Legendy Chrystusowe - Selma Lagerlöf - ebook
Opis

O czym jest ta książka? Autorka tak ją zaczyna: „W piątym roku mego życia miałam wielkie zmartwienie. Nie wiem nawet, czy od tego czasu doznałam, kiedyś większego. Było to, kiedy moja babcia umarła. Dotąd siadywała co dzień w kącie sofy w swoim pokoju i opowiadała bajki. Nie pamiętam jej inaczej jak siedzącej tak i opowiadającej, od rana do wieczora, a my dzieci siedzieliśmy wokoło niej i słuchali. Cudne to było życie. Nie było dzieci, którym by się tak dobrze działo, jak nam. Wiem, że babcia miała piękne, kredowo białe włosy, że chodziła bardzo pochylona i że zawsze robiła pończochę. Przypominam sobie także, że, kiedy skończyła jaką bajkę, miała zwyczaj kłaść rękę na mojej głowie i mawiać wtedy: — A to wszystko tak jest prawdą, jak to, że ja ciebie widzę, a ty mnie. Pamiętam także, że umiała śpiewać piękne pieśni, ale nie śpiewała co dzień. Jedna z tych pieśni była o rycerzu i wodnicy a zwrotki jej kończyły się słowami: „Wicher tak zimny, wicher tak zimny, od morza dmie z oddali”. I na stronach swej książki autorka dzieli się z nami przepięknymi opowieściami, które być może zapamiętała z czasów dzieciństwa, a może zasłyszała je gdzie indziej i kiedy indziej? A może troszkę podpowiedziała je jej wyobraźnia?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 196

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Selma Lagerlöf

 

Legendy Chrystusowe

 

przełożyła Wanda Młodnickia

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Gerrit van Honthorst (1592–1656), Pokłon pasterzy (1622),

licencjapublic domain,

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Gerard_van_Honthorst_001.jpg

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-481-7

 

 

NOC BOŻEGO NARODZENIA

 

W piątym roku mego życia miałam wielkie zmartwienie.

Nie wiem nawet, czy od tego czasu doznałam, kiedy większego.

Było to, kiedy moja babcia umarła. Dotąd siadywała co dzień w kącie sofy w swoim pokoju i opowiadała bajki.

Nie pamiętam jej inaczej jak siedzącej tak i opowiadającej, od rana do wieczora, a my dzieci siedzieliśmy wokoło niej i słuchali. Cudne to było życie. Nie było dzieci, którym by się tak dobrze działo, jak nam.

Mało ja pamiętam mojej babci. Wiem, że miała piękne, kredowo białe włosy, że chodziła bardzo pochylona i że zawsze robiła pończochę.

Przypominam sobie także, że, kiedy skończyła jaką bajkę, miała zwyczaj kłaść rękę na mojej głowie i mawiać wtedy:

— A to wszystko tak jest prawdą, jak to, że ja ciebie widzę, a ty mnie.

Pamiętam także, że umiała śpiewać piękne pieśni, ale nie śpiewała co dzień. Jedna z tych pieśni była o rycerzu i wodnicy a zwrotki jej kończyły się słowami: „Wicher tak zimny, wicher tak zimny, od morza dmie z oddali”.

Potem przypominam sobie jeszcze modlitewkę, której mnie nauczyła i jeden wiersz psalmu.

Z wszystkich bajek, jakie mi opowiadała, mam tylko blade, niejasne wspomnienie. Tylko jedną pamiętam tak dobrze, że mogłabym ją powtórzyć. Jest to krótka opowieść o Narodzeniu Chrystusa.

Widzicie, to jest wszystko, co jeszcze wiem o mojej babci, oprócz tego, co najlepiej pamiętam, mianowicie wielką boleść, kiedy odeszła na zawsze.

Przypominam sobie ranek, gdy sofa opustoszała i kiedy niepodobna było pojąć, w jaki sposób wszystkie godziny dnia nareszcie miną. To pamiętam. Tego nie zapomnę nigdy.

A i to pamiętam, że nas dzieci zaprowadzono, abyśmy rękę zmarłej ucałowali. Baliśmy się trochę, ale ktoś nam powiedział, że po raz ostatni możemy babci podziękować za wszystkie uciechy, jakie nam sprawiała.

