Lea - Paulina Miękoś-Maziarska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Lea ebook i audiobook

Paulina Miękoś-Maziarska

3,5

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Albert, życiowy nieudacznik, przyjeżdża do Kalabrii na wakacje. Nie będzie mu jednak dane wypocząć. Na plaży w Cittadella del Capo natrafia na Leę przykutą kajdankami do barierki klifu. Uwalnia ją i razem próbują ocalić przyjaciółkę Lei, ciężarną kobietę zamkniętą w grocie pokutnej. Tam zaczynają się prawdziwe problemy.


Pełna włoskich smaków komedia pomyłek kręci się coraz szybciej. Kiedy na scenie pojawią się kolejne postaci: gadatliwy Luigi, komisarz Cesare Ruggiero, niebezpieczny Marco i tajemniczy Alessio Santoro, włoska zawierucha, żywiołowość i humor porwą Was na dobre. A przecież trzeba jeszcze rozwiązać zagadkę kryminalną!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 50 min

Lektor: Donata Cieślik

Oceny
3,5 (17 ocen)
7
2
3
2
3
Sortuj według:
niezapominajka21

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, nietuzinkowa książka, odbijająca się od tła letnich, powielanych przez wszystkich, pomysłów na zbrodnie. Wyczuwalny klimat Włoch – ach respekt za research! Postacie z charakterem. Luigi zmiękczy każde serce, Marco przyprawi o jego szybsze bicie. Technicznie, czyli pisarsko, jest również bardzo dobrze. Płynęłam przez tekst i zastanawiałam się... dlaczego na Alberta spadają wszystkie nieszczęścia i... dlaczego jest tak źle, gdy miało być wreszcie lepiej ;-)
10
Fanriell

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna książka. Gorąco polecam.
10
wigatka3

Z braku laku…

Z komedią kryminalną ma niewiele wspólnego, chyba że kogos bawi zabojstwo kobiet w ciąży Dałabym fabule gwiazdkę więcej gdyby nie lektorka. Donata Cieślik interpretuje tak jakby kazda z postaci byla lekko ograniczona umysłowo
00
jolzuber1234

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytana w jeden dzień. Halo, ja poproszę drugą część! ;)
00



ROZDZIAŁ 1

– Rogacz –

– Skąd mam wiedzieć, że jesteś tym, kim mówisz, że jesteś? Skąd masz kontakt? Skąd wiesz, że to dobry kontakt?

– Za dużo pytań. Po prostu chcę się dobrze bawić. Mamy wspólnych znajomych. Uwierz, że można zdobyć kontakt.

– Wszystkie opioidy uzależniają. Ten zwłaszcza. Dożylnie działa natychmiast, ale bardzo krótko. Doustnie później, za to znacznie dłużej. Znieczula, likwiduje lęk, zmienia stany świadomości. Trzeba uważać.

– Wiem, co robi. Sen na jawie. Chcę.

– Bardzo łatwo można przedawkować i stać się bardzo, bardzo martwym. Zalecam ostrożność. Fentanyl jest silniejszy niż morfina i heroina.

– Chcę. Podaj numer konta.

– Żadnych przelewów, żadnych przesyłek. Tylko z rąk do rąk.

– Kiedy? Gdzie?

– Niech pomyślę…

*

Mimo sprzyjających warunków z każdym pokonanym kilometrem Albert Hoff jechał coraz wolniej. Pod nogami miał standardowo – sprzęgło, hamulec, gaz oraz niestandardowo – gin i tonik. Choć to chyba raczej dość klasyczne połączenie, przynajmniej tych dwóch cieczy. Wypiłby teraz nawet płyn do spryskiwaczy, gdyby niczego innego nie miał akurat w zasięgu ręki. W głowie ciążyły mu myśli, łomotały, walczyły ze sobą, odbijały się echem od splotów nerwowych, żył, tętnic i wszelakiego badziewia, jakie skrywało jego wysokie czoło. Tylko idiota mógł dać się tak orżnąć babie! „Wypaliłam się" – oświadczyła Eva poprzedniej nocy. Nie odpowiedział, patrzył tępo, przechylając ze zdziwieniem głowę niczym pies, który zauważył odblask zegarka na ścianie i próbuje zrozumieć, w czym rzecz.

Pięćdziesiąt na liczniku, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, czwórka.

Jego eks najpierw się wypaliła, potem poskakała biodrami po radcy prawnym szwagra sąsiadki, czy innym kudłatym typie o rumuńskiej urodzie chłopaka sprzedającego kradzione zegarki na bazarze, a w tym samym czasie przywłaszczyła sobie cały dobytek i sprzedała chałupę, składając podpis jego zapitą łapą. Jego – Alberta, który, fakt, lubi sobie dziabnąć. Choć, cholera, może on sam to podpisał, no nie sposób spamiętać. Notariusz, ciul, zatwierdził wszystko elegancko bez jego obecności. Z nim też się pewnie suka puściła. I wszystkie te informacje Albert zebrał w ciągu ostatnich dwunastu godzin, a teraz nieustannie, naprzemiennie i uciążliwie bombardowały jego głowę.

Czterdzieści, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, trójka.

I ten cholerny asfaltowy zaduch. A mógł siedzieć w Holandii, to nie! Zachciało mu się podróży na stare lata, z puszczalską żoną, awersją do upałów, domatorskim usposobieniem i alergią na kurz. Szlag by to!

Eva uciekła do Tunisu albo na Maltę, być może ambitniej – do Grecji lub po linii najmniejszego oporu całkiem niedaleko na Sardynię, gdzie notabene już pewnie czekał na nią bazarowy fagas, a tymczasem on, Albercik, rogacz idiota, sam wywiózł ją aż tu, na południe Włoch, żeby niby ratować związek. Wybrał Italię, bo jeszcze ze studiów mniej więcej znał język. Proponował klasycznie – Toskania, romantyzm, pejzaże, lawendowe pola, szmery bajery. To nie, bo turyści. Umbria, w samym sercu! Nie, brak dostępu do morza. Tu akurat racja, dlatego do Czech nikt nie jeździ na wakacje. Brnął dalej – Neapol! Wszak sam Goethe pisał: „Zobaczyć Neapol i umrzeć". Nie, bo śmietnik. Rzym – tłumy wiernych, Mediolan – drogo, Wenecja – szambo, San Marino – turnusy nastolatków, Bolonia, Turyn, Florencja – nie, nie, nie. Ona chciała tu. Do Reggio di Calabria, gdzie stały ląd niemal łączy się z Sycylią. Czubek palców makarońskiego kozaczka. Na samo południe. Na koniec świata. Wylotówka, kurwa mać… I poszła w pizdu!

Trzydzieści, łyk ze szkła, łyk z plastiku, przekleństwo, dwójka.

Smród spalonego sprzęgła.

Dobra – pomyślał – trzeba albo zaprzestać dalszej jazdy, albo otrzeźwieć, albo dokupić ginu, bo się kończy.

Żadnych sklepów po drodze, ewentualnie pieprzony Autogrill zawalony po sufit kluchami we wszystkich kolorach i kształtach, jakie widział świat, i wszędzie: Buongiorno!, Tutto bene?, Come stai? i inne italskie zwroty grzecznościowe, podczas gdy jego życie, bella, psiakrew, vita, poszłooo razem z całym hajsem, babą, resztkami godności i dobrego humoru w siną dal.

Z przemyśleń wyrwał go widok stacji. Cóż, nie miał wyjścia, stara lancia – włoska myśl techniczna, którą miał wątpliwą przyjemność prowadzić – już jakiś czas temu odmawiała posłuszeństwa i z włoską ziemią zdawała się wcale nie współgrać. Dziwne. Zatrzymał wóz na parkingu, dopił gin, dopił tonik, butelki wrzucił do kontenera i spostrzegł, że spod maski wydobywa się dym. Jak to mówią, nie ma dymu bez ognia, zerknął więc – wajcha, klapa, rzut okiem, hm… Tak jakby brak płynu chłodniczego. Chociaż kto to wie? Te wszystkie zbiorniki, silnik, alternator wydawały się krążyć przed jego oczami jak w kole fortuny. Zatrzasnął klapę i poszedł w kierunku budynku.

– Un caffè! – krzyknął ciut za głośno w kierunku chuderlawego kelnera.

Zanim niezgrabnym łapskiem zdążył wygrzebać drobne, kwintesencja kawy – mocne czarne espresso w mikroskopijnej filiżance – już czekała tuż przed jego nosem. Tu byle cyc jest baristą – pomyślał. Wyssali ten szatański czarny wywar z mlekiem matki. Dopił szybko kawę i ewakuował się przed, jak się okazało, bardzo bezpośrednim i jeszcze bardziej gadatliwym kelnerem o imieniu Luigi. Wyszedł z alkoholem, płynem do chłodnic i tagliatellami pod pachą. Tagliatelle były gratis.

ROZDZIAŁ 2

– Cittadella del Capo –

Malownicza krajówka Strada Statale 18 ciągnąca się zachodnim wybrzeżem od Reggio aż po Neapol, z zapierającym dech w piersiach widokiem na Morze Tyrreńskie, robiła wrażenie nawet na zdruzgotanym Albercie. Jechał przed siebie na północ, byleby dalej od… wszystkiego. Chociaż w zasadzie nie bardzo było od czego uciekać. Wszystko, co miał, krótko mówiąc, samo uciekło.

Chciał odwiedzić jeszcze jedno miejsce, wręcz idealne, żeby zrealizować plan, który kilka godzin wcześniej zaświtał mu w głowie. Tymczasem rozdzwonił się telefon, ale Albert zignorował to na rzecz zainteresowania grappą. Jego umysł balansował w przygranicznej strefie świadomości, w której z jednej strony czuł, że nadal nadąża za rzeczywistością, a z drugiej przestał się troszczyć o tak nieistotne szczegóły, jak bezpieczne kierowanie pojazdem w ruchu drogowym. Srał pies, czy zginie tu, czy za godzinę skoczy z najwyższego klifu, na jaki zdoła się wdrapać. Już postanowił. Taka melodyjna nazwa – Cittadella del Capo w innej części świata byłaby zapuszczoną dziurą, ale że słynie z kurewsko pięknego skalistego wybrzeża wpadającego wprost do bezkresu wód o najbardziej intensywnym odcieniu błękitu, jaki Albert kiedykolwiek widział, to dziurą nie jest. Jest natomiast niekomercyjnym rajem na ziemi, gdzie turystów jak na lekarstwo, za to miejscowi chłoną poczucie estetyki z powietrzem. Gdzieś tam jakaś niunia opala się toples na jachcie czy innej łajbie. Gdzieś tam kuter rybacki wypływa na głębokie wody. Gdzieś tam plażą sunie turecki handlarz ręczników i bikini we wszystkich odcieniach tęczy. Zasadniczo sielanka – cud, miód, orzeszki, malinki.

Albert trzasnął drzwiami i poszedł spacerowym krokiem w stronę plaży. Żadnego piachu, tylko kamole. Popołudniowe słońce grzało w głowę, grappa grzała w przełyk. Nawet niezłe to winogronowe gówno – pomyślał. Zobaczymy, czy doda odwagi. Odczytał esemes, w którym łamanym włosko-angielskim ktoś próbował przekazać mu informację, że zostawił portfel, a tym samym pieniądze i dokumenty w Autogrillu, ale na szczęście podano numer na infolinii. Wiadomość kończyła się kanonadą włoskich zwrotów grzecznościowych oraz wyrażeniem nadziei, że smakowała mu kawa. Podpisano – Luigi.

Teraz jednak priorytetem dla Alberta był skok prosto w otchłań piekieł. Już sobie upatrzył klif, wyrzucił telefon, pustą butelkę i inne klamoty z kieszeni, po czym ochoczo przystąpił do wspinaczki. W takiej chwili życie powinno mu przelatywać przed oczami jak jakieś kadry z filmu, slajdy czy inne historie obrazkowe. Nic takiego się jednak nie działo, nie pamiętał nawet, co przedwczoraj jadł na śniadanie, a co tu mówić o bardziej złożonych wspomnieniach. Na samym szczycie zdjął buty i skarpetki, w zasadzie nie bardzo wiedząc po co. Ale zdjął i wyrzucił daleko, tuż nad brzeg, gdzie porwała je pierwsza fala, oddając w zamian kilka muszelek. Rozejrzał się jeszcze raz i poczuł zadowolenie, że przynajmniej zdechnie w malowniczym miejscu. Jedno mu w życiu wyjdzie. Spojrzał w dół na ostre skały, poczuł, jak jego serce pulsuje pod falującą klatką piersiową, w ustach robi się sucho, a w uszach zaczyna szumieć. Zamknął oczy.

*

Kwadrans później i kilometr dalej smutny, lekko trzeźwiejący facet w średnim wieku szedł boso wybrzeżem Cittadella del Capo i zastanawiał się, jak bez butów wróci po kasę i dokumenty na stację. Duże problemy, małe problemy, ogromne problemy i pierdołowate problemy składały się na jego marny żywot na tym łez padole. Resztę tego wieczoru pewnie też spędziłby na jałowych rozważaniach, gdyby nie zauważył nogi.

Gdzieś tam spośród skał i kamieni wystawała noga.

Całkiem zgrabna stópka z pomalowanymi paznokciami i połyskującą bransoletką wokół kostki. Trochę się zdziwił, ale szedł dalej, był coraz bliżej i bliżej. Noga leżała nieruchomo, za to z każdym metrem widać było więcej: łydkę, kolano, udo, drugą nogę, jakoś tak sztywno podkurczoną, a po chwili już całą postać. Ładniutka blondynka w czarnej bieliźnie, co prawda niewyglądającej na strój kąpielowy, bo koronkowej, ale co on tam wie. Nie zna się na tych wszystkich must have sezonu, zwłaszcza tu, w Citta-coś-tam del coś-tam. Była trochę blada i zmizerowana, ale bardziej martwił go fakt, że przykuto ją za obie ręce do metalowej barierki, która chroniła ruchome elementy tego akurat klifu zapewne przed odpadnięciem. Przetrzeźwiał momentalnie i podszedł jeszcze bliżej. Dziewczyna była nieprzytomna. Spanikował, zaczął nią potrząsać, klepać ją po twarzy, mówić, krzyczeć, szturchać. W końcu się zdenerwował, chlasnął kobietę otwartą dłonią w twarz z całej siły i voilà! Otworzyła granatowe oczy.

– No nareszcie! Dziewczyno, co ty… jak ty… skąd… – Nawet nie wiedział, od jakiego pytania zacząć.

Blondwłosa piękność patrzyła ogromnymi, przestraszonymi oczami i wyglądała na wyczerpaną. Wisiała bezwładnie na przykutych rękach i trzepotała rzęsami, nie wypowiadając nawet słowa.

– Okej. – Ciut wyhamował. – Może najpierw powiedz, jak masz na imię.

– Ugh… – Dwa mrugnięcia rzęsami, podkurczenie nóg, delikatne chrząknięcie, odgłos mewy w oddali i w końcu kobieta wydusiła odpowiedź: – Lea.

Główkując, jak uwolnić jej ręce, chwilę później przeczytał usłyszane imię z tatuażu na nadgarstku dziewczyny.

– Ładnie cię ktoś urządził, Lea. Jakiś szlaban rodzicielski? Wkurzony mąż? Głupi dowcip kumpli z akademika?

Cisza.

– Zakład? Wyzwanie? – Albert był niestrudzony. – Dieta cud?

Próba rozluźnienia atmosfery również nie wyszła. Nadal cisza.

– Opowiesz mi? Czy będziemy sobie dalej milczeć? – Tym razem nie udało mu się ukryć zniecierpliwienia w głosie. Wytrzeźwiał całkiem i znów nabrał ochoty na grappę.

Cisza.

Albert zaczął więc szarpać kajdanki, a potem trzeć nimi o gładką barierkę, niestety bez efektów. Nadszedł czas, by poszukać ostrego kamienia.

Po półtoragodzinnej wyczerpującej szarpaninie, podczas której relaksował się, wyobrażając sobie przykuwanie Evy do skał w ramach szeroko pojętej pokuty, w końcu spłynęła gratyfikacja. Lea oprócz subtelnej bransoletki na nodze miała teraz dwie solidne bransolety, po jednej na każdej ręce, ale przynajmniej była wolna.

– Mimo wszystko to chyba nie były policyjne kajdanki. – Uśmiechnął się znacząco. – Mogę cię gdzieś podwieźć? – Postanowił wrócić do normalności, skoro panna nie była rozmowna. Co go to obchodzi, kto ją przykuł? Może zasłużyła.

Siedzieli na kamieniach, a przed nimi tafla wody mieniła się odbiciem świateł gwiazd, latarni Cittadella i kutrów rybackich.

– W zasadzie… – wymamrotała nieśmiało. – Jest taki klasztor tu niedaleko. Tam w podziemiach… Eee… bo jak nie, to ja sama spróbuję, albo coś…

– Hm? – Albert miał minę sugerującą, że jest mu już wszystko jedno.

– Bo tam może być… Ines – wydusiła z niemałym trudem.

– Ines? – powtórzył zdezorientowany, nie odrywając wzroku od mew walczących o miejsce na wąskim kamieniu nad samym brzegiem morza.

Zapanowała obustronna konsternacja.

– No dobra, nie mam butów, ale jedźmy.

– Tylko może… – szepnęła kobieta. – Może weźmy ten kamień. Albo coś innego… ostrego.

ROZDZIAŁ 3

– Ines –

Osoba siedząca w bocznej nawie modliła się gorliwie, gdy drzwi z tyłu zaskrzypiały, a ciszę pomieszczenia wypełnił odgłos kroków. Mężczyzna wsunął się w tę samą ławkę, w której siedziała osoba oczekująca, po czym uklęknął obok. Modlili się przez chwilę w milczeniu.

– Dlaczego tutaj? – przerwał ciszę szept.

– Bo tutaj może przyjść każdy, a to oznacza… Jak myślisz, co to oznacza?

– Może tu przyjść każdy, więc można być każdym lub… nikim.

Skinął głową. Byli zupełnie sami.

– Można też przekazać sobie znak pokoju.

Dwie dłonie spotkały się pod ławą, tuż nad skąpaną w wilgotnym kościelnym mroku posadzką. Nawet na moment nie oderwali wzroku od ołtarza.

– To jest aż tak nielegalne?

– Mam wrażenie, że twoje zamiary bardziej.

Mężczyzna wsunął kopertę do wewnętrznej kieszeni kurtki, przeżegnał się, wstał i wyszedł. Pogłos kroków jeszcze przez chwilę rezonował pośród ascetycznych ścian. Osoba siedząca w bocznej nawie pogrążyła się w dalszej modlitwie.

*

– Ile jeszcze twoich poprzykuwanych w różnych miejscach koleżanek mam zgarnąć? – zapytał, ale sam do końca nie wiedział, czy chce znać odpowiedź na to dziwne pytanie w tej dziwnej sytuacji i jeszcze dziwniejszym dniu, a raczej już nocy.

Przeprosiła. Albert zadał jeszcze kilka pytań, jednak Lea nie odpowiedziała na żadne, choć cały czas przepraszała. Nie mówiła za co, ale przepraszała na wszelki wypadek. Wyglądała marnie. Co prawda była piekielnie ładna, ale miała na sobie tylko bieliznę i przerżnięte kamieniem na pół kajdanki na obu nadgarstkach.

Na stacji benzynowej Albert, a w zasadzie „Albeeeertooo!" (jak go powitano od wejścia), miał już, jak dało się zauważyć, serdecznego przyjaciela – Luigiego, który albo desperacko szukał kolegów, albo po prostu był aż tak przyjacielski i wylewny. Lea poczłapała za towarzyszem. Chyba była czymś lekko odurzona albo wyjątkowo uparta, bo kazał jej czekać, a ona przyszła mimo to, przyciągając spojrzenia wszystkich i wywołując małe zamieszanie. Przeprosiła.

Z jednej strony lady we włoskim przydrożnym Autogrillu, gdzieś daleko na południu, stał wesoły i wyjątkowo gadatliwy kelner trzymający w ręce znalezione dokumenty i pieniądze, zadowolony z zaistniałej sytuacji i ogólnie z życia. Z drugiej strony stali natomiast zdradzony i oszukany, bosy, dosłownie i w przenośni, lekko przepity Albert oraz blondwłosa kobieta w samej bieliźnie i pokiereszowanych kajdankach, z wyrazem twarzy sugerującym przeprosiny za to, że w ogóle żyje i sprawia problemy. Zamówili jakieś słodkie bułeczki czy rogaliki oraz espresso i usiedli przy stoliku w samym kącie, za regałem z felgami i napojami gazowanymi, gdzie, jak radził Luigi, byli najmniej widoczni.

