Wydawca: Goneta Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 324 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lato z Dariuszem i Balladą - Marian Kowalski

Lato z Dariuszem i Balladą” to powieść adresowana do nastolatków oraz ich rodziców, której akcja rozgrywa się w Szczecinie, nad Jeziorem Powidzkim w Wielkopolsce, znad którego organizowane są wypady do miejsc historycznych, na przykład do Gniezna, Ostrowa Lednickiego, Strzelna, a także do świątyni w Licheniu. Motywem przewodnim jest rodzące się uczucie Lidii do Dariusza, uczniów tej samej klasy. Chłopiec podczas lekcji wystąpił w obronie oryginalnego, nieakceptowanego przez polonistkę wypracowania Lidii. Dziewczyna nie potrafi o nim zapomnieć w czasie wakacji, choć obecność rówieśników mogłaby osłabić wcześniejszą fascynację nieobecnym kolegą oryginalnie wyrażającym podziw dla jej „pisarskiego” talentu i urzekający fizyczną sprawnością na szkolnym boisku. Nauka konnej jazdy nad jeziorem obudziła w niej sympatię do zwierzęcia. Niestety, koń zostaje uprowadzony. Tak więc w krótkim czasie  pozbawiona jest dwóch obiektów uczuć — kontaktu z chłopakiem ze szkoły i z dopiero co oswajającym się koniem.

Tytuł utworu przekorny, bo lato dziewczyny upłynie zarówno bez jej chłopca, jak i bez ulubionego konia, tylko z marzeniami o nich.

 

Wątki powieści, utrzymanej w kilku konwencjach stylistycznych — między innymi pastiszu i karykatury — nawiązują do czytelniczych upodobań nastolatek, sięgających po książki z wilkołakami, zagadkami kryminalnymi, niechętnie poznającymi otaczającą rzeczywistość z ludźmi starszego pokolenia, historyczną przeszłość miejsc, w których się znalazły.

Opinie o ebooku Lato z Dariuszem i Balladą - Marian Kowalski

Fragment ebooka Lato z Dariuszem i Balladą - Marian Kowalski

Wakacje z Dariuszem i Balladą

Marian Kowalski

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

 

 

Korekta: Anna Śliwa

an.ga@op.pl

 

 

 

 

Okładka: Agnieszka Barć

agnieszka.barc89@gmail.com

 

 

 

 

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

 

 

 

 

 

 

 

ISBN: 978-83-63783-55-6

 

 

 

 

Wydanie 1

 

 

 

 

Warszawa, 12 sierpnia 2014

 

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Od redakcji:

Marian Kowalskiczytelniczki młodsze i starsze starał się pozyskać m.in. utworami: „Dom na klifie”, „W oczekiwaniu”, „Karczowiska”, „Wiatraki na błękicie”, „Czarne błyskawice”, „Skorpiony zabijają nocą”, „Segeberg”, „Ze śmiercią w tle”, „Morze nie stało się grobem”, „Skubanie kanarków”, „Uwodzicielka”, „Rozstania”, „Kapryśne serca”, „Rozrabiaki z osiedla”, „Anioł lewy, anioł prawy”, „Niedaleko Kilimandżaro”, „Strażnicy zmarłych”, „Wołanie mew”, „Mroczne dziedzictwo”.

Do tematu dziecka, nastolatków powraca bardzo często. Dowodzą tego takie utwory, jak: „Blinda”, (Nasza Księgarnia), „Junga” (Wydawnictwo Morskie, Nagroda Literacka im. J. Conrada), „Mój przyjaciel delfin”, „Mój nieprzyjaciel Mateo”, „Mój przyjaciel Abu” (KAW), „Skarb Morza Sargassowego” (Glob), „Aneta z klifowego brzegu” (nagroda w konkursie Naszej Księgarni), „Rozrabiaki z osiedla”(wyróżnienie w III edycji konkursu Wydawnictwa Telbit), „Kukułcze jajeczko” (Wydawnictwo Internetowe E-bookowo).

„Lato z Dariuszem i Balladą” to powieść adresowana do nastolatków oraz ich rodziców, której akcja rozgrywa się w Szczecinie, nad Jeziorem Powidzkim w Wielkopolsce, znad którego organizowane są wypady do miejsc historycznych, na przykład do Gniezna, Ostrowa Lednickiego, Strzelna, a także do świątyni w Licheniu. Motywem przewodnim jest rodzące się uczucie Lidii do Dariusza, uczniów tej samej klasy. Chłopiec podczas lekcji wystąpił w obronie oryginalnego, nieakceptowanego przez polonistkę wypracowania Lidii. Dziewczyna nie potrafi o nim zapomnieć w czasie wakacji, choć obecność rówieśników mogłaby osłabić wcześniejszą fascynację nieobecnym kolegą oryginalnie wyrażającym podziw dla jej „pisarskiego” talentu i urzekający fizyczną sprawnością na szkolnym boisku. Nauka konnej jazdy nad jeziorem obudziła w niej sympatię do zwierzęcia. Niestety, koń zostaje uprowadzony. Tak więc w krótkim czasie pozbawiona jest dwóch obiektów uczuć — kontaktu z chłopakiem ze szkoły i z dopiero co oswajającym się koniem.

Tytuł utworu przekorny, bo lato dziewczyny upłynie zarówno bez jej chłopca, jak i bez ulubionego konia, tylko z marzeniami o nich.

Wątki powieści, utrzymanej w kilku konwencjach stylistycznych — między innymi pastiszu i karykatury — nawiązują do czytelniczych upodobań nastolatek, sięgających po książki z wilkołakami, zagadkami kryminalnymi, niechętnie poznającymi otaczającą rzeczywistość z ludźmi starszego pokolenia, historyczną przeszłość miejsc, w których się znalazły.

Rozdział I

Dariusz

Długie, wąskie palce Lidii Wójcik zawisły nad konsolą. Temat wypracowania: „Dom”. I nic więcej. Po prostu dom. Najpierw wydał się dziewczynie prosty, wręcz tak banalny, że mogła go podjąć bez głębszych przemyśleń, jednak nim dotknęła klawisza „D”, zawahała się, nie zaczęła pisać. Ma to być praca o budynku, w którym jest zameldowana, czy o jej mieszkaniu w przyszłości? — pojawiły się wątpliwości. — A może polonistka oczekuje czegoś innego? By nie o tym pisała, ale o toczącym się życiu pod wspólnym dachem, o rodzinie? Jak w serialu telewizyjnym „Rodzinka.pl” lub „Ja to mam szczęście”?

Opuściła dłonie na kolana, wyprostowała plecy, odsunęła się nieco od klawiatury, od monitora, drukarki, za to zbliżała się do problemu czekającego na rozwiązanie.

To ostatnie zadanie z języka polskiego przed długimi, letnimi wakacjami. Jego ocena zadecyduje o nocie końcowej z przedmiotu w drugiej klasie Gimnazjum im. Wisławy Szymborskiej. Pogodynka — polonistka tak nazywana, gdy zdradziła się z udziału w castingu na prezenterkę w regionalnej telewizji („Oho, oho, bo kto by nie chciał zarabiać tyle, co Jarosław Kret od pogody?”) — podyktowała temat, podała termin przyniesienia prac i nie powiedziała nic więcej ponadto, nawet nie określiła formy wypowiedzi oraz objętości. Uśmiechnęła się tajemniczo pod drobnym noskiem, omiotła ciepłym spojrzeniem maleńkich ptasich oczu klasę i krokiem takim, jakby już była po co najmniej tygodniowym kursie poruszania się prezenterek telewizji, z dziennikiem pod pachą, krokiem poloneza odpłynęła w stronę nauczycielskiego pokoju.

Lidia dopiero teraz, w domu, zaczęła podejrzewać, że praca może być ważniejszym sprawdzianem niż zwykła — badaniem na koniec roku wyobraźni, inteligencji, samodzielności w myśleniu, podejmowania decyzji, stopnia kreatywności.

Nie lubiła polonistki i krytycznie oceniała prowadzone przez nią zajęcia. Pogodynka poświęcała czas nie tyle programowym tematom, ile marzeniom o zmianie pracy. Od wielu miesięcy wychowankowie byli już tyko widownią popisów przyszłej redaktorki, która staż przed telewizyjną kamerą musi rozpocząć od prezentowania na mapie wysokości temperatur poniżej lub powyżej zera, siły opadów, kierunku wiatru. A potem sława… Sława i popularność dziennikarki ze srebrnego ekranu! Czytane przez nią fragmenty literackich tekstów i wierszy przypominały zapowiedzi pogody na dziś i jutro.

DOM.

„A gdyby między domem a rodziną postawić znak równania? — zastanawiała się. — Chyba jest to uzasadnione?”. — I rozważała, co może napisać o rodzinie? Konkretnej. Swojej. O sobie, mamie, tacie?

Ojciec: w rodzimym serialu mógłby odgrywać rolę męską, niekoniecznie tak ważną jak Tomasz Karolak w serialu „Rodzinka.pl”. Każdy jego pomysł bardzo łatwo skontrować. Nic dziwnego, skoro żyje poza rzeczywistością. Po likwidacji stoczni nie najlepiej się urządził. Został właścicielem niewielkiego antykwariatu: „Pod Muzami”; w miesiącu nie potrafi sprzedać tylu książek, by wystarczyło na podatki i współudział w kosztach utrzymania domu właśnie.

— Cóż, nieszczęścia chodzą parami — stwierdzała sarkastycznie Beata, żona, oczywiście, mając na myśli likwidację stoczni i nieunikniony upadek antykwariatu.

To już nie jest pan domu!

Gdyby nie mama!

Źródło niewyczerpanej energii, pomysłów. Rzucić hasło, to jak psu piłeczkę — w lot chwyta, biegnie do komputera i już ma felieton, artykuł. Jako dziennikarka żyje w ciągłym napięciu, szuka wciąż nowych tematów, z wielką pasją roztrząsa problem, natychmiast przymierza się nim do wielkości danego jej miejsca w dzienniku. Miota się jak Krystyna Janda grająca Agnieszkę w politycznym obrazie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”. Tylko nie pali papierosów jak tamta, pałętająca się na korytarzach gmachu telewizji, przekonywująca o potrzebie nakręcenia filmu o Mateuszu Birkucie, przodowniku pracy. W takiej sytuacji ojciec zwraca się do niej nie inaczej jak tylko: „Najaktywniejsza redaktorko”. Pracy poświęca się więcej niż domowi. Jej blog w Internecie mógłby należeć do najciekawszych, gdyby na niego znalazła czas.

Taki jest DOM Lidii Wójcik — numer dwadzieścia osiem w lekcyjnym dzienniku!

A życie w tym domu uczennicy z numerem dwadzieścia osiem w lekcyjnym dzienniku?

Mimo wszystko nie narzeka. Ma w nim lepsze warunki od wielu jej rówieśników, a szczególnie, gdy porówna z tymi dzieciakami w oglądanych telewizyjnych reportażach o wegetujących w skrajnym ubóstwie rodzinach, o bezrobotnych czekających na wsparcie, o zadłużonych albo o rodzicach proszących o pomoc w ratowaniu chorego dziecka. Ona ma rodziców, przynajmniej nie najgorzej zarabiającą mamę, własny pokój i jest zdrowa. W tych czasach to ważne. Niewiele się od niej wymaga: pozytywnych ocen na świadectwie. Niekoniecznie najwyższych. Nikt jej do uszu nie wykrzykuje: zakasz rękawy, weź się do roboty, bez pracy nie ma kołaczy! Rodzice wiedzą, że nie szkolne oceny są najistotniejsze. Wszak ojca świadectwa, dyplomy mogłyby pójść na wystawę indywidualnych sukcesów w okresie zdobywania wiedzy, no i co? Jakie ma to teraz znaczenie? Jakie ma teraz osiągnięcia? Rodzice zadowalają się, że ich córka jest systematyczna, nie ma z nią kłopotów wychowawczych i gdyby nie skłonność do pisania wierszy, a także zainteresowania terminami z biologii w stopniu koniecznym do wierszowania i popisywania się przed bliskimi postawą obrończyni ginącego świata przyrody, mogłaby — ich zdaniem — więcej czasu poświecić na przedmioty w przyszłości gwarantujące jej pracę. Dlatego nieraz tylko od mamy słyszy sarkastyczną uwagę: „Chyba dołączysz do tysięcy młodych wierszokletów poszukujących w bankach sponsorów na wydanie tomiku albo do hufca ekologów odwiedzających miejsca, gdzie pojawił się okaz czegoś tam, zasługujący na ochronę jakąś tam”. W jej ustach brzmiało to jak: „No, no, i gdzie ty znajdziesz zatrudnienie? Kiedyś wreszcie skończą budować autostrady, gdzie wówczas pójdziesz bronić miejsc dla zagrożonych żyjątek, roślinek? Sponsorów dla poetów raczej nie przybędzie, wybiorą piłkarzy, bokserów, narciarzy”. Ale w tych słowach nie ma natrętnego popędzania do szybszego kręcenia się w kieracie szkolnych obowiązków! O, nie!

Lidia rzadko wybiegała daleko w przyszłość, żyła nadzieją, że nie będzie ona dla niej tak niełaskawa jak teraźniejszość dla jej nieco starszych kolegów czy koleżanek, nie znajdujących po studiach możliwości zarobków, bez szans na kupno mieszkania. Bo czasy — uważała — zmieniają się, i to zapewne na lepsze!

Jednego była pewna — nie stanie do żadnego castingu, na którym poszukuje się dziewcząt do telewizyjnych seriali, nie weźmie też udziału w konkursach na najładniejszą, najzgrabniejszą nastolatkę, wszak potrafi na siebie popatrzeć krytycznie i wie, że jeżeli się u niej coś liczy — to jedynie nogi. Miała sylwetkę w sam raz pasującą dla swego wieku, twarz miłą, sympatyczną, lecz bez oryginalnej urody. Tuzinkową. Tylko nóg nie powinna się wstydzić. Inne dziewczęta mogłyby pozazdrościć! Ale czy je stać na krytyczne spojrzenie na własne? A skądże! Każda z nich to miss!

Z tych rozważań o sobie i koleżankach wyrwało ją pojawienie się mamy.

Wtargnęła jak tsunami na japońskie i tajskie wyspy.

Lidia pomyślała, że gdyby w wypracowaniu miała nawiązać do nagłego jej pojawienia się w domu, to użyłaby innego określenia, nie z oceanografii, a raczej z astronautyki. Dowcipniej, oryginalniej byłoby napisać: „wleciała z szybkością rakiety Vega z polskim satelitą na pokładzie”. Na pewno zaskoczyłaby Pogodynkę włączającą telewizor dopiero na wiadomości o pogodzie, a potem skaczącą na inny kanał z prognozą, i jeszcze na kolejny, i jeszcze…

— Kochanie, kochanie. — Beata Wójcik pochyliła się nad córką, nad klawiaturą, a słowom towarzyszyła żywa gestykulacja. — O, masz otwarty komputer, to dobrze. Wpuść mnie na chwilkę, na sekundę, dwie. Muszę natychmiast, ale to natychmiast dowiedzieć się, czy naprawdę już w tym roku na Wigilię Bożego Narodzenia w sprzedaży mogą być tylko karpie odgłowione i wypatroszone. To byłby cios dla rodzimych hodowców! Podobnie ciężki jak niedawne wymagania stawiane właścicielom kurzych ferm, zmuszonych ich dostosować klatki do unijnych norm. Ach, ta Unia, Unia! Nie wiem, komu bardziej sprzyja: Europejczykom czy Azjatom? Unia… Miała być domem dla nas… O, to jest temat! Insynuacyjny!

— Domem? — podchwyciła uczennica właśnie przymierzająca się do wypracowania z tym wywoławczym hasłem. — Unia stała się dla nas domem?

— Stała, oczywiście, że tak, stała się. Ale jak w każdym domu są w nim i tacy, którzy potrafią irytować.

— Kogo masz na myśli?

— Urzędasów.

— Dlaczego? — próbowała zrozumieć Lidia.

— Bo ja wiem — zlekceważyła pytanie mama. — Tak jest i basta.

— Nie pierwszy raz narzekasz na nich. Dlaczego?

— Nie zaprzątaj sobie nimi głowy, to ci się do szkolnych testów nie przyda.

— Nie tylko o sprawdziany chodzi, może i ja chciałabym poznać prawdę, w jakiej szkole nie znajdę.

Usłyszała śmieszek mamy.

— To nie przypadek, że w naszych czasach, w naszym kraju ksiądz Józef Tischner odkrył, że „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. Najczęściej poznajemy tę ostatnią.

— Dlaczego? — nie ustępowała córka.

— Kochanie, nie zawracaj sobie tym główki, daj mi popracować. — I już była w pełnej gotowości jak sprinterka w bloku startowym. Uwaga — strzał! I biegnie, biegnie, przebiera palcami po klawiaturze, do mety, do celu… Do jakiej prawdy? Dla kogo?

Dziewczyna przeszła do drugiego pokoju, zdjęła z uszu kryształy Swarovskiego i siadła przed telewizorem. Po przetestowaniu kilkudziesięciu kanałów, zniechęcona powtarzającymi się reklamami, wznawianymi o tej porze dnia filmami familijnymi albo powtórkami z rozrywki, pilota zastąpiła telefoniczną komórką i wybrała numer do Klaudii, przyjaciółki z willi na odległym osiedlu nad Jeziorem Głębokim.

— Zastanawiałaś się? — zapytała tamtą. — Wiesz już, co skrobnąć?

— JA? — usłyszała drwiący śmiech z jednorodzinnego domku w sosnowym lesie. — Nie! Ojciec się nad tym głowi.

— Szczęściara — westchnęła z zazdrością Lidia.

Tata Klaudii jest na etacie agencji reklamowej i jego córka potrafi ten fakt wykorzystać. Szczególnie do wypracowań z języka polskiego. Poddawane ocenie są krótkie — co bardzo lubi Pogodynka — zawsze na temat i z puentami nie gorszymi niż w reklamach Szymona Majewskiego czy Marka Konrada. „Masz talent — nie skąpiła jej komplementów polonistka. — Pracuj nad sobą, spożytkuj go, a zostaniesz dobrą pisarką. Jak Joanne Kathleen Rowling. Wiesz, ile zarobiła na cyklu powieści o Harrym Potterze…?”. To nie była lektura Klaudii. Ona wolała Stephanie Meyer, autorkę o wampirzycach i wilkołakach. Takie miała upodobanie do księżycowej bladości, do krwi. Jednak nie zdradzała się z tym polonistce.

— A gdyby między domem a rodziną postawić znak równania? Chyba byłoby to uzasadnione? — powracała Lidia do wcześniejszego rozważania.

— No, to wal! — zachęcała Klaudia.

— Łatwo ci gadać. Wiesz jak jest u mnie. Po rozpirzeniu stoczni ojciec się nie pozbierał.

— Tym bardziej pisz o tym. Wzruszysz Pogodynkę.

— Akurat na tym mi zależy!

— Ale na stopniu tak.

— Bo ja wiem?

— A po co piszemy? Tylko dla ocen. Po co innego chodzimy do budy jak nie po oceny, po świadectwa?

— A może napisać coś w rodzaju: „gdy wyobraźnią wybiegam w przyszłość”? No, wiesz, o jakim swoim domu się marzy — zastanawiała się Lidia.

— Nie muszę, wiem, które pokoje dadzą mi starzy.

— A ja chyba do końca życia będę kątem u swoich.

— Nie łam się, znajdziesz faceta z własną chatą — pocieszała ją ta z willi na osiedlu nad Jeziorem Głębokim.

— Taaak — Lidia przeciągnęła samogłoskę. — Wiara i nadzieja. Tym żyją moje ludziki z Krasnolandii.

— Pamiętam, pamiętam jak tą pracą zachwyciłaś Pogodynkę. Napisz o tym.

— Może tak zrobię. — i po chwili: — Gdybym wcześniej nie pokazała tej pracy Pogodynce, to trochę przerobiłabym i dała teraz. Na przykład: „Czy krasnale opuszczą swój dom?”.

Odłożyła komórkę. Zajrzała do mamy.

— Możemy porozmawiać o mojej pracy? — zagadnęła.

— Popatrz, popatrz, co znalazłam! — Beata nie kryła radości . — „O sprawie, sypaniu, wymierzaniu i zarybianiu stawów, także o przekopach, o ważeniu i prowadzeniu wody…” Olbrychta Strumieńskiego z Mysłowic… Anno Domini 1573… Niesamowite! Muszę to wykorzystać. Jak moglibyśmy żyć bez Internetu? Klik, klik i już mam na ekranie wiek XVI z mądrymi radami!

Gimnazjalistka uznała, że nie powinna więcej marnować czasu na przekonywanie mamy, by przyszła jej z pomocą, że poczeka na powrót ojca z pracy i jego poprosi o wsparcie. Mało kto w szkole domowe wypracowania pisze samodzielnie, a to, które ma decydować o końcowej ocenie na świadectwie tym bardziej musi być dojrzałą wypowiedzią. Na piątkę. Niech Pogodynka ma szansę wykrzyknąć: „Niezłe, pracuj nad stylem, a pójdziesz śladami Joanne Kathleen Rowling”.

Niestety, przywlókł się z antykwariatu tak zmęczony, że nie miał sił podjąć nowych obowiązków. Bez wynagrodzenia. Tylko z maleńkimi dowodami wdzięczności. Najwidoczniej sterczenie między książkami, które mało kogo interesują, cierpliwe wyglądanie klientów, było bardziej uciążliwe od godzin ojca Klaudii spędzonych nad reklamowym tekstem.

Zatem znów pobiegła do mamy.

— Córeczko, córeczko — zaszczebiotała Beata — czy nie mówiłam, że dostałam temat, pilny do podjęcia, zanim hieny go dopadną? — zastukała palcem wskazującym w klawiaturę. — Chwileczkę. Sekundę. Dwie. Najpierw zobaczę, co mądrego mi podpowie Prentice Mulford. Dobrze wyjść od filozoficznego cytatu. — zapaliła się do własnej koncepcji. — To zasada każdej publikacji. Wbij to sobie do główki: od powoływania się na erudycję klasyków zaczynaj. Najlepiej kogoś mniej popularnego. Czytający od razu z zazdrością przyzna: „Tego nie znałem, no, no, ma główkę nie od parady ta autorka”. A ja już mam świetny cytat z dziełka Strumieńskiego, jeszcze potrzebuję Mulforda.

Zawiedziona córka wróciła przed telewizor. Ale nawet oglądając powtórki z piłkarskiego meczu, podczas którego „ciacho” Cristiano Ronaldo dos Santos Aveiro (część dziewcząt tylko dzięki niemu śledzi telewizyjne relacje z piłkarskich spotkań, pozostała szuka wystąpień Roberta Lewandowskiego) nie trafił w światło bramki, nie mogła zapomnieć o wypracowaniu, którego nikt nie miał ochoty za nią napisać. Pamiętając o rozmowie z Klaudią, czuła się pokrzywdzona przez los. Cóż, rodziców się nie wybiera. Gdyby miała bliżej do dziadków, to może na nich mogłaby liczyć. Mieszkają na Starym Mieście w domu stawianym przez budowniczych wspieranych więźniami. Liche to mieszkanie, ale dziadkowie nie zamierzają szukać lepszego; usterki pousuwali w swoim zakresie, sypiący się tynk pokryli tapetami wzmocnionymi dobrymi klejami. Oboje przez lata „belfrowali” w szkołach ponadpodstawowych i zgromadzili wiele książek. Kiedy ich syn dostał odprawę po likwidacji stoczni, namówili go, by zainwestował w antykwariat. Inny pomysł nie przychodził im do głowy. Na rozpoczęcie działalności przekazali swą bibliotekę z dziełami pisarzy Krajów Demokracji Ludowej oraz Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Wiele książek miało dedykację: „W dniu Święta Pracy — Egzekutywa Komitetu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. Niestety, dzieła te nie spotkały się z zainteresowaniem klientów. Od tej pory rodzice Lidii rzadko byli gośćmi na Starym Mieście, a i u siebie niechętnie przyjmowali hojnych ofiarodawców rozpadających się książek, z kiepskim klejem na grzbietach, z byle jakimi obwolutami. „W końcu coś w spadku od nich dostaliśmy — żartował ojciec Lidii. — A co my córce przekażemy?”. Nie należał do optymistów. Coraz częściej powtarzał, że świat zmierza w złym kierunku… Może gdyby mógł powrócić do pracy w stoczni, znów znaleźć się wśród kumpli — zmieniłby zdanie.

Na ekranie telewizora zespół Don Wasyla na tle pałacyku w Ciechocinku. Była z mamą na jego występie w Teatrze Letnim, nawet kupiła płytę z nagraniami i tak często puszczała, że kilka piosenek z repertuaru potrafiła zaśpiewać.

Zanuciła:

Jedno jest niebo dla wszystkich

i jedno słońce nad nami.

A my jak dzieci miłości pragniemy

bez graaanic, bez graaaanic.

„Gdybym była Cyganką — zastanawiała się — co napisałabym na temat domu? Dom otwarty na świat”.

Myśląc o domu rodziców, doszła do wniosku, że nie jest otwarty. Jakby tata z mamą nie mieli przyjaciół, dobrych znajomych, których chętnie się gości. Dotąd nie zastanawiała się nad tym, dlaczego tak jest. Wyciągnięcie wniosków nie przyszło łatwo. Po dłuższym namyśle próbowała ten fakt tłumaczyć tym, że mama niewiele ma czasu dla siebie, na życie towarzyskie, bo pochłania ją praca. A ojciec? Po upadku stoczni, prowadząc sklep bez dochodów, uważał, że każdej złotówki szkoda na organizowanie jakichś imprez. Lepiej ją przeznaczyć na bieżące wydatki, dołożyć do remontu samochodu, do ubezpieczenia, zbierać, zbierać, do momentu aż zbierze się na wakacje. Nawet takie uroczystości jak bierzmowanie córki w Kościele Dobrego Pasterza obeszło się bez przyjęcia; Lidia ukrywała ten fakt przed koleżankami, którym niektórzy rodzice z tej okazji sypnęli groszem i wynajęli dla licznie zaproszonych duże sale w renomowanych restauracjach na Wałach Chrobrego, przy Placu Lotników nieopodal kopii weneckiego pomnika Bartolomeo Colleoniego.

Sięgnęła po pamiętnik, w nim szukając wsparcia. Każdą nową porę roku otwierała wierszykiem. Wiosnę witała takim:

Dzień w dzień na telewizora ekranie

wieści o ciepłej temperaturze

— o porze wszystkiego się rozwijaniu

co żywe, dostrzegalne w naturze.

Tylko nie bardzo to widać w mej klasie;

wciąż słychać o stagnacji i zastoju.

W domu: „czas kasztanów, ucz się głuptasie!”

— od ciągłych przypomnień nie ma spokoju.

A wiosna to otumanienia pora,

brak rozsądku z halnym po klasie dmucha.

Najchętniej od rana aż do wieczora

wiosny wonią krzepiłoby się ducha.

Późną nocą, po wielu próbach, napisała tetrastych zatytułowany: „Dom”.

Kiedy bywam w nim, to o nim nie myślę,

jest jak powietrze konieczne do życia,

lecz, gdy wyobraźnią wybiegam w przyszłość

— brak mi go, jak drugiego serca bicia.

***

Pogodynka stanęła przed klasą z nogami skrzyżowanymi w kostkach („Ojej! Kiedy ona opanowała tę umiejętność? — zastanawiała się Lidia, próbując pod ławką w podobny sposób oprzeć nogę o nogę) i z takim uczuciem radości malującej się na twarzy, jakby miała to być w jej życiu ostatnia lekcja prowadzona przez nią w szkole, którą od samego początku zatrudnienia pragnęła jak najprędzej opuścić. Czyżby już od jutra zaczęła przed kamerą pokazywać wszystkie ząbki czyszczone pastą „Blend-a-med”, rekomendowaną wraz ze szczoteczką „Oral-B Complete”, by zapowiedzieć nadciągające wyże z zachodu? Ze stosu wypracowań leżących na stole wzięła jedno z wierzchu i nie przestając prezentować pełnego higienicznie i stomatologicznie utrzymanego uzębienia, przed oczyma wychowanków powachlowała kartką wiele razy. Bardzo znacząco. Ci z pierwszych ławek zobaczyli stronę ze zwrotką. Jednak wciąż nie mieli pojęcia, skąd czerpała dobry humor, po co powiewa im przed oczyma ową kartką. Lidia siedziała w środkowym rzędzie w czwartej ławce, od której zaczynali się uczniowie strzelający wzrostem ponad przeciętną w kraju, do pewnych zawodów, jak na przykład do obsługi pasażerów w samolotach, już niekwalifikujących się. Kiedy nauczycielka wzięła do ręki kartkę, potem ujęła ją w dwa cienkie jak dżdżownice palce i zaczęła machać — dziewczyna nie miała wątpliwości, że to jej domową pracą wymachuje w powietrzu. Nie potrafiła tylko odgadnąć zamiarów Pogodynki — wypracowanie będzie wzorem dla innych czy negatywnym przykładem zrozumienia intencji polecenia polonistki?

Powiewanie zdawało się nie mieć końca. Jakby stała w szpalerze i witała, witała kogoś tam kartką podobną do chorągiewki. Cóż, Pogodynka umie oszczędzać siły, rozkładać je odpowiednio w ciągu czterdziestu pięciu minut, tak by opuszczać salę bez większego zmęczenia. W końcu zaniechała tej pierwszej czynności z toku prowadzonej lekcji. Wyprostowała się, naprężyła, lewą rękę wzniosła ponad głowę, tworząc coś w rodzaju daszka, prawą rękę przeniosła z kartką na wysokość oczu.

— Dom — wyrzuciła z siebie jednosylabowy wyraz z mocą aktorki zmagającej się z oporną materią, a palce dłoni tworzącej nad jej głową daszek zadrgały i w tym ruchu pozostały do końca deklamacji.

Pracę Lidii przeczytała z przesadną emfazą, przeciągając niektóre samogłoski jak w telewizyjnej zapowiedzi prognozę pogody. Brzmiało to dość zabawnie, zapewne kpiła z autorki, parodiując styl teatru rapsodycznego albo z dziewcząt stojących przed planszami z mapami pogody, rozkoszujących się znajomością takich pojęć jak: skala Beauforta, troposfera, cirrusy, cirrocumulusy.

Do rytmu poruszanych nad głową paluszków Pogodynki dołączył najpierw cichy chichot, a gdy po przeczytaniu pracy położyła ją na stole, a rozedrgane palce wysunęła przed siebie niby małe dyrygenckie batuty — śmieszek wzrastał i wzrastał aż przeszedł w burzę śmiechu. Ta reakcja spodobała się belferce. Osiągnęła, co chciała, a uczniowie starali się zrobić wiele, by ten stan jej zadowolenia trwał, więc rechotali coraz głośniej właśnie nie tyle z tego, co słyszeli, bo w drugiej klasie gimnazjum mało kogo co zaskakuje, nawet cytaty z nieporadnych stylistycznie wypracowań umieszczanych w rubryce: „Humor z zeszytów szkolnych” — co dlatego, by się przypochlebić polonistce. Trochę byli też rozbawieni niecodziennym zachowaniem nauczycielki nie-nauczycielki, mieszanki aktorki i telewizyjnej prezenterki świadomej udziału w złożonym procesie poznawczo-wychowawczo-kształcącym, ale nie przywiązującej do niego zbytniej uwagi, skoro nosi się z zamiarem ostatecznego zerwania z nim, z odejściem z oświaty szkolnej.

Powoli chichot przycichał, nie udało się go wznowić ani minami, ani ruchem dłoni Pogodynki, zatem — nolens volens jak często mawiała z przeciągłym westchnieniem — przystąpiła do kolejnego punktu lekcji.

— Cóż wy o tym powiecie? — zapytała, odwołując się do metody majeutycznej, proponowanej w nauczaniu przez Sokratesa. — Co chciała przekazać nasza poetka?

Przekonanie greckiego filozofa, że każdy nosi w sobie wiedzę, trzeba ją tylko wydobyć jak położna niemowlę z łona matki, sprawdzało się jedynie do pewnego poziomu edukacji. W gimnazjum po usłyszeniu podobnych pytań na ogół wrogie milczenie było odpowiedzią i nawet największy trud „położnej” nie mógł wyłuskać czegoś, co zdawało się nie istnieć. Przerażająca bezpłodność!

Pogodynka powiodła spojrzeniem po klasie, wcale nie oczekując szybkiej odpowiedzi, fascynując się zakłopotaniem wychowanków, ich milczeniem. Zawsze po takim i podobnym pytaniu reakcje młodej widowni utwierdzały ją w przekonaniu o panowaniu nad nią. Mogłaby swoich odbiorców w pozycji z pochylonymi głowami przetrzymać aż do dzwonka obwieszczającego międzylekcyjną przerwę. Nie dzisiaj jednak, o nie. Miała dla nich jeszcze kilka niespodzianek, które tym młodym, bezczelnym zarozumialcom uświadomią, jaka ją od nich dzieli głęboka intelektualna przepaść!

— Czy ktoś potrafi odczytać sens wypowiedzi naszej poetki w tetrastychu, a potem łaskawie spróbuje swym odkryciem podzielić się z nami? — znęcała się nad schylonymi głowami nieuków.

Lidia coraz bardziej pokorniała, kurczyła się.

Nieoczekiwanie dla nauczycielki i dla wszystkich zwieszonych nad pulpitami ławek głów spod ściany poderwał się pierwszy obrotowy szkolnego zespołu gry w piłkę ręczną, następca Grzegorza Tkaczyka lub Bartosza Jureckiego.

Wyskoczył jak Filip z konopi.

— Mogę spróbować?

Głowy znad ławek podniosły się z wyraźną ulgą, a potem skierowały w stronę wybawcy z tupetem uwalniającego nieszczęśników od katorgi wyczekiwania.

A on właściwie nie pytał, on wymuszał udział w grze. Nie czekając na przyzwolenie, dwoma długimi susami skoczył na pole przeciwnika. Ominął polonistkę, zgarnął ze stołu kartkę z czterema wersami. Stanął przed tablicą za plecami Pogodynki. Trzymana w jego dłoni praca znalazła się tuż nad jej głową. Nauczycielka domyśliła się, że ta dysproporcja we wzroście jej i ucznia może być komiczna, więc cichutko usunęła się i krzyżując nogi w kostkach, siadła przy stole, odzyskując przy otwartym dzienniku pozycję pani sytuacji.

— No, no, kto by pomyślał! — powiedziała tonem, jakby zamierzała stwierdzić: nie dałabym złamanego grosza, gdyby ktoś stawiał na ciebie, drągalu, nie na boisku, a w klasie!

Zlekceważył owe: „no, no”, wyprostował ramiona jak gracz z piłką do wyegzekwowania rzutu karnego i spokojnie, po cichu, lekko poruszając mięsistymi wargami, zapoznawał się z tekstem. Potem przeczytał. Dość monotonnie, jakby od niechcenia, wyznając jakąś prawdę, która nikogo nie powinna zaskoczyć. W głosie pobrzmiewała nuta smutku, zaskakująca wszystkich kibiców rozgrywek w piłce ręcznej, przywykłych do wrzasku na boisku i poza nim. To na pewno nie była recytacja, raczej wyznanie, zwierzenie. Najwidoczniej inaczej rozumiał ten wiersz niż Pogodynka.

Kiedy skończył, nikt nie zachichotał, wszyscy spoglądali raz na niego, raz na polonistkę. I nagle rozległy się rzęsiste brawa. Nieoczekiwane. Niekoniecznie wywołane sposobem odczytania wiersza, prędzej z radości ze zrozumienia go.

Pogodynka czekała aż oklaski ucichną.

— Powtórzę pytanie: co o tych czterech linijkach powiesz? — przypominała już bez uśmiechu, oschle, jakby jednak nie praca w telewizji na nią czekała, a, niestety, długie lata belfrowania do emerytury, setki podobnych lekcji, z podobnymi bezczelnymi zuchwalcami. I z przekąsem: — Oświeć nas, panie Dariuszu, co nasza poetka mądrego wypociła?

Albo nie wyczuł w tych ostatnich słowach ironii, albo je zlekceważył; w każdym razie nie widać było po nim zakłopotania. Spojrzał na kartkę, upewniając się z kogo tekstem ma do czynienia, uśmiechnął się do autorki i najspokojniej w świecie rozpoczął analizę wiersza.

Ojej! Pierwszy obrotowy zabrał się za analizę wiersza klasowej poetki! Koniec świata! Będzie cyrk!

Nie było.

Pogodynka, słuchając go głowiła się, skąd u niego takie nieoczekiwane umiejętności wnikania w intencję piszącej wypracowanie, którego wypracowaniem nazwać nie zamierzała? „…gdy wyobraźnią wybiegam w przyszłość” — podążyła za myślami Lidii oraz Dariusza, dziewczyny i chłopaka. Zaczęła snuć podejrzenia: oto przykład pierwszego młodzieńczego zauroczenia, idealizacji podmiotu, heroicznej obrony zaatakowanego obiektu wzniosłych uczuć. Zerknęła w stronę Lidii. Ale ta nie dała nic po sobie poznać, nie zarumieniła się, ale czy współczesne nastolatki w ogóle potrafią oblać się rumieńcem? I dlaczego ona i on? Cóż, widocznie tacy drągale jak Dariusz wybierają spośród dziewcząt niepozorne, nie wyróżniające się niczym szczególnym, pozbawione urody. Może dla jej nóg?

„…drugiego serca bicia.”

„No, no, dryblas interpretuje te słowa z taką powagą, jakby to wyznanie pochodziło z wierszy Adama Mickiewicza, wieszcza! Juliusza Słowackiego, wieszcza! Ta przyszłość to dom własny i serce drugiej osoby — miłość. Piękny program na życie! No, no!”.

Z rozchylonych warg płynął głos jak akacjowy miód. Kropla po kropli:

Kap,

kap,

kap.

Lidię zalewało uczucie bezgranicznego szczęścia.

Kiedy skończył analizę, znów rozległy się oklaski.

A Dariusz raz jeszcze rozchylił wargi, ukazując białe zęby.

— Ma talent! — stwierdził obrotowy. I w drodze na swe miejsce, mijając autorkę: — Ale wiersz taki smutny…

Lidia nieoczekiwanie z radością przyjęła kolejną porcję akacjowego miodu. Ostatnie słowa o smutnym charakterze jej pracy puściła mimo uszu.

Pogodynkę zirytowało wystąpienie Dariusza jak mało która sytuacja w klasie. Ona, choć tak często czytała im dobrą poezję, i to jak! — nigdy nie była nagradzana owacjami! A czekała na nie. Przez tyle lat, na tylu lekcjach! Sprawiłyby jej wielką przyjemność. Potrafiłaby się dzieciakom odwdzięczyć jakimś szlachetnym, belferskim gestem. Nie dali jej takiej okazji. Bęcwały!

Ledwo Dariusz zdążył wrócić na miejsce, wstała i zasyczała jadowicie:

— Pytałam: co wy o tym powiecie? Wyrwał się jeden z ostatniej ławki, który przez cały szkolny rok nigdy nic nie miał do powiedzenia i nagle jego intelekt, wrażliwość zostały pobudzone czterema linijkami wierszyka! No, no! Usłyszałam nadinterpretację banalnej, nieudolnie skleconej strofy, wierszyka ze źle dobranymi rymami, z niekonsekwentną średniówką, bez figur stylistycznych. Miałam nadzieję, że usłyszę: to GRAFOMANIA! Ale Dariusz widocznie zapomniał o tym wartościującym określeniu. Prawdopodobnie wy też, skoro tak gorąco klaskaliście. — zawiesiła na chwilę głos, sępim wzrokiem rozejrzała się po uczniach. — Chcę, byście kończąc drugą klasę gimnazjum potrafili rozróżnić utwór literacki od grafomańskiego. Zatem na jutro wszyscy napiszecie pracę: „Grafomania atakuje nas!”. No, no!

Wzniecono bunt:

— Ale praca pt.: „Dom” miała być ostatnią przed wakacjami — przypominano polonistce.

— Ale nie jest. Jeszcze jedna będzie! Ważniejsza od tamtej. — stwierdziła, krótko, lekceważąc uczniowską samoobronę. — I do Lidii: — Nie mogę tego wypracowania ocenić wyżej niż na dwa plus. A więc na koniec roku trójeczka. Mocna trójka! — Zdobyła się na pocieszenie. — Prawie czwóreczka. — I rzeczowo: — Ale na świadectwie tylko trója! — I z pogardą w głosie: — W czasie wakacji zapomnij o wierszowaniu, przećwicz z mamusią pisanie rozprawek. W ogólnopolskich testach nie będzie polecenia: napisz wiersz, ale napisz roz-praw-kę! — Uzasadniła swą sugestię, czym Lidia powinna zająć się w wakacje. — No, no!

Pogodynka dość często okazywała nieprzyjazny stosunek do Lidii. Niechęć do niej zaczęła się od wrześniowej wywiadówki. W przedostatni poniedziałek pierwszego miesiąca szkolnego roku gimnazjum miało obchodzić dzień sportu. Ledwo uczniowie zebrali się na stadionie lekkoatletycznym imienia sprintera, olimpijczyka, Wiesława Maniaka przy ulicy Litewskiej — lunął rzęsisty deszcz. Nauczycielka wychowania fizycznego kazała wszystkim wrócić do szkoły. Niestety, prócz dyrektorki, kilku praktykantek porządkujących bibliotekę i woźnej nie było w niej ciała pedagogicznego niezbędnego do prowadzenia lekcji. Wzięło sobie dzień wolny. Próbowano młodzieży wyświetlić jakieś filmy, ale po trzech godzinach wszechogarniającej nudy rozeszła się do domu. Wbrew decyzji dyrektorki. Na radzie pedagogicznej postanowiono pomysłodawcom „wagarowania” obniżyć sprawowanie, a pozostałym dać naganę. Na wywiadówce ujęła się za nimi matka Lidii. Zapytała czy w dzień sportu nauczyciele mieli zwolnienia z pracy, a jeżeli nie — to oni, a nie uczniowie powinni zostać ukarani. „Czy tak postąpiono? — zadała retoryczne pytanie. — Nie! Na pewno nie. Czy to sprawiedliwe? Jak wychowujemy młodzież? — zaczęła wpadać w krasomówczy patos. — Dlaczego uczniowie muszą być przygotowani do każdej lekcji, a większość pedagogów w szkole nie poczuwa się do podobnych obowiązków? Od uczniów dowiadują się, co powinno być tematem zajęć! Lekceważą pracę, wychowanków kierują na korepetycje, rodziców oskarżają o brak dostatecznej troski o dzieci! A jaką wiedzę przekazują podczas lekcji? W czym przejawia się ich troska o podopiecznych”. — I matka Lidii nie byłaby dziennikarką, gdyby nie zakończyła wypowiedzi mocnym obrazem: — „Większość nauczycieli przypomina przechodniów na pasach dla pieszych: idą przed siebie, nie patrzą w lewo, nie patrzą w prawo, bo są przekonani o swym prawie, o swej bezkarności na wyznaczonych dla nich miejscach. Niestety, tym miejscem bezkarności dla tego zawodu jest szkoła, a w niej nasze dzieci!”. — Oczywiście, w odpowiedzi Beata Wójcik usłyszała tylko, że ta jej opinia zostanie przekazana dyrekcji. Z uczniami postąpiono tak jak uchwalono na radzie pedagogicznej, a na lekcji wychowawczej padło ze strony nauczycielki stwierdzenie, że jeżeli komuś TA szkoła nie podoba się, to może pójść do innej.

Dziewczyna nie miała zamiaru prosić o szansę poprawienia stopnia, zobowiązując się oprócz zadanej skrobnąć jeszcze jedną pracę. Albo poprawić pierwszą. Uznała, że bez sensu jest kopanie się z koniem. Stojąc, nie patrzyła na nauczycielkę, aby ta za bezczelne, wyzywające spojrzenie nie obniżyła oceny ze sprawowania; spoglądała w okno, na parapecie którego gołąb szukał okruchów chleba, jakie zwykle dziewczyny z grupy ekologicznej pozostawiały dla ptaków po resztkach śniadania.

Z wielką ulgą przyjęła dzwonek kończący lekcję.

Na przerwie na próżno rozglądała się za Dariuszem, by mu podziękować. Pobiegł na boisko, pod bramkę.

Nawet myśląc o wypracowaniu na temat grafomanii, nie mogła zapomnieć o tym, w jaki sposób czytał jej wierszyk. Była gotowa napisać dziesięć, dwadzieścia podobnych, byle usłyszeć raz jeszcze czytającego je chłopaka. Niekoniecznie dla lepszej szkolnej oceny z polskiego.

Do owej lekcji, na której popisał się nadzwyczajną wrażliwością, nie zwracała na niego uwagi. Zawsze biegających na boisku za piłką uważała za półgłówków, którzy z łatwością mogliby grać rolę jaskiniowców, gdyby im takie któryś z reżyserów filmu o człekopodobnych zaproponował. Zachowanie Dariusza kazało jej zrewidować dotychczasowe poglądy o chłopakach w przepoconych koszulkach, w opadających na tenisówki skarpetkach. Dotąd była przekonana, że nie znali wód kolońskich, dezodorantów, a mydła też używali oszczędnie, jakby im dziadkowie w genach przekazali, że kiedyś sprzedawano je na kartki. Teraz była gotowa do zmiany zdania. Przynajmniej o jednym z nich.

— Szkoda, że nie napisałaś tego, o czym mówiłaś wczoraj — stwierdziła Klaudia, wychodząc z koleżanką przed szkołę. — Wzruszyłabyś Pogodynkę, dostałabyś dobrą ocenę, a my wszyscy nie musielibyśmy pisać kolejnej pracy.

„Ale wtedy Dariusz nie czytałby mojego wierszyka” — pomyślała Lidia.

Stając za bramką, w którą od czasu do czasu mierzył piłką Dariusz, zapominała o uprzedzeniu do niego, do jego rówieśników i przynajmniej na tego drągala zajmującego ostatnie miejsce w ławce pod ścianą, patrzyła z sympatią trudną do ukrycia przed Klaudią.

— Oj, oj! — przyjaciółka pogroziła paluszkiem. — To, co prawda nie jest Jacob Black — stwierdziła miłośniczka powieści o wilkołakach — ale od biedy mógłby być przyjęty do plemienia Quileute z rezerwatu La Push.

Wielkoduszność przyjaciółki niewiele Lidii mówiła o Jacobie z rezerwatu La Push, bo lektury Klaudii zdecydowanie były poza jej zainteresowaniem, jednak wobec fanki wilków i wilkołaków czuła się zobowiązana za wyjątkowo życzliwe potraktowanie Dariusza.

— Wydaje się mi inny od pozostałych na boisku — wyznała

— Oczywiście! A dlaczego tylu dziewczętom podoba się Jacob Black? Bo drugiego takiego nie ma na świecie! — śmiała się tamta.

„Jak ona może zachwycać się kimś, kto nie istnieje? — zastanawiała się Lidia. — Urzeczona własnym marzeniem! Trudno w takie zauroczenie uwierzyć”.

Przyglądała się temu, co naprawdę dzieje się niedaleko niej, na boisku. Może nie tyle grze; ona ją mniej interesowała. Przede wszystkim śledziła błyskawicznie przemieszczającego się Dariusza, każdy jego sprężysty ruch, obserwowała na twarzy kocią czujność. Jakże szybkie i inteligentne podejmuje decyzje, co w danej chwili zrobić z piłką — podać komuś czy zatrzymać i samemu rzucić w stronę bramki? Jego oczy skupione na piłce i graczach. Całym jestestwem oddawał się grze. Poza obramowaniem pola boiska zdawał się niczego nie widzieć. Jego świat wytyczyły białe linie na asfalcie, a jego celem była bramka. I nic więcej. Bramka i tylko bramka!

Chłopcy są tacy… tacy inni!

Zachowanie Dariusza mogło niejedną dziewczynę irytować, ale nie Lidię. Podziwiała go za nadzwyczajną zdolność koncentracji, za niezwykle poważne traktowanie tego, czego się podjął. Poza tym był waleczny, dzielny. Przy nim na pewno można nie bać się żadnego zagrożenia. W szkole, na lekcjach, no i chyba poza też.

— Tak — szeptała Klaudia i przez chwilę myślami oddaliła się od Lidii, od boiska. — Zawsze czekamy na chłopaka niepodobnego do innych. Choćby miał pochodzić z rodziny wilkołaków — kończyła aluzją do swej ulubionej książki zatytułowanej „Zaćmienie” — i z wyrazem przykrego doświadczenia dodała z westchnieniem: — Najczęściej kupujemy kota w worku!

Nie chodziła z żadnym, jedynie w marzeniach błąkała się gdzieś w okolicach rezerwatu La Push. I to jej wystarczało, by mówić o miłości z nie mniejszym przekonaniem o zgłębieniu tego uczucia od autorek telenowel czy aktorek biorących udział w odtwarzaniu perypetii zakochanych, zazdrosnych, uwodzących, zdradzanych, porzucanych. Była rówieśnicą Lidii, lecz wydawała się pewnymi przemyśleniami przewyższać wiedzą i doświadczeniem przyjaciółkę. Może to wpływ czytanych przez nią książek? Lidia lubiła jej towarzystwo, wsłuchiwała się w każde wypowiedziane słowo z nadzieją, że kiedyś będzie miała okazję do wykorzystania refleksji tamtej.

— Jesteśmy przez naturę i obyczaje skazane na czekanie na tego jedynego — stwierdziła Klaudia, kończąc rozważania. Nagle rozległ się jej aksamitny śmiech. — Podejrzewam najbardziej hałaśliwe i zagorzałe singielki, że też czekają. I feministki zbierające się na „manifach”! Nie dziwię się im, nie mam do nich pretensji, że mówią jedno, a myślą inaczej. Przecież to takie naturalne!

Jednakże w tym momencie nie zainteresowała przyjaciółki tym problemem, uwaga Lidii skupiona była na czymś innym. Z niepokojem spoglądała na boisko, gdzie doszło do jakiegoś konfliktu między zawodnikami z niebieskimi szarfami i tymi bez. Przerwano grę, Dariusz pochyla się, ujmuje w dłonie prawą stopę nogi długiej jak u Rafała Maseraka, tancerza reprezentującego w kraju klasę S, i z bolesnym wyrazem twarzy uważnie się jej przypatruje. Podchodzi do niego sędzia, otoczyli go koledzy z drużyny. Oglądają nogę dotąd skoczną jak u daniela badyl. Okrzyki, wzajemne popychania i werdykt sędziego: piłka dla Dariusza. Poszkodowany natychmiast odzyskuje sprawność dolnej kończyny. Podnosi piłkę i po gwizdku oddaje celny strzał w bramkę. Po jej zaliczeniu podskakuje radośnie. Dzieciak! Jak ci z programu: „So You Think You Can Dance”, gdy z eliminacji przechodzą do ćwierćfinału.

Odetchnęła z ulgą, bo Dariuszowi najwidoczniej nic się nie stało.

A mogło?

Naprawdę miał powód do takiego zachowania czy tylko udawał sfaulowanego przez przeciwnika, by sędzia ukarał tamtego, a Dariusza nagrodził?

Nie potrafiła na to pytanie znaleźć odpowiedzi, bo ten znów uznał się za sfaulowanego i trzymał dłonie poniżej brzucha.

Klaudia wzruszyła ramionami.

— Męskie genitalia to kłopot — stwierdzała. — Rzeźbiarze zakrywali je listkami figowymi, malarze nie do końca określoną częścią odzieży, a decydujący o ich losie w miejscach publicznych jeden z papieży po prostu kazał odstukiwać od reszty ciał wyrytych w marmurze. Ta nieprawdopodobna historia z Watykanu ma i dziś swoich naśladowców. Kiedy w jednym z polskich Aquaparków stanęła rzeźba mężczyzny z ważną anatomiczną częścią ciała dla tej płci — prezydent miasta polecił podwładnym obcięcie penisa. — parsknęła. — Oby tylko chłopcy z wszystkimi częściami ciała zasługiwali na twoją uwagę. — I ze wskazującym paluszkiem na ustach: — A Dariusz niech uważa, niech bardziej dba o swe ozdoby.

Lidia pragnęła o kontuzję zagadnąć Dariusza. Nie zdążyła jednak, bo po zakończeniu gry na boisku, pomknął do szatni, prawdopodobnie w ogóle nie dostrzegając wcześniej obecności fanki za bramką.

Przed Klaudią nie udało się ukryć zakłopotania przyjaciółki, która pospieszyła z pocieszeniem:

— Nie martw się. Im oczy na nas otwierają się znacznie później od naszych na nich. Widocznie jest w tym jakaś prawidłowość związana z różnicą w dojrzewaniu płci.

— On jest inny! — stwierdziła z głębokim przekonaniem Lidia zafascynowana pierwszym obrotowym.

— Nie chwal dnia przed zachodem słońca — rzuciła przysłowie przyjaciółka.

Fanka Dariusza nie próbowała z nią dyskutować. Pogodziła się też z faktem, że przynajmniej dzisiaj nie może liczyć na rozmowę z nim, bo przecież nie będzie czekać na niego do momentu aż opuści szatnię! To byłoby upokarzające i Klaudia na pewno nie wybaczyłaby jej tego.

Przyjaciółka podjęła inny temat:

— Kiedy pójdziemy na film Agnieszki Holland: „W ciemności”? Pogodynka nie zapomni, że go nam poleciła obejrzeć i rozliczy nawet w ostatnim dniu roku szkolnego.

Zawiedziona entuzjastka dopiero co odkrytej przez siebie dyscypliny sportowej, raz jeszcze spojrzała w stronę drzwi budynku szkoły, za którymi zniknął Dariusz.

— Możemy teraz — podjęła decyzję. — Nie mam niczego innego w planie.

Gdyby Dariusz zaproponował spacer, lody — natychmiast zrezygnowałaby z filmu, choćby ten nie tylko kandydował do jakiegoś wyróżnienia, ale nawet gdyby już otrzymał nagrody i za scenariusz, i za reżyserię, i za grę aktorów w rolach głównych czy epizodycznych. Nawet wtedy, gdyby za jego nieobejrzenie groziło obniżenie oceny z języka polskiego!

***

Koniec roku szkolnego to usuwanie z półek zbędnych już podręczników, wytrzepywanie z plecaka wysłużonych przedmiotów, wyrzucanie starego planu lekcji, notatnika z nieaktualnymi zapiskami. Przy okazji przeglądanie szuflad, w których wciąż kryły się rzeczy dawno niepotrzebne, jednak przetrzymywane ze słabości do nich, ze względów sentymentalnych. Przynajmniej do niedawna, do czasu robienia przedwakacyjnego porządku. Do takich, między innymi należał sprzed wielu lat komplet laleczek z papieru, na które można było zawieszać różne sukienki. Lidia jeszcze pamięta jak je ubierała, ile uwagi poświęcała każdemu ze strojów, bucikom, nim zdecydowała się na wybór. Laleczki na początku były czymś w rodzaju pustego wieszaka obwieszanego wybranymi ciuszkami. Tylko twarz wciąż ta sama, buziak, do którego przyzwyczajała się jak do oblicza kogoś bliskiego, kogo nie chciała utracić. Teraz czternastolatka zdecydowała się ostatecznie rozstać z tą zabawką, wyrzucając ją do kosza.

Ze wzruszeniem popatrzyła na kilka spiętych kartek. Jej pierwsza sztuka teatralna. Powstała po wycieczce do Wrocławia, miasta krasnali. Przez polonistkę oceniona bardzo wysoko. Tak ogólnie. Być może w ogóle jej nie przeczytała i, dla świętego spokoju, wolała rzucić kilka słów pochwały? To do niej podobne. „Tylko nad stylem, nad stylem pracuj” — radziła.

Tytuł: Kłopot krasnali.

Na Placu Solidarności portrety Papy Krasnala, hasła: „Krasnolandia najważniejsza”. Wchodzi krasnal Pożarski.

POŻARSKI (do widowni): Wiecie, dlaczego jestem smutny? Nawet smutniejszy niż wtedy, kiedy za późno zostaję wezwany do ognia i nie udaje się mi go ugasić? Jest mi wtedy przykro. Rozpaczam. Ale dziś jeszcze bardziej mi przykro i smutno. Domyślacie się, dlaczego? Nie, nie jesteście w stanie. Bo nie wyobrażacie sobie, że my, krasnale, możemy mieć kłopoty, że spotykają nas nieszczęścia. Różne. Lecz to, które nas ostatnio dotknęło jest bardzo, bardzo przykre. Papa Krasnal ogłosił, że musi w Krasnolandii wprowadzić oszczędności. No, i stało się. Tylu z nas zwolniono z pracy! Nagle okazaliśmy się niepotrzebni, a nasze zajęcia zbędne.

(Do wchodzącego Rycerza Jadwiżańskiego): Witaj, Rycerzu Jadwiżański. Wspólnie dzielimy ciężki los.

RYCERZ: Ten wyrok dawno nade mną wisiał. Coraz częściej mi przypominano, że czas dla rycerzy minął. Myślałem, że ze względu na pamięć o świętej Jadwidze wciąż będę mógł chodzić w zbroi, potrząsać mieczem i bronić słabych, skrzywdzonych. Koniec. Teraz muszę myśleć jak się bronić przed tym, co mnie czeka? (obejmuje dłońmi hełm) Głowa mi pęka. Chyba od myślenia.

(Do widowni): Was też od myślenia boli nieraz głowa?

POŻARSKI: Przynajmniej zbroję ci pozostawiono, sprzedasz i na jakiś czas będziesz miał za co żyć. Mnie puszczono z niczym. Gdyby mi choć pozwolono wynieść sikawkę, to podlewałbym ludziom ogródki, kwiatki w korytkach na balkonach.

RYCERZ: Po tylu latach pracy! Los obszedł się z nami bezlitośnie.

(Do wchodzącego): Edukacjuszu, ciebie też głowa boli?

POŻARSKI: Spotkało cię to, co nas? (Tamten przytakuje). Myślałem, że komu jak komu, ale tobie, takiemu wykształconemu, uczonemu, bezrobocie nie grozi.

EDUKACJUSZ: Pojąć nie mogę jak Krasnolandia będzie się rozwijać bez moich rad, bez wiedzy, jaką przez lata zdobyłem. Czarno widzę przyszłość kraju.

(Do widowni): Wyobrażacie sobie ojczyznę bez ludzi mądrych? Kto będzie rządził, kierował?

RYCERZ: Papa powiedział mi tak: Rycerzu, jesteś dzielny, nieraz to czynami udowadniałeś. Ale tego smoka, co zabiera wam pracę, nie poskromisz, taki on wielki!

EDUKACJUSZ (w stronę widowni): W tę bajkę chyba nie uwierzycie? Czy okrutny smok mógłby wam zabrać naukę czytania, pisania, liczenia? Prawda, że nie? I nie smok zabiera krasnalom pracę.

(Do Rycerza): Uwierzyłeś w tę bzdurę, jaką ci Papa wciskał?

RYCERZ (rękoma obejmuje głowę w hełmie): Nie wszystko potrafię zrozumieć. Moja głowa nie od myślenia. Ale skoro Papa mówił, to jak mam w to wątpić?

EDUKACJUSZ: Opowiada niektórym naiwnym bajki, bo tak mu wygodnie. Smok nie wiadomo, dlaczego miałby nam zabierać pracę! To wina Papy. Po prostu jest nieudolny!

RYCERZ: Nawet, jeśli jest, to co z tego? Co zamierzasz zrobić?

EDUKACJUSZ: Czekam, może w końcu okażę się potrzebny. Ale nie do pisania bajek!

POŻARSKI: Ja stąd czmycham.

EDUKACJUSZ: Mówisz tak, jakby cię nic z tym krajem nie wiązało!

POŻARSKI: Serce boli, gdy myślę o opuszczeniu miejsca, w którym tyle lat przeżyłem. Ale cóż zrobić, takie czasy. Nie mam wiary, brakuje mi nadziei, że może być dobrze. Muszę stąd odejść dokądś, gdzie poczuję się lepiej.

(Do wchodzącego krasnala): O, nasz mądrala, krzykacz Przodownik! Co ciebie przygnało?

PRZODOWNIK To samo nieszczęście co was. Papa Krasnal dobrze pamiętał, kto buntował, kto prowadził niezadowolone krasnale ulicami, co i przeciw komu krzyczałem. Jest okazja — pozbył się mnie. Ale ja się nie poddam. Nie będzie miał spokoju. Otoczył się zaufanymi krasnalami, hojnie ich nagrodził, lecz to nie wystarczy, by mógł żyć bez lęku, gdy ja zostałem sponiewierany.

EDUKACJUSZ: No, proszę, ciebie nic nie załamie.

PRZODOWNIK: Dobrze, że mnie doceniasz, jednak sam jestem za słaby. Liczę (wskazuje kolejno na krasnali) na ciebie, na ciebie i na ciebie też!

RYCERZ: Nic innego nie mamy do roboty, będziemy robić, co każesz. (Uderzając się w piersi): W pierwszym szeregu ruszę.

EDUKACJUSZ: Raptus z ciebie. Stój, zaczekaj. Sprawę trzeba przemyśleć.

RYCERZ: Co tu gadać? On wydał na nas wyrok.

POŻARSKI: Tak, on. On wrogiem naszym!

PRZODOWNIK: On wrogiem naszym… Ładnie brzmi. Zapamiętaj, hasło może się przydać. Wypiszemy je na transparentach.

RYCERZ: