Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Lato zimą - Rose Tremain

Zbiór poruszających opowiadań jednej z najwybitniejszych współczesnych brytyjskich pisarek. Piękna i subtelna proza dla koneserów.

Pierwsze miłosne uniesienia, trudne relacje z bliskimi, kluczowe etapy, które decydują o przyszłości. Samotność, rozczarowania, zawiedzione nadzieje i ulotne chwile szczęścia. Pisząc o ludziach, którzy zbliżają się do momentów krytycznych w swoim życiu, które pozostawią w nich trwały ślad, Rose Tremain tworzy niezwykłej urody prozę: subtelną a zarazem bardzo sugestywną. Umiejętnie buduje nastrój intymności – poznajemy myśli i najgłębiej skrywane uczucia bohaterów. Towarzysząc im w zmaganiach z codziennością szybko odkrywamy, że to, co najważniejsze autorka zachowała w sferze domysłu, pozostawiając czytelnikowi swobodę interpretacji.

 

Zniewalający zbiór! Te opowiadania, czy to rozgrywające się w Rosji czasów Tołstoja, czy we Francji w trakcie II wojny światowej czy we współczesnym Londynie, jednakowo emanują ludzkim pożądaniem, podłością i nadzieją.

„Kirkus Review”

 

Bohaterowie Tremain są często samotnikami, pogrążonymi bardziej w emocjonalnej niż fizycznej izolacji i uwikłanymi przez pamięć, pożądanie lub lojalność w sytuacje, których nie są w stanie dłużej kontrolować.

„The Guardian”

Nawet w najbardziej melancholijnych opowiadaniach Tremain wprowadza przebłyski nadziei i humoru. Ludzka omylność jest bardziej zróżnicowana niż przygnębiająca, a ten zbiór opowiadań z subtelnością i wdziękiem podkreśla, jak bardzo ludzkie jest błądzenie. ­

„The Telegraph”

Czytanie opowiadań Tremain jest jak sączenie Campari z wodą sodową w eleganckim hotelu – jest absolutnie na czasie, lecz bez poczucia, że jest się niewolnikiem aktualnej mody […]. W jej głosie jest orzeźwiająca cierpkość i jednoczesna odmowa sprowadzania najważniejszych ludzkich doświadczeń do prostych kategorii.

„The New York Times”

Rose Tremain (ur. 1943 w Londynie) – pisarka brytyjska, autorka powieści i zbiorów opowiadań, m.in. Droga do domu, Powrót, Muzyka i cisza czy Jej portret. Laureatka wielu prestiżowych nagród literackich, m.in. Prix Femina Étranger, James Tait Black Memorial Prize, Whitbread Award, Orange Prize, Nagrody im. Waltera Scotta za powieść historyczną. Obecnie mieszka w Norfolk ze swoim partnerem – znanym biografem Richardem Holmesem. W 2017 roku nakładem W.A.B. ukaże się jej najnowsza powieść, Sonata Gustava.

Opinie o ebooku Lato zimą - Rose Tremain

Fragment ebooka Lato zimą - Rose Tremain

Rose Tremain

LATO ZIMĄ I INNE OPOWIADANIA

przełożyła Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Tytuł oryginału: The American Lover: and Other Stories

Copyright © Rose Tremain 2014

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Anna Przedpełska-Trzeciakowska, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Dla Vivien Green, serdecznie

Amerykański kochanek

1.

Do uszu Beth, która leży całymi dniami na kanapce w bawialni londyńskiego mieszkania rodziców, dochodzi szczęk rozsuwanych i zasuwanych drzwi windy.

Czasem na podeście schodów słychać głosy pasażerów – odjeżdżających albo przyjeżdżających – a potem głębokie westchnienie opuszczającej się kabiny. Chciałaby, żeby nie było ani ludzi, ani windy, ani bólu. Patrzy na staroświecki pokój. Patrzy na kule oparte o zagłówek fotela. Za kilka miesięcy skończy trzydzieści lat.

Jest jeszcze Rosalita, portugalska sprzątaczka; przychodzi codziennie o drugiej.

Nigdy się nie spóźnia. Rosalita ma łagodną twarz i miękkie, pulchne ramiona. Często opowiada o swoim dawnym życiu, spryskując poręcze mebli woskiem w płynie, i tylko to sprawia przyjemność Beth – jak Rosalita mówi o swoim dawnym życiu w zakładzie odzieżowym w Setúbalu, gdzie szyją stroje dla matadorów. Te miejsca, o których opowiada, są gorące, jasne i pełne odgłosów maszyn do szycia albo dźwięku dętych instrumentów. Mówi, jak matadorzy flirtowali ze szwaczkami. Ci matadorzy byli młodzi, powiada, a ich pot mieszał się z wonią kadzidła, bo tak często przesiadywali w kaplicach przy stadionie. To przypomina Beth, że kiedyś, dawno temu była na tyle niewinna, by wielbić zwykłe piękno świata.

W 1964 pojawił się kochanek.

Był to Amerykanin. Na imię miał Thaddeus. Przyjechał i spojrzał na Beth, wówczas dziewiętnastoletnią. On miał czterdzieści osiem lat, tyle co ojciec Beth. Był zawodowym fotografem, kiedy jednak zobaczył poważną, cudownie piękną twarz Beth, powiedział:

– Muszę zrobić twoje zdjęcie.

Beth wiedziała, że nie powinna się do niego zbliżać, że jego skóra będzie ją palić, że jego pocałunek nakaże jej milczenie. Ale poszła.

Matka powiedziała:

– Wiem, co robisz. Nie mówiłam ojcu. Naprawdę uważam, że powinnaś z tym skończyć. Jest dla ciebie o wiele za stary. To wstyd.

Ale Beth myślała tylko: Kocham ten wstyd. Płonę od tego wstydu. Mój wstyd to wstrząs elektryczny tak silny, że mógłby przywrócić zmarłego do życia.

Thaddeus był w separacji z żoną o imieniu Tricia, eksmodelką mieszkającą w Kalifornii. Lubił robić z Beth różne rzeczy, opisywać jej rozmaite sposoby, na jakie kochał się z Tricią. Czasem, w chwilach szczytowej namiętności, nazywał Beth Tricią. Ale Beth to nie przeszkadzało. Mogła być, kim tylko chciał: Beth, Tricią, Julie Christie, Jean Shrimpton, Jeanne Moreau, Brigitte Bardot… wszystko jedno. To, kim była, nim go spotkała, pozostawało teraz dla niej niewidzialne. W pewnych chwilach w życiu człowiek tak właśnie czuje. Była kochanką swojego kochanka, i tyle.

***

Czasem, kiedy Rosalita czyści kule Beth, a robi to rzadko i bardzo delikatnie, Beth pokazuje jej zdjęcia ze swojej teczki wycinków prasowych.

Rosalita najbardziej lubi to z samochodem. Kolorowe zdjęcie. Nie ma ludzi na tej fotografii, tylko samochód stojący na żwirowanym podjeździe domu, który Beth miała kiedyś w południowej Francji: jaguar typ E, czerwony kabriolet, felgi ze szprychami. Rosalita potrząsa głową i mówi:

– Piękny samochód.

A Beth na to:

– Wiesz, był czas, kiedy kupno takiego samochodu to był dla mnie drobiazg. Prawdę mówiąc, ten akurat dostałam, ale mogłabym go sobie kupić. Miałam pieniędzy, ile dusza zapragnie.

Thaddeus był bez grosza. Miał to, co mu płacono za zdjęcia dla rozmaitych agencji gospodarstwa domowego czy spożywczych, za fotografie hoteli i jachtów albo londyńskich policjantów jeżdżących na rowerach w tym, co nazywał śmiesznymi niemieckimi hełmami na głowach. „Zazdrość o Davida Baileya to moja jedyna skaza” – żartował.

Beth popatrzyła na niego. Chudy i ciemny. Na piersiach nędzne siwe łaty. Nieprzycięte paznokcie u stóp. Zaczynał łysieć. Bywały momenty, kiedy mówiła sobie: To po prostu zupełnie zwyczajny człowiek. Gdzie mu tam do tej wspaniałej muskularnej szyi Charltona Hestona czy mdlejących orzechowych oczu Laurence’a Oliviera. Nawet nie jest wysoki. Ale wiedziała, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia, jeśli idzie o jej uczucia.

W wypadku samochodowym nogi Beth uległy złamaniu w pięciu miejscach. Były to nogi tancerki, mocne i zwinne, kształtne i smukłe. Teraz kości ześrubowano i nogi zamknięto w gipsie. Nie miała pojęcia, jak będą wyglądać, kiedy jej wreszcie zdejmą ten gips. Myślała, że może będą jak nogi szmacianej domowej lalki albo jak bezwładne ręce i nogi kobiet z płócien Chagalla i że odtąd już zawsze będą ją nosili na rękach ludzie, którzy pozostają w jednym kawałku.

Czasem, gdy Rosalita odkurza mieszkanie, wysiada elektryczność. Jest teraz rok 1974 i właśnie nastał trzydniowy tydzień. Wszystko to, powiada ojciec Beth, przez ten przeklęty NUM1. Związki zawodowe szantażują cały kraj.

Rosalita potrząsa gniewnie głową, kiedy odkurzacz nagle cichnie, ale czuje życzliwość dla górników, wobec których Beth jest obojętna, tak jak jest obojętna wobec wszystkiego. Obie palą papierosy marki Peter Stuyvesant przed grzejnikiem gazowym – Beth na kanapce, Rosalita na podłodze – i próbują sobie wyobrazić, jak może wyglądać życie górnika.

– Wydaje mi się, że ciemność by mi nie przeszkadzała – mówi Beth.

– Ciemność byłaby chyba do wytrzymania – odpowiada Rosalita – ale jeszcze gorąco i pył, i ryzyko pożaru.

– Pożaru?

– Wybuchu metanu. Ogień bucha ze ściany korytarza.

Beth milczy, myśli o ogniu buchającym ze ściany.

– Paliłam się – powiada w końcu Rosalicie.

– W wypadku samochodowym?

– Nie, nie w wypadku. Nie było pożaru w samochodzie. Spalił mnie mężczyzna.

Rosalita podnosi wzrok na Beth. W mieszkaniu robi się ciemnawo, ale przecież nie ma elektryczności. Więc Rosalita zapala świeczkę i stawia między nimi. Przy świetle płomyka szepcze, jakby się znajdowała w kościele:

– Twoja mama mi kiedyś powiedziała. O tym twoim Amerykaninie. Płakała. Mówiła: „Beth miała przed sobą takie piękne życie…”.

– Ja miałam piękne życie. Ono się tylko wcześnie skończyło, i tyle…

Thaddeus mieszkał na Kensingtonie, kiedy to czynsze w tej dzielnicy były niskie.

Urządził swoje mieszkalne studio w Habitacie, od mebli do ostatniej łyżeczki. Podłoga pokryta matą z szorstkiego sznurka. Łóżko twarde. Na tym twardym łóżku zrobił zaraz rozbierane zdjęcia Beth, które jak groził, sprzeda do kolorowego magazynu „Penthouse”. Powiedział, że Bob Guccione to jego przyjaciel, a Guccione da za to kupę pieniędzy.

– Po co marnować twoją urodę, Beth? Przecież ona i tak szybko minie.

– Ja jej nie marnuję – powiedziała Beth. – Ja ci ją daję.

Więc on ją wziął. I w dalszym ciągu brał, brał, brał.

Pewnego wieczora, gdy zasypiał, Beth powiedziała:

– Chcę być z tobą na zawsze. Kup mi pierścionek i ożeń się ze mną. Przeprowadź rozwód z Tricią. Przecież już jej nie kochasz.

– Nikogo już nie kocham – odpowiedział.

Te słowa wywołały wstrząs w sercu Beth. Zaczęło bić jak oszalałe, a ona stwierdziła, że trudno jej oddychać.

– Dlaczego? – spytała.

Wstał, podszedł do okna i wyglądał na nocny Londyn.

– Zobaczysz, kiedy będziesz miała tyle lat co ja dzisiaj – powiedział – a życie nie pójdzie ci tak, jak sobie wyobrażałaś…

– Co zobaczę?

– Miałem na myśli to, że zrozumiesz.

Nie rozumiała, ale zawsze się pilnowała, żeby nie okazać przy Thaddeusie głupoty czy ignorancji. Często powtarzał, że amerykańskie dziewczyny są „w ważnych sprawach” bystrzejsze niż Angielki. Próbowała sobie wyobrazić ten pierścionek, który on jej kupi: brylant osadzony w długich platynowych łapkach.

Teraz ponownie rozważa tamte jego słowa – że jego życie nie poszło tak, „jak sobie wyobrażał”. I to sprawia, że Beth zaczyna się zastanawiać nad życiem swoich rodziców.

Wie, że nie uważa ich za takich, którzy „wiodą życie” jako życie; oni po prostu spełniają obowiązek istnienia. Mają nudne, dobrze płatne prace w towarzystwie ubezpieczeń Życie na Serio, którego biura znajdują się przy ulicy Victoria, niedaleko ich domu.

Są wypłacalni. Oglądają telewizję. Matka jest niemal zakochana w Jacku Lordzie, gwieździe serialu Hawaii Five-O, który prowadzi z niewiarygodną szybkością motorówkę policyjną. Uwielbia, kiedy Jack chwyta podejrzanego i rzuca do swojego zastępcy: „Skuj go, Danno!”. Na widok Artura Scargilla, krewkiego górnika związkowca, obrońcy strajku, który pogrążył Anglię w ciemności, matka krzyczy: „Skuj go, Danno”. Ojciec zawsze się wtedy uśmiecha. Ten uśmiech ojca jest jak słaby promień słońca wpadający do pokoju.

Rodzice przeżyli wszystko, co im zrobiła Beth, i wszystko, co jej zostało zrobione. Beth mówi Rosalicie, że oni przeżyją własną córkę, na co Rosalita wpada w popłoch, chwyta kule i każe Beth złazić z kanapki i chodzić po pokoju. Beth skarży się, że to boli, ale Rosalita, która trzymała w ramionach śmiertelnie rannych matadorów, nie będzie zawracać sobie głowy kimś, kto narzeka na byle co. Podaje kule Beth i mówi:

– Jak się przejdziesz do kominka i z powrotem, to ci zrobię gorącą czekoladę z rumem.

I Beth robi, co jej kazano, chociaż z bólu oblewa się potem.

Smak rumu przypomina jej o pobycie w Paryżu z Thaddeusem.

Doprowadziła przed wyjazdem do tego, że wypowiedziano jej pracę w dziale pakowania prezentów u Harrodsa, ponieważ coś w niej doszło do wniosku, że oboje już nie wrócą. Będą mieszkali na lewym brzegu, jak Sartre i de Beauvoir. Thaddeus wyrobi sobie nazwisko jako fotograf francuskich aktorek, modelek i dzieł sztuki. Będą pijali czarną kawę w kawiarni Flore. Ona, Beth, zacznie pisać książki, zostanie pisarką.

Thaddeus powiedział jej, że podnajął od swojego amerykańskiego przyjaciela mieszkanie ze „wspaniałym widokiem”. Widokiem okazał się cmentarz Montparnasse, ale Thaddeus w dalszym ciągu uważał, że jest wspaniały, lubił tam spacerować wczesnym rankiem i robić zdjęcia nagrobków, pomników i sztucznych kwiatów. Nie mówił, jak długo zostaną w Mieście Światła.

W mieszkaniu nie było prawie żadnych mebli, tak jakby ten amerykański przyjaciel jeszcze nie zdecydował, czy się tu wprowadzi. Podłogi drewniane i brudne. Zbiornik na gorącą wodę wył przy każdym włączeniu. Thaddeus i Beth sypiali na materacu pod narzutą z wielobarwnej włóczki.

Thaddeus powiedział, że nie ma pieniędzy na kupowanie pościeli, ale miał pieniądze na wstęp do drogiego klubu Elle et Lui, dla gejów i lesbijek, gdzie przywitano go jak dawno zaginioną gwiazdę, a pewna wysoka piękna kobieta o imieniu Fred została ich przyjacielem i kochankiem.

Fred mieszkała na małym dusznym poddaszu nieopodal ich pustego mieszkania, w którym rozchodziło się echo. Tu popijali rum z coca-colą i robili to, co Fred nazywała l’amour exceptionnel. Mówiła, że miłość we troje jest radioaktywna – gdy raz jej zaznasz, pozostaje ci we krwi na zawsze. Thaddeusa nazywała Thad. Szeptała do Beth: „On cię właśnie po to tu przywiózł. To jedyny rodzaj miłości, jaką ceni, ponieważ to jest miłość demokratyczna. Tu comprends?”.

Chciała zapytać, czy to znaczy, że on nie cenił tego, co ich łączyło w Londynie. Ale nie miała ochoty słuchać odpowiedzi. I sprawiało jej przyjemność, że Thaddeus się podnieca, kiedy Fred dotyka jej ciała. Mówił, że widzi w nich „dwie najpiękniejsze kobiety na świecie”.

– Jak długo byłaś w Paryżu? – pyta Rosalita.

Beth nie pamięta. Czasem jej się zdaje, że to był cały rok i że pory roku zmieniały wygląd cmentarza i śnieg przekształcał grobowce. Czasem znowu myśli, że to był może miesiąc albo sześć tygodni – póki Thaddeusowi nie skończyły się pieniądze.

– To było jak jakiś sen – mówi Rosalicie.

Nie widzi lata w tym śnie; tylko nadejście chłodnej wiosny i ogromne bure aleje kasztanowców okrywających się zielenią. Była gdzieś seria zdjęć zrobionych jej tej właśnie wiosny; pochylała się nad wzburzoną wodą rzeki, włosy miała krótko obcięte jak Jean Seberg, ale te zdjęcia leżą gdzieś schowane, w jakimś miejscu dawno zapomnianym.

Pamięta, że przez pewien czas chorowała, miała grypę. Fred przyszła i przyniosła stare futro, którym ją nakryła. Potem Fred i Thaddeus stali pod oknem, w słabym świetle dnia rysowały się ich sylwetki i Beth widziała, że oni się zastanawiają, Co teraz robić? – jakby wszelka ludzka działalność nagle ustała. I wiedziała, że oni się zaraz pobudzą nawzajem w jakiś zręczny sekretny sposób i każą jej przyglądać się temu, co zechcą robić dalej. Zamknęła oczy i wciągnęła zapach naftaliny z futra, i wiedziała, że odpływa gdzieś daleko na tej naftalinowej fali.

– Pamiętam – mówi do Rosality – to uczucie wypływania z własnego życia, podczas kiedy ona mu obciągała.

A Rosalita robi znak krzyża i szepcze:

– Oglądałaś okropne rzeczy. Staraj się o nich teraz zapomnieć.

Chciałaby zapomnieć, ale nie może.

– Opowiedz mi o Setúbalu i matadorach – prosi.

Rosalita odpowiada, że powinna wziąć się do roboty i sprzątnąć łazienkę, ale idzie do swojej torby i wyciąga fotografię młodego człowieka w stroju matadora. Fotografia jest trochę przyblakła, ale garść złotych cekinów na naramiennikach wciąż jeszcze rzuca lśniący poblask na miękką skórę młodzieńca.

– To mój brat – mówi cicho Rosalita. Potem zapala papierosa, zaciąga się i wyjaśnia: – My w Portugalii nie zabijamy byków. Uważamy, że nie potrzeba ich krwi. Konni cavaleiros kłują jebandarilhas, a potem forcados drażnią je, póki się nie uspokoją.

– I co potem?

– Potem muszą przyjść matadorzy i stanąć przed nimi, ryzykując życie. Zamiast zabić byka szpadą, przebijają go ostatnią bandarilha. Ale byk nie wie, że nie zamierzają go zabić. Będzie się starał uderzyć matadora rogami. I tak się właśnie stało.

– Z twoim bratem? Został ranny?

– Tak. Antonio. Widzisz, jaki był piękny? O wiele piękniejszy niż ja. Umarł z tych ran. A mnie się wydawało, że rodzice pewno by woleli, żeby to Rosalita odeszła, a nie Antonio. Więc dlatego wyjechałam z Portugalii i przyjechałam do Anglii.

Beth milczy. Wyciąga rękę i ściska dłoń Rosality.

Thaddeus i Beth wrócili z Paryża. Może to już było lato, może jesień. Pory roku nie mają znaczenia w tym, co Beth zapamiętała z następnych wydarzeń. Po prostu w pewnym momencie to się wydarzyło i odmieniło wszystko.

Zaszła w ciążę. Wiedziała, że będzie się musiała wyprowadzić z mieszkania rodziców; kiedy ojciec się dowie, co się stało, nie zniesie jej obecności w domu.

Gdy rodzice byli w pracy, spakowała do dwóch walizek wszystkie swoje rzeczy, które jak się okazało, nie zajęły wiele miejsca, ot, kilka ładnych sukienek, jedna z nich szara bez rękawów od Mary Quant, i cztery pary botków na wysokich obcasach. Wetknęła w to notes, który woziła do Paryża i który powinien być pełen notatek do jej książki, ale zawierał tylko rysunki tuszem przedstawiające Thaddeusa i Fred, i to nieszczelne okno, za którym po paryskim niebie pływały dziwne istoty: uskrzydlone jagnięta, upierzone węże.

I jeszcze parę innych rzeczy. Egzemplarz Małego Księcia Saint-Exupéry’ego i Anny Kareniny Tołstoja. Drewnianą rakietę tenisową i dwa srebrne puchary zdobyte w szkole – jeden za tenisowy czempionat, drugi jako nagrodę dla „dobrej obywatelki”. Nie zostawiła ich, bo przyszła jej do głowy sentymentalna myśl, że kiedyś zechce je pokazać swojemu dziecku, a to dziecko będzie z nich dumne i będzie się śmiało.

Późnym przedpołudniem wsiadła do taksówki i pojechała do mieszkania Thaddeusa. Już dawno prosiła, żeby dał jej klucz, ale Thaddeus odpowiedział, że nigdy takich rzeczy nie robi. Umiał wypowiadać swoje zdanie w sposób kategoryczny i nieznoszący sprzeciwu, jakby miał za sobą autorytet CIA.

Wysiadła z taksówki i zadzwoniła. Poczuła uniesienie w sercu, stanąwszy przed tym domem, jakby wracała do jedynego miejsca, w którym ma schronienie. Postawiła przy nogach dwie walizki jak dwa artretyczne psy, którym trudno się ruszać.

Drzwi otworzył jej ktoś obcy. A raczej ktoś, kto nie był całkiem obcy – architekt, Francuz, z którym spotkali się kiedyś w Paryżu na lunchu w Dôme na Montparnassie. Miał na imię Pierre.

Pierre zwrócił się do niej po angielsku z francuskim akcentem:

– Thad mówił, że przyjdziesz. To mieszkanie jest teraz moje.

– Co?

– Tak. Ja je przejąłem. Thad wrócił do Kalifornii. Bardzo mi przykro. Napijesz się herbaty?

– Ja tam umarłam – opowiada Beth Rosalicie. – Tam, między tymi dwiema walizkami. Tam prawdziwa Beth umarła.

Rosalita okazuje współczucie, ale też sceptycyzm.

– Widziałam niejedną śmierć, łącznie ze śmiercią Antonia, a ty nie widziałaś żadnej. Śmierć tak nie wygląda.

– Nie rozumiesz, Rosalito. Była dziewczyna, którą kochał Thaddeus, ale kiedy wyjechał do Kalifornii, ta dziewczyna przestała istnieć.

– Ale ty tu jesteś. Żywa.

– To „ja” nie jest tamtym „ja”. To osoba, która przejęła tamtą. To osoba, która napisała największy bestseller pod tytułem Amerykański kochanek.

2.

Akcja książki zaczynała się w dzień po zabiegu przerwania ciąży.

Pierwsza scena rozgrywała się w Stanmore, w domu lekarza, który przeprowadził aborcję (lub w klinice, jak on to nazywał). Hol wyłożony był boazerią, a z okien rozciągał się widok na niby to wiejski teren wypoczynkowy.

Beth (a raczej Jean – jak nazwała swoją protagonistkę) dostała zastrzyk, po którym jak jej powiedziano, nie będzie pamiętać o tym, co się później stanie. Ale o jednym nie potrafiła zapomnieć: że nie mogła przestać płakać i że pielęgniarka uderzyła ją w twarz, żeby przestała, i że na jej policzku pozostał ślad po tym uderzeniu. Ten ślad zmienił się potem w siniak, który długo nie schodził.

Tak odeszło nieurodzone dziecko Beth. Ona stała się nową osobą, która nie miała ani dziecka, ani kochanka. Kości jej wydawały się kruche i puste jak skorupki mątwy, a głowa ciężka jak worek wilgotnej ziemi i kamieni. Trudno było tej wilgotnej ziemi funkcjonować w roli mózgu. Trzeba by do tego ręki jakiegoś zdolnego garncarza, ale nikogo takiego nie było w pobliżu.

Beth miała bliską koleżankę z czasów szkolnych, Edwinę, i to dzięki niej, dziewczynie o przejrzystej, nienaznaczonej przez życie cerze – przyjaciółce, która zawiozła ją do Stanmore i z powrotem – zdołała ukryć przed rodzicami sprawę aborcji. Myśleli, że pojechała z Edwiną na piknik wioślarski do Henley. Powiedziała, że ten siniak na twarzy to od przypadkowego uderzenia wiosłem.

W drodze powrotnej ze Stanmore Edwina zapytała ją, co zamierza teraz robić. Beth czuła się sennie, było jej mdło i nie chciała żadnych pytań. Patrzyła w ciemną zwijającą się noc przechodzącą w długi okropny dzień. Powiedziała:

– Teraz zostanę Jean.

– Kto to jest Jean? – spytała Edwina.

– To ktoś w rodzaju bohaterki, tylko że nie ma w sobie nic bohaterskiego. Mam zamiar spisać jej historię i potem spróbuję ją sprzedać wydawcy.

– Znasz kogoś w wydawnictwach? – dopytywała się Edwina.

– Nikogo – odpowiedziała Beth.

Opowieść otwierała się sceną aborcji, ale to nie był początek. To nie był nawet koniec, ponieważ Beth nie miała pojęcia, jaki będzie koniec ani czy w ogóle będzie koniec jak trzeba, czy cała opowieść nie zapadnie się niechcący sama z siebie.

Ważne było to, żeby pisać: składać słowa.

Beth zaczęła ją w swoim paryskim notesie. Pozwoliła słowom podróżować po twarzach i ciałach Thaddeusa i Fred, po okiennej ramie i dalej, po uskrzydlonych jagniętach. Nie było trudno pisać o aborcji, o dezercji Thaddeusa, trudno było natomiast opisać szczęście, które było przedtem. Ale wiedziała, że musi to jakoś zrobić. Nie może pragnąć, żeby czytelnik przejmował się utratą czegoś, dopóki mu nie pokaże, czym to utracone coś było.

Historia zaczynała się w Londynie, rozwijała w Rzymie zamiast Paryża. Jean i jej amerykański kochanek Bradley wynajmowali mieszkanie tuż obok Watykanu. Ich grzeszna miłość z trzecią osobą, Michaelą, odbywała się w odległości dwóch przecznic od najświętszego miejsca na ziemi. Nad ich upojeniem biły dzwony Świętego Piotra. W mieszkaniu pod nimi mieszkał skromny ksiądz, którego życie stało się męką. Beth ciężko pracowała nad opisem jego seksualnych cierpień. Chciała, żeby wszystko w tej książce było szokujące i nowe.

Pisała codziennie. Myślała, że rodzice będą nalegali, żeby znalazła sobie pracę w miejsce tamtej dawnej w dziale pakowania prezentów u Harrodsa, ale oni nawet nie próbowali. Okazało się, że jak człowiek jest pisarzem, to nie musi robić nic innego, tylko pisać. Inni wychodzą do pracy, potem wracają, a ty wciąż siedzisz nieruchomo na krześle; oni zrobią ci kolację i pozmywają, a ty padniesz na kanapkę i będziesz oglądała Juke Box Jury. Złożą na twoim rozpalonym czole wybaczające pocałunki na dobranoc.

Ojciec niekiedy pytał o książkę, ale Beth mówiła tylko: „Na pewno będziesz uważał, że jest wstrętna. To o dziewczynie, która zwariowała. To o takich sprawach, o jakich się nie mówi w przyzwoitym towarzystwie ubezpieczeniowym”.

Ale nie budziło to w nim niepokoju. Uśmiechał się wyrozumiale, jakby sądził, że Beth go nie docenia. I pewnej soboty zabrał córkę na Tottenham Court Road do sklepu z używanymi rzeczami, pomógł jej wybrać maszynę do pisania i zapłacił gotówką. Była to stara maszyna marki Adler z żelaznym korpusem i przyjemnym krojem pisma typu Pica, miała też delikatny dzwoneczek, który dzwonił, kiedy karetka dochodziła do końca wiersza. Beth postawiła maszynę na stole i odtąd czuła się mniej samotna.

Przyszedł list z Kalifornii.

Thaddeus miał dziecinne, pajęcze pismo, jakie wielu Amerykanów uważa za odpowiednie w dorosłym życiu, oraz ograniczone środki wyrazu.

Kiedy Beth zobaczyła, że list zaczyna się od „Droga Beth”, odłożyła go na chwilę, wiedząc, że zdruzgocze ją swoją obojętnością.

Potem wzięła go znowu do ręki i zaczęła czytać:

Próbowałem Ci mówić wiele razy, że nie obiecuję tkwić ciągle w Londynie, ale Ty nie słuchałaś. Jak będziesz miała moje lata, to zrozumiesz. Pieniądze się liczą. Muszę się trzymać ziemi, nie tylko być kochankiem. Tricia odziedziczyła po matce dom w Santa Monica. To piękny dom na plaży, na jaki nigdy nie byłoby mnie stać. Podobałby ci się. Mogę się całymi dniami kąpać w oceanie i zapomnieć o europejskich chłodach. Ty sobie dasz radę. Jak pojedziesz do Paryża, to odwiedź Fred i powiedz, że jej stary Amerykanin wrócił na słoneczko.

Pozdrowienia

Thad

Beth złożyła list, schowała do notesu i poszła się położyć na łóżku. Myślała o tej szydełkowanej kapie, którą okrywali się w Paryżu: o jej intensywnym zapachu, pięknym, a jakoś skażonym. Myślała o obiektywie aparatu Thaddeusa wycelowanym w jej ciało, o tym, jak przesłona otwiera się i zamyka, otwiera i zamyka, wciągając ją głębiej i głębiej do więzienia, z którego nie ma wyjścia.

Pozostawała tylko książka.

Została napisana w jedenaście tygodni. Wszystkie przeżycia Beth z Thaddeusem przekazali Jean i Bradley. Niekiedy trzeba było całej stronicy, żeby opisać ten powolny cudowny sposób, w jaki osiągali orgazm. Fred/Michaela została męskim transseksualistą o pięknych białych piersiach. Bradley był malarzem. W swoich dziełach ustawicznie umieszczał własne genitalia, zarówno w stanie spoczynku, jak i pobudzone. Jean była pięknością o ustach, które mężczyźni pragnęli całować na ulicy, i burzy jasnych włosów. Była uosobieniem pożądania. Bradley i Michaela płakali nad nią i krzyczeli, a czasem tracili kontrolę i szli na całość, podczas gdy nieszczęsny ksiądz piętro niżej leżący w wąskim łóżeczku odmawiał swoje zdrowaśki jako pokutę za brak powściągliwości seksualnej.

Książka, z plamistą niebieską kopią, została napisana na maszynie Adler. Beth wpatrywała się w tę kopię. Myślała, że Jean to teraz elegancka postać z czystopisu, a ona jest kopią, kruchą, pomiętą i niewyraźną. Wiedziała jednak, że nigdy jeszcze dwudziestoletnia dziewczyna nie napisała podobnej książki. Stronice skrzyły się radioaktywnym żarem. Ten żar może pochłonąć tysiące czytelników – albo i miliony.

Zdawała sobie sprawę, że nie zna nikogo w świecie wydawniczym. Nie miała pojęcia, czy to jest naprawdę jakiś konkretny „świat”. Wydawało jej się, że po prostu istnieją pisarze i drukarze, i ludzie, którzy płacą im za jakiś powolny wspólny taniec, którego nikt nigdy nie ogląda. Umiała więc tylko kupić w księgarni rocznik Pisarzy i malarzy, wybrać tam agentkę gwarantującą „międzynarodowe przedstawicielstwo” i wysłać jej książkę.

Rosalita niekiedy narzeka, że większość jej rozmów z Beth w zimowe popołudnia to omawianie takich czy innych zakończeń. Ale lubi ten następny kawałek opowiadania Beth. To, co się wtedy wydarzyło, zdawało się otwierać możliwość nowego szczęścia: agentka przyjęła propozycję Beth.

– Ta agentka miała na imię Beatrice – opowiada Beth. – Po przeczytaniu książki zaprosiła mnie do swojego biura na Canonbury Square. Przygotowała butelkę szampana. „Mogę sprzedać tę książkę w czterdziestu krajach”, powiedziała.

– W czterdziestu krajach! – wzdycha Rosalita. – W Portugalii nie znalibyśmy pewno połowy ich nazw.

– No – odpowiada Beth. – Ja bym też pewnie nie znała. Nie miałam pojęcia, że Panama to kraj, byłam pewna, że kanał. I nie pamiętam już listy tych wszystkich miejsc, w których się książka ukazała. Wiem tylko, że zaczęły przychodzić pieniądze, tyle, że mogłabym się w nich utopić.

– I wtedy kupiłaś ten czerwony samochód? – pyta Rosalita.

– Nie. Nie ten samochód. Ten dostałam w prezencie, ale to było później. Kupiłam inny samochód, maserati. Ale posiadanie samochodu to nie jest jakieś wielkie posiadanie, więc kupiłam dom na Kensingtonie, a potem pojechałam z Beatrice do Francji i kupiłam drugi dom, w Saint-Tropez.

– Byłaś szczęśliwa?

– Nie. Byłam sławna. Pokazywana na okładce „Paris Matcha” i „Time’a”. Postarałam się udoskonalić swoją urodę. Nie byłam taka jak dzisiaj, Rosalito. To był czas, kiedy wyglądałam pięknie. Dostawałam listy z całego świata od ludzi, którzy chcieli iść ze mną do łóżka. Pewnie gdybym spróbowała, to mogłabym się przespać z Jeanem-Paulem Belmondem i Marcellem Mastroiannim.

– Ach, Mastroianni. Takie bóstwo!

– Tak – przyznaje Beth. – Ale nigdy go nie spotkałam.

Jakby na potwierdzenie, że nie spotkała Mastroianniego, światła w mieszkaniu nagle gasną i do wnętrza wciska się ciemność popołudnia. Rosalita rusza na poszukiwanie świec, ale ich nie znajduje, wobec czego zapala gazowy grzejnik i przy jego niebieskawym wonnym świetle zmienia temat rozmowy i pyta Beth, co myśleli o książce jej rodzice.

– Och – mówi Beth. – Pamiętam, jak na mnie patrzyli. Z bólem i ze współczuciem. Ani śladu dumy. Powiedzieli, że sprzedałam duszę.

– A co ty na to?

– Powiedziałam, że to nie tak. Oddałam duszę za darmo. Thaddeus wciąż ją ma. Trzyma ją gdzieś w szufladzie ze starymi rachunkami z restauracji, z okruchami zwietrzałego tytoniu i porzuconymi polaroidami, które wyblakły już do najsłabszej zieleni eau-de-Nil.

Rosalita nie wie, co na to powiedzieć. Może nie wszystko rozumie? Wiadomo, że jej znajomość angielskiego niekiedy zawodzi. Gazowy płomień migocze i podskakuje. Rosalita wstaje, wkłada płaszcz i przed wyjściem całuje nieumyte włosy Beth.

Po Amerykańskim kochanku powinna się ukazać następna książka, tak uważała Beatrice. Czy Beth chce, żeby świat ją uznał za autorkę jednorazowego sukcesu?

Beth odparła, że nie obchodzi jej to, co myśli świat. Była bogata i zamierzała żyć. Zamierzała żyć tak intensywnie, żeby ani w dzień, ani w nocy nie zostawała jej nawet chwila na wspominanie Thaddeusa. Zmiażdży go ciężarem tego nowego istnienia.

Pojechała do Saint-Tropez przeprojektować ogród przy swojej willi. Piła całymi dniami do utraty przytomności i sypiała niekiedy z ratownikiem o imieniu Jo-Jo, który lubił oglądać o świcie pisma pornograficzne.

Ogród się rozrastał. W części ocienionej korsykańskimi sosnami Beth wybudowała świątynię, w której ustawiła ogromną leżankę osłoniętą miękkimi białymi płótnami. Spędzała tam samotnie długie godziny, popijając, paląc papierosy, patrząc, jak wiatr od morza zaskakuje sosny.

Od Beatrice przyszła wiadomość, że pięć nowych krajów kupiło Amerykańskiego kochanka. Jakiś szwedzki reżyser chciał zrobić film na podstawie książki. Islandzki kompozytor napisał symfonię Amerykański kochanek. W Związku Radzieckim krążyły nielegalne egzemplarze powieści, a pewien rosyjski pisarz imieniem Wasyl zawiadamiał, że zamierza napisać jej dalszy ciąg, w którym Bradley zostanie zamordowany przez agenta KGB w Wołgogradzie. To będzie – pisał do niej – śmierć bardzo gwałtowna, bardzo straszna, taka, jaką potrafi zadawać tylko taki zły człowiek, a ja, Wasyl, przeszmugluję tę dekadencką powieść do Stanów Zjednoczonych, gdzie stanie się równie sławna jak Pani książka, a wtedy zostanę milionerem i zamieszkam w Las Vegas.

W czasie tej zimnej ciemnej zimy 1974 roku Beth coraz więcej czasu spędza na przeglądaniu wycinków prasowych na swój temat. Nie ma wśród nich ani jednego zdjęcia Thaddeusa. W dwuwymiarowym świecie jest brakującym trzecim wymiarem. Pusta twarz Beth w jaskrawym świetle lamp fotograficznych wydaje się coraz bardziej wyczerpana poszukiwaniem czegoś, co zawsze znajduje się gdzieś poza kadrem.

To pamięta: jak szukała Thaddeusa na Islandii, w nędznych hałaśliwych nocnych klubach, w jadalniach hotelowych, w tłumie turystów zgromadzonych przy gorącym źródle. Potem szukała go w Kanadzie, na zimnym przybrzeżu jeziora Ontario, w najnowocześniejszym domu towarowym, w eleganckich biurach wydawców, nad wodospadem Niagara.

I potem w Nowym Jorku, dokąd wreszcie pojechała i gdzie podejmowano ją jak gwiazdę filmową, wciąż go gdzieś widziała. Siedział przy narożnym stoliku w restauracji Sardiego. Stał samotnie w holu Waldorf Astorii. Spacerował z pudlem po Greenwich Village. Kupował krawat u Bloomingdale’a. Leżał na ławce w Central Parku. Był w grupie fotografów, którzy przyszli na promocję jej książki.

Może dlatego, że wszystkie głosy w Ameryce przypominały jego głos, ciągle jej się zdawało, że do niej wrócił. I pewnego wieczora, kiedy przechodziła przez Lexington Avenue, znowu usłyszała ten głos; potknęła się i upadła powalona tęsknotą za nim. Mężczyzna, który jej towarzyszył, przystojny właściciel galerii, Pers z pochodzenia, uznał, że jest pijana (często bywała pijana), więc wpakował ją do pierwszej nadjeżdżającej taksówki i nigdy więcej nie oglądał jej na oczy.

Siedziała w tej taksówce nieruchoma, jak martwa, niezdolna się ruszyć. Warkot silnika przypomniał jej o wyprawie po Sekwanie, motorówką wynajętą przez Thaddeusa. Dzień był tak piękny, że on zdjął koszulę, a ona objęła ramionami jego chudy korpus i gładziła mu włosy na piersi. I ta jego zwyczajność, to, jak bardzo się starał i jak wiele dokonywał tym swoim kruchym przeciętnym ciałem, wzbudziła w niej falę uczucia, które nie było ani uwielbieniem, ani współczuciem, ale związało ją z nim silniej niż wszystko dotąd, jakby skrępowano jej ramiona bandażami.

W tę hałaśliwą nowojorską noc Beth zastanawiała się, czy po takich długich staraniach, żeby o nim zapomnieć, nie powinna jednak polecieć do Kalifornii, stanąć o świcie na plaży przed jego domem i czekać, aż on się zbudzi i przyjdzie do niej.

Wyobraziła sobie, że gdyby do niej przyszedł, staliby nieruchomo, trzymając się nawzajem, a kojący oddech oceanu kazałby im wierzyć, że czas schwytał ich w jakiś dziwny wybaczający uścisk.

Po powrocie z Ameryki Beth wyszła za mąż. Jej mężem został angielski arystokrata; miał na imię Christopher. Był częściowym inwalidą, chorował na postępującą rozedmę płuc, ale był dobry. Powiedział Beth, że potrzeba jej kogoś, kto by się nią opiekował, a ona się z tym zgodziła; dusił ją nadmiar istnienia. Christopher obiecał, że jeśli o niego chodzi, Beth będzie „ozdobą” jego życia na sposób, jaki zawsze uznawał za właściwy, zapewnił ją jednak, że woli seks z mężczyznami i pozwoli jej sypiać osobno. W jego posiadłości w hrabstwie Northampton znajdował się piękny sad jabłoniowy, w którym Christopher zbudował dla Beth drewniany pawilonik. Zasugerował, że mogłaby tam pisywać książki, i umeblował wnętrze bardzo starannie.

Przez jakiś czas słuchała płyt Boba Dylana, patrzyła, jak płatki kwiatów jabłoni opadają z wiatrem, ale wiedziała, że nigdy w życiu nie napisze następnej książki. Brak jej było życia, które mogłaby w nią włożyć, chyba tylko takie życie na niby, jakie prowadziła po napisaniu Amerykańskiego kochanka. A lata mijały. Świat zaczynał ją zapominać. Ludzie wiedzieli, że jest autorką książki, która stała się „wielkim klasykiem na temat pierwszej grzesznej miłości”, ale czasy się zmieniały i już nie pamiętano, o co chodziło w tym całym zamieszaniu.

Beth lubiła Christophera, ponieważ ją chronił. Kiedy spłonął jej dom w Saint-Tropez, Christopher rozpoczął w jej imieniu długi proces z francuską firmą ubezpieczeniową. Ale nie mógł go wygrać. W dom uderzył piorun, jak twierdził ubezpieczyciel, a nikt nie może być ubezpieczony od boskich działań.

Christopher martwił się o majątek, który Beth wpakowała w ten dom, ale ją to naprawdę niewiele obchodziło – ani dom, ani pieniądze.

Najbardziej wściekała się Beatrice. Krzyczała na Beth, że pieniądze przeciekają jej przez palce. „Niedługo zobaczysz – mówiła – że pieniądze się skończą, i co wtedy zrobisz?”.

Beth nie wiedziała i niespecjalnie o to dbała. Przy Christopherze zaznała niespodziewanie pewnego spokoju. Tak jakby jej serce zaczęło zwalniać. Lubiła pracować w cieplarni z ogrodnikami (z których jeden, młody przystojny chłopiec imieniem Matty, był ulubionym kochankiem Christophera), pikować sadzonki, pielęgnować truskawki, hodować zioła. Niekiedy rodził się w niej, wewnątrz, bunt przeciw temu spokojnemu trybowi życia. Wówczas wsiadała do swojego nowego czerwonego jaguara typu E, którego dostała od Christophera, i pędziła z szaloną szybkością po dróżkach Northampton, krzycząc do nieba z całych sił.