Opis

Co to znaczy lawirować? Starać się wybrnąć z trudnej sytuacji, nie narażając się nikomu i przy okazji osiągnąć korzyść. Co to znaczy dla głównego bohatera? Traci on pracę w telewizji i marząc o najnowszym modelu BMW, przyjmuje intratne stanowisko specjalisty od wizerunku wielkiego przedsiębiorstwa finansowego inwestującego w złoto i zamierzającego uruchomić nowe linie lotnicze. Musi lawirować między życiowymi problemami, „odgórnymi naciskami” i swoimi pragnieniami. W efekcie wplątuje się w istny labirynt niezrozumiałych wydarzeń, staje się uczestnikiem historii, która bardzo przypomina jedną z największych u nas (w Polsce) afer sprzed kilku lat. Wtedy śledziliśmy jej rozwój w medialnych doniesieniach, teraz mamy szansę przyjrzeć się tej historii od środka i zobaczyć wyraźnie się zarysowujące mechanizmy społeczno-polityczne. Tajemnicze spotkania, napady, morderstwa, śledzący są śledzeni, zabójcy zabijani, do rozwikłania przyczyn nie sposób dotrzeć. Uważny Czytelnik znajdzie także wiele odniesień do znanych postaci i dzieł.

Książka została brawurowo napisana językiem, który gdyby nie był tak bardzo prawdziwy, zakrawałby na parodię.

Mamy tu ludzi mediów i wielkiego biznesu, rockmana geja, dziennikarza śledczego, agentów bezpieczeństwa, zawodowych morderców należących do mafii zza wschodniej granicy, designerskie wnętrza, szybkie samochody…  Tak więc główny bohater halsuje ku zaskakującej puencie powieści, jednakże Autor po mistrzowsku nie stawia kropki nad i.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


EMIL MARAT
LAWIRYNT
NOIR SUR BLANC
Opracowanie redakcyjne: MAGDALENA HORNUNG
Korekta: ANNA KOŁAT, BEATA WYRZYKOWSKA
Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ
Ilustracja na okładce: © C.J. Burton/Corbis/FotoChannels
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © text by Emil Marat 2014 by arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów For the Polish Edition © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa
ISBN 978-83-7392-511-3
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

1

Minęli już siedem lasów i siedem rzek. A może więcej.

Zapory przejazdu kolejowego podniosły się, sznur samochodów drgnął.

Mecenas potknął się, przeskakując przydrożny rów. Wstał, otrzepał kolana i zaczął brodzić po łące pełnej kwiatów – maków, chabrów. Kott włączył światła awaryjne, czekał, ignorując ponaglające trąbienie stojących za nimi samochodów. Mecenas wracał, zbliżając się, jedną ręką przygładzał włosy, drugą machał w przepraszającym geście.

Przedwieczorne lipcowe słońce spowijało ziemię łagodnym ciepłem.

Na niebie pojawił się helikopter. Był blisko, huczał tuż nad nimi, tylko kilkaset metrów dzieliło sznur pojazdów od pozbawionej oznaczeń gigantycznej ważki. Mecenas zatrzymał się, przysłonił dłonią oczy, popatrzył w niebo i ruszył dalej – obcy w białej koszuli, wśród kwiatów polskich i łąkowych traw, kosmita z Logan and Peterson Washington DC na zagubionej wschodnioeuropejskiej wsi.

Powietrze wibrowało od pracy łopat śmigłowca, który się oddalał, by po chwili zniknąć za wzniesieniem.

Mecenas wyglądał jak upadający sierżant Elias – Willem Dafoe z Plutonu Stone’a – Kott bawił się skojarzeniami.

Elias wsiadł do passata.

– Ścigają nas! – stwierdził ze śmiechem.

Mogli już ruszyć, ciągnąc za sobą kolumnę zniecierpliwienia.

Przed nimi trzysta kilometrów – kilka godzin jazdy – i mgliste scenariusze. Za nimi dwa tygodnie szaleństwa. Obaj czują dreszcz ryzyka i niepokój ukryty pod paroma warstwami nonszalanckiego luzu.

Po zmroku zatrzymali się na stacji benzynowej. Kawa, zapas Red Bulla i zafoliowane kanapki. Kott, stojąc w kolejce do kasy, widział przez okno Mecenasa czyszczącego szybę samochodu – usuwał tysiące martwych owadzich kamikadze, energicznie wycierając szkło myjką, jak zawodnik curlingu rozgrzewający lód.

Godzinę później byli we Wrocławiu.

