Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 470 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ławeczka pod bzem - Agnieszka Olejnik

Wyobraź sobie, że wygrywasz 20 milionów… Czy pieniądze sprawią, że zapomnisz o szczerej przyjaźni i uczuciach?

Gdy Iga i Agata wypełniają kupony Lotto, obiecują sobie, że w razie wygranej podzielą się pieniędzmi. I stało się – szczęśliwe liczby przynoszą Idze wysoką wygraną. Iga od razu zaczyna spełniać marzenia o własnym domu i uroczej ławeczce pod bzem. Ale to przecież nie wystarczy do szczęścia… Czy na pewno chce sama cieszyć się wygraną?

Choć Iga zarzeka się, że nie potrzebuje nikogo na stałe, wokół niej pojawia się kilku przystojnych mężczyzn. Czy to zasługa nagłego wzbogacenia się? W dodatku jeden z nich najwyraźniej spodobał się jej przyjaciółce…

Kłamstwa i niedopowiedzenia trudno będzie odkręcić, ale pozwolą odnaleźć w życiu sens i pomóc pewnej małej dziewczynce.

 

Usiądź na ławeczce pod bzem i pomyśl, o czym naprawdę marzysz.

Opinie o ebooku Ławeczka pod bzem - Agnieszka Olejnik

Fragment ebooka Ławeczka pod bzem - Agnieszka Olejnik

Copyright © Agnieszka Olejnik, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

WYDANIE ELEKTRONICZNE 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Justyna Kendzia

Fotografie na okładce: © Sun City/shutterstock

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

978-83-7976-709-0

CZWARTA STRONAGrupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Część I

Lato

Grom z jasnego nieba(dosłownie i

To był ostatni dzień normalnego życia — to znaczy takiego, jakie wówczas uważałam za normalne. Zwyczajna, ani dobra, ani zła, nijaka sobota na początku lipca. W telewizji nadawali wiadomości: w stolicy awaria sieci wodociągowej. W Kanadzie płoną lasy. Trasy nad morze zakorkowane. A wieczorem cała Polska wstrzyma oddech, ponieważ w grze losowej Lotto spodziewamy się megakumulacji: pula nagród wynosi czterdzieści milionów złotych. Jeśli wygra jedna osoba — tu głos spikera wszedł na niebezpiecznie emocjonalne tony — to padnie rekordowa wygrana! Wprawdzie dotąd najwyższa kumulacja wynosiła sześćdziesiąt milionów, ale wygrało wówczas trzech graczy, tak więc każdy z nich otrzymał po zaledwie niespełna dwadzieścia milionów.

Spędzałam wieczór w moim przytulnym pokoju, piłam zieloną herbatę i chcąc nie chcąc, z powodu cienkich ścian w mieszkaniu, słuchałam. Megakumulacja, pomyślałam z przekąsem. „Zaledwie” niespełna dwadzieścia milionów! Mnie wystarczyłby tylko jeden maleńki, tyciutki milion. Ot, tyle, żebym mogła kupić sobie samodzielne mieszkanko i je skromnie, choć gustownie urządzić. Nic wielkiego, takie tam marzenie.

Oczywiście nabyłam kupon, jak tylu innych naiwniaków w całej Polsce. To znaczy nabyłyśmy — we dwie. Ja i Agata. Wybrałyśmy się w piątek na lody; na szczęście aktualny chłopak mojej przyjaciółki nie mógł pójść z nami, mogłyśmy więc nagadać się na zapas.

Właśnie Agata wpadła na pomysł, żeby zagrać i podzielić się wygraną.

— Daj spokój — odpowiedziałam. — Ja nigdy w życiu nic nie wygrałam, nawet na szkolnej loterii fantowej. Jeśli tylko był jakiś pusty los, to na bank trafił się mnie.

— A w takich, gdzie nie było pustych losów? — Chciała wiedzieć Agata. — Przecież w większości loterii szkolnych nie ma pustych losów.

— Zazwyczaj nie brałam udziału. Ale raz mi się udało. Nagrodą był popękany w drobny mak lizak w kształcie serca.

Agata spojrzała na mnie w zadumie. Pewnie zastanawiała się, czy można by tego lizaka potraktować jako rodzaj wróżby.

— Po prostu spróbujmy — odezwała się po chwili.

— Ja nawet nie wiem, ile się tego skreśla. Nigdy w życiu nie grałam w grę losową. Kupuje się jakieś „chybił trafił”, tak?

— A gdzież tam „chybił”! — Agata się zdenerwowała. — Interesuje nas wyłącznie „trafił”. Skreślimy same. Każda swoje liczby. Jeśli któraś z nas wygra, to się podzielimy.

— To w końcu ile liczb trzeba wybrać?

— Sześć.

Zapadło milczenie. Każda z nas zapisała na serwetce wybrane numerki. Po chwili z powagą odsłoniłyśmy swoje bazgroły. Dwie liczby nam się powtórzyły: piętnaście oraz dwadzieścia dwa.

— To dobry znak. — Agata się rozpromieniła. — Teraz zasuwamy do kolektury!

Zakupiłyśmy kupony, każda swój. Następnie uroczyście ślubowałyśmy, że w razie wygranej dzielimy się po połowie, po czym pożegnałyśmy się — moja przyjaciółka wsiadła na rower i pojechała na spotkanie z ukochanym, a ja udałam się do domu, ponieważ w piątkowy wieczór nie miałam nic lepszego do roboty.

W taki oto sposób dołączyłam do tysięcy, jeśli nie milionów Polaków, którzy tego dnia wyczekiwali na losowanie, obgryzając paznokcie i zaciskając kciuki (o ile da się to robić jednocześnie). Co do mnie, ani niczego nie zaciskałam, ani nie obgryzałam, ponieważ tak naprawdę nie wierzyłam, że któraś z nas mogłaby wygrać choć złotówkę.

Nie powiedziałam o niczym matce ani Beniowi; śmialiby się ze mnie, drwili bezlitośnie, że jeśli chce się coś mieć, to trzeba się urobić po łokcie, zapracować, wydrzeć to własnemu losowi w codziennej walce — nic nie przychodzi samo.

Mama robiła co mogła, żeby nauczyć mnie życia, to znaczy dawała mi rady, pouczała mnie, powstrzymywała przed popełnianiem głupot i nadopiekuńczo o mnie dbała. Nie miała tylko pojęcia, jak okropnie mnie to irytowało. Skąd miałaby je mieć, skoro nigdy jej nie powiedziałam: odczep się mamuś, daj już spokój i tak dalej. Cierpiałam w milczeniu.

Dlaczego to robiłam? Pewnie dlatego, że tak mnie wychowano. Siedź w kącie i bądź cicho. Jeśli czegoś chcesz, poproś cichutko albo zaczekaj, ktoś na pewno zrobi to, o co chciałaś poprosić. Mój ojciec był taki sam: uosobienie łagodności. Zawsze zwracał się do mamy per Tereniu, a do mnie: Igiełko (mam na imię Iga). Niemal każde wypowiedziane przez niego zdanie zaczynało się jakimś słodkim zdrobnieniem, po którym następowała nieśmiała prośba. Kochałam tatę do nieprzytomności, ale nie jestem pewna, czy budził we mnie szacunek.

Tata umarł, kiedy miałam czternaście lat. Poszedł na wódkę do znajomego, oglądali jakiś mecz; potem nie trafił do domu. Kiedy pił sam, w naszej piwnicy, nie upijał się mocno. To zawsze było lekkie podchmielenie, niegroźne. Tamtego dnia stało się inaczej, popili naprawdę ostro — do tego stopnia, że tata prawdopodobnie zapomniał, gdzie mieszka. Był luty, w nocy chwycił mróz, a on siedział skulony na progu sklepu z dywanami. Tam też znalazła go pani Wanda z piekarni, która rano szła do pracy (otwierała już o piątej).

Nie zamierzam opowiadać o ciemności, w której znalazłyśmy się z mamą po śmierci ojca, ani o tym, jak z mozołem wydostałyśmy się na światło dzienne — o tacie wspominam tu jedynie w kontekście mojego braku asertywności. Po prostu wpojono mi pewne wzorce, a to sprawiało, że nie umiałam się wściec, nakrzyczeć na kogoś, użyć w złości brzydkiego wyrazu albo na przykład oznajmić wszem wobec, że się z czymś albo kimś nie zgadzam, że moja opinia jest taka a taka.

Ktoś mógłby pomyśleć, że wie już o mnie wszystko. Nudna, tchórzliwa, potulna, nic ciekawego. A nieprawda. Bo mam swoją historię i jest ona interesująca.

Jest to historia dziewczyny, która — okej, może niezbyt ładna, przeraźliwie chuda i bez biustu, ale w sumie całkiem bystra, ciekawa świata i pełna marzeń — wyszła pewnego dnia na balkon. Miała wówczas dwadzieścia dwa lata i od jakiegoś czasu studiowała filologię polską. Po cichu marzyła o tym, że pewnego dnia będzie pracować w wydawnictwie, a może nawet sama napisze książkę.

Tak więc owa młoda kobieta, pełna pragnień i planów na przyszłość, zamknęła oczy w zachwycie. Powietrze było świeże i rześkie, bo nad miastem właśnie przeszła burza. Był koniec czerwca, zaczęły się wakacje, znudzona młódź snuła się po uliczkach osiedla. Coś pachniało, ale diabli wiedzą co, albowiem jako straszliwy mieszczuch nasza bohaterka nie miała zielonego pojęcia, co mogłoby pachnieć o tej porze roku. Z zapachów rozpoznawała jedynie bzy i konwalie.

I co się stało? Nikt by nie zgadł. Nie spojrzał na nią z dołu żaden przystojny młodzian, nie zerknął z sąsiedniego balkonu (piętro wyżej, po skosie) najpiękniejszy chłopak na świecie, Maciek Kornecki, który sprawiał, że w windzie dziewczynie miękły kolana. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego strzelił w nią piorun.

Jakiś problem? Ja tylko mówię, co mi się przytrafiło. Wyszłam na balkon, żeby zaczerpnąć cudownie świeżego powietrza i trafił mnie zabłąkany piorun, piorunek właściwie, pioruniątko, bo gdyby to był dorosły piorun, niewątpliwie by mnie zabił. A tak to żyję. Proszę bardzo.

Dowodów, że to możliwe, można sobie poszukać w internecie. Dociekliwy czytelnik dowie się na przykład, że jakieś 90 procent ofiar przeżywa spotkanie z błyskawicą, a pewien mężczyzna z Wirginii, Roy Cleveland, przeżył aż siedem uderzeń pioruna.

Przeciętny piorun ma w sobie tyle energii, ile wystarczy na doprowadzenie do wrzenia tysiąca litrów wody. Uderzenie o takiej mocy rzadko nie pozostawia żadnych śladów. Ślady są, a jakże.

Nie zostałam poparzona, nie kopciło mi się z włosów ani z uszu, nic z tego. Pozmieniało się natomiast kilka innych rzeczy. Po pierwsze, mój sen skrócił się do trzech godzin na dobę. Więcej nie i już. Nie potrzebowałam. Nie znałam uczucia niewyspania. Zasypiałam około północy, budziłam się o trzeciej i byłam rześka jak wiosenny poranek. I jednocześnie zła jak osa — a każdy, kto kiedykolwiek cierpiał na bezsenność, zrozumie to bez zbędnych wyjaśnień.

Po drugie, stałam się uosobieniem chaosu. Na przykład straciłam orientację w przepisach ruchu drogowego i umiejętność prowadzenia samochodu. To znaczy nie pod względem technicznym, tylko, by tak rzec, organizacyjnym. Stałam się koszmarnie nerwowa, nie potrafiłam ogarnąć sytuacji na skrzyżowaniu, ocenić, gdzie najlepiej zaparkować, wymuszałam pierwszeństwo na wjeździe z podporządkowanej, wpadałam w panikę na rondach i tak dalej. Po dwóch lub trzech próbach, podczas których omal nie straciłam życia, zrezygnowałam. Trudno; postanowiłam poruszać się pieszo oraz komunikacją miejską. Od tego się nie umiera.

Po trzecie, na jakiś czas straciłam pamięć, ale tak zupełnie, do zera. Nie wiedziałam, kim jestem, nie rozpoznawałam mamy, Agaty ani ojca, którego zdjęcie mi pokazano. Nie potrafiłam nazwać łóżka, szklanki, kapci, a zdolność mówienia pozostała mi jedynie w wąskim zakresie: wciąż powtarzałam, jak bardzo jest mi gorąco.

Na szczęście odzyskałam wspomnienia i rozum po kilku dniach — równie nagle, jak go straciłam; po prostu obudziłam się z naprawionym umysłem. Prawie naprawionym. Okazało się bowiem, że mam problem z nazwami własnymi. Opiekujący się mną neurolog, doktor Spyrka, z dziwną fascynacją oznajmił, że jestem arcyciekawym przypadkiem. Cóż, mnie to jakoś nie fascynowało.

Od tamtej pory starałam się unikać rozmów o filmach, książkach i znanych ludziach, zwłaszcza odkąd w jakiejś rozmowie towarzyskiej palnęłam, że nie czytałam jeszcze żadnej powieści Fikner-Boriowik. Nie mam pojęcia, jaką drogą poszły moje skojarzenia, skoro chodziło mi o Ficner-Ogonowską. Potrafiłam także opowiadać o fascynującej lekturze z dzieciństwa — Przygody Czarnego Tygrysa (chodziło mi oczywiście o Czarne Stopy), a także dyskutować o komedii kryminalnej Pobity do nieprzytomności, po czym, kiedy wszyscy moi rozmówcy zgodnie stwierdzili, że w życiu nie słyszeli o takim filmie, wyszło na jaw, że tytuł brzmiał Zabity na śmierć.

Doktor Spyrka po konsultacjach z psychiatrą stwierdził, że moja pamięć wciąż posiada pewne luki, ale ponieważ umysł dąży do wypełnienia takich „dziur”, podsuwa mi propozycje na zasadzie skojarzeń. Stąd na przykład „Boriowik” — skojarzenie z Ogonowską, ogonek grzyba, borowik; ale ponieważ niejasno przeczuwałam, że to nie może być po prostu nazwa gatunkowa, dodałam sobie literkę „i” w środku. Idiotyczne, ale niestety tak to działa.

Najgorzej było z mówieniem. Z pisaniem szło mi lepiej (bo pozostawało te kilka sekund więcej do namysłu), ale także źle. Tak czy owak, uśmiech politowania, jaki wzbudziły moje wypowiedzi, kiedy już wyszłam ze szpitala i zaczęłam na powrót uczestniczyć w zajęciach na uczelni, sprawiły, że stchórzyłam — nie poszłam na egzamin z historii literatury. Przecież studentka polonistyki nie może tłumaczyć się tym, że Prusa nazywa Niemczakiem, a Przybyszewskiego — Gościewiczem, ponieważ uderzył w nią piorun. Nawet jeśli skojarzenie Prus z Niemcami oraz przybysza z gościem było dość logiczne.

Tak więc rzuciłam studia. W chwili, w której zaczyna się moja opowieść, zarabiałam na życie myciem włosów klientkom salonu urody prowadzonego przez moją matkę, rozrabianiem farb i zamiataniem podłóg. Biorąc pod uwagę moje zainteresowania i niegdysiejsze marzenia, to był upadek na samo dno.

Aby ktokolwiek mógł w pełni zrozumieć moją sytuację, powinnam przynajmniej z grubsza naszkicować portret mamy, Teresy Marzec. Zacznijmy od wyglądu: wyobraźmy sobie świetnie zakonserwowaną i bardzo energiczną pięćdziesięciolatkę. Blond włosy uczesane w stylu Marilyn Monroe, wydatne usta (na ogół uszminkowane na czerwono), mocno wytuszowane rzęsy i cieniutkie brwi, jakby ktoś narysował je zaostrzoną kredką, czarną jak smoła. Figura wciąż jeszcze niezła, bo mama podobnie jak ja nigdy nie miała skłonności do tycia, jedynie uhodowała trochę drugiego podbródka.

W wieku lat dziewiętnastu Tereska, skądinąd nieszczególnie wybitna absolwentka liceum ogólnokształcącego, zaszła w ciążę z panem Adamem Marcem, czyli moim tatą. Adam Marzec był sporo od niej starszym, przystojnym i powszechnie szanowanym w naszej dzielnicy zegarmistrzem.

Nigdy się nie dowiedziałam, jak się poznali. Świeżo upieczona maturzystka i zegarmistrz — to się w ogóle nie łączy, nie idzie ze sobą w parze… Może mama miała do naprawy jakiś budzik, może kupowała komuś w prezencie zegarek (bo tata, oprócz tego, że naprawiał czasomierze i wymieniał baterie, również sprzedawał nowe i skupował stare zegary)? Kiedy jeszcze żył, nigdy o to nie zapytałam, a po jego śmierci w naszym domu w ogóle nie poruszało się tego tematu — po prostu wcale nie było rozmów dotyczących ojca.

Nie wiem też, jak tam między nimi było pod względem uczuciowym. Pewnie niezbyt dobrze. Podobno tata zaczął popijać jakieś dwa lata po ślubie. Czy dlatego, że utknął w małżeństwie bez miłości, czy z jakiegoś zupełnie innego powodu? A zresztą, może zaczyna się pić bez wyraźnej przyczyny, po prostu dlatego, że się to lubi? Skąd miałabym wiedzieć?

Mama na pozór wygrała los na loterii. W wieku lat zaledwie dziewiętnastu miała nieźle zarabiającego męża, posiadającego nie tylko poloneza, lecz także mieszkanie w bloku na jednym z bydgoskich osiedli. A to było niemało. W dzisiejszych czasach też byłoby niemało, może oprócz tego poloneza.

Nie spodziewała się jednak — w każdym razie tak sądzę — że małżeństwo oznaczało koniec jej młodości. Z dnia na dzień zaczęła umierać z nudów. Tata ją szanował, zwracał się do niej z kurtuazją, kupował jej kwiaty i całował ją w rękę. Tylko co z tego? Do życia we dwoje potrzeba chyba czegoś więcej niż uprzejmość i bukiet goździków.

Co do mnie, byłam jego oczkiem w głowie. Uwielbiał mnie zarówno na trzeźwo, jak i po pijaku. Zresztą w ogóle jego pijaństwo było z tych stosunkowo nieszkodliwych. Na ogół po prostu tata szedł po pracy do piwnicy, żeby — jak to nazywał — troszkę podłubać. Dłubał w sensie majsterkował, robił drewniane szkatułki i oklejał je na gorąco fornirem; do tego popijał. Potem wracał do domu, nabombany w trzy rurki (to było jego określenie), zaglądał do mojego pokoju i pytał:

— Lkcje odrbione, Igiełko?

— Tak, tato — odpowiadałam.

— A ctam cztasz?

Odpowiadałam mu zgodnie z prawdą (albo i niezgodnie, bo zdarzyło mi się skłamać — kiedy Mariola z sąsiedniej klatki schodowej pożyczyła mi My, dzieci z Dworca Zoo. Uznałam, że będzie lepiej, jeśli tata nie dowie się o tej lekturze), po czym mówiliśmy sobie „dobranoc” i tyle. W naszym domu nigdy nie było kłótni, awantur czy jakichkolwiek niemiłych scen.

Kto wie, może tata do dziś popijałby przy majsterkowaniu i wszystko zostałoby po staremu, gdyby nie to, że po tym, jak w Polsce zmienił się ustrój i wykupiliśmy mieszkanie na własność, mama wpadła na pomysł rozkręcenia biznesu. Postanowiła wyremontować piwnicę i zamienić ją na gabinet kosmetyczny. To była bardzo ładna piwnica, ze świetną lokalizacją, zaraz przy klatce schodowej, a w dodatku jasna, ponieważ miała spore okienko. Mama zarządziła wyłożenie ścian regipsami, pomalowanie wszystkiego na biało, umeblowała maleńkie pomieszczenie tanimi, ale nowoczesnymi sprzętami — i zaczęła pokątnie (czy raczej „popiwnicznie”) przyjmować klientki.

Nie, nie ukończyła żadnego studium kosmetycznego. Po prostu naczytała się kobiecych gazet, pojeździła po gabinetach kosmetycznych w całym mieście, a potem zrobiła odpowiednią minę i odpowiednim tonem powiedziała kilku znajomym kobietom, że się na tym zna. Uwierzyły.

Wkrótce miała cztery wierne klientki, którym wyciskała zaskórniki, nakładała maseczki, masowała dłonie, robiła paznokcie i tak dalej. Po kilku miesiącach miała już jedenaście wiernych klientek. Potem, ponieważ wygoniwszy tatę z piwnicy, przyczyniła się do jego śmierci (bo zaczął pić u kolegi), przez jakiś czas nie miała żadnej klientki, gdyż leżała w domu z ciężką depresją, z której jednakowoż wyszła już w kwietniu. I od razu miała szesnaście klientek.

Co do mnie, nie wychodziłam z mojej dziecięcej depresji przez cały następny rok. Wprost z dzieciństwa przeskoczyłam w ponury okres dojrzewania. Nie odzywałam się do mamy, nie patrzyłam nawet w jej stronę. Żeby pokazać jej, jak bardzo mam w nosie jej pracę, urodę, dbałość o wygląd, wszystkie te kosmetyki i tak dalej, odmówiłam nakładania makijażu, zaczęłam nosić bure swetry, obwisłe dżinsy i włosy w strąkach. To był dziwny, ciemny i bardzo cichy czas. Wreszcie zrozumiałam, że miałam sporo szczęścia: gdyby moja matka okazała się słabszą kobietą, gdyby po utracie męża usiadła i zaczęła biadolić, pewnie nie dałybyśmy sobie rady.

Naturalnie mama wkrótce podczepiła się pod kolejnego faceta. Ona po prostu nie umiała inaczej. Jak dla mnie, to był jakiś koszmarny paradoks: z jednej strony wydawała się silna i wiedziała, czego chce, z drugiej — musiała się po kimś wspinać, niczym pnącze, które bez odpowiedniej podpory kładzie się na ziemi i zostaje zadeptane. Była kobietą bluszczem.

Najpierw znalazła sobie pana Henia, który był żonaty, ale w tym małżeństwie szalenie nieszczęśliwy, chętnie więc rzucił się w niezobowiązującą przygodę z blond Tereską; potem na krótko jej serce zabiło dla pana Grześka, sprzedawcy ze składu budowlanego (romans ten zbiegł się w czasie z remontem nowego lokalu przeznaczonego na salon piękności), aż wreszcie mama weszła w związek, na szczęście nieformalny, z Benedyktem, na którego pieszczotliwie mówiła Benio. Mnie akurat imię „Benio” bardziej pasowało do psa, i to jakiegoś śmiesznego, na przykład buldożka, ale w sumie Benedykt rzeczywiście miał coś buldożkowatego w spojrzeniu i zębach (posiadał wyłupiaste oczka i tę specyficzną wadę zgryzu, dolne zęby ciut wystające do przodu przed górnymi).

Właściwie nie miałam nic przeciwko Beniowi. Był przyzwoitym człowiekiem, nie pił, nie bił, nawet specjalnie nie brudził w domu. Łaskawie pozwalał mamie skakać wokół siebie — ona najwyraźniej właśnie tego potrzebowała. Jako rencista niewiele dokładał do domowego budżetu, ale nie biedowaliśmy, bo mama zarabiała coraz lepiej, no i ja także dorzucałam coś z mojej pensyjki; w końcu jadłam z ich lodówki i spałam pod tym samym dachem.

Jeśli coś mi przeszkadzało w Benedykcie, to głównie jego dowcipy, które opowiadał zawsze i wszędzie, przy każdej okazji i przy absolutnym braku okazji. Były to dowcipy najsłabsze z możliwych, istne suchary, często niestosowne, czasem sprośne, ale najczęściej bezdennie głupie. To właśnie one sprawiały, że mniej więcej raz na tydzień miałam ochotę Benia zwyczajnie zamordować.

A jednak wciąż żył. Ratował mu życie mój brak asertywności, moja zaszczepiona w dzieciństwie łagodność. Nie tylko nie byłam w stanie powiedzieć mu, że jeszcze jeden dowcip, a obudzi się z nożem w plecach (gdzież tam, nie obudziłby się, nie zdążył, zamierzałam przecież wbić ów nóż bardzo celnie). Nie umiałam nawet okazać niezadowolenia. Posłusznie rozciągałam usta w uśmiechu, ilekroć padała kolejna idiotyczna puenta, ilekroć mama histerycznie chichotała, bo ten Benio taki zabawny…

Kiedyś, gdy byłyśmy we dwie na zakupach, zapytałam mamę, dlaczego z nim jest. Była wszak atrakcyjną kobietą, mogłaby spotykać się z jakimś przystojniakiem, umawiać się z nim na kolacyjki, do kina, niechby nawet na niezobowiązujący seks. Nie musiałaby prać mu gaci ani gotować obiadków. Mama spojrzała na mnie zdziwiona i odparła, że przecież kocha swojego mężczyznę. Kochała każdego z nich: tatę, potem Henryka, Grzegorza, a teraz Benia. Nie mogłaby być z kimś, kogo nie darzy uczuciem. Nie mogłaby nie mieć kogoś, komu można prasować koszule, o kogo można troszczyć się jak kwoka o kurczęta, dopowiedziałam sobie w myślach. Moja mama po prostu tak pojmowała rolę kobiety: wisieć na silnym męskim ramieniu, bawić się w pomoc domową za darmo i mieć złudzenie, że otrzymuje tyle samo, ile daje.

Co do mnie, solennie sobie przyrzekłam nigdy nie zgłupieć do tego stopnia. Nie zakochać się, nie oszaleć z miłości, nie dać się — Boże broń! — porwać namiętności. Nigdy, przenigdy nie zamienię się w kurę domową. Nie zamierzałam prać śmierdzących męskich skarpet i spłukiwać z umywalki drobinek zarostu z męskiej maszynki. Nie wyjdę za mąż, nie założę rodziny. NIGDY!

W bliżej nieokreślonej przyszłości pragnęłam zamieszkać sama (Tylko jak? Jakim cudem, przy moich nędznych zarobkach?!), nie wpuszczać do swojego mieszkania żadnych mężczyzn poza niezbędnymi fachowcami od zlewu i tak dalej, od czasu do czasu chodzić na randki, lecz tylko po to, by poznać jakiegoś czystego i atrakcyjnego partnera do łóżka, przez jakiś czas uprawiać z nim dziki seks, nie przywiązując się, absolutnie. Potem mówić „adieu”, wracać do czystego domu pozbawionego zwiniętych w kulkę skarpetek pod fotelem, spać te swoje trzy godziny, a przez resztę nocy w ciszy i spokoju czytać książki.

Niestety, z racji tego, że mieszkałam z mamą i Beniem w bloku, nie wychodziło mi nawet to ostatnie. Człowiek nie miał tam ani odrobiny prywatności, bo ściany były zbudowane chyba z dykty. Ilekroć mama włączała jeden ze swoich ulubionych seriali — ja w swoim pokoju słyszałam każdy dialog, każde westchnienie i każdy jęk bohaterek tego tasiemca. No i każdy komentarz mamy. W nocy komentarze milkły, ale telewizor grał dalej, stanowił bowiem najlepszą kołysankę zarówno dla mamy, jak i jej ukochanego.

Nie chciałabym, żeby z całej mojej opowieści wynikało jedynie to, że się we trójkę nie dogadywaliśmy, że kąsaliśmy się złośliwie przy każdej nadarzającej się okazji. Wcale tak nie było. Wszyscy byliśmy dla siebie mili, czasem wręcz przymilni, wspieraliśmy się — właściwie przypominało to jedzenie bezy i popijanie jej diabelnie słodką kawą, kiedy się jednocześnie siedzi na bombie. Mięśnie napięte, słowa cedzone przez zęby, ale z uśmiechem. W każdej chwili może się zdarzyć, że bomba wybuchnie, a my zmienimy się w kupkę wypełnionych cukrem flaków; ale przecież może się stać i tak, że żadnego wybuchu nie będzie i jakoś przetrwamy, choć w ustach wciąż będziemy czuć okropnie słodki smak.

I tak właśnie wyglądało moje życie aż do owej pamiętnej soboty.

Tamtej nocy mama i Benedykt zasnęli przy jakimś wyjątkowo brutalnym filmie. Ponieważ miałam już za sobą swój trzygodzinny sen, wstałam i poszłam cicho do ich pokoju, żeby wyłączyć telewizor i odciąć się w ten sposób od odgłosów mordobicia i przekleństw, którymi sypali główni bohaterowie.

Benio spał na boku (wytrenowany przez mamę, która wytłumaczyła mu, że w każdej innej pozycji chrapie), zaś mama — na wznak, rozrzuciwszy szeroko ramiona, jak człowiek wolny i całkowicie spokojny. Zazdrościłam jej; już nie tylko tego, że w ogóle śpi, lecz tego wewnętrznego luzu. Ja przesypiałam swoje trzy godziny w ciasnym kłębku, związana w supełek z własnych niepokojów i frustracji. Jakich niepokojów, jakich znów frustracji, można by zapytać. Przecież teoretycznie nie miałam powodów do zmartwień. Praca była? Była. Dach nad głową był? Był. Nie chorowałam? Nie, absolutnie. Czasem to nawet bym chciała, jakaś anginka, grypka jakaś, żeby poleżeć w łóżku i móc bezkarnie poużalać się nad sobą… Ale nic z tego, byłam zdrowa jak rydz.

Źródło mojej największej frustracji stanowił fakt, że nie wiedziałam, po co istnieję. Dosłownie. Po co takie stworzenie jak ja zajmuje miejsce i czerpie tlen, tak potrzebny innym żywym istotom? Po co wstaję z łóżka, skoro mogłabym leżeć? Po co idę do pracy i układam włosy kobietom, które i tak potargają się podczas snu? Innymi słowy: brakowało mi poczucia sensu.

Agata miała na to prostą receptę: „chłopa ci trzeba”. Niestety, ja w to nie wierzyłam. Chłopa miewałam, raz i drugi jakiś się napatoczył. Szału nie było, mówiąc kolokwialnie. Moja przyjaciółka twierdziła, że po prostu — mimo wszystkich moich postanowień na temat życia singielki — powinnam się zakochać. Bo chłop jako taki to rzeczywiście nic szczególnego. Ale chłop ukochany, wybrany spośród tysięcy innych, ten jedyny, to jest lekarstwo na moje poczucie bezsensu. Ewentualnie, perorowała dalej Agata, bo doskonale wiedziała, że miłości nie da się znaleźć na zawołanie, chłop tak biegły w sztuce miłosnej, że przy nim człowiek zapomniałby o całym świecie i nie musiał już szukać sensu ani w ogóle niczego.

Hm, biegły w sztuce. Jako trzydziestolatka nie miałam wielkich doświadczeń w tym zakresie, ale te, które posiadałam, dowodziły, że o biegłego nie będzie łatwo.

Pierwszy był Mariusz. Jakieś trzy miesiące przed maturą zakochał się we mnie, biedaczek, kiedy pomagałam mu z językiem polskim, a konkretnie: opowiadałam treść lektur. Oczywiście nie za darmo, on w zamian zabierał mnie swoim zdezelowanym samochodem w rozmaite miejsca. Bo muszę jeszcze wyjaśnić, że zawsze uwielbiałam podróżować. Nie musiały to być dalekie podróże, ponieważ tym, co kręciło mnie najbardziej, było pokonywanie przestrzeni. Lubiłam jechać przed siebie i za każdym razem być gdzieś indziej. Lubiłam też chodzić, ale tempo nie było zawrotne, dlatego ostatecznie wygrywała jazda samochodem.

Nasze wypady były zawsze spontaniczne, nie do końca przemyślane i przez to niesamowite. Na przykład ni stąd, ni zowąd pojechaliśmy do Świecia nad Wisłą i przenocowaliśmy w wysokiej trawie pod ruinami starego zamczyska. Innym razem wpadło nam do głowy, że nigdy nie widzieliśmy łosia; pognaliśmy więc na wschód z postanowieniem, że dotrzemy do Biebrzy — ale spotkawszy łosia sporo wcześniej, zawróciliśmy i resztę weekendu spędziliśmy w Mławie, snując się leniwie i jedząc gofry.

Właśnie podczas tych wojaży i wspólnej nauki Mariusz zakochał się we mnie i to z nim przeżyłam inicjację seksualną, upaliwszy się wcześniej skrętem, co do którego zapewniał mnie, że jest leciutki i nic nie poczuję, tyle że się będę chichrać; ja zaś poczułam całkiem sporo. Konkretnie — czułam, że jestem z masła i rzeczywiście strasznie mnie to rozśmieszyło, w każdym razie kiedy Mariusz rozpiął mi bluzkę, a potem spodnie, kiedy mnie miętosił, ugniatał i wślizgiwał się we mnie (słowo „wślizgiwał” ma tu drugie dno, bo chodzi nie tylko o to, że czułam się maślana; otóż rozmiary Mariuszowego przyrodzenia były mizerne i owo wślizgnięcie o mały włos zostałoby przeze mnie przeoczone), zaśmiewałam się do łez. Nawet nie zauważyłam, kiedy skończył — miałam wrażenie, że cała operacja utraty dziewictwa trwała jakieś dwie sekundy.

Obawiałam się, czy biedak nie miał potem przeze mnie jakiegoś urazu; chyba żaden debiutujący w roli kochanka chłopiec nie chciałby wywołać salwy śmiechu. Tak czy owak, później była matura i nie mieliśmy okazji powtórzyć aktu płciowego bez skręta w roli rozśmieszacza i rozmaślacza, a po maturze Mariusz się odkochał, nad czym zresztą nie bolałam, żal mi było jedynie tych naszych wycieczek.

Drugi z kolei był Przemek, kolega ze studiów i jedyny student z mojej grupy, który mieszkał w akademiku. Większość naszego roku polonistyki stanowili rodowici poznaniacy albo osoby wynajmujące stancje. Mnie nie było na to stać, salon piękności mojej mamy dopiero się rozkręcał.

Wracając do Przemka — był bardzo niski, jakieś metr sześćdziesiąt, miał nieładną twarz z rekordowymi wągrami na nosie i… boski głos. Mieszkaliśmy w akademiku o wiele mówiącej nazwie Babilon. Wieczorami Przemek brał gitarę i szedł schodami na samą górę, gdzie nie było już nic (to znaczy znajdowało się tam wejście na jakiś rodzaj stryszku, niedostępnego dla studentów). Był wielkim miłośnikiem poezji śpiewanej, w repertuarze miał także piosenki turystyczne i jakieś bluesowe kawałki; mnie jednak najbardziej rozbierały utwory Grechuty.

Kiedy Przemek zaczynał grać i śpiewać, stawał się najprzystojniejszym, najbardziej męskim, powabnym, pociągającym facetem, jakiego nosiła Ziemia. Absolutne bożyszcze. Po prostu natychmiast zakochiwałam się w tym niepozornym, nawet niezbyt bystrym chłopaku. Muszę jednak przyznać, że kiedy przestawał śpiewać i grać, czar pryskał i wówczas nie nazywałam już tego uczucia miłością.

Tak czy owak, Przemek zdołał zaciągnąć mnie do łóżka — nie żebym się specjalnie opierała, ale starałam się zachować pozory. Pamiętam, że rozbierając mnie (a miałam na sobie koszulę z chyba setką guziczków), nucił tym swoim obłędnym głosem „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie”. Dopóki śpiewał, było jeszcze jako tako, ale kiedy przestał, uświadomiłam sobie, że jego palce, tak zręczne na gryfie gitary, stawały się śmiesznie nieporadne, gdy Przemek dotykał kobiecego ciała. Wydawało się, że najbardziej interesuje go to, aby jak najprędzej skończyć. Pocałunki stały się cmoknięciami, pac, pac, pac, jeszcze w ucho albo szyję — pac, a potem do celu, byle szybciej, jest, trafiony — kilkanaście szybciutkich pchnięć i już. Jego chuda dupka poruszała się w tak błyskawicznym tempie, że odnosiłam wrażenie, jakbym kochała się z króliczkiem. Coś niezwykłego.

Sądziłam, że może to być stres związany z debiutem. Potem — kiedy okazało się, że drugi raz niczym nie różnił się od debiutu, pomyślałam, że może Przemek potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. Wiadomo, akademik, ktoś może zapukać, ktoś wpadnie, żeby pożyczyć jajko albo cukier. Dlatego zaprosiłam go na weekend do siebie, do Bydgoszczy. Było bardzo romantycznie, spacerowaliśmy po Starym Rynku, trzymając się za ręce, później zjedliśmy olbrzymią porcję lodów na spółkę, a wreszcie — kiedy miałam już pewność, że mama wyszła na dłużej (bo w soboty po południu przyjmowała najbardziej zaprzyjaźnione klientki) — zamknęliśmy się w moim pokoju i spróbowaliśmy jeszcze raz. Uczyłam Przemka pieszczot, usiłowałam pokazać mu, czego pragną kobiety. Okazał się pojętnym uczniem i aż do momentu penetracji wszystko szło dobrze. Odprężyłam się i pomyślałam, że chłopak załapał; teraz wreszcie seks nie będzie wyglądał jak maraton. Wówczas Przemek wślizgnął się we mnie i pac, pac, pac, dwadzieścia błyskawicznych ruchów chudą dupką, koniec. Pozostał króliczkiem — tyle że dowiedział się, co to gra wstępna.

Po pierwszym roku polonistyki już go nie było — odpadł na egzaminie z historii literatury staropolskiej i tak się skończył nasz dziwaczny romansik. Było mi przykro, bo w międzyczasie naprawdę go polubiłam; niemniej jednak ze zdumieniem odkryłam, że z zauroczenia nie pozostało zupełnie nic — nawet gdy na pożegnanie Przemek zagrał mi jeden z utworów Starego Dobrego Małżeństwa. Rozstaliśmy się po kumpelsku, a ja otworzyłam się na kolejne próby znalezienia mężczyzny, który nauczy mnie czerpać radość z seksu.

I tak, psiakość, pozostałam otwarta przez kolejne osiem lat.

Obraz mojego życia nie byłby pełny, gdybym nie wspomniała o braciach Korneckich. Mieszkali w naszej klatce schodowej, odkąd pamiętałam. Starszy nosił imię Wojtek, zaś młodszy — Maciek. Choć była między nimi różnica kilku lat, wydawali się niemal identyczni. Maciek był niewiele starszy ode mnie, ale dość, żeby w dzieciństwie nasze drogi na podwórku rzadko się przecinały — na ogół, kiedy ja z dziewczynkami bawiłam się na trzepaku albo urządzałam w piaskownicy pokazy mody naszych pierwszych lalek Barbie, on ze starszym bratem i innymi chłopcami kopał piłkę na boisku koło osiedlowej podstawówki.

Potem przyszedł ten dziwny czas, kiedy człowiek wstydzi się nawet spojrzeć na osobnika płci przeciwnej (nie mówiąc już o odezwaniu się do niego), ma się za długie ręce i nogi, plecy wydają się garbić same; po prostu piekło dorastania. W tamtym okresie przestałam zupełnie jeździć windą w obawie, że natknę się na któregoś z braci Korneckich. Obaj wyrośli niesamowicie, wyprzystojnieli i mieli w twarzach coś, co upodobniało ich do Roberta Redforda (Redford to jedyne nazwisko, którego NIGDY nie przekręciłam, ponieważ aktor ten był dla mnie kwintesencją męskiej urody i żaden piorun nie byłby w stanie wymazać go z mej pamięci) — chyba ten specyficzny kontur policzków. Byli niebieskookimi blondynami i właściwie nie miałam absolutnie żadnych szans, aby którykolwiek z nich zwrócił na mnie uwagę. Jeden jedyny raz spotkałam się z Maćkiem na osiemnastce Mariolki, koleżanki z sąsiedniej klatki. Podczas gdy ja pomagałam solenizantce z kanapkami i pizzą, on kołysał się ochoczo w tańcu naprzeciwko jakiejś wystrzałowej, ognistej brunetki, której nigdy wcześniej (i na szczęście nigdy później) nie widziałam. Pod koniec imprezy znaleźliśmy się oboje w pokoju zwanym dowcipnie „izbą wytrzeźwień”, ale żadne z nas nie było w stanie prowadzić inteligentnej rozmowy.

Starszy z braci wyjechał na studia, kiedy ja zaczynałam liceum, z czego wywnioskowałam, że był o jakieś cztery czy pięć lat starszy ode mnie. Maciek, który podobał mi się znacznie bardziej (może z racji większej dostępności), nie miał ambicji naukowych. Z nielicznych rozmów w windzie dowiedziałam się, że ukończył technikum elektroniczne, po czym wyjechał do Gdańska do pracy. Przyjeżdżał tylko od czasu do czasu na weekendy, wystarczająco rzadko, abyśmy nie mieli szansy bliżej się poznać, ale zarazem dość często, żeby pozostać moją niespełnioną fantazją seksualną. W mieszkanku Korneckich na piątym piętrze mieszkał samotny ojciec (matki tam nigdy nie było, choć nie miałam pojęcia, czy odeszła, czy może umarła).

Kiedy zaczynałam studia, w życiu ich rodziny zaszła kolejna wielka zmiana. Starszy z braci ożenił się i wraz z żoną wrócił do ojca. Małżeństwo zawsze wydawało mi się niezwykle poważną, dorosłą i dojrzałą sprawą — nic więc dziwnego, że mimo niewielkiej różnicy wieku zaczęłam nowym sąsiadom z góry mówić „dzień dobry”, a kiedy już musiałam się zwrócić bezpośrednio do Wojtka, mówiłam per „pan”.

Żona Wojtka była równie piękna, jak on sam. Pracowała jako pomoc dentystyczna w jednym z najlepszych bydgoskich gabinetów stomatologicznych. Podobno poznali się podczas leczenia kanałowego Wojtkowej górnej siódemki (tego typu informacji wysłuchiwała moja mama, robiąc kobietom paznokcie).

Wojtek został biznesmenem. Nie mam pojęcia, co właściwie studiował i czy ukończył studia, dowiedziałam się natomiast, że założył własną firmę — zajmował się produkcją mebli ogrodowych. Ściągnął do siebie brata, dał mu pracę, ale niestety — dla mnie, nie dla nich — nie zamieszkali razem. Nie znałam nowego adresu Maćka; z jakiejś krótkiej pogawędki w windzie dowiedziałam się jedynie, że wynajmuje mieszkanie na Błoniu. Jego wizyty w naszym bloku przyprawiały mnie o szybsze bicie serca, co oczywiście wcale nie znaczyło, że byłam w nim zakochana — stanowił raczej coś w rodzaju sekretnej, nieco nieprzyzwoitej fantazji.

Branża, w której pracowali Korneccy, wydawała mi się o tyle atrakcyjna, że zawsze marzyłam o ogrodzie, zarówno w sensie roślin, jak i mebli. To znaczy nie same meble mnie pociągały, naturalnie, lecz wypoczynek na nich. Wydawało mi się, że nie ma absolutnie nic piękniejszego niż popołudnie spędzone na wygodnym leżaku, z książką w ręku. Albo na przykład wygodna sofa z rattanu, miękki koc na wypadek chłodniejszego wiaterku, szklanka krystalicznie czystej wody z dryfującym listkiem mięty…

Opcjonalnie w moich wyobrażeniach pojawiała się skromna, ale wygodna ławeczka, ustawiona w jakimś zacisznym miejscu, pod krzewem, który kwitłby jak szalony, pachniał i aż brzęczał od pszczół. Początkowo w tej wizji w roli głównej występował zawsze jaśminowiec, ale potem, po jakiejś wizycie w ogrodzie botanicznym, zakochałam się w lilaku, czyli popularnym bzie. Płatki miał ciemnofioletowe z białym paseczkiem na obrzeżu, a zapach roztaczał taki, że brakuje słów, by to opisać. Tak czy owak, od tamtej pory marzyłam o takim bzowym zaciszu.

W tych marzeniach byłam zawsze sama. Na pewno nie było przy mnie mamy — wraz z Beniem zostałaby w swoim mieszkaniu. Ale też wyraźnie nie było przy mnie mężczyzny. Mężczyźni w roli towarzystwa do ogrodu wydawali mi się raczej nudni. Nie wiedziałabym, co z takim robić. Usiadłby ze mną na tej ławce i co? O czym tu gadać?

Po namyśle jednak przyznawałam, że na przykład Maciek Kornecki mógłby się pojawiać — tak od czasu do czasu. Najpierw przyjechałby zamontować mi mój wymarzony mebel w ogrodzie, potem zaś zjawiałby się regularnie, bo przecież musiałby sprawdzić, czy ławeczka się nie zepsuła, czy jakieś śruby się nie obluzowały (ławeczka musi mieć jakieś śruby, prawda?). Wpadłabym mu w oko i tak by mnie uwodził, że ostatecznie kochalibyśmy się na cudownie miękkim trawniku, a ja wreszcie bym się dowiedziała, co to takiego ten orgazm.

A ponieważ bardzo by się to nam obojgu spodobało, Maciek bywałby u mnie co kilka dni. Tak, zdecydowanie. Ale jeszcze bardziej zdecydowanie: zawsze wracałby na noc do siebie. Nie pozwoliłabym na to, żeby ktoś obcy spał w moim wymarzonym domu. Bo oczywiście wymarzony ogród z ławeczką pod bzem stanowiłby jedynie dodatek do domu, który byłby tylko MÓJ.

To co w końcu z tą sobotą? Zaczęłam przecież od tego, że ta nijaka, zupełnie nieciekawa lipcowa sobota okazała się końcem jednej, a początkiem kolejnej epoki w moim życiu. Owszem, okazała się. Może pora zacząć opowiadać składnie i chronologicznie. Jak już wspomniałam, po uderzeniu pioruna jedną z moich cech stała się straszliwa chaotyczność — ale zdaje się, że niniejszym wywodem biję wszelkie rekordy. Spróbuję wziąć się w garść i opowiadać po kolei.

Wróćmy do momentu, w którym wchodzę do pokoju mamy i wyłączam telewizor. Wchodzę, wyłączam i myślę o tym, że zazdroszczę jej spokoju i snu. Mnie czeka długa, samotna noc. Co będę robić? Trochę poczytam, bo na szczęście miłość do książek mi została, żaden piorun nie byłby w stanie jej wypalić. Wezmę długą, przyjemną kąpiel w wannie. Z nudów ułożę sobie włosy, potem zrobię paznokcie i nałożę maseczkę na twarz (nie żeby mi to w czymś pomogło, od maseczek nie stawałam się niestety piękniejsza, miałam jedynie ładną cerę). Aha, i jeszcze, skoro mam tyle niechcianego wolnego czasu, sprawdzę wyniki Lotto.

Zrobiłam to wszystko w tej właśnie kolejności. Następnie — wymoczona, pachnąca, nawilżona po czubki uszu, z puszystymi włosami i lśniącymi karminowymi paznokciami — zasiadłam przed komputerem, opuszkami palców wystukałam na klawiaturze odpowiednie litery i weszłam na stronę Lotto.

W przeszłości, może nie jakoś szczególnie często, ale jednak, zastanawiałam się, jak by to było. Jak się czuje człowiek, który zagląda na taką stronę internetową albo ogląda losowanie w telewizji i nagle odkrywa, że na swoim kuponie ma wszystkie wylosowane numerki. To musi być szał radości, myślałam. Ktoś taki zaczyna wrzeszczeć, skakać, tańczyć. Radość, euforia, absolutna lekkość i w ogóle kosmos.

No więc już wyjaśniam: niczego takiego nie poczułam. Nie zaczęłam śpiewać, tańczyć ani krzyczeć. Spokojnie, na chłodno sprawdziłam jeszcze raz, i jeszcze. Nie chciało wyjść inaczej. Szóstka. Sześć trafionych liczb.

Dopiero wtedy pojawiły się jakieś emocje, w efekcie których zaczęłam straszliwie dygotać. Najpierw trzęsły mi się ręce, potem dygot wypełnił całe moje ciało. Telepał mi się żołądek, wszystko mi się telepało, nawet gałki oczne, co sprawiło, że musiałam wstać od komputera, ponieważ obraz na monitorze zlewał się w dziwne plamy.

Nie wiem, jak reagowali inni zwycięzcy w historii gier losowych — chętnie posłuchałabym ich opowieści, żeby się przekonać, czy moja reakcja była aż tak nienormalna, jak mi się wydaje. Może ktoś by mnie przebił w absurdalności poczynań i dzięki temu poczułabym się lepiej? W każdym razie uczyniłam, co następuje: schowałam kupon pod poduszkę, potem przełożyłam go do szuflady z bielizną, a następnie kolejno do lodówki (w jednej z szufladek trzymałam paczuszki z kawą ziarnistą — uwielbiałam świeżo mieloną kawę, a że mama i Benio pili tylko rozpuszczalną, to do tej szufladki nie zaglądali), do wnętrza starego, zepsutego zegara z kukułką, z powrotem pod poduszkę i wreszcie pod dywan w moim pokoju. Po czym zamknęłam się w łazience i po krótkim namyśle zaczęłam płakać.

Można sobie myśleć, że to głupie, nieracjonalne i tak dalej. Ale ja naprawdę poczułam wówczas, że tracę grunt pod nogami. Ogarnęło mnie koszmarne przekonanie, że kiedy świat dowie się, iż stałam się bogata — wówczas na mój majątek zaczną czyhać łowcy posagów, na każdym rogu będzie czekał na mnie kieszonkowiec, a w ciemnych bramach zaczają się mordercy. Ów lęk przed złodziejami tłumaczy przynajmniej w pewnym stopniu irracjonalne poszukiwanie miejsca, w którym mogłabym ukryć zwycięski kupon. Natomiast jak wyjaśnić fakt, że rozpłakałam się rzewnie, zamknięta w łazience — tego nie wiem. Kiedy później analizowałam własne zachowanie, przyszło mi do głowy jedynie to, że wygrałam za dużo. Gdyby to był milion, wzięłabym kartkę i rozpisała: tyle na mieszkanie, tyle na remont, tyle zostaje na urządzenie wnętrz. Przez całą niedzielę przeglądałabym ogłoszenia w internecie, aż w końcu wybrałabym jakieś lokum. Potem odwiedziłabym parę sklepów meblowych, żeby się zorientować w najnowszych trendach wnętrzarskich, zdecydowałabym się na jakiś konkretny styl i już. Tak bym się zachowała, gdybym wygrała zwyczajny, przyzwoity milion.

Tymczasem mnie trafiło się nieprzyzwoite dwadzieścia — bo zwycięskie numery wylosowały dwie osoby, tak więc wygrałam dwadzieścia milionów, a po odliczeniu połowy dla Agaty zostawało mi dziesięć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zabiorą mi dziesięcioprocentowy podatek, ale nawet po tym niecnym akcie rozboju ze strony fiskusa byłam bogatsza, niż kiedykolwiek śmiałabym sobie wymarzyć. Problem tkwił w tym, że:

Byłam singielką i zamierzałam nią pozostać, co oznaczało, że wszystkie decyzje dotyczące tej niewyobrażalnej fortuny muszę podjąć sama.

Posiadałam nadopiekuńczą, wtrącającą się i namolną matkę, która niewątpliwie zmusiłaby mnie, posługując się sobie tylko znanymi metodami manipulacji, abym spożytkowała te pieniądze według jej oraz Beniowego, a nie mojego widzimisię.

Nie miałam poczucia sensu życia (chyba już o tym wspominałam).

Nie wiedziałam, o czym marzę, czego szukam i pragnę, co wiązało się z punktem 3.

„Gdyby ktoś mi dał parę milionów, wiedziałbym od razu, co z tym fantem zrobić” — takie zdanie wypowiada w myślach każdy, kto choć raz przeczytał newsa, że gdzieś tam, w kolekturze takiej to a takiej, jakiś szczęśliwiec zgarnął główną wygraną. Ja także nigdy nie sądziłam, że nadmiar pieniędzy może być problemem. A jednak.

W poniedziałek udałam ciężko chorą, co zdarzało się tak rzadko, że mama od razu łyknęła historię o złym samopoczuciu.

— Opisz mi dokładnie, jak cię boli — zażądała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

— No tu. — Wykonałam machnięcie dłonią w kierunku czoła. — I jeszcze kark, za uszami.

Nie miałam pojęcia, jak się symuluje taki ból, jako że zawsze byłam zdrowa jak ryba, a już o bólu karku nie wiedziałam w ogóle nic.

— Czekaj, czekaj! — Mama najwyraźniej wiedziała znacznie więcej. — Może ci jeszcze drętwieje?

— Głowa?

— Nie głowa, kark! Drętwieje ci trochę?

Brzmiało to tak, jakby jej zależało na tym drętwieniu, dlatego przytaknęłam.

Natychmiast zdiagnozowała u mnie zapalenie opon mózgowych i chciała wezwać pogotowie, ale wówczas zmyśliłam naprędce historię o tym, że poprzedniego wieczoru, w tajemnicy przed nią, wyżłopałam ćwiartkę wódki. Na szczęście mama była w niedzielę na kolacji z Beniem i coś tam do posiłku wypili, w przeciwnym razie wyczułaby, że w moim oddechu nie ma ani mgiełki zapachu alkoholu.

Tak czy owak, uwierzyła w moją opowieść i pogotowia nie wezwała, udzieliła mi natomiast bardzo długiej porady składającej się zasadniczo z powtarzanych na zmianę dwóch zdań, że a) pić trzeba umieć oraz b) samotna pijaczka jest o wiele gorsza niż samotna abstynentka, bo abstynentka ma jeszcze szansę kogoś znaleźć, a pijaczka nie ma już w ogóle żadnych szans na nic, chyba że na ciążę nieznanego pochodzenia. Pojawiło się też kilka zdań dodatkowych, niejako wtrąconych, ale puszczałam je mimo uszu, bo byłam do nich przyzwyczajona: że muszę o siebie zadbać, bo skończę jako staruszka gadająca do zegara z kukułką, którą (staruszkę, nie kukułkę) po śmierci zje własny kot (co było absurdalne, bo bałam się zwierząt i nie zamierzałam mieć na starość kota), że przydałyby mi się szminka, róż do policzków, nowa fryzura i tak dalej.

Istotniejsze było to, że oprócz reprymendy mama dała mi również dzień urlopu „kacowego” i łaskawie pozwoliła zostać w domu. W zakładzie fryzjerskim moje obowiązki miała wykonać Szyneczka, czyli Irenka Szynkarz, mój jedyny wróg.

Wykorzystałam tamto cudowne przedpołudnie co do ostatniej minuty — gdy tylko Benio pojechał na działkę (którą uprawiał z wielkim zapałem, nie zrażając się faktem, że wszystko zżerały mu ślimaki i wielkie włochate gąsienice), uczyniłam, co następuje: ubrałam się, wyszłam z domu o takiej porze, w jakiej już od lat nie bywałam na ulicach (ponieważ najpierw uczyłam się, a potem pracowałam), założyłam nowe konto w nowym banku, zgłosiłam wygraną w kolekturze, a następnie wydałam co do grosza wszystkie pieniądze, jakie miałam w portfelu (było tego trzydzieści trzy złote — kupiłam sobie parasolkę w grochy, bo zbierało się na deszcz, a za resztę zapiekankę).

Na koniec odczytałam esemesa od Agaty, która przeżywała właśnie słodkie chwile u boku ukochanego. Facet prowadził, jak mi się zdawało, jakieś szemrane interesy, handlował używanymi samochodami i diabli wiedzą czym jeszcze, ale Agata twierdziła, że jest słodki i kryształowo uczciwy. Teraz właśnie zabierał ją do Portugalii, taka niespodzianka w stylu macho.

Spodziewałam się, że przyjaciółka zapyta mnie o wyniki losowania, ale najwyraźniej w miłosnym otumanieniu zupełnie o tym zapomniała. Napisała jedynie, że jest jej z Sebastianem cudownie, jednak wolałaby choć na jeden dzień całkiem wytrzeźwieć. Ponieważ z naszej dwójki ona była zawsze dość trunkowa, a ja wiecznie trzeźwa, nie zdziwiła mnie ta wiadomość. „Wytrzeźwiejesz, jak się rozstaniecie” — odpisałam. Trochę ukłuło mnie poczucie winy, że do niej nie zadzwoniłam i nie opowiedziałam o wygranej, uznałam jednak, że przynajmniej na razie konspiracja jest konieczna. Ten cały Sebastian bardzo mi się nie podobał. A ponieważ nie wróżyłam ich związkowi długiej przyszłości, postanowiłam powiedzieć o wszystkim przyjaciółce (i podzielić się z nią wygraną) dopiero, kiedy rozstanie się z tym szemranym typkiem. Albo przynajmniej gdy — zgodnie z tym, co napisała — wytrzeźwieje.

Kolejne dni przeżyłam w swoistym transie. Czułam się jak na ciągłym rauszu. Pieniądze miałam jedynie wirtualnie, na koncie; nie odważyłam się pójść do banku i wypłacić nawet niewielkiej kwoty. Bardzo się bałam, że natychmiast zostałabym napadnięta i ograbiona. Nie powiedziałam o niczym matce. Tak więc wszystko toczyło się po staremu. Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy, które zwykle kojarzą się z nagłym wzbogaceniem: nie poszłam zaszaleć do żadnego klubu (Po co? Nigdy nie lubiłam takich rozrywek, dlaczego miałabym je nagle polubić?), nie pojechałam w podróż dookoła świata (Sama? Bez sensu!), nie kupiłam sobie maybacha (przecież bogata czy nie, wciąż byłam najgorszym kierowcą świata). Żyłam tak, jakbym wciąż była niezamożna. Potakiwałam i dziękowałam za rady, gdy mama radziła mi zadbać o siebie, bo nikt mnie nie zechce. Śmiałam się uprzejmie z dowcipów Benia (Co mówi torba do plecaka? Ale jesteś napakowany!). Nadal z kamienną twarzą wysłuchiwałam w pracy pouczeń Szyneczki, która doprowadzała mnie do szału, udzielając mi porad dotyczących sylwetki (Szyneczka była w odpowiednich miejscach pulchna i ponętna, natomiast ja, jak już wspomniałam — koścista, bez biustu i w ogóle wieszak na ubrania).

Nocami śniły mi się hordy włamywaczy i kieszonkowców łażących za mną, śledzących mnie i czyhających na mnie w progu banku. Kiedy się budziłam, snułam śmiałe plany: że wyjadę, zrobię operację plastyczną (nie żeby poprawić urodę, ale żeby mnie nikt nie rozpoznał), kupię sobie nową tożsamość. Do rana oczywiście wszystkie te pomysły uznawałam za idiotyczne i poddawałam się rytmowi szarej codzienności. Szłam do pracy, myłam klientkom głowy, przycinałam końcówki włosów, układałam loki lub dla odmiany je prostowałam, wysłuchiwałam złośliwych komentarzy Szyneczki, która tłumaczyła mi, że nosząc bluzki uwydatniające pustkę mego dekoltu, nigdy nie wyjdę za mąż — i tak dalej.

Aż do połowy lipca. Wtedy coś we mnie pękło. A wszystko przez windę.

Był straszliwy, nieziemski upał. Całe miasto drgało w rozpalonym powietrzu niczym we wnętrzu kosmicznego pieca; miało się wrażenie, że budynki i nieliczne drzewa rosnące na osiedlu za chwilę staną w ogniu. Dowlekłam się do naszego bloku, czując się tak, jakbym ważyła tonę. Po plecach pełzła mi strużka potu, dokładnie wzdłuż kręgosłupa. Na szczęście gumka od majtek powstrzymała ją przed dalszą wędrówką. Weszłam do cudownie chłodnej, choć śmierdzącej kapustą klatki schodowej (pani Obrzynka z parteru stosowała jakąś dietę kapuścianą — niezależnie od pory roku w całym pionie naszego bloku zawsze unosił się upojny zapach głąbów, liści kapuścianych oraz kminku) i dobiegłam do windy akurat w momencie, gdy drzwi miały się zasunąć. Omal nie zemdlałam, kiedy dostrzegłam wewnątrz braci Korneckich.