Leah gubi rytm - Becky Albertalli - ebook
Opis

Bestseller „New York Timesa”! Autorka, którą pokochały miliony nastolatków. Sequel zekranizowanego hitu „Simon i inni homo sapiens”.

 

Leah Burke, perkusistka żeńskiego zespołu Emoji, mistrzyni sarkazmu i najlepsza przyjaciółka Simona przejmuje ster we własnej historii o przyjaźni, pierwszej miłości i ostatnim roku szkoły.

 

Leah zazwyczaj trafia we właściwe dźwięki, w porównaniu do prawdziwego życia, w którym czasami gubi rytm. Jako jedynaczka i córka młodej, niezbyt zamożnej samotnej matki, zdecydowanie wyróżnia się w kręgu znajomych. Uwielbia rysować, lecz jest zbyt nieśmiała, żeby się tym chwalić. I chociaż jej mama wie, że Leah jest biseksualna, dziewczyna nie zebrała się jeszcze na odwagę, żeby powiedzieć o tym przyjaciołom – nawet swojemu BFF, Simonowi, który otwarcie przyznaje się do bycia gejem.

 

Kiedy dotychczas nierozerwalna więź łącząca grupkę przyjaciół zaczyna się rozpadać, Leah nie wie, co zrobić. Na horyzoncie majaczy bal na koniec szkoły i college, a napięcie w grupie z każdą chwilą rośnie coraz bardziej. Leah wypada ze swojego życiowego rytmu, gdy ludzie, których kocha, zaczynają się kłócić – a już zwłaszcza wtedy, gdy zdaje sobie sprawę, że wobec jednej z tych osób zaczyna rodzić się w niej uczucie, którego wcześniej nie znała.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Leah on the Offbeat

Copyright © 2018 by Becky Albertalli

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Christian Clymer

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7976-079-4

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@weneedya.pl

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dla czytelników, którzy wiedzieli, że coś się szykuje, kiedy nawet ja nie miałam jeszcze o tym pojęcia

1

Nie chciałabym zabrzmieć dramatycznie, ale niech Bóg zlituje się nade mną i nie pozwoli Morgan wybierać piosenek. Ta dziewczyna to tatusiek z przedmieść z kryzysem wieku średniego w ciele licealistki.

Właśnie klęczy na podłodze i korzysta ze stołka do keyboardu jako biurka, a każdy tytuł na jej liście to jakiś mierny klasyk rocka. Jestem bardzo tolerancyjna, ale jako Amerykanka, muzyk i szanujący się człowiek uważam za swój obowiązek i przywilej zawetować to gówno.

Pochylam się i zaglądam jej przez ramię.

– Żadnego Bon Joviego. Zapomnij o Journey.

– Serio? – rzuca Morgan. – Ludzie uwielbiają Don’t Stop Believin’.

– Ludzie uwielbiają heroinę. Czy to znaczy, że mamy zacząć brać heroinę?

Anna unosi brwi.

– Leah, czy ty właśnie…

– Czy właśnie porównałam Don’t Stop Believin’ do heroiny? – Wzruszam ramionami. – Owszem, zrobiłam to.

Anna i Morgan wymieniają Spojrzenie. To Spojrzenie mówi „popatrz tylko, zaraz się zacznie”.

– Posłuchajcie. Ta piosenka to jeden wielki bajzel. Tekst nie trzyma się kupy.

Uderzam lekko w werbel, żeby mój tekst lepiej wybrzmiał.

– A mi się podoba – stwierdza Anna. – Niesie nadzieję.

– Nie chodzi o to, czy niesie nadzieję. Chodzi o to, jak strasznie nieprawdopodobne jest, by istniał pociąg o północy, który jedzie, cytuję, „gdziekolwiek”.

Znowu wymieniają Spojrzenie, tym razem wzruszając nieznacznie ramionami.

Tłumaczenie: „ma trochę racji”.

Tłumaczenie tłumaczenia: „Leah Catherine Burke jest prawdziwym geniuszem i nie powinnyśmy były kwestionować jej gustu muzycznego”.

– Chyba nie powinnyśmy dodawać niczego nowego, dopóki Taylor i Nora nie wrócą – oznajmia Morgan.

I ma rację. Przez próby do szkolnego musicalu Taylor i Nora były poza zasięgiem od stycznia. Chociaż reszta składu spotyka się kilka razy w tygodniu, beznadziejnie się ćwiczy bez wokalistki i głównej gitarzystki.

– Okej – mówi Anna. – W takim razie skończyłyśmy już, tak?

– Pytasz, czy skończyłyśmy próbę?

Cóż, chyba niepotrzebnie wspominałam Journey. Naprawdę to czaję. Jestem biała, powinnam uwielbiać słabego klasycznego rocka. Ale myślałam, że wszystkim nam podoba się żywa dyskusja na temat muzyki i heroiny. Może jednak wymknęła się spod kontroli, bo teraz Morgan składa keyboard, a Anna pisze do mamy, żeby ją odebrała. No to chyba gra się skończyła.

Moja matka przyjedzie dopiero za jakieś dwadzieścia minut, więc zostaję jeszcze w sali muzycznej. Właściwie nie przeszkadza mi to. Nawet całkiem fajnie jest grać samej. Pozwalam, by pałeczki mnie prowadziły, od wielkiego bębna do werbla i z powrotem. Trochę dopełnienia na tonach. Trochę czzz czz czzz na hi-hacie, a potem crash.

Crash.

Crash.

I jeszcze raz.

Nie słyszę wibracji telefonu, dopóki nie rozlega się powiadomienie z poczty głosowej. To musi być moja mama. Zawsze dzwoni, esemesy pisze tylko w ostateczności. Można by pomyśleć, że ma pięćdziesiąt albo milion lat, ale w rzeczywistości zaledwie trzydzieści pięć. Ja osiemnaście. Śmiało, policzcie. Można powiedzieć, że jestem grubą Rory Gilmore ze Slytherinu.

Nie odsłuchuję wiadomości, bo mama zawsze w takiej sytuacji wysyła mi od razu esemesa. I faktycznie, za moment dostaję to: BARDZOCIĘ PRZEPRASZAM, KOCHANIE. NIE DAM RADY SIĘ WYRWAĆ. MOŻESZ POJECHAĆ DZISIAJ AUTOBUSEM?

JASNE, odpowiadam.

JESTEŚ NAJLEPSZA. Emotikonka z buziakiem.

Szefowa mamy w kancelarii to niepowstrzymany robot i pracoholiczka, więc to się często zdarza. Albo to, albo randka. To nawet nie jest zabawne, w życiu uczuciowym mojej matki dzieje się więcej niż w moim. W tej chwili spotyka się z jakimś kolesiem o imieniu Wells. Jest łysy i bogaty, ma takie malusie uszy, a do tego wydaje mi się, że dobiega pięćdziesiątki. Widziałam się z nim raz, przez pół godziny, a on w tym czasie zdążył powiedzieć sześć żartów słownych i dwa razy rzucić „kurna”.

Tak czy inaczej, kiedyś miałam własny samochód, więc to nie miało wielkiego znaczenia – jeśli wracałam do domu przed mamą, po prostu wchodziłam do środka przez garaż. Jednak w zeszłe lato auto mamy się zepsuło, więc musiałam oddać jej moje, a to z kolei oznacza, że dzisiaj jadę do domu z trzydziestoma pięcioma pierwszoklasistami. Nie to, żebym była zgorzkniała.

Powinnam opuścić salę muzyczną do piątej, więc rozkładam perkusję i zanoszę do magazynku, bęben po bębnie. Tylko ja korzystam ze szkolnej perkusji. Wszyscy inni mają własne, w wyszykowanych piwnicach osobistych willi. Mój przyjaciel Nick posiada Yamahę DTX450K, który można dopasować do własnych potrzeb, a nawet nie jest perkusistą. Mnie nawet za milion lat nie będzie stać na taki sprzęt. Ale tak to już jest w Shady Creek.

Autobus odjeżdża dopiero za pół godziny, więc chyba pójdę pooglądać próbę. Nikogo nie obchodzi, że wejdę na widownię, chociaż przedstawienie ma premierę w piątek. Szczerze mówiąc, bywam tam tak często, że ludzie pewnie biorą mnie już za część obsady. Większość moich przyjaciół gra – nawet Nick, który nigdy wcześniej nie starał się o żadną rolę. Jestem pewna, że zrobił to wyłącznie po to, by spędzać czas ze swoją obrzydliwie uroczą dziewczyną. Ponieważ jednak jest żywą legendą, dostał od razu główną rolę.

Idę bocznym korytarzem, który prowadzi prosto na salę prób, i wślizguję się za drzwi. Oczywiście pierwszą osobą, jaką widzę, jest jedyny w swoim rodzaju Simon Spier, mój brach numer jeden i wielki pożeracz Oreo.

– Leah! – Stoi za kulisami, częściowo przebrany, otoczony przez kolegów. Nie mam pojęcia, jakim cudem pani Albright zdołała namówić tylu facetów do wzięcia udziału w castingu. Simon odsuwa się od nich. – Przyszłaś w samą porę, żeby posłuchać mojej piosenki.

– Tak właśnie planowałam.

– Naprawdę?

– Nie.

– Nienawidzę cię. – Najpierw trąca mnie łokciem, a potem przytula. – Nie, kocham cię.

– W ogóle mnie to nie dziwi.

– Nie mogę uwierzyć, że zaraz usłyszysz, jak śpiewam.

Uśmiecham się szeroko.

– Pełna ekscytacja.

Zaraz pada wyszeptane polecenie, które nie do końca słyszę, i chłopcy ustawiają się w rzędzie, zwarci i gotowi. Szczerze mówiąc, nie mogę na nich patrzeć bez rozbawienia. Tytuł musicalu to „Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze”, a wszyscy bracia Józefa noszą puszyste sztuczne brody. Nie wiem, może tak było napisane w didaskaliach w Biblii czy coś.

– Nie życz mi powodzenia – rzuca Simon. – Tylko połamania nóg.

– Chyba powinieneś już iść.

– Dobra, ale słuchaj, nie jedź autobusem. Po próbie wybieramy się do Waffle House.

– Przyjęłam.

Chłopaki wchodzą na scenę, a ja chowam się głębiej za kulisami. Teraz, gdy tłum się przerzedził, widzę Cala Price’a, inspicjenta, siedzącego za biurkiem za kotarą.

– Hej, Wiewióra.

Właśnie tak się do mnie zwraca, chociaż żaden ze mnie rudzielec. Nie przeszkadza mi to – Cal jest słodki jak bułeczka cynamonowa – ale za każdym razem, kiedy to słyszę, czuję ukłucie w sercu.

Tata nazywał mnie Wiewiórą. Kiedy jeszcze do mnie dzwonił.

– Widziałaś już tę scenę? – pyta Cal, a ja kręcę głową. Uśmiecha się i daje mi znak, żebym podeszła.

Chłopcy się zataczają. Nie potrafię inaczej tego opisać. Nauczyciel szkolnego chóru wygrywa jakąś brzmiącą francusko piosenkę na pianinie, a Simon wychodzi na środek, przyciskając dłoń do serca.

– Czy pamiętasz tamte dobre lata w Kanaan…

Głos mu drży, tylko troszeczkę, a jego francuski akcent to katastrofa. A jednak jest niesamowicie zabawny – pada na kolana, łapie się za głowę, jęczy – i nie chcę przesadzać, ale możliwe, że właśnie patrzę na najbardziej ikoniczny występ w historii teatru.

Nora staje obok mnie.

– Zgadnij, ile razy słyszałam, jak śpiewa to w sypialni.

– Proszę, powiedz, że nie ma o tym pojęcia.

– Nie ma pojęcia, że go słyszę.

Przykro mi, Simon, ale jesteś zbyt cenny. Gdybyś nie był gejem i w związku, totalnie bym za ciebie wyszła. I bądźmy szczerzy, poślubienie Simona byłoby czymś wspaniałym – i nie tylko dlatego, że byłam w nim żałośnie zakochana przez większość podstawówki. Nie, chodzi o coś więcej. Chętnie dołączyłabym do tej rodziny, bo Spierowie są dosłownie idealni. Nora zostałaby moją szwagierką, a do tego mają jeszcze zarąbistą starszą siostrę w college’u. A poza tym Spierowie mieszkają w wielkim, wspaniałym domu, w którym nie roi się od porozrzucanych wszędzie rzeczy. Kocham nawet ich psa.

Piosenka milknie, a ja wymykam się i idę na sam koniec widowni. To miejsce znane jest dzieciakom z teatru jako Alejka Macanek. Ale teraz siedzę tu zupełnie sama i poświęcam próbie tylko część uwagi. Oglądam wszystko z daleka. Nigdy nie brałam udziału w przedstawieniu, chociaż mama ciągle próbuje namówić mnie na casting. Rzecz w tym, że można spędzić całe lata na rysowaniu beznadziejnych prac w szkicowniku i nikt nie musi ich oglądać. Możesz grać na perkusji w pustej sali, dopóki nie poczujesz się wystarczająco pewnie na koncert. A jednak aktor nie może poświęcić kilku lat na graniu z dala od ludzi. Aktor ma publiczność od pierwszego dnia.

Rozbrzmiewa muzyka. Abby Suso wychodzi na środek, ma na sobie wielki naszyjnik z koralików i perukę Elvisa. I śpiewa.

Oczywiście jest niesamowita. Co prawda nie posiada takiej skali jak Nick i Taylor, ale potrafi pociągnąć nutę i jest zabawna. Właśnie w tym rzecz: na scenie totalnie się wygłupia. W pewnym momencie pani Albright wybucha śmiechem. A to już coś – nie tylko dlatego, że jej śmiech to wręcz rechot, ale dlatego, że pani Albright widziała to już tysiące razy. Abby jest aż tak dobra. Nawet ja nie potrafię odwrócić od niej wzroku.