A także wiem, jak bajki i pieśni z domu odjechały, w długiej, czarnej trumnie i nigdy nie wróciły więcej.

Wiem także, że coś z życia zniknęło. Tak jakby się drzwi zawarły od całego pięknego świata czarów, w który przedtem dane nam było swobodnie wchodzić i wychodzić.

Teraz nie było nikogo, kto by umiał te drzwi otwierać.

Przypominam sobie także, żeśmy powoli nawykali do zabaw lalkami i zabawkami i do życia jak inne dzieci, i mogło się zdawać, że nam babci nie brakło i że nie wspominamy jej wcale.

Jednak dziś jeszcze, po latach czterdziestu, kiedy gromadzę legendy o Chrystusie, słyszane na Dalekim Wschodzie, powraca do mnie drobna opowieść o narodzeniu Jezusa, którą babcia opowiadała i nabieram ochoty powtórzyć ją raz jeszcze i dołączyć do zbioru.

 

* * *

 

Był to wieczór wigilijny, wszyscy pojechali do kościoła, wyjąwszy mnie i babci. Zdaje mi się, że byłyśmy same na cały dom. Nie mogłyśmy pojechać, bo jedna była za mała a druga za stara. Zaś obydwom nam smutno było, żeśmy na pasterce być nie mogły, posłuchać kolęd i napatrzyć się świateł przy szopce.

Ale kiedyśmy tak siedziały w naszej samotności, zaczęła babcia opowiadać.

— Był raz człowiek — rzekła — który wyszedł w ciemną noc, aby ogania pożyczyć. Chodził od domu do domu i pukał do drzwi.

— Ludzie dobrzy, poratujcie mnie! — wołał — oto żona moja porodziła właśnie dzieciątko, muszę ogień rozniecić, aby ją i maleństwo ogrzać trochę.

Ale noc była późna, wszyscy ludzie spali, nikt mu nie odpowiedział.

Człowiek szedł i szedł. Nareszcie w oddali ujrzał błysk ognia. Skierował się w tę stronę i zobaczył, że to ognisko płonęło na polu. Mnóstwo owiec białych leżało naokoło ognia i spało, a stary pasterz czuwał nad trzodą.

Kiedy człowiek chcący ognia pożyczyć, podszedł bliżej do owiec, zobaczył, że u stóp pasterza leżały trzy duże psy śpiące także. Wszystkie trzy zerwały się poczuwszy obcego, rozwarły szeroko swe paszcze, jakby chciały zaszczekać, ale głosu słychać nie było. Człowiek widział jak się sierść na ich grzbietach jeży, jak ich ostre zęby połyskują biało przy świetle ogniska i jak się rzuciły ku niemu. Jeden chwycił go za nogę, drugi za ramię, a trzeci za gardło. Ale szczęki i zęby, którymi szarpać chciały, były bezsilne i człowiek nie odniósł żadnej rany.

Chciał tedy iść dalej po to, czego potrzebował. Ale owce leżały wokoło, tak ciasno zbite przy sobie, grzbiet przy grzbiecie, że nie mógł postąpić. Wtedy wszedł na grzbiety zwierząt i przeszedł po nich do ognia, a żadna owca nie zbudziła się ani drgnęła.

Tyle opowiedziała babcia bez przeszkody, ale teraz musiałam jej przerwać.

— Dlaczego nie zbudziły się, babciu! — spytałam.

— Za chwilę się dowiesz — odrzekła i opowiadała dalej:

— Kiedy już człowiek doszedł do ogniska, spojrzał pasterz na niego. Pasterz ten był to stary, ponury człowiek, porywczy i twardy dla wszystkich; ujrzawszy obcego, który się zbliżał, ujął swój długi okuty kij, jaki zwykle miał w ręku, pasąc owce i rzucił nim w przybysza. Kij leciał świszcząc prosto w niego, ale zanim go ugodził, uchylił się w bok i pomknął mimo daleko na pole.

Tu przerwałam babci znowu.

— Babciu, dlaczego kij nie chciał uderzyć tego człowieka?

Ale babcia ani myślała mi odpowiadać, tylko dalej ciągnęła opowieść.

— Wtedy przystąpił człowiek do pasterza i przemówił do niego:

„Przyjacielu, poratuj mnie, użycz mi trochę ognia. Niewiasta moja powiła właśnie dzieciątko, muszę ogień rozniecić, aby ją i dziecko ogrzać”.

Pasterz już miał odmówić, ale kiedy się zastanowił, że psy nie uszkodziły tego człowieka, że owce się przed nim nie rozbiegły, a kij powalić go nie chciał, zaląkł się nieco i nie śmiał mu wzbronić tego, o co prosił.

„Weź sobie, ile ci trzeba” rzekł do przybysza.

Ale ogień już się dopalał. Nie było w nim polan ani gałęzi, tylko wielki stos zarzewia, a człowiek nie miał z sobą ani rydla, ani wiadra, czym by mógł jarzące węgle przenieść.

Widząc to powtórzył pasterz: „bierz ile ci trzeba”, bo rad był z tego, że obcy nie potrafi zabrać ognia z sobą. Ale człowiek pochylił się, wybrał rękami węgle z popiołu i włożył je w połę płaszcza. A one ani parzyły rąk jego, kiedy je nabierał, ani paliły odzieży. Poniósł je, jakby to były orzechy lub jabłka.

Tui opowiadającej nowe przerwało pytanie:

— Babciu, czemu węgle nie parzyły tego człowieka?

— Dowiesz się o tym, odparła babcia i opowiadała dalej:

— Pastuch, zły i ponury, człowiek, widząc to wszystko, zaczął się dziwić:

„Co to może być za noc, że psy nie gryzą, owce się nie płoszą, kij nie uderza, a ogień nie pali! Zawrócił tedy obcego i zapytał:

„Co to za noc? I skądże wszystkie rzeczy okazują ci miłosierdzie?”.

— Wtedy odpowiedział człowiek: „Jeżeli sam nie przejrzysz, powiedzieć ci nie mogę”. I chciał pospieszyć w swoją stronę, aby ogrzać żonę i dziecko.

Wtedy pomyślał pasterz, że nie powinien tracić z oczu tego człowieka, zanim by się dowiedział, co to wszystko znaczy. Wstał więc poszedł za nim, aż zaszedł tam, gdzie obcy był w domu.

Tu zauważył, że ten człowiek nie miał nawet chaty na mieszkanie, że jego żona i dziecko nocowały w jaskini skalnej, gdzie nie byto nic, tylko nagie, zimne ściany kamienia.

Nagle przyszło na myśl pasterzowi, że to biedne, niewinne dzieciątko zamarznąć może w jaskini i pomimo, że był bardzo twardym i srogim, żal go zdjął i postanowił poratować to dziecko.

Zdjął tłumoczek z ramienia, wyjął z niego białą, miękką skórkę jagnięcia i dał ją obcemu człowiekowi, aby dziecko otulił.

W tej samej chwili, kiedy uczynił miłosierdzie, otwarły mu się oczy i ujrzał czego pierwej nie widział i usłyszał czego pierwej usłyszeć nie mógł.

Zobaczył wkoło siebie zbity krąg aniołków srebrnoskrzydłych. Każdy z nich miał lutnię w ręku, wszyscy zaśpiewali w głos o tym, że się narodził Zbawiciel co świat z grzechu odkupi.

Wtedy zrozumiał, dlaczego wszystko stworzenie takie rade tej nocy, że nikomu krzywdy uczynić nie może.

Nie tylko blisko siebie widział pasterz anioły, były wszędzie. Siedziały w grocie i na górze, unosiły się pod niebiosa, przeciągały wielkim orszakiem przez drogę, a mijając grotę, zatrzymywały się, aby spojrzeć na dziecię.

Radość i uciecha, śpiew i granie rozlegały się naokół, a wszystko to widział pasterz tej ciemnej nocy, w której przedtem niczego dopatrzyć nie mógł. I taka radość go zdjęła z tego, że mu się oczy rozwarły, iż padł na kolana i dziękował Bogu.

To powiedziawszy babcia westchnęła i rzekła:

— Wszystko, co pasterz zobaczył, możemy i my widzieć, bo aniołowie w każdą noc Bożego Narodzenia unoszą się na niebie, trzeba tylko abyśmy przejrzeli!

A potem położyła babcia dłoń na mojej głowie i dodała:

— To sobie zapamiętaj, bo to taka prawda, jak, że oto patrzę na ciebie a ty na mnie. Nie zależy to od świeczek i lamp ani od księżyca i słońca. Najważniejsze jest, abyśmy sami oczy mieli godne oglądania wspaniałości Bożej.

 

WIZJA CESARZA

 

Działo się to w czasie, kiedy August był cesarzem w Rzymie, a Herod królem w Jerozolimie.

Wtedy to zdarzyło się, że bardzo ważna, święta noc zeszła na ziemię, najciemniejsza noc, jaką kiedy widziano; można było sądzić, że świat cały zatoczył się w piwnicę. Niemożliwym było odróżnić wody od lądu i na najbardziej swojskich drogach łatwo było zabłądzić. A to z tej prostej przyczyny, że światła z nieba zabrakło. Wszystkie gwiazdy zostały w domu, a księżyc miły odwróconą miał twarz.

Równie głębokim, jak ciemność, było milczenie i cisza. Rzeki zatrzymały się w biegu, powietrze nie drgnęło, a nawet liść osiki zaniechał drżenia. Kto by był poszedł wzdłuż wybrzeża, byłby doświadczył, że fale nie biły o brzeg, a kto by był poszedł przez puszczę, temu by piasek pod stopami nie zgrzytał. Wszystko skamieniało w ruchu, aby ciszy nocy świętej nie przerywać. Trawa nie śmiała rosnąć ani rosa padać, a kwiaty nie miały odwagi wydzielać swych woni.

Nocy tej, zwierzęta drapieżne zaniechały łowów, węże nie kąsały, psy nie szczekały. A co jeszcze było wspanialszym, to, że żadna rzecz martwa nie byłaby kaziła świętości tej nocy tym, żeby służyła do jakiego złego uczynku. Wytrych nie byłby otworzył żadnego zamku, a nóż nie byłby zdolny do przelania krwi.

Tej właśnie nocy wyszła gromadka ludzi z cesarskich komnat na Palatynie i skierowała przez Forum na Kapitol. Dnia tego właśnie przedłożyli senatorowie cesarzom pytanie, czy miałby co przeciw temu, ażeby mu na świętym wzgórzu Rzymu wzniesiono świątynię. Ale August nie dał od razu swego przyzwolenia. Nie wiedział, czyby się to bogom podobało, ażeby posiadał świątynię tuż obok ich świątyni i odpowiedział, że pragnie pierwej złożyć ofiarę nocną swemu bóstwu opiekuńczemu, aby wolę bogów w tej mierze wybadać. On to wiedziony przez kilku poufnych, dążył właśnie składać tę ofiarę.

Augusta niesiono w lektyce, gdyż był stary i trudno mu było wnijść na wysokie schody Kapitolu. Sam trzymał klatkę z gołębiami, które chciał ofiarować.

Nikt z kapłanów, żołnierzy, ani panów z rady nie towarzyszył mu, tylko najbliżsi jego przyjaciele. Słudzy z pochodniami szli naprzód, aby torować drogę przez ciemności nocy, a za nim szli niewolni, niosący trójnóg ołtarzowy, węgle, noże, święty ogień i wszystko inne, co do ofiary było potrzebne.

Po drodze rozmawiał cesarz wesoło ze swoimi poufnymi, dlatego to nikt nie zauważył ciszy niewymuszonej i milczenia tej nocy. Dopiero kiedy wyszli na najwyższą część Kapitolu, na pusty plac, wybrany do budowy nowej świątyni, spostrzegli, że coś niezwykłego się zapowiada.

Nie mogła to być noc jak inne, gdyż w górze, na brzegu skał, ujrzeli najprzedziwniejsze jasne zjawisko.

Zrazu sądzili, że to świeci tak stary, spróchniały pień oliwny, dalej myśleli, że prastary posąg ze świątyni Jowisza wyszedł na skały. Wreszcie uznali, że nie może to być nikt inny, jeno stara Sybilla.

Czegoś tak starego, opalonego wichrem a olbrzymiego nie widzieli nigdy. Zgrzybiała ta niewiasta straszną była, wszyscy byliby chętnie do domu uciekli.

— Ona to jest — szeptali do siebie — która tyle ma lat, ile jest ziarnek piasku na jej ojczystym wybrzeżu. Dlaczego właśnie tej nocy wyszła ze swej nory? Co wróży cesarzowi i państwu, ona, która swe proroctwa pisze na liściach drzew, pewna, że wiatr przeniesie jej słowa każdemu, do kogo są wysłane.

Tak byli przerażeni, że gdyby się Sybilla była poruszyła, popadaliby byli na kolana i czołem dotknęli ziemi. Ale siedziała bez ruchu jak nieżywa. Skulona na krawędzi skały, ocieniając oczy ręką, wpatrywała się czyhająco w ciemną dal. Siedziała tam, jak gdyby po to wyszła na górę, aby lepiej widzieć coś, co się działo w wielkim oddaleniu. Więc mogła widzieć coś, w taką noc?!

W tej chwili zauważył cesarz i jego cały poczet, jak głęboką była ciemność. Nikt z nich na szerokość dłoni nie widział przed sobą. A jaka cisza, jakie milczenie! Nie mogli nawet dosłyszeć stłumionego szumu Tybru. Powietrze było duszne, dławiło ich, zimny pot oblewał im czoła, a ręce mieli podrętwiałe i bezsilne. Każdy czuł, że coś strasznego nadchodzi.

Ale nikt nie chciał przyznać, że się boi, wszyscy mówili cesarzowi, że to dobry znak: cała natura powstrzymuje oddech, aby powitać nowego boga.

Wzywali Augusta, aby się zajął ofiarą, gdyż Sybilla prawdopodobnie po to wyszła z jaskini, aby się pokłonić duchowi opiekuńczemu cesarza.

Ale Sybilla tak była zajęta wizją jakąś, że ani wiedziała o tym, iż August przybył na Kapitol. Duchem przeniesiona była w daleką krainę i zdało jej się, że wędruje przez wielką równinę. W ciemności potykała się nieustannie o coś, co jej się wydawało pagórkami ziemi. Schyliła się, aby pomacać. Nie, to nie była ziemia, to owce. Szła pomiędzy dużymi stadami śpiących owiec.

Teraz dostrzegła ognisko pasterzy. Płonęło śród pola, a ona po omacku zbliżała się ku nim. Pasterze leżeli wkoło ognia i spali, a koło nich leżały długie, kończaste kije, którymi zwykli byli bronić trzody przed dzikimi zwierzętami. Lecz te małe zwierzęta z iskrzącymi oczyma i kiściastymi ogonami, czyż to nie szakale! A pasterze nie rzucają w nich kijami, psy śpią, owce się nie płoszą, a dzikie zwierzęta układają się obok ludzi na spoczynek.

Wszystko to widziała Sybilla, nie widząc za to nic z tego, co się działo tuż za nią na wzgórzu. Nie wiedziała wcale, że tam ustawiono ołtarz, rozżarzono węgle, nasypano kadzideł i że cesarz wyjął gołębia z klatki, aby go ofiarować. Jednak ręce jego tak były zdrętwiałe, że nie mogły ptaka utrzymać. Jednym uderzeniem skrzydeł gołąb się uwolnił i wnikł w górę w nocną ciemność.

Skoro się to wydarzyło, spojrzeli dworzanie nieufnie w stronę Sybilli. Sądzili oni, że wypadek ten spowodowała wieszczka, świecąca jak próchno wśród nocy.

Czyż mogli wiedzieć, że Sybilla czuła się ciągle jeszcze obecną przy ognisku pasterzy i że nadsłuchiwała jedynego słabego głosu, co drżący przenikał martwą ciszę nocną? Słyszała go długo przedtem, zanim zauważyła, że nie z ziemi idzie, tylko z obłoków. Nareszcie podniosła głowę i ujrzała jasne, lśniące postacie, migające w ciemności. Były to grupy małych aniołków, śpiewających słodko, które jakby szukając latały nad równiną, to tu, to tam.

Podczas gdy Sybilla przysłuchiwała się śpiewom anielskim, zabierał się cesarz właśnie do nowej ofiary. Mył ręce, oczyścił ołtarz i kazał sobie podać drugiego gołębia. Pomimo jednak, że teraz wszystkich sił dobył, aby gołębia utrzymać, wyślizgnął się gładki tułów ptaka z jego ręki i ptak wzniósł się w nieprzenikniony obszar nocy.

Cesarza zdjęła groza. Rzucił się przed pustym ołtarzem na kolana i w modlitwie do swego geniusza błagał go o odwrócenie nieszczęścia, które ta noc zda się przepowiadać.

I tego wszystkiego Sybilla nie słyszała. Całą duszą nadsłuchiwała śpiewu aniołów, który coraz rozgłośniej się rozlegał. Wreszcie stał się tak potężnym, że zbudził pasterzy. Podparli się na łokciach i patrzyli na korowody jasne srebrzystych postaci, jak w długich falujących szeregach, niby ptaki wędrowne, unosiły się w górnych ciemnościach. Niektóre miały lutnie i skrzypeczki w ręku, inne znowu cytry i arfy, a śpiew ich był radosny, jak śmiech dziecięcy i swobodny, jak świergot skowronka. Słysząc to, pasterze zebrali się, aby pójść do górskiego miasteczka skąd pochodzili i opowiedzieć o cudzie.

Szli wąską, krętą ścieżką, a stara Sybilla szła za nimi. Naraz szczyt góry zajaśniał. Duża jasna gwiazda zabłysła nad nim, a całe miasteczko na górze migotało jak srebrne w świetle tej gwiazdy. Wszystkie szukające chóry aniołów pospieszyły tam z nawoływaniem radosnym, a pasterze przyspieszyli kroku tak, że biegli prawie. Doszedłszy do miasteczka, zobaczyli, że aniołowie zgromadzili się nad niską stajenką w pobliżu bramy miejskiej. Była to nędzna szopka ze słomianym dachem, a tylną ścianą w skale. Nad nią stała gwiazda, tam to gromadziły się coraz liczniejsze zastępy aniołów. Niektóre osiadały na strzesze, inne spuszczały się na skałę za szopką, inne znowu, bijąc skrzydłami, przelatywały ponad nią. Wysoko w górę biła w powietrze jasność promienna.

W tej chwili, kiedy gwiazda zajaśniała nad górskim miasteczkiem, zbudziła się cała przyroda, a i mężowie będący na szczycie Kapitolu, także to zauważyć musieli, poczuli świeży błogi powiew z przestrzeni, słodkie zapachy popłynęły wkoło nich, drzewa zaszemrały. Tyber począł szumieć, gwiazdy zabłysły, a naraz i księżyc ukazał się wysoko na niebie i oświecił świat. Z obłoków zaś spuściły się dwa gołębie i usiadły cesarzowi na ramionach.

Po tym cudzie wyprostował się August, dumną radością przejęty, a jego przyjaciele i niewolnicy padli na kolana.

— Ave Caesar! — wołali. — Twój geniusz opiekuńczy ci odpowiedział. Jesteś bogiem, który na szczycie Kapitolu ma być uwielbiany!

A hołd ten, który mężowie w uniesieniu składali cesarzowi, był tak rozgłośnym, że i stara Sybilla go usłyszała, krzyk ten przerwał jej widzenie. Podniosła się z krawędzi skały, na której siedziała i już bez światłości żadnej zeszła między ludzi. Była teraz jakby chmura czarna co wyszła z przepaści, aby się spuścić na wzgórze. Straszna wprost, w swojej starości. Zmierzwione włosy wisiały w skąpych kudłach wkoło jej głowy, stawy jej członków były zgrubiałe, opalona skóra powlekała ciało jak korą drzewną, zmarszczka przy zmarszczce.

Mimo to potężna i groźna szła do cesarza, nagłym ruchem ujęła go za przegub ręki, a drugą wskazała daleki Wschód.

— Patrz! Zawołała rozkazująca, a cesarz podniósł oczy i patrzył. Przestrzeń zniknęła przed jego wzrokiem i przenieśli się oboje na Wschód daleki. Zobaczył ubogą stajenkę pod skalistą ścianą, gdzie w otwartych drzwiach kilku pasterzy klęczało. W szopce ujrzał młodą matkę, klęczącą przed dzieciątkiem, które leżało w żłobie na sianie.

Wielki kościsty palec Sybilli wskazał to ubogie dziecko.

— Ave Caesar! — zawołała Sybilla z szyderczym śmiechem. — Ten ci jest Bóg, który na szczycie Kapitolu będzie miał ołtarze!

Cesarz cofnął się wstecz od niej jak od obłąkanej. Ale Sybillę porwał przemożny duch proroczy. Jej mętne oczy rozgorzały, jej ramiona wyciągnęły się ku niebu, jej głos spotężniał tak, że zdawał się nie z niej wychodzić; miał dźwięk i siłę taką, że mógł na cały świat być słyszanym. A to, co głosiła, zadała się w górze z gwiazd wyczytywać.

— Jako Boga uwielbią na Kapitolu Chrystusa, co świat odnowi, albo Antychrysta, ale nie ludzi znikomych!

To powiedziawszy przeszła pomiędzy zdrętwiałymi z lęku mężami, zeszła z pochyłości wzgórza i znikła.

Nazajutrz zaś wydał August ludowi ostry zakaz stawiania mu świątyni na Kapitolu. Natomiast wzniósł tam świątynię nowo narodzonemu Bogu i nazwał ją ”Ołtarz nieba” Ara Coeli.

 

 

STUDNIA TRZECH MĘDRCÓW

 

W starożytnej krainie judejskiej panowała Susza z wpadłymi oczyma, nieubłagana kroczyła po zżółkłej trawie i uschniętych ostach.

Było to w lecie. Słońce paliło nagie grzbiety gór, a najlżejszy wietrzyk wzbijał gęste tumany wapiennego kurzu z białoszarej roli, trzody na dolinach stały, tłocząc się nad wyschłymi potokami.

Susza chodziła badając zapasy wody. Poszła do sadzawek Salomona i zauważyła z westchnieniem, że ich skaliste brzegi okalają znaczną jeszcze jej ilość. Potem udała się do sławnej studni Dawida koło Betleemu ale i tam zastała zapas. W końcu skierowała się leniwym krokiem na gościniec szeroki, wiodący z Betleem do Jerozolimy.

Będąc prawie w pół drogi, ujrzała studnię Trzech Mędrców, która leży przy gościńcu, i zauważyła natychmiast, jako bliską jest już wyschnięcia. Susza usiadła na cembrowinie, którą stanowi duży kamień wydrążony i zajrzała w głąb. Błyszczące zwierciadło wody, zwykle widoczne tuż blisko otworu, opadło głęboko, a bagniste trzęsawisko zmąciło je i zanieczyściło od spodu.

Kiedy brunatne spalone oblicze Suszy odbiło się w mętnym zwierciadle studni, wydała woda plusk przestrachu.

— Chciałabym wiedzieć, kiedy już tobie wreszcie koniec przyjdzie — rzekła Susza — nie zdołasz tam w dole znaleźć dopływu, który by twoje życie podtrzymał. A o deszczu nie może być mowy, dzięki Bogu, przed upływem dwu, albo trzech miesięcy.

— Bądź spokojna, westchnęła studnia. — Nic mi nie pomoże. Tu by potrzeba co najmniej jakiego rajskiego źródła.

— W takim razie nie opuszczę cię, aż się wszystko skończy — rzekła Susza. Widziała ona, że stara studnia dogorywa i chciała mieć przyjemność patrzenia na to, jak kropla po kropli zamiera.

Zadowolona usiadła sobie na brzegu cembrzyny i radowała się słysząc, jak studnia wzdycha z głębi. A i to ją cieszyło, że widziała zbliżających się spragnionych wędrowców, jak spuszczali wiadro, aby je wyciągnąć z odrobiną błotnistej wody.

Tak minął cały dzień, a kiedy ciemność nastała, zajrzała Susza znowu na dno studni. Już tylko odrobina wody połyskiwała na dole.

— Zostanę tu całą noc — zawołała — nie spiesz się tylko. Jeżeli tyle jasności zostanie, abym zaglądnąć mogła w ciebie, to na pewno życie zakończysz.

Susza skuliła się na krawędzi studni, podczas gdy noc gorąca, okrutniejsza i bardziej męcząca niż dzień, zapadała nad Judeą. Psy i szakale wyły bez ustanku, spragnione krowy i osły odpowiadały im z dusznych stajen. A jeżeli wiatr powiał, to nie chłodzący, przeciwnie, parny był i duszny, jak ziejący oddech jakiego olbrzymiego, śpiącego potwora.

Gwiazdy jednak świeciły ślicznym połyskiem a cieniutki księżyc na nowiu rzucał swe miłe zielonawo-błękitne światło na szare pagórki. W świetle tym ujrzała Susza zbliżającą się ku wzgórzu karawanę; szła w stronę studni Trzech Mędrców.

Susza siedziała patrząc na długi orszak i radowała się chytrze, rozważając ile to pragnienia wędruje znowu do studni a kropli wody nie znajdzie, aby je ugasić. Tyle ludzi szło i bydła, że choćby studnia pełną była, toby ją byli wypili. Nagle zdało jej się, że tę karawanę jakąś osobliwą, jakby duchy, jakie sunęły po nocy. Wszystkie wielbłądy ukazały się zrazu na wzgórzu, które się odcinało na tle horyzontu, można było sądzić, że zstępują wprost z nieba. W świetle księżyca wydawały się większe, niż zwykłe wielbłądy, i nadto łatwo kroczyły objuczone ogromnymi tobołami.

A jednak nie mogła uwierzyć, iż nie są rzeczywiste, wszakże widziała je najwyraźniej. Mogła nawet rozróżnić, że trzy pierwsze to dromadery o szarej połyskującej sierści i to, że były bogato okulbaczone, w czaprakach z frędzlami i że niosły dostojnych, dorodnych jeźdźców.

Cały orszak zatrzymał się przy studni, dromadery po trzykrotnym ostrym załamaniu kolan ułożyły się na ziemi, a jeźdźcy zsiedli. Wielbłądy juczne, których coraz to więcej się gromadziło, zdawały się tworzyć nieprzejrzany skłębiony tłum długich szyj, garbów i wysoko sterczących tłumoków.

Trzech dostojnych jeźdźców zbliżyło się natychmiast do Suszy witając ją tym, że dłoń kładli na czoła i piersi. Widziała, że ubrani byli w olśniewająco białe szaty i ogromne turbany, u których nad czołem błyszczała gwiazda tak jasna, jakby prosto z nieba zdjęta.

— Przybywamy z dalekiej krainy — rzekł jeden z wędrowców — i prosimy, abyś nam powiedziała, czy to istotnie jest studnia Trzech Mędrców?

— Dziś jeszcze nazywa się studnią — odparła Susza — ale jutro już nią nie będzie. Dzisiejszej nocy wyschnie.

— To naturalne, skoro ty tu jesteś — rzekł przybysz. — Jednak czyż nie jest to jedna z tych świętych krynic, które nigdy nie giną? Trzej Mędrcy są w raju.

Trzej przybysze spojrzeli po sobie.

— A czy znasz ty istotnie dzieje tej starej studni? — spytali.

— Ja znam dzieje wszystkich studzien, rzek, strumieni i źródeł — rzekła dumnie Susza.

— Zróbże nam przyjemność i opowiedz nam dzieje tej studni — prosili wędrowcy. A usiadłszy wokoło tępicielki wszystkiego, co wzrasta, słuchali.

Susza chrząknęła, poprawiła się na cembrowinie, jak mówca na trybunie, po czym zaczęła opowiadać.

— W mieście Gabes w Medii, które leży tuż u brzegu pustyni, a które mi dlatego często miłym bywało schroniskiem, żyli przed laty trzej ludzie sławni ze swej mądrości. Byli oni bardzo ubodzy, co tym osobliwsze było, że w Gabes ceniono mądrość wysoko i hojnie ją opłacano.

Nie mogło się jednak tym ludziom lepiej powodzić, jako że jeden, był zgrzybiały od starości, drugi trędowaty a trzeci murzyn z grubymi wargami. Ludzie uważali, że pierwszy za stary, aby ich mógł czego nauczyć, przed drugim uciekali bojąc się zarazy, a trzeciego nauk nie chcieli słuchać, dlatego że im się zdawało, iż z Etiopii nic nigdy mądrego nie wyszło.