Zmęczeni błądzili pustymi ulicami, aż w końcu, poddawszy się, wpisali w nawigację adres hotelu. Traktowali to jako ostateczność, bo wcześniej GPS zawodził; komputer mówił do nich elektronicznym bełkotem przypominającym mieszaninę węgierskiego i łaciny – oprogramowanie w nowym aucie musiało być niepoprawnie wgrane, szwankowało, każąc automatowi odczytywać komunikaty wspak. Przez chwilę było to zabawne, potem męczyło. Nie potrafili wyłączyć dźwięku, więc zrezygnowali z nawigacji w ogóle. Teraz, przy akompaniamencie dziwnego języka, patrząc na mapę z wyświetloną błękitną linią, zaparkowali przed Radissonem.

Senny recepcjonista wklepywał do komputera numer ich rezerwacji.

– Kamil Kot, przez dwa „te”, Je-no-to-wicz, Michał – mruczał pod nosem. Nie podnosząc wzroku podał im karty magnetyczne do pokoi.

Umówili się w lobby barze za kwadrans.

Kott rzucił torbę na łóżko, wziął prysznic, przebrał się i bez przekonania zszedł na dół. Mecenas już czekał. Spoglądał na wiszący na ścianie telewizor i podnosił do ust butelkę piwa. Kott usiadł obok. Po chwili, spłoszeni przez głośną grupę angielskich turystów – futbolowych sierot po mistrzostwach Europy – ukryli się w najdalszym kącie holu. Podczas długiej podróży mieli czas, by porozmawiać, teraz siedzieli, nie odzywając się, i patrzyli na kręcących się wokół ludzi.

– Wysłałeś mu esemesa? – zapytał Kott.

– Przed chwilą. Nie odpowiedział.

– Wciąga koks albo się przestraszył.

– Pewnie jedno i drugie. Spróbujemy jutro.

Pomilczeli jeszcze kilka minut i poszli, każdy do swojego pokoju.

Kott nie mógł zasnąć. Zmęczenie i bezsenność – najgorsza mieszanka. Pod powiekami przewijała mu się monotonna wstęga drogi z białymi pasami pośrodku. Co kwadrans spoglądał na fosforyzujące wskazówki zegarka.

Rano Mecenas miał na sobie obcisły T-shirt z napisem AIN’T NO MOUNTAIN HIGH ENOUGH. Mokre, lśniące czernią włosy miał przylizane do tyłu. Gdy widział go tak przebranego, pozbawionego codziennego garnituru, Kott nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Mecenas podał mu komórkę z wyświetlonym tekstem: adres i godzina. Dwunasta.

Dużo czasu.

Poszli spacerem na rynek. Po drodze rozważali, kim mógł być patron ulicy, przy której położony jest ich hotel, Jan Ewangelista Purkynie. Google w telefonie i koniec dywagacji:

– Dziewiętnastowieczny twórca pierwszego uniwersyteckiego wydziału fizjologii. Tutaj. We Wrocławiu. Pionier badania odcisków palców – czytał Kott. – Trzyma się nas śledcza tematyka. Odciski palców w dziewiętnastym wieku! Psychopata.

– Dziwne imię: Jan Ewangelista.

– A nazwisko całkiem zwyczajne.

Zamglone niebo stawało się błękitne, słońce zaczynało rozjaśniać mury kamienic.

Telefon Mecenasa zabrzęczał.

– To Rutha – powiedział, spojrzawszy na wyświetlacz.

– Nie odbieraj. Czeka nie wiadomo na co. Oddzwonimy po spotkaniu. Jestem nim zmęczony.

Usiedli na ławce i zamyśleni patrzyli na szklaną fontannę.

Wiedzieli, że mają się spotkać z człowiekiem, któremu nie można ufać. Ustalili, że wszystko robią razem, by w razie problemu potwierdzać nawzajem jedną, prawdziwą wersję wydarzeń.

– Jakiego problemu? – Kott dociekał szczegółów myśli Mecenasa.

– Jakiegokolwiek.

Pozornie bawili się sytuacją. To niecodzienna rzecz umawiać się z informatorem obiecującym dostarczyć poufne dokumenty, odkrywające tajne pokłady rzeczywistości. Czuli się niepewnie. Niepewność tłumiła zabawę.

O wpół do dwunastej wsiedli do samochodu, wpisali adres do nawigacji, która natychmiast zaczęła mówić swoim narzeczem, i ruszyli. Jechali przez wciąż zaskakująco puste miasto. Kwadrans później zatrzymali się przed nowym blokiem, niewyróżniającym się w grupie kilku identycznych, niewysokich budynków. Wokół nie było ludzi – cisza i pustka kameralnego kondominium. Mecenas jeszcze raz zerknął na tekst esemesa.

– To tutaj – powiedział.

Zignorowali czekającą na parterze windę. Schody. Sterylna klatka schodowa, tak cicha jakby w budynku jeszcze nikt nie mieszkał. Uchylone drzwi jednego z dwóch mieszkań na trzecim piętrze.

Kott nacisnął dzwonek. Dźwięk gongu. Cisza. Jeszcze raz.

Popatrzyli na siebie w milczeniu.

– Thriller – próbował żartować Kott.

Pchnął drzwi.

Znaleźli się w surowym i zimnym mieszkaniu. Na białych ścianach przedpokoju wisiały oprawione plakaty jazzowe: Miles, Jazz Jamboree, Thelonious Monk. Podłoga była wyłożona kostką do złudzenia przypominającą prostokątny, ciemny bruk. Otoczył ich silny zapach charakterystyczny dla niedawno urządzanych wnętrz – mieszanina woni farb, kleju do glazury, lakieru i środków czyszczących.

Rozglądali się.

– Dzień dobry! – głos Mecenasa zawisł w ciszy.

Po lewej widzieli niewielki, prawie pusty pokój. Część podłogi zajmował w nim materac ze skotłowaną pościelą, przed oknem zasłoniętym półprzezroczystym materiałem stało biurko, na nim i wokół niego walały się kartki. Weszli do pomieszczenia po prawej – okazało się, że to living room oddzielony od kuchni stalowo-drewnianą wyspą.

Zastygli.

Na podłodze leżał w brunatnej kałuży starszy mężczyzna. Na okolonej kręgiem siwych włosów czaszce widać było karminową wyrwę. Z ust sączyła mu się strużka zadziwiająco jasnej, niemal różowej krwi.

Kott poczuł suchość w ustach, a w żołądku ciężar ceglanego muru.

Rozpoznał leżącego.

2

Cztery miesiące wcześniej.

Zima, jeszcze zima, próbuje pokazać na odchodnym, że zachowała resztki sił, mroczna, stara, okryta kurczącymi się szmatami brudnego śniegu, oddychająca lodowatym wiatrem i zmrożonym deszczem.

Kamil Kott wszedł przez obrotowe drzwi do pustawego lobby lotniskowego hotelu. Złożył parasol, na marmurową podłogę pociekły krople wody. Kelnerzy kręcili się bez pośpiechu, przy barze siedziało kilku mężczyzn w szarych garniturach i kolorowych poluzowanych krawatach, przekrzykiwali się i gdyby nie ubiór, można było ich wziąć za turystów czekających na czarterowy samolot, który zawiezie ich na wakacje, a nie tylko dostarczy z jednego biura do drugiego, z jednego spotkania na drugie. Niektórzy z nich nie pamiętają zapewne, w jakim są mieście, mylą im się lotniska, bo miasta są jedynie miejscami załatwiania spraw, odhaczania ich i wymazywania z kalendarzy w laptopach, tabletach czy smartfonach.

Przemysław Markowski nie pasował do tej grupy, choć się starał – granatowa marynarka z jaskrawą wypustką przy kieszonce, duży zegarek, okulary w złotych oprawkach. Mimo tych rekwizytów wyglądał jak udający biznesmena cherubin, pupilek mamusi, wyszykowany przez nią na szkolny bal. Ze swoją okrągłą twarzą pulchnego dziecka, z zakrywającymi uszy włosami, które odgarniał zamaszystym gestem, przypominał szefa internetowej firmy odnoszącej równie niespodziewany co oszałamiający sukces, a nie biznesmena – dyrektora powstających linii lotniczych, które mają dokonać rewolucji w blisko czterdziestomilionowym kraju, i później dalej, w połowie Europy.

Wstał, podał Kottowi rękę. Obok jego stolika stała niewielka walizka na kółkach, z pewnością idealnie spełniająca maksymalne parametry podręcznego bagażu.

– Nie zmieniasz się, ciągle wyglądasz jak licealista – stwierdził Kott na powitanie, dodając Markowskiemu kilka lat. Zdjął płaszcz i usiadł.

– Startujemy za miesiąc... – cherubin sięgnął po filiżankę z kawą. – Spokojnie pomyśl o tym, co zaproponuję, i jutro albo nawet, niech będzie, do końca tygodnia daj mi odpowiedź.

I zaczął mówić.

LOT dogorywa, jest na skraju przepaści. Pewnie lada miesiąc ogłosi upadłość. Nikt nie chce kupić tego wypomadowanego trupa, który uruchamia regularne loty do Chin, a nie może poradzić sobie z połączeniem Warszawy i Berlina, Wrocławia i Gdańska, Poznania i Frankfurtu. Nie będzie lepszej chwili na stworzenie dużego, niezależnego przewoźnika. OT-AIR zmieni zwyczaje Polaków. Otworzy przed nimi niebo, bilety będą tanie, dostępne dla wszystkich, to będzie prawdziwy narodowy przewoźnik.

– Opłaci się? – przerwał Kott.

Markowski zbył pytanie wydęciem warg.

Przekonywał, że są pieniądze na półtora roku. Wiadomo, przez ten czas trzeba będzie dokładać do biznesu. Tak się to robi. Chodzi o to, by przyzwyczaić ludzi do latania. Uzależnić ich. Osiągnąć efekt skali. Część biletów, mniej więcej połowa, będzie sprzedawana tanio. Ale druga – dużo drożej niż minimum. Najważniejsze, by osiągnąć średnią gwarantującą opłacalność lotu przy dwóch trzecich zajętych miejsc. A taki load factor można osiągnąć na głównych trasach w ciągu miesiąca. Oczywiście przy mocnym marketingu...

– To się klei – podsumował.

– Autostrady? Właśnie je otwierają jedna po drugiej.

– Bardzo dobrze, że są autostrady! – Markowski się roześmiał. – Ile razy pojedziesz z Warszawy do Poznania samochodem? Raz? Dwa razy? Ile wydasz na paliwo? Ale dobrze, bardzo dobrze. Ludzie będą dzięki autostradom mobilni, zaczną tworzyć sobie sieć kontrahentów, robić biznes. Tylko prędzej czy później prawie wszyscy będą musieli wybrać samolot, bo szkoda im będzie czasu. Więcej rozproszonych biznesów to więcej miejsc zajętych w samolotach z biletami tańszymi niż paliwo do samochodu na tej samej trasie. Proste? Proste! Autostradą to na wakacje ludzie sobie pojadą...

Mówił. Mówił. Mówił, a Kott, po dwuletniej przerwie w ich kontaktach, czuł, że znowu coraz bardziej go lubi, bo Markowski miał w sobie coś, co sprawiało, że nie można go było nie lubić.

– Jest inwestor, jest kasa, dopinam leasing samolotów. Za niecały miesiąc ruszamy. Jest fajna ekipa. Budujemy siatkę połączeń. Samoloty mają latać tak, jak jeżdżą tramwaje: regularnie i często – co dwie, trzy godziny, rano, po południu i wieczorem. Trzeba pokazać ludziom, że to nie jest żadna wielka wyprawa, żadne halo, że samolot to narzędzie jak metro i autobus. Nawet jeśli przez jakiś czas będziemy latać na pusto, to trudno. Ważne, żeby była pajęczyna połączeń. Tak się zmienia rzeczywistość. Dużym kosztem, ale na końcu jest sukces.

Kott milczał. Cherubin się rozkręcił.

– Nie wchodziłbym w to, gdybym nie wierzył. Nie jestem ryzykantem – powiedział z udawaną pewnością siebie. – Potrzebujemy rzecznika. Twarzy. Szefa komunikacji. Kogoś budzącego zaufanie, potrafiącego mówić, pewnego siebie czterdziestolatka, dojrzałego, poważnego, ale nie starego. Szkoda, że blondyn jesteś i nie siwiejesz. Ale trudno, przeżyjemy, pasujesz mi tutaj. Pasujesz do tej pracy! To dobra oferta.

Chwila milczenia.

– Dzięki, Przemek, to mi pochlebia – Kott się uśmiechał. – Ale wiesz, prawie od dwudziestu lat jestem... To straszne, prawda? Dwadzieścia lat! Tyle czasu w mediach jestem. Nie tak łatwo w jakimś sensie rzucić połowę życia, co?

– No i za długo, za długo! To będzie opłacalna sprawa. Ile chciałbyś zarabiać?

– Najpierw musiałbym wiedzieć, co miałbym robić, za co odpowiadać. Ale naprawdę, Przemek, chyba się do tego nie nadaję. Pomyślę, może kogoś znajdziemy, polecę ci kogoś. Sądziłem, że się spotykamy, bo potrzebujesz rady.

– Ile chcesz zarabiać? – powtórzył Markowski. – Rozmawiajmy szczerze. To nie casting.

– Ważne, co miałbym robić.

– Będziesz szefem komunikacji. Zatrudnisz sobie kilku ludzi, zrobisz prawdziwy dział prasowy. Teraz improwizujemy, a ja chcę mieć to profesjonalnie ułożone. I będziesz rzecznikiem. Ile chcesz zarabiać?

– Najpierw trzeba opracować jakąś strategię, plan działań...

– No właśnie! Dwa razy więcej niż masz teraz jako dyrektor w tej twojej telewizji. Nie wiem, ile ci tam płacą, ale w ciemno proponuję dwa-razy-tyle. Dwa razy. I dostaniesz bmw. Nową piątkę. Współpracujemy z dealerem. Mamy deal z dealerem. A z tobą? Deal?

– Kupa kasy, ale muszę pomyśleć, z kimś pogadać, poradzić się. To trudna decyzja.

– Niech będzie, X6 w najmocniejszej wersji diesla. Krótki leasing będzie na firmę, przejmiesz go po spłacie dwóch trzecich. To będzie duża premia. Z pół miliona. Genialne auto.

– Na bogato... Pamiętasz, że mam takie same słabości jak ty. Zajebista oferta.

– No! Odprowadzisz mnie na samolot? Linie nazywają się jeszcze JUST-AIR, ale już niedługo. Zadzwonisz jutro?

– Daj mi trzy dni. W piątek, dobrze?

– Okej.

Wyszli z hotelu – wielkiego, zacumowanego na stałe, czarnego lotniskowca – i szli w stronę hali odlotów. Parking przed terminalem lśnił w świetle latarni jak kryształowa taca.

Markowski przeszedł odprawę i ze swoim kuferkiem na kółkach szybko minął bramki bezpieczeństwa, udając się w kierunku gate’u numer dziewięć i trzy czwarte.

Po powrocie do domu Kott nie mógł zasnąć. Włączył komputer, za pomocą programu na stronie internetowej importera skonfigurował bmw X6 z pięciolitrowym silnikiem Diesla: wymarzony moment obrotowy 740 Nm i pięć sekund do setki. Wybrał lakier sapphire black, skórzaną tapicerkę black nevada, kilka pakietów, aluminiowe inkrustacje, dodatkowo: ogrzewanie kierownicy, wyświetlacz head-up i system audio Bang and Olufsen.

Sprawiło mu to erotyczną przyjemność.

A w piątek odmówił Markowskiemu: docenia, jest wdzięczny, ale to nie dla niego, nie czuje tematu, nie zna się na samolotach, nie odróżnia boeinga od airbusa, pensja wspaniała, ale on jest zakorzeniony, wrośnięty w telewizję, uzależniony, lubi swoją pracę i tak dalej, jeszcze raz dzięki, do zobaczenia.

– Trudno – powiedział Markowski.

Ironia losu, jego złośliwy grymas – miesiąc później Kott musiał odejść z medialnej korporacji. Skończyło się któregoś kwietniowego dnia po krótkiej awanturze na posiedzeniu Rady Nadzorczej, której członkowie jak co roku skrzętnie liczyli dywidendę. Kolejny spontaniczny i w istocie przeprowadzony bez przekonania blef Kotta okazał się niczym więcej niż tylko blefem. „Sprawdzam” – usłyszał. Wyłożył więc karty: dosyć oblepiania programu tandetą w imię doraźnie zwiększanego przychodu.

– Podcinamy gałąź, na której siedzimy. Czy nie możecie tego zrozumieć?

Nie mogli.

„Może po prostu są głupcami” – pomyślał i czająca się w nim frustracja kazała mu tamtego dnia powiedzieć to zdanie na głos.

Musiał przyznać, że w jego życiu prywatnym (nie lubił tego określenia, człowiek ma przecież tylko jedno i zawsze całkiem prywatne życie) nie było lepiej. Dwa lata wcześniej się rozwiódł. Klasyczna sekwencja: separacja, rozwód, gryząca tęsknota. Przez chwilę miał nadzieję, że poczuje się jak uwolniony drapieżnik. I owszem, czuł się jak zwierzę, tyle że siedział teraz w klatce rozżalenia.

I nie mógł w niej zasnąć.

Rano zadzwonił do Markowskiego. Ale koła ratunkowego nie było: przykra sprawa, szkoda, w ramach tego samego budżetu przyjęliśmy pięć osób do działu prasowego, dodatkowo szefową marketingu i public relations – poleconą przez ciebie dziewczynę z agencji Sun PR, no szkoda, szkoda bardzo, może coś się jeszcze zmieni, ale na razie opcja wygasła, szkoda, bardzo szkoda, trzymaj się.

Nowe linie lotnicze ruszyły zgodnie z planem. Miasto zalały reklamy.

Przyszła wiosna. Ciepła, młoda, irytująco piękna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki