Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lato w Brazylii - Catherine George

Roberto de Sousa żył po to, by słyszeć tłumy skandujące jego nazwisko. Teraz słyszy tylko własne myśli, pełne żalu i goryczy. Ilekroć widzi w lustrze bliznę na twarzy, przypomina sobie wypadek, który zrujnował mu karierę.

Nikt dotąd nie zdołał nakłonić go, by opuścił azyl swojej samotni. Katherine Lister jest jedyną kobietą, którą tam zaprosił… Ma ona przeprowadzić ekspertyzę nieznanego dzieła sztuki. Spojrzenia Roberta sprawiają jednak, że to ona czuje się jak bezcenny klejnot.

Opinie o ebooku Lato w Brazylii - Catherine George

Fragment ebooka Lato w Brazylii - Catherine George

Catherine George

Lato w Brazylii

Tłumaczenie: Piotr Art

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Halę przylotów lotniska w Porto wypełniał tłum. Gdy Katherine przecisnęła się przez niego z wózkiem bagażowym, zauważyła mężczyznę trzymającego tabliczkę z jej nazwiskiem.

– Jestem doktor Lister z Massey Gallery w Anglii – powiedziała, uśmiechając się uprzejmie.

Mężczyzna spojrzał z zaskoczeniem, po czym szybko chwycił wózek.

– Bem-vindo, Doutora. Przysłał mnie Senhor Sousa. Jestem Jorge Machado. Zapraszam do samochodu.

Katherine z ulgą ruszyła za mężczyzną. Po chwili rozparła się wygodnie na miękkiej skórzanej kanapie limuzyny, która ruszyła na północ, do serca Minho, regionu Portugalii, w którym, jak słyszała, wciąż bardzo ceni się tradycje. Kiedy zjechali na krętą drogę biegnącą wzdłuż rzeki Limy, minęli wóz ciągnięty przez woły, obok którego szły dwie ubrane na czarno kobiety. Katherine uśmiechnęła się. Oto prawdziwa Portugalia!

Pierwotnie Katherine zamierzała wynająć na lotnisku samochód i po zakończeniu misji zrobić tu sobie krótki urlop, jednak ostatecznie, za radą szefa, przystała na limuzynę. Później weźmie taksówkę do Viana do Castelo i znajdzie hotel. Na razie cieszyła się malowniczymi widokami i zastanawiała, co ją czeka na końcu podróży.

Najpierw trzeba popracować. Pan de Sousa potrzebował ekspertyzy pewnego obrazu, więc zaprosił do Portugalii jej szefa. W środowisku artystycznym James Massey cieszył się szacunkiem i opinią znakomitego poszukiwacza nieznanych prac wielkich mistrzów. Katherine była szczęśliwa, że pod jego okiem nauczyła się odróżniać autentyczne dzieła od falsyfikatów. Niestety, James zachorował na grypę tuż przed podróżą do Portugalii i musiał wysłać Katherine w zastępstwie. Rozradowana jego zaufaniem rzuciła wszystko, by zdążyć na samolot.

Andrew Hastings, z którym spotykała się od niedawna, był wielce z tego niezadowolony, głównie dlatego, że nie zgodziła się, by jej towarzyszył. Jednak Katherine była niewzruszona. Tak hojny klient zasługuje na pełną uwagę. Obraz pewnie trzeba będzie najpierw oczyścić, a to, w zależności od jego wieku i stanu, może potrwać. Andrew obraził się tak bardzo, że na lotnisku ze zdziwieniem odebrała od niego esemes z prośbą, by odezwała się po przylocie. Teraz jednak skupiła myśli na panu de Sousie. James wiedział zaskakująco mało o kliencie – tylko tyle, że dysponuje dziełem, które jego zdaniem może być cenne, i że gotów jest zapłacić wiele, by się o tym przekonać. Katherine szczerze pragnęła, aby pan de Sousa miał rację. Jeśli obraz jest niewiele wart albo, co gorsza, okaże się falsyfikatem, przykro będzie mu to zakomunikować.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział szofer. Katherine z uwagą spojrzała na wysoki mur i bramę zwieńczoną łukiem z kamiennym krzyżem. Za bramą ukazał się tak piękny widok, że Katherine poprosiła szofera, by jechał powoli przez bezkresne, pofałdowane ogrody z górami w tle. Sam dom, który spostrzegła dopiero po chwili, był jeszcze piękniejszy. Jego dwa skrzydła o białych ścianach i czerwonym dachu odchodziły od kamiennej wieży oplecionej winoroślą. Nim limuzyna zatrzymała się na okrągłym dziedzińcu, z budynku wybiegła niska pulchna kobieta. Spojrzała na gościa z widocznym zaskoczeniem.

– Lidio, to pani doktor Lister – powiedział Jorge, pomagając Katherine wysiąść z samochodu.

– Bem-vindo, witamy w Quinta das Montanhas, Doutora – zawołała kobieta.

Katherine uśmiechnęła się, zadowolona, że słyszy angielski, nieważne, że z silnym obcym akcentem.

– Dzień dobry. Cóż za piękny dom!

Kobieta pokraśniała z dumy.

– Senhor Roberto żałuje, że nie wita osobiście, ale zaraz przyjdzie. Chodźmy do pokoju – powiedziała.

Jorge chwycił bagaże i podreptał za kobietami.

Sympatyczna i energiczna Lidia poprowadziła Katherine przez rozległy, chłodny westybul o wysokim sklepieniu, a dalej kręconymi schodami o kunsztownej balustradzie z kutego żelaza. Wskazała jej wielki pokój o oknach z zewnętrznymi balustradami. Stała w nim szafa i ogromne łoże z rzeźbionego drewna przykryte białą narzutą. Katherine najbardziej zachwycił w tym momencie widok tacy z wodą mineralną i kubełkiem lodu.

Jorge położył bagaże na komodzie przy łóżku.

– Kiedy będzie pani gotowa, proszę przyjść na varanda.

Lidia otworzyła drzwi do łazienki.

– Pani potrzebuje, tak?

– Owszem. Obrigada – podziękowała Katherine tak entuzjastycznie, że kobieta uśmiechnęła się ze współczuciem.

– Przyniosę jedzenie, tak? – zaproponowała Lidia, ale Katherine pokręciła głową.

– Nie, dziękuję, jest za gorąco. Wystarczy mi woda.

Lidia szybko napełniła szklankę.

– Zaraz wrócę – powiedziała.

Katherine wypiła duszkiem wodę i opłukała się nad umywalką. Uczesała włosy i spięła je bardzo ciasno. Ubrała się w czarne lniane spodnie i białą bluzkę, po czym niechętnie założyła okulary w czarnej oprawce, używane do pracy przy komputerze. Miała nadzieję, że wyglądem zrobi właściwe wrażenie na kliencie, który musi być w odpowiednim wieku, skoro jest właścicielem takiej posiadłości i kupuje cenne obrazy. Wysłała esemes do Jamesa, przyjaciółki Rachel, a potem do Andrew, winiąc się za to, że pamięta o nim w ostatniej kolejności. Kiedy zabrała się za rozpakowanie bagażu, usłyszała nadjeżdżający samochód. W tym samym momencie do pokoju weszła Lidia.

– Ja zrobię. Pani proszę na dół. On już jest – powiedziała.

Katherine poszła za Lidią na parter, a stamtąd na długą werandę o rzeźbionych, kamiennych filarach oplecionych roślinnością. Mężczyzna w sportowej lnianej marynarce i dżinsach stał oparty o jeden z nich, spoglądając na ogród. Był dość wysoki i smukły. Miał grzywę czarnych kręconych włosów i profil, którego pozazdrościłby mu niejeden gwiazdor filmowy. Kiedy Lidia odezwała się, odwrócił się gwałtownie z uśmiechem, który zamarł mu na twarzy, gdy zobaczył Katherine.

– Doutora Lister – zaanonsowała ją Lidia w nieco teatralny sposób, a kiedy wyszła, na werandzie zapanowała niezręczna cisza.

– Doktor Lister to pani? – spytał w końcu mężczyzna.

Katherine z zaskoczeniem poczuła nagłą burzę hormonów.

– Tak, Katherine Lister – uśmiechnęła się uprzejmie.

Mężczyzna ukłonił się z gracją.

– Encantado. Jestem Roberto de Sousa. Przepraszam, że nie mogłem powitać pani osobiście.

– Nie szkodzi. Pańscy pracownicy zgotowali mi wspaniałe przyjęcie.

Roberto w niczym nie pasował do obrazu starszego biznesmena, który stworzyła sobie w wyobraźni. Miał pewnie tylko kilka lat więcej niż ona, dwudziestoośmiolatka. I mogłaby przysiąc, że gdzieś już go widziała. Nieco zbyt długie włosy, ciemne oczy i wydatne kości policzkowe zdawały się niepokojąco znajome w odróżnieniu od wyraźnej blizny na policzku, którą przecież trudno by było zapomnieć. Postanowiła przerwać niezręczną ciszę.

– Widzę, że jest pan zakłopotany – zauważyła.

– Spodziewałem się mężczyzny – odpowiedział dość obcesowo.

Katherine zastygła.

– Z tego, co wiem, pan Massey powiadomił pana, że mnie tu wysyła.

– Owszem, ale nie poinformował mnie, że ekspert, którego wysyła, jest kobietą.

– Jestem w pełni wykwalifikowana do tego, żeby dokonać ekspertyzy, której pan wymaga – powiedziała urażona Katherine. – To prawda. Mam mniejsze doświadczenie niż pan Massey, ale proszę mi wierzyć, bardziej niż wystarczające, żeby wydać profesjonalną opinię.

Mężczyzna nie odezwał się. Najwyraźniej zauroczenie nie było obustronne.

– Oczywiście, jeśli domaga się pan eksperta płci męskiej, wyjadę stąd natychmiast. Choć z chęcią napiłabym się wcześniej herbaty.

Roberto de Sousa spojrzał na nią zaskoczony. Klasnął w ręce i jakby za sprawą czarów pojawił się Jorge.

– Gdzie jest herbata dla doktor Lister? – spytał de Sousa.

– Proszę wybaczyć, pani doktor – powiedział Jorge. – Czekałem na Patrao.

– Trzeba było podać mojemu gościowi herbatę, nie czekając na mnie. – De Sousa groźnie zmarszczył brwi. – Proszę usiąść, pani doktor.

Jorge napełnił jedną filiżankę z delikatnej porcelany herbatą, a drugą czarną kawą. Zaproponował też Katherine ciasteczka, ale odmówiła mu z przyjaznym uśmiechem i usiadła.

Roberto de Sousa usiadł naprzeciw niej, pogrążając się znów w milczeniu. Poirytowana Katherine postanowiła, że tym razem nie przerwie ciszy. Co z tego, że jest zabójczo przystojny? Kiedy tylko wypije herbatę, poprosi, by odwieziono ją do Viana do Castelo.

– Proszę mi powiedzieć, jak dobrze zna pani Jamesa Masseya? – spytał w końcu.

– Całe życie.

– Jest pani krewnym?

– Nie, bliskim przyjacielem ojca. A skąd pan go zna?

– Słyszałem o nim wiele i poszperałem w internecie. Uznałem, że nikt lepiej nie zbada mojego obrazu. Kupiłem go za względnie niewielkie pieniądze.

– Ale uważa pan, że jest cenny?

Roberto wzruszył ramionami.

– Wartość nie ma znaczenia. Obraz nie jest na sprzedaż. Chodzi mi o stwierdzenie, kto jest autorem dzieła i kto został sportretowany. Jeśli zgodzi się pani go zbadać, będę wdzięczny… pani doktor.

W pierwszym momencie Katherine chciała odmówić, ale zwyciężyła ciekawość, a także świadomość, że reprezentuje Massey Gallery.

– Ponieważ zgodził się pan tak hojnie wynagrodzić moje usługi, nie mam innego wyboru – powiedziała.

– Dziękuję. Obejrzy pani obraz rano, w pełnym świetle, i powie mi, czego potrzebuje. Pan Massey uprzedził mnie, że przed wydaniem opinii obraz wymaga oczyszczenia. – Spojrzał na zegarek. – Pewnie jest pani zmęczona. Proszę odpocząć, a potem zapraszam na kolację.

Słysząc o posiłku, Katherine poczuła głód.

– Dziękuję, panie de Sousa – odparła i ruszyła na piętro po schodach, wyprostowana, jakby połknęła kij.

Roberto de Sousa odprowadził ją wzrokiem, po czym wrócił na werandę, pogrążony w myślach. Usiadł, bezmyślnie masując nogę, która dokuczała mu okropnie, ilekroć stał zbyt długo. Jego nieukrywane zaskoczenie faktem, że doktor Lister jest kobietą, z pewnością ją uraziło. Jeśli jednak jest dobrym ekspertem, teoretycznie nie stwarza to dla niego żadnego problemu. Teoretycznie, bo w praktyce wcale nie ma ochoty na towarzystwo kobiety teraz, kiedy jest oszpecony. Nawet takiej intelektualistki jak doktor Lister, z przyczesanymi skromnie włosami i w mało kobiecym stroju. Jedynymi osobami płci żeńskiej w Quinta były służące, a przecież dawniej ze wszystkich stron otaczały go piękne, podatne na jego wdzięki kobiety. Marszcząc brwi, dotknął palcem blizny. To między innymi przez nią pewnego dnia szczęście opuściło go na zawsze.

Katherine odzyskała równowagę dopiero, kiedy zaległa na łóżku z książką. Zachowanie Roberta de Sousy bardzo ją dotknęło. Zazwyczaj doskonale radziła sobie z płcią przeciwną dzięki pięknym kasztanowatym włosom i błyszczącym zielonym oczom. Zachowanie obecnego klienta świadczyło o tym, że zbyt skutecznie ukryła swoje walory. Ubodło ją to, że Roberto de Sousa najwyraźniej wolałby mężczyznę w roli eksperta. Jeśli obwieści mu, że obraz jest falsyfikatem lub dziełem mało wartościowym, pewnie nie przyjmie tego do wiadomości. Na szczęście Katherine może liczyć na poparcie Jamesa. Wyśle mu zdjęcia obrazu, żeby wydał ostateczny werdykt.

Katherine zastanawiała się wcześniej, czy zostanie poproszona o to, żeby towarzyszyć rodzinie zleceniodawcy przy kolacji, lecz jak na razie nie padło ani jedno słowo o żonie lub innych krewnych. Sam James wiedział o kliencie tak mało, że Katherine gubiła się w domysłach przez cały lot do Portugalii. Była zupełnie nieprzygotowana na własną reakcję na Roberta de Sousę, dziwną i dotąd jej nieznaną. Zaskoczyła ją także wrogość de Sousy, jego młody wiek i blizna na policzku. Wzruszyła ramionami. Udowodni, że jest lepszym ekspertem niż każdy mężczyzna. Byle tylko przeżyć tę kolację.

Choć Katherine miała wielką ochotę założyć zieloną sukienkę na ramiączkach podkreślającą zarys bioder, niechętnie wybrała skromną, czarną. Bez biżuterii i tylko z bardzo delikatnym makijażem odegra dziś perfekcyjnie rolę intelektualistki przed mężczyzną, którego sarkazm i melancholia tak bardzo ją intrygują. Każdy inny Portugalczyk w jego wieku byłby znacznie bardziej otwarty. Może chodzi o bliznę…

Tuż przed ósmą lekko zdyszana Lidia oznajmiła, że Senhor Roberto oczekuje gościa. Katherine poprawiła w lustrze fryzurę. Wraz z Lidią zeszła krętymi schodami do westybulu, skąd Jorge zaprowadził ją na werandę wyglądającą jeszcze bardziej zachęcająco dzięki subtelnemu oświetleniu ukrytemu wśród zieleni wijącej się po filarach.

Roberto de Sousa podniósł się wolno z trzcinowego fotela. Wpatrywał się w nią bez słowa, zauroczony elegancją gościa. Po chwili otrząsnął się i przywitał Katherine.

– Lidia nie była zachwycona pomysłem kolacji na werandzie – rzekł, prowadząc ją do stołu. – Mam nadzieję, że pani się tu podoba.

Wybrał werandę nie bez powodu. Wolał przyćmione światło, w którym mniej widać bliznę.

– Owszem – zapewniła go, zauważając, że stół nakryty jest dla dwóch osób. Ani śladu żony. Przynajmniej tutaj.

Podsunął jej krzesło.

– Czego się pani napije? Może ginu z tonikiem? – zaproponował, ale Katherine poprosiła o wino.

Roberto sięgnął po butelkę w kubełku z lodem, wyciągnął korek i napełnił dwa kieliszki, którymi się stuknęli.

– Za co wypijemy? – spytał.

– Może za udaną ekspertyzę? – zaproponowała Katherine.

Skinął głową.

– Za sukces!

Dobrze schłodzone wino idealnie pasowało do gorących przystawek, które podał Jorge.

– To nasz narodowy przysmak, bolinhas de bacalhau, kotleciki rybne. Próbowała ich już pani? – spytał Roberto.

– Nie, ale pachną cudownie – odparła, sięgając po smażoną kuleczkę. – A smakują jeszcze lepiej. Na pewno nie zapomnę mojego pierwszego dania w Portugalii.

– Nie jadła pani nic od przyjazdu? – spytał zdziwiony.

– Lidia proponowała mi, ale było zbyt gorąco.

– W takim razie proszę sobie nałożyć więcej.

– Nie, dziękuję – odmówiła stanowczo. – Nie dałabym rady zjeść głównego dania.

– Ryzykuje pani, że szef kuchni się obrazi.

Szef kuchni! Katherine przełknęła ostatni kęs i postanowiła wcielić się w rolę uprzejmego gościa.

– Od dawna pan tu mieszka?

– Nie mieszkam tutaj, pani doktor. – Uśmiechnął się smutno. – Quinta das Montanhas to tylko dom letni, mój azyl, w którym od czasu do czasu kryję się w samotności.

Niezły dom letni!

– Cóż za piękny zakątek świata – westchnęła Katherine. – Ale dla mnie zupełnie nieznany. W odróżnieniu od wielu innych Brytyjczyków jeszcze nigdy nie byłam w Portugalii.

– W takim razie trzeba się postarać, żeby to był niezapomniany pobyt.

Mimo wyraźnej rezerwy Roberto de Sousa okazał się doskonałym gospodarzem. Jednak Katherine trudno było się odprężyć, kiedy jedli pachnącego ziołami kurczaka z grilla.

– Czy jedzenie pani smakuje? – spytał Roberto, dolewając jej wina.

Pokiwała uprzejmie głową.

– Wyrazy uznania dla szefa kuchni. Jest prawdziwym geniuszem.

Spojrzał na nią z rozbawieniem.

– Żartowałem. Gotuje Lidia, żona Jorge’a.

– W takim razie ona jest geniuszem. – Katherine uśmiechnęła się ciepło do Jorge’a, który przyszedł zebrać talerze. – Przepyszne jedzenie. Proszę podziękować żonie.

Jorge pokraśniał z zadowolenia.

– Dziękuję bardzo. Czy ma pani ochotę na deser?

– Nie, przykro mi, ale nie mam już miejsca w żołądku.

Jorge uśmiechnął się do Katherine tak serdecznie, że Roberto aż uniósł brwi ze zdziwienia.

– Może w takim razie kawa lub herbata?

– Nie, dziękuję.

– Ja poproszę o kawę – powiedział gospodarz. – I przynieś dla pani wodę mineralną.

Kiedy w chwilę później Roberto poinformował Jorge’a, że nie będzie już potrzebny, Katherine rozparła się wygodnie na krześle, spoglądając na księżyc, którego blask dodawał uroku scenerii.

– Mam nadzieję, że konieczność zastąpienia pana Masseya nie sprawiła pani specjalnego kłopotu? – spytał gospodarz.

Pokręciła głową.

– Żadnego, z którym nie potrafiłabym sobie poradzić – odparła.

– To dobrze. Proszę mi powiedzieć, czym dokładnie zajmuje się pani w galerii?

– Głównie przetrząsaniem internetu w poszukiwaniu niezidentyfikowanych lub nieprawidłowo skatalogowanych dzieł, na które nikt nie zwraca uwagi. To bardzo pasjonujące.

– Mam nadzieję, że zaciekawi panią mój obraz – powiedział Roberto.

– Ja również – odparła z zapałem.

– Cóż za szczera odpowiedź!

– Kiedy okazuje się, że obraz jest falsyfikatem lub kopią, właściciela zawsze informuje o tym James.

– Aha, czyli pani nie ma ochoty przekazywać mi takiej informacji?

– Zgadza się. Ale w razie konieczności będę musiała.

– Bez obaw, doktor Lister. Nie będę kwestionować pani ustaleń ani winić, jeśli mój obraz okaże się podróbką.

– Dziękuję. Prawdę mówiąc, bałam się tego, kiedy… – Zarumieniła się.

– Kiedy co?

– Kiedy tak bardzo zaskoczyło pana to, że jestem kobietą.

– Wyłącznie dlatego, że spodziewałem się mężczyzny – odparł. – Skoro jednak pan Massey ufa pani absolutnie, ja również pani ufam.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. Jeszcze trochę wina?

– Raczej wody. Jutro będę się bawiła w detektywa, więc muszę mieć sprawny umysł.

Na twarzy Roberta pojawił się wyraz rozbawienia.

– Traktuje pani swoją pracę jako rozwiązywanie zagadek? – spytał zaintrygowany.

– W pewnym sensie. Ustalanie autentyczności zaginionych dzieł jest niezwykle ekscytujące.

– Może mój obraz okaże się jednym z nich.

– Czy domyśla się pan, kto może być jego autorem?

– To bardziej nadzieja niż domysły. Ale nie powiem nic, póki nie usłyszę pani zdania. Jak wcześnie pani wstaje? – spytał.

– W dni powszednie bardzo wcześnie, ale dostosuję się do pana.

Roberto poczuł, że przy pierwszym spotkaniu zachował się niezbyt przyjaźnie i postanowił naprawić błąd.

– Zanim zaczniemy rano, być może miałaby pani ochotę rozejrzeć się po ogrodzie? Taki mały spacer przed pracą detektywistyczną.

Katherine zrozumiała natychmiast, że jest to gest pojednania.

– Z chęcią. A teraz już się pożegnam.

– Śniadanie przyