Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 234 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łatwopalni - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Dolny Śląsk, niemiecka przeszłość, spalona słońcem ziemia, intensywna, mieniąca się kolorami jesień i małe miasteczko u stóp gór. Tam przyjeżdża on – mężczyzna, który wciąż ucieka. Kiedyś wydarzyło się coś, przez co już nigdy nie będzie mógł normalnie żyć, nie zazna spokoju. Spotyka ją, śliczną nauczycielkę, której brakuje wiary w siebie i którą dusi małomiasteczkowy konwenans. Ich spotkanie jest jak cudwybucha jesień, pali słońce, rodzi się miłość. Ale los znowu zadrwi z obojga.

Agnieszka Lingas-Łoniewska, wrocławianka, kochająca zwierzaki, Within Temptaion i inne ostrzejsze dźwięki, w swoich książkach łączy sensację z romansem. Autorka ośmiu powieści, m.in. Bez przebaczenia, Zakład o miłość, W szpilkach od Manolo i trylogii Zakręty losu. Laureatka konkursu na opowiadanie z Dolnym Śląskiem w tle. Ma na swoim koncie także udział w antologiach literackich i prowadzi portal Czytajmy Polskich Autorów – www.polscyautorzy.pl.

 

Opinie o ebooku Łatwopalni - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Cytaty z ebooka Łatwopalni - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Serce. Chyba lepiej być bez serca. Wówczas byłoby o wiele łatwiej. Prościej. A na pewno mniej boleśnie. Bo jak mam teraz żyć, skoro moje serce zostało zdruzgotane? Roztrzaskane. Zmiażdżone. A mimo to nadal bije. Nie chcę tego. Chciałbym przestać odczuwać
cokolwiek, stać się zimnym głazem, obcym dla wszystkich, nieznajomym dla siebie. Tak bardzo chciałbym zapomnieć. O tym, co zrobiłem. Ale jeszcze bardziej chciałbym... chciałbym powiedzieć jej, co naprawdę czuję. Lecz... czy jeszcze potrafię? Czy kiedykolwiek będę umiał...?

Fragment ebooka Łatwopalni - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Wszystkim, którzy wierzą w miłość.

Bez cierpienia

nie rozumie się szczęścia

Fiodor Dostojewski

PROLOG

Serce.

Chyba lepiej być bez serca.

Wówczas byłoby o wiele łatwiej.

Prościej.

A na pewno mniej boleśnie.

Bo jak mam teraz żyć, skoro moje serce zostało zdruzgotane?

Roztrzaskane.

Zmiażdżone.

A mimo to nadal bije.

Nie chcę tego.

Chciałbym przestać odczuwać cokolwiek,

stać się zimnym głazem, obcym dla wszystkich, nieznajomym dla siebie.

Tak bardzo chciałbym zapomnieć.

O tym, co zrobiłem.

Ale jeszcze bardziej chciałbym...

chciałbym powiedzieć jej,

co naprawdę czuję.

Lecz... czy jeszcze potrafię?

Czy kiedykolwiek będę umiał...?

Rozdział 1

Krzyk, trzask, zgrzyt rozrywanej blachy. Światła bijące po oczach. Jakiś dziwny zapach. Paliwo?

– Halo, proszę pana, słyszy mnie pan?

Odwracam się...

Mam wrażenie, że wyrwano mi ramiona ze stawów.

Patrzę...

Nie!!!

Zwierzęcy ryk rozbrzmiewa mi w uszach.

NIEEEEEEEEE...

Jarek zerwał się z łóżka, w uszach słysząc jeszcze ten nieludzki, nieposkromiony krzyk. Pełen bólu i wściekłości. Wytarł spoconymi dłońmi mokrą twarz. Jezu. Czy kiedykolwiek jeszcze będzie mógł spokojnie zasnąć? I przetrwać noc bez tych okrutnych obrazów, które zdawały się mieszkać w szufladkach jego umysłu, otwierających się wtedy, gdy miał nadzieję na wytchnienie i odpoczynek? Nie. One wiedziały. Doskonale wiedziały, kiedy zaatakować. I robiły to z chirurgiczną precyzją. Tak. Nawet to porównanie było jak najbardziej na miejscu. Jarek wziął kilka głębszych oddechów i poszedł do łazienki. Wynajmował ten pokój od dwóch tygodni. Nie był to szczyt marzeń, ale nie miał też wielkich wymagań co do lokum. Odkąd prowadził taki tryb życia, naprawdę niewiele było trzeba, aby go zadowolić. Zresztą, czy to, w jakim łóżku śpi, miało jakiekolwiek znaczenie? Skoro i tak... budził się zlany potem, usiłując zapomnieć o tym, o czym przed chwilą śnił?

Stał pod prysznicem i wiedział, że nadszedł czas, aby ruszyć dalej. Tutaj, w Zebrzydowicach, przebywał od dwóch miesięcy. I już cztery razy zmieniał miejsce zamieszkania. Bał się zostawać dłużej w tym samym domu, bał się, że ludzie doskonale wiedzą, co zrobił, że słyszą jego nocne krzyki, kiedy wyrzuty sumienia nie pozwalają mu spokojnie spać i przypominają o tym, co się wydarzyło. Obawiał się, że gdy tylko ktoś dłużej popatrzy w jego zielone, przygaszone oczy, dostrzeże w nich tchórza, którym ciągle był. Ucieczka, ucieczka. Tylko to siedziało mu w głowie. Ciągle uciekać. Ciągle się bać. I ciągle żyć wydarzeniami sprzed czterech lat. Kiedy...

Nie. Koniec z tym! Energicznie wytarł ciało szorstkim ręcznikiem, umył zęby, ogolił się, rozczesał długie kręcone ciemne kędziory i ubrał się w wytarte dżinsy i biały podkoszulek. Gdy wychodził, spotkał panią Alinę, właścicielkę domu. Była emerytowaną nauczycielką muzyki, wynajmowała górne piętro turystom albo takim jak on. Ludziom bez duszy. Bo jeśli ktoś nie ma domu, to chyba nie ma duszy?

– Panie Jarku, co tak wcześnie?

– Niestety, muszę wyjechać.

– A ten obraz, który miał pan namalować dla szkoły...

– Skończyłem. Wczoraj w nocy. Stoi w moim pokoju.

– Szkoła rozliczyła się z panem? – Pani Alina poczuwała się do obowiązku dopilnowania płatności, bo to ona namówiła tego przystojnego motocyklistę o smutnych oczach do namalowania obrazu przedstawiającego budynek szkoły. Zresztą, było w tym mężczyźnie coś takiego, co skutecznie hamowało w człowieku chęć zadawania pytań i jednocześnie uświadamiało, że odpowiedzi na te pytania wolałby nigdy nie usłyszeć.

– Oczywiście. Serdecznie dziękuję za wszystko. – Jarek złapał starszą panią za dłoń i lekko ścisnął. – Bardzo dobrze mi się tu mieszkało...

– Ale?

– Ale muszę ruszać dalej.

Tak. Musi ruszać dalej. Uporczywe, swędzące, niedające się niczym pokonać przeświadczenie, że już nigdy nie zazna spokoju, ciszy, wytchnienia, że życie nomady jest mu pisane, że droga to jego jedyny przyjaciel. Droga donikąd, bo przecież nigdy nie osiągnie celu, to przeświadczenie pchało go do przodu i sprawiało, że niemal od trzech lat podróżował po Polsce. Malując i sprzedając swoje obrazy. Z reguły smutne i przepełnione nieokreśloną tęsknotą. Czasami też brał prace zlecone i malował na zamówienie. Zdarzało mu się też prowadzić wykłady z udzielania pierwszej pomocy, bo przecież ciągle był lekarzem. Nigdy nie zapomniał, co przyrzekał, szepcząc w przejęciu słowa przysięgi Hipokratesa. Oddał siebie całego, kochał szpital, dyżury, adrenalinę, wdzięczność pacjentów. Był naprawdę obiecującym chirurgiem. Praca zajmowała mu większą część czasu, ba, praca była jego codziennością, jego rankiem, popołudniem, wieczorem, nocą. Był dumny z siebie, że tak bardzo się angażuje, że czuje misję, że oddaje siebie innym. Ale w tym wszystkim... zapomniał. Zapomniał o tych, których przecież kochał. Bez których nie wyobrażał sobie życia. A teraz... musiał żyć sam.

Zapakował swój skromny dobytek do kufrów umocowanych po bokach motocykla, swojej ukochanej hondy, i spojrzał na dom pani Aliny. Dostrzegł jej posiwiałą głowę w oknie kuchni. Uniósł dłoń w geście pożegnania, wsiadł na motocykl i odjechał. Zawsze odjeżdżał. Uciekał. Bo nie mógł nigdzie zostać na dłużej. To była jego kara. A może... kiedyś... stanie się odkupieniem? Lecz nie teraz, jeszcze nie.

Monika kończyła sprawdzać zeszyty piątoklasistów. Mieli za zadanie wyjaśnić znaczenie przysłowia „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. O tak, Monika mogłaby na ten temat napisać elaborat. Jej matka była doprawdy mistrzynią w pokazywaniu, że to naprawdę sprawdza się w życiu. Gdy młoda kobieta zamknęła ostatni zeszyt, już zmierzchało. Potarła zaczerwienione oczy i oparła się o fotel. Dokładnie wiedziała, co zaraz się wydarzy. Matka, szurając kapciami, zacznie przygotowywać wieczorne ziółka, potem włączy jeden z ulubionych seriali, pogłaśniając dźwięk do granic możliwości. Monika zdawała sobie sprawę, że jej rodzicielka, Maria Rudzka, bardzo dobrze słyszy – niejednokrotnie, gdy dziewczyna rozmawiała ze swoją przyjaciółką Sylwią przez telefon, jej matka robiła potem drobne uszczypliwości wyraźnie nawiązujące do tego, co zasłyszała, podsłuchując rozmowę córki. Te jej wieczorne rytuały były doprawdy trudne do zniesienia, lecz Monika nie poruszała tego tematu, wiedząc, że naraziłaby się na wysłuchanie długiej przemowy o tym, jak zmarnowała sobie życie i teraz mogłaby mieszkać u Carringtonów, a nie męczyć się ze starą matką. Tak, znała to na pamięć. W swoim trzydziestoletnim życiu zbyt wiele na ten temat się nasłuchała, aby narażać się na kolejne tyrady. Była już tym zmęczona i zaczęła po prostu unikać wszelkich konwersacji. Miała mały pokoik na górze, osobną łazienkę, tylko kuchnię dzieliła z matką, która była przyzwyczajona do, powiedzmy, sublokatorów w kuchni, gdyż od wielu lat wynajmowała drugi pokój na poddaszu, ratując tym skromną rentę pielęgniarki. Czasami Monika rozmyślała, jakby potoczyło się jej życie, gdyby... Gdyby on jej nie zostawił. Potem chciał wrócić. Ale ona była zbyt dumna, zbyt zraniona, a poza tym, czy naprawdę widziała siebie jako żonę lokalnego Carringtona? Wożoną kosztownym bmw, obwieszoną złotem, z kolorowymi tipsami i doczepianymi włosami? Nie, przecież to nie była ona. To nie mogłaby być ona. Dlatego wiedziała, że wówczas, dziesięć lat temu, to była jedna z lepszych decyzji, jakie podjęła. Tylko... gdyby teraz mieszkała gdzie indziej, gdyby nie była zmuszona tkwić w tym podwałbrzyskim miasteczku, może nie czułaby się tak osaczona, tak czasami stłamszona, ograniczona. I geografią, i ludźmi, i matką, i Grześkiem, który chyba ciągle rościł sobie do niej prawa, a przecież od prawie dziesięciu lat był mężem Roksany, córki burmistrza. Czasami była taka zmęczona. Czasami chciała spakować małą walizkę, zabrać kilka ciuchów, kilka książek, w tym ulubiony i milion razy przeczytany „Błękitny zamek” L.M. Montgomery, i wyjechać z tego miasteczka. I nie żałować. I nigdy nie wracać. Oczywiście, nie było to takie proste, przecież miała tu pracę, uczniów, szkołę, którą naprawdę lubiła, i matkę, którą naprawdę kochała. I zdawała sobie sprawę, że zaczyna się zbliżać do pewnego wieku, który w tak eklektycznych społecznościach był postrzegany jako głębokie staropanieństwo. A na zmianę tego nie miała raczej żadnych perspektyw, bo większość mężczyzn była albo zajęta, albo się alkoholizowała (co często szło w parze), albo unikała jej jak zarazy, bo nikt nie chciał zadzierać z Grześkiem Czarniewskim. Miejscowym bossem, dobroczyńcą, włodarzem i chlebodawcą. Właścicielem dużej przetwórni warzyw, która zatrudniała większość mężczyzn z miasteczka. Monika starała się o tym nie myśleć i nie słuchać Sylwii, swej przyjaciółki jeszcze z lat szkolnych, która prowadziła zakład fryzjerski „U Sil”.

– Załóż sobie profil na jakimś portalu randkowym. Nie bądź taka zacofana, Moni – perorowała, a jednocześnie z wirtuozerią pasującą do dizajnerki fryzur cięła kasztanowe włosy Moniki. – Nie szukaj chłopa w tym naszym boskim city, bo szkoda czasu.

– Nie szukam chłopa nigdzie – odparła Monika z westchnieniem, bo wiedziała, że przyjaciółka tak łatwo nie odpuszcza.

– I to twój błąd. Nie wpakowałaś się w małżeństwo z tym idiotą i bardzo dobrze. Skończyłaś studia, jesteś ładna, masz czym oddychać...

– Sylwia, błagam...

– Nie błagaj. Masz czym oddychać, można z tobą pogadać na każdy temat, nie nadajesz się dla tych miejscowych buraków.

– Czasami myślę, że nie nadaję się do niczego.

– Ta, ta. Słuchaj swojej mamuśki, weź mnie nie załamuj. Cholera, że też dajesz się tak manipulować tej babie! Z całym szacunkiem, oczywiście.

Jakoś tego szacunku w tonie głosu przyjaciółki Monika nie słyszała, ale nic nie powiedziała.

– Jestem zmęczona, czuję się, jakbym miała sześćdziesiątkę na karku.

– Chodź, pojedziemy w weekend do Wałbrzycha. Zostawię dzieci z mamą, bo na Marcina raczej liczyć nie mogę, pójdziemy gdzieś do klubu, pobawimy się, poflirtujesz, już ja cię dopilnuję. – Sylwia zaczynała się nakręcać.

– Zastanowię się...

Tak, Monika zawsze się „zastanawiała”, a trwało to tak długo, że nigdy do żadnego wyjazdu na dyskotekę, „balety”, jak mówiła Sylwia, nie doszło. Tak naprawdę Monika wolała się zamknąć w swoim pokoju, puścić płytę Dido i czytać. A potem śnić o tym, że kiedyś... gdzieś... może... może znajdzie się ktoś, kto ją pokocha. I kogo ona także obdarzy uczuciem. I będzie to takie czyste, mocne, prawdziwe i nieokiełznane. Chciała czegoś innego, czegoś cudownego. Chciała fajerwerków, a nie robionej na kolanie saletry. Ale... w tej chwili, w sytuacji, w jakiej się znajdowała, było to tak odległe, jak historie, które pochłaniała. Była całkiem tak jak Joanna z „Błękitnego zamku”. Uwięziona. W świecie zawistnym, wścibskim i takim prostym... Za prostym.

Rozdział 2

Jarek zjechał z autostrady A4 w kierunku Wrocławia. Przejechał obok centrum handlowego Bielany i zatrzymał się na pobliskiej stacji benzynowej. Z bocznej kieszeni wyciągnął mapę. Zawsze tak robił. Zostawiał przypadkowi to, gdzie akurat trafi, do jakiego miasta lub wioski zawita. Całe jego życie to była jedna wielka zagadka, wielka niewiadoma. Los zadecydował, że był tu, gdzie był. Chociaż, czy tak naprawdę do końca to był los? Nieustannie się nad tym zastanawiał. Rozmyślał. Gnębił.

Westchnął, zamknął oczy i dźgnął palcem mapę. Gdy na nią spojrzał, już wiedział, dokąd się teraz uda. Ale najpierw... Najpierw musiał pojechać w jeszcze jedno miejsce.

Wjechał do Wrocławia, miasto tętniło porannymi korkami, słońce oślepiało mu twarz. Przypomniał sobie chwile, kiedy tu mieszkał i był naprawdę szczęśliwy. Zapracowany, zakochany, pełen życia, nadziei. Każdy powrót na znajome ulice bolał. Dlatego stąd wyjechał. Dlatego sprzedał dom, samochód, kupił motocykl i ruszył przed siebie. Ale czasami musiał tu wracać. Wciąż mieszkała tu jego matka, która ciągle szalała z niepokoju o jedynego syna. Dzwonił do niej raz w tygodniu, nie rozmawiając, właściwie meldując się, dając znak, że żyje, że nic mu nie jest. Chociaż... czy naprawdę chciał żyć? Często się nad tym zastanawiał. I ciągle jeździł, szukając odpowiedzi.

Jednak dzisiaj nie zamierzał odwiedzić rodzinnego domu. Każdy powrót na Karłowice, gdzie się urodził, gdzie przeżywał radosne i cudowne momenty, był dla niego niewyobrażalną katorgą. Dlatego postał przez chwilę w niewielkim oddaleniu od domu rodziców, po czym zawrócił i pojechał tam, gdzie zaczynały i kończyły się wszystkie jego osobiste demony. Tam mógł naprawdę pokazać, co w nim siedzi. Tam mógł pokazać swój ból, który umiejętnie chował, bo wiedział, że okazanie go równałoby się z przyznaniem do słabości, co mogłoby zostać wykorzystane przez ludzi. Tam ciągle próbował zapłakać, ale uparte łzy nigdy nie chciały popłynąć z jego szczypiących oczu. To było gorsze niż cokolwiek innego. Bo ciągle wierzył, że gdy chociaż raz ta cholerna tama puści i uwolni łzy pełne win, to może... Uda mu się samemu sobie wybaczyć. Ale do tej pory nigdy do tego nie doszło. Dlatego zawsze zachowywał kamienną twarz, jedynie w oczach tkwiło to coś, co sprawiało, że ludzie czasami się nim interesowali. Wiedział, że smutek, który przenika go na wskroś, nie zniknie z jego zielonych oczu. Nic nie mógł na to poradzić, chociaż oczy to podobno zwierciadło duszy, a on przecież duszy nie miał, więc dlaczego tak się działo?

Gdy nadeszło południe, Jarek był już w drodze do Wałbrzycha. Po wizycie w miejscu, gdzie jego serce na nowo roztrzaskało się na drobne kawałeczki, znowu przybrał maskę obojętności na twarz i ruszył w trasę. Zmierzał do rodzinnego miasta swojej matki, tu kiedyś mieszkali jego dziadkowie, cieszył się, że jego drogowskaz pokazał właśnie Wałbrzych. Pamiętał wakacje, które spędzał w tym górniczym niegdyś mieście, okolonym górami i lasami, a w środku buzującym dymiącymi kominami. Dziadkowie mieszkali na Podgórzu, mieli domek z wyjściem na piękną łąkę, a nieopodal las. Raj dla małego chłopca. I tak się tam czuł. Jak w raju. To wspomnienie na zawsze zostanie w jego sercu. Tych cudownych wspomnień miał kilka, ale tylko nieliczne nie wywoływały fali bólu. O wakacjach u dziadków mógł myśleć bez żadnych śladów okrutnej przeszłości.

Dojeżdżał do miasta, wybrał jedną z mniej uczęszczanych dróg. Jechał powoli, słońce grzało mu twarz, odbijało się w jego ciemnych okularach. Czuł zapach jesieni, traw, liści. Przez króciutki moment poczuł nawet odrobinę radości. I wiedział, że droga, którą obrał, była najwłaściwsza. Inaczej... dawno już by go nie było. Zniknąłby, tak jak przecież na to zasługiwał. Ale to byłoby zbyt proste.

Przejeżdżał właśnie przez małe miasteczko – urokliwy ryneczek, małe kamieniczki, klomby, ławki. Z naprzeciwka jechał samochód, już miał się z nim mijać, gdy nagle dostrzegł małego chłopca biegnącego za piłką.

– Stój!

Sam nie wiedział, czy faktycznie wykrzyczał te słowa, czy też to jego umysł wysłał nieme ostrzeżenie chłopcu. Jednak za późno. Dziecko zostało potrącone przez opla, którego prowadziła kobieta. Jarek momentalnie zsiadł z motocykla i podbiegł do chłopca, który już wstawał. Okazało się, że został jedynie draśnięty przez lewy błotnik i miał rozcięte kolano.

– Och, Boże, wybiegł tak nagle! – Starszawa blondynka o zadbanej twarzy załamywała ręce. – Widział pan?!

– Tak, widziałem. Spokojnie. Zaraz opatrzymy tę wojenną ranę – powiedział i mrugnął do przestraszonego dziecka, po czym wyciągnął z kufra motocykla apteczkę. Rozcięcie nie było głębokie, szybko uporał się z opatrunkiem, tak zagadując chłopca, że ten nawet nie zareagował na moment odkażania rany.

– Chyba musisz bardziej uważać, grając w piłkę w pobliżu drogi. Na drugi raz może się gorzej skończyć. – Popatrzył chłopcu w oczy, a ten pokiwał głową i uśmiechnął się, pokazując brakujące jedynki.

– Karolek, chodź, zaprowadzę cię do mamy. – Blondynka już się trochę uspokoiła i wzięła chłopca za rękę.

– Zna go pani?

– Tak, jestem wicedyrektorką tutejszej szkoły. Helena Paśnik. – Kobieta wyciągnęła rękę.

– Jarek Minc. Może pomogę, wyjaśnię wszystko, w końcu byłem świadkiem.

Kobieta chwilę się wahała, ale w końcu z aprobatą przystała na nieoczekiwaną propozycję. Mama Karolka na początku była przerażona całą sytuacją, ale Jarek bardzo spokojnie wszystko wyjaśnił, a także wypisał receptę na maść antybiotykową, która miała przyspieszyć leczenie rany małego pirata drogowego.

– Dziękuję panu za pomoc. Poszło lepiej, niż mogłam się spodziewać. Dlatego w podziękowaniu proponuję kawę w naszym „Lotosie”.

Jarek sam nie wiedział, czy jest mu to na rękę, ale z drugiej strony ta pani Helena była całkiem sympatyczna, a poza tym tak naprawdę przecież nigdzie się nie spieszył.

– Dobrze, ale ja płacę – odparł poważnie.

– No dobrze, niech będzie.

Kawiarnia była oczywiście w rynku, gdzie chyba skupiało się życie miasteczka. Jarek traktował to jako uroki małych miejscowości, gdzie lokalna społeczność jest zamknięta i zżyta, a często bardzo wścibska. Mógł to doceniać jako wieczny wędrowiec, kiedy nie musiał przebywać w takim środowisku na stałe.

Zamówili kawę i Jarek dostrzegł, że wicedyrektorka szkoły chce go o coś zapytać. Uśmiechnął się, bo widział, że kobieta jest trochę onieśmielona.

– Przepraszam, że pytam. Tak sprawnie pan się tym zajął. I ta recepta... Jest pan lekarzem. – To było stwierdzenie.

– Tak jakby. Tak. – Jarek za bardzo nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Nie przywykł do takich rozmów, a raczej odzwyczaił się od nich.

– Czy zatrzyma się pan tu dłużej? Bo... – Zerknęła na niego niepewnie. – Planowaliśmy cykl szkoleń z pierwszej pomocy, ale nasz doktor się połamał i przyjmuje pacjentów tylko u siebie w gabinecie, nie ma mowy, żeby pojawił się w szkole. Dostaliśmy dofinansowanie z Unii na te lekcje i pilnie szukamy lekarza, który mógłby coś takiego poprowadzić. A pan tak świetnie poradził sobie z małym... – Kobieta uśmiechała się i patrzyła Jarkowi w oczy. Pomyślała jednocześnie, że piękny z niego mężczyzna, ale zarazem ja­kiś taki... smutny.

– Sam nie wiem. Miałem inne plany... – Nutka wahania w głosie Jarka sprawiła, że pani Helena uśmiechnęła się szerzej.

– Za wszystko zapłacimy. Za nocleg, za lekcje. Mamy kilka pensjonatów, a także świetną agroturystykę. To potrwa tydzień – teraz ona się zawahała. Jak mogła prosić obcego człowieka, który zapewne miał plany, obowiązki, do poświęcenia tygodnia ze swego życia?

– Hm... – Jarek wiedział, że już podjął decyzję. To był los. Na pewno. A on zawsze przyjmował to, co los mu narzucał.

– Rozumiem, że to trochę dziwna propozycja, ale...

– Dobrze, zgadzam się. Kiedy mogę zacząć? – spytał krótko.

Twarz kobiety się rozjaśniła.

– Jutro. Szkoła jest tam... – Wicedyrektorka zaczęła tłumaczyć prosty dojazd do podstawówki. Jarek zostawił jej swój numer telefonu i umówił się na następny dzień, na ósmą rano. Zapłacił za kawę i odmówił przyjęcia pomocy w szukaniu kwatery, powiedział, że poradzi sobie sam. I tym razem chciał się zdać na przeznaczenie.

Monika skończyła lekcje i znowu obarczona zeszytami, tym razem czwartoklasistów, ruszyła w kierunku domu. Wiedziała, że do wieczora będzie mieć dom dla siebie. Matka pojechała do Wałbrzycha do kilku lekarzy i miała wrócić dopiero wieczornym autobusem. Gdy szła przez rynek, a właściwie ryneczek, minął ją duży czarny motocykl z chromowanymi rurami, który prowadził ubrany w czarne skóry długowłosy mężczyzna. Nie widziała jego oczu, ukrytych za dużymi ciemnymi okularami, ale i tak przyciągał wzrok. Może dlatego, że taki mężczyzna zwracałby uwagę nawet w wielkiej metropolii, a co dopiero w tym zapyziałym miasteczku. Monika czasami czuła wyrzuty sumienia, że tak właśnie postrzega swoją rodzinną miejscowość, ale z drugiej strony małomiasteczkowość była tutaj dostrzegalna na każdym kroku, zarówno w tych kilku uliczkach, stanowiących szumnie nazwany rynek, jak i w postawach ludzi, którzy często w pełni zasługiwali sobie na takie właśnie określenia.

– A ty to niby wielka pani z miasta jesteś? – mruknęła do siebie i poprawiając torbę z zeszytami, podążyła do domu. Mieszkała przy małej, całkiem urokliwej uliczce, która prowadziła w stronę lasu. Po jednej i po drugiej stronie stały domki, w większości poniemieckie, tak jak ich. W oddali dostrzegła napis na oknie mieszczącym się na poddaszu, informujący, że pokój jest do wynajęcia. Czasami trafiali się turyści, którzy akurat tu chcieli spędzić weekend w samotności. Raz też mieszkał młody nauczyciel, który zaczął uczyć angielskiego w szkole, ale po pół roku wyjechał do Wrocławia. I Monika wcale mu się nie dziwiła, a właściwie zazdrościła.

– Hej, Moniq! – Usłyszała pisk hamulców i oczywiście wiedziała, kto ją woła.

– Hej, Grzesiek – odparła, nie zatrzymując się.

Czarne bmw sunęło wzdłuż chodnika. Blondyn o niebieskich oczach siedział za kierownicą, ściszył muzykę i uśmiechnął się.

– Wskakuj, podwiozę cię.

– Nie trzeba. Przecież to dwa kroki.

– Daj spokój, dźwigasz te zeszyty, wskakuj.

Monika zgrzytnęła zębami. Wskakuj. Sam wskakuj! Nie jestem jakąś dziunią z dyskoteki.

– No Moniq, nie daj się prosić...

Monika zatrzymała się, Grzesiek nacisnął na hamulec.

– Co u żony? Syna? – spytała spokojnie, patrząc mu w oczy. Miała nadzieję, że zrozumie aluzję. Ale albo udawał, że nie rozumie, albo naprawdę nie złapał ironii.

– A w porządku, dzięki. A jak u ciebie?

– Też okej.

– Bez zmian? – Jednak go nie doceniała.

Wzruszyła ramionami i już nie zwracając uwagi na sunące obok czarne auto, ruszyła energicznym krokiem do domu. Usłyszała tylko śmiech Grześka, który po chwili oddalił się wraz z głośnym dudnieniem basów.

– Idiota... – warknęła przez zęby i otworzyła bramkę. W domku obok dostrzegła panią Kosmalską, sąsiadkę, która patrzyła na nią ze złośliwym wścibstwem.

– Dzień dobry, pani Janko! – krzyknęła z uśmiechem. – Wredna plotkaro – dodała już ciszej, ciągle się uśmiechając.

– Dzień dobry, dobry, Moniczko!

Gdy weszła do domu, usiadła ciężko na stołku w kuchni, kładąc torbę z zeszytami na stole.

– Jezu... Czuję się stara...

I myślała, ba!, była pewna, że ten stan będzie się pogłębiał. Że będzie w nim tkwiła tak długo, aż go w końcu polubi. Aż się przyzwyczai. I w końcu stanie się podobna do matki. Będzie zgorzkniała, smutna, zła i oskarżająca wszystkich wokół o własny los. Teraz, tutaj, siedząc na drewnianym stołku była o tym przekonana jak nigdy wcześniej. I wówczas... zadzwonił dzwonek do furtki.

Nie spoglądając przez wizjer, kto się do niej dobija (bo któż to mógł być? listonosz? sąsiadka ze świeżymi jajkami? Kosmalska do matki na ploty), wyszła na ganek. I zdębiała.

– Dzień dobry. Nazywam się Jarek Minc. Szukam kwatery na jakiś tydzień. Zobaczyłem ogłoszenie w oknie.

Ciemnowłosy motocyklista, którego mijała w rynku, stał przed jej domem. Była chyba bardzo zdziwiona, bo mężczyzna zsunął okulary na tył głowy i spojrzał na nią niesamowicie zielonymi oczami.

– Tak. Mam wolny pokój. – Monika wreszcie odzyskała głos. Popatrzyła w jego oczy, coś ją w nim uderzyło, nie potrafiła tego określić, ale... Było to coś, co rozdzierało jej serce. Chyba tak, chyba to było najlepsze określenie. – Proszę, niech pan wejdzie.

Mężczyzna postawił motocykl na stopce, wyciągnął kluczyki i otworzył furtkę. Gdy podszedł do niej, zobaczyła, że jest wyższy od niej gdzieś o głowę, że ma szerokie ramiona, poszerzone zapewne przez skórzaną motocyklową kurtkę, a jego oczy świecą intensywnym szmaragdem. Boże, takie harlequinowe porównania przychodziły jej do głowy, ale nie mogła nic na to poradzić. Facet był po prostu nieziemski i tyle. Chyba powinna przestać wszystko analizować, rozluźnić się i być po prostu... sobą. Chociaż nie! To mogłoby się okazać katastrofą!

– Monika Rudzka, bardzo mi miło – podała mu rękę.

– Jarek Minc – przedstawił się ponownie i lekko uścisnął jej dłoń. Miał szczupłe i silne palce. Palce chirurga, przeleciało jej przez myśl, ostatnio była fanką pewnego serialu o przystojnych lekarzach z Seattle i często marzyła o takim cudownym McBoskim.

Ciemnowłosy zdjął kurtkę, chyba było mu gorąco, gdy nie jechał. Biały podkoszulek opinał szerokie ramiona, to wcale nie zasługa kurtki, przeleciało Monice przez głowę i za chwilę zganiła siebie, że zaczyna zachowywać się jak niewyżyta stara panna. No cóż. Taka właśnie była prawda.

– Proszę, proszę, do środka. Napije się pan czegoś?

– Coś zimnego poproszę. I proszę mi mówić Jarek. Nie lubię oficjalnych form.

– W takim razie mów mi Monika.

Postawiła przed nim wysoką szklankę z wodą mineralną, cytryną i lodem. Wypił wszystko duszkiem, przyglądała mu się, gdy przełykał napój.

– Jestem nienormalna – mruknęła, a zielonooki odstawił szklankę i popatrzył na nią jakimś zagadkowym wzrokiem.

– Jesteś nauczycielką?

– Tak. Skąd wiesz? – Boże, a może to jakiś morderca? Śledził mnie, a w nocy poderżnie gardło? Tak, a to z kolei efekt nadmiernego oglądania seriali policyjnych i czytania podobnych lektur.

– Stąd. – Uniósł brew, wskazując stos zeszytów leżących na stole.

No tak. Idiotka!

– Tak, uczę polskiego w naszej podstawówce. Już sześć lat.

– No to chyba jutro się spotkamy – powiedział poważnie.

– Jesteś nauczycielem? – Monika była bardzo zdziwiona.

– Powiedzmy. – W kilku słowach opowiedział jej o małym wypadku i spotkaniu z wicedyrektorką.

– Miło z twojej strony. Wiedziałam, że mają problem z tymi wykładami. Dostali dofinansowanie, a tu prowadzący się pochorował i trzeba było szukać szybko kogoś na zastępstwo. A kto chciałby przyjechać do tej dz... do tego miasteczka. Można powiedzieć, że spadłeś im, to znaczy nam, z nieba.

– Taaak. Można tak powiedzieć. To co, pokażesz mi pokój?

– Ojej. Przepraszam, jasne, chodźmy na górę.

Szła pierwsza, Jarek podążał tuż za nią. Patrzył na jej wijące się kasztanowe włosy do ramion, zgrabną sylwetkę, ładne nogi. Doskonale wiedział, dlaczego trafił właśnie do tego domu. Starał się nie oszukiwać, bo i po co? Gdy ją ujrzał... tam, na tej uliczce wśród klombów. Szła jakoś apatycznie, dźwigając zeszyty, taka smutna, albo nie – zrezygnowana. Tak, zrezygnowana. Wiatr rozwiewał jej włosy, uparte pasemko ciągle przyklejało się do pięknie wykrojonych ust. Sam nie wiedział, jak to się stało, że zawrócił i jechał za nią w pewnym oddaleniu. Widział, jak podjeżdża do niej czarna beemka, widział, jak dziewczyna się zdenerwowała, jak się spięła. Przypuszczał, że dla niej to spotkanie z jasnowłosym facetem prowadzącym samochód nie było miłe. A potem... jak psychopatyczny stalker pilnował, do którego domu weszła. I może przyznać, że kamień spadł mu z serca, gdy dojrzał napis reklamujący pokój do wynajęcia. Zawsze brał to, co los podawał mu na tacy. Teraz także to dostrzegł i dlatego był w tym domu, dlatego szedł za kobietą, która w jakiś sposób sprawiła, że coś w nim zaczynało pękać i tajać. Niczym wielki zmrożony głaz po stuletniej zimie.

Rozdział 3