Legia to jest potęga - Dariusz Tuzimek - ebook + audiobook + książka

Legia to jest potęga ebook i audiobook

Dariusz Tuzimek

3,3

Opis

Ponad 100 lat temu Legia rozegrała swój pierwszy mecz. Ciężką pracą zawodników i trenerów oraz wsparciem kibiców zapracowała na miano najpotężniejszego klubu piłkarskiego w Polsce. Mimo tego, że w jej historii zapisały się nie tylko wielkie wzloty, ale i spektakularne upadki, zawsze mogła liczyć na swoich kibiców. Oddanych, wiernych i lojalnych. Nikt nie dopinguje piłkarzy tak jak oni!

Książka Dariusza Tuzimka jest opowieścią o narodzinach Legii, najlepszych meczach i piłkarskich gwiazdach – tych sprzed lat i współczesnych. Pokazuje fenomen starej i nowej Żylety na warszawskim stadionie. Przede wszystkim jest hołdem dla tych, którzy podczas meczów siedzą na trybunach i śpiewają na całe gardło: "Legia to jest potęga".

Na fanów klubu czeka mnóstwo archiwalnych i współczesnych fotografii, historia herbu Legii oraz wiele ciekawostek i anegdot związanych ze środowiskiem. To doskonały "elementarz" dla każdego młodego kibica. W książce znajduje się specjalna część ze zdjęciami zawodników i miejscem na autografy. Bo Legia to coś więcej niż strzelanie goli! To legenda wyryta w sercach!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 139

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 2 min

Lektor: Robert Michalak

Oceny
3,3 (3 oceny)
1
1
0
0
1

Popularność




Dariusz Tuzimek

Legia to jest potęga

Saga

Legia to jest potęga

Copyright © 2017, 2019 Dariusz Tuzimek i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726128284

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

„Nie poddawaj się, ukochana ma” –

śpiewają kibice o swojej Legii.

Tę książkę dedykuję małemu kibicowi Legii, synowi moich przyjaciół Magdy i Piotrka – Jasiowi, który też się nie poddaje w trudnej walce o swoje zdrowie. Legia wygrała wiele ważnych meczów, bo wierzyła w zwycięstwo. Ta wiara dawała jej siłę, nadzieję, optymizm i przekonanie, że nie ma przeciwnika, którego nie można pokonać.

My, Legioniści, gramy ten mecz z tobą!

Rozdził 1

Legia, aigel i inni – historia rodzinna

To była późna jesień. Za oknem szaro i ciemno, a deszcz to zaczynał padać, to przestawał. Zimno. Pogoda taka, że nie chciało się nawet wyjść z domu. Szczególnie że to był domek letniskowy, stojący w podwarszawskim lesie. Mamy go w rodzinie od wielu lat, nawet nie pamiętam od ilu.

Gdy świeci słońce, to cudowne miejsce. Można pójść do lasu, który jest za płotem, można zbierać grzyby i maliny, no i oczywiście można grać w piłkę.

A jako że cała moja rodzina jest zwariowana na punkcie futbolu, zrobiliśmy na kawałku działki – w takiej części, gdzie nie ma drzew – niewielkie boisko. Z jednej strony stoi mała bramka (taka półtora metra na metr), a z drugiej wielka drewniana konstrukcja, na której dziadek zawiesił dwie huśtawki. Wystarczy je podnieść, sznury zawinąć na grubej poprzeczce i druga bramka gotowa. Że jest dwa razy większa od tej małej? No jest! Ale komu by to przeszkadzało?! Można albo zagrać z takimi bramkami, albo nie grać w ogóle – wybór jest więc prosty.

Boisko ma zaledwie 15 metrów na 10, ale mecze, jakie na nim rozgrywaliśmy, zawsze były wielkie. EMOCJE I WALKA ZA KAŻDYM RAZEM, JAKBYŚMY GRALI O MISTRZOSTWO ŚWIATA LUB O ZWYCIĘSTWO W LIDZE MISTRZÓM. Strzały, parady bramkarzy, dryblingi, kiwki i wślizgi – było wszystko, co być musi w prawdziwym, ważnym spotkaniu.

Czasem piłka wylatywała nam za plot do sąsiadki i trzeba było robić przymusową przerwę. Ale nikt nie narzekał, bo przynajmniej była chwila, żeby odsapnąć albo napić się babcinego kompotu. Spoceni, zziajani, zmęczeni rozmawialiśmy o ostatniej akcji. Najczęściej przekomarzaliśmy się: kto komu pokaże, gdy tylko piłka wróci na boisko. Czas dla nas wtedy nie istniał. Nie było przecież sędziego, który, gdy minie 90. minuta, odgwizduje koniec meczu. U nas koniec był wtedy, gdy uznaliśmy, że to koniec. Najczęściej umawialiśmy się, że gramy do dziesięciu albo dwunastu goli. Czyli wygrywa ten, kto pierwszy strzeli tyle bramek. Czasem mecz kończył się wcześniej – gdy któraś ze stron poczuła się pokrzywdzona, jakiś gol nie został uznany, ktoś się popłakał, obraził, strzelił focha i zszedł z boiska. Mecz wówczas był niedokończony, wynik nierozstrzygnięty.

STADION LEGII Z IMPONUJĄCĄ OPRAWĄ NA „ŻYLECIE”. W TŁO WTOPIONA PANORAMA STOLICY, TAK JAK LEGIA JEST WTOPIONA JUŻ NA ZAWSZE W ŻYCIE TEGO MIASTA

Ale nie na długo oczywiście! Mijało trochę czasu, a gdy emocje opadły, głowy się schłodziły i nerwy uspokoiły, wtedy ktoś rzucał: – Gramy? – Pewnie, że gramy! – padała odpowiedź i dawne spory przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie. Już był nowy mecz, poprzedni stawał się nieważny. PODCZAS WAKACJI GRALIŚMY NAWET PO KILKA MECZÓW DZIENNIE. Można było grzmocić w „gałę” od rana do wieczora.

Tylko upał w samo południe wyganiał nas z boiska. Wtedy kryliśmy się na ocienionym tarasie albo w domku, gdzie panował przyjemny chłodek. Doskonałe miejsce, by odpocząć w gorący letni dzień. A jak już się odpoczęło, to dokąd? OCZYWIŚCIE NA BOISKO! DO PIŁKI!

W naszych meczach zawsze grali zawodnicy w różnym wieku, odbywała się tutaj prawdziwa sztafeta pokoleń. Starszy dosłownie zaszczepiał młodszemu miłość do najwspanialszego ze wszystkich sportów – do futbolu. Najwięcej pracy z wnuczkiem wykonywał dziadek. „Dziadek” to mój tata. „Wnuczek” to mój syn Antek, który dziś ma 9 lat i jest zawodnikiem LEGIA SOCCER SCHOOLS.

KIEDYŚ MOŻNA BYŁO POGRAĆ TYLKO NA PLACU PRZY TRZEPAKU. DZIŚ CHŁOPAKI I DZIEWCZYNY MOGĄ SPEŁNĆ SWOJE MARZENIA I ZAGRAĆ NA ŁAZIENKOWSKIEJ

Ale zanim Antek trafił na ulicę Łazienkowską 3, gdzie odbywa treningi, spędził wiele godzin na leśnym boisku. Czasem graliśmy zespołowo, a czasem tylko Antek z dziadkiem łupali w piłkę do znudzenia. Choć w zasadzie użyłem złego słowa, bo im się nigdy nie nudziło. Dziadek godzinami ćwiczył wnuczka (choć czasem odnosiłem wrażenie, że role się odwracały) i tylko babcia mogła przerwać taki trening. Otwierało się okno i rozlegało się nieznoszące sprzeciwu wołanie: – Skończcie już z tym graniem nareszcie i chodźcie na obiad.

Od tego nie było odwołania. Na szczęście po obiedzie można było wrócić na boisko. I znowu grać w piłkę aż do kolacji, jeśli tylko była odpowiednia pogoda.

Ale wróćmy do tego jesiennego, deszczowego dnia, kiedy właśnie pogoda nie pozwalała nam wyjść na boisko. Antek w salonie pograł z dziadkiem w szachy, zrobili kilka partii w warcaby, obejrzeli w telewizji jakieś transmisje sportowe, ale dzień nadal się ciągnął i ciągnął. Antek nie lubi tracić czasu i bardzo nie lubi się nudzić. A wtedy właśnie tak bardzo się nudził.

– Co tu robić? – jęczał. Pogoda za oknem nie dawała nadziei. Z futbolu nici.

I wtedy z pomocą przyszła babcia:

– Idźcie na strych, tam są takie dwa wielkie pudla ze „skarbami” taty z dzieciństwa. Chcę to wyrzucić, bo tylko mi to miejsce zabiera, więc zobaczcie, czy nie ma tam czegoś, co wam się jeszcze przyda.

W Antka jakby piorun strzelił.

– Skarby? Chodźmy tam natychmiast, chcę zobaczyć te skarby! – zawołał.

– Dobra, możemy zobaczyć – odpowiedziałem zupełnie bez przekonania, bo wiedziałem, że to raczej niepotrzebne szpargały, a nie prawdziwe skarby.

Przystawiliśmy drabinę, otworzyliśmy klapę prowadzącą na strych i z latarką w ręku weszliśmy na górę.

Wszędzie było mnóstwo pajęczyn, które nieprzyjemnie oblepiały nam twarze. Szybko znaleźliśmy dwa pudła ze „skarbami” i zaczęliśmy przeglądać ich zawartość.

Co tam było? Wszystko, czego do zabawy potrzebował chłopiec w latach 70. i 80. XX wieku. Dzieci nie miały wówczas komputerów, nie istniały tablety, gry elektroniczne, nie było „playaków” ani żadnych podobnych rzeczy. W pierwszym pudełku były takie skarby jak: kilkanaście kaset z muzyką, dwa klasery ze znaczkami, kolekcja monet, jakieś żołnierzyki, całe stosy kapsli, które miały powklejane od środka kolorowe koszulki, bo w dziecięcych zabawach udawały kolarzy Wyścigu Pokoju. Antek był wyraźnie rozczarowany. Nic ciekawego dla chłopca z XXI wieku.

– Otwórzmy to drugie pudło – powiedział, a w jego głosie dało się wyczuć zawód.

I znowu zaczęło się słabiutko. Piórnik z kredkami i ołówkami, kilka kolorowych chińskich gumek do ścierania ołówka, które były wtedy przebojem w szkołach, bo pachniały jak najlepsza guma do żucia. A guma była wówczas wielkim rarytasem. Nie było czego żuć, więc tylko wąchało się te chińskie gumki. Ale to było 35 lat temu, dziś dla Antka to już żadna atrakcja.

Grzebał w pudle nadal, ale nic nie mógł wygrzebać. Plastelina, kasztany, stary scyzoryk, gazety, rysunki. Był wyraźnie rozczarowany. Dopiero na samym dnie były dwa przedmioty, które zwróciły jego uwagę. Najpierw wyciągnął duży niebieski zeszyt. Pewnie by się nim nie zainteresował, gdyby nie zajrzał do środka. A tam, na kolejnych stronach, BYŁY POWKLEJANE ZDJĘCIA PIŁKARZY. Takie pozowane, gdzie widać całe drużyny, albo takie z akcji, gdy piłkarze biegną albo strzelają na bramkę.

– To twoje, tato? Naprawdę? Sam to wklejałeś do tego zeszytu? – zasypał mnie pytaniami Antek.

– Moje, a kogo innego? Jak robiłem ten zeszyt, miałem tyle lat, ile ty dzisiaj – odpowiedziałem. – W kioskach tylko gazety czarno-białe, kolorowe wydawnictwa piłkarskie to była rzadkość. Zbierałem te kolorowe czasopisma, wycinałem z nich zdjęcia piłkarzy i wklejałem. Niektóre podpisywałem, inne nie. Dzięki temu uczyłem się piłki, nazw klubów, nazwisk zawodników. Pokazywałem później ten zeszyt kolegom, podziwialiśmy razem piłkarzy, ich mięśnie, stroje, buty. Pamiętaj, że nie było wówczas Internetu, nie było gdzie oglądać piłkarzy. Albo się ich miało w zeszycie, albo... nigdzie. W telewizji były tylko dwa programy, a meczów transmitowano niewiele. TAKI „ZESEYT Z PIŁKARZAMI” TO BYŁ WTEDY SKARB! – wyjaśniałem.

Antkowi, który lubi czytać, zeszyt bardzo się spodobał.

Ale na dnie pudła leżało jeszcze coś. Antek sięgnął po to, choć w półmroku, jaki panował na strychu, nie widział, po co sięga.

– Co to jest? Szalik jakiś? Tak, to szalik, co on tu robi? pytał.

– Antek! TO „BARWY”, CZYLI COŚ WIĘCEJ NIŻ SZALIK. Zobacz, w jakich jest kolorach: czerwony, biały i zielony, czyli co?

– LEGIA! – krzyknął Antek zachwycony, bo na Łazienkowskiej trenował już nawet w Przedszkolach Legii i doskonale znał barwy swojego ukochanego klubu. Po chwili jednak zapytał: – Tato, czemu ten szalik jest taki dziwny, taki z... dziurami. W ogóle nie przypomina mojego szalika Legii...

– Ten szalik jest pewnie z końca lat 70. albo z początku lat 80. Takich szalików dla kibiców nie można było wtedy kupić w żadnym sklepie, nikt ich nie produkował. JEŚLI CHCIAŁEŚ MIEĆ SZALIK LEGII, WUSIAŁEŚ POPROSIĆ KOGOŚ – MAMĘ, BABCIĘ, CIOCLĘ, SĄSIADKĘ – ŻEBY CI GO ZROBIŁA Z WŁÓCZKI NA DRUTACH. Innego sposobu nie było. Zresztą podobnie było z flagami... Jeśli chciało się mieć „barwy” Legii, to trzeba było taką flagę... hm... skombinować...

– Skombinować? Jak to? – pytał Antek.

– W sklepach nie było kolorowego płótna albo trudno je było kupić. Ale w tamtych czasach na mieście wywieszano dużo flag biało-czerwonych z okazji świąt państwowych. Wisiały niemal na każdym slupie. Chłopaki wspinali się na te slupy, kradli flagi, a potem ktoś, kto miał jakieś znajomości w sklepie, załatwiał zielone płótno. Mamy, babcie czy sąsiadki odwracały taką „zdobyczną” flagę do góry nogami i na dole doszywały zielony pasek. I zaraz można się było chwalić przed kolegami na podwórku, że ma się flagę Legii: czerwono-biało-zieloną. Jak więc widzisz, kibice w tamtych czasach nie mieli łatwego życia. Dzisiaj każdy gadżet można kupić w sklepie Legii, wtedy nic takiego nie istniało. Ale i tak mieliśmy te flagi i szaliki.

– I ten szalik tu leżał tyle lat? Na strychu? – dziwił się Antek.

– No, bo co z nim zrobić? Wyrzucić? No, nie! Przecież takich skarbów się nie wyrzuca.

„ZA NASZE MIASTO I ZA TE BARWY” – ŚPIEWAJĄ KIBICE. PRZYCHODZISZ NA MECZ, URZEKA CIĘ ATMOSFERA, ŚPIEW TRYBUN, WIELKI FUTBOL, EMOCJE. WYCHODZISZ ZE STADIONU JUŻ JAKO LEGIONISTA. NA ZAWSZE JUŻ JAKO LEGIONISTA. NA ZAWSZE

– A jak to się stało, że zacząłeś kibicować właśnie Legii, tato?

– Gdy poważnie zainteresowałem się piłką, to akurat mistrzostwo Polski zdobywał Ruch Chorzów i bardzo mnie ta drużyna fascynowała, choć przecież gdzie Mazowsze, a gdzie Górny Śląsk. Ale ja patrzyłem na zwycięstwa, na niebieskie koszulki Ruchu i to mnie, wtedy dziecku, bardzo się podobało. Myślałem, że będę kibicem Ruchu, ale pewnego dnia tata zabrał mnie na mecz Legii na Łazienkowską, na trybunę krytą. To było dla mnie takie przeżycie, tak mi zabiło serce, że od powrotu do domu w głowie miałem już tylko jeden klub: Legia! Legia! Legia! Bez znaczenia było dla mnie, że przez całe moje dzieciństwo i młodość Legia ani razu nie zdobyła mistrzostwa Polski. Ukochanego klubu nie wybiera się za zasługi, tylko wybiera się sercem. A Legia pozostała w nim już na zawsze.

– Legia nie była najlepsza? Jak długo nie mogła zdobyć mistrzostwa? Dwadzieścia lat? – spytał Antek.

– Nawet więcej! Gdy się urodziłem w 1969 roku, to Legia zdobyła akurat mistrzostwo, rok później też, ale na kolejne musiała czekać prawie ćwierć wieku, do 1994 roku, bo mistrzostwo wywalczone w 1993 roku odebrał jej PZPN, gdyż końcówka sezonu była rozegrana – według piłkarskiej centrali – nieuczciwie. Ale Legia, nawet jeśli nie zdobywała złotych medali, zawsze była ważnym klubem w Polsce i zawsze miała mnóstwo kibiców. Wtedy na trybunach śpiewano taką pieśń:

SŁUCHAJ JEZU, JAK CIĘ BŁAGA LUD,

JEZU, JEZU, MISTRZA Z LEGII ZRÓB,

MY CZEKAMY JUŻ 20 LAT,

JEZU, JEZU, CHYBA NADSZEDŁ CZAS.

Kibice co sezon dokładali w piosence kolejny rok (np. My czekamy już 21 lat). W końcu się doczekali. CZERWONO-BIAŁO-ZIELONE BARWY WRESZCIE TRIUMFOWAŁY. Radość po ostatnim meczu sezonu w 1994 roku była tak wielka, że kibice wbiegli na boisko i dosłownie rozebrali piłkarzy z koszulek.

– Wszystko już wiesz, Antosiu? Wystarczy chyba tych pytań, co?

– Nie, właśnie że nie! Dopiero teraz się zaciekawiłem. Opowiedz mi jeszcze o Legii!

– Ale co chcesz właściwie wiedzieć?

– Wszystko! Skąd wzięły się jej barwy? Dlaczego Legia nazywa się Legia, kiedy powstała, ilu kibiców może oglądać mecz na stadionie? Jakich ma kibiców? Jakie śpiewają piosenki? No wszystko, tato, wszystko!

– Ale... Ja wszystkiego o Legii nie wiem, ten KLUB MA STULETNIĄ HISTORIĘ, WIELU INAKOMITYCH GRACZY, TYSIĄCE KIBICÓW... Przecież nie opowiem ci tego tak od razu, na strychu... To poważne zadanie!

– Za oknem pada, mamy czas – nie odpuszczał Antek.

– Sam nie dam rady. Musimy sięgnąć do jakichś książek, pójść na stadion Legii, odwiedzić tamtejsze muzeum, musi mi ktoś w tej opowieści pomóc...

– No to może... No to może ten... stary szalik, co?! Pewnie kawał historii Legii widział na własne oczy i wiele jeszcze pamięta. On ci pomoże w tej opowieści. No tato! Zgódź się!

– Dobra. To opowiemy ci o Legii we dwóch. Ale jak w takim razie nazwiemy naszego przyjaciela – ten szalik Legii? Musimy mu dać jakieś imię... Może „Szaluś” albo „Legionek”?

– Nie, takie nazwy są beznadziejne.

– To sam coś zaproponuj, jak jesteś taki mądry!

– Wiem, już mam! Nazwiemy go AIGEL!

– Aigel?! Ki diabeł?

– No tato... Nie wiesz skąd Aigel? TO CZYTANA OD TYŁU NAZWA LEGIA. Aigel będzie pasowało do naszego szalika idealnie.

– Podoba mi się. Zgoda! Ruszamy zatem na spacer po dziejach Legii razem z Aigelem. Czuję, że będzie ciekawie. Sam pewnie sporo się dowiem.

Rozdził 2

Narodziny legii

Od czego tu zacząć?

– Aigel, mój stary szaliku, jak masz się nam na coś przydać, to chyba właśnie teraz. Mów nam, od czego należy opowieść o Legii zacząć. Co jest najważniejsze? – zapytałem, próbując trochę ożywić naszego wełnianego przyjaciela.

– Chyba od tego, że Legia jest najważniejsza i najlepsza w Polsce! – wypalił Aigel.

– No tak... Najlepsza, najważniejsza, największa... Czego innego spodziewać się po „szalikowcu” – zamruczałem pod nosem, ale tak żeby Antek nie słyszał. A na głos powiedziałem: – Aigel, a czy ty w ogóle słyszałeś, że są też inne kluby? A ich kibice też je kochają? I dla nich to ich drużyny są tymi najlepszymi i najważniejszymi.

– Eee tam, inne drużyny! Liczy się tylko Legia. To Legia jest mistrzem Polski, to Legia grała w Lidze Mistrzów.

Nasi kibice śpiewają:

MISTRZEM POLSKI JEST LEGIA,

LEGIA NAJLEPSZA JEST,

LEGIA TO JEST POTĘGA,

LEGIA CE WU KA ES.

– Masz rację, Aigel, ale... nie do końca. Po pierwsze sport, czyli TAKŻE PIŁKA NOŻNA, UCZY NAS, ŻE TRZEBA MIEĆ SZACUNEK DO KAŻDEGO RYWALA. Jeśli się go nie ma, to tak jakby się nie miało też szacunku do... samego siebie. Bo przecież jeśli ośmieszamy przeciwnika – że jest taki słaby, że jest zerem, że nic nie znaczy – to czemu mielibyśmy się cieszyć ze zwycięstwa nad takim słabeuszem, prawda? Będziemy musieli sobie o tym jeszcze pogadać. Ale to trochę później. A teraz powiedz, kochany szaliczku, czy wiesz, jakie polskie drużyny grały w Lidze Mistrzów.

– Tylko Legia! – wypalił Aigel.

– No nie, jeszcze kiedyś w Lidze Mistrzów grał Widzew Łódź – sprostował Antek.

– Brawo, synu, brawo. Ale widzę, że będzie najlepiej, jak poznacie trochę faktów o Legii, jak poznacie jej historię.

– O rety... Ale to będzie nudne... – skrzywił się Aigel.

– Nie, to wcale nie musi być nudne. To będzie ciekawe. Nawet bardzo ciekawe. Czy wiecie na przykład, który klub był najwięcej razy mistrzem Polski?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.