Kiedy występ dobiega końca, pani Albright zaprasza aktorów na scenę, żeby wygłosić uwagi. Wszyscy rozkładają się na platformach, ale Simon i Nick trzymają się tyłu sceny, blisko Abby. Oczywiście.

Nick otacza ją ramieniem, a ona przytula się do niego. Oczywiście.

Nie ma tutaj Wi-Fi, więc nie mam się czym zająć i muszę słuchać uwag pani Albright, a później także dziesięciominutowego, nieproszonego monologu Taylor Metternich o „zatraceniu się w odgrywanej postaci”. Ukułam taką prywatną teorię, że Taylor podnieca się brzmieniem własnego głosu. Jestem pewna, że przeżyła już serię małych orgazmów, i to na naszych oczach.

Pani Albright wreszcie kończy próbę i wszyscy wychodzą, po drodze zabierając plecaki – ale Simon, Nick i Abby nadal stoją niedaleko orkiestry. Podnoszę się i przeciągam, po czym ruszam w ich stronę. W głębi ducha chciałabym obsypać ich komplementami, jednak coś mnie powstrzymuje. Może to zbyt boleśnie szczere, trochę zbyt w stylu Leah z piątej klasy. Nie wspominając już o tym, że na samą myśl o wychwalaniu Abby robi mi się niedobrze.

Przybijam Simonowi piątkę.

– Byłeś zajebisty.

– Nie wiedziałam nawet, że tu jesteś – rzuca Abby.

Trudno powiedzieć, co właściwie ma na myśli. Może to jakiś ukryty przytyk. Na przykład „Co ty w ogóle tutaj robisz, Leah?”. Albo: „Nawet nie zwróciłam na ciebie uwagi, jesteś taka nieistotna”. Może przesadzam. Nieraz już mi się to zdarzało w przypadku Abby.

Kiwam głową.

– Słyszałam, że wybieracie się na gofry.

– Tak, czekamy tylko na Norę.

Mija nas Martin Addison.

– Hej, Symeonie – mówi.

– Hej, Rubenie – odpowiada Simon, podnosząc wzrok znad telefonu.

Tak nazywają się grani przez nich bohaterowie. Tak, Simon gra postać o imieniu Symeon, bo pani Albright chyba nie mogła sobie darować. Ruben i Symeon są braćmi Józefa, a ja jestem pewna, że wszystko to byłoby bardzo urocze, gdyby nie brał w tym udziału Martin Addison.

Martin nie zatrzymuje się, a z oczu Abby lecą gromy. Naprawdę trudno wyprowadzić ją z równowagi, a Martinowi udaje się to osiągnąć samym istnieniem. I tym, że ciągle próbuje zagadywać do Simona, jakby zeszły rok nigdy się nie wydarzył. Jest taki cholernie bezczelny. Simon nie rozmawia z Martinem zbyt wiele, ale wkurza mnie, że w ogóle to robi. Oczywiście nie mogę mu mówić, do kogo ma się odzywać. Wiem jednak – po prostu to widzę – że Abby wkurza się tak samo jak ja.

Simon wraca do telefonu, najwyraźniej pisząc do Brama. Spotykają się trochę ponad rok i są jedną z tych par, które przyprawiają o mdłości swoim szczęściem. Nie chodzi o to, że robią nie wiadomo co na oczach innych ludzi. W szkole prawie się nie dotykają, pewnie dlatego, że jest tutaj pełno dinozaurów, którzy są dupkami wobec gejów. Ale Simon i Bram cały dzień piszą do siebie i rzucają sobie tak wymowne spojrzenia, jakby nie mogli wytrzymać pięciu minut bez bliskiego kontaktu. Jeśli mam być zupełnie szczera, trudno im nie zazdrościć. Nie chodzi nawet o ten cały cukierkowo-magiczno-erotyczny romans jak z bajki. Chodzi o to, że się odważyli. Mieli jaja, żeby powiedzieć „walić to, walić Georgię, walić wszystkich dupkowatych homofobów”.

– Bram i Garrett spotkają się z nami na miejscu? – pyta Abby.

– Tak. Właśnie schodzą z boiska. – Simon się uśmiecha.

Ostatecznie ląduję na fotelu pasażera w samochodzie Simona. Z tyłu siedzi Nora i przekopuje się przez swój plecak. Ma na sobie dżinsy z podciągniętymi nogawkami, całe upaćkane farbą, a włosy spięła w bezładny koczek. Jedno ucho ma poprzekłuwane na całej długości, a w nosie mały niebieski kolczyk, który założyła sobie w zeszłe wakacje. Dziewczyna jest po prostu przeurocza. Uwielbiam to, jak bardzo przypomina Simona, oraz to, że oboje wyglądają jak ich starsza siostra. Są dosłownie rodziną kopiuj-wklej.

Wreszcie Nora wyściubia nos z plecaka, pokazując ogromną, nieotwartą jeszcze torebkę M&M’sów.

– Umieram z głodu.

– Przecież jedziemy do Waffle House – mówi Simon, ale i tak wyciąga rękę po cukierki.

Biorę garść i są idealnie rozpuszczone – co znaczy tyle, że nie do końca, po prostu trochę miękkie w środku.

– Czyli nie było tragedii, co? – pyta Simon.

– Mówisz o sztuce?

Kiwa głową.

– Ani trochę. Było super.

– No, ale ludzie ciągle jeszcze mylą tekst, a premiera już w piątek. A pieprzony Potifar skopał dzisiaj całą piosenkę. Boże, potrzebuję gofra.

Wyciągam telefon i sprawdzam Snapchata. Abby opublikowała epicko długą story z próby, a wygląda to jak profesjonalna komedia romantyczna. Krótkie ujęcie Nicka i Taylor śpiewających na scenie. Selfie Abby i Simona, z bardzo bliska. A potem jeszcze większe zbliżenie na twarz Simona, na którym jego dziury w nosie są takie wielkie. Abby wrzuciła w jedną z nich emoji z pandą. A potem znowu Abby i Nick, i tak w kółko.

Wkładam komórkę z powrotem do kieszeni. Simon skręca na autostradę Mount Vernon. Czuję się dziwnie podenerwowana – jakby coś mnie niepokoiło, ale zapomniałam co. Jakby ktoś wbijał mi małą szpilkę w mózg.

– Nie rozpoznaję piosenki, którą wygrywasz – oznajmia Nora.

Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że zwraca się do mnie, a kolejny moment zajmuje mi zauważenie, że pukam w drzwiczki schowka.

– Ha. Nie mam pojęcia.

– To leci jakoś tak – mówi Nora, wystukując prosty rytm na oparciu mojego fotela. Bum-tap-bum-tap. Całe osiem nut, szybkich i rytmicznych. Mój umysł natychmiast uzupełnia resztę.

To Don’t Stop Believin’. Mój mózg to dupek.

2

Na parkingu przed Waffle House rozpoznaję mnóstwo samochodów ze szkoły. Simon wyłącza silnik i zerka na telefon.

Pierwsze, co widzę po wyjściu z auta, to blond grzywa Taylor.

– Leah! Nie miałam pojęcia, że przyjdziesz. Totalnie myślałam, że będą tylko ludzie z teatru, ale super, że jesteś! – Naciska guzik przy kluczach i jej samochód piszczy dwa razy. Trochę to dziwne, bo nie przypominam sobie, żeby Taylor miała jeepa. Zwłaszcza nie takiego z plastikowymi jądrami przyczepionymi do zderzaka.

– Twój samochód ma bardzo realistyczne jaja, Taylor.

– Żenujące, nie? – Dogania mnie. – Brat wrócił na ferie wiosenne i zablokował mi auto. Musiałam wziąć jego.

– O rany. Najgorzej.

– Ta, złoty chłopak i jego klejnoty – odpowiada.

Dobra, przyznaję to jako pierwsza: czasami zajebiście uwielbiam Taylor.

Przytrzymuje drzwi i wchodzę za Simonem i Norą do środka. Naprawdę lubię zapach unoszący się w Waffle House. To idealne połączenie masła, syropu klonowego, bekonu i może cebulki? Cokolwiek to jest, powinni to butelkować i umieścić na rynku zapachów, żebym mogła rysować seksowne mangowe postaci, które pachną jak WaHo. Od razu zauważam garstkę ludzi z teatru siedzącą w kącie. W tym Martina Addisona.

– Nie usiądę tu – mówię, zwracając się do Nory.

Kiwa nieznacznie głową.

– Ja tak samo.

– Z powodu Martina? – pyta Taylor.

– Chodźmy tam – rzucam, ściągając wargi.

Jasne, że ta draka z Martinem wydarzyła się dawno temu i może powinnam już odpuścić. Ale nie potrafię. Naprawdę nie potrafię. Ten gość dosłownie wyautował Simona przed wszystkimi. A dokładniej, dowiedział się o tym, że Simon jest gejem, szantażował go, a potem go wyautował przed wszystkimi. Od tego czasu praktycznie się do niego nie odzywam, podobnie jak Nora. I Bram. I Abby.

Siadam obok Nory w boksie niedaleko wejścia, a Taylor wybiera miejsce, które Simon wyraźnie chciał zająć dla Brama. Kiedy kelnerka podchodzi zebrać pierwsze zamówienia, wszyscy oprócz mnie proszą o gofry. Ja chcę tylko colę.

– Jesteś na diecie? – pyta Taylor.

– Słucham?

Bez kitu, kto tak mówi? Po pierwsze, właśnie zeżarłam dwadzieścia megaton M&M’sów. Po drugie, zamknij się do cholery. Przysięgam, że ludziom nie starcza wyobraźni, żeby pojąć istnienie grubej dziewczyny, która nie jest na diecie. Czy tak trudno uwierzyć, że lubię swoje ciało?

Nora trąca mnie łokciem i pyta, czy wszystko w porządku. Widocznie zrobiłam kwaśną minę.

– Rany boskie, jesteś chora? – pyta Taylor.

– Nie.

– Panicznie boję się, że coś złapię. Piję herbatę litrami i oszczędzam głos, o ile nie jestem na próbie, oczywiście. Wyobrażasz sobie, że mogłabym stracić głos w tym tygodniu? Nawet nie wiem, co biedna pani Albright by wtedy poczęła.

– Racja.

– No bo jestem praktycznie w każdej piosence. – Zanosi się takim dziwnym, piskliwym śmiechem. Nie wiem, czy jest zdenerwowana i udaje, że nie, czy może na odwrót.

– Może faktycznie powinnaś oszczędzać głos – sugeruję.

Przysięgam, że kiedy ćwiczy z zespołem, łatwiej ją znosić. No i mam dobre wytłumienie w słuchawkach.

Taylor już otwiera usta, żeby mi odpowiedzieć, kiedy do Waffle House wchodzą Abby i chłopaki. Garrett wciska się obok mnie, a Bram siada przy Taylor, z Abby i Nickiem na krańcach. To zabawne, bo Taylor wcześniej siedziała w typowy dla siebie sposób – jakby była modelką w Paryżu – a teraz tak mocno wychyla się w stronę Nicka, że praktycznie leży na stoliku.

– Hej, słyszałam, że razem z Simonem jedziecie na ferie do Bostonu.

Taylor. Dwadzieścia minut siedziałaś obok Simona, ale oczywiście musiałaś zadać to pytanie dopiero po przyjściu Nicka.

– Ano – odpowiada Nick. – Robimy ostatnią trasę po uczelniach, najpierw Tufts i BU, potem Wesleyan, NYU, Haverford i Swarthmore. Więc lecimy do Bostonu, wynajmujemy samochód, a potem ruszamy do Filadelfii.

– Wyprawa! – rzuca Simon i wyciąga rękę, żeby przybić piątkę.

– Z waszymi mamami – dodaje Abby.

Nie potrafię ogarnąć, jak wiele ludzie są w stanie wydać na takie rzeczy. Przecież trzeba kupić bilety na samolot, opłacić noclegi w hotelach, wynajem samochodu i jeszcze dużo innych – a przecież nawet nie wiedzą, czy dostali się do którejkolwiek z tych uczelni. Nie wspominając już o tym, że Simon wydał setki dolarów na same opłaty rekrutacyjne, chociaż uparł się na Uniwersytet Nowojorski. Co, jestem tego pewna, nie ma absolutnie nic wspólnego z faktem, że Bram został już przyjęty do Columbii.

– Ale super! – cieszy się Taylor. – Ja jadę do Cambridge, żeby obejrzeć Harvard. Powinniśmy się spotkać!

– Jasne, może – rzuca Nick.

Simon krztusi się wodą.

– Abby, ty też szukasz czegoś na północnym wschodzie? – pyta Taylor.

– Nie. – Abby się uśmiecha. – Wybieram się do Georgii.

– Nie próbujesz być bliżej Nicka?

– Nie stać mnie na to.

Trochę dziwnie usłyszeć to wprost. Zwłaszcza że idę na tę samą uczelnię z tego samego powodu. Uniwersytet Georgii to jedyne miejsce, do którego złożyłam podanie. Zaakceptowali mnie już kilka miesięcy temu. Kwalifikuję się do stypendium Zella Millera. Wszystko załatwione.

Tylko nigdy nie wiem, co myśleć, kiedy mam coś wspólnego z Abby Suso. A już zwłaszcza nie wiem, jak się czuć w związku z tym, że idziemy do tej samej szkoły. Na bank będzie udawać, że się nie znamy.

Potem Garrett zaczyna opowiadać o wyższości politechniki nad uniwerkiem. W sumie nie obchodzi mnie to, ale dobrze, że nie ma z nami Morgan. Zabawne – Morgan to taki mały, walczący o sprawiedliwość społeczną geek, że nikt by się tego nie spodziewał, ale tak naprawdę jest z jednej z tych hardkorowych rodzin UGA[1], które cały czas gadają o futbolu. Cały dom mają urządzony w czerni i czerwieni, wszędzie są pyski buldogów, a przed meczem zawsze robią piknik z bufetem w samochodzie. Nigdy tego nie zrozumiem. Nie mam nic do futbolu, ale w uczelni bardziej interesuje mnie część związana z nauką.

Mam ochotę odpłynąć myślami, ale Garrett ciągle do mnie zagaduje.

– Okej, mam coś. Leah, najdłuższe trzy lata studentki UGA?

– Poddaję się.

– Jej pierwszy rok.

– Haha.

Garrett Laughlin w swoim naturalnym stanie.

W końcu wszyscy zaczynają rozmawiać o zeszłotygodniowym meczu Brama i Garretta. Nick wydaje się trochę smutny i naprawdę tego nie rozumiem. To nie tak, że nigdy nie będzie już mógł grać w piłkę nożną. Wróci na boisko, gdy tylko wystawią przedstawienie. A jednak szkoda, gdy życie toczy się dalej bez ciebie. Czasami czuję się odrzucona nawet wtedy, gdy toczy się ze mną.

Kelnerka znowu do nas podchodzi i zbiera drugą porcję zamówień, po czym w ciągu dwudziestu minut mamy przed sobą furę jedzenia. Simon zaczął wykład o przedstawieniu, więc kiedy nie widzi, kradnę mu kawałek bekonu.

– I ciągle dręczy mnie przeczucie, że teraz, gdy wreszcie mamy orkiestrę i scenografię, wszystko się rozpadnie. Bez kitu, scenografia powinna być gotowa tydzień temu.

Norma patrzy na niego z ukosa.

– Może i byłaby gotowa, gdyby pracował nad nią ktoś jeszcze oprócz mnie i Cala.

– Zaorane – rzuca Garrett.

– W ostatecznym rozrachunku – wtrąca Taylor – scenografia nie ma znaczenia. Liczy się aktorstwo.

Nora wzdycha, uśmiechając się krzywo.

Pochylamy się chwilę nad talerzami, a potem kelnerka przynosi nam oddzielne rachunki. Całkiem miło z jej strony. Nie cierpię wspólnych rachunków, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ma pomysł podzielić wszystko po równo – nie chcę być wredna, ale nie bez powodu nie zamówiłam kanapki za dwadzieścia dolców. Po kolei podchodzimy do kasy, żeby zapłacić, a potem zostawiamy napiwki na stoliku. Oczywiście Garrett, który zamówił gofry z podwójnymi dodatkami, placki ziemniaczane i kiełbaskę, zostawia dosłownie dolara. Nie rozumiem tego. Zostaw prawdziwy napiwek, dupku. Dorzucam coś od siebie, żeby się wyrównało.

– Niezły napiwek za jedną colę – stwierdza Abby, a ja uśmiecham się pod nosem.

Reszta idzie już w stronę wyjścia, ale Abby została z tyłu i właśnie zapina kurtkę.

– Moja mama była kiedyś kelnerką.

– To bardzo miłe z twojej strony.

Wzruszam ramionami i uśmiecham się, ale jest mi dziwnie. Zawsze tak się czuję przy Abby. Chyba mam z nią jakiś problem. Choćby dlatego, że jest ładna – nie cierpię tak ładnych ludzi. Ma oczy jak księżniczka Disneya, ciemnobrązową skórę, kręcone włosy i widoczne kości policzkowe. A jej twarz nie jest ani trochę wredna. Właściwie Abby to chodząca żelka. Jest idealna w małych dawkach, ale w dużych sprawia, że rzygasz z przesłodzenia.

Posyła mi ten swój półuśmiech i wychodzimy. Taylor zniknęła razem ze swoimi plastikowymi jądrami, a Garrett zmył się na lekcje fortepianu. Reszta po prostu stoi. Simon i Bram trzymają się za ręce, ale właściwie to tylko opuszki ich palców są splecione. Nie pozwalają sobie na więcej w miejscach publicznych.

Z kolei Nick obejmuje Abby, jakby musiał nadrobić tę godzinę, kiedy siedzieli po przeciwnych stronach boksu. Typowe. Czyli odstawiamy scenkę pod tytułem „zakochane pary przed Waffle House”. Może powinnyśmy teraz całować się z Norą, żeby nie odstawać.

Jednak Abby wyswobadza się z objęć Nicka i podchodzi do mnie.

– Piękne – mówi, pokazując na moje etui do telefonu. Właściwie to jeden z moich mangowych szkiców; Anna zrobiła mi taką niespodziankę na urodziny w tym roku. – Ty to narysowałaś, prawda?

– No. – Przełykam głośno ślinę. – Dzięki, Abby.

Otwiera szerzej oczy, nieznacznie, jakbym w jakiś sposób zbiła ją z tropu, zwracając się do niej po imieniu. Cóż, nie rozmawiamy ze sobą zbyt wiele. Tylko w grupie. Chociaż kiedyś było inaczej.

Mruga, a potem kiwa głową.

– A więc. Uniwersytet Georgii, co?

– Uczelnia jak uczelnia.

– Tak. – Wybucha śmiechem; tak nagle, że aż sama poczuła się z tym niepewnie. – Właściwie to chciałam cię zapytać…

Słychać klakson i podnosimy wzrok. Rozpoznaję samochód Abby – a raczej samochód jej mamy, tak sądzę, lecz dzisiaj za kierownicą siedzi chłopak z najpiękniejszymi kośćmi policzkowymi, jakie kiedykolwiek widziałam – ma duże oczy, ciemną skórę i na oko niewiele ponad dwadzieścia lat.

– Rany boskie, mój brat wrócił do domu! Miał przyjechać dopiero wieczorem. – Abby szczerzy zęby w uśmiechu, krótko dotykając mojego ramienia. – Okej, pogadamy później. Widzimy się jutro.

Chwilę później już całuje Nicka na pożegnanie. Odwracam szybko wzrok, mrużąc oczy w blasku słońca.

[1] Uniwersytet Georgii [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

3

Piszę do mamy, a ona obiecuje odebrać mnie spod Waffle House w drodze do domu. Nie mija wiele czasu i zostaje już tylko Bram, który siada obok mnie na krawężniku.

Uśmiecham się do niego.

– Nie musisz czekać ze mną.

– Och, wcale nie dlatego tu jestem. Tata jest akurat na mieście i ma po mnie zajechać.

Rodzice Brama rozwiedli się, co stanowi dla mnie dziwne pocieszenie. Nie w takim wrednym sensie. Nie życzę Bramowi beznadziejnego życia ani nic. Chodzi o to, że wszyscy moi przyjaciele mają rodziny jak z obrazka – kochający się rodzice w wielkich domach, z rodzinnymi zdjęciami w ramkach na ścianach. To pocieszające poczuć, że nie tylko ja za tym tęsknię.

– Wpadł w odwiedziny?

Bram kiwa głową.

– Przyjechali na tydzień z macochą i Calebem. Idziemy teraz na lody.

– Nie wierzę, że Caleb jest już dość duży, żeby jeść lody. Przecież dopiero co się urodził, nie?

– No właśnie, nie? W czerwcu skończy roczek.

– Niesamowite.

Bram się uśmiecha.

– Chcesz go zobaczyć? Mam go na tapecie.

Podaje mi telefon, a ja dotykam wyświetlacza.

– Przyznaję, jest przeuroczy.

To selfie Brama i Caleba, obaj się uśmiechają i przytulają; najsłodsze zdjęcie świata. Ojciec Brama jest biały, macocha chyba też, bo mały jest najbledszym dzieciaczkiem, jakiego widziałam. Nie wiem dlaczego, ale zaskakuje mnie to za każdym razem, kiedy patrzę na jakieś jego zdjęcie. Jest zupełnie łysy i ma wielkie, brązowe oczy. To zabawne, bo Bram i Caleb wydają się dziwnie do siebie podobni. Mimo że Bram ma ciemną skórę, włosy i się nie ślini. Szaleństwo.

Bram chowa telefon do kieszeni i odchyla się, opierając na rękach. Oblewa mnie fala niespodziewanej nieśmiałości. Nagle zdaję sobie sprawę, że chyba pierwszy raz spędzamy z Bramem czas tylko we dwoje, chociaż przeprowadził się tutaj po pierwszej klasie. Zawsze był dla mnie tylko elementem tła, dopóki nie zaczął chodzić z Simonem. Szczerze mówiąc, wrzucałam go do jednego worka z Garrettem.

Staram się zamaskować jakoś tę niezręczność.

– Chcesz coś zobaczyć? – pytam.

– Jasne. – Prostuje się.

– Dobra, przygotuj się. – Wchodzę do galerii na swojej komórce i przeglądam zdjęcia. Potem podaję telefon Bramowi.

Jego dłoń natychmiast wędruje do ust.

– Niesamowite, nie?

Kiwa powoli głową.

– O mój Boże.

– Siódma klasa.

– Nie wierzę.

– Wiem. Simon był przeuroczy, nie?

Bram gapi się na zdjęcie, w kącikach oczu robią mu się kurze łapki, a wyraz jego twarzy sprawia, że czuję ukłucie w sercu.

No bo jest taki zakochany. Dzieciak oddał całe swoje serce.

Właściwie fotografia przedstawia całą naszą trójkę – Simona, Nicka i mnie. Chyba zrobiono ją na bat micwie Morgan. Mam na sobie jasnoniebieską sukienkę, trochę w stylu Elizy Hamilton. Mam w ręku dmuchany saksofon, uśmiecham się, a Nick ma na sobie za duże okulary. Jednak gwiazdą zdjęcia jest Simon. Mój Boże.

Simon nosił wtedy na każdą bat micwę i wszystkie tańce świecący w ciemności krawat. Tym razem jednak założył go sobie na głowę jak Rambo, wygłupiając się przed obiektywem. No i jest taki cholernie drobny. Nie wiem, jak mogłam o tym zapomnieć. Urósł kilka centymetrów w ósmej klasie i mniej więcej w tym samym czasie zaczął słuchać dobrej muzyki i przestał nosić te koszulki z wielkimi pyskami wilków. Jestem pewna, że zdjął ostatnią koszulkę z wilkiem i dwie godziny później w Shady Creek pojawił się Bram.

– Nigdy nie widziałeś jego zdjęć z dzieciństwa? – pytam.

– Tylko te z wczesnego dzieciństwa, mam bana na te z podstawówki.

– Czyli Simon nie powinien był zostawiać nas samych.

– Właśnie tak. – Szczerzy zęby w uśmiechu i zaczyna pisać wiadomość.

Kilka chwil później nasze telefony odzywają się w tym samym momencie. POKAZAŁAŚ MU KRAWAT? LEAH, COŚ TY NAROBIŁA?

TO BARDZO ELEGANCKI KRAWAT, pisze Bram.

CÓŻ, BYŁEM BARDZO ELEGANCKIM MŁODYM MĘŻCZYZNĄ, ALE

MAM POWIEDZIEĆ BRAMOWI O LAMPCE NOCNEJ?

Bram się uśmiecha.

– Lampce nocnej?

TO BYŁ BUDZIK. PRZY OKAZJI MIAŁ TEŻ WBUDOWANĄ LAMPKĘ.

– To była nocna lampka. – Uśmiecham się do Brama. – Miała mały księżycowy rogal i myszkę. Simon pewnie jeszcze jej nie wyrzucił.

– To naprawdę urocze i niekoniecznie zaskakujące.

– No nie? Trzymał ją przy łóżku aż do ósmej klasy.

Bram wybucha śmiechem, po czym pisze coś, wysyła i podciąga nogi na krawężnik.

Tylko że nie dostaję od niego wiadomości. Czyli napisał coś tylko do Simona. Do swojego chłopaka. Zupełnie zrozumiałe. I pewnie nie powinnam się czuć, jakbym właśnie została wygnana z jakiejś wyspy.

Kilka minut później podjeżdża moja mama, opuszcza okno i macha.

– To twoja matka? – pyta Bram. – Wow. Naprawdę ładna.

– No, często to słyszę. – Nie żartuję: Simon nazwał ją kiedyś „kwintesencją seksownej mamuśki”. – Na pewno nie chcesz, żebyśmy poczekały z tobą?

– Nie trzeba, mój ojciec na pewno zaraz podjedzie.

Mama wychyla się przez okno.

– Cześć! Ty jesteś Bram, prawda? Ten piłkarz?

Bram wydaje się zaskoczony.

– Och. Tak.

– I wybierasz się do Columbii.

Boże. Ona tak zawsze. Wyrzuca z siebie zupełnie przypadkowe szczątki informacji, żeby pokazać, jak bardzo jest zaangażowana w moje życie. Znajomi pewnie myślą, że po powrocie do domu przepytuję ją, wykorzystując przygotowane wcześniej fiszki.

No cóż, w pewnym sensie faktycznie opowiadam jej o wszystkim, z patologicznym przywiązaniem do szczegółów. Jest na bieżąco z plotkami z Tumblra, do tego wie o wszystkich chłopakach, którzy mi się podobają. Oczywiście powiedziałam jej też, że jestem biseksualna, chociaż nikt z moich znajomych o tym nie wie. Przyznałam jej się do tego w wieku jedenastu lat, w czasie przerwy reklamowej, gdy oglądałyśmy Celebrity Rehab.

Tak czy inaczej, Bram jest albo świętym, albo uwielbia moją mamę. Mówi do niej pani Keane, co właściwie budzi mój podziw. Nikt nigdy nie pamięta, że mamy inne nazwiska.

Mama wybucha śmiechem.

– Jesteś taki uroczy. Ale poważnie, mów do mnie Jessica.

Już słyszę, jak będzie wyglądać nasza rozmowa w trakcie drogi powrotnej do domu. „Mój Boże, Lee! On jest taki kochany. Simon musi być przeszczęśliwy. Co za słodziak. Bla, bla, bla”.

Wiem, że mam farta. Zawsze słyszy się o rodzicach, którzy nie akceptują znajomych swoich dzieci, a moja mama jest ich dokładnym przeciwieństwem. Uwielbia każdego, kogo jej przedstawię. Podobał jej się nawet Martin Addison, chociaż widziała go tylko kilka razy. Oczywiście moi znajomi są nią zauroczeni. Doskonały przykład: zanim zdążyłam zapiąć pasy, Bram już zaprosił moją mamę na premierę przedstawienia. Bo to wcale nie jest dziwne.

– Nadal uważam, że powinnaś była iść na casting, Lee – mówi matka, kiedy wyjeżdżamy na główną ulicę. – Józef to prawdziwa bomba.

– Nie mów „bomba”.

– Józef to prawdziwy wypas.

Nie zamierzam w ogóle odpowiadać.

4

– Przyszło coś do ciebie – oznajmia mama w czwartkowy poranek, gdy tylko schodzę na śniadanie, i podaje mi kopertę.

List wysłano z Uniwersytetu Georgii – widzę ich adres zwrotny i logo. Koperta nie jest tak duża jak wtedy, gdy dostałam zawiadomienie o przyjęciu na studia. To zwyczajnych rozmiarów koperta, doskonała, by wysłać w niej list od dziekana, który wycofuje moją kandydaturę i odbiera stypendium. Niniejszym informuję, że przyjęcie Pani w poczet studentów w ramach Programu Stypendialnego Uniwersytetu Georgii w rzeczywistości było błędem. Zgodnie z danymi w naszej bazie powinniśmy byli wysłać wiadomość do innej Leah Burke, która nie jest chodzącym nieogarnięciem. Przepraszamy za zaistniałą sytuację.

– Otworzysz? – pyta mama, opierając się o blat. Ma pomalowane oczy, jak czasami do pracy, i wygląda obrzydliwie pięknie. Jej oczy są elektryzująco zielone. Powinnam zaznaczyć, że posiadanie matki, która jest od ciebie ładniejsza, ssie.

Biorę głęboki wdech i rozrywam kopertę. Mama patrzy na mnie, gdy czytam.

– Wszystko w porządku?

– Tak, totalnie w porządku. – Czuję, jak się rozluźniam. – To tylko informacje o wycieczkach i dniu przyjętych.

– Pewnie powinnyśmy się wybrać, co?

– To nie ma znaczenia.

To nie może mieć znaczenia. Bo moja mama to nie jest mama Simona czy Nicka. Nie może z dnia na dzień wziąć wolnego i jechać ze mną na kampus. Nawet nie potrafię jej sobie wyobrazić na takiej wycieczce. Sama nigdy nie byłam, ale Simon opowiadał, że w zasadzie jest tam tłum przerażonych dzieciaków, które głównie się krzywią, a ich rodzice zadają pytania. Podobno ojciec Simona poprosił przewodnika w Duke, żeby „powiedział coś więcej o scenie gejowskiej na kampusie”.

– Miałem ochotę umrzeć – powiedział mi Simon.

Jestem pewna, że gdyby moja matka wybrała się na taką wycieczkę, trzymałaby się z tyłu i szydziła ze wszystkich innych rodziców, przewracając oczami. Pewnie kilku studentów z bractw próbowałoby ją podrywać.

– Naprawdę, nie musimy.

Uśmiecha się.

– Uważam, że mimo wszystko powinnaś się zapisać. Załatwię sobie wolne w pracy i możemy cały dzień spędzić razem. Poza tym Wells ma rodzinę w Athens, więc…

Śmieję się, nie wierząc w to, co słyszę.

– Nie zamierzam oglądać kampusu z Wellsem.

Daje mi prztyczek w ramię.

– Możemy porozmawiać o tym później. Chcesz jogurt?

– Jasne. – Zbieram włosy do tyłu. – Tak czy inaczej, sprawdzę po prostu, kiedy Morgan się wybiera. Mogę udawać jedną z córek Hirschów.

– To jakiś pomysł. I mogłabyś założyć koszulkę politechniki, żeby zrobić im na złość.

– Tak, mamo. Zostanę prawdziwą gwiazdą na kampusie.

Odzywa się mój telefon. To wiadomość od Simona. O. BOŻE. SPIEPRZYŁEM. LEAH.

– Dobra, muszę uciekać – oznajmia mama, stawiając przede mną jogurt. – Miłego dnia.

Żegnam się z nią i wracam do komórki. EJ, TO JA TU JESTEM MISTRZYNIĄ PIEPRZENIA SOBIE ŻYCIA. MAM ZA SOBĄ LATA TRENINGU. NIE DORASTASZ MI DO PIĘT.

NO, DOBRA. TO BYŁO ŚMIESZNE. ALE SERIO.

CO SIĘ STAŁO?

Trzy kropki.

A potem: GŁOS MI SIĘ ŁAMIE!

SŁUCHAM?

KIEDY ŚPIEWAM.

UROCZO. Emoji z sercami zamiast oczu. Zjadam trochę jogurtu.

LEAH, TO NIE JEST UROCZE. ZA CHWILĘ PREMIERA. BEZ KITU PRAKTYCZNIE MAMY JUŻ TERAZ SZKOLNE PRZEDSTAWIENIE

JESTEŚ ZBYT NERWOWY.

HYBA TY.

*CHYBA. CHOLERA, NIE WIERZĘ, ŻE TAK NAPISAŁEM. I TO WIELKIMI LITERAMI. RANY, NIE MÓW BRAMOWI AAAAAAAAAAA CHOLERA JUŻ PO MNIE

SIMON. NIC CI NIE JEST.

Wyrzucam kubek po jogurcie i wkładam łyżeczkę do zlewu. Ósma piętnaście. Już czas, żeby iść na przystanek. Chociaż jest naprawdę zimno. Chociaż moje kciuki mnie znienawidzą.

A POZA TYM NIGDY NIE SŁYSZAŁ, JAK ŚPIEWAM, I ZERWIE ZE MNĄ.

Wybucham śmiechem. BRAM ZERWIE Z TOBĄ, GDY USŁYSZY TWÓJ ŚPIEW?

TAK, odpowiada Simon.

Wyobrażam go sobie w ten sposób: krąży za kulisami, w połowie przebrany w kostium. Szkolne przedstawienia to właściwie próby kostiumowe, ale wszyscy urywają się z lekcji, żeby je obejrzeć. Uczniowie ostatniej klasy nawet nie muszą meldować się na pierwszej lekcji. Chcę przyjść wcześnie, żeby zająć miejsce z przodu, skąd mogę przeszkadzać Simonowi i Nickowi. Ale oczywiście mój autobus się spóźnia. Jak zawsze, gdy jest zimno.

NAPRAWDĘ NIE SŁYSZAŁ JESZCZE, JAK ŚPIEWASZ?

JA NIE ŚPIEWAM. I natychmiast dodaje: ALE SERIO, CO JEŚLI GŁOS MI SIĘ ZAŁAMIE I WSZYSCY ZACZNĄ RZUCAĆ WE MNIE POMIDORAMI, ZOSTANĘ ŚCIĄGNIĘTY SIŁĄ ZE SCENY HAKIEM JAK W KRESKÓWKACH?

TO SIĘ NAPRAWDĘ ZDARZA, odpisuję. NAGRAM WSZYSTKO.

Nora już na mnie czeka, gdy wysiadam z autobusu.

– Dzięki Bogu, już jesteś. Co teraz robisz?

Przeczesuje palcami kręcone włosy. Poważnie, nigdy nie widziałam jej tak zdenerwowanej. Nawet wtedy, gdy jedenastoletni Simon uformował brownie tak, żeby wyglądało jak kupa, i zjadł je na naszych oczach.

Patrzę na nią.

– Co się dzieje?

– Martin Addison się przeziębił – mówi powoli, mrugając, jakby sama w to nie wierzyła.

– Okej. Nie będę się z nim całować.

Chyba mnie nawet nie słucha.

– Dlatego został w domu, żeby oszczędzać głos na jutro, ale teraz nie mamy Rubena, a powinniśmy zacząć właściwie w tej chwili. Dlatego pomyślałam…

– Nie mogę grać Rubena.

– Jasne. – Zaciska usta.

– Ja nie umiem śpiewać, Nora. Wiesz o tym.

– Tak, wiem. Tylko że… – Śmieje się nerwowo. – Cal zastępuje Martina, więc ja teraz jestem Calem, a ty musisz być mną.

– Tobą?

– Asystentką inspicjenta.

– Aha. – Waham się. – A kto to właściwie jest?

Zaczyna iść szybkim krokiem, co jest do niej zupełnie niepodobne. Muszę biec, żeby za nią nadążyć.

– No dobra, czyli będę miała zestaw słuchawkowy i będę podpowiadać kwestie – mówi. – Czyli ty musisz pilnować aktorów i upewnić się, że wszyscy są na swoich miejscach. I pomagać przy zmianie scenografii. Właściwie masz być gotowa do gaszenia pożarów. Możesz to zrobić, prawda? Po prostu będziesz wrzeszczeć na ludzi. Doskonale się do tego nadajesz.

– Co to ma niby znaczyć?

– Ale. – Zatrzymuje się w pół kroku i mierzy mnie wzrokiem. – Cholera. Masz jakieś czarne ubranie? Albo granatowe? Jakąś bluzę z kapturem czy coś.

– Eee… Nie przy sobie. – Patrzę w dół, oceniając swój strój. Mam na sobie miętową letnią sukienkę, ciemnozielony kardigan, szare rajstopy i złote glany. No bo co innego miałabym założyć w Dniu Świętego Patryka?

– Okej. – Nora pociera policzek. – Okej, znajdziemy coś. Po prostu leć na razie za kulisy i ktoś cię wyszykuje. Bardzo ci dziękuję za to, że zgodziłaś się nam pomóc.

Nie jestem pewna, czy się zgodziłam. Nora jednak znowu rusza do biegu i nagle zdaję sobie sprawę, że stoję przed drzwiami prowadzącymi na tyły sceny. Czyli zostałam asystentką inspicjenta. Najwyraźniej.

Wślizguję się za kulisy i zastaję tam totalny chaos. Nie wiem, może Cal jest skrycie strasznie wymagającym dupkiem, bo gdy tylko go zabrakło, wszystko się rozleciało. Jacyś pierwszoklasiści właśnie walczą ze sobą za pomocą pastuszych kijów zabranych ze stołu z rekwizytami, a te – nie będę kłamać – wyglądają dokładnie jak kreskówkowe haki z koszmarów Simona. Dwóch Kudłatych Izraelitów całuje się między kotarami, a Taylor siedzi na podłodze z zamkniętymi oczami. Chyba właśnie medytuje.

Zerkam za kurtynę, a tam na przedstawienie czeka morze niewyspanych uczniów. Od razu zauważam moją ekipę w pierwszym rzędzie: Brama, Garretta, Morgan i Annę. I puste miejsce w środku – najwyraźniej zarezerwowane dla mnie. Jestem z tego powodu dziwnie wzruszona.

– Hej. – Pojawia się Nora i podaje mi stertę materiału. – To Garretta, więc powinno przykryć większość twojej sukienki. Wybacz, jeśli brzydko pachnie.

Rozwijam powoli materiał, trzymając go w wyciągniętych rękach. To granatowa bluza z kapturem z małą osą wyhaftowaną z przodu. Pieprzona bluza politechniki. Jednak Garrett jest wysoki i szeroki w ramionach, więc ubranie nawet na mnie pasuje, choć Nora ma rację – pachnie. Tylko że nie brzydko, po prostu czuć dezodorant old spice’a, bo tym zazwyczaj pachnie Garrett. A teraz czuję się jak cheerleaderka z lat pięćdziesiątych, ubrana w skórzaną kurtkę swojego chłopaka. Jakbym została oficjalnie zajęta.

Staram się o tym nie myśleć. Zamiast tego przeciskam się przez szaloną zakulisową zgraję, podążając za Norą, która jakimś cudem na moich oczach przeobraziła się w twardą, bezlitosną laskę. Normalnie jest uroczym dziubaskiem, a teraz, wow. Rzuca wszystkim groźne spojrzenia, karci aktorów, a ludzie naprawdę zaczynają się ogarniać. Wreszcie Nora siada przy biurku Cala, zakłada jego słuchawki z mikrofonem i zaczyna przeglądać jego segregator. Patrzę na nią przez chwilę, a potem podchodzę do stołu z rekwizytami, gdzie nic nie jest na swoim miejscu. Okulary przeciwsłoneczne, kajdanki i różne inne rzeczy leżą na podłodze, więc podnoszę je i kładę na blacie.

– Uwaga, wszyscy, zostało pięć minut – woła pani Albright, wystawiając głowę za kurtynę.

Nagle obok mnie materializuje się Simon.

– Leah, dlaczego masz na sobie bluzę politechniki?

– To bluza Garretta. – Widzę, jak otwiera szeroko oczy. – To nie to, co myślisz. Twoja siostra kazała mi ją założyć.

– Nie rozumiem.

– Nie przejmuj się tym. – Uśmiecham się do niego. – Lepiej się już czujesz?

Kręci głową.

– Nie.

– Hej.

Podnosi wzrok.

– Będziesz dzisiaj niesamowity, jasne?