Wydawca: Buchmann Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 318 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lawendowe pole - Joanna Posoch

Fabularyzowana historia pierwszych wiejskich doświadczeń autorki. W książce znajduje się mnóstwo praktycznych porad: jak zbudować dom i stworzyć ogród, jak zbierać zioła i produkować z nich naturalne kosmetyki, jak zdrowo gotować z naturalnych składników, a wreszcie – jak uprawiać lawendę.

Joanna Posoch – założycielka Lawendowego Pola – największej w Polce plantacji lawendy i gospodarstwa agroturystycznego, które szybko stało się kultowym miejscem na Warmii.

Opinie o ebooku Lawendowe pole - Joanna Posoch

Fragment ebooka Lawendowe pole - Joanna Posoch

LAWENDOWE POLE

Poradnik dla tych, którzy pragną opuścić miasto na dobre

Joanna Posoch

Tekst: Joanna Posoch

Projekt okładki: Bang Bang Design

Projekt layoutu: TYPO Marek Ugorowski

Zdjęcia na okładce: Rafał Lipski

Zdjęcia w książce: Małgorzata Plater-Zyberk, Rafał Lipski

Redaktor prowadzący: Magdalena Gołdanowska

Redakcja: Ilona Turowska

Korekta: Monika UIatowska, Marta Kubinowska

Skład: TYPO

Copyright © Joanna Posoch, 2014

All rights reserved

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-7881-330-9

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Aleksandra Łapińska / Virtualo Sp. z o.o.

Moim Rodzicom i Siostrzyczce, z wdzięcznością

Kto jednak pragnie życie w prawej mądrości pędzić,

Temu i bez majątku pogodne ono będzie:

Małych rzeczy na świecie nie braknie…

Lukrecjusz, O naturze wszechrzeczy, księga V

PODZIĘKOWANIA

Specjalne podziękowania dla Piotrusia za cierpliwość i wsparcie.

Najserdeczniej dziękuję Joance Piaseckiej za poświęcony mi czas i energię.

Wielkie podziękowania należą się Pawłowi Zawadzkiemu za wytrwałe zachęcanie autorki do pisania.

Ponadto dziękuję Ewie Korczewskiej za światłe uwagi, Ani Kuczyńskiej za pełne optymizmu wsparcie, Robertowi Schmidtowi za twórcze uwagi i pomoc podczas pracy nad rozdziałem o budowaniu z drewna.

OD AUTORKI

Książka ta opisuje moje doświadczenia i przeżycia, związane z przeprowadzką na warmińską wieś. Opowiada o tutejszym życiu i przyrodzie.

Chciałabym, aby zachęcała do odważnego realizowania swoich pasji, ze świadomością, że otaczający nas świat jest subtelny, piękny, że należy się mu szacunek i opieka. Naszkicowałam rozmaite problemy i związane z nimi wyzwania, z którymi zmierzyć się musi każdy osadnik znający wieś bardziej z opowiadań niż doświadczenia.

Gdy przeprowadziłam się z miasta na wieś, okazało się, że moje dotychczasowe umiejętności nie mają tutaj właściwie większego zastosowania. Deprymowało mnie to, dopóki nie okazało się, że nowe okoliczności są niesłychanie inspirujące, a przy tym wydają się rozwijać mnie w ważnym – z mojego punktu widzenia – kierunku.

Mam nadzieję, że poczujecie się zainspirowani. Wybaczcie mi drobiazgowość niektórych instrukcji (detale budowlane, palenie w piecu, a także techniczne szczegóły przy oglądaniu domu), ale – ponieważ ponad połowa odwiedzających mnie gości z miasta potrzebowała dokładnych wskazówek praktycznych – uznałam, że mogą przydać się innym. Jeśli znacie się na starych domach i umiecie palić w piecu, przejdźcie po prostu do następnego rozdziału.

Po przeszło dziesięciu latach pobytu na wsi nauczyłam się, w jaki sposób radzić sobie gospodarstwem i z otaczającym światem, nie opuściło mnie natomiast dziwne, acz miłe poczucie surrealizmu.

W moich wyobrażeniach wiejskiego siedliska nieodłącznym elementem obrazu był kilkuhektarowy obszar ziemi wokół domu. Ktoś nawet proponował mi zakup działki o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych, ale wydało mi się to pomysłem tak absurdalnym, że od razu go odrzuciłam. Zresztą działka budowlana nawet o niewielkiej powierzchni jest na ogół droższa od działki rolnej. W moim przypadku koszt siedliska był podobny do ceny działki budowlanej w gęstwinie podobnych działek i domów.

Jeśli nie macie innego wyjścia i kupujecie dom w osiedlu domów jednorodzinnych, ten poradnik będzie dla Was, niestety, mniej użyteczny. To, co można zrobić dla siebie, to przynajmniej wywrzeć nacisk na inwestora lub odpowiedni urząd, by pośrodku osiedla powstał choćby niewielki skwer, a na nim drzewa, kwiaty i ławeczki. Jeśli z czasem powstanie jakieś lokalne stowarzyszenie, będzie można wystąpić o dofinansowanie działań i prac, na przykład pozyskać środki na zakup rzutnika i ekranu, organizować pokazy filmów dla mieszkańców i zaproszonych gości. Można robić przyjęcia, święta, urodziny albo wystawy sztuki.

Kiedyś, gdy całe dnie spędzałam w pracy, a noce – na wsi pod miastem, nie miałam szansy poczuć się częścią wiejskiej wspólnoty. Oczywiście nie było też mowy o wiosennym siewie rzodkiewek i sałaty. Żyłam jedną nogą na wsi, drugą w mieście.

Na wsi można robić najrozmaitsze rzeczy. Do dyspozycji jest spora przestrzeń, inspirujące piękno krajobrazu, a także nieco odmienne niż w mieście pojęcie czasu.

Wieś jest spowolnieniem. Zatrzymuje człowieka. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. A bycie wieśniakiem to powód do dumy. Zawiera w sobie ogromną wiedzę na temat natury, która to wiedza nie jest dana człowiekowi w mieści, choćby całymi dniami przesiadywał w parkach.

Gdy kupiłam ziemię na Warmii, zamarzyłam o lawendowej plantacji na zboczu małej górki. Wystarczyło pójść do sklepu ogrodniczego po nasiona, poprosić sąsiada o zaoranie pola, przeczytać to i owo o lawendzie, poeksperymentować. Następne działania to już tylko konsekwencja tego pomysłu.

Po jakimś czasie można odnaleźć się – prawda, że będąc nieco spracowanym – w dojrzałym i pięknym, wymarzonym świecie. Może to być dom wśród fioletowych łanów lawendy, z suszarnią kwiatów, gdzie na werandzie sączymy lawendowe wino i zdumiewamy się, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Nasz piękny dom może też stać wśród dorodnych winorośli, zaś w piwnicy ustawione będą, aż po łuki sklepień, stojaki z butelkami wyśmienitego wina. Nasi goście będą rozkoszować się jego smakiem, z uznaniem kiwając głowami i cicho pomrukując. Albo może zdarzyć się, że dom i ogród będzie pełen niespotykanych form i instalacji artystycznych, znakomicie współgrających ze sobą i ciekawie wkomponowanych w otaczający krajobraz. Wielu ludzi zapragnie nas wtedy odwiedzić, aby pozwolić zainspirować się tę niecodzienną galerią sztuki gdzieś na końcu świata.

Dlatego też przyjmuję – doskonale pasujące do mojej wizji – robocze założenie, że Czytelnik pragnie: obcować z pięknem, czyli jest estetą, spokoju, czyli czuje się przemęczony, ma pewien dynamizm życia wewnętrznego, czyli rzadko się nudzi i jest ciekaw życia wraz z jego niespodziankami.

Jak to ujął kiedyś nasz przyjaciel, nieżyjący już poeta Andrzej Sulima-Suryn: „Wszystko jest po Twojej myśli. Tylko pomyśl…”

JAK CHCIAŁAM WYJECHAĆ NA WIEŚ I CO Z TEGO WYNIKŁO

Pieniądze albo życie

Przyszedł w końcu ten dzień. Uświadomiłam sobie, że jeśli nic się w moim życiu nie zmieni, umrę. Zwyczajnie i po prostu. Nie było żadnych wzniosłych idei i genialnych pomysłów. Chodziło mi tylko o przetrwanie.

Udręka poranków, gdy wstawałam zmęczona, i wieczorów, gdy równie wyczerpana kładłam się spać. W ciągu tygodnia znużenie towarzyszyło mi stale i w żaden sposób nie mogłam się od niego uwolnić. Dni spędzałam wbita w kostium od Chanel, balansując na obcasach, a oczy przed słońcem zasłaniałam pozłacanymi okularami marki Ray-Ban. Delikatny makijaż, subtelna czerwień pomadki na ustach. Palce przywykły do sprawnego kartkowania dokumentów i eksponowania ładnie pomalowanych paznokci. Moja głowa musiała zmieścić tyle rozmaitych spraw, że bałam się o swoje synapsy. Po powrocie do domu wkładałam stary, rozciągnięty sweter, luźne spodnie i chodziłam boso. Z niczego nie czerpałam inspiracji, nie miałam ciekawych pomysłów, śmiałam się rzadko, często miewałam migrenę. Nie chciało mi się już nawet czytać książek. (A czytałam z pasją od czwartego roku życia).

Jeden wyjazd w ciągu roku to z trudem wygospodarowany czas wakacji. Odpoczywać zaczynałam dopiero dwudziestego pierwszego dnia. Przez początkowy okres pobytu miałam oczy, ale nie widziałam, miałam uszy, ale nie słyszałam. Biegłam się kąpać, biegłam na obiad, biegłam się przebrać. Dopiero po upływie trzech tygodni odzyskiwałam znów jasne spojrzenie, przypominałam sobie o rozmaitych przyjemnych drobiazgach: mogłam spokojnie usiąść i spoglądać w dal, mogłam się leniwie przeciągnąć, poleżeć… W końcu zaczynałam rozglądać się uważnie po pięknej, nieznanej krainie. I nie odczuwałam lęku. Niestety, właśnie w tym momencie musiałam wracać do pracy.

Miałam fajne biuro i miłych współpracowników, jeździłam nowiutką hondą, mieszkałam w wynajętym małym domku pod miastem. Wielu ludzi w takich warunkach czuje się świetnie, takie życie daje im napęd i poczucie spełnienia. Dlaczego ze mną jest inaczej? Nie wiem.

To nie tak, że postanowiłam zmienić sobie życie, bo stare już mi się znudziło. Po prostu dotarło do mnie, że muszę zmienić je natychmiast, jeśli chcę przeżyć. Był styczeń i poczułam, że nie chcę umierać.

Postanowiłam więc przekazać firmę wspólnikom i przenieść się na wieś. Od lat nosiłam się z takim zamiarem, czasem nawet mawiałam: „Pewnego dnia rzucę to wszystko i będę mieszkać na wsi”. Wydawało mi się dziwne, że moi znajomi w ogóle tego nie komentowali, przyjmowali bez zdziwienia. Dopiero potem okazało się, że wielu przepracowanych jak ja ludzi co chwila odgraża się, że rzucą pracę, lecz to tylko ich metoda na walkę ze stresem…

Szukam domu…

Piękne domy i piękne miejsca rzadko występują w parze: na ogół widywałam przepiękne domy w mało ciekawej okolicy lub przecudne krajobrazy, a na nich wstrętne betonowe kloce, w niczym nieprzypominające mojego wymarzonego domu. Wyjątkiem są stare domy w starych ogrodach, na wsiach lub na przedmieściach, domy, które mają wyraźny i przyjemnie archaiczny charakter. Takie miejsca zachwycają i natychmiast budzi się we mnie pragnienie, by osiąść w nich na stałe. Niestety, spotkać je można bardzo rzadko.

Oto mała osada pod lasem, przejeżdżam obok niej powoli, przyglądając się pięknym ogródkom, gdy nagle dostrzegam nabazgrane na desce – teraz bardzo ważne dla mnie słowo – SPRZEDAM.

Wchodzę z ciekawości. Właściciel mnie oprowadza i z dumą pokazuje dom, od piwnic po strych, ja z wrażenia zapominam o wszystkich najważniejszych pytaniach i nagle czuję, że muszę stamtąd wyjść, spieszę się ogromnie, przepraszam, żegnam gospodarza naprędce i wypadam na podwórko jak wariat, biegiem do samochodu, aby jak najszybciej stamtąd uciec, zapomnieć te zapachy, te firanki, te straszliwe korytarze i brzydkie boazerie. Wychodzę stamtąd bogatsza o nieocenioną, zupełnie niezbędną wiedzę, mianowicie wiedzę o tym, jak nie chcę mieszkać.

Po obejrzeniu kilku domów zaczęłam coraz lepiej rozumieć zagadnienia budowlane. Panika powoli mijała, oczy przybrały spokojny wyraz, a słuchając wyjaśnień właściciela, przestałam otwierać mimowolnie usta.

Zaczęłam poznawać techniki grzewcze i materiały ociepleniowe, dowiadywać się, jakie drewno do czego się stosuje – powoli bajka o żelaznym wilku zaczęła zmieniać się w swojską historię. Coraz więcej rozumiałam, a im więcej domów obejrzałam, tym więcej się nauczyłam, niejako przy okazji i prawie bez wysiłku. Wówczas dopiero nadeszła ta chwila, kiedy mogłam podjąć już decyzję z pełną świadomością.

Wtedy właśnie postanowiłam: osobno kupię ziemię i drewniany dom przenośny. Jest to co prawda przedsięwzięcie wymagające przytomności umysłu i sprawności logistycznej, ale wierzę, że dam sobie radę. W świetle prawa przeniesienie domu jest tożsame z budową nowego, wiek użytego drewna nikogo nie powinien interesować. Tak więc musiałam zorientować się w sprawach budowlanych tak samo, jakbym stawiała nowy dom. Jak zrobić przyzwoite fundamenty, czy zastosować ocieplenie ścian, i tak dalej.

Ponieważ już od dawna wyobrażałam sobie, że rzucę pracę i zamieszkam na wsi, namiastką realnych zmian stały się dla mnie wyjazdy w poszukiwaniu wymarzonego domu. Kupno ziemi postanawiam zostawić na później. W weekendy, przez cztery lata, przejechałam całą niemal wschodnią Polskę i przeczesałam każdą wioskę. Towarzystwa dotrzymywali mi zawsze znajomi.

Z moją przyjaciółką Ewką przemierzyłam Polskę jej bx-em. Ależ piękne były tamte stare citroeny. Podróżowałyśmy przez Polskę, prowadząc niekończące się rozmowy. W przydrożnych barach podawano nam jajecznicę na szklanych spodeczkach, takich samych, jakie podstawiano potem pod szklankę z herbatą.

W końcu okazało się, że moje ukochane, najpiękniejsze chaty świata stoją siedem kilometrów przed słowacką granicą. A przecież znam te okolice! Byłam tu kiedyś, jeszcze podczas studiów, robiłam badania etnograficzne zachowanych na Łemkowszczyźnie starych zwyczajów pogrzebowych.

Wiedziałam, gdzie znajdę nocleg, a chatę udało mi się kupić w jeden dzień. Wszystko szło piorunem i trudno było oprzeć się wrażeniu, że to za sprawą ingerencji sił wyższych.

Właściciele niedawno zbudowali sobie murowaną willę obok starej łemkowskiej chyży. Postanowili sprzedać dom ojców, który stał na środku podwórka, a przy tym gospodarstwo nie wygląda zbyt reprezentacyjnie. Jeśli nie znalazłby się kupiec, pomalutku spaliliby drewniany dom w piecu. Może wystarczyłoby na pięć, sześć lat, a opał potrzebny. Nie chcieli sprzedać domu wraz z ziemią, tylko sam dom, przeznaczony do rozbiórki.

W ten sposób moje etnograficzne sumienie zostało oczyszczone. Nie wywożę cennych zabytków z pięknej Łemkowszczyzny. Nie psuję krajobrazu, nie dokonuję grabieży.

Umówiłam się, że zabiorę chatę za kilka miesięcy, bo wówczas jeszcze nie wiedziałam, gdzie ją mam postawić. Miałam dom, ale nie miałam jeszcze ziemi!

Podczas podpisywania umowy kupna domu byłam tak zestresowana, że moja przyjaciółka Agnieszka wyręczyła mnie i równiutkim, zgrabnym pismem wypełniła wszystkie papiery. Właścicielka domu spoglądała na nas cierpliwie i dobrotliwie.

Żeby przetrwać moje wątpliwości i natłok myśli, poszłyśmy na spacer na połoniny. Oglądałyśmy stare jabłonie w lasach, samotne i zdziwione, a obok nich w trawie ślady fundamentów starych łemkowskich zabudowań. Krajobrazy Łemkowszczyzny zapierają dech w piersiach.

Po zakupie łemkowskiej chyży najpierw trochę świętowałam, ale w końcu postanowiłam wyjechać na parę dni, aby zebrać myśli. Zatrzymałam się w niewielkim pensjonacie agroturystycznym na Warmii, gdzie od kilku lat zwykłam łapać oddech w trudnych chwilach.

Jest tu dziko i pięknie. Zaczęłam snuć gospodarzom swoją opowieść, a oni zerkając na mnie, w końcu powiedzieli: – U nas w okolicy jest trochę ziemi do kupienia, możemy pojechać razem i obejrzeć. – Zdumiało mnie to tempo wydarzeń, i zamilkłam. Lubię tu przyjeżdżać. Droga jest przyzwoita, w trzy i pół godziny jestem na miejscu, dwieście pięćdziesiąt kilometrów od mojego miasta. Ale czy ja chcę tu mieszkać?

Powzięłam jednak zamiar, że obejrzę te duże, kilkuhektarowe działki, łąki, cudowne pejzaże.

Na razie nic nie złapało mnie za serce, aż do ostatniej oglądanej nieruchomości: ta mnie zachwyciła i nie mogłam wprost uwierzyć, że są jeszcze na świecie takie miejsca. Czy to nie dziwne, że można kupić sobie kawałek ziemi i niebo nad nią, a potem mieć to wszystko na własność? Ileż tu tego nieba! Niewiarygodne, obracam się dookoła, wodząc wzrokiem po doskonale widocznym, pełnym widnokręgu. Żadnych bloków, fabryk, wieżowców zasłaniających miejsce, w którym ziemia łączy się z niebem. To nic, że łyso. Łyse jest piękne. Nie ma niczego, co psułoby dziki krajobraz. Pierwotność bez ozdób, bez retuszu. Na horyzoncie las, daleko z drugiej strony malownicza wieś, za nią drugi las. Dookoła morena czołowa lodowca: wzniesienia, doliny i wąwozy. Na pięciu hektarach, które wkrótce miały być moje, są aż trzy małe stawy i trzy małe pagórki. To po prostu świat dla skrzatów! Jestem szczęśliwa.

Zbliżał się czas podpisania umowy notarialnej i bez przerwy rozmyślałam o mojej nowej ziemi. Owszem, to daleko od Warszawy. Rodzice nie byli zachwyceni: – I co będziesz tam robić? – Nie miałam pojęcia. Postanowiłam, że będę podpierać się wiedzą wyniesioną ze studiów etnograficznych: nie jedzie się w teren z kwestionariuszem. Należy go stworzyć dopiero, gdy pozna się miejscowe warunki. W innym razie zamiast poznawania czekałaby nas jedynie realizacja wcześniejszych założeń. Tę właśnie teorię – z wielce poważną miną – przedstawiłam moim zdumionym rodzicom.

Miejsce, na które padł mój wybór, znajduje się daleko od mojego rodzinnego miasta. W końcu zaczęło do mnie docierać, co to właściwie oznacza. Zrobiłam się drażliwa. Wierzyłam jednak, że to stan przejściowy, i starałam się nim nie przejmować. To przecież naturalne, że przed ważną decyzją życiową ludzie bywają przewrażliwieni.

Jechałam na moją ziemię, gdy tylko miałam kilka wolnych dni. Chodziłam rozmarzona po dzikich, wysokich trawach, a potem odkrywałam, że moja jedwabna sukienka jest tak pozaciągana i porwana, iż nadaje się jedynie do śmieci. Przysiadałam w różnych miejscach i zastanawiałam się, gdzie powinien stanąć dom. Badałam cieki wodne. Próbowałam spać się na łące, żeby głębiej doświadczyć jej charakteru. Czułam się trochę jak młody Castaneda – tarzałam się w trawie, leżałam, wstawałam, znów się kładłam, a wszystko to wydawało mi się niezwykle doniosłe. Modliłam się przy tym, żeby nikt z sąsiadów mnie na tym nie przyłapał. Na wszelki wypadek odprawiałam te rytuały o piątej rano, licząc na to, że w zaroślach nie będzie widzów.

W końcu – nareszcie! Znalazłam swoje miejsce, a potwierdzeniem właściwego wyboru było uczucie ogromnej ulgi. Od tej chwili nastał w moim życiu całkiem nowy ład… Wiedziałam już, gdzie stanie dom, podwórko i gdzie trzeba będzie wyładować chatę, żeby nie dźwigać bali do miejsca budowy.

Oto więc kupiłam piękną ziemię na Warmii. Zaczęłam płacić ubezpieczenie rolnicze i w jednej chwili stałam się rolnikiem. Proszę, tylko tyle potrzeba, żeby zmienić swą grupę społeczną! Hondę zamieniłam na citroena C-15, któremu niestraszne są doły i błoto, ma też z tyłu sporą przestrzeń do wożenia artykułów budowlanych.

Wynajęłam mały pokoik na stryszku, dwa kilometry od mojej ziemi. Pozwolenia załatwiam w tempie rekordowym, po dwóch miesiącach od dnia zakupu mogę zaczynać budowę.

Mimo upału dzielni chłopcy z sąsiedniej wioski kopali fundamenty w twardej glinie. Potem przyjechały koparki i traktory, ryjąc moją piękną łąkę, kopiąc wielkie rowy. W tych rowach za chwilę pojawiły się rury, którymi miała popłynąć do mnie woda z wiejskiej studni. Obok drugi, płytszy wykop – tamtędy popłynąć miał prąd.

Tymczasem ja pojechałam sporządzić inwentaryzację mojej chaty na Łemkowszczyznę. Po rozmowach z architektem stało się jasne: jeśli to zrobię, projekt będzie znacznie tańszy. Na studiach miałam zajęcia z budownictwa drewnianego, w ramach praktyk dokonałam nawet inwentaryzacji wiejskiej stodoły. Niemniej jednak tutaj chodziło o dom, w którym miałam zamieszkać! Przeraziłam się, że nie podołam, ale nie było wyjścia – projektant wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nie zamierza jechać w góry.

Inwentaryzację postanowiłam przeprowadzić powoli i po kolei, aby niczego nie zaniedbać. Narysowałam każdą stronę domu na osobnej kartce, policzyłam bale w ścianie i naniosłam je na rysunek, następnie zmierzyłam każdy bal i sporządziłam odpowiednią notatkę. Okazało się, że po jednej stronie mój dom jest o metr dłuższy niż po stronie przeciwnej. Postanowiłam ujednolicić wymiary i po namyśle zdecydowałam się na ten krótszy. Potem drżałam z obawy, czy wytyczone przeze mnie fundamenty będą pasować do wymiarów domu.

Był już wrzesień. Cieśle jechali zdemontować moją chatę i przywieźć ją na Warmię, zabrałam się więc razem z nimi. Byłam przekonana, że moja łemkowska chyża jest najpiękniejsza na świecie, ale równie dobrze wiedziałam, że ktoś inny z łatwością mógłby w niej zobaczyć tylko starą szopę obitą deskami. Dlatego, zanim nie dokończyłam budowy, nie pokazałam nikomu zdjęć z gór, lękając się krępującej ciszy. Obawiałam się, że stracę wtedy cały optymizm i zapał.

Cieśle więc zabrali się za pracę, a ja za zwiedzanie. Stare drewniane koryto, w którym podawano pokarm kurom. Przedwojenna pułapka na szczury. Dzieża. Wiekowe rzeźbione drzwi. Płaskie kamienie, na których stoi chata. Imponujące, szerokie deski na podłodze sieni.

W drodze powrotnej na Warmię moje auto było tak obciążone, że mogło jechać tylko sześćdziesiąt kilometrów na godzinę i było to absolutne maksimum jego możliwości. Stos rupieci aż po dach, z tyłu jeszcze przyczepa, a w niej drzwi, kamienie, koryto i dzieża, deski, cegły z pieca, kafle… Wliczywszy przerwy na kawę, podróż zajęła mi piętnaście godzin. Gdy mijałam Olsztyn, szczypałam się po łydkach, by nie zasnąć ze zmęczenia.

Ledwie się dowlokłam, a tu telefon z gór, że chata w całości nie zmieściła się do TIR-a. Przywiozą więc to, co załadowali, i będą wracać po resztę. Ważne, że pierwsza połowa dojedzie, miałam nadzieję, że zabrali podwaliny. Wtedy można byłoby od razu rozpocząć budowę. Był 15 września, a ja zamierzałam wprowadzić się przed świętami.

Nie sypiałam po nocach, dopóki cieśle nie położyli pierwszych belek i okazało się, że wymiary fundamentu są w porządku. Dom rósł w oczach, a jego masywne bale wyglądały imponująco. Budowa takiej chaty to wspaniały proces, w wyniku którego stary dom uzyskuje nowe życie, ale zachowuje swój unikalny charakter. Spomiędzy zamków w belkach wyjęłam kilka placków starego mchu, którymi uszczelniono ściany. Z takim wzorem w ręku wybrałam się do lasu i znalazałam identyczny gatunek mchu o długich, kosmatych łodyżkach. Pomagali pracownicy, rwaliśmy mech trochę tu i trochę tam, aby nie zrobić wielkiej wyrwy w poszyciu – wtedy szybko się zregeneruje. Suszyłam ten mech przez trzy tygodnie na posadzce stodoły sąsiada, a potem uszczelniłam nim przestrzenie między balami tak, jak robiono to na Łemkowszczyźnie.

Równocześnie pracowało kilka ekip budowlanych: jedni kładli bruk przed chatą, bo brnęliśmy w błocie i trzeba było utwardzić teren przed wejściem. W tym samym czasie cieśle kończyli budowę dachu, rósł komin z czerwonych cegieł, pod nim zdun budował piec, zaś stolarz zajmował się oknami. Biegałam od jednych do drugich, dostarczając materiały, a gdy ekipa traciła humor – starałam się ją rozśmieszyć.

Zupełnie nie przypominałam już tej eleganckiej pani, którą byłam jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Chyba nawet to kontestowałam: nosząc gumofilce, czarny roboczy kombinezon, porozciągany niczym wór, czarną kurtkę poplamioną gliną i obsypaną trocinami. Było zimno, toteż miałam do kompletu niezbyt twarzową czapkę, która chroniła głowę przed uderzeniem w belkę. (Belki i słupy otaczały mnie ze wszystkich stron, ustawione w najdziwniejszych pozycjach i najmniej oczekiwanych miejscach).

Będąc pod wrażeniem przemian w moim życiu, straciłam, niestety, biegłość w rachunkach. Pewnie na wszelki wypadek wyparłam to, czego nie lubiłam robić w pracy. Lecz efekt był taki, że nawet proste dodawanie szło mi dość kulawo. Przy tym wszystko musiałam zacząć zapisywać, bo natychmiast zapominałam, woziłam więc wszędzie ze sobą spory kajet pełen karteczek, rachunków, zapisków, faktur, umów. Taki niespodziewany regres. Na razie jednak dawałam sobie czas i cierpliwie zapisywałam cały ten mój nowy świat.

Za to okazałam się zdumiewająco sprawna logistycznie. Umiałam zorganizować pracę na budowie tak, żeby przerwy techniczne były niepotrzebne. Wyprzedzałam fakty, nie czekając, aż majster przyjdzie i powie, że nie ma już gwoździ. Pytałam rano: czego na dziś potrzeba, panowie? A panowie na to, że niczego. Więc pytałam bardziej szczegółowo: na jak długo wystarczy jeszcze gwoździ? Na dwie godziny.

Odkąd pamiętam, towarzyszyło mi poczucie, że może nastąpić jakiś rodzaj kataklizmu, podczas którego będę zdana tylko na własne siły i umiejętności. Mawiałam: „Tak, trzeba kupić tę kuchenkę Colemana. Na wszelki wypadek…” albo: „Muszę się nauczyć, jak zrobić kuchnię z fajerkami i jak upiec chleb. Na wszelki wypadek…”. Ktoś w końcu mnie zapytał: „Na jaki wypadek?” Nie umiałam odpowiedzieć. Coś groźnego na horyzoncie, jakaś wojna czy trzęsienie ziemi.

A może otrzymałam takie czarnowidztwo w spadku? Moja babcia mieszkała podczas wojny w Warszawie, na piątym piętrze kamienicy, nie zgodziła się na ewakuację, na strychu ukrywała ludzi. Pomagała znajdującemu się w sąsiedztwie szpitalowi Przemienienia: miesiącami przemycała tam worki mąki, przewożąc je w dziecięcym wózku i przerzucając potem przez mur szpitala. Gdy wiele lat później pojawiłam się na świecie, widziałam jej nieustanną potrzebę zapewnienia sobie i rodzinie zapasów żywności. Mąka, cukier, chleb. Worki suszonego chleba.

Tak czy inaczej mam swój własny paradygmat, na szczęście twórczy poznawczo, że koniecznie trzeba umieć własnoręcznie zrobić kilka rzeczy. Na wszelki wypadek…

Moje życie miejskie nie dawało mi czasu na realizację takich pomysłów. Pogoń, a po pogoni – leżenie. Coraz mniej kreatywności i coraz mniej energii. Za to na wsi zachowuję się, jakby mnie ktoś spuścił z łańcucha. Łapię się za wszystkie prace, które są ponad moje siły. Kopię szpadlem rowy, wożę taczkami piach, torf, noszę ze sklepu ziemię w workach i zakładam rabatki kwiatowe. Moja ziemia to glina, twarda i ciężka, więc kwiatki odmawiają współpracy. Muszę prędko zmienić im podłoże, wzbogacić je i rozluźnić. Po dniu takiej pracy, wieczorem, chodzę zgięta wpół, ale rano znów staję dzielnie do boju.

Uczyłam się z gazet oraz od sąsiadek. Pytałam o wszystko. Kupowałam każdy numer mojego ulubionego wówczas magazynu „Mój Piękny Ogród”, próbując zrozumieć zawarte tam porady, a potem długo je rozgryzałam. Co mają na myśli, pisząc „przyciąć szczyt krzewu”? Do którego miejsca sięga szczyt? Co to jest stratyfikacja? „Przyciąć suche pędy” – ale jak odróżnia się te suche, skoro jest jesień i nie ma już liści?

Powoli zaczęłam pojmować, co i kiedy trzeba robić w ogrodzie, jak obchodzić się z różnymi gatunkami roślin, jak dbać o róże, kiedy wysiewać nasiona warzyw. Robiłam notatki w kalendarzu biodynamicznym: które rośliny chcę posadzić, kiedy je przyciąć, czym nawozić, jaką lubią ziemię. Zwiedzałam zadbane ogrody koleżanek.

Mój umysł pracował teraz na zupełnie innych niż dotąd obrotach. Chwila nieuwagi skutkowała krzywą ścianą w kuchni, brzydką belką od frontu domu, nierównym brukiem. W głowie dalej miałam masę spraw, lecz były to sprawy kompletnie nowe i jakoś zupełnie mnie nie przytłaczały. Przeciwnie, sprawiały ogromną satysfakcję, ten natłok wrażeń okazał się przyjemny!

Miałam tyle zapału, że wystarczyłoby na kilka osób, ale prawie nikt tego nie wiedział, bo rzadko wychodziłam z domu. Już mała herbatka u sąsiadki sprawiała, że przytupywałam niecierpliwie pod stołem, żałując „traconego” czasu. Mogłabym przecież w tym czasie już posadzić te wszystkie rośliny stojące pod płotem, mogłabym to, tamto… Stałam się maniakiem pracy fizycznej.

Oczywiście wszystkie ważne szczegóły dotyczące charakteru i jakości mojej ziemi odkrywałam dopiero wtedy, gdy już ją kupiłam. Wcześniej zresztą pojęcie „klasa ziemi” i tak było dla mnie abstrakcją. Powinnam też była najpierw pójść do gminy i sprawdzić, czy w pobliżu mojego siedliska nie jest przewidziana budowa autostrady, żwirowni, cementowni, spalarni śmieci, kompostowni, ferm zwierzęcych, przetwórni czy fabryki. Potem powinnam była odwiedzić sąsiadów, zapytać ich o historię mojej ziemi, o losy poprzedniego właściciela oraz o to, jak im się właściwie tu żyje. Następnie wybrać się na długi spacer po okolicy – ale akurat to szczęśliwie uczyniłam. Po drodze spotkałam dzikie ptaki i natrafiłam na ślady dzikich zwierząt. W lesie nie zauważyłam żadnych śmieci.

Za to uważnie oglądałam swoją ziemię: niska, rzadka trawa, macierzanka i pustelniki oznaczają piaskowe podłoże, w perspektywie częste podlewanie ogrodu i mnóstwo frustracji. Gęsta trawa z przewagą perzu oznacza glinę, twardą, ciężką ziemię, ale bardzo wartościową, jeśli włoży się w nią trochę pracy. Wszędzie ślady nornic, za to krecich kopców jest niewiele.

Ucieszyłyby mnie pokrzywy – oznaczają żyzną, dobrą glebę, świetną dla większości roślin. Często rosną nad ściekami lub na śmieciach, więc rozglądam się bacznie, ale pokrzyw nie było. Zamiast nich osty, sporo ich, a to mnie nie ucieszyło wcale. Polubiłam je dopiero, gdy dowiedziałam się, że niektóre odmiany są bardzo cennym, leczniczym ziołem. Zaopatrzyłam się więc w książki o ziołach – dzięki nim innym okiem mogłam potem spojrzeć na potencjał mojej ziemi.

Nie ma na niej zbyt wiele zarośli, drzew prawie wcale, toteż starałam się nie wycinać nic, jeśli najpierw nie obejrzałam tego w innych porach roku. Suche badyle lada chwila mogą okazać się cudem obsypanym pachnącymi kwiatami.

Cudownie było powędrować sobie przez cały teren o świcie i o zmroku. Popatrzeć, jak ścielą się mgły. Oprócz przeżywania uroku tej chwili, wiele się nauczyłam: tam, gdzie stale zapadają mgły – a więc wilgoć, chłód i wiosenne przymrozki – tam wrażliwsze gatunki roślin ozdobnych nie będą miały się dobrze.

Spróbowałam też spojrzeć na swoją ziemię pod kątem przyszłych możliwości pozyskiwania energii odnawialnej. Nie mam co prawda rzeczki, ale za to jest górka na mały, przydomowy wiatrak. Ponieważ nie ma też cienia, buduję niewielki płotek, aby posadzić pod nim cieniolubne bluszcze, i w ten sposób stworzyć im miejsce do życia. Nasłonecznienie ma istotny potencjał energetyczny: z baterii słonecznych można uzyskać ciepłą wodę, od kwietnia do października, w ilości wystarczającej dla kilkuosobowej rodziny.

Gdy podejmowałam decyzję o kupnie ziemi, wiedziałam, że w mojej okolicy mieszkają ludzie, którzy zjechali tu z różnych miast Polski, oraz że miejscowi nazywają ich „aliantami”. Jeśli grupa obcych ludzi w środowisku lokalnym otrzymuje własną nazwę, podział między nimi a miejscową ludnością musi być bardzo wyraźny.

Póki przyjeżdżałam tu tylko na weekend, poznałam niewiele osób, u nikogo nie bywałam, zatem z troską myślałam o mojej przyszłości towarzyskiej. Natomiast gdy tylko rozniosło się we wsi, że kupiłam ziemię i zamierzam budować dom oraz że nie będzie to tylko chata na weekendy, lecz na stałe – pojawili się goście. To było bardzo miłe! Znani jedynie ze słyszenia sąsiedzi wpadali bez uprzedzenia, z życzliwością, uśmiechem, drobnym upominkiem: sadzonką do ogrodu, słoiczkiem powideł albo pięknymi starymi zawiasami do drzwi mojej stodoły. Co więcej, z zainteresowaniem oglądali moją budowę, chwalili, zadawali pytania i słuchali odpowiedzi.

Po dziesięciu latach pobytu na Warmii odkryłam, że podział na „miejscowych” i „aliantów” należy już do historii. Tych nazw historycznych, owszem, używamy, lecz już nie determinują one naszego świata. Tak też stało się i tutaj. Zmiany dokonało nowe pokolenie: dzieci aliantów i dzieci miejscowych zaprzyjaźniły się, zaczęły się odwiedzać, podział domów na miejscowe i alianckie przestał być widoczny. Oczywiście, przy okazji konfliktu bardzo łatwo skorzystać z wygodnego klucza, różnicującego ludzi ze względu na pochodzenie, i tak też czasem się zdarza, nie tylko na Warmii. Natomiast w skali lokalnej szukanie podobieństw wydaje się przyjemniejsze i bardziej twórcze niż poszukiwanie różnic, i na szczęście nie tylko ja zdaję sobie z tego sprawę.

I co teraz?

Gdy marzyłam o wiejskim życiu, widziałam siebie spokojną i rozpromienioną w kolorowym ogrodzie oraz pięknym domu. Rozmyślałam, co też na tej wsi będę porabiać i jak chciałabym tutaj spędzać swój czas. Rzeczywistość przerosła jednak moje oczekiwania.

Umknęłam na wieś przed nadmiernym uporządkowaniem życia, planowaniem wszystkiego na lata do przodu, strategią w firmie, przemęczeniem, ciągłym obmyślaniem przyszłości. Jednak zmiany dokonać się musiały przede wszystkim we mnie samej, bo w przeciwnym razie groziło mi życie takie samo jak wcześniej, tylko w innym miejscu. Poza tym, jeśli dokładnie obmyślę moje nowe życie na wsi, ono może tej wizji nie sprostać… Jeżeli będę miała gotowe koncepcje, mogę nie zauważyć nowych, nieznanych dotychczas możliwości, które wprawdzie się pojawią, ale potem znikną, niewykorzystane.

Zanim przeniosłam się na wieś, zapewniłam sobie najpierw „miękkie lądowanie”, czyli środki finansowe odłożone na rok utrzymania. Na wszelki wypadek… Podarowałam sobie ten cenny czas, aby porozglądać się, a zwłaszcza przyjrzeć się sobie: co lubię robić, a czego wolałabym jednak uniknąć.

Najważniejsze moje pragnienie, które chciałam zrealizować po przeprowadzce, to sen! Wyspać się za kilka poprzednich lat i wstawać późno, a nawet bardzo późno. Bo wygląda na to, że właśnie mogę tak zrobić i nic mi za to nie grozi. Perspektywa ta zachwycała mnie, obiecując zarazem zmianę trybu życia.

Marzyłam też, że założę warzywnik według arabskiego wzoru, zaadaptowanego potem przez średniowieczne klasztory w Europie. Kwadratowy, podzielony na cztery części, z wyraźnie wyznaczonym centrum, w którym zamiast fontanny umieszczę pojemnik z wodą, a przy nim posadzę czerwoną różę. Każda część będzie obsadzona cebulą, czosnkiem, nagietkiem i aksamitką, które ochronią resztę upraw przed szkodnikami. A wewnątrz będą rosły rzodkiewki, koperek, rukola, sałata, pomidory, kolendra…

Planowałam jak najszybciej posadzić drzewa. Myślałam tak: „Gdy tylko już wstanę (bynajmniej nie o świcie!), zaparzę sobie pyszną kawę, usiądę na przyzbie i popatrzę na świat. Potem pójdę sadzić sosny, świerki i brzozy, po obiedzie zaś drzewka owocowe. Wieczorem nauczę się z czasopism i poradników czegoś o ogrodach, a potem poczytam, jak Thoreau budował swój dom w dzikiej puszczy nad jeziorem”.

Nie miałam pojęcia, co dalej. Więc postanowiłam, że najpierw się wyśpię, a potem na pewno coś mądrego przyjdzie mi do głowy.

Legenda miejsca

Przenosząc się na wieś, sądziłam, że będę terminować u pobliskiej zielarki, zaś sąsiadki opowiedzą mi o dawnych zwyczajach. Niestety, okazało się, że ludzie, którzy mieszkali tu przed wojną, w większości stąd wyjechali, a razem z nimi ich dawne zwyczaje. Wiedziałam, że historia Warmii od końca II wojny światowej pisana była na nowo, lecz patrząc z perspektywy mieszkanki miasta, nie miałam pojęcia, że ma to aż tak głębokie znaczenie. W mojej okolicy pozostali tylko nieliczni Warmiacy i Niemcy – większość wyjechała stąd po wojnie. Razem z nimi znikła większość miejscowych tradycji. Pozostały za to spolszczone nazwy tutejszych miejscowości, niektóre nawet z dalekim, przedchrześcijańskim rodowodem – Giedajty, Barkweda, Glotowo.

Przybyli przesiedleńcy z okolic Przemyśla, Bieszczad, Beskidów. Część z nich zajęła się odtwarzaniem warmińskiej kultury, języka, wierzeń i zwyczajów. Dzięki temu dawne tradycje nie przepadły zupełnie, choć na wsi usłyszenie o nich graniczny z cudem – dostępne są raczej w muzeach, w książkach, na imprezach kulturalnych i jarmarkach ludowych, można też dowiedzieć się czegoś w stowarzyszeniach miłośników warmińskich tradycji.

Od lat 70. XX wieku napływały kolejne fale osadników, tym razem niewymuszone okolicznościami historyczno-politycznymi. Ludzie z dużych miast emigrują na wieś i postanawiają wrócić do korzeni: zaczynają tam uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, ciężko pracować i odnajdują sens w prostocie wiejskiego życia. Część z nich to artyści, którzy pragną realizować na wsi projekty kulturalne. Wokół nich narasta z czasem „osadnictwo tematyczne”.

W Węgajtach zainstalował się teatr. Surrealistycznym przeżyciem jest podróż na przedstawienie, coraz dalej i dalej od czegokolwiek. Zwykle do teatru podróżuje się coraz bliżej i bliżej do czegokolwiek. W lesie, w pięknym i dzikim zakątku, znienacka wyrasta przede mną zabytkowy budynek, a tam – spektakl według Gombrowicza, i to wyborny. Do Teatru Węgajty1 od lat ściągały tłumy z klucza kręgów artystycznych, teatrów eksperymentalnych, muzyki ludowej. Część członków i sympatyków pozostała, osiedlając się w okolicy. Niedaleko Teatru siedzibę ma Kapela Brodów2 – to pasjonaci i wirtuozi polskiej muzyki tradycyjnej, świeckiej i religijnej.

W Godkach powstało Stowarzyszenie Ręką Dzieło3, które wypełniło przestrzeń muzyczno-rękodzielniczą. Okolica zatętniła życiem: wystawy sztuki, koncerty muzyczne, jarmarki lokalnego rękodzieła, warsztaty dawnych technik rękodzielniczych. Kilkunastoosobowa hinduska grupa teatralna, syberyjski szaman, polscy i zagraniczni jazzmani, zespoły reggae i hip-hopowe, kapele ludowe i etniczne. Scena offowa, punkowcy i nurty eksperymentalne. Na rynku warmińskiej wioski pojawiła się nawet mongolska jurta, w której brzmiała muzyka bałkańska i romska. W trosce o udział publiczności i integrację ludności miejscowej z przyjezdnymi, muzycy z Poznania4 prowadzili w niej warsztat tańców etnicznych. Równocześnie tłum turystów kupował w kramach wyroby rękodzielnicze przyzwoitej jakości. Przyjaciele i sympatycy takich działań osiedlili się nieopodal, tworząc rozproszoną terytorialnie, ale zwartą ideowo wioskę artystyczną.

W Nowym Kawkowie usadowiła się Schola Teatru Węgajty – grono wielbicieli dawnej kultury, którzy pieczołowicie opracowują średniowieczne misteria religijne, reżyserują je i wystawiają, także po łacinie. Oni również przyciągnęli falę osadniczą, w skład której wchodzą między innymi śpiewacy, muzycy i znawcy dramatu liturgicznego.

Zostałam obdarowana przez los – mam tu co robić, moja kraina jest wyjątkowa, a jej mieszkańcy przeczą stereotypom. Jeśli tylko zapragnę, mogę nauczyć się, jak malować ikony, zbudować dom ze słomy i gliny5, albo uczestniczyć w warsztatach teatralnych na festiwalu Wioska Teatralna. Mogę też wziąć udział w warsztatach szeroko pojętego rozwoju osobistego w pobliskim Ośrodku Tu i Teraz6.

Zarażona taką energią, każdej wiosny radośnie wyczekuję Mistrzostw Świata w Rzucie Młotkiem do Telewizora, które od dwudziestu jeden lat przeprowadzane są na łące, niezbyt daleko stąd. Chcę chodzić na zajęcia tai-chi, odbywające się co tydzień w mojej wiosce. Po pewnym czasie dokładam własną cegiełkę – wiejskie warsztaty alchemiczne, na których nauczam własnoręcznego przyrządzania preparatów ziołowych i kosmetycznych. Gdybym się nie zagapiła, mogłabym nawet – nie wyjeżdżając ze wsi – nauczyć się chińskiego, o czym marzę od lat. (A ściślej mówiąc od chwili, gdy przeczytałam historię doktora Pai-Chi-Wo. Niestety, moja niedoszła nauczycielka dostała pracę w stolicy, i wyjechała z Warmii).

Sklep na wsi

Postanawiam nauczyć się wiejskich obyczajów, toteż w poszukiwaniu inspiracji zaczęłam odwiedzać sąsiadów, a także wiejski sklepik, który pełni u nas funkcję centrum informacyjnego i klubu towarzyskiego. Wybrawszy się tam, staram się nie spieszyć, rozmawiam przez chwilę z Panią Sklepową, a po drodze rzucam okiem na tablicę z ogłoszeniami (informacje o zebraniu wiejskim w sprawie remontu świetlicy, o sprzedaży kur albo o wywózce śmieci wielkogabarytowych będą wisiały w sklepie i… nigdzie indziej).

Sklep jest miejscem, w którym można pozyskać pracownika do nagłych zadań, na przykład gdy trzeba rozładować samochód z niezapowiedzianym transportem gratów od znajomych. Pod sklepem, w gronie odpoczywających tam – często od samego rana – sąsiadów można też usłyszeć niejedną ciekawą historię.

Sąsiedzi

Pozdrawianie się przez okno samochodu nie wystarczy, aby nawiązać nowe przyjaźnie. Najwygodniej jest przyjmować gości u siebie; większość naszych osadników również tak woli. Świadoma tego, wybieram się więc piechotą na herbatkę, ze słoiczkiem konfitur na prezent. Jeśli zauważę i pochwalę zmiany w gospodarstwie, nowe rabatki kwiatowe, schody czy też przyzwoicie wykonany nowy dach na stodole – temat rozmowy zmieni się na budowlany i ogrodniczy. To fascynujące.

W naszych czasach takie chwile są bezcenne, a przy okazji niezwykle pożyteczne, bo sąsiedzkie porady nie mają sobie równych: jak się robi pyszną pigwówkę, co to za piękny krzew przy drodze, dlaczego kuchnia dziś dymi, czym karmić malutkiego bociana wyrzuconego z gniazda… No i te wspaniałe dialogi!

Wracam pewnego dnia ze spaceru i oświadczam sąsiadowi:

– Znalazłam w lesie olbrzymie kości! Cóż to mogło być za zwierzę?

– O, to na pewno od krowy – mówi mój miejscowy przyjaciel.

– Nie, nie, te kości były ogromne! – Rozkładam ramiona na metr. – Taaakie wielkie kości! Jak od słonia!

Sąsiad na to ze spokojem i pełną powagą odpowiada na to:

– W tych lasach z całą pewnością nie ma żadnych słoni.

Z czasem uczę się też, jak wielką wagę mają słowa. Myślę, że spora część kłopotów, które przytrafiają się nowym mieszkańcom wsi, wynika z nieporozumień. „Nieporozumienie” ma miejsce, gdy ludzie mówią do siebie nawzajem, ale nie mogą się zrozumieć.

Mój znajomy wykonywał dla mnie rozmaite prace i pomagał mi w gospodarstwie. Próbowałam porozmawiać i ustalić, ile co kosztuje, ale niezmiennie uzyskiwałam następującą odpowiedź: „Dogadamy się”. Dałam się przekonać i byłam dobrej myśli, co więcej, z późniejszych rozmów zrozumiałam, że część prac oraz potrzebnych materiałów otrzymałam w darze.

Przyszła jesień, postanowiłam się rozliczyć za wszystkie prace. Zadzwoniłam i poinformowałam, że chcę uiścić zapłatę. Taka procedura jest tu w zwyczaju, trzeba dać człowiekowi czas do namysłu, przejrzenia notatek, policzenia godzin spędzonych w pracy. Kilka dni później ktoś z rodziny sąsiada przekazał mi wiadomość o wysokości kwoty do zapłacenia. Usłyszawszy ją, ale nie wiedząc, które właściwie prace kwota owa obejmuje – palnęłam kontrolnie, po miastowemu: „Drogo”.

Moja odpowiedź dotarła, gdzie potrzeba, i nagle okazało się, że cena wzrosła jeszcze niemal dwukrotnie. Co więcej, mój serdeczny znajomy przestał się do mnie odzywać. Nie rozumiałam, co właściwie się stało, więc udałam się na rozmowę. Dowiedziałam się, że proponowane stawki były koleżeńskie, a skoro ja uznałam, że to „za drogo” – zostały zmienione na stawki standardowe. Że to sprawa honorowa. Kilka rzeczy sama zaniedbałam i nie zapewniłam środków niezbędnych do pracy. Proponowane przeze mnie wynagrodzenie godzinowe okazało się zbyt niskie, bo miałam mu pomagać, a pracował sam. A to oznacza stawkę dla majstra, nie dla robotnika. Rozliczyłam się więc według stawek standardowych, podaliśmy sobie ręce, zapytałam, czy jest OK, dostałam odpowiedź, że tak. Uśmiechy.

Jednak chłód w kontaktach trwał nadal i potrwać miał jeszcze prawie trzy lata! Aż przyszedł czas, gdy znów zaczęliśmy współpracować, choć na niewielką skalę, bardzo ostrożnie i z przerwami.

Przede wszystkim należało zwracać uwagę na bieżącą komunikację. Gdybym wcześniej się zorientowała, jaki popełniam błąd, na koniec nie mściłyby się na mnie wszystkie niedopatrzenia, których nie wyjaśnialiśmy na czas – takie jak spóźnione materiały, niewłaściwy zakres prac i tym podobne.

Nie każdy też potrafi na gorąco sformułować swe uwagi, nie każdy jest wystarczająco asertywny, ma siłę przebicia i swobodę w rozmowie. Bardzo łatwo o nieporozumienie. Jakże łatwo jest kogoś urazić, nie mając o tym pojęcia. Jak nieodwracalne mogą być nieuważne słowa. Przecież ja – tak naprawdę – do dziś nie do końca rozumiem, czemu tamto „za drogo” okazało się tak brzemienne w skutkach. Przyjęłam po prostu, z bezradności, że świat mojego znajomego był pełen znaczeń, o których ja nic nie wiedziałam. To, co wydawało mi się zwyczajną rozmową, dla niego taką nie było. To, co wydawało mi się normalnym zdaniem, dla niego brzmiało obraźliwie.

My, ludzie z miasta, przyjeżdżamy na wieś i uważamy, że wszyscy myślą tak samo jak my. Nic bardziej mylnego. Szczególnie na wsi myśli się inaczej. Gdzie indziej są rozłożone akcenty, gdzie indziej znajdują się priorytety. Konfrontacja odmiennych mentalności nie rokuje najlepiej, o ile nie zrobimy wszystkiego, co w naszej mocy, aby najpierw być uważnym słuchaczem, a dopiero potem wrażliwym, powściągliwym rozmówcą. Oczywiście to uproszczenie. Są rozmaici ludzie na świecie, także tacy, którzy swą radosną paplaniną zmiękczą każde serce i rozśmieszą największego gbura. Wrażliwość jednak – niezależnie od rodzaju osobowości i pozostałych względów – wydaje się ogromnie pomocna.

Kiedy przyjrzymy się sobie i swojemu miejscu zamieszkania z dużą dozą wrażliwości, możemy dokonać niejednego odkrycia. Zobaczmy, ilu mieszkańców naszej wsi ma samochody i czy zapożyczają się w wiejskim sklepie. Skąd wszyscy znają rozkład autobusów, skoro nigdzie na przystankach go nie ma, i ile dzieci marznie tam każdego zimowego ranka. Jak często ludzie z okolicy jeżdżą do pobliskiego miasta i jakie sprawy ich tam przyciągają.

A teraz ja – w niezłym samochodzie, w modnej czapeczce – jadę powoli przez wieś, uśmiechnięta… Uśmiecham się do sąsiadów, bo pragnę z nimi więzi, chcę być częścią wiejskiej wspólnoty.

W miastach wszędzie jest tylu ludzi! Odnoszę wrażenie, że chyba zupełnie zapomniałam, czym jest sztuka pielęgnowania przyjaźni. Tymczasem na wsi mam do dyspozycji ograniczony zbiór osób, dużo rzadziej też ktoś się przeprowadza. Jeśli więc z kimś się poróżnię – muszę być świadoma prostej konsekwencji, że potem trzeba będzie spotykać się z tym człowiekiem w sklepie, na drodze, przejść obok jego domu, mierzyć się z plotkami ze strony jego znajomych… Ukłonić się? Nie ukłonić? Co zrobić z oczami?

Wiem już, że niezbędna jest świadomość tego, co się dzieje dookoła. Na początku wystarczała mi miła znajomość z bliskimi sąsiadami. Nie warto mieszać do tego interesów i wchodzić w relacje finansowe. Najbezpieczniej będzie najmować do prac budowlanych ludzi, którzy nie mieszkają w mojej wsi. Przez ten czas mogę uczyć się o różnicach i podobieństwach w myśleniu, nabywać sprawności w precyzowaniu swoich życzeń, przeżyć pierwsze rozczarowania, gdy w kluczowej fazie budowy moi pracownicy znikną bez śladu na wiele dni.

Miło jest wymieniać sadzonki roślin ogrodowych, radzić się w codziennych sprawach, podzielić się ciekawym przepisem kulinarnym (oczywiście lepiej, aby potrawa nie zawierała na przykład trawy cytrynowej, brandy czy owoców morza). Stopniowo więź się zacieśnia, a ja zaopatruję się na zimę w worek nienawożonych chemicznie ziemniaków, zaś w rewanżu zawożę do lekarza chore dzieci sąsiadki.

Na przykład taka historia:

– Sprowadziłem się niedawno z Warszawy. Zaprzyjaźniłem się z sąsiadem, Maksem: starszy człowiek, miejscowy, dużo wie o wsi, chętnie opowiada. W moim gospodarstwie nie ma wody. Oczywiście, sąsiad wie, gdzie kopać, i z absolutną pewnością pokazuje właściwe miejsce, nawet robi z gałązki brzozowej różdżkę, która mu się wygina we wskazanym punkcie. Swoimi mądrościami dzieli się przez cały dzień, my nie pracujemy – tylko go słuchamy.

Z dostojeństwem i spokojem Maks zasiada w kuchni i tłumaczy, skąd wie, w jaki sposób dokopać się do wody.

– Bo ja to czuję. Kiedyś byli we wsi tacy ludzie, którzy umieli znaleźć wodę, i patrzyłem, jak to robią.

Cały dzień snuje opowieści.

– Najpierw jest glina, potem grubszy żwir, potem piaseczek, a potem już woda… Tu, u ciebie będzie na czterech, pięciu metrach głębokości.

Jest dla mnie królem i zbawcą. Prometeuszem. Nagła dostępność wody mnie wręcz oszałamia. Następne dni spędzamy razem, kupujemy kręgi betonowe, no i skrzynki z piwem, oczywiście. Ja pochłaniam jego wiedzę, a on moje piwo. Ale przecież w końcu będzie woda! Czyściutka!

Przystępujemy do kopania. Jest połowa października.

Przez