Wydawca: Novae Res Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 312 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Legenda nieświętego Marcina - Piotr Dutkiewicz

W państwie pradawnych Słowian mieszka tajemniczy przybysz z południa – Marcin Igła. Pierwszy dyplomata i zręczny polityk. Jako doradca wodza i dowódca wyjątkowego oddziału zajmującego się dywersją nierzadko wpada w prawdziwe tarapaty, z których ratują go tylko wrodzona pomysłowość i spryt. Można o nim zresztą powiedzieć jeszcze wiele, ale z pewnością nie to, że jest święty, bo ma na sumieniu kilka grzechów… Kim jest tak naprawdę, jaka była jego przeszłość i dlaczego człowiek z południa zawędrował aż na północ, do państwa Lecha? Co skrywają koleje losu Marcina i czy to, przed czym uciekał, odnajdzie go aż tutaj?

Autor z humorem oprowadza nas po świecie pierwszych Słowian i słowiańskich bóstw, odsłaniając kulisy ich barwnego życia. Młode państwo Lecha otoczone nie zawsze przyjaznym sąsiedztwem musi sobie jakoś radzić. Z pomocą przychodzą Marcin i jego oddział, a kluczem do sukcesu w ubiciu dobrego interesu lub pokonaniu wroga często okazują się przebiegłość i podstęp. Jak naprawdę było ze smokiem wawelskim, skąd się wzięli druidzi i dlaczego lepiej nie nazywać kraju Lechistanem – odpowiedzi można znaleźć w tej skrzącej się dowcipem opowieści.

Opinie o ebooku Legenda nieświętego Marcina - Piotr Dutkiewicz

Cytaty z ebooka Legenda nieświętego Marcina - Piotr Dutkiewicz

słowa głównie do Marcina. – Nie chodzi nawet o  wyrok, który nad nami wisi, ale o  zemstę Lecha. Miłościwy to on może i  jest, ale tylko z  tytułu. Gdy się dowie, że nie wykonaliśmy rozkazów, to wszyscy trafimy na jego czarną listę. – Jego czarną… co? – zdziwił się Wit. – Nie słyszeliście o  liście? Chorwa mówił, że wódz wodzów ma listę, na którą od czasu

Fragment ebooka Legenda nieświętego Marcina - Piotr Dutkiewicz

Wstęp

 

 

 

Dawno temu, gdy naszej krainy nie przecinała żadna nitka autostrady, a jedynymi szlakami komunikacyjnymi były jeszcze czyste rzeki, gdy Warszawa stanowiła porośnięty knieją ostęp, a na miejscu Kolumny Zygmunta leże miały dziki, też mieliśmy państwo. I chociaż dziś już prawie nikt o tym nie pamięta, było to państwo ze wszech miar potężne i niepodległe. No, może krztynę przesadziłem z tym „potężnym”, ale śmiało rzec można, że nie odstawaliśmy od innych współczesnych tego rodzaju tworów. Historycy do dzisiaj spierają się na temat jego początków. Jedni uważają, że nie warto wspominać o tym, co się tutaj działo przed rokiem 966, twierdząc, że są to czasy nieciekawe i z całą pewnością ciemne. Czy nieciekawe to się jeszcze okaże, a że ciemne? Na takie stwierdzenie można znaleźć tylko jedną odpowiedź, a mianowicie taką, że dla ciemnej głowy wszystkie czasy ciemne.

Drudzy, ci bardziej światli, twierdzą, że zanim niejaki Mieszko Ślepy przyjął chrzest w kaplicy gnieźnieńskiej, mieliśmy już całkiem spore i nieźle rozwinięte państwo. Jest też spora grupa historyków, którzy uważają, że żyło nam się tutaj spokojnie aż do 966 roku, po czym nastąpił burzliwy rozwój naszej małej cywilizacji, znany z podręczników do historii. I na koniec jest jeszcze wasz uniżony kronikarz, który wie, jak było naprawdę.

A było ciężko, choć nie tak ciężko, jak można by sobie wyobrazić. Po lasach grasowały bestie czyhające na cnotę nieostrożnych dziewcząt, które zapuszczały się zbyt głęboko w knieję w poszukiwaniu poziomek. Na szczęście je sukcesywnie wyłapywano i kastrowano, choć nastawanie na cnotę panien do dzisiaj cieszy się sporą popularnością. Były też dzikie zwierzęta, a wśród nich i te, które od czasu do czasu posilały się owymi bestiami.

W czystych jeszcze rzekach baby prały lniane i konopne ubrania, a na polach obowiązywał system jednopolówki. Nieliczne osady walczyły bardziej z przyrodą niż ze sobą nawzajem. Ogólny niedostatek ludzi i jednoczesny przesyt fauny i flory sprawiał, że ceniliśmy swoje zdrowie i życie dużo bardziej niż dobra doczesne. Kapitał ludzki był wtedy nieporównywalnie ważniejszy niż kapitał własny. Wykształciło to w nas bardzo pożyteczną umiejętność współpracy, bo musieliśmy ze sobą współpracować, aby przeżyć.

W bardziej cywilizowanych regionach naszego przyszłego państwa powstawały grody, otoczone drewnianymi palisadami, ośrodki kultury i zamożności. Właśnie przez tę zamożność ludzie szybko zauważyli, że warto budować pewne utrudnienia dla tych, którzy chcieli ich owej zamożności pozbawić. A chętnych do tego było wielu: okoliczni zbóje, zamorscy cinkciarze, przejezdni barbarzyńcy i najbliżsi sąsiedzi. O tak, ci ostatni byli najgorsi. Gdy tylko ktoś zaczynał sobie radzić lepiej od innych, już miał na karku zazdrosnego sąsiada, który w samolubny sposób pożądał rzeczy bliźniego swego, a niejednokrotnie także i jego żony. Dlatego zaczęto powoływać wszelkie stowarzyszenia i organizacje, również te o charakterze militarnym, jedynie z początku w celach ściśle obronnych. Ale obronność obronnością, a natura ludzka daleka jest od pacyfizmu, więc wyruszał sąsiad na sąsiada i trup ścielił się gęsto. Działania te miały charakter destrukcyjny do tego stopnia, że w końcu ktoś zauważył pewną zbieżność między głodem i ubóstwem a ciągłymi napadami.

W celu dalszego rozwoju cywilizacyjnego postanowiono powołać organizację nad organizacjami – nowe państwo, które miało w swoich granicach zapewniać ludziom możliwość bezpiecznej egzystencji. Kraj ten miał się rozciągać w dużym przybliżeniu od rzeki Odry na zachodzie aż po rzekę Bug na wschodzie, gdyż tylko ta lokalizacja pozostała jeszcze do zagospodarowania.

A co było za tymi rzekami? – ktoś zapyta. Za nimi inne ludy realizowały swoje pomysły osadnicze. Byli to, patrząc na mapę od lewej, wspaniali Germanie, którzy swoją wspaniałością chcieli niejednokrotnie pod przymusem również nas obdarzyć, i Rusowie, których po dziś dzień niemożliwym jest pojąć. Tych pierwszych mieliśmy po lewej, czyli na zachodzie, a drugich po prawej, czyli na wschodzie. Najprościej rzecz biorąc, mieliśmy przesrane z obu stron. Jedynymi przyjaciółmi w tym czasie byli nasi południowi sąsiedzi, z którymi jednak pokłóciliśmy się wiele lat później i ową przyjaźń też udało nam się przesrać.

Tak to właśnie wyglądała ta nasza kraina na wiele lat przedtem, nim kronikarze zauważyli nasze istnienie. Byliśmy całkiem łebskim państwem, bo i zadbać o siebie umieliśmy, i sąsiedzi się z nami liczyli, i prosty człek miał co do garnka włożyć. Ogólnie rzecz biorąc, wiodło nam się nieźle. Ale jak świat światem, od czasu do czasu pojawiają się na nim ludzie, o których warto coś napisać. Oczywiście w tamtej epoce żyło wiele wspaniałych osób, inteligentnych, mądrych, honorowych, zaradnych i pełnych współczucia dla innych ludzi. Nie będzie to jednak historia o nich. Będzie to opowieść o jednym, jak najbardziej inteligentnym i jak najbardziej zaradnym człowieku, który swoimi czynami wpłynął na kształt naszego państwa. Może nie był on wyjątkowy pod każdym względem, ale na pewno zasłużył sobie na to, by opisać chociaż kilka z jego przygód.

Jest to historia o tym, jak ignorancja potrafi zgubić nawet największych dowódców. O tym, jak bezczelność i przebiegłość górują nad strategią i taktyką. O tym, że człowiek czasem musi grać takimi kartami, jakie los albo bogowie rozdali. I o tym, że koniec końców Ziemia kręci się nieprzerwanie i ważne jest, aby od tego ciągłego ruchu nie poprzewracało się nam w głowach.

Zaczynamy.

Niesprytny fortel

 

 

 

Do głównej sali dworu Przemysława wbiegł żołnierz w odzieniu wroga. To, że straże wpuściły go do sali tronowej, już samo w sobie było dziwne, ale wojna formalnie jeszcze nie wybuchła. Zgromadzeni pod ścianami dworzanie i wojskowi jedynie odprowadzili go wzrokiem. Żołnierz przebiegł niezatrzymywany między bogato zdobionymi drewnianymi kolumnami i dopiero syk dobywanych mieczy zatrzymał go dziesięć kroków od dowódcy wojsk pogranicza, marszałka Iwana Wsjorowa Smerdy. Żołnierz padł na kolana, ciężko oddychając.

– Panie… – Uniósł spoconą i brudną twarz. – Panie, wojska idą od strony grani! – wydyszał z przerażeniem.

– Bzdura! – zaoponował jeden z przybocznych dowódcy. – Od grani nikt nie przejdzie.

– Chwileczkę. – Dowódca wstał z tronu, by przyjrzeć się posłańcowi. – Kim jesteście i czemu macie na sobie przyodziewek żołnierza wrogiej armii?

– Najjaśniejszy panie – ciągle dysząc, żołnierz wstał z kolan – jestem szpiegiem miłościwego władcy plemion Rusi, mądrego Chorywa, któremu i wy wszak służycie. Moim zadaniem było przekazać ci wiadomość w razie ataku nieprzyjaciela. Na gród idą wrogie wojska. Będą tu przed zmrokiem. Mnie wysłali z podjazdem na rozpoznanie, co zawdzięczam swoim niebanalnym umiejętnościom perswazji. – Żołnierz pozwolił sobie na dość bezczelny uśmiech w kierunku dowódcy. – Gdy natknęliśmy się na waszych, czyli naszych zwiadowców, doszło do bitki. Wtedy się wyrwałem… Zdrada, panie!!! – zaryczał tak, że reszta sali się wzdrygnęła. – Wy tutaj na posłów czekacie, a oni idą z całą armią! Nie minie pół dnia, jak tu będą! Wyślij wojska, panie. Błagam! – Żołnierz podniósł ręce jak do modlitwy i padł do stóp marszałka.

– Wstań, wstań. – Dowódca z widocznym zażenowaniem nachylił się nad żołnierzem i pomógł mu wstać. – Nie mogę dać wiary niepotwierdzonej informacji. Kto jest twoim przełożonym?

– Pułkownik Klavius z Grodu Helsińskiego, ale o naszej misji wiedzieli też generał Prokofiew i generał Mortus.

– Naszej? Czyli jest was więcej – słusznie wydedukował marszałek.

– Tak, panie. Jest nas, a raczej było, czternastu, ale pozostało czterech. Stanowimy Samodzielny Oddział Dywersyjno-Obronny. To robocza nazwa – dodał szybko – jesteśmy pierwszą taką jednostką – z dumą wypiął pierś, ale zaraz posmutniał – to znaczy teraz to już raczej byliśmy. W każdym razie oprócz mnie wasza wysokość ma jeszcze trzech doskonale wyszkolonych podwładnych w armii wroga. Dwóch na tyłach, którzy już zaplanowali mały sabotaż, i jednego tak jak ja, w podjeździe.

– Czy panom coś wiadomo o tym oddziale? – zwrócił się dowódca do swoich przybocznych. Ci jak na komendę zaczęli się bawić wąsami i błądzić wzrokiem po ścianach.

– Wprawdzie generałowie Prokofiew i Mortus zajmują się tajnymi operacjami – rozpoczął pierwszy – ale nic mi o takim oddziale nie wiadomo…

– Jesteśmy elitarną jednostką o charakterze tajnym, ze względu na wrogie wywiady działające w naszych szeregach – wyjaśnił żołnierz, łypiąc podejrzliwie na doradców marszałka.

– Nie pytałem was o nic, żołnierzu! – skarcił go przyboczny, a ten jeszcze bardziej się wyprężył. – Mniemam, że przez grań wojska nie zdołają się przedrzeć, chociaż ten teren, z wiadomych względów, nie jest dokładnie zabezpieczony.

– A co pan o tym sądzi? – marszałek skierował pytanie w stronę drugiego doradcy, a ten, chcąc zabłysnąć, ukłonił się nisko i rzekł:

– Myślę, że istnieje pewne prawdopodobieństwo, że grań może okazać się naszym słabym punktem, ale sądzę, że wróg miałby spory problem z jej przebyciem – zakręcił wąsa wokół palca wskazującego – no… chyba, że znaleźli na to jakiś sposób. – Zasępił się na chwilę i zaraz dodał: – Może gdyby rozpięli tam jakieś siatki, to wojska mogłyby się po nich wspiąć i nas zaskoczyć, ale to raczej mało prawdopodobne. Uważam, że powinniśmy pozostać w swoich fortyfikacjach. Jeśli wróg idzie na nas z całą armią, nie możemy sobie pozwolić na rozproszenie szeregów.

– Żołnierzu – marszałek zwrócił się do wciąż stojącego na baczność domniemanego szpiega – nie daję wiary twoim słowom…

– Wodzu kochany, uwierz mi i ratuj poddanych. – Żołnierz znów uniósł ręce w błagalnym geście. – Przecież jak oni tu wejdą, to skończy się pogromem. Żyłem wśród nich i wiem, jacy są. To zwierzęta! – zaryczał znów tak, że cała sala się wzdrygnęła. – Ja jestem prosty człek znad Newy. – Po tych słowach niespodziewanie zaintonował obleśną żołnierską piosenkę do ludowej melodii, o szczaniu na proporzec wroga. – Prosty człowiek ze mnie – powtórzył. – Trochę się tułałem po świecie, raz siedziałem w dybach, bo z głodu ukradłem parę jabłek. Potem pomyślałem, że może chociaż w wojsku będzie można się najeść. A tam się okazało, że szukają takich jak ja, i trafiłem do Grodu Helsińskiego pod rozkazy pułkownika Klaviusa. Tak to było, wasza miłość, ze trzy roki temu, na pierwsze mrozy. Tam na początku szkolili nas jak zwykłych żołnierzy, a potem uczyli języka wroga i powiedzieli, że teraz to my jesteśmy Samodzielny Oddział Dywersyjno-Obronny. Pokazali, jak zepsuć to i owo, nauczyli robić trucizny z byle czego. I tyle. A czternastu nas było, bo podobno funduszy za mało, żeby po cichu szkolić, i my pierwsi, ale nie ostatni tacy mieliśmy być. Później wywieźli nas na kresy i kazali iść między ludzi. Mieliśmy się pozaciągać do armii i czekać na sposobność, żeby służyć ojczyźnie. Nie dalej niż miesiąc temu przyszedł do mnie jakiś cudzoziemiec, ani on z naszych, ani z tamtych, bo ciemnawy jakiś, więc wnioskowałem, że jeszcze skądś indziej. Stałem sobie spokojnie na warcie, a on do mnie, ni stąd, ni zowąd, że jakby się wojska ruszyły, to mam za wszelką cenę, pod groźbą śmierci, donieść o tym swojemu prawowitemu władcy. Tak powiedział, wasza miłość, prawowitemu władcy – powtórzył z przejęciem. – I tak to się zaczęło. Jak się spotkałem z chłopakami – tutaj żołnierz odchrząknął – to znaczy: z resztą Samodzielnego Oddziału Dywersyjno-Obronnego, okazało się, że u nich też był i że też taki ciemnawy, więc jak było nie wierzyć. Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy przed wymarszem i ustaliliśmy, co będziemy robić. Ja i siedmiu innych zostaliśmy w piechocie, a pozostałych sześciu próbowało wykraść mapy sztabowe. Wasza miłość – żołnierzowi łzy napłynęły do oczu – co oni im zrobili… Widzieliśmy zmasakrowane ciała, caluteńkie sine. Wyglądały jak krwawe worki, bez kończyn, z połamanymi żebrami, pokłute nożami. Tego samego wieczoru do baraków przyszli strażnicy i wyciągnęli czterech moich kolegów. Tym jedynie głowy ścięli. Zostało nas jeszcze czterech i wszystko wskazywało na to, że nic nam nie grozi. Gdy ruszyliśmy na wschód, od początku kombinowałem, jak się mogę przysłużyć mojemu panu. Najpierw próbowałem zatruć jadem wodę i uciec, ale nie było jak. Wodę wprawdzie zatrułem, ale uciec nie mogłem i później sam musiałem pić to świństwo. Pochorowałem się z całym oddziałem i, za przeproszeniem waszej miłości, sraczkę miałem ze trzy dni. Podobno nawet ktoś umarł, ale ja tam tego nie widziałem. Później chciałem dowódcę oddziału gdzieś po cichu zakłuć, ale mnie prawie złapali, to im powiedziałem, że ja taki ochotnik, co świetnie jeździ konno, i żeby mnie na podjazd wzięli.

– I co? Uwierzyli? – Zasłuchany marszałek kręcił w niedowierzaniu głową.

– Uwierzyli, panie. Z początku nie chcieli o tym słyszeć, ale pokazałem im, jak się ujeżdża konia, i musieli dać wiarę. U nas sztuka to trudna, bo i koni mało, ale jak ktoś ma dryg, to da sobie radę ze zwierzęciem. Udało się, nawet koledze z oddziału pomogłem. Na patrole nas we dwóch nie wysyłali, ale gdy tylko nadarzyła się sposobność na popasie, to knuliśmy, jak się do naszych przedrzeć. A pilnowali nas, że hej! Nigdzie bez dowódcy jeździć nie pozwolili i zawsze tylko podjazdem szliśmy. Z początku to myśmy nawet nie wiedzieli, gdzie jesteśmy, więc nijak nie było się wyrwać. Dopiero przedwczoraj dali nam znak, że za dwa dni bitwa i mamy jechać na wschód aż do napotkania wroga. Wypytałem wtedy jednego kapitana o to i owo i dowiedziałem się, jaką zdradę planują. Już za pierwszym razem, gdy naszych spotkałem, to chciałem się jakoś wydrzeć, ale znów mnie dowódca podjazdu prawie capnął. Wykręciłem się, że niby koń poniósł i że nijak nie mogłem go opanować. Od tego czasu dowódca miał mnie na oku i zawsze musiałem być przy nim, tak na wszelki wypadek. Oj, pilnowali się, panie, jak zachować w sekrecie największą tajemnicę, że wojskami się ruszają, a ja przecie nic nie wiedziałem, że wojny jeszcze nie ma. Dopiero gdy za drugim razem wpadliśmy na naszych, domyśliłem się, że coś ich za mało jak na obronę. Dźgnąłem dowódcę i jeszcze jednego, gdy się bitka rozpoczęła, po czym pogalopowałem na naszą stronę. Tam widzieli, jak się wyrwałem, i zaprowadzili mnie przed dowódcę. Wytłumaczyłem mu, co i jak, i że trzeba naszych ostrzec, więc powiedział mi, jak do grodu waszej miłości dojechać i pismo dał, ale sam z życiem nie uszedł, bo okazało się, że za nami drugi podjazd szedł i na obóz napadł. Mnie wzięli za jeńca, bo wciąż miałem na sobie to odzienie. Dłużej czekać nie mogłem i z pismem pognałem w przeciwnym kierunku do pierwszej strażnicy. I tak, panie, stoję tu teraz przed waszym obliczem i błagam: wyślij wojska na grań, bo lada moment będzie za późno. Piechota już podchodzi, a siła ich niezliczona! – Szpieg błagalnym wzrokiem patrzył na marszałka, a ten niewzruszony stał przed nim, ważąc każde usłyszane słowo.

– Odprowadzić go do lochu! – zagrzmiał w końcu.

Dwóch strażników podbiegło i chwyciło żołnierza za ręce. Mężczyzna próbował się wyrwać, ale szybko zrezygnował.

– Błagam! Mówię prawdę, panie. – Już prowadzony do wyjścia odwrócił się za siebie i krzyknął: – Pomyśl o konsekwencjach!

– Straże, stać! – wydał rozkaz wódz. – Przyprowadźcie go tu jeszcze!

Marszałek przyjrzał się żołnierzowi. „Twarz jak twarz” – pomyślał. Około trzydziestki, może trochę więcej, może mniej. Włosy miał popielate, nos zwykły, oczy normalne, brwi proste, usta ni to duże, ni to małe. Podbródek nijaki. „Twarz jak twarz, nic szczególnego”. Żołnierz wyglądał na przestraszonego, co nie uszło wnikliwemu oku wodza, ale marszałek nie mógł dostrzec na jego twarzy śladu kłamstwa, a jedynie strach. Nie chciał dopytywać, jak żołnierz dostał się do sali tronowej, bo jasne było, że musiał być zatrzymywany na każdym posterunku. Co jak co, ale ochrona dowództwa zawsze u nich stała wysoko.

Myślał przez chwilę, ciągle przyglądając się żołnierzowi. „Jak to możliwe, żeby cała armia mogła przekroczyć grań?” Wyobraził sobie olbrzymie drabiny i oddział lekkiej piechoty, który pod osłoną nocy podrzyna gardła jego ludziom. Grań była doskonałym punktem obronnym i dlatego nigdy nie spodziewał się ataku z tej strony. Żadna armia nie zdołałaby wspiąć się kilkaset metrów i jeszcze zaatakować. Ani konnica, ani łucznicy nie potrafiliby prowadzić skutecznie szarży lub ostrzału od dołu ze względu na różnicę wysokości. Co innego lekka piechota. Niewielki oddział piechoty mógł zakraść się na szczyt i zabezpieczyć podejście dla reszty wojsk. Tak, to musiało być jedyne wyjście, to mogłoby się udać. On sam, gdyby musiał, zdołałby przeprowadzić taką akcję. A jeśli jemu przyszło to do głowy, to wielce prawdopodobne, że wróg też wpadł na ten pomysł. Tym bardziej że ze wszystkich innych stron gród był chroniony przez jego autorski system wież strażniczych.

– Wyślijcie wojska na grań. Tutaj niech zostanie niezbędne minimum – wydał w końcu rozkaz marszałek.

Doradcy wymienili spojrzenia, ale żaden nic nie powiedział. Kiwnęli głowami, stuknęli cholewami i odmaszerowali. Niby jak inaczej mogli postąpić? Byli w końcu generałami najwspanialszej armii świata i kwestionowanie rozkazów nie mogło mieć miejsca.

W kwadrans później łucznicy i lekka piechota wyruszyli z grodu. Grodu, który teraz mógł się bronić jedynie siłą ochotniczej milicji, składającej się głównie z rzemieślników i pastuchów. Dowódcy oddziałów byli przekonani, że wódz zwariował, gdy usłyszeli, że mają iść prosto na grań. Niektórzy głośno protestowali, ale przecież wojna jeszcze nie wybuchła. Potraktowali to więc jako niespodziewane ćwiczenia, które miały ich sprawdzić na wypadek ataku. Pospieszano więc piechotę, popędzano wozy z zaopatrzeniem i co sił gnano na grań, by udowodnić przełożonym swoje doskonałe przygotowanie.

Nie minęła godzina, a wróg nadszedł. Zdradziecko, całą armią od północy, czyli od strony bramy głównej, gdzie dostęp dla piechoty i konnicy był najlepszy. Armia rozdzieliła się na dwie części. Konnica ruszyła w stronę wzgórz, w kierunku grani, by jak najszybciej zajść łuczników i lekką piechotę, która nie spodziewała się ataku od tyłu. Drugi trzon armii ruszył szturmem na gród.

– Zdrada, panie! – Do sali tronowej wbiegł żołnierz. – Wojska idą! Wojny nie ma, a wojska idą, znaczy się: zdrada! – Żołnierz padł na kolana identycznie jak wcześniej jego poprzednik.

– Wiem, głupcze – ofuknął podwładnego marszałek. – Wynoś się bronić grani!

Żołnierz zamrugał oczami, wyraźnie czegoś nie rozumiejąc.

– Grani, panie?

– Grani! A skąd idą?! – wydarł się dowódca wojsk pogranicza.

– Skąd? Normalnie. Przecie do nas jedna droga prowadzi. – Żołnierz, nadal nic nie rozumiejąc, mrugał oczami jak głupi.

Iwanowi Wsjorowowi Smerdzie zimny pot spłynął po karku. Wydał szybko kilka rozkazów, by gotować się do obrony tymi siłami, które zostały, i siadł ciężko na tronie. Wszystko było przygotowane, wojska doskonale przeszkolone. Sam doglądał treningów strzeleckich, to byli najlepsi z najlepszych. Jak mógł być tak głupi? Zaufać żołnierzowi wrogiej armii, który wbiega do sali tronowej i mówi, że powinien wyprowadzić wojska? Jak to możliwe, że dał się podejść jakiemuś łachudrze? Co za bezczelność! Bez forteli, tak na żywioł wbiec i wyciągnąć oddziały z grodu? Kim on był?

– Przyprowadzić więźnia! – wydał rozkaz.

Chwilę zajęło, nim buty strażnika znów zastukały o posadzkę, a on sam pojawił się w wejściu i zameldował:

– Nie ma go, panie! Poderżnął gardło straży i uciekł!

– Rozumiem… – Ze ściśniętej krtani wydobył się jedynie szept. Marszałek wojsk pogranicza Iwan Wsjorow Smerda wstał z tronu i wolno odmaszerował do swojej komnaty. Tam usiadł ciężko na łóżku. Przez wszystkie lata służby nigdy nie zawiódł swojego wodza. Nigdy nawet nie poniósł żadnej znaczącej straty. A teraz lada chwila straci cały gród, i to jeszcze w tak głupi sposób. Jakby duchy jego wrogów zebrały wszystkie siły na tę jedną, ostateczną zemstę. Zemstę tym bardziej dotkliwą, bo poniżającą. Chwilę się wahał, ale w końcu wyciągnął z pochwy miecz, przejechał palcem po ostrzu i poderżnął sobie gardło.

Na gród poleciały strzały. W kilka minut rozgorzała bitwa o kluczowy punkt handlowo-obronny na całą środkowowschodnią krainę lasów. Gdy wojska wdarły się na ulice, obrońcy poddali się bez szemrania. Kilku oczywiście usieczono dla przykładu, ale zasadniczo można powiedzieć, że gród został wzięty bez rozlewu krwi. To znaczy bez rozlewu krwi w samym grodzie, bo inaczej sprawy się miały dla wojsk wysłanych na grań. Tam zginęli prawie wszyscy. Żołnierze w panice skakali w przepaść, by uniknąć kopyt i mieczy najeźdźcy, co rzecz jasna przedłużało im życie, ale jedynie o kilka, może kilkanaście sekund. Ponieważ jednak to wygrani piszą historię, utarło się twierdzić, że zdobycie grodu odbyło się bezkrwawo.

Ale zanim kłamliwa historia uznała, że nie zginęły setki ludzi, już w trzy dni po ataku życie na ulicach wróciło do normy. Handlarze otworzyli stragany, rzemieślnicy znów zaczęli produkować swoje towary, a remonty rozpoczęły się na dobre. Do grodu ciągnęły wozy z trzciną na strzechy i drewnem. Ruch na ulicach przypominał ten zza wód, gdzie była prawdziwa cywilizacja.

– Jak żeś tego dokonał? – Trzej mężczyźni siedzący przy jednej z mniej ruchliwych uliczek z widocznym zniecierpliwieniem wlepili oczy w swojego towarzysza.

– Ano normalnie. – Ten podniósł do ust gliniany dzban piwa, zupełnie nie zważając na ich wyczekujące spojrzenia. – Na początek pozbyliśmy się zwiadowców i zastąpiliśmy ich swoimi. Pomogły w tym ciche strzały, które wymyśliłem kilka miesięcy temu. Obsadziliśmy wieże strażnicze i okrzykiwaliśmy się jak oni. Stopniowo zajmowaliśmy kolejne, aż w końcu na drodze naszych wojsk byli już tylko moi ludzie. Później złapałem takiego, który wyglądał na trochę mądrzejszego. Podniosłem go na linach, przypaliłem trochę i wypytałem o to i owo. W końcu umorusałem się nieco w jego krwi, zabrałem glejty i pogalopowałem do grodu. Tam mnie zatrzymali, więc udałem spanikowanego, pokazałem pisma, a ci idioci już sami mnie dalej poprowadzili i jeszcze kazali drzwi przede mną otwierać, żebym szybciej przed oblicze najjaśniejszego dowódcy trafił. – Na te słowa wszyscy mężczyźni wybuchnęli śmiechem. – Jak było dalej, już wiecie. Powiedziałem mu o wojskach. Chcieli mnie wtrącić do więzienia, więc uciekłem i tyle… – Czterech mężczyzn znów ryknęło śmiechem.

W tym gronie zapanowała niesamowita radość, bo chociaż plan był ryzykowny, to jednak udał się w stu procentach. I musiał się udać, bo przeprowadził go najlepszy z najlepszych. Mistrz w fachu, który jeszcze nie miał nazwy, człowiek o wybitnych umiejętnościach, Marcin z Pszeczyny. Znany też jako Marcin Igła, bo choć jak igła chudy i niepozorny, to i oślepić umiał, i zranić wroga tak, żeby ten nie mógł się ruszyć. Jednym słowem, był to człowiek do zadań specjalnych rodzącego się młodego państwa, które jeszcze nie ustaliło, jak chce się nazywać.

Bogowie wolą wnętrza

 

 

 

– Na mojej świątyni nikt nie będzie wieszał drogowskazu do burdelu! –pienił się kapłan i wymachiwał rękami. Trząsł przy tym obwisłym kałdunem i nieładnie charczał ze złości.

– Ależ drogi kamracie – spokój Marcina był wręcz anielski – róg waszej świątyni wystaje kilka stóp na uliczkę, co czyni go wręcz idealnym miejscem na ten szyld. – Uniósł oburącz ciosaną deskę z sugestywnie wyrytą dupą i strzałką w lewo. – A poza tym wierni, którzy codziennie niosą dary dla wodza, muszą uważać, by nie wpaść na ten, jakże święty, narożnik.

– Jak śmiesz obrażać mnie i mój… – rozdarł się kapłan, lecz Igła zdecydowanie mu przerwał.

– Pozwolę sobie przypomnieć – mówił głośno, ale starał się zachować spokój – że gdy wasza dobroć stawiała świątynię, uparła się na zachowanie jej symetrii za wszelką cenę, co już wtedy było pogwałceniem zasad i praw grodowych. – Igła spuścił trochę z tonu, bo coraz więcej osób przysłuchiwało się, niby to przypadkiem, całemu zajściu. – Doskonale rozumiem, że wasza pobożność innych praw winna się trzymać, ale przecież róg tego budynku do niczego świątyni potrzebny nie jest. Sam jako wierzący nieraz w świątyni byłem i tak sobie gdybałem, co by się stało, jakby tego narożnika nie było. Nikt tam nie siada, żaden kaganek się tam nie pali, a tymczasem na ulicy po drugiej stronie ludzie potykają się o niego dzień w dzień. Aż dziw bierze, że jeszcze nikt z wiernych nie poleciał ze skargą do wodza – powiedział Marcin i celowo rozejrzał się dookoła, by i kapłan zauważył, że nie są już sami.

Ludzie ośmieleni nieco przestali się krępować i otwarcie zaczęli się przysłuchiwać rozmowie. Kapłan zrobił srogą minę i też się rozejrzał, bardziej żeby zgromić wzrokiem wiernych, niż poszukać u nich wsparcia.

– Świątynia jest święta, nikomu nie pozwolę zawiesić tu choćby szyldu z rybą, i wodzowi nic do tego!

– I tu się, szanowny kapłanie, mylicie. – Marcin znowu delikatnie i śpiewnie, wręcz z pobożną egzaltacją, rozwinął myśl. – Wodzowi leży na sercu los jego poddanych. Nasz wódz troszczy się o wszystkich niemalże jak bogowie w niebiosach, z tą jedną różnicą, że kapłan bogom milszy niźli zwykły człowiek, a nasz wódz wszystkich tak samo traktuje… I jestem pewien, że niedola ciężko pracujących poddanych jest mu solą w oku. Myślę nawet, że użyczyłby kilku wojów, żeby pomogli umęczonemu ludowi szybko i sprawnie ten narożnik przemodelować.

– Ty, ty mi grozisz!? – uniósł się gniewem kapłan.

– Ależ skąd, wasza jaskrawość – Marcin spojrzał z niesmakiem na pstrokaty ubiór kapłana – ja jedynie sumuję fakty. Narożnik stoi niemal na środku drogi, co czyni go wręcz idealnym miejscem na powieszenie dowolnej informacji, choćby i tej z rybą, o której raczyliście wspomnieć. Świątynia powinna być symetryczna, by nie obrazić bogów, to raz. Nasz wódz jest sprawiedliwy, to dwa. A poza tym na zewnątrz jest ulica, a nie świątynia, to trzy – powiedział Marcin, pokazując kapłanowi trzy palce przed nosem. – Szyld jak szyld, informacja jak każda inna. Wódz nie miałby nic przeciwko temu. Poza tym – teraz Marcin ściszył głos i pochylił się w stronę kapłana – jako że fizycznie świątynia należy do waszej świątobliwości, należy się rekompensata za wynajęcie powierzchni reklamowej. Oczywiście, najlepiej na ofiarę, powiedzmy, miesięczną, na konserwację wnętrz. Co wy na to?

Kapłan zamyślił się, podrapał w łysinę, przejechał palcem pod nosem i rzekł już spokojniejszym tonem:

– Przecież nie godzi się wieszać babskiego zadka na domu bogów. – Załamał ręce, ale jeszcze walczył. – Toż to jakaś profanacja!

– Drogi ojcze – Marcin spokojnym głosem jeszcze raz przedstawił fakty – nie róbmy z tego znowuż takiej wielkiej afery. Dom bogów niech będzie w środku. Tak jak żaden chłop nie pomyśli, żeby pójść spać na progu swojej chałupy, gdy w środku czeka wygodne łoże, tak i bogowie wolą wnętrza. A tą ulicą codziennie przechodzi wiele osób i zapewniam waszą świątobliwość, że niewielu z nich myśli wtedy o bogach. Raczej w trosce dnia codziennego inne problemy kołaczą się im po głowie, a jedną z nich może być chociażby pytanie, gdzie tu można kupić ryby… lub coś w tym stylu. – Tutaj Igła udał niewielkie zakłopotanie. – Ten szyld to jedynie informacja, choć zgadzam się z waszą ekscelencją, że to trochę nieprzyzwoite. Może gdyby powiesić więcej takich tablic do innych kramów… powiedzmy pięciu, ta niegodna informacja nie raziłaby oczu. To oczywiście wiązałoby się z pięciokrotną ofiarą na dom bogów.

Marcin spojrzał prosto w oczy kapłana i znalazł w nich iskierkę chciwości, która towarzyszy każdemu, kto wyczuje łatwy zysk bez konieczności wysiłku. Kapłan zamyślił się przez chwilę, ponownie podrapał w łysinę, potarł nos i rzekł cicho:

– Masz moją zgodę na zawieszenie tego szyldu, ale masz też zadbać o to, by znalazły się tu inne, równie duże… – Po czym odwrócił się na pięcie i odszedł ze spuszczoną głową, nie żegnając się nawet.

Marcin chwycił za młot i z impetem zaczął montować dechę z wyrytą dupą i strzałką. Raz czy dwa przeleciała mu przez głowę refleksja, jak wiele podobieństw ma profesja kapłana z tą reklamowaną na szyldzie.

 

***

 

– Zawiesiłeś szyld? – Marcina od progu przywitał głos burdelmamy, w którym dało się słyszeć wyraźną nieufność.

– Zawiesiłem.

– Tak jak się umawialiśmy?

– Prawie…

Z mroku, który spowijał wnętrza przybytku rozkoszy, wyłoniła się otyła kobieta ubrana w jaskrawo farbowaną suknię. W dodatku suknia była zbyt dopasowana, bo w okolicach bioder wyraźnie odznaczały się fałdy tłuszczu. Jej długość też pozostawiała sporo do życzenia, suknia bezwstydnie odsłaniała grubaśne uda właścicielki. Oczywiście był to obowiązkowy przyodziewek dla tego rodzaju profesji, ale dla Marcina widok ten przedstawiał się wręcz makabrycznie. Wzdrygnął się lekko, nim zdążył odwrócić wzrok i szybko zaczął wyjaśniać:

– Nie powiesiłem szyldu na bramie, bo widzieliby go tylko przybywający do grodu. Skoro mamy być cichymi wspólnikami, to postanowiłem zadbać o swój interes – burdelmama odruchowo spojrzała na portki Marcina – i powiesiłem reklamę w bardziej do tego predysponowanym miejscu.

– Predyspono… co? Czyli gdzie?

– Na świątyni.

– Na świątyni! – Właścicielka przybytku rozkoszy złapała się za głowę. – No to się teraz kapłan wkurzy albo jakąś klątwę na nas rzuci. Będę wyklęta na wieki! Moje dziewczyny na bruk pójdą, a ja co? Znów jakieś ścierwo jeść będę albo błąkać się po lasach mi przyjdzie, aż mnie wilki zjedzą… – Burdelmama lamentowała tak jeszcze chwilę.

Marcin celowo jej w tym nie przeszkadzał, wiedząc, że po takim dramacie radość kobiety będzie jeszcze większa. Odczekał chwilę, aż babie skończą się pomysły, i powiedział:

– Spokojnie, pani Jadziu, kapłan się zgodził, gadałem z nim. Deska wisi za jego przyzwoleniem. – Marcin wyszczerzył zęby.

– Coo? – Burdelmamie oczy prawie wyszły z orbit, a usta otworzyły się tak szeroko, że widać było bezzębne dziąsła.

– Pomówiłem z nim i zgodził się, żeby za niewielką opłatą szyld zawisł na narożniku świątyni.

– Tym od ulicy? – Jadwiga nadal nie dowierzała.

– Tym od ulicy – zapewnił Marcin. – Pomyślałem, że skoro mam partycypować w tym interesie, powinienem też zadbać o to, żeby klientów nam nie zabrakło. Brama zasadniczo była dobrym pomysłem, ale wtedy reklamę oglądaliby tylko wchodzący i wychodzący z grodu, a na świątyni będą ją oglądać także swoi. A jak to ktoś powiedział: „Reklama dźwignią handlu”, no w naszym przypadku – to akurat usług.

Burdelmama była w siódmym niebie.

– Niech cię ozłocę, mój ty geniuszu. – Klasnęła w dłonie. – Tak właśnie jest! Wszystko, co mówisz, to słowa tęgiej głowy. Zaproponowałam bramę, bo byłam pewna, że tylko tam pozwolą mi coś takiego wywiesić, żeby… no wiesz – ściszyła głos – nie gorszyć mieszkańców.

– Spokojna głowa. Teraz to sam kapłan będzie nam klientów naganiał, żeby mu przypadkiem datki nie zmalały – powiedział Marcin i oboje wybuchnęli śmiechem. – To co, pani Jadziu, spóła? – Mężczyzna wystawił rękę na zgodę, burdelmama splunęła w swoją i z radością uścisnęła prawicę swojemu nowemu wspólnikowi.

– Spóła. – Uśmiechnęła się uroczo, odsłaniając bezzębne dziąsła. – Może miałbyś ochotę na małe co nieco? – Zamrugała zalotnie powiekami i przysunęła się bliżej.

– Nie, nie, dziękuję. Mam do załatwienia dzisiaj jeszcze cztery sprawy. – Uśmiechnął się pod nosem na myśl o umowie, jaką zawarł z kapłanem. – Muszę lecieć, bo noc zastanie mnie w biegu. Do jutra.

Tego samego dnia wieczorem na narożniku świątyni zawisły, zgodnie z umową, jeszcze cztery szyldy. Zupełnie inne, o odmiennej tematyce, ale wszystkie pokaźnych rozmiarów i wszystkie wycinane tą samą ręką.

Niemoralna propozycja

 

 

 

– Marcinie, jesteście w środku? – Stojący przed chałupą posłaniec znał zasady i dlatego nie wchodził do środka. Pamiętał je dobrze, zwłaszcza gdy raz zdarzyło mu się o nich zapomnieć i wyleciał na kopach z chałupy. – Wyjdźcie, jeśli możecie. Nasz wódz chce was widzieć.

Marcin zlazł już z baby i właśnie sznurował portki.

– Wstawaj, Maryna – rzucił za siebie, wciągnął koszulę i wyszedł na zewnątrz.

– Czego znowu? – zapytał posłańca, stając na progu, i osłonił dłonią oczy, bo słońce tego dnia świeciło niesamowicie. Posłaniec wziął głęboki wdech i zaczął wyuczoną śpiewkę.

– Miłościwie nam panujący Lech z Łysej Góry, władca tych i okolicznych ziem, wzywa was przed swoje oblicze, abyście swoją mądrością, taktem, roztropnością i intelektem raczyli wspomóc go przy podejmowaniu poselstwa z zachodu – wyrecytował na jednym oddechu.

– Z zachodu powiadasz… – Marcin się zamyślił. – Powiedz mu, że to kapłan zabiega o stołek najmądrzejszego w grodzie, więc niech jego sobie zawezwie. Klecha będzie zaszczycony, a mnie siwych włosów nie przybędzie. Już i tak mam na pieńku z bogami po tym incydencie z kadzidłem. – Uśmiechnął się do swoich myśli, ale o dziwo dokładnie to samo zrobił posłaniec, który najwidoczniej był wtedy w świątyni.

– Kapłana posły pobiły na progu dworu, czary podobno rzucał.

– Czary rzucał… – Marcin znów się zadumał. Pierwszy raz ktoś posądził klechę o czary i najwyraźniej był to jakiś sposób na wścibskiego sługę bogów. – Powiedz wodzowi, że lepiej, żeby mnie nie widzieli, a jak odjadą, to przyjdź po mnie jeszcze raz.

– Jak każesz. – Posłaniec skinął głową i pobiegł w kierunku dworu.

– Jednak nie wstawaj! – zakrzyknął Marcin, wchodząc do chałupy.

Maryna jeszcze nie zdążyła się podnieść z łoża po upojnej nocy… i połowie dnia, a już szykowała się repeta. Kobieta zamrugała tylko nieprzytomnie oczami i sięgnęła po garniec zsiadłego mleka, który roztropnie postawiła przy alkowie.

Tymczasem we dworze poselstwo wypełniało swoją misję.

– Pan nasz, niech nam żyje hundert jahren, Wilhelm Trwożny, wzywa was do złożenia mu hołdu i uznania jego zwierzchności na tych ziemiach. Pod jego władaniem wasze nikczemne państewko zdoła wykonać skok cywilizacyjny. I abyście mogli garściami czerpać z mądrości jego wysokości, ustanowi w tym grodzie swoją komendanturę. W zamian obejmie was ochroną oraz wspomoże finansowo i militarnie. Alles Klar?

– Klar, klar – powiedział wódz wodzów i posępnie pokiwał głową.

– A więc wyrażacie zgodę na dobrowolne oddanie się we władanie Wilhelma Trwożnego?

– Oddać to ja się mogę chędożeniu i pijaństwu, ewentualnie innym rozrywkom, a wasz wódz to mnie może co najwyżej jakieś Germanki przysłać, chociaż słyszałem, że u was klacze bardziej urodziwe… I podobno nawet mniej włochate! – Wódz roześmiał się i rozejrzał po zgromadzonych na sali, by sprawdzić, czy dowcip się spodobał.

– Wy, wy, stumpfen Schwänze ze wschodu! – zaryczał jeden z posłów, ale zaraz zamilkł, gdy podsunięto mu brzeszczot pod gardło.

– Uważaj na słowa, niemiaszku – wycedził przez zęby wódz wodzów. – Póki to są moje ziemie, nie pozwolę się bezkarnie obrażać. Będziesz grzeczny, to was grzecznie wypuszczę, a jak nie – to wasz bojaźliwy przełożony będzie miał dwóch pachołków mniej. Alles klar?

– Panie, my jedynie wykonujemy polecenia. – Twardy ton germańskiego posła ustąpił miejsca rozsądnej retoryce. – Przybyliśmy tu nieuzbrojeni, aby dowieść pokojowych zamiarów naszego władcy. Przypominam jedynie, że to niehonorowo grozić posłom, w dodatku nieuzbrojonym.

– Zaraz coś na to zaradzimy. – Lech wziął się pod boki i skinął głową na strażników. Ci wyciągnęli miecze i wręczyli je oniemiałym ze zdziwienia posłom. – Daruję wam te dwa nagie miecze, żeby męstwo wasze, którego wam widać brakuje, podniecić i szanse wyrównać. – Wódz wodzów wstał i sam wyciągnął broń. – Skoro wasz wódz ma chrapkę na moje ziemie, to macie teraz szansę załatwić sprawę honorowo. Pchnijcie mnie. Sami zginiecie, ale może ułatwicie Wilhelmowi przejęcie tej ziemi. Co, niemiaszki?

Konsternacja posłów sięgnęła zenitu. Przyjęli miecze, ale nie mieli zamiaru ich użyć. Ukłonili się więc jeszcze raz i postanowili spróbować innej taktyki.

 

***

 

Nie minęła godzina, gdy przed chatą Marcina znów pojawił się posłaniec. Tym razem wódz wzywał już nie tylko Marcina, ale wszystkich znaczących mieszkańców grodu na naradę wagi państwowej. Do największej sali we dworze wniesiono paradny stół wykonany z przeciętego wzdłuż najgrubszego dębu, przez co nosił on miano półokrągłego. Wokół ustawiono dwanaście krzeseł. W chwili przybycia Marcina zebranie się rozpoczęło.

– Powtórz wszystkim, co żeś usłyszał – wódz zwrócił się do swojego najmłodszego syna. – Tylko krótko! – dodał.

Ten stanął na baczność i zaczął:

– Posłowie niemieccy nazwali nas… – tutaj się zatrzymał, najwyraźniej szukając odpowiednich słów – nazwali nas nieroztropnymi fiutkami ze wschodu i zażądali złożenia hołdu ich wodzowi Wilhelmowi Trwożnemu. Zaproponowali jednocześnie pomoc w rozwoju cywilizacyjnym i militarnym pod ich komendanturą. Po uzyskaniu naszego oficjalnego stanowiska…

– Powtórz! – rozkazał wódz ojciec. – Powtórz, jakie było nasze stanowisko – ponowił prośbę już delikatniej.

– Nasze stanowisko brzmiało: chędoż… – tutaj znów poszukał odpowiedniejszego słowa – idźcie stąd i rozmnażajcie się sami.

– Ma chłopak talent. – Marcin szturchnął łokciem sąsiada.

– Na to posłowie poczuli się urażeni tymi słowami – kontynuował najmłodszy syn wodza – i dodali, że rozp… – znów krótkie zawahanie – że zepsują nasz gród, jak to określili mit Feuer und Schwert. Na tym poselstwo zakończyło swoją misję i udało się w drogę powrotną.

– Radźcie, co robić. – Wódz załamał ręce. – Nie damy im rady. Mają sprzęt, wyszkolenie i taktykę lepszą od naszej. Są więksi i silniejsi i… najwyraźniej nas nie lubią – to już dodał mimochodem i rozejrzał się po sali.

Pierwszy zabrał głos najstarszy syn wodza.

– Ojcze, szykujmy się do wojny.

– Szans na wygraną zbyt dużych to my nie mamy. Może powinniśmy poszukać wsparcia u plemion południowych, albo nawet u wschodnich? – dodał drugi syn.

Po sali przebiegł szum.

– U wschodnich?! – zakrzyknął gruby syn piekarza, wysłany przez ojca, bo ten odsypiał nocną zmianę za kontuarem karczmy. – Na wschodzie żyją zwierzęta! Sam żem słyszał od kupców, jak mówili, że na wschodzie mieszka dziki ród, który nawet swoje dzieci zżera, jak ich głód zimą przyciśnie.

– Jak by ci głód do gardła zajrzał, to sam byś swoją rodzinę pożarł, grubasie – odkrzyknął brodaty wytwórca piszczałek.

– Pokój, pokój! – Wódz stracił cierpliwość. – Jesteśmy w ciężkiej sytuacji, a wy tu sobie kłótnie urządzacie! Powinniśmy coś zaradzić, bo inaczej nasze młode państwo szybko przejdzie do historii. Marcinie, co radzicie? Kapłan raniony, więc awansowaliście na mojego głównego doradcę. Marcinie? Czy wy mnie w ogóle słuchacie?

Poirytowany głos wodza trafił najwyraźniej w pustkę. Pogrążony we własnych myślach Marcin z niechęcią powracał do nudnych obrad przy półokrągłym stole. A o czym tak myślał? O dupie, jak zwykle. Konkretnie o dupie Maryny, którą zostawił w chałupie. Okrągłej, szerokiej, bladej i miękkiej, na której po bokach pojawiały się niewielkie wgłębienia, gdy przeżywała spazmatycznie uniesienia. Myślał o zapachu włosów Maryny i jej piskach, które wydawała z siebie, gdy łapał ją za to i owo.

– Marcinie! – wrzasnął wódz, a jakiś podlizus szturchnął Marcina w żebra tak mocno, że ten zgiął się wpół. W końcu jego rozmarzony wzrok spoczął na nieogolonej gębie przywódcy.

– Powinniśmy się zgodzić – odpowiedział bez owijania w bawełnę. – Jak sami przed chwilą powiedzieliście, mają sprzęt, wyszkolenie i taktykę lepszą od naszej. Są więksi i silniejsi, więc szans nie mamy. Możemy iść szukać pomocy u sąsiadów, ale kto im dorówna? A jeśli nawet, to za darmo nikt nam nie pomoże.

– Ot, powiedział! I to ma być ten słynny Marcin Igła, co to niby Rusa przechytrzył? – zabrał głos drugi syn wodza, ten, który miał na imię Wiesław. – Widzę, że twoje zasługi na tym dworze się przecenia. Radzę szukać pomocy i gotować się do obrony. Zginiemy, ale przynajmniej zginiemy z honorem i nie będziemy się płaszczyć przed jakimś szwabem.

– Poddajmy się – powiedział sąsiad Marcina, jak się później okazało, znany w grodzie ze swojej słabości do germańskiej urody. Dawało się to poznać po jego małżonce.

– Może nie będzie tak źle, może pod nowym dowództwem uda nam się zachować naszą kulturę i język – dorzucił wytwórca piszczałek.

– Biada nam, skoro takich masz doradców, ojcze – lamentował Wiesław, drugi syn wodza.

– Ojcze – wtrącił się najstarszy syn – może by tych posłów dogonić i pobić, a Niemcom powiedzieć, że nigdy tu nie dotarli?

Wódz podumał chwilę nad propozycją syna.