Łebki od szpilki - Agnieszka Szpila - ebook
Opis

 

 

Pewnej matce trafiły się bliźniaczki z innej planety. Dzika kobieca opowieść o bezwarunkowej miłości.

Joanna Bator

Łebki od szpilki to książka granat, która zamiast uśmiercać siłą rażenia wypływającą z bardzo trudnej życiowej historii, raczej wskrzesza w czytelniku pierwotną, bo przecież wrodzoną radość życia i potężną wewnętrzną moc. Ta książka to morfina wpuszczona do żył, która znosi ból płynący z granicznych doświadczeń. Jest jak kastet otwierający czytelnikom źrenice po to, by mogli na nowo przyjrzeć się życiu i zobaczyć w nim całe zapomniane, a często zdeptane przez ciężki los i opresyjne sytuacje Piękno. Łebki od szpilki to świecka biblia macierzyństwa dalekiego od wszystkiego, co znacie. Na pohybel wszystkiemu i wszystkim, ale z wielką miłością do świata.

 

Agnieszka Szpila - mistrzyni życia, choć pewnie dalajlama na widok jej potknięć załamałby się kompletnie i wyemigrował na inną planetę. Matka Mileny i Heleny - bliźniaczek, z którymi życie jest wypełnione na równi ekstazą i torturą. Kobieta stawiająca terapeutyczną moc obierania ziemniaków ponad psychoterapię lacanowską, freudowską, jungowską, dziadowską i inne. Kocha czerwone szminki, zapach zgniecionych w dłoniach mięsistych liści pomidorów, stare oleodruki z Jezusem oraz jelenie na rykowisku. Najlepiej wychodzą jej kłótnie z Bogiem, które uprawia częściej niż seks z racji nie za łatwego, z powodu choroby córeczek, życia. Bohaterka filmu dokumentalnego w reżyserii Ewy Golis pt. Szpila (2014). Kobieta aktywna zawodowo, stała felietonistka magazynu dla rodziców „GaGa”, powadzi blog na portalu mamadu pt. Nie Święci Matki Lepią. Śpiewa białym głosem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


AGNIESZKA SZPILA

Łebki od szpilki

Copyright © Agnieszka Szpila, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Dlatego tak mówi Pan Bóg: Ponieważ tak wysoko wyrósł, a wierzchołek swój podniósł aż do chmur i serce jego wbiło się w pychę z powodu własnej wielkości, dlatego podałem go w ręce mocarza wśród narodów, aby się z nim obszedł stosownie do jego niegodziwości. Odepchnąłem go.

Z Księgi Ezechiela 31,7–14

A Spoonful of sugar help the medicine go down in a most delightful way.

Z musicalu Walta Disneya Mary Poppins, 1964

Zwiastun

Mam może pięć, może siedem lat. Właśnie wróciłam z babcią Tereską ze sklepu Społem, w parku przy Wróblej, w pewnym dużym i pięknym mieście po Niemcach. Podobno w owym sklepie dostałam histerii i rzucałam się po podłodze w dzikich konwulsjach, bo uparłam się, wbrew zakazom babci, że kupię sobie pół kilo tłustego twarogu i pepsi. Zjadam to wszystko po drodze, a potem wymiotuję pół nocy na świeżo zakupioną amerykankę, czyli wyposażone w żelazne składane nóżki łóżko, które można przemienić w kanciastą sofę. Amerykanka – sen człowieka Wschodu o życiu człowieka Zachodu, nie tylko w Ameryce, ale nawet i w RFN.

Wymiotuję, zanosząc się płaczem, a w ręce trzymam babciną książeczkę do nabożeństwa z zakładką zrobioną z obrazka przedstawiającego Matkę Boską depczącą węża. Węża, czyli szatana – wiem to, bo ksiądz opowiadał o tym kilka dni wcześniej podczas kazania w kościele Świętego Karola Boromeusza. Słuchałam tej opowieści o pięknie i pysze, i Księgi Ezechiela słuchałam, choć może nie wszystko z niej rozumiałam, ale pamiętałam, że opowieść o najpiękniejszym cedrze, który z owego piękna popadł w pychę i przez to utracił miłość Boga, aż napełniła mnie dreszczem. Poczułam przerażenie, na czoło wystąpiły mi kropelki potu i skóra ścierpła. Bałam się o ten cedr najpiękniejszy i o tego szatana. Co z nimi teraz będzie? I dlaczego ten Bóg tak ma, że nie można Mu nigdy nadepnąć na odcisk, bo wtedy od razu – sru! – i już jest po wszystkim? Przecież to Pan Bóg go stworzył takim pięknym. Wszystko przykryte jakimś pokrętnym myśleniem, totalną manipulacją, żadnej wiary w człowieka, tylko to odwieczne sprawdzanie, kij i marchewka, lizak przez szybkę, a potem czapa.

Może już wtedy przeczuwałam, że moja droga będzie poniekąd drogą tego cedru, że i mnie przyrżnie się kiedyś mocno w dupę i strąci do Hadesu, wszak pychy nie brakowało mi nigdy. Na niej to rosłam jak na drożdżach, osiągając jako dwulatka wagę dwudziestu ośmiu kilo. W moje drugie urodziny jeszcze nie chodziłam, jeździłam w chodziku, który na oczach zaproszonych przez rodziców gości – cioć, wujków, stryjków i stryjenek – spektakularnie się załamał, pozbawiając mnie tym samym zarówno godności, jak i dwóch górnych mleczaków – a jakże, jedynek!

To nie mogło się skończyć dobrze. To znaczy mogło i pewnie kiedyś się skończy, ale najpierw zostałam skazana przez tak zwaną Górę na wcale niekrótką, bo trwającą bez mała siedem lat, wycieczkę do piekła. Bez przewodnika. Bez Google Maps i bez dżipiesa.

Ślimaki

W pierwszym wspomnieniu, które pamiętam, leżę lub siedzę w małym drewnianym łóżeczku i trzymam w rękach słoik ze ślimakami. Ślimaki przyniósł mi z działki dziadek K. Brzydzą mnie, ale jednocześnie fascynują do tego stopnia, że nie bawię się niczym innym. Słoik jest zakręcony. Złota zakrętka ma dziurki, żeby ślimaki miały czym oddychać. Dziadek mówi, żebym się do nich uśmiechała. Dopóki będę się do nich uśmiechać, dopóty będą żyć. W nocy staram się w ogóle nie zasnąć. Żeby mi te ślimaki nie pozdychały. Zasypiam nad ranem. Po obudzeniu widzę, że wszystkie ślimaki są martwe.

Winę za śmierć ślimaków noszę w sobie przez kilka pierwszych lat życia. To wystarczy wrażliwemu dziecku, by mieć już w życiu lekko pod górkę, by brać na siebie odpowiedzialność za Hiroszimę, Czarnobyl, połowy tuńczyków, dziurę ozonową, Holocaust.

W mojej głowie mieszkają same robale – larwy motyli, dżdżownice, ślimaki. To one pilnują złych wspomnień. Nie dają im odejść w spokoju. Jak tylko bolesne wspomnienie chce już na zawsze skapitulować i odejść w niepamięć, te wszystkie robale, płazińce, poczwary obłapiają je i przyklejają się do niego. A potem na swoich pancerzykach, skrzydłach, skorupkach taszczą je do kory mózgowej, wałkują i wbijają z powrotem w płat czołowy, żebym przypadkiem nie poczuła się w tym wcieleniu za bardzo wyluzowana, bo co jak co, ale komfort psychiczny dla mnie to crème de la crème egzystencji i może gdzieś na starość dane mi będzie go wreszcie polizać. Ale jeszcze nie teraz, o nie – tego w mojej księdze życia jakoś jeszcze nie zapisano. Klucze od tego komfortu Bóg zawsze nosi przy dupie, w tylnej kieszeni spodni, i bardzo pilnuje, by nie trafiły w niepowołane ręce.

Nie lubię tych wspomnień z dzieciństwa. Nie lubię ich nośników – robali, co zawsze w końcu mnie przyskrzyniają i przyparłszy do muru, zaczynają swój spektakl. Wyciągają z odwłoków mikroskopijne rzutniki i projektory, wyświetlają mi na nich wszystkie koszmarne historie, o których tak bardzo chciałabym już zapomnieć.

Na jednym z nich jest mała gruba dziewczynka Agusia bawiąca się w parku ze swoim tatą. Tata mówi do mnie: „Agusia, teraz zrobisz hop, pod moimi nogami, tylko, proszę, trzymaj mnie mocno za ręce”. Jestem tuż pod jego kroczem i wiem, że nie mogę puścić jego rąk, bo ostrzegał, że wtedy upadnę i poważnie się potłukę. Jednak wewnętrzny przymus sprawdzenia, jak to jest, jak się zrobi coś, czego nie powinno się robić, a co dodatkowo związane jest z wielkim ryzykiem, zwycięża. Puszczam dłonie taty i ląduję twarzą w żwirowej alejce. Wyję wniebogłosy z bólu i przerażenia. Żwir wżera się głęboko pod skórę, tracę kolejne już w swoim życiu zęby. Wyję, ale na swój sposób jestem bardzo szczęśliwa, bo wiem, że jednak, jakimś cudem, ten pierwszy poważny upadek udało mi się przeżyć. Może z wybitymi zębami i policzkiem inkrustowanym żwirem, ale jednak.

Kilka innych, związanych z dokładnie tym samym balansowaniem na granicy życia i śmierci (oczywiście śmierci w umownym znaczeniu, jednak dla mnie – dziecka – to było prawdziwe zagrożenie życia, nigdy przecież nie miałam gwarancji, że od tego nie zginę), dotyczy jazdy na rowerze.

Od samego początku jeździłam na nim dość słabo. Bardzo niepewnie. Nigdy do końca nie posiadłam umiejętności panowania nad kierownicą. Kierownica roweru była dla mnie żywym organizmem, który buntował się, wił, histeryzował i zawsze chciał jechać w przeciwną stronę.

Wiedziałam, że absolutnie nie mogę puścić kierownicy, nawet na moment, ani prawą, ani też lewą ręką. Na podwórku były dzieci, które potrafiły jeździć na rowerze, w ogóle puszczając kierownicę. Mimo napomnień całej rodziny, która wypuszczała mnie na rower tylko wtedy, gdy przysięgłam na mamę, tatę, babcię, dziadka, Matkę Boską i Serce Jezusa, że nigdy, przenigdy nie puszczę kierownicy i nie zjadę z chodnika na ulicę, chyba że na pasach dla pieszych, i tak, wsiadając na rower, nie myślałam już o niczym innym, jak tylko o puszczeniu po kolei najpierw lewej, potem prawej ręki, w grand finale zaś obu rąk, co zawsze przecież kończyło się tak samo tragicznie.

Opowiadam o tym z jednego powodu, wszystko bowiem, co się później w moim życiu wydarzyło, ma swój początek właśnie w owej pospiesznie naszkicowanej dewiacji, polegającej na przymusie udowadniania sobie i światu, że wbrew temu, co mówią ludzie, i wbrew temu, co pokazuje życiowa logika – co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. A co za tym idzie, że trudne, opresyjne sytuacje, w których balansujemy na granicy ryzyka, zwane czasem przez mądre głowy doświadczeniami granicznymi, takim jak ja są potrzebne do życia – podobnie jak niektórym zanieczyszczone powietrze. Są nawet, w pewnym sensie, uprawomocnieniem mojego istnienia.

Z powietrzem jest tak, że wiadomo – czyste lepsze. Ale tylko ten dawny syf z wałbrzyskich kopalń czy z Bełchatowa daje możliwość docenienia tego nieskażonego i jakiegoś w ogóle życiowego postępu. Ot, po prostu, Davos może docenić każdy, ale były górnik z kopalni, w czarnej tekturowej czapce z bibułkowym pióropuszem lub bez, taki, co się z innymi górnikami na piwie spotykał i nagle wszyscy, niczym jacyś homoseksualiści, zdejmowali spodnie i gacie i klepali się po białych jak marmur kararyjski dupach i zgadywali następnie, kto kogo, a kto komu, a kto w kogo, a kto w co – o, właśnie taki górnik dopiero to Davos i czyściuteńkie tamtejsze powietrze docenić może najbardziej.

I ja, jako taki górnik właśnie, co zamiast węgla z kopalni życia tylko koszmarnie trudny los wydobywał, składam tu teraz przed wami wszystkimi świadectwo, że z tej golgoty, z tego krzyża może być w życiu wielka alchemia, przemiana wilka w człowieka, a co za tym idzie, jakaś inna świadomość, czasem gnoza, czasem groza, innym zaś razem patent na szczęście.

Początek

Najpierw Ewa chodziła sobie po raju bez majtek. Nie było wówczas depilatorów, maszynek do golenia Gillette Sensor Excel for Women, ani plastrów wosku do depilacji na zimno. Chodziła więc z brzoskwiniowym meszkiem w okolicy łona, z piersiami o kształcie dojrzałych jabłek i brodawkami jak koraliki z Jablonexu. Przechadzała się przed czytającym przyszłość z chmur Adamem. Czasem nad nim przystawała, pozwalając mu zajrzeć w głąb siebie. I smakować. Siadała na jego twarzy, a on smakował ją bez jednej grzesznej myśli, ot tak, po prostu, jak się smakuje szare renety, antonówki, kosztele. Smakowała mu. Rozchylała uda coraz szerzej, prężąc się na nim jak wąż. A potem z tego prężenia i smakowania, z tego spijania kropelek soku z zakazanego owocu powstał Abraham i jego ludzie, biblijna mafia. A z niej, tysiące lat później, moi rodzice, którzy zapatrzyli się na siebie w tramwaju numer 17.

I on do niej powiedział: „Hej ty, brązowooka! Kiedyś zostaniesz moją żoną i będę ci płodzić dzieci, i będziesz rodzić je w bólu, w cierpieniu”. I ona urodziła mu mnie. Cztery lata później. Miała wtedy dwadzieścia cztery lata. Przywiązali ją do łóżka pasami, bo z bólu chciała wyskoczyć przez okno i umrzeć, tak na zawołanie, natychmiast.

Ponoć robiłam wszystko, by nie znaleźć się po tej stronie lustra. Jakbym już wtedy przeczuwała, że dostanę los całkiem wybrakowany, z przeceny, którego nikt inny po prostu nie chciał, krzyżyk za ciężki, nieoheblowany, z drzazgami wbijającymi się co chwila pod skórę.

O czwartej trzydzieści przyszłam na świat. Dziecko z powyłamywanymi nogami. Dziecko z powyłamywanymi biodrami. Z obolałą od szczypiec głową, za to w tak zwanym czepku. Miałam podobno w dniu swoich narodzin tak długie włosy, że można z nich było od razu warkocze zaplatać lub upinać je w kucyki. Dziwne dziecko. Indiańskie dziecko. Czarnowłose i śniade. Ojciec zachodził w głowę, z kim to mamusia mogła się jeszcze spotykać, choć z miesiąca na miesiąc stawałam się coraz bardziej podobna do taty, co w końcu, dzięki Bogu, raz na zawsze położyło kres wszelkim spekulacjom.

Potem, dwadzieścia osiem lat później, powtórzy się znowu tak samo banalna i przewidywalna sytuacja. W naszej rodzinie zostanie poczęte nowe dziecko. W tym akurat przypadku dwoje naraz. Moje córki – Milena i Helena.

A było to tak: obrzydliwe przedwiośnie. Taki sam marzec. W warszawskich piwnicach parzyły się koty. Zaszczane podwórka straszyły spleenem. Matki Boskie w podwórkach ze swoich pijacką uryną podlanych kapliczek spoglądały błagalnie w niebo, by ktoś tam na górze zakręcił wreszcie kran z zimną wodą. Nawet psu z kulawą nogą nie chciało się szczekać, słońcu świecić i wyleźć zza chmur, a ludziom – zwyczajnie uśmiechać.

To był naprawdę fatalny dzień. I tego dnia właśnie spotkałam przyszłego tatę dziewczynek. I było przez sześć miesięcy patrzenie w oczy i kochanie się tylko na biało, to znaczy tak po bożemu – on na niej, bez żadnych dodatków, absolutnie santé, purée, ot, kuchnia indukcyjna miłości, bo trzeba było wszystko zredukować do kwintesencji, do samego sedna. Bez żadnych perwersji i fatałaszków, bez kajdanek z różowym futerkiem i bez pornograficznych odniesień. Udo o udo, policzek do policzka, rzęsa do rzęsy. Zęby tarły o zęby, przygryzając delikatnie języki, brzuchy dopasowywały się do siebie, przylegając tak szczelnie, jak to tylko możliwe, po to, by nie tracić energii i ciepła z tego kotła, kłębowiska uczuć, pragnień i emocji. Lędźwie męskie uciskały żeńską miednicę, dążąc tylko do jednego – przyszpilenia komórki jajowej i wystrzelenia jej w kosmos, po to by do ogromnej puli nieszczęścia na świecie dodać kolejne istoty, które będą dojrzewać, znacząc ziemię plamkami krwi, zakochiwać się, cierpieć, chudnąć i tyć, a potem rodzić w bólu kolejne istoty. Amen.

Tata dziewczynek, kiedy je płodził, przez cały czas patrzył mi w oczy, i kiedy dochodził, nie zamykał ich nawet na moment, a gdy mnie unicestwiał i przelewał we mnie swoje nasienie, powtarzał cichutko, jak mantrę, moje imię: Agnieszka.

Ponieważ nikt nigdy nie wołał mnie po imieniu, wychodziłam na chwilę ze swojego ciała i przyglądałam się nam z innej perspektywy. Agnieszka kochała się z P., ja zaś, nigdy do końca Agnieszką nie będąc, obserwowałam swoją miednicę i uda, piętę Achillesa i pępek, a potem, bardziej szczegółowo – mieszki okołowłosowe, rzęsy, pęcherz i nerki, małżowiny uszne, aorty, tchawicę, i nie mogłam się nadziwić, że to wszystko ja – rytm, zgodność, podporządkowanie męskim drganiom fal i wstrząsom elektromagnetycznym, spięcie, przepięcie, rozładowanie, oddech, nagły przypływ między udami.

Jedno jest pewne – Hesia i Milenka powstały z miłości. Nieważne, że starczyło jej ledwie na rok, może dwa, a potem to już był Afganistan, Zatoka Perska, Ground Zero, Czarnobyl, potem już tylko były strzały w potylicę, jak w lesie katyńskim, no, może nie z karabinu, choć były momenty i takie, że gdybyśmy wtedy – ich tata i ja – mieli takowe pod ręką, z pewnością z premedytacją strzelilibyśmy sobie nawzajem w plecy.

Zabijaliśmy siebie słowami, bardzo powoli, najpierw krwawiło nam serce, a potem dopiero mózgi, i z tej krwi lepkiej jak syrop tussipect i gorącej jak lawa robiliśmy sobie kroplówki, by jeszcze przez chwilę nie skapitulować i jeszcze raz zawalczyć o życie razem, w imię Boga, honoru, tego, co ludzie powiedzą, karmy i kolejnego wcielenia, lecz nie za bardzo ojczyzny. Ojczyzna się dla nas nigdy nie liczyła. Polak mały raczej by nam ręki nie podał, orzeł biały przy byle okazji zadziobał i pożarł, zaczynając żer od antypatriotycznego mózgu. Moją ojczyzną od zawsze były książki i las, a taty dziewczynek – las i muzyka.

Jednak na początku to była miłość. I przyciąganie. Ogromne. Obezwładniające. Grawitacja tak wielka, jakby do naszych stóp, dłoni, brzuchów, języków i zębów jakaś pozaziemska cywilizacja podoklejała potężne magnesy w kształcie serca z wygrawerowanym „love” i te magnesy przyciągały nas do siebie po to tylko, żeby mogły powstać z nas H&M – Helena i Milena, dwa ziarenka, plankton, ikra, entoderma i ektoderma, dwa identyczne jądra ziemi, plazmolemmy, retikula endoplazmatyczne, skrętki tłuszczu, białko i skrobia.

Pycha

„Czy wiecie, co przywiodło tę piękną, młodą, inteligentną dziewczynę do upadku?” – Joy Manne, wybitna szwajcarska terapeutka, jungistka, zwracała się z tym pytaniem do publiczności na ustawieniach hellingerowskich, bezczelnie wskazując na mnie palcem.

Publiczność dyplomatycznie milczała, starając się przy tym nie patrzeć mi w oczy. W sumie, co mógł ich obchodzić los dwudziestoparoletniej kretynki, która zjawiła się na ustawieniach ze swoim starszym o prawie dwadzieścia lat partnerem, pragnąc z całych sił ratować rozpadający się związek w imię nowo narodzonych dzieci, miłości, Boga, honoru i srebrnego pierścionka zaręczynowego z cyrkonią, kupionego na grodziskim deptaku świeżo wyłożonym różowiutką jak świńska skóra kostką Bauma? Przecież po partnerze już na pierwszy rzut oka było widać, że nie wyraża on ani takiej chęci, ani zainteresowania, gdyż „albowiem azaliż jednakowoż bynajmniej” w jego ukochanym serialu M jak miłość, który znał na pamięć, bohaterki chodziły raczej do pracy, po zakupy i do przedszkola po dzieci, a także na targ po mięso na schabowe i do kościoła, co zawsze był przed tym schabowym à la carte. Im nie śniła się wielka woda, miłość wielka jak Polska od morza do morza, im nie śniły się Noble, Paryże, New Yorki. One miały wszystko jasno poukładane w tlenionych blond głowach, żadnego seksu przed ślubem, co najwyżej całowanki-macanki na szkolnej dyskotece, one – tylko białe bluzki wyprasowane i dżinsy, one warkocze w młodości, a na sylwestra grzywka w rekinka plus mokra Włoszka lub trwała, one grzeczne, niewyzywające, one milczące meduzy, delikatne jak nadzienie napoleonki, one uległe jak Belarus. A wszystkie – wierne rzeki, które by na mnie i Emmę Bovary napluły, narzygały, majtki zdjęły, nasrały, a potem popsikały to wszystko sprejem Ambi Pur White Flowers, Ambi Pur Frezja, Ambi Pur Anihilacja, Eksterminacja, hop siup i do pieca.

Pewnie, też po cichu chciałam tłuc schabowe na kotlety, choć było to we mnie zawarte zawsze bardziej implicite, skrzętnie pilnowałam, by się to z moich złotoust nigdy nie wydostało, wolałam się tym krztusić, dławić, ale nigdy pary z gęby na ten temat nie puścić, bobym się sama sobą chyba brzydziła i ręki sobie nie podała nawet w rękawiczce.

Ponadto nie wypadało mi się do tego przyznać także z innego powodu: tata dziewczynek był wegetarianinem, do tego tak konserwatywnym, że nie pozwalał jeść mięsa także i mnie. Nawet w ciąży. Pamiętam, jak kupowałam sobie w sklepie plasterki szynki, którą kochałam od dziecka, do której się modliłam i której każdy plasterek przed skosztowaniem całowałam, jakby to było ciało Chrystusa albo sama już nie wiem kogo jeszcze. I te plasterki, dwadzieścia deko, chowałam do kieszeni płaszcza, żeby nie dawać mojemu partnerowi pretekstu do ideologicznych kłótni i pogadanek o mordowaniu zwierząt i nie być zmuszaną do czytania po raz kolejny, na głos, książki Milcząca arka Juliet Gellatley.

Ja już mu wtedy chciałam wielokrotnie powiedzieć, że to, w jaki sposób zaczynał teraz ze mną żyć, było sto razy gorsze od mordowania zwierząt, bo je to tylko ciach, ciach, obuchem przez łeb, ale jeden raz w życiu, a mnie codziennie, powoli, bez znieczulenia, a potem zaraz wycieczka do Kazimierza, drineczki i lody na rynku w Kazimierzu nad Wisłą w nagrodę.

A o tych świniach i krowach też dużo myślałam – przymykałam oczy i wyobrażałam sobie, jak je prowadzą, niebożątka, na rzeź, jak ślizgają im się kopytka w basenach z wodą, przez którą muszą do ubojni przejść, żeby nie cuchnąć, żeby zatrzeć raz na zawsze ślad po swoich odchodach na tej Ziemi – jedynym świadectwie bytu. Oczyma duszy widziałam, jak upadają, jak sześć, siedem z nich już z tej wody nigdy nie wstanie, bo się utopi, te baseny są przecież za śliskie – żaden idiota nie zabezpieczył ich przed ślizganiem, jak tam w męczarniach umierają, a ich siostry i bracia pokonują tę drogę dalej, węsząc tylko nerwowo swój koniec, bo na końcu tej kalwarii czeka je coś okropnego – skrępowanie kopyt, poderwanie liną do góry, tak że będą wisieć głową w dół i ktoś im na żywca brzuch rozpruje nożem szefa kuchni Amaro lub innym. Przeleją te krówki i świnki swą krew za rachunek człowieka opłacany za pomocą kart Master i Visa.

Współczułam im, ale też sobie. Symultanicznie. Moja codzienna droga podczas lat spędzonych w domu na wsi – najpierw z tatą dziewczynek, a potem bez niego – też nie była usłana różami. Przecież też się topiłam i przewracałam, i błagałam Boga o lżejszą śmierć, ale tylko w nocy, żeby dzieci nic nie słyszały, bo chciałam je ponad wszystko przed całym tym złem rozpiętym pomiędzy mną a ich ojcem ochronić. Im tylko śpiewałam. I czytałam książeczki. I dmuchałam tak śmiesznie w brzuszki, że pękały ze śmiechu, koraliki im nawlekałam, i wieszałam na króciutkich, maleńkich, wiotkich szyjkach, i mówiłam do nich, że one królowe, że będą rządzić tym światem, tylko że muszą codziennie dobrem dokarmiać serca, by były dobre dla świata. Dla innych ludzi. Dla krów, świń, psów, kotów, jeży, jeleni i dzieci. Dla kobiet i mężczyzn. Dla Żydów, masonów, islamistów, gejów i ufoludków. Dla empedowców i dla dałniaczków. Dla hermafrodytów i transseksualistów. Dla peowców, pisowców, a nawet dla kiboli. To też ludzie. Z granatem w mózgu i krótkim lontem, ale jednak.

Pokazywałam im tablice ze słówkami przygotowanymi zgodnie z wytycznymi metody nauki czytania według Glenna Domana. A na nich był gej i lesbijka, konserwatysta, liberał, śmierciożerca i wegetarianin.

Jednak kiedy tak myślę o tej szynce, czuję do siebie niechęć i wściekłość! Jak mogłam na to wszystko tacie dziewczynek pozwolić? Durna ja. Idiotka ja. Ja, zazwyczaj Polska Walcząca, Kotwica, Uprising, nagle, przez zaślepienie hormonami i zbyt wysokim poziomem białka w mózgu, odpowiedzialnym za zakochanie, z własnej woli zredukowałam się do gipsowego aniołka, truchła – nic nieznaczącego statysty w jasełkach i szopce, który kiwa główką w podziękowaniu za wrzucenie monety w roztrzaskaną łomem na pół czaszkę. Byłam Żydem ukrywającym się we własnym domu na własne życzenie, a przyjęcie roli stereotypowo rozumianej ofiary opresji było moim największym błędem. To był error w samym zarodku. Im bardziej bowiem gramy ofiarę, tym bardziej robimy z drugiej osoby kata, oddając mu tym samym moc. Po co? Jeśli chcemy umrzeć albo siebie zamęczyć, zróbmy to sami. Miejmy odwagę! Stać nas na to. Nikt nie będzie dla nas lepszym katem i terrorystą od nas samych.

Wracając do tamtych dni, do ustawień hellingerowskich… Mieliśmy wówczas pójść na nie razem. Ustawić się jako para. Zobaczyć, co pokaże system. P. obserwował ustawienia dwa dni. Był to jeden z warunków uczestnictwa. Najpierw trzeba bowiem zobaczyć, o co chodzi w tym wszystkim, i poczuć, jak „pracuje” pole. Trzeciego dnia, tuż przed naszym ustawieniem, P. powiedział mi, że śmierdzę mydłem, którego zapachu nie znosi, i obrzuciwszy mnie pełnym obrzydzenia spojrzeniem, po prostu wstał i wyszedł. W przerwie między kończącym się ustawieniem jednej z par a naszym. Tak bardzo przeze mnie wyczekiwanym. Siedziałam wtedy na krześle jak otępiała. Patrzyłam w oddalający się punkt. Pomarańczowa bluza z kapturem, oliwkowe sztruksowe spodnie i adidasy. Szedł przez salę dość szybko. Tak by nikt nie zdążył zareagować, zawołać, zaczepić. Idąc, nawet się nie obejrzał. Zostałam tam. Wbita w krzesło. Z przerażonym, sparaliżowanym sercem. Zostałam i „ustawiłam się” sama.

Wtedy właśnie Joy zadała sali to potworne pytanie, na które była tylko jedna odpowiedź: „PYCHA!”. Tak! Pycha! Starożytna hybris, która pozwoliła mi na stawianie się w tym samym szeregu co Bóg. Hybris, która pozwala znieść, anulować odwieczną dychotomię pomiędzy człowiekiem (czytaj: szmatą, martwą naturą, wybrakowaną i zdegenerowaną podróbą Boga) a Bogiem właśnie. Bogiem par excellence.

Pycha pozwala zniwelować tę różnicę tylko teoretycznie, bo czysto formalnie różnica ta jest porażająca! Bo można mieć Boga w sercu i bać się Boga, i żyć, jak Pan Bóg przykazał, i jak Boga kochać, i mieć boskie ciało, i pieprzyć się po bożemu, ale to wszystko nie znaczy jeszcze, że się jest na równi z Panem Stworzenia. I wszystkie podręczniki z gatunku ezo-srezo kłamią! Bo nie chodzi o to, by sobie z Bogiem usiąść na ławce w parku i wypić bruderszaft, tylko o to, by oddać mu wszystko, wszystko powierzyć i być otwartym na wszystko i nic, na wszystko i nic jednocześnie, bo tylko w tym, co zawiera się pomiędzy owym wszystkim a niczym, jesteśmy gotowi na miłość.

Niestety, tego wszystkiego wtedy jeszcze nie rozumiałam, za co płaciłam słono przez wszystkie kolejne lata. Ale wolę to powiedzieć dosadnie i krótko: jeśli się komuś wydaje, że można kogoś na siłę zmieniać albo walczyć z jego słabościami, zmorami, nałogiem, to niech sobie wtedy ów ktoś od razu uwiąże na szyi stryczek, bo będzie miał z takiego myślenia tylko wielkie rozczarowanie, i niech od razu sięgnie po Księgę Ezechiela. I przeczyta cytowany na samym początku ustęp o cedrze. Nie ma na świecie takiego prawa, w imię którego można zmieniać na siłę drugiego człowieka.

Niestety moje ówczesne myślenie było wielce pyszne, bałwochwalcze i w krytycznym stopniu naiwne. Naiwnie wierzyłam bowiem, że jestem tak wspaniała, iż mogę żądać od ojca dziewczynek tego, by porzucił swoje niszczące przyzwyczajenia i w imię miłości i namiętności zaczął z nami zupełnie nowe życie. I to było myślenie idiotyczne. Przepełnione narcyzmem i pychą. I właśnie to doprowadziło mnie do upadku, z którego podnoszę się do dziś. Jednak nie narzekam. Uwielbiam upadać, zwłaszcza gdy spadam z wysoka. Pejzaże nade mną w tych podniebnych przestrzeniach są przepiękne i wzniosłe. Patrzę sobie a to na czerwone dachy kościołów i katedr, a to na aksamitne wstążeczki rzek, na pagórki, na których często się wznoszą cmentarze, na place zabaw z wiszącymi na trzepakach głową w dół dziećmi, na matki tych dzieci brzemienne lub pulchne, trzepiące na tych samych trzepakach kowarskie dywany. Czasem udaje mi się dojrzeć pod ich pachami wypłowiałe włoski, które – spocone od tego trzepania – układają się w kształt ośmiorniczek i wodorostów, czasem spod ich nylonowych fartuszków wystają leciutko sterczące sutki, ssane po nocach, bez opamiętania, to przez dzieci, to przez spoconych, a często także i brudnych mężów. Kocham te wszystkie loty, przeloty, które wyssałam prawdopodobnie z mlekiem mojej matki Bożeny, a których inne kobiety mogą doświadczać tylko po psychotropach i ayahuasce. To dla nich, dla owych podniebnych podróży, jestem gotowa wznosić się i upadać wciąż od nowa. Narażać siebie i woskiem sklejane skrzydła na rozpieprzenie się w drobny mak o kocie łby, kostkę granitową, asfalt, jednym słowem – o bruk.

Po kilku spektakularnych upadkach nauczyłam się sklejać połamane skrzydła. I nawet kiedy na niebie słońce w zenicie, i tak je przypinam i wzbijam się w niebo, wiedząc, że wosk już się topi i za chwilę znowu spadnę. Ale nie mogę o to oskarżać ojca dziewczynek. Oskarżam go o brak czułości, przemoc psychiczną i jawny patriarchat, który był dla mnie nie do zniesienia. Jednak sam upadek był całkowicie moim pomysłem.

Uświadomiła mi to wtedy Joy Manne. A utwierdziły w tym reakcje ludzi. Wszyscy patrzyli na mnie z dziwną troską i politowaniem. Myśleli sobie wtedy: taka ładna, inteligentna, przebojowa i miła, a wybrała sobie drogę prosto do piekła. Nie wiedzieli dlaczego. Nie wiedziała też Joy Manne.

Potężny upadek to najpiękniejszy moment w życiu człowieka. Upadek jest często ponownym przyjściem na świat. Jednak wszystko to widać dopiero wtedy, gdy się przestanie walić głową w swój własny chiński mur i płakać. Z bezradności. Z bezsilności. Z poczucia swojej absolutnej bezwartościowości. I wtedy zaczyna być pięknie. Wtedy jest alchemia. Wtedy z całego gówna w nas, z emocjonalnego popapraństwa i syfu, które przywiodły nas do piekła, zaczyna wytapiać się złoto. Złoto najwyższej próby. I cały ten proces, cała ta prawdziwa alchemia jest już nie do zatrzymania.

Ciąża

Dziś trudno mi się do tego przyznać, ale w ciąży trwoniłam fortunę na ciuchy. Wtedy był jeszcze w Galerii Mokotów słynny butik dla ciężarówek Pępek Świata, do którego sprowadzano gustowną odzież ciążową z całego świata. I w tym właśnie sklepie, z włosami długimi do pasa, przypominając Monicę Bellucci (tak, tak, to był niezaprzeczalnie najwspanialszy okres mojej kobiecości), oddawałam się hedonistycznemu trwonieniu pieniędzy, tłumacząc sobie w najbardziej głupkowaty sposób, że robię to dla dzieci, by już będąc w brzuchu, czuły, jak fantastyczną mają matkę, i żeby wyssały miłość do mody nie tyle z mlekiem, ile z wodami płodowymi, by potem, w przyszłości, bez problemu umieć oszacować, co w świecie fashion jest dobre, co złe, co chwilowe, a co evergreen. A że tym trwonieniem pieniędzy wprawiałam się w szampański humor, jak na hipomaniaczkę z krwi i kości przystało, to już zupełnie inna sprawa. Byłam tak dumna z tego wystającego brzucha – tej jaskini we mnie, zamieszkanej przez dwie malutkie istoty (z ledwie zarysowanymi paznokietkami, które za kilkanaście lat pokryją się hybrydą lub frenczem), że nosiłam tylko ciuchy podkreślające ten wybujały przejaw płodności. Wyobrażałam sobie moje córki jako nastolatki uwodzące chłopaków – lub inne dziewczęta – powłóczystymi spojrzeniami, ale też zaczytane w tych wszystkich książkach, które zostały napisane tylko po to, by nam, ludziom, dać przeżyć to, do czego w zwyczajnym życiu często po prostu nie mamy dostępu. Poznać namiętność, euforię, trwogę, samotność czy śmierć, zanim tego doświadczymy w rzeczywistości, czasem nawet i zamiast – z wyjątkiem śmierci.

Tak bardzo cieszyłam się z tego, że zamieszkują mnie nie synowie, lecz córki! Modliłam się o nie, wybierając maleńkie ubranka w dobrze zaopatrzonym lumpeksie przy bazarku przylegającym do Sadyba Best Mall. Byłam wtedy dość durna – tak na to patrzę dziś, z dystansu siedmiu lat. Chciałam pewnie powołać do życia swoje małe klony, oszukać starość i śmierć, zadrwić z tego całego cholernego przemijania. Wtedy jeszcze nie byłam nawet na początku tej drogi, która zawiedzie mnie prosto do piekła, by potem wystrzelić mnie ruską rakietą w samo serce kosmosu, a następnie wrzucić perfidnie w samo jądro Hiroszimy, w Rwandę, Wietnam, Gross-Rosen, w Kambodżę. Jednak na tamtą wyprawę wyruszę także w dobrze skrojonych sukienkach!

Milena tę skłonność do ciuchów odziedziczyła po mnie. A ja, bardziej niż po mamie – po babci Teresie. Mama najchętniej nosiłaby białe, szkolne, zapinane pod szyję bluzki i białe rajstopy. Za żadne skarby świata nie da się Bożenie wytłumaczyć, że w białych akurat noga wygląda najmniej korzystnie.

Teresa natomiast, gdyby tylko mogła, przepuściłaby na ubrania każdy grosz, niestety ma do dyspozycji jedynie rentę i emeryturę swojego męża Kazimierza. Jednak, odkąd pamiętam, zawsze nosiła w torebce dwa portfele. Jeden oficjalny, drugi zaś sekretny, czyli taki, o którym dziadek Kazimierz nigdy nie wiedział. W nim właśnie chowała tak zwane lewe pieniądze, za które kupowała kolejną garsonkę, czółenka, kapelusz, trykocik, a także pończochy, pomadki, kremy, perfumy. I mam to po babci do dziś. Pieniądze dzielą się dla mnie na te oficjalne i te szemrane, którymi zdarza mi się obracać, by choć odrobinę poprawić sobie czasami nastrój lub poczuć się jak Céline Dion po śmierci męża milionera. Co prawda obracam najwyżej trzema banknotami o większym nominale naraz, ale to wystarczy, by te wspaniałe papiery wartościowe choć poczuć. Zbliżam je wtedy do oczu i przyglądam im się z bliska. Podziwiam hologramy i orzełki w koronie, i królów Polski, czasem je także powącham, żeby chociaż przez moment poczuć ich siłę i kruchość zarazem.

Ja do tych banknotów miałam pociąg już od małego. Godzinami liczyłam, śliniąc palce, pieniądze z gry „Eurobiznes”. W końcu mój tatuś to główny księgowy. Płynie więc we mnie krew bogata nie tylko w składniki odżywcze, ale też w cyferki, za które można kupić naprawdę dużo ubrań. Ubrań i butów. Na przykład w tikejmaksie. To moja świątynia. Mój ołtarz ze złotym cielcem. Moja Atlantyda. Specjalnie nie chodzę ulicą Marszałkowską, żeby mnie nie kusiło złe licho. Gdy tylko zobaczę neon TK Maxx, od razu znajduję się na granicy szaleństwa. Chcę posiąść cały sklep, każdą półkę z butami i każdy wieszak z osobna. Jest to jedyne miejsce, w którym w ułamku sekundy tracę kontakt z rzeczywistością. I staję się z miejsca kimś innym. Kimś, kogo nie poznaję. Kimś, kto nawet mnie wydaje się obcy. TK Maxx postrzegam jako sklep dla oświeconych, choć podobno i im odbija tam szajba. Słyszałam o tym od przyjaciół, którzy w towarzystwie osoby oświeconej wybrali się tam na zakupy. I ona w tym miejscu drżała, i przed półeczką z kapeluszami mdlały jej nogi. I ona nie wyszła z tego sklepu, zanim nie wydała tego, co miała na karcie. I ona pewnie potem płakała, że się tak głupio temu tikejmaksowi dała sprowokować, podpuścić, i pewnie, podobnie jak ja, już następnego dnia odniosła osiemdziesiąt procent zakupionych rzeczy, aby je zwrócić do sklepu, co jest tam praktyką respektowaną i częstą.

A moja córka Milenka kocha ciuchy bardziej niż ja i babcia Teresa. Są one dla niej jedną z poważniejszych form wypowiedzi, poprzez ubranie bowiem wciąż jeszcze niemówiąca Milenka określa swoją tożsamość. I ja to bardzo szanuję, i pozwalam jej na rozmaite eksperymenty, łącznie z zakładaniem moich, o kilka rozmiarów na nią za dużych ubrań. Mamy zresztą pewien rytuał w chorowaniu – przy każdej infekcji otwieram szafę i pozwalam dziewczynkom wybrać stroje do chorowania. Wierzę, że wtedy, nosząc moje ubrania, szybciej wyzdrowieją, bo „ciało w ciało z matką” daje w chorobie znacznie więcej niż wszelakie mikstury czy antyseptyki. A nawet niż chińskie zioła i kasza jaglana.

Pisząc o skłonnościach szafiarskich Milenki, które z pewnością odziedziczyła po przodkach, muszę wspomnieć także o moim dziadku Bolku, który na szczęście dał się pochować w normalnym garniturze, choć wszyscy sądziliśmy, że jego wolą będzie zostać pochowanym w wojskowym mundurze i rogatywce. Z nim, to znaczy z tym dziadkiem, też były same szafiarskie problemy, bo już dwadzieścia lat przed śmiercią wykupił sobie i swojej kolejnej żonie kwaterę na cmentarzu w Dzierżoniowie, postawił pomnik, zasadził wokół byliny oraz cyprysy i wmurował w ten pomnik swoje zdjęcie z czasów młodości – w mundurze Armii Ludowej, przerobionym w Photoshopie na mundur żołnierza z czasów marszałka Piłsudskiego, mimo że z generałem Siwickim wódkę pił i jemu właśnie – nie tylko popitkę – donosił.

Mieliśmy wtedy w rodzinie zadanie nie lada – trzeba było bowiem taki mundur kupić na Allegro i rogatywkę także, a potem zanieść do fotografa na rynku i prosić go, by komunistyczny mundur dziadka w pewien magiczny sposób w Photoshopie anulował i podmienił na mundur prawdziwego piłsudczyka. Fotograf podszedł do tego zlecenia niezwykle ambitnie i dodatkowo, dla uwiarygodnienia uwiecznionej na zdjęciu tożsamości wojskowej dziadka, malowniczo podkręcił mu w górę wąsy, czyniąc z niego tym samym brata bliźniaka wielkiego wodza naszego narodu.

A potem dziadek chodził na ten cmentarz co tydzień, sadził wraz z żoną – ciotką Janiną, stylizującą się na półkrwi Arabkę, z utrefionymi i ufarbowanymi na czarno włosami do pasa, ubraną w amerykańskie cekinowe suknie od sióstr przyrodnich z Cikago (tak właśnie mawiała) – byliny, cyprysy i tuje. I naprawdę mógłby wygrać niejeden konkurs „Muratora” na najpiękniejszy ogród, gdyby przewidziano także kategorię dla ogrodników gryzących ziemię od spodu.

Dziadek był postacią barwną, której od dzieciństwa się bałam. Pamiętam, że zawsze po kieliszku, na rodzinnych imprezach, znikał na moment w toalecie wytapetowanej gołymi babami z zachodnich świerszczyków, po czym wychodził z niej cały rozpromieniony, w wojskowym rynsztunku, z epoletami i piersiami pełnymi złotych medali.

Czasem wpadał na dziwny pomysł farbowania swych siwych, przerzedzonych jak u Franciszka z Asyżu włosów na kolor ognistorudy, co miało go, według jego wyidealizowanych założeń, spektakularnie odmładzać, a mnie przyprawiało zawsze o ataki paniki. Krzyczałam wtedy do babci, którą czasami odwiedzał: „Babciu, babciu, jakiś alfons przyjechał!”. Nie wiedziałam, co dokładnie znaczy to słowo, ale wydawało mi się jakieś takie najbardziej trafione, odsyłało mnie bowiem do świata, którego nie rozumiałam, nie znałam, którego istnienia się domyślałam i którego się bałam, bo reprezentował coś dziwnego, zboczonego, takiego, co konserwatywni Anglicy określiliby słowem weird.

A babcia wtedy syczała z zakłopotania (bo pewnie od niej nauczyłam się tego określenia), tłumacząc dziadkowi Bolkowi i jego żonie Janinie, że nie mam pojęcia, co to słowo oznacza, że pewnie usłyszałam je gdzieś, w jakimś filmie, i pewnie myślę, że to ktoś znany, ktoś z zagranicy, ktoś w stylu bohaterów serialu Pogoda dla bogaczy albo wielki właściciel ziemski z serialu Północ–Południe.

Dziadek mi wtedy, chyba w nagrodę, dawał dolara i już go trochę bardziej lubiłam, choć muszę przyznać, że na wspomnienie jego rudego łba i wytapetowanej gołymi babami łazienki i piwnicy do dziś trzęsę ze strachu portkami.

Pani Budda

W ostatnich dniach ciąży, kiedy nie wyglądałam już jak Bellucci, ale raczej jak prosię, które właśnie przeznaczono na ruszt, tata Milenki i Helenki, buddysta P., uznawszy, że od oświecenia dzielą mnie lata świetlne i cała tonę w mroku grzechu i ignorancji, zdecydował się zabrać mnie na tajne zgrupowanie wyznawców tradycji Bon – szamańskiej wersji buddyzmu, takiej trochę wschodniej cepelii, łowickiej wycinanki mistycyzmu Wschodu, ot, takich Kurpiów zen. Ogromnie spodobało mi się nauczanie ich mistrza – Tenzina Rinpocze Wangyala, jego głos wibrował w rozstawionym w środku lasu namiocie i trafiał mi prosto w serce. To było takie doznanie, jakby nagle ktoś mi podał kroplówkę, z której – zamiast glukozy, minerałów i witamin – wypływało bardzo czyste źródło, z taką wodą, co spływa prosto ze szczytu gór. Ożywcze. Przepiękne. Niezwykle delikatne i potężne zarazem. Siedziałam na tych naukach jak zaczarowana, a malutki Rinpocze wydawał mi się najpiękniejszym wśród ludzi. Piękniejszym nawet od młodego Marlona Brando, Leonarda DiCaprio i samego Leonarda Cohena, w którym kochałam się od pierwszej klasy podstawówki. Tak dźwięcznego głosu nie słyszałam nigdy wcześniej. Przymykałam oczy i wyobrażałam sobie, że jestem jego kochanką lub żoną, a Rinpocze przynosi z targu świeżo złowione ryby, pangopodobne, ale nie pangi, które chińskie skurwiele pozatruwały siarką, rtęcią i innymi metalami ciężkimi. A ja je patroszę samurajskim mieczem albo Bóg jeden wie czym i z rybich pęcherzy robię naszym malutkim dzieciom – skośnookim łysolkom w pomarańczowych wdziankach dzierganych pewnie przez innych malutkich Tybetańczyków (ale nie za miseczkę ryżu, tylko uczciwie, zgodnie z filozofią fair trade) ekologiczne zabawki. I te bioekopęcherze wiszą jak grzechotki na sznurach z kolorowymi szmatkami, które piorę w rzece, na takich pięknych tybetańskich otoczakach, też eko-sreko-bio, w orzechach piorących, bo proszku się tam przecież nie używa. I pięknych rzek syfem nie mąci. Nie będzie tam nam żaden Unilever czy Henkel pluł chemią w twarz i wody nam w naszych biodegradowalnych strumieniach rakotwórczym wytworem człowieka germanił, wody, w której pływa pełno kolorowych ryb, z radości znoszących ikrę w kolorach tęczy, takiej jak na placu Zbawiciela, choć w czasie, w którym pobierałam buddyjskie nauki według przekazu Bon, jeszcze tej tęczy na placu Zbawiciela – hipsterskiej Sodomy i Gomory – nawet w planach nie było. Antycypowałam więc. Zakładałam to wszystko a priori.

I jak tak sobie tę sielankę moją z mężem Rinpocze wyobraziłam, zdarzyło się, że przysnęłam, pochrapując przez moment, póki mnie tata Helenki i Milenki z tego półsnu nie wyrwał porządnym kuksańcem.

Jednak dwa dni później nadjechał jakiś mistrz nad mistrzami, prawdziwy MC tej leśnej ceremonii, i wtedy wszyscy dostaliśmy takie białe szale z gazy, i z tymi szalami udawaliśmy się kolejno do tego naczelnego wodza mistrza po swego rodzaju błogosławieństwo. I ja, wzorem innych wtajemniczonych, też padłam przed nim na kolana, przeprosiwszy uprzednio Najświętszą Panienkę Maryję Zawsze Dziewicę i wszystkich aniołów, i świętych za to, że padam na kolana przed innowiercą, ale myślałam wtedy, podobnie jak i dziś, że między Chrystusem a Buddą można śmiało postawić znak równości, bo świadomość tych postaci oraz ich przekaz był prawie identyczny, i owo błogosławieństwo z ust mistrza ceremonii mimo wszystko przyjęłam. I wtedy stało się coś naprawdę dziwnego: Helusia i Milenka zaczęły w moim wielkim brzuchu tak wierzgać, że musiałam z tego namiotu wiać i oddychać, i uspokajać się, bo opanowała mnie jakaś dziwna gorączka, drżenie ciała, skurcze przedporodowe i najprawdziwszy w świecie atak paniki.

Usiadłam więc sobie na pieńku i wszystko wyoddychałam, a potem położyłam się na chwilę na mchu i ponownie na moment zasnęłam. A później obudziłam się i wróciłam do namiotu, a tam były dziwne bardzo śpiewy i transy. Wtedy przyjrzałam się wszystkim tym ludziom i ogarnęła mnie przerażająca myśl – oni wszyscy wyglądali jak banda wykolejeńców, morderców, zboczeńców, to były takie twarze, które zna się tylko z horrorów albo programów Ekspres reporterów, czy jakoś tak, o ludziach żyjących w ekstremalnej patologii, o kurwach, szarlatanach, recydywistach. Twarze Tybetańczyków były łagodne i zupełnie inne. Nie mogłam zrozumieć, skąd ta różnica. Może w tych polskich gębach, z moją pewnie na czele, była jakaś przedziwna determinacja, żeby należeć nie tu, gdzie się właśnie należy, lecz zastosować mechanizm ucieczkowy i wbić się na siłę w obcy folklor, obce wierzenia, obcą religię, licząc na to, że będzie łatwiej i przyjemniej. A dziś myślę, że wszystko to gówno, że to nieprawda, nie chodzi mi o buddyzm i całą tradycję Bon – tę uważam za nader piękną i godną ścieżkę postępowania i życia – mam na myśli jedynie tę swego rodzaju turystykę poznawczą, uprawianą przez oszołomów i eskapistów, którym się wydaje, że z religią jest tak jak z pójściem na targ: o, tu leży poćwiartowane już prawosławie, tylko pięć złotych za kilo, tam rozebrany i wyfiletowany luteranizm, tam w litrowych butelkach eliksir długowieczności, czyli zen, tu zaś łopatka, udziec i Ciało Chrystusa, a tam koszerne, czyli judaizm. I że to tak można sobie na tym targu to tego, to tamtego popróbować, tym się zatruć, tym się nażreć do granic przyzwoitości, tamtym porzygać i wybrać w końcu coś, co najbardziej zjadliwe.

No nie, raczej nie, wydaje mi się, że chyba tak właśnie nie można. Nie lzia. To chyba jednak tak nie przystoi się z religią, mitem, wierzeniem czy nawet zabobonem obchodzić. Wiara to nie żaden dwudniowy wypad w Karkonosze, nurkowanie w Szarm el-Szejk ani nie biuro podróży Triada, Urbi et Orbis. Tu, jak się coś komuś popieprzy, to może stracić nie tylko życie, ale też to po śmierci. Zbawienia nie budiet. A i inkarnacja wówczas, jeżeli w ogóle, to tylko na niższym szczeblu. Rybka, żabka, stonoga, wół. Trzeba uważać. Być extra careful.

Zapach

Wilczyca schylona nad miotem wylizuje czoła swoich świeżo narodzonych dzieci. Płyną z tego dwie korzyści: po pierwsze, małe wilczki się uspokajają, po drugie – uspokaja się sama wilczyca, bo wylizując miejsce pomiędzy oczami, wdycha ona, jeszcze oszołomiona porodem, zapach swojego potomstwa. Małe wilki pachną tak pięknie po to, by matka nie mogła ich odrzucić. Nie wiem, jakimi sukami były matki Remusa i Romulusa, Królewny Śnieżki czy Brzydkiego Kaczątka, a może były to matki tak samo boskie jak sama Maryja Zawsze Dziewica i po prostu zrobiły aborcję, bo zostały zgwałcone, albo im się zmarło w połogu, a wszystkie źródła na ten temat milczą, jedno wiem: dzieci po porodzie pachną najpiękniej, po to, by uzależnić od swojego zapachu matkę, by tym właśnie zapachem wryć się jej w serce. Pachną tak, dopóki ich nie umyją położne. Ja prosiłam, by nie myły dość długo – trzy, cztery dni, po to tylko, by móc wciąż od nowa je wąchać. Z nosem przy ciemiączkach Mileny i Heleny już wtedy przeczuwałam, że ta miłość to jest jakieś totalne szaleństwo, nawyk, uzależnienie, oszołomienie, euforia połączona z chwilowym, acz częstym postradaniem zmysłów. A niby tyle książek wcześniej o mądrej miłości czytałam – i Bettelheima, i Winnicotta, i Osho, i Fromma – i nagle to wszystko się unieważniło, wymazało, uleciało, na długi czas nie pozostawiając po sobie ani śladu…

Z samego porodu pamiętam czterokrotne wkłuwanie się w kręgosłup, bo zwykła dawka nie wystarczała do znieczulenia, oraz wyszarpywanie dziewczynek z brzucha. Mówią na to cesarskie cięcie. Nie wiem dlaczego. Przecież wcale nie czułam się podczas tego zabiegu jak cesarzowa. Położne przytrzymywały mi ręce i głowę, bo szarpnięcia były tak silne, że bez pomocy najpewniej wylądowałabym na podłodze. A potem krzyk przerażonych dziewczynek, ich ważenie, mierzenie, mane, tekel, fares, sprawdzanie odruchów i pierwsze przyssanie się do piersi. Niewiarygodnie piękne i silne doznanie. A potem już to obezwładniające uczucie miłości, która się rodzi natychmiast po wciśnięciu tego magicznego guzika (karmienia) – reakcja, którą profesor Cialdini (specjalista od technik manipulacyjnych i wywierania wpływu na ludzi) nazywa „Klik, wrrr”.

Zapach nowo narodzonego dziecka i przyssanie się tej małej pijawki do piersi jest fundamentem całej relacji uzależnienia matki od dziecka i vice versa