Dziewczyna pamiętała jak przez mgłę ogromny kościół w miejscowości Paola i klasztor Santuario di San Francesco, co oznaczało powrót na południe. Albert dowiedział się, że Ines powinna być gdzieś w piwnicach i że muszą działać szybko – Ines jest w ciąży, a raczej wczoraj jeszcze była. Lea nie chciała powiedzieć nic więcej, bo to wszystko było tajne przez poufne, z nikim od dawna nie rozmawiała i niczego nie wiedziała ani nie rozumiała, a w ogóle po co ją uwalniał, mogła tam zdechnąć, i tak ją zabiją. I jego pewnie też, a to nie będzie bynajmniej przyjemne ani tym bardziej humanitarne. Viagra calabrese w dupie albo coś w tym rodzaju. To akurat Alberta zainteresowało, lecz rozmowę przerwał Luigi, który postanowił być przyjacielem aktywnym.

– Mio amore! Mam ubrania dla was, vestiti, prego, prego. Lea, donna nie może chodzić tak. – Wskazał ruchem głowy mniej więcej w kierunku koronkowego biustonosza, przez który można było dostrzec zarys sutków. – Italiani sono e vincitori! Vincitori! Naga kobieta jest tu bardzo niebezpieczna. – Uniósł znacząco brwi i wybałuszył oczy, które uśmiechały się jeszcze szerzej niż usta.

– Raczej w niebezpieczeństwie – pozwolił sobie skorygować Albert. – Ty, vincitori, włoski zdobywco, nie bajeruj, Imperium Romanum to zamknięta sprawa, mimo że nie bardzo chcecie zaakceptować tę myśl. Lea jak na razie nieźle sobie radzi, za ubrania oczywiście dziękuję, zapłacę za wszystkie. Powiedz mi jeszcze tylko, co to jest viagra calabrese.

– Aaa, viagra calabrese! – Luigi się rozpromienił. – To taka papryczka ostra jak diabli, kupisz na bazarze, mercato, w Tropea najlepsze.

Przez następne pół godziny Luigi opowiadał, do jakich dań najlepsze są diabelskie papryczki z Kalabrii, potem omówił z grubsza najsmaczniejsze i najpopularniejsze rodzaje potraw na bazie kluch (z żarcia powstałeś, w żarcie się obrócisz), po czym oburzył się potężnie na samo wspomnienie określenia „spaghetti bolognese", bo najoczywistszą oczywistością dla każdego szanującego się Włocha (i nieszanującego się także) jest to, że do bolognese tylko tagliatelle, i co to za zakłamana fama poszła w świat, że spaghetti, żeż no. Wspomniał coś o winach i rybach, odmówił pieniędzy za łaszki, aż w końcu, przyciągnięty wzrokiem starszej pani w kapeluszu i złocie zalotnie stukającej portmonetką o ladę, wrócił do swoich obowiązków. Choć w zasadzie jego głównym zadaniem było, zdaje się, eksponowanie komunikatywności i przyjemnej aparycji, gdyż nie minęły cztery minuty, a już debatował o czymś zawzięcie z dojrzałą, acz wymuskaną klientką.

– Kim są „oni"? Mów! – Albert wrócił myślami i słowami na ziemię, usiłując w tym samym momencie włożyć but pod stolikiem. – Mów, do kurwy nędzy, kto cię przykuł na plaży, kto uwięził jakąś cipcię w ciąży w sanktuarium i kto mi za to wsadzi papryczkę w dupę?! Kto?!

– Przepraszam – wybąkała i spuściła wzrok.

– Nie no, ty jesteś jakaś nawiedzona. Idziemy! Andiamo! – Dopił kawę, odsunął z łoskotem krzesło i poszedł w kierunku wyjścia, nie oglądając się za siebie.

Lea, w za dużym swetrze i, o dziwo, idealnie pasujących tenisówkach, poczłapała za nim.

ROZDZIAŁ 4

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Osobliwy świat arystokracji, w którym bohaterowie są jak kukiełki zmagające się z rolami przypisanymi im przez złośliwą historię. Przewrotny humor i galeria nietuzinkowych osobowości gwarantują dobrą zabawę. Evžen Boček mistrzowsko bawi się konwencją, serwując gagi i humor sytuacyjny, za które pokochały go setki tysięcy czytelników!

Rodzina Kostków powraca z Ameryki do Czech, by przejąć dawną siedzibę rodu – zamek Kostka. W zamku zastają dotychczasowych pracowników: kasztelana, ogrodnika oraz kucharkę. Jak nowi właściciele poradzą sobie w nowej rzeczywistości? Jak odnajdą się w rolach dotychczas nieodgrywanych?

Przewrotny humor i galeria nietuzinkowych osobowości gwarantują dobrą zabawę. Obok historii opowiedzianej w taki sposób nie można przejść obojętnie. Mamy do czynienia z jedną z najzabawniejszych książek XXI wieku!

W praskim Lasku Diablickim zostaje postrzelona młoda kobieta. Nieprzytomna trafia do szpitala, a policja nie potrafi znaleźć sprawcy. Podejrzany jest narzeczony, przyjaciółka, a nawet rodzina, w której ofiara pilnowała dzieci.

Osiem nie jest jednak typową powieścią kryminalną. Powaga miesza się tu z groteską, banał z oryginalnością, fundamentalne pytania z błahymi odpowiedziami, a całość jest doprawiona intrygującą i nietypową narracją. Nie może zatem dziwić, że mamy do czynienia z jednym z największych czeskich bestsellerów ostatnich lat.

Ponad 100 000 sprzedanych egzemplarzy jest gwarancją świetnej literackiej rozrywki!

Oto Sandra: piękna początkująca instagramowa influencerka, redaktorka czasopisma lifestylowego i dziewczyna Mirka, uroczego nieudacznika. Sandra marzy o łatwym i przyjemnym życiu w świetle instagramowych reflektorów. Tylko jak je osiągnąć? Kiedy pewnego dnia poznaje słynnego kompozytora, w jej głowie rodzi się pomysł na szybki sukces. Instastory to powieść dla fanów czarnego humoru, parodii i śmiechu. Świetna książka zarówno na lato, jak i na mroźną zimową noc! Wielbicielom naprawdę dobrych komedii polecam tę książkę, będącą także doskonałą i przezabawną obserwacją współczesności. Humor, o który nie tak łatwo, jest tutaj doskonały. Całym sobą jestem za tą książką!

Jacek Galiński,

autor cyklu o Zofii Wilkońskiej

Pełna inteligentnego humoru, flirtująca z pastiszem, pokrętnie mroczna, a równocześnie genialnie oddająca współczesne podejście do życia. Zabawna, żartobliwa, ale i odrobinę gorzka komedia, w której seks, pieniądze i morderstwo grają główną rolę, ale i tak lajki są najważniejsze.

Iwona Banach,

autorka Głodnemu trup na myśli

W lasku miejskim na peryferiach Pragi zostaje zamordowana młoda kobieta. Czy jej podobieństwo do córki mieszkającej w pobliżu dziennikarki jest przypadkowe? Śledztwo rozpoczyna inspektor Bergman.

Powieść Michaeli Klevisovej to doskonałe studium psychologiczne i obraz społeczeństwa, w którym pod powłoką pozornej normalności skrywają się tajemnice i pragnienia.

Inspektor Bergman – dwukrotnie rozwiedziony miłośnik kotów, wielbiący porządek i rzeczowość. Empatyczny, stanowczy i systematyczny. W pracy pomagają mu podwładni: Sylwia Rolnik i Adam Danesz.

Kroki mordercy to pierwsza część cyklu z inspektorem Bergmanem.

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
1. Rogacz
2. Cittadella del Capo
3. Ines
4. Grotta della penitenza
5. Tajemnice
6. Wiadomości
7. Goście
8. Sen na jawie
9. Tatuaż
10. Dowody i poszlaki
11. Starzy znajomi
12. Rozwiązania
13. Wszystkie kobiety Giordana
14. Wizyta
15. Fiumefreddo Bruzio
16. Le Capriccio
17. Marco
18. Komplikacje
19. Zwycięskie imię
20. Wolność i jej brak
21. Odjazd
22. W drodze
23. Trup
24. Sprawy ostateczne
25. Bul, bul, bul
26. Buongiorno, Calabria
27. Obsługa hotelowa
28. Luca Malik
29. Winni
30. Pogrzeb matki
31. W domach z betonu
32. Kobiety i mężczyźni

Karta redakcyjna

Copyright © Paulina Miękoś-Maziarska, 2022

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2022

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości

lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Projekt okładki: Tereza Basařová

Redakcja: Iwona Huchla

Korekta: Iwona Gawryś, Ewa Żak

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-77-3

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek