Łatwopalni - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook

Łatwopalni ebook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,5

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Agnieszka Lingas-Łoniewska opowiada o miłości, która przychodzi w najmniej spodziewanym momencie, nawet do tych, którzy już przestali jej szukać.

Jarosław Minc – uciekający przed demonami przeszłości lekarz i malarz. Przemierza Polskę na motocyklu, nigdzie nie zagrzewa miejsca na dłużej. Nie wie, co czeka go jutro, ale jest pewien jednego – nie zasługuje na szczęście.

Monika Rudzka prowadzi uporządkowane życie w małym miasteczku pod Wałbrzychem. Po studiach wróciła do domu, mieszka z wymagającą matką, uczy polskiego w lokalnej szkole i stara się wspierać przyjaciółkę. Matka rozpamiętuje młodzieńczą miłość Moniki, przyjaciółka doradza odrobinę szaleństwa. Jednak Monika wie, że w ich miejscowości wszystko jest ustalone raz na zawsze.

Czy przyszłość może jeszcze nieść coś dobrego?

W końcu los rzuca Jarka na Dolny Śląsk. Wynajmuje pokoik od pań Rudzkich, prowadzi szkolenia, maluje. Sama jego obecność burzy monotonię życia w miasteczku. Czy zaprowadzi też rewolucję w sercu Moniki?

Czy nowe uczucie pozwoli uciszyć traumy, które nie dają spać? Czy ten ogień obudzi w nich zapomniane uczucia, czy też przyniesie tylko zniszczenie?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Bez cierpienia nie rozumie się szczęścia.

Fiodor Dostojewski

Wszystkim, którzy wierzą w miłość

Prolog

Serce.

A gdyby go nie mieć?

Byłoby łatwiej.

Prościej.

Lepiej.

I bolałoby mniej.

Choć jak mam teraz żyć?

Jak żyć, gdy serce zostało roztrzaskane?

A mimo to nadal bije.

Nie chcę.

Chciałbym przestać czuć, być zimnym jak lód, obcym.

Nieznajomym i nieznanym.

Chciałbym zapomnieć.

Chciałbym jej powiedzieć.

Co czuję. Co naprawdę czuję.

Czy potrafię?

Czy kiedykolwiek będę potrafił?

Rozdział 1

Kutless, Promise of a Lifetime

Krzyk. Trzask. Zgrzyt. Dźwięk rozrywanej blachy. Światła. Światła wprost w zmęczone źrenice. Zapach. Ostry, znajomy, dziwny. Paliwo?

– Halo, proszę pana, słyszy mnie pan?

Odwracam się.

Ból. Ból ramion. Barków. Stawów.

Patrzę.

W uszach krzyk. Zwierzęce wycie brzmi w uszach.

Nieprzerwane. Nieustające.

NIE!

Zerwał się z łóżka, w uszach wciąż słysząc ten nieposkromiony, pełen bólu i wściekłości krzyk. Jarek spojrzał nieco nieprzytomnym wzrokiem i wytarł spoconymi dłońmi mokrą twarz. Jezu. Czy kiedykolwiek jeszcze uda mu się spokojnie przespać noc? Przetrwać ją, nie widząc tych okrutnych obrazów, które mieszkały w szczelnie zamkniętych szufladkach jego umysłu, w szufladach, które otwierały się, gdy zamykał oczy, mając nadzieję na wytchnienie i odpoczynek? Nie. Te obrazy, te okrutne obrazy czekały. Wiedziały, kiedy zaatakować. I robiły to z chirurgiczną precyzją. Tak. Precyzja chirurga. To porównanie było jak najbardziej na miejscu. Jarek wziął kilka głębszych oddechów i poszedł do łazienki.

Stał pod prysznicem i myślał, że nadszedł czas, aby ruszyć dalej. W Zebrzydowicach był od dwóch miesięcy. I w tym czasie już cztery razy zmieniał miejsce zamieszkania. Bał się zostawać dłużej w tym samym domu. Ciążyła mu myśl, że ludzie wiedzą, co zrobił, że nocą, gdy budziły go jego własne krzyki, kiedy wyrzuty sumienia nie pozwalały spać, sąsiedzi budzili się wraz z nim i pamiętali o tym, co się wydarzyło. Miał wrażenie, że wystarczy spojrzeć w jego przygaszone zielone oczy, by dostrzec w nim tchórza, którym ciągle był. Ucieczka, ucieczka. Tylko to siedziało mu w głowie. Stale uciekać. Stale się bać. I stale żyć przeszłością. Ale jak inaczej, skoro przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć. Nawet ten pokój. Wynajmował go od dwóch tygodni i może nie był to szczyt luksusu, ale przecież Jarek nie miał zbyt wielkich wymagań co do lokum. Jakie miało znaczenie, w jakim łóżku śpi, skoro i tak co noc budził się zlany potem i przez resztę nocy próbował zapomnieć, o czym śnił?

Nie. Koniec z tym! Energicznie wytarł ciało ręcznikiem, umył zęby, ogolił się, rozczesał włosy i związał je w kucyk. Potem włożył wytarte dżinsy i biały podkoszulek. Wychodząc, spotkał panią Alinę, właścicielkę domu. Była emerytowaną nauczycielką muzyki, wynajmowała piętro turystom. Albo takim jak on.

– Panie Jarku, co tak wcześnie?

– Niestety, muszę wyjechać.

– A ten obraz, który miał pan namalować dla szkoły...

– Skończyłem. Wczoraj w nocy. Stoi w moim pokoju.

– Szkoła się z panem rozliczyła? – Pani Alina poczuwała się do obowiązku dopilnowania płatności, bo to ona namówiła tego przystojnego motocyklistę o smutnych oczach do namalowania obrazu przedstawiającego budynek szkoły.

– Oczywiście. Serdecznie za wszystko dziękuję. – Jarek ujął dłoń starszej pani i lekko ścisnął. – Bardzo dobrze mi się tu mieszkało…

– Ale?

– Ale muszę ruszać dalej.

Musi ruszyć dalej. Gnało go to uparte, nieustępliwe, niedające się niczym pokonać przeświadczenie, że już nigdy nie zazna spokoju, ciszy, wytchnienia, że pisane mu życie w drodze, że droga to jego jedyny przyjaciel i towarzysz. Droga donikąd, bez celu, wciąż przed siebie, wciąż w ruchu. Ta potrzeba ucieczki sprawiła, że niemal od trzech lat podróżował po Polsce. Malując, czasem sprzedając swoje obrazy. Niekiedy brał prace zlecone i malował na zamówienie. Zdarzało mu się prowadzić wykłady z udzielania pierwszej pomocy, przecież ciągle był lekarzem. Nigdy nie zapomniał, co przyrzekał, co szeptał, powtarzając słowa przysięgi Hipokratesa. Oddał pracy siebie całego, kochał szpital, dyżury, adrenalinę, wdzięczność pacjentów. Był naprawdę obiecującym chirurgiem. Praca była całym jego życiem. Był dumny z siebie, że tak bardzo się angażuje, że czuje misję, że poświęca się dla innych. Ale w tym wszystkim… zapomniał. Zapomniał o tych, których przecież kochał. Bez których nie wyobrażał sobie życia. A teraz musiał żyć sam.

Zapakował swój skromny dobytek do umocowanych po bokach jego ukochanej hondy kufrów i spojrzał na dom pani Aliny. Dostrzegł ją w oknie kuchennym. Uniósł dłoń w geście pożegnania, wsiadł na motocykl i odjechał. Jak zawsze odjeżdżał.

Już zmierzchało, gdy Monika kończyła sprawdzać zeszyty swoich piątoklasistów. Z westchnieniem wystawiła ocenę pod ostatnim z wypracowań i spojrzała jeszcze raz na temat. „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. O tym Monika mogłaby napisać elaborat. Jeżeli czegoś nauczyła się od swojej matki, to tego, jak bardzo to powiedzenie sprawdzało się w życiu. Potarła zaczerwienione oczy i odchyliła się na oparcie fotela. Wiedziała dokładnie, co zaraz się wydarzy. Matka, szurając kapciami, zacznie przygotowywać wieczorne ziółka, potem włączy jeden ze swoich ulubionych seriali, pogłaśniając dźwięk do granic możliwości. Monika zdawała sobie sprawę, że jej rodzicielka, Maria Rudzka, słyszy bardzo dobrze – nie raz się przecież zdarzyło, że matka wtrącała drobne uszczypliwości, wyraźnie nawiązujące do tego, co zasłyszała, podsłuchując telefoniczne rozmowy córki. Te wieczorne rytuały były doprawdy nie do zniesienia, lecz Monika milczała, bo była świadoma, że jakakolwiek próba rozmowy skończyłaby się długą przemową Marii o zmarnowanym życiu Moniki i o tym, jak to teraz córka mogłaby mieszkać u Carringtonów, a nie męczyć się ze starą matką. Przez całe życie to słyszała, znała to na pamięć i była tymi tyradami tak zmęczona, że po prostu zaczęła unikać wszelkich konfrontacji. Na pewno ułatwiał to fakt, że miała na górze nie tylko swój mały pokoik, lecz także osobną łazienkę. Kuchnię wprawdzie współdzieliły, ale matka od lat wynajmowała drugi pokój na poddaszu, łatając tym samym skromny budżet pielęgniarki, i była przyzwyczajona do dzielenia się kuchnią. Monika czasem rozmyślała, jakby się potoczyło jej życie wtedy… Gdy chciał wrócić. Ale ona była zbyt dumna, rany po jego odejściu – zbyt świeże. Zresztą czy naprawdę widziała siebie jako Fallon Carrington? W kosztownym bmw, obwieszoną złotem, trzepoczącą sztucznymi rzęsami i potrząsającą doczepianymi włosami? To nie była ona. To nie mogłaby być ona. I tak, decyzja, którą podjęła dziesięć lat temu, była jedną z najlepszych w całym jej życiu. Tylko… gdyby mieszkała gdzieś indziej, gdyby nie utknęła w tym podwałbrzyskim miasteczku, gdyby mogła wsiąść w samochód i po prostu wyjechać, może nie czułaby się tak osaczona, tak stłamszona, tak ograniczona. Geografią i ludźmi, matką i Grześkiem, który ciągle rościł sobie do niej pretensje, a przecież prawie dziesięć lat temu wżenił się w rodzinę burmistrza, poślubiając Roksanę. Była zmęczona. Chciała wrzucić w małą walizkę kilka ciuchów, kilka książek, na czele z najukochańszym i zaczytanym do cna Błękitnym zamkiem, i wyjechać. I nie żałować. I nie wracać. Oczywiście, nie było to proste, miała tu pracę, uczniów, szkołę, którą naprawdę lubiła, przyjaciółkę z dzieciństwa i matkę, którą jednak kochała. Ale wiedziała, że zaczyna zbliżać się do wieku, który w tak hermetycznych społecznościach był postrzegany jako głębokie staropanieństwo. A na zmianę tego stanu nie miała raczej szans, bo większość mężczyzn była albo zajęta, albo wiecznie pijana, albo unikała jej jak zarazy – nikt nie chciał zadzierać z Grześkiem Czarniewskim, miejscowym dobroczyńcą i chlebodawcą. Grzesiek był właścicielem przetwórni warzyw, która zatrudniała większość mieszkańców miasteczka. Monika starała się o tym nie myśleć i nie słuchać Sylwii, przyjaciółki jeszcze z lat szkolnych, która prowadziła zakład fryzjerski U Sil.

– Załóż sobie profil na Tinderze. Nie bądź taka zacofana, Moni – perorowała, z wirtuozerią dizajnerki fryzur tnąc kasztanowe włosy Moniki. – Nie szukaj chłopa w tym naszym boskim city, bo czasu żal.

– Nie szukam chłopa nigdzie – westchnęła Monika.

– A powinnaś! Nie wpakowałaś się w małżeństwo z tym idiotą, i bardzo dobrze. Skończyłaś studia, jesteś ładna, masz czym oddychać…

– Sylwia, błagam…

– Nie błagaj. Masz czym oddychać, można z tobą pogadać, nie nadajesz się dla tych miejscowych buraków.

– Czasami myślę, że nie nadaję się do niczego.

– Ta, ta. Mamuśki się słuchaj, jasne, weź mnie nie załamuj. Cholera, że też dajesz się tak manipulować tej babie! Z całym szacunkiem, oczywiście.

Tego szacunku w głosie przyjaciółki Monika nie słyszała, ale nic nie mówiła.

– Jestem zmęczona, czuję się, jakbym miała szósty krzyżyk na karku.

– Chodź, pojedziemy w weekend do Wałbrzycha. Zostawię dzieci z mamą, bo na Marcina nie ma co liczyć, pójdziemy gdzieś do klubu, zabawimy się, poflirtujesz, już ja cię przypilnuję. – Sylwia zaczynała się nakręcać.

– Zastanowię się…

Monika zawsze „się zastanawiała”, a trwało to zwykle tak długo, że nigdy do żadnego wyjazdu na „balety”, jak nazywała to Sylwia, nie doszło. Tak naprawdę wolała zamknąć się w swoim pokoju, puścić płytę Dido i czytać. I marzyć, że kiedyś znajdzie się ktoś, kto ją pokocha. I kogo ona obdarzy uczuciem. I to będzie takie czyste, mocne, prawdziwe i nieokiełznane. Chciała czegoś innego, czegoś cudownego. Chciała fajerwerków, a nie kupionej w biedronce racy. Ale teraz, tutaj była całkiem jak Joanna z Błękitnego zamku. Uwięziona w świecie zawistnym, wścibskim i prostym… Za prostym.

Rozdział 2

Dido, No Freedom

Jarek zjechał z autostrady i zatrzymał się na pobliskiej stacji benzynowej. Z bocznej kieszeni wyciągnął mapę. Zawsze zostawiał przypadkowi to, dokąd się uda, do jakiego miasta lub wioski zawita. Pozwolił, by to los decydował. Chociaż czy tak naprawdę to był los? Czy jednak nieświadomie i nieuchronnie realizował jakiś plan? Nieustannie się nad tym zastanawiał. Rozmyślał. Torturował się tym.

Westchnął, zamknął oczy i dźgnął palcem mapę. Już wiedział, dokąd się teraz wybierze. Ale najpierw… Najpierw musiał odwiedzić jeszcze jedno miejsce.

Wjechał do Wrocławia. Miasto stało w porannych korkach, słońce oślepiało. Przypomniał sobie te dni, kiedy tu mieszkał i był naprawdę szczęśliwy. Zapracowany, zakochany, pełen życia, nadziei. Każdy powrót bolał. Dlatego wyjechał. Dlatego sprzedał dom i samochód, kupił motocykl i ruszył przed siebie. Ale czasami musiał wracać. Wciąż mieszkała tu jego matka, która ciągle martwiła się o jedynego syna. Dzwonił do niej raz w tygodniu. Nigdy nie rozmawiali, jedynie meldował się, dając znak, że żyje, że nic mu nie jest. Chociaż czy naprawdę chciał żyć? Często się nad tym zastanawiał. I nadal nie znał odpowiedzi.

Dzisiaj jednak nie zamierzał odwiedzić rodzinnego domu. Każdy powrót na Karłowice był dla niego niewyobrażalną katorgą. Dlatego przez chwilę torturował się widokiem domu rodziców, wspominając szczęśliwsze dni, a potem zawrócił i pojechał na cmentarz, tam, gdzie kończyły wszystkie jego demony. Tam mógł naprawdę uwolnić to, co w nim tkwiło. Tam mógł uwolnić swój ból, który na co dzień skrzętnie ukrywał. Tam ciągle próbował zapłakać, ale łzy nigdy nie płynęły. To było najgorsze. Cały czas miał nadzieję, że gdyby ta cholerna tama puściła chociaż raz, umiałby sobie wybaczyć. Ale to się nigdy nie działo. Zawsze ta kamienna twarz, niewzruszona, beznamiętna. Jedynie w oczach było coś, co sprawiało, że ludzie się nim interesowali. Czasem myślał, że smutek, który zadomowił się w jego duszy, przenika do zielonych tęczówek. Nie mógł nic na to poradzić.

W południe Jarek był już w drodze do Wałbrzycha. Zmierzał do rodzinnego miasta mamy. Naprawdę się cieszył, że los wskazał właśnie Wałbrzych. Pamiętał wakacje u dziadków, wakacje w tym górniczym niegdyś mieście, dymiącym kominami, okolonym górami i lasami. Dziadkowie mieszkali na Podgórzu, mieli domek z wyjściem na piękną łąkę, a nieopodal las. Raj dla małego chłopca. I tak się tam czuł. Jak w raju. To wspomnienie na zawsze zostanie w jego sercu. Tych cudownych wspomnień miał kilka, ale tylko nielicznie nie wywoływały fali bólu. O wakacjach u dziadków mógł myśleć z uśmiechem.

Dojeżdżał do miasta, wybrał jedną z mniej uczęszczanych dróg. Jechał powoli, słońce grzało mu twarz, odbijało się w ciemnych szkłach okularów. Czuł zapach jesieni, trawy, liści. Przez króciutki moment poczuł cień radości. I pewność, że droga, którą obrał, była najwłaściwsza.

Wjechał w małe miasteczko, mijał urokliwy ryneczek, małe kamieniczki, klomby, ławki. Z naprzeciwka jechał czerwony opel, a za jego kierownicą dostrzegł starszą blondynkę. Już prawie się minęli, gdy Jarek zauważył piłkę i biegnącego za nią chłopca.

– Stój!

Nie wiedział, czy faktycznie wykrzyczał te słowa, czy jedynie to pomyślał. Za późno. Piłka przetoczyła się przed samochodem. Czerwony opel gwałtownie zahamował. Jarek zeskoczył z motocykla i pobiegł do chłopca, który już wstawał. Na szczęście został jedynie draśnięty przez lewy błotnik i miał rozcięte kolano.

– Och! Boże, wybiegł tak nagle! – Starszawa blondynka o zadbanej cerze załamywała ręce. – Widział pan?!

– Tak, widziałem. Spokojnie. Zaraz opatrzymy tę wojenną ranę. – Mrugnął do dziecka i z kufra motocykla wyciągnął apteczkę. Rozcięcie nie było głębokie, szybko uporał się z opatrunkiem, tak zagadując chłopca, że ten nawet nie zareagował na odkażanie rany.

– Musisz bardziej uważać, grając w piłkę w pobliżu drogi. Na drugi raz może się skończyć gorzej. – Popatrzył chłopcu w oczy, a ten pokiwał głową i uśmiechnął się, pokazując brakujące jedynki.

– Karolek, chodź, zaprowadzę cię do mamy. – Blondynka już się trochę uspokoiła i wzięła chłopca za rękę.

– Zna go pani?

– Tak, jestem wicedyrektorką tutejszej szkoły. Helena Paśnik.

– Jarek Minc. Może pomogę, wyjaśnię wszystko. W końcu byłem świadkiem.

Kobieta chwilę się wahała, ale w końcu przystała na nieoczekiwaną propozycję. Mama Karolka była przerażona, ale Jarek spokojnie wyjaśnił, co się stało, zalecił zakup maści antybiotykowej i zapewnił, że rany małego pirata drogowego wyleczą się szybko i bez problemów.

– Dziękuję panu za pomoc. Poszło lepiej, niż się spodziewałam. Co pan powie na kawę w naszym Lotosie?

Jarek sam nie wiedział, czy jest mu to na rękę, ale Helena była całkiem sympatyczna, a on tak naprawdę nigdzie się przecież nie spieszył.

– Dobrze, ale ja płacę – odparł poważnie.

– Chodźmy.

Kawiarnia była, oczywiście, na Rynku, gdzie najwyraźniej toczyło się życie towarzyskie miasteczka. Taki urok małych miejscowości ze społecznością zamkniętą i zżytą, a także bardzo wścibską.

Zamówili kawę, która okazała się nadzwyczaj dobra. Jarek widział, że wicedyrektorka szkoły chce go o coś zapytać. Uśmiechnął się i to chyba przekonało kobietę.

– Przepraszam, że pytam, ale tak sprawnie się pan nim zajął. Jest pan lekarzem. – To nie było pytanie.

– Też. Tak. – Jarek nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. Odwykł od takich rozmów.

– A pan tu przejazdem czy…? Bo… – Zerknęła niepewnie. – Mieliśmy mieć cykl szkoleń z pierwszej pomocy, wie pan, dofinansowanie dostaliśmy, ale nasz doktor się połamał i jedynie przyjmuje pacjentów u siebie w gabinecie, a i tak tylko naprawdę pilne przypadki, nie ma mowy, żeby pojawił się w szkole. A drugi lekarz, ten młody doktor, musiał wyjechać na jakąś konferencję. Byłoby żal stracić dotacje z takiego powodu i teraz pilnie szukamy lekarza, który mógłby coś takiego poprowadzić. A pan tak świetnie poradził sobie z małym… – Helena się uśmiechała i patrzyła Jarkowi w oczy. Pomyślała, że to piękny mężczyzna, ale jakiś taki… smutny.

– Sam nie wiem. Miałem inne plany… – Nutka wahania w głosie Jarka, sprawiła, że pani Helena uśmiechnęła się szerzej.

– Za wszystko zapłacimy. Za nocleg, za lekcje. Mamy kilka pensjonatów, a także świetną agroturystykę. To potrwa najwyżej tydzień. – Teraz się ona się zawahała. Jak mogła prosić tego miłego człowieka, który zapewne miał plany, obowiązki, o poświęcenie tygodnia ze swojego życia?

– Hm. – Jarek wiedział, że decyzja już została podjęta. Tak zdecydował los. A on nigdy nie kłócił się z losem.

– Rozumiem, że to trochę dziwna propozycja, ale…

– Dobrze, zgadzam się. Kiedy mogę zacząć? – spytał krótko.

Twarz kobiety się rozjaśniła.

– Niestety, już jutro. Ale proszę się nie martwić! – Uniosła obie dłonie. – Większość materiałów jest już gotowa, wszystko panu przekażemy. Nasz doktor przygotował i rozpisał ćwiczenia, są kserówki, prezentacja, właściwie całość tylko czeka na kogoś, kto się na tym zna. Szkoła jest tam… – Wicedyrektorka zaczęła tłumaczyć prosty dojazd do podstawówki.

Jarek zostawił jej swój numer telefonu i umówił się na na ósmą rano. Zapłacił za kawę i odmówił przyjęcia pomocy w szukaniu kwatery. I tym razem chciał się zdać na przeznaczenie.

Monika skończyła lekcje i, objuczona zeszytami, tym razem czwartoklasistów, ruszyła w kierunku domu. Matka pojechała do Wałbrzycha do kilku lekarzy i wróci wieczornym autobusem, Monika aż do wieczora miała więc dom dla siebie. Przy Rynku, a właściwie ryneczku, minął ją duży czarny motocykl z chromowanymi rurami. Długowłosy mężczyzna ubrany w czarną skórę przyciągałby uwagę nawet w metropolii, a co dopiero w tym zapyziałym miasteczku. Monika czasami miała wyrzuty sumienia, że tak myśli, ale zarazem małomiasteczkowe były nie tylko te ulice czy placyk szumnie nazywany Rynkiem, lecz także ludzie, którzy często zasługiwali na takie właśnie określenia.

– A ty to niby taka wielka pani z miasta jesteś? – mruknęła do siebie i, poprawiwszy torbę z zeszytami, ruszyła do domu. Położony przy małej, urokliwej uliczce, biegnącej w stronę lasu, niczym nie wyróżniał się spośród reszty niewielkich, w większości poniemieckich domów. Z oddali dostrzegła napis na oknie poddasza, informujący, że pokój jest do wynajęcia. Czasami trafiali się turyści, którzy akurat tu chcieli spędzić samotny weekend. Raz zamieszkał u nich młody nauczyciel, który zaczął uczyć angielskiego w szkole, ale po pół roku wyjechał do Wrocławia. Monika wcale mu się nie dziwiła, a właściwie to mu zazdrościła.

– Hej, Monique! – Usłyszała pisk hamulców i westchnęła z rozdrażnieniem. Oczywiście, że to on…

– Hej, Grzesiek – odparła, nie zatrzymując się.

Czarne bmw sunęło powoli wzdłuż chodnika. Kierowca, blondyn o niebieskich oczach, ściszył muzykę i uśmiechnął się szeroko.

– Wskakuj, podwiozę cię.

– Nie trzeba. Przecież to dwa kroki.

– Daj spokój, dźwigasz te zeszyty, wskakuj.

Monika zgrzytnęła zębami. „«Wskakuj». Sam wskakuj! Nie jestem jakąś dziunią z dyskoteki”.

– Monique, nie daj się prosić…

Monika się zatrzymała, Grzesiek nacisnął na hamulec.

– Co u żony? U syna? – spytała spokojnie, patrząc mu w oczy. Miała nadzieję, że zrozumie aluzję. Ale albo udawał, że nie rozumie, albo naprawdę nie wyłapał ironii.

– A w porządku, dzięki. A jak u ciebie?

– Też okej.

– Bez zmian? – Jednak go nie doceniała.

Wzruszyła ramionami i, nie zwracając uwagi na sunące obok czarne auto, ruszyła energicznym krokiem do domu. Usłyszała tylko śmiech Grześka i oddalające się dudnienie basów.

– Idiota… – warknęła przez zęby i otworzyła bramkę.

W ogródku obok pani Kosmalska, sąsiadka, patrzyła na nią z zainteresowaniem.

– Dzień dobry, pani Janko! – zawołała z uśmiechem. – Wredna plotkaro – dodała ciszej, ciągle się uśmiechając.

– Dzień dobry, Moniczko!

Usiadła ciężko na stołku w kuchni, kładąc torbę z zeszytami na stole.

– Jezu… Czuję się stara…

Stara i zmęczona. I myślała, ba!, była pewna, że ten stan będzie się pogłębiał. Że będzie w tym marazmie tkwiła tak długo, aż go wreszcie polubi. Aż się przyzwyczai. I w końcu stanie się własną matką. Będzie zgorzkniała, smutna, zła i będzie oskarżać wszystkich wokół o to, jak potoczyło się jej życie, o wszystkie porażki i niespełnione marzenia. Teraz, tutaj, siedząc na tym drewnianym stołku pośrodku tej zbyt znajomej kuchni, była o tym przekonana jak nigdy wcześniej. I wtedy… zadzwonił dzwonek przy furtce.

Nie spojrzawszy nawet, kto się do niej dobija (bo któż to mógł być? Listonosz, sąsiadka ze świeżymi jajkami, Kosmalska do matki na ploty), wyszła na ganek. I zdębiała.

– Dzień dobry. Nazywam się Jarek Minc. Szukam kwatery na jakiś tydzień, może dwa. Zobaczyłem reklamę w oknie. – Ciemnowłosy motocyklista, którego mijała w Rynku, stał przed jej domem. Zdziwienie musiała mieć wymalowane na twarzy, bo mężczyzna zsunął okulary na tył głowy i spojrzał na nią niesamowicie zielonymi oczami.

– Tak. Mam wolny pokój. – Monika wreszcie odzyskała głos. Spojrzała na niego i coś w nim ją uderzyło, nie potrafiła tego określić, ale… Smutek tak głęboki, że rozdzierał jej serce. Chyba tak, to było najlepsze określenie. – Proszę, niech pan wejdzie.

Mężczyzna postawił motocykl na stopce, wyciągnął kluczyki ze stacyjki i otworzył furtkę. Był od Moniki wyższy o głowę, a szerokie ramiona poszerzała skórzana motocyklowa kurtka. Jego oczy lśniły intensywnym szmaragdem. Boże, jakie harlequinowe porównania przychodziły jej do głowy! Cóż poradzić? Facet był po prostu nieziemski i tyle. Chyba powinna przestać wszystko analizować, rozluźnić się i być po prostu sobą. Chociaż nie! To byłaby katastrofa!

– Monika Rudzka, bardzo mi miło. – Podała mu rękę.

– Jarek Minc – przedstawił się ponownie i lekko uścisnął jej dłoń. Miał szczupłe i silne palce. „Dłonie chirurga”, przemknęło jej przez myśl.

Ciemnowłosy zdjął kurtkę. Biały podkoszulek opinał szerokie ramiona. „A jednak to nie zasługa kurtki”, pomyślała i zganiła się, że zachowuje się jak niewyżyta stara panna.

– Zapraszam do środka. Napije się pan czegoś?

– Coś zimnego, jeśli można. I proszę mi mówić Jarek.

– W takim razie do mnie proszę mówić Monika.

Postawiła przed nim wysoką szklankę z wodą mineralną z cytryną i lodem. Wypił duszkiem. Zafascynowana obserwowała, jak pracują jego mięśnie, gdy przełykał napój.

„Jestem nienormalna”, pomyślała.

– Jesteś nauczycielką?

– Tak. Skąd wiesz? – Boże, a może to jakiś morderca? Śledził ją, a w nocy poderżnie jej gardło.

– Stąd. – Uniósł brew, wskazując stos leżących na stole zeszytów.

No jasne. Idiotka!

– Tak, uczę polskiego.

– To chyba się będziemy widywać także poza domem – powiedział poważnie.

– Jesteś nauczycielem? – zdziwiła się Monika.

– Powiedzmy. – Jarek opowiedział jej o wypadku i spotkaniu z wicedyrektorką.

– Och. Wiedziałam, że mamy problem z tymi wykładami. Dostaliśmy dofinansowanie, a tu prowadzący się pochorował, drugi wyjechał, no fatum jakieś! I trzeba szukać szybko kogoś na zastępstwo. A kto chciałby przyjechać do tej dziu… tutaj. Można powiedzieć, że spadłeś nam z nieba.

– Taaak. Można tak powiedzieć. To co, pokażesz mi pokój?

– Jasne, chodźmy na górę.

Jarek patrzył na kasztanowe włosy łagodnymi falami opadające na ramiona, smukłą sylwetkę, ładne nogi. Dobrze wiedział, dlaczego trafił właśnie do tego domu. Po co się oszukiwać? Gdy ją ujrzał… tam, na tej uliczce wśród klombów… Szła apatyczna, skulona, smutna, zrezygnowana. Tak, zrezygnowana. Jakby nie spodziewała się, że może ją spotkać w życiu coś dobrego. Jakby się poddała. Uginała się pod ciężarem nie tylko zeszytów. Wiatr rozwiewał jej włosy, sprawiając, że niesforne pasemko ciągle przyklejało się do pięknie wykrojonych ust. Sam nie wiedział, dlaczego zawrócił i pojechał za nią. Dlaczego obserwował, jak podjeżdża do niej czarna beemka i patrzył, jak dziewczyna się denerwuje, jak się spina. Potem… zobaczył, do którego domu weszła. A gdy dostrzegł napis informujący o pokoju do wynajęcia, kamień spadł mu z serca. Może to zainteresowanie, ta nagła czułość i chęć pomocy tej nieznanej kobiecie… może to znak, że zima w jego sercu ma się ku końcowi.

Rozdział 3

Artur Gadowski, Ona jest ze snu

Zbliżał się koniec lekcji i Monika pozwoliła sobie na wspomnienie wczorajszych wydarzeń. Myślała nie tylko o nowym sublokatorze czy o wspólnej jeździe rano do szkoły. Uśmiechała się na samą myśl o minach koleżanek i sąsiadek. Czuła się jakoś inaczej, ale sama przed sobą nie chciała się przyznać, że to właśnie długowłosy motocyklista jest tego powodem. Gdy matka wróciła z Wałbrzycha, była oburzona, że Monika sama zadecydowała o wynajęciu pokoju. Rozmowa z Jarkiem rozwiała jednak jej wątpliwości.

– Dobry wieczór, bardzo mi miło, Jarek Minc.

– Rudzka. – Matka podała mu rękę z pewną rezerwą.

Jarek pochylił się i pocałował jej dłoń.

– Słyszałem, że była pani w Wałbrzychu? Darzę to miasto wielką sympatią, moi dziadkowie zamieszkali tam po wojnie, a mama przyszła na świat w wałbrzyskim szpitalu górniczym.

– Och, naprawdę? Pracowałam tam przez wiele lat! Też jestem rodowitą wałbrzyszanką!

Monika nigdy chyba nie widziała matki tak rozanielonej. Niewątpliwa zasługa Jarka, który ze swobodną uprzejmością rozmawiał ze starszą kobietą, a później skomplementował jej placek drożdżowy i doskonałą kawę.

– Bardzo miły człowiek. – Tak pani Rudzka skwitowała ich wspólny wieczór, całkiem odmienny niż setki popołudni i wieczorów wcześniej.

Miły…

Monika miała wiele określeń na to, jaki wydawał się Jarek na pierwszy rzut oka. „Miły” także się tam znajdowało, ale nie oddawało rozpaczy, tęsknoty, żalu, które kryły się pod uprzejmością, a które mignęły czasem w jego oczach pomiędzy uśmiechami. Nie potrafiła tego za bardzo ubrać w słowa. Widziała to jednak, wręcz czuła. I miała wrażenie, że nie potrafiła ukryć swojego współczucia. Jarek nawet rzucił jej pytające spojrzenie, ale zaraz potem odwrócił wzrok, tak jakby nie chciał odpowiedzi.

W nocy wydawało się jej, że coś słyszy, jakieś słowa, jakby krzyk, ale spała zbyt mocno i sama nie wiedziała, czy to się naprawdę zdarzyło, czy jedynie się jej śniło. Za to rano wyjątkowo nie była pierwsza w kuchni. Nalała sobie kawy i usiadła naprzeciwko Jarka.

– Dzień dobry. Jedziesz na ósmą?

– Idę. Tak, na ósmą.

– Może pojedziesz ze mną?

– Motorem?

– Nie obrażaj mojego szacownego jednośladu. Mówi się: „motocyklem”.

– Okej, zapamiętam. Jasne, z przyjemnością.

Czy naprawdę to powiedziała? Co się z nią działo? Chociaż gdy patrzyła na tego mężczyznę, przygotowującego jej śniadanie w jej własnej kuchni, mogła sobie wyobrazić inny scenariusz. Nie współlokator, ale… Pani Kosmalska miała rację, zegar biologiczny tykał.

– Gdzie jest cukier? – Jarek wyrwał ją z rozmyślań, pokazując pustą cukierniczkę.

– W tej szafce. – Zerwała się, aby podać torebkę z cukrem.

Jarek pochylił się i Monika wylądowała na podłodze.

– O Jezu… – jęknęła.

– Przepraszam! – Jarek podał jej rękę i pomógł wstać. – Naprawdę bym sobie poradził.

– Wiem. Taki odruch. – Miała wielką ochotę rozetrzeć sobie kość ogonową, ale przy nim się krępowała.

– Jesteś cała? – Był tak blisko, że poczuła zapach jego wody kolońskiej. Lekko zakręciło się jej w głowie.

– Poza urażoną godnością – raczej tak.

– Teraz to koniecznie muszę cię zawieźć. Jeszcze zasłabniesz gdzieś po drodze i wpadniesz do rowu albo komuś pod koła. – Patrzył na nią bez uśmiechu. Ale wciąż nie wypuszczał z objęć. Miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Nie czuła się tak od… Boże, kiedy ostatni raz się tak czuła? Chyba milion lat temu, z Grześkiem, jako nastolatka. Tak, chyba wtedy. A teraz… teraz to było zupełnie co innego.

– Dzięki. Zaraz będę gotowa. – Odwróciła się i poszła powoli w kierunku schodów. Nie miała pojęcia dlaczego, ale była pewna, że Jarek nie spuszcza z niej wzroku. Po prostu to wiedziała.

Tak. Coś było nie tak z tą dziewczyną. A właściwie z nim. Och, co za oczywistość. Wiadomo, co z nim było źle, ale teraz i tutaj czuł się jakoś inaczej. Przy niej czuł się inaczej. To go zastanawiało. Kiedy był blisko niej, próbował zdefiniować to, co właściwie się z nim działo. Aby spróbować zrozumieć i uświadomić sobie, czy to możliwe, żeby jednak potrafił znowu coś czuć. Coś innego niż tylko nienawiść do samego siebie.

Razem pojechali do szkoły, Jarek zapakował jej zeszyty do jednego z bocznych kufrów motocykla.

– Potężna maszyna. Nie masz samochodu, tylko ten motocykl? – spytała, gdy mocował zapięcia na kufrach.

– To nie tylko motocykl. To styl życia – powiedział poważnie. Otworzył drugi kufer i podał jej kask. Był inny niż kaski motocyklowe, jakie znała.

– Jaki śmieszny, wygląda jak żołnierski hełm.

– To orzeszek. Proszę, włóż.

– A ty?

– Krótka droga, nie muszę, ale ty owszem.

Włożyła kask, czując się śmiesznie i wyobrażając sobie, jak beznadziejnie w nim wygląda. Niewprawnymi palcami usiłowała go zapiąć, ale poniosła porażkę. Jarek podszedł i sięgnął do pasków.

– Pozwól. – I jednym sprytnym ruchem zacisnął sprzączkę.

– Wyglądam pewnie głupio.

Spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.

– Wyglądasz… w porządku. Siadaj, proszę. Masz okulary?

– Mam.

– Włóż je.

Monika usiadła na siodełku, Jarek przekręcił kluczyk i odpalił silnik. Głęboki pomruk rozległ się na całej ulicy. Dziewczyna zerknęła w stronę domu i dostrzegła w oknie matkę, która miała nieokreślony wyraz twarzy. Nie wiadomo było, czy jest zadowolona, widząc córkę na motocyklu nieznajomego w zasadzie mężczyzny, czy wręcz przeciwnie. Za to Kosmalska, która patrzyła z okna swojej kuchni, była wyraźnie zszokowana i zniesmaczona. No tak, teraz to będzie miała używanie.

– Możesz trzymać się albo z tyłu uchwytu, albo mnie! – zawołał Jarek, usiadł i włożył okulary.

Monika przezornie złapała się za tylną niklowaną obręcz, na wszelki wypadek odsuwając się jak najbardziej do tyłu. Czułaby się niezręcznie, przytulając się do tego mężczyzny, choć w tych warunkach było to trudne do uniknięcia.

– Gotowa?

– Tak! – krzyknęła i wtedy motocykl ruszył.

To było niesamowite. Pęd powietrza wbił ją w skórzane siedzenie. Przymykała oczy, czuła wiatr i żałowała, że nie może zdjąć kasku, aby poczuć go we włosach. Już nie dziwiła się, że to może być stylem życia, pasją, sposobem na stres i kłopoty. Po raz pierwszy od dawna przez krótką chwilę poczuła się naprawdę wolna. Na początku siedziała sztywno, starając się nie dotknąć Jarka, ale po chwili o tym zapomniała, rozluźniła się i poddała chwili. I doskonale czuła jego ciepłe ciało pomiędzy swoimi udami. Miała ochotę puścić uchwyt i przytulić się do jego pleców, a dłonie wbić w skórzaną kurtkę, ale w porę się powstrzymała. Żałowała, że szkoła jest tak blisko, najchętniej jechałaby tak bez końca. Ale na pewno nie żałowała, że zgodziła się z nim przyjechać, warto było, dla tych kilku sekund prawdziwej radości.

Jarek zaparkował motocykl na chodniku, Monika tym razem sprawnie odpięła sprzączkę od kasku, zdjęła go i poprawiła włosy.

– Dziękuję. To było… wspaniałe.

– Wiem – odparł krótko i wyciągnął torbę z zeszytami.

– Zaprowadzić cię do gabinetu pani Heleny?

– Poradzę sobie. Do zobaczenia.

– Powodzenia.

Kiwnął głową, pochylił się nad kufrem i wyjął jakieś swoje materiały. Monika poczuła się niezręcznie, odwróciła się i weszła do szkoły. Przy schodach spotkała Anię Kowal, która uczyła historii.

– Cześć. Co to za przystojniak?

– Nowy wykładowca do tego projektu z pierwszej pomocy – odparła Monika odruchowo.

– Znasz go?

– Trochę. Właściwie wcale. Wynajmuje u nas pokój. – Wzruszyła ramionami.

– No, no. Nieźle.

Tak. Nieźle. Teraz się zaczną ploty. Wiedziała, że właśnie rozpoczął się festiwal domysłów i szeptów. Cóż, była do tego przyzwyczajona. Tutaj nikt nie mógł mieć tajemnic, a już na pewno nie ona. Monika, w przeszłości związana ze „złotym chłopcem”, zawsze była obiektem zainteresowań i obserwacji. A tymczasem… pojawia się zagadkowy ciemnowłosy nieznajomy i od razu trafia do jej domu. To nie mogło przejść niezauważone.

Jarek zebrał wszystkie niezbędne do pracy z dziećmi materiały i wszedł do szkoły. Zauważył ciekawe spojrzenia rzucane mu przez wchodzących ludzi. Zawsze tak było. Przyzwyczaił się. To była nieodłączna część jego życia, wszędzie był tym „nowym”, nieznajomym, poza tym jego postura, sposób ubierania się i długie kręcone włosy były często postrzegane jako zagrożenie. Jako coś odmiennego, niebezpiecznie innego. A przecież on był odmieńcem.

– Przepraszam, gdzie jest gabinet pani Heleny Paśnik? – spytał starszego woźnego.

– Parter, na prawo, drugie drzwi za schodami, jest tabliczka.

– Dziękuję.

Okazało się, że wicedyrektorka widziała go z okna i czekała na niego już w drzwiach.

– Bardzo się cieszę, że pan przyszedł. Widziałam, że przyjechał pan z naszą Moniką. To znaczy z panią Rudzką. Znacie się?