy nie powiedzieć mu, żeby spadał, ale z jakiejś przyczyny spasowałem. Był irytujący, ale sam go w to wplątałem, a do tego – poza weteranem Harrisem – był jedyną osobą w legionie, która w ogóle znała moje imię.

Wysiedliśmy na peron, który tonął w cieniu olbrzymiej barki transportowej. Masywny statek przysłaniał księżyc, gwiazdy, a nawet światła otaczającego nas pola startowego. Zaczęliśmy potykać się w ciemnościach, ale w końcu zaświecił rząd migoczących żółtych diod. Były schowane w nawierzchni pola startowego i przypominały światła ewakuacyjne, montowane w niektórych budynkach.

Maszerując w niemal całkowitej ciszy, ruszyliśmy w ślad za lampkami, które zaprowadziły nas do krawędzi rampy opuszczonej z opasłego kadłuba transportowca. Wyglądało to tak, jakby jakiś gigantyczny drapieżnik otwierał paszczę i chciał nas wszystkich pochłonąć. Posłusznie wspięliśmy się po rampie do wnętrza. Stojąca na szczycie znudzona specjalistka techniczna pozbierała od wszystkich srebrne żetony i sprawdziła nasze identyfikatory. Wrzuciła dyski do pojemnika i nie rozdała ich z powrotem.

Wnętrze barki nie prezentowało się zbyt spektakularnie. W niższych przedziałach ładunkowych, gdzie nas rozmieszczono, nie było żadnych okien. Pomieszczenie wypełniały składane siedzenia i uprzęże, których większość pozostawała pusta. Kilku członków załogi kursowało między rzędami i wrzeszczało na nas, żebyśmy wyprostowali taśmy pasów, dwa razy sprawdzali zapięcia i celowali w zardzewiały odpływ pośrodku każdego rzędu, gdyby zachciało się nam rzygać.

Następnie statek wzbił się w powietrze – i nie była to żadna przyjemność. Wykręcało nam wnętrzności, jakbyśmy przez bite dwadzieścia minut jechali najszybszą windą w ludzkiej historii. Na koniec weszliśmy w stan nieważkości, ale kiedy jesteś obwiązany jak baleron, a wszędzie roznosi się smród wymiocin, nie robi to tak pozytywnego wrażenia jak w grach.

Wreszcie usłyszeliśmy potężnych stukot i serię donośnych zgrzytów. Statek zatrząsł się, jakby tuż obok przejeżdżał pociąg.

– Dokujemy – stwierdził Carlos.

Przed odlotem usadowił się obok mnie. Przynajmniej on zdołał utrzymać zawartość żołądka na wodzy.

Nikt z załogi nie pofatygował się już do nas. Zamiast tego na statku zapanowała cisza. Po ­chwili zaczęły ją wypełniać głosy zniecierpliwionych rekrutów. W sumie było nas na pokładzie koło setki, może więcej. Nasza grupa złapała ostatni nocny pociąg jadący w stronę stacji transportowców, reszta dotarła tutaj wcześniej. Wielu z nich narzekało z powodu wielogodzinnego siedzenia w tej kupie złomu.

Wszyscy natomiast rozglądali się niecierpliwie na boki, oczekując na dalszy rozwój wypadków. Gdy w końcu coś się wydarzyło, odpowiedzieliśmy tylko kolektywnym jękiem.

Otóż w pomieszczeniu wysiadły światła. Temu przykremu wydarzeniu towarzyszył przeciągły furkot, który po ­chwili niespodziewanie się urwał. Wszyscy już kiedyś słyszeliśmy ten dźwięk – było to ostatnie tchnienie zdychającej maszynerii.

Na jakieś dziesięć sekund statek pogrążył się w całkowitych ciemnościach. Potem zewsząd dobiegł łomot przełączanych przekaźników. Pokład wypełniła przyćmiona, czerwonawa poświata.

„Pewnie oświetlenie awaryjne” – pomyślałem.

Na końcu każdego rzędu siedzeń zapalił się szereg diod sygnalizacyjnych, które jedna po drugiej zmieniały kolor z zielonych na bladopomarańczowy.

– Patrz, a już prawie się nam udało – zaśmiał się Carlos.

Minęło kilka kolejnych, długich minut oczekiwania, aż załoga upora się z Bóg wie jakim urządzeniem odpowiedzialnym za awarię. Spodziewałem się, że ktoś z nich czy choćby jakiś członek legionu zjawi się, żeby nas poinstruować, ale nic takiego nie miało miejsca. Wszyscy jakby rozpłynęli się w powietrzu.

Kilku wojaków śmiało się na całego, a inni kłócili się i wymieniali kopniaki. Nikt nie miał do powiedzenia nic dobrego. Byliśmy niczym więcej jak pożałowania godną hołotą.

W końcu pojawiło się coś nowego. Usłyszeliśmy syczenie. Ten dźwięk nie spodobał mi się od samego początku. Nie brzmiał dobrze, a właściwie brzmiał zdecydowanie źle, znaczy groźnie.

– Co, do diabła…? – wymamrotał siedzący przy mnie Carlos.

Pochyliłem się i spojrzałem uważnie raz w jedną, raz w drugą stronę.

– Coś tu nie gra – stwierdziłem i zabrałem się za rozpinanie zapięć.

– Mieliśmy zostać na miejscach – upomniał mnie Carlos.

– Rób, co chcesz. Jak ta krypa ma się rozhermetyzować albo wybuchnąć, to wolę poszukać wyjścia ewakuacyjnego.

Wypiąłem się jako pierwszy w całym przedziale. Ostatnie zapięcie się zacięło i nie chciało puścić. Bez ­chwili wahania wyciągnąłem nóż i zabrałem się do roboty. Ciąłem do skutku – materiał w końcu ustąpił i byłem wolny.

Zacząłem unosić się z dala od siedzenia pod dziwacznym kątem i wpadłem w korkociąg. Zapomniałem, że jesteśmy w stanie nieważkości, ale w końcu jeszcze nigdy nie byłem w kosmosie. Szarpnąłem się do tyłu i zdołałem złapać poszatkowaną uprząż. Podciągnąłem się bliżej i zacząłem wspinać, aż w końcu znalazłem się na szczycie rzędu zapiętych rekrutów. Zadzierali głowy, gapiąc się na mnie.

– Hej, wracaj na miejsce. Jak cię zobaczy jakiś weteran, zeżre cię żywcem.

Postanowiłem zignorować wszystkie drwiny i śmiechy, ale wtem zawołał za mną Carlos:

– Hej, McGill! Nie zostawiaj mnie tutaj!

Obróciłem się, żeby mu się przyjrzeć. Też szamotał się z tym ostatnim zapięciem. Nie chciało puścić, dokładnie jak moje. Może dla bezpieczeństwa było zamykane magnetycznie? Warcząc z frustracji, mozolnie wróciłem całą drogę aż do jego siedzenia i uwolniłem go z pasów. W końcu skierowaliśmy się ku najbliższemu wyjściu.