Lawina - Jolanta Maria Kaleta - ebook
Opis


Lawina to piąta już z kolei powieść Jolanty Marii Kalety. Tym razem Autorka ukazuje rozpaczliwą walkę byłego akowca, którego ducha nie złamało stalinowskie więzienie, o zachowanie własnych przekonań, dochowanie wierności dawnym ideałom, możliwość normalnego życia w kraju za ‘żelazną kurtyną’, o prawo do miłości.

Bohater powieści - chirurg Jędrek Madej - skierowany nakazem pracy do szpitala w Kowarach, miasteczka u stóp Karkonoszy, rychło przekonuje się, że skrywa ono mroczną tajemnicę, pilnie strzeżoną przez milicję, UB i wojsko KBW. Przez przypadek w jego ręce trafiają dziwne fotografie. Widnieje na nich tajemniczy symbol w kształcie dwóch ogniw łańcucha splecionych ze sobą, niezrozumiałe wyliczenia matematyczno-chemiczne oraz mapa, na której w języku niemieckim oznaczono kilka miejscowości. Otoczony przez donosicieli, podejmuje ryzykowną grę mającą wyjaśnić gdzie umieszczono ów symbol, co on oznacza i czemu ma służyć oraz jaką tajemnicę skrywają pozostałe fotografie. Przeciwko sobie ma żołnierzy korpusu bezpieczeństwa, kierowanych przez bezwzględnego porucznika Jenota, pana życia i śmierci oraz grasujący po okolicy Werwolf. Sam może liczyć jedynie na pomoc leśniczego Kujawy, człowieka o podobnym życiorysie i poglądach. Gdy w życiu Madeja pojawią się kobiety, znajdzie się w śmiertelnej pułapce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jolanta Maria Kaleta

!!!Wersja Demonstracyjna!!!

Wydawnictwo Psychoskok

Jolanta Maria Kaleta „Lawina”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2013 Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2013

Wydanie poprawione, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Anna Pereświet‑Sołtan ([email protected])

ISBN: 978-83-7900-030-2

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-500 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:

Lawina bieg od tego zmienia,

po jakich toczy się kamieniach.

Rozdział pierwszy

Być wolnym… to nic, ale odzyskać wolność – to niebo.

Johann Gottlieb Fichte

Zardzewiałe zawiasy bramy więzienia przy Kleczkowskiej zaskrzeczały złowrogo, gdy strażnik ubrany w służbowy mundur, z czapką nasuniętą na czoło, odryglował zamek. Poprzez uchyloną, wąską szparę, szczupły lecz wysoki Jędrek Madej mógł przejść na drugą stronę. Tę lepszą. Na tę stronę, gdzie mieszkała wolność, choć pozorna, lecz przynajmniej poza murami więzienia.

–            Nie mówcie do widzenia… – burknął „klawisz”, poprawiając czapkę z daszkiem na głowie. – Lepiej, żebyście tutaj już nie wracali.

–            Nie wrócę… Prędzej umrę… – odparł Madej i z namaszczeniem postawił pierwszy krok na chodniku. Pierwszy krok na wolności. Nie odwrócił się, gdy brama zazgrzytała raz jeszcze, a ryglowane przez strażnika zamki zagrzechotały nieprzyjemnie.

Podniósł wzrok ku niebu. Po raz pierwszy od trzech lat mógł je ujrzeć w całej okazałości i krasie, niepoprzecinane kratownicą okna czy siatką spacerniaka, niczym nie ograniczone, rozległe, aż po sam horyzont. Było ciemnobłękitne, głębokie, bez jednej chmurki, rozświetlone delikatnymi promieniami słońca pierwszych wrześniowych dni. Zamknął oczy i z rozkoszą wciągnął powietrze głęboko do płuc – pozbawione smrodu więziennej kuchni, woni strachu, bólu i śmierci, smakowało wolnością. Pachniało trawą skoszoną przed kilkoma dniami na pobliskim skwerku, spalinami czerwonego autobusu, który właśnie przejechał ulicą Kleczkowską, przydrożnym kurzem wzbitym w powietrze przez lekki wietrzyk, cebulką przysmażaną gdzieś w mieszkaniu na pierwszym piętrze, słodkimi perfumami dziewczyny, która dopiero co przeszła obok. Speszona, a może przestraszona, że ni stąd, ni zowąd znalazła się tak blisko więźnia, być może groźnego bandyty, szybciutkim truchtem przebiegła na drugą stronę ulicy, stukając obcasami czółenek. Madej podążył za nią wzrokiem. „Zmieniła się moda… – pomyślał z gorzkim uśmiechem na ustach. – Dziewczyny noszą teraz szerokie spódniczki”. Pamięć podsunęła mu momentalnie obraz Marty ubranej w dopasowaną sukienkę podkreślającą jej szczupłą sylwetkę.

Oglądając się niepewnie za siebie, właścicielka modnego stroju zniknęła w najbliższej bramie. Kamienica nie zmieniła się od czasu, gdy Madej widział ją po raz ostatni. Pamiętał, aż nazbyt dobrze, kiedy to było, gdy zakutego w kajdanki, z posiniaczoną twarzą i rozciętą uderzeniem kastetu wargą przywieziono go do tego więzienia – piętnastego października czterdziestego piątego roku. Dzień był pochmurny i deszczowy, ale okoliczne budynki wyglądały tak samo jak dziś. Może ich otoczenie nie było tak uporządkowane, wszędzie wówczas walały się gruzy, choć nie w takich ilościach, jak w innych częściach Wrocławia. I te kilka drzewek przy chodniku wyrosło przez te trzy lata. Teraz dawały ożywczy cień, a w ich koronach głośno ćwierkały wróble. Odniósł wrażenie, że siedząca na ławeczce na skwerku staruszka, to ta sama, co kiedyś. Ale może była to tylko gra wyobraźni. W budynku pobliskiej szkoły donośnie zabrzęczał dzwonek i po chwili rozwrzeszczana dzieciarnia z tornistrami na plecach, w jednakowych, granatowych fartuszkach ozdobionych białymi kołnierzykami i niebieskimi tarczami przyszytymi do rękawów, przebiegła tuż obok niego. Te najmłodsze z pasją rzuciły się zbierać pierwsze tego roku, spadające z drzew kasztany, których lśniące, jakby zrobione z brązowej skóry kuleczki walały się po trawniku. Normalne życie, jak zawsze.

Chwilę jeszcze przypatrywał się okolicy, jakby spodziewał się kogoś ujrzeć, po czym ciężkim krokiem ruszył w kierunku ulicy Osobowickiej. Odebrane z więziennego depozytu rzeczy niósł w walizce, a jesienny płaszcz przewiesił przez ramię. Łudził się naiwnie, że cywilne łachy uczyniły zeń zwykłego obywatela, jakich wielu, że nikt w nim nie rozpozna byłego pensjonariusza zakładu karnego. Nie zdawał sobie sprawy, że tamtejszy odór nadal mu towarzyszył. Tak do niego przywykł, że nawet go nie odczuwał. Ziemista cera i włosy ostrzyżone prawie do gołej skóry krzyczały z daleka, że więzienne mury opuścił całkiem niedawno. On jednak pragnął sprawiać wrażenie zwykłego podróżnego, który dopiero co przyjechał do Wrocławia i zmierza w kierunku cmentarza na czyjś grób.

Przed główną bramą największej w mieście nekropolii długo przyglądał się wystawionym na kilku straganach kwiatom. Wśród nich handlarki już sprzedawały pierwsze chryzantemy. Kupił bukiet tych złocistych, o dużych pąkach. Pamiętał, że Marta właśnie te lubiła najbardziej. Jej wspomnienie boleśnie szarpnęło go za serce i łzami zamgliło oczy. Zacisnął szczęki, aż zęby zgrzytnęły. Gdy dotarł do kaplicy cmentarnej, usiadł na jednej z ławeczek stojących w pobliżu. Krótkie spacery po więziennym podwórku nie mogły zapewnić dostatecznej ilości ruchu i z przerażeniem stwierdził, że przez te lata stracił całą dawną kondycję. Zasapał się i zmęczył tym godzinnym marszem jak staruszek.

Z kieszeni spodni wyciągnął zmiętą paczkę Sportów i zapalił papierosa. Wypuszczał przed siebie kłęby szarego dymu i bezmyślnie przypatrywał się otoczeniu. Ławeczkę, na której siedział, minęły dwie siwowłose panie, obydwie nieco przygarbione, jedna podpierała się laseczką. Obrzuciły go współczującym spojrzeniem, jakby cały swój los miał wypisany na twarzy. Trzymały się pod ręce i zawzięcie o czymś dyskutowały, co chwilę przerywając sobie głośnym: „Ależ, proszę ciebie, co ty mówisz?!”

Niedopałek wrzucił do stojącego tuż obok kubełka na śmieci i ruszył dalej. Po kilkunastu minutach dotarł do pola 122. „To gdzieś tutaj zostali pochowani Marta i Antoś… Kwatera 25” – przypomniał sobie chłodne i obojętne słowa, młodej kobiety siedzącej za biurkiem w kancelarii cmentarza.

Po drugiej stronie alejki rozciągało się puste pole. Na kamiennym słupku widniał numer 81A. Jedne obok drugich, niewielkie kopczyki, ale przecież nie groby. Świeżo rozkopana ziemia, ślady kół samochodowych. Chwasty i zarośla pomiędzy tym wszystkim. Nigdzie jednak żadnego krzyża, żadnego nagrobka. Ani kwiatów, ani zniczy. Jakiś robotnik z łopatą, z oczami utkwionymi w ziemi, jakby szukał czegoś wśród brunatnych bruzd, zbliżył się do alejki.

–            Czy to są groby? Kogoś tutaj pochowano, tak bez krzyża? – zapytał Madej, gdy tylko nieznajomy znalazł się tuż obok.

Mężczyzna podniósł na niego wzrok, w którym czaił się strach i zaskoczenie, rozejrzał się błyskawicznie wokoło, a kiedy dostrzegł majaczące w oddali niebieskie mundury pary milicjantów zmierzających w ich stronę, warknął przez zaciśnięte zęby:

–            Odpierdol się, szpiclu… – cisnął łopatę na ziemię i odwróciwszy się na pięcie, ruszył dziarsko przed siebie, aby po chwili puścić się biegiem pomiędzy grobami. Potykał się co chwilę i oglądał za siebie jakby ujrzał ducha. Na cmentarzu nie byłoby to nawet takie niezwykłe, ale Madej do bycia nieboszczykiem jeszcze się nie poczuwał, choć wiele mu nie brakowało.

Wzruszył ramionami i nie zastanawiając się dłużej nad niezrozumiałym zachowaniem człowieka z łopatą, wszedł pomiędzy nagrobki. Przypatrywał się każdemu uważnie. Szukał wzrokiem tych starszych, bez pomnika, bez kwiatów i zniczy. Dopiero po pół godzinie błądzenia od grobu do grobu, prawie byłby nadepnął na to, czego tak pilnie szukał. Drewniany krzyż pochylił się nisko, kryjąc się pomiędzy bujną trawą i dorodnymi chwastami porastającymi niewielką, zapadniętą w ziemię mogiłę. Jednak przyczepiona do niego metalowa, emaliowana na biało tabliczka tkwiła na swoim miejscu, a czarne literki dały się bez trudu odczytać: Marta Madej, urodzona 2 czerwca 1922, zmarła 23 maja 1946 roku.

Antoś Madej, urodzony 23 maja 1946 roku, żył jeden dzień.

Madej zacisnął szczęki i z trudem przełknął ślinę. W ustach poczuł taką suchość, jakby od tygodnia nie napił się kropli wody, a prześwitujące przez korony wysokich drzew słońce, zdawało się prażyć jak na pustyni. Odstawił na bok walizkę, podwinął rękawy i energicznie wyrywał chwasty, ciskając je z furią na boki. Wkrótce mokra od potu koszula przylepiła mu się do grzbietu, a słone strużki zalewały oczy i kapały z czubka nosa. Sam nie wiedział, czy to łzy, czy tylko krople potu. Kiedy skończył, ustawił pionowo krzyż i złożył na grobie pęk chryzantem. Zapalił znicze i nakreślił na piersiach znak krzyża. Jednak na usta zamiast modlitwy, cisnęły mu się słowa przekleństw. Na tych, którzy doprowadzili do śmierci jego żonę i dziecko, na tych, którzy zabrali mu trzy lata życia. Nie dostał nawet zgody, aby wziąć udział w pogrzebie. Komendant więzienia poinformował go oschle, że żona zmarła przy porodzie, a dziecko wraz z nią. Urodziło się za wcześnie.

Zamieszkali z Martą w tym poniemieckim mieście sami, bez żadnej rodziny. Przyjechali z Nowego Targu latem czterdziestego piątego roku. Obydwoje mieli już dość dalszej walki. Sądzili, że na „Dzikim Zachodzie”, jak nazywano Ziemie Odzyskane, wojnę zostawią za sobą. Dostali pracę w szpitalu i pokój we wspólnym mieszkaniu. Już wkrótce mieli się przekonać, że jednak nie tak łatwo zerwać z przeszłością. Czasami wlecze się za człowiekiem sama, nieproszona. Madej ujawnił się w już sierpniu, kiedy ogłoszono amnestię dla takich jak on, ale to władzy widać nie wystarczyło. Kilka miesięcy później, gdy Marta była już w ciąży, został aresztowany. Nie wiedział, co potem się z nią działo, dlaczego zmarła i ona, i dziecko. Nie wiedział, kto zajął się pochówkiem, co stało się z ich mieszkaniem, z meblami i tą całą resztą skromnego – bo tułaczego – dobytku. Garstkę jego ubrań jakaś litościwa sąsiadka odniosła do więzienia. Teraz Madej musiał zacząć życie od nowa, jeszcze raz. Już nawet nie wiedział, który to już raz.

W wydziale zdrowia urzędu miejskiego interesantów nie dostrzegł, mimo to urzędniczka nakazała mu czekać. Cierpliwie sterczał oparty o ścianę w korytarzu, którym dziarskim krokiem przemieszczali się w obydwie strony liczni urzędnicy z papierami w rękach, i bezmyślnie spoglądał na porozwieszane wszędzie propagandowe plakaty. Z jednego zerkała uśmiechnięta, rumiana dziewczyna z jasnymi włosami i czerwonym krawatem zawiązanym na szyi, siedząca za kierownicą traktora. Na drugim młody, dobrze zbudowany murarz, kładł kolejną cegłę. Tuż obok wisiał plakat wzywający obywateli do czujności, bo wróg z samolotu zrzucał na kraj stonkę ziemniaczaną. Bezmyślnie przeniósł wzrok na kolejny. Przedstawiał biegnącego z karabinem żołnierza, u stóp którego pałętał się paskudny karzeł z wiszącą na piersiach tabliczką z napisem AK. Madej zacisnął dłonie w pięści i nie zastanawiając się nad konsekwencjami tej pochopnie podjętej decyzji, ruszył do wyjścia. Nie zdążył dojść do drzwi, gdy dobiegł go skrzekliwy głos urzędniczki, która wychynęła ze swego zacisznego pokoju: – Obywatel Madej!

Zanim odwrócił się i omijając wzrokiem wiszący na ścianie plakat z krzyczącym czerwonym napisem Olbrzym i zapluty karzeł reakcji, posłusznie poszedł za urzędniczką, na moment zastygł bez ruchu. Gdyby wiedział w czterdziestym piątym, jak sprawy się potoczą, że zostaną pozostawieni sami sobie, wydani na łup sowietów i pepeerowców, być może jak wielu innych nie wyszedłby z lasu. Teraz było już za późno na cokolwiek, a pusty gest buntu mógł go zaprowadzić z powrotem za kratki. Kiedy wyjaśnił z czym przyszedł, wysuszona urzędniczka, o zgorzkniałym wyrazie twarzy, ubrana w szarą garsonkę, bez słowa wstała zza biurka i zniknęła w pokoju tuż obok. Po chwili wróciła i poprawiając wysoko na czubku głowy w kok upięte szpakowate włosy, oznajmiła chłodno:

–            Towarzysz kierownik was prosi.

Urzędnik siedział za solidnym biurkiem zawalonym mnóstwem tekturowych, szarych teczek z jednej strony i plikiem papierów z drugiej. Pomiędzy tym wszystkim wisiały na stojakach przeróżne pieczątki, leżały piórniki z przyborami do pisania, ogromna bibuła do suszenia dopiero co złożonego podpisu, dwie butelki atramentu i wypełniona po brzegi niedopałkami szklana popielniczka. Zsuwając na czubek nosa okulary, stalowymi, przekrwionymi oczami, pod którymi wyraźnie rysowały się obwisłe fałdy skóry, spojrzał na Madeja. „Albo za dużo pije, albo za mało sypia” – zdiagnozował Jędrek odruchowo.

–            Siadajcie – bąknął pod nosem kierownik urzędu i wskazał swemu petentowi krzesło.

Chwilę wertował jakieś papiery leżące przed nim. Podsunął Madejowi paczkę papierosów, ale widząc, że przecząco pokręcił głową, odłożył ją na bok.

–            Mam w waszej sprawie pismo z Urzędu Bezpieczeństwa. Odsiedzieliście cały wyrok? – rzucił mu kolejne krótkie spojrzenia znad okularów, a kiedy dostrzegł potakujące kiwnięcie głową, kontynuował swój wywód: – No i dobrze. W kraju nie mamy zbyt wielu ludzi z wykształceniem i do tego specjalistów, zwłaszcza lekarzy. Pojedziecie do pracy do Kowar, do szpitala. Brakuje im chirurga… – mówiąc te słowa z pozoru bezmyślnie przeglądał leżące przed nim papiery. – To bardzo duży i piękny szpital, świetnie wyposażony.

–            Nie mogę podjąć pracy tam, gdzie zechcę? – zapytał Madej zaskoczony. – Pochodzę z Nowego Targu, tam też jest…

–            Takie mamy przepisy, zwłaszcza dla takich… jak wy – urzędnik, przecząco kręcąc głową, przerwał mu w pół słowa i rzucił okiem w stronę drzwi, zanim zapuścił wzrok na dokumenty. – „O zapobieżeniu płynności kadr pracowników w zawodach szczególnie ważnych dla gospodarki…” – zacytował z pamięci fragment ustawy, jakby chciał się popisać znajomością prawa, i wpisał dane personalne Madeja w urzędowy druczek nakazujący pracę w kowarskim szpitalu.

–            Rozumiem – przytaknął, a po chwili dodał: – W sumie… nawet się cieszę.

Kierownik jakby się ożywił, na moment podniósł wzrok i zlustrował siedzącego przed nim petenta, ale nie zapytał, jaki był powód tej radości. Być może w ogóle go to nie interesowało lub wiedział, że nie on jest od zadawania pytań. Zbytnia ciekawość wiodła bardzo krótką drogą przed oblicza tych, którzy mieli niczym nieograniczone prawo do zadawania pytań. Gdy skończył pisać, chuchnął na spód sfatygowanej pieczątki i z całą swoją urzędową mocą przystawił ją pod własnym podpisem złożonym na nakazie pracy.

–            Oto wasze skierowanie do Kowar. Powodzenia – oznajmił oschłym tonem i nie podnosząc się zza biurka, wręczył Madejowi gęsto zapisaną kartkę papieru.

Urzędniczka odprowadziła wychodzącego Madeja spojrzeniem pełnym niechęci i lekceważenia. Na twarzy miała wypisaną pogardę wobec tego „wrogiego elementu”, jak zapewne sobie o nim pomyślała zgodnie z urzędową terminologią. Nie odpowiedziała na jego „do widzenia” wypowiedziane uprzejmie tuż przy drzwiach. Opuścił budynek urzędu z ulgą. Ciasne, zamknięte pomieszczenia i długie korytarze kojarzyły się boleśnie z miejscem, w którym spędził ostatnie trzy lata, a o którym chciał jak najszybciej zapomnieć.

Pieszo ruszył w stronę dworca. Chciał nadrobić te wszystkie długie dni, tygodnie, miesiące i lata, podczas których albo leżał na betonowej posadzce, albo siedział na nodze od stołka, albo stał w ciasnym „bunkrze”. Miejsce na pryczy dostał dopiero po roku pobytu w więzieniu, a prawo do spacerów zaledwie przed kilkoma miesiącami, gdy zmienił się naczelnik więzienia. Teraz cieszył się swobodą ruchu na świeżym powietrzu i chciał jak najszybciej opuścić to miasto, w którym planowali z Martą spędzić resztę swego życia, a w którym jej przyszło umrzeć, a jemu gnić w więzieniu. Nie była to jednak wina miasta. Leczyło rany po tej wojnie tak jak inni. Jej ślady widział nadal na każdym kroku. Choć gruz w znacznej mierze usunięto, to nadal straszyły na murach dziury od kul i puste place po zburzonych kamienicach. Jednocześnie oko radowało się na widok uwijających się jak w ukropie murarzy remontujących to, co się dało uratować z wojennej pożogi. Jedynie dworzec sprawiał wrażenie, jakby ta straszna nawałnica go ominęła. Ślady po kulach karabinów maszynowych zalepiono gipsem. Ściany wyglądały po tej operacji, jakby ktoś obrzucił budynek śnieżkami, a one nie zdążyły się rozpuścić pod wpływem ciepła.

Pociąg do Jeleniej Góry miał odjechać po godzinie szesnastej. Madej miał zatem sporo czasu. W dworcowej restauracji, będącej jednocześnie poczekalnią, kupił bułkę z kiełbasą i szklankę herbaty. Z trudem, wśród tłumu ludzi, znalazł wolne krzesło przy stoliku. Jedząc, obserwował podróżnych. Dla zabicia czasu wyobrażał sobie skąd przyjechali lub dokąd wyjeżdżają i dlaczego. Nie dziwiła go ich reakcja, gdy nagle milkli lub ściszali głos, kiedy żołnierze ochrony kolei, przechadzający się dwójkami, podchodzili zbyt blisko. Wśród mrowia podróżnych, z daleka, rzucały się w oczy niebieskie mundury milicjantów. Ilu siedziało tajniaków na ławkach, przy stolikach lub kręciło się po hallu i peronach, trudno było oszacować. Z pewnością wielu.

Z okien zatłoczonego pociągu obserwował zmieniający się krajobraz. Początkowo płaskie połacie skoszonych pól, w wielu miejscach już zaorane, z czasem ustąpiły miejsca pagórkom. W oddali, na horyzoncie, pojawił się zarys gór. Nie były nawet w połowie tak wysokie jak Tatry, ale na ich widok Madej poczuł miłe drżenie serca. Tęsknił za nimi równie mocno jak za wolnością.

Wynajął pokój w hotelu w pobliżu dworca. O tak późnej porze nie miał już żadnych możliwości, aby dostać się do Kowar. Ostatni pociąg odjechał pół godziny wcześniej, a nocny kurs w ogóle nie istniał. Poza tym i tak nie miał tam załatwionego żadnego noclegu. Musiał zostać na noc w Jeleniej.

Z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, z kostką szarego mydła w dłoni, ruszył na poszukiwanie łazienki. Znalazł ją na drugim końcu korytarza. Z drżeniem serca podszedł do lustra. Nie widział swojej twarzy od trzech lat, jeśli nie liczyć tego zamglonego odbicia w zniszczonym, poobijanym więziennym lusterku, wiszącym w łaźni nad korytem pełniącym rolę umywalki. Powoli podniósł wzrok. Przed nim stał facet starszy od niego o dziesięć lat. Madej nie miał jeszcze czterdziestu, a wyglądał na pięćdziesiąt. Czarne włosy, bardzo krótko ostrzyżone, tuż przy skórze, choć nadal gęste, na skroniach srebrzyły się siwizną. Cera, kiedyś śniada, z braku słońca i świeżego powietrza, stała się ziemista i szara. Pod oczyma pojawiły się nie tylko ciemne sińce, ale także drobne zmarszczki i wcale nie były wynikiem częstych wybuchów niekontrolowanego śmiechu. Głębokie bruzdy biegły od skrzydełek nosa, w dół do kącików ust, nadając twarzy Madeja zgorzkniałego wyrazu. Nos – złamany podczas przesłuchania – przywodził na myśl zawodnika boksu kończącego niechlubną karierę. Na dolnej wardze widniały dwie blizny po uderzeniu hitlerowskim kastetem, który dziwnym zbiegiem okoliczności znalazł się w posiadaniu „klawisza”. Jedynie brązowe oczy nadal mu błyszczały, lecz nie tymi wesołymi iskierkami, którymi przed wojną zachwycały się znajome dziewczyny. Teraz płonął w nich ogień nienawiści i żalu. Żebra sterczały mu spod skóry. Mógł je policzyć gołym okiem, bez macania palcami. Więziennym posiłkiem, więcej niż skromnym, ograniczonym do wodnistej zupy i czarnego chleba, trudno było się najeść, a bywało, że strażnik potrafił zawartość talerza złośliwie rozlać na podłogę. Madej nie miał prawa do widzeń i paczek. Zresztą i tak nie miał kto do niego przyjść z zawiniątkiem wypełnionym słoniną, cebulą i chlebem.

Odkręcił kran i z dawno nie odczuwaną rozkoszą wsunął dłonie w strumień ciepłej wody. Zachował całe palce i nie zniszczyły się podczas pracy w więziennym warsztacie. Przesłuchujący go ubecy, wiedząc, że jest chirurgiem, często korzystali z jego pomocy, gdy przeholowali z biciem podczas przesłuchania i delikwent usiłował przenieść się na tamten, być może lepszy świat, nie wyjawiwszy im głęboko skrywanych tajemnic. Dla własnej więc wygody, palców mu nie połamali, a do pracy skierowali do szwalni, a nie do noszenia gruzu.

Kiedy wanna wypełniła się gorącą wodą, zanurzył się po samą szyję, oparł kark o twardy, porcelanowy brzeg i zamknął oczy. Nie myślał o niczym. Poprzysiągł sobie, że nie będzie wracał do przeszłości. Była zbyt bolesna. Z łazienki wyszedł dopiero wówczas, gdy znudzeni oczekiwaniem na swoją kolej, pozostali goście hotelowi zaczęli się niecierpliwić, czemu dali wyraz głośnym dobijaniem się do drzwi.

Rozdział drugi

Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los.

Paulo Coelho

Budynek kowarskiego dworca w niczym nie przypominał tego we Wrocławiu. Niski, parterowy, z czerwonej cegły, niewielki daszek, dwa perony. Bardziej stacja niż dworzec. Ruch spory, ale bez porównania mniejszy niż we Wrocławiu. Wraz z Madejem z pociągu wysypała się grupka kobiet i mężczyzn w różnym wieku. Domyślił się, że to tutejsze fabryki ściągały do Kowar pracowników. Jeszcze nie opuścił peronu, gdy drogę zagrodził mu patrol – dwóch żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, o czym świadczyły granatowe otoki na czapkach, karabiny wiszące na ramionach i czarne, wypolerowane na błysk, wysokie, żołnierskie buty. Na twarze nałożyli surowe miny, być może sztuczne, dla dodania sobie powagi i zatuszowania niepewności. Obydwaj nie mieli więcej niż po 18 lat.

–            Przepustka! – warknął jeden z nich.

–            Jaka przepustka? – Madej nie krył zaskoczenia.

Od wyjścia z więzienia ani we Wrocławiu, ani w Jeleniej Górze, nikt nigdzie nie żądał od niego żadnej przepustki. Był przekonany, że coś źle zrozumiał.

–            Bez przepustki do miasta nie wejdziecie – oświadczył stanowczo żołnierz i wymownym gestem zdjął z ramienia karabin.

–            Mam nakaz pracy w tutejszym szpitalu – wyjaśnił Madej z nadzieją, że to właśnie o ten dokument chodziło i sięgnął do kieszeni marynarki po portfel.

–            Pokażcie – żołnierz niecierpliwie wyciągnął rękę.

Niepewnym wzrokiem wpatrywał się w świstek papieru tak pieczołowicie wypisany przez kierownika urzędu we Wrocławiu, jakby wyczytał czarno na białym, że Madej przyjechał wysadzić miasteczko w powietrze.

–            Dowód osobisty! – warknął po chwili i jeszcze bardziej się nasrożył.

Zanim podjął właściwą jego zdaniem decyzję, dobrą minutę porównywał wpisy w jednym i drugim dokumencie.

–            Pójdziecie z nami na posterunek, tam sprawdzą co z was za ptaszek – oznajmił w końcu tonem niewróżącym niczego dobrego i wcisnął do kieszeni munduru dowód osobisty Madeja i skierowanie do pracy w szpitalu.

Idąc ulicami w asyście żołnierzy poczuł się jak przestępca, choć wiedział, że mogli go potraktować znacznie gorzej. Gdy aresztowali go w czterdziestym piątym, to z domu wywlekli go bez butów i w piżamie, a pierwsze ciosy spadły na jego głowę już na schodach. Miał nadzieję, że tym razem potraktują go inaczej. Na posterunek dotarli po kilku minutach. Po korytarzu to w jedną, to w drugą stronę, szybkimi krokami przemieszczali się żołnierze i jacyś cywile. Głównie kobiety. Może sekretarki. W pokoju, do którego żołnierze zaprowadzili Madeja, za biurkiem siedział oficer. Rozpięty pod szyją mundur i pas przewieszony przez oparcie krzesła świadczyły o lekceważeniu wojskowej dyscypliny. Obrzucił Madeja znudzonym spojrzeniem i bez słowa wskazał mu krzesło przed sobą. Żołnierz, prężąc sylwetkę, zameldował:

–            Obywatelu poruczniku! Melduję, że ten obywatel nie posiada przepustki! – i usłużnie wyjęte z kieszeni dokumenty położył na biurku przed oficerem, zanim Madej zdążył usiąść.

Porucznik starannie je wertował, od czasu do czasu łypiąc okiem na ich właściciela. Po chwili sięgnął po słuchawkę.

–            Łączcie ze szpitalem, z doktorem Weredą – wycedził przez zęby i zawiesił podejrzliwe spojrzenie na siedzącym sztywno, jakby kij połknął, Madeju.

Ktoś z drugiej strony linii telefonicznej musiał się zgłosić, gdyż porucznik przełożył słuchawkę do drugiego ucha i zapytał:

–            Czekacie na nowego lekarza?

Odpowiedź nie wydostała się poza uszy porucznika, ale chyba nie spełniła jego oczekiwań, bo zadał jeszcze jedno, krótkie pytanie:

–            Jak nazwisko?

Porucznik otrzymawszy odpowiedź, bez słowa odłożył słuchawkę i nadal wlepiając wzrok w siedzącego przed nim Madeja, oświadczył krótko:

–            Zgadza się.

Po chwili z tą samą znudzoną miną, świadczącą o braku satysfakcji z wykonywanych obowiązków, sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął gruby bloczek z druczkami. Wydarł jeden z nich i starannie, z namaszczeniem wypełnił, maczając obgryzioną na końcu obsadkę w kałamarzu stojącym na drewnianej podstawce, zachlapanej czarnym atramentem. Chuchnął na pieczątkę i przywalił nią solidnie w dokument, tuż pod swoim nieco krzywym podpisem.

–            Jesteście wolni – zwrócił się do Madeja, usiłując przewiercić go wzrokiem na wylot. Nie ruszając się z miejsca, podał mu świeżo wypisaną przepustkę, skierowanie do pracy i dowód osobisty.

–            Sierżancie! Odprowadźcie obywatela do wyjścia – polecił swemu podwładnemu, stojącemu nieruchomo przez cały ten czas, i zapuścił wzrok w papiery leżące na biurku.

Gdy Madej z ulgą opuścił niewielki, lecz ponury posterunek kowarskiego KBW, zrozumiał, że jego radość z przyjazdu do tego miasteczka okazała się przedwczesna. Kowary skrywały jakąś mroczną tajemnicę, której strzegli oficerowie korpusu bezpieczeństwa i cholera wie, kto jeszcze. Jednak wczorajsza kąpiel oraz dobrze przespana noc w wygodnym i czystym hotelowym łóżku, podreperowały nie tylko jego siły fizyczne, ale także psychiczną odporność. Lekceważącym machnięciem ręki szybko odgonił czarne myśli, jakby były chmarą naprzykrzających się much, pocieszył się, że nie takie rzeczy już w swym życiu przetrzymał, i ruszył na poszukiwanie szpitala.

Dziarskim krokiem dotarł do centrum. Miasteczko sprawiało wrażenie jakby wojna ominęła je szerokim łukiem. Z zainteresowaniem spoglądał na dobrze zachowane, choć pamiętające ubiegły wiek kamieniczki stojące w równych szeregach po obydwu stronach ulic, przeszklone wystawy sklepów, na liczne stragany, przechodniów śpieszący się nie wiadomo dokąd, wozaków z końmi stojących nieopodal placu targowego i kolorowy szyld nad miejscową restauracją. Kolumny zdobiące wejście do urzędu miejskiego z daleka lśniły bielą. Nigdzie żadnych ruin i wypalonych do cna budynków, żadnych gruzów i dziwnie pustych przestrzeni między kamienicami, przywodzącymi na myśl szczerbatą szczękę. Ktoś życzliwie wskazał mu drogę do szpitala usytuowanego na peryferiach miasteczka. Gdy z daleka ujrzał jego potężną bryłę, ze ścianą zielni za plecami, zaparło mu dech w piersiach. Takie budynki oglądał dawno temu, przed wojną, na pocztówkach ze Szwajcarii, z Davos. Niezliczone wieże, wieżyczki, lukarny, daszki, drewniane werandy, kolumny i kolumienki uczyniły ze szpitala bardziej pałac jakiegoś księcia z bajki niż miejsce, gdzie przebywali, a zdarzało się, że umierali, ciężko chorzy ludzie. Ogromny zegar pod środkową wieżą wskazywał godzinę dziewiątą rano. Słońce przeglądało się w setkach okien, dodając budowli królewskiego blasku. Madej z miejsca uległ urokowi tego miejsca, zapomniał o przykrym powitaniu na stacji kolejowej i przymusowej wizycie na posterunku korpusu bezpieczeństwa.

Po kamiennych schodkach, ozdobionych szerokimi arkadami, wbiegł do wejścia, gdzie doznał kolejnego szoku. Przestronny, jasny hall ozdabiały kolumny, krzyżowe sklepienie przyciągało wzrok kolorową polichromią. Na piętro wiodły marmurowe schody, zaopatrzone w balustrady wykute w żelazie przez jakiegoś mistrza w swoim zawodzie. Miejsce to w niczym nie przypominało szpitala we Wrocławiu, gdzie pracował przed aresztowaniem. Przed oczyma stanęły mu jak żywe ściany z surowej, czerwonej cegły, posadzki w biało‑czarną szachownicę, wysokie okna poprzecinane szprosami jak kratownicą. Przywodził na myśl klasztor o surowej regule, a nie miejsce dla zwykłych ludzi, którym dobrowolne umartwianie się było dalekie. Portier skierował go wprost do gabinetu dyrektora, doktora Bronisława Weredy. Gdy tylko wszedł, dyrektor uniósł się zza biurka i serdecznie uścisnął Madejowi dłoń.

–            Mam skierowanie do pracy w tutejszym szpitalu – oznajmił i podał dokumenty dyrektorowi.

–            Tak, tak, wiem… dzwonili… – potwierdził, kiwając jednocześnie głową. – Wczoraj z województwa i przed chwilą, prawda, z posterunku. Niech pan siada, doktorze… – poprosił niskim, ciepłym głosem i spojrzał na Madeja piwnymi, ocienionymi krzaczastymi, czarnymi brwiami oczyma. Wyzierała z nich sama dobroć. – Mam nadzieję, że tym chwilowym aresztowaniem nie zniechęcili pana do pracy u nas? – uśmiechnął się porozumiewawczo.

–            Początkowo, tak – Madej odparł szczerze. – Ale, gdy zobaczyłem ten budynek, ten park… Przyznaję się bez bicia, że zakochałem się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia…

Wereda na chwilę zatopił spojrzenie w trzymanych przed sobą dokumentach, po czym podniósł wzrok na Madeja i spytał z troską w głosie:

–            Prawie trzy lata nie stał pan przy stole, prawda?

–            Zgadza się – Madej kiwnął głową i przełknął ślinę. Poczuł się jak sztubak, który tłumaczył się z nieodrobionych lekcji.

–            A jak dłonie, palce, prawda? – dyrektor zapytał w sposób oględny i zerknął w stronę drzwi.

Madej domyślił się dlaczego. Pytanie zadane wprost, czy połamano mu palce w więzieniu, gdyby wydostało się poza próg dyrektorskiego gabinetu, mogło skończyć się dla Weredy tym, że zająłby miejsce Madeja w więziennej celi.

–            Poszczęściło się – odparł równie enigmatycznie i wsparł dłonie na brzegu biurka tak, aby dyrektor mógł ocenić ich przydatność do zawodu.

–            Przez pierwszy miesiąc będzie pan jedynie asystował, prawda – bardziej oznajmił niż zapytał Wereda i nadal uśmiechając się życzliwie, lustrował swego nowego pracownika ciekawskim wzrokiem.

–            Z ogromną przyjemnością, dyrektorze – Madej rozjaśnił twarz szczerym uśmiechem. – Dziękuję. Będę się starał nadrobić stracony czas… – dorzucił, czując opuszczające go stopniowo napięcie.

–            Wie pan, kolego Madej, że w szpitalu nie mamy wielu chirurgów, a wypadków co niemiara – kontynuował swe wynurzenia odrobinę speszony Wereda, jakby to z jego winy bywały te wszystkie wypadki. – Pracy zatem nie brakuje.

Madej kiwał głową ze zrozumieniem, choć nie miał bladego pojęcia, dlaczego akurat tutaj, w tym uroczym miasteczku, zagubionym wśród gór, otoczonym lasami, miałoby być więcej wypadków niż gdziekolwiek indziej. Podczas tych lat spędzonych za kratami nie docierały do niego żadne informacje ze świata zewnętrznego. Powtarzane przez więźniów rewelacje mogły być w takim samym stopniu prawdą, co ubecką prowokacją. Nauczył się udawać, że wierzy, w nic nie wierząc. Za pewnik mógł przyjąć tylko jedno. Nadal szalał terror, o czym świadczyła coraz większa liczba więźniów upychanych w celach jak śledzie w beczce. Panoszyli się ci z UB i KBW, o Rosjanach nie wspominając, co było widać gołym okiem na każdym kroku, nawet tutaj w Kowarach. Reszta pozostawała wielką niewiadomą, białą plamą, którą Madej miał nadzieję wypełnić kolorami nowego życia.

–            Jest pan żonaty? Ma pan dzieci? – spytał Wereda, zmieniając temat i przeglądał nerwowo papierki w poszukiwaniu odpowiedzi na zadane pytanie, ale nie dostrzegł w nich zapisu o stanie rodzinnym nowo zatrudnionego lekarza.

–            Miałem – odparł krótko Madej i chrząknął, aby odpędzić wzruszenie. – Już nie żyją.

Dyrektor speszył się. Po trzech latach od zakończenia wojny zdążył się odzwyczaić od takich odpowiedzi. Ci co przeżyli koszmar wojny, na ogół starali się powrócić do normalnego życia, zakładali nowe rodziny, rodziły się nowe dzieci.

–            Przepraszam, bardzo mi przykro – bąkał. – Nic o tym, prawda, nie wiedziałem.

–            Nie szkodzi – odparł Madej spokojnie, tylko głos mu podejrzanie zadrżał. Jeszcze nie przywykł do podawania informacji o śmierci żony i synka. W więziennej celi nikt mu o nich pytań nie zadawał.

–            Czy zechce pan, prawda, zamieszkać na terenie szpitala, czy dać skierowanie na kwaterę w miasteczku? – Wereda zgrabnie zmienił temat i uśmiechnął się życzliwie do Madeja po raz kolejny.

–            Jeżeli można, to zamieszkam w szpitalu, będę miał bliżej do pracy – zdobył się na żart i odwzajemnił uśmiech.

–            Rozumiem, że po tych… po tym… że do… – Wereda zająknął się przed zadaniem kolejnego pytania. – Czy jest pan, prawda, członkiem partii? – wydusił z siebie w końcu i speszony opuścił wzrok na trzymane w ręce pióro.

–            Nie – Madej odparł krótko, lecz stanowczo. – I nie zamierzam, jeżeli o to chodzi – dodał dla jasności sytuacji.

Przeraził się, że Wereda zechce go agitować, a tego chyba by nie zniósł. Nie czuł się na tyle zaszczuty, aby obawiać się szczerej odpowiedzi ani tym bardziej, żeby wstępować do czegoś, co mu nie odpowiadało. I nic już nie miał do stracenia, poza swoim życiem. Odniósł wrażenie, że w oczach Weredy, kiedy usłyszał odpowiedź odmowną, dostrzegł ulgę i pierwszy promyk autentycznej sympatii.

Dyrektor uśmiechnął się kolejny raz i sięgnął po słuchawkę telefonu. Gdy do jego uszu dotarł przypochlebny głos sekretarki:

„Słucham, panie dyrektorze”, poprosił:

–            Pani Krystyno, proszę przysłać do mnie kierownika Malika.

Po chwili do gabinetu, chytrze jak wąż, wsunął się niski i krępy mężczyzna około pięćdziesiątki. Szpakowate włosy zaczesał do góry, odsłaniając dość pokaźne, wyłysiałe zakola. Małymi, chytrymi oczkami obmacał Madeja od czubka ogolonej głowy, po końce mocno sfatygowanych półbutów. Lustracja nie wypadła zbyt pomyślnie, bo bez słowa ledwie skinął głową w jego kierunku, a usłużny i wierny wzrok wbił w dyrektora Weredę.

–            To jest nasz nowy chirurg, doktor Jędrzej Madej – oznajmił dyrektor oficjalnym tonem. – Proszę go zakwaterować, prawda, w mieszkaniu po Kowaliku i zaprowiantować. We wszystko, prawda. I wystawić stałą przepustkę – polecił na koniec Wereda i uniósł się zza biurka, co niechybnie świadczyło o końcu audiencji. Jeszcze raz serdecznie uścisnął dłoń Madeja i z życzliwym uśmiechem na twarzy odprowadził go do samych drzwi.

Po półgodzinie, z kluczem w ręku, Malik zaprowadził go długim, lecz oszołamiającym swoją urodą korytarzem do służbowego mieszkania mieszczącego się w bocznym skrzydle, na wysokim parterze, z piękną, drewnianą werandą. Składało się z saloniku i sypialni, łazienki i niewielkiej kuchni. W stosunku do więziennej celi – niewyobrażalny wręcz luksus. Madej, zaopatrzony w liczne pisemka, podpisane i opieczętowane przez kierownika, wędrował od magazynu do magazynu pobierając pościel, ręczniki, mydła, fartuchy lekarskie, obuwie służbowe, a nawet czajnik i herbatę. Wydano mu także, za potwierdzeniem odbioru, kartki na mydło, proszek do prania, cukier, mięso i całą masę innych artykułów spożywczych, o których nie miał pojęcia, że są reglamentowane, a także bloczek na obiady do szpitalnej stołówki. Po raz kolejny rozpoczął nowe życie. Miał nadzieję, że już po raz ostatni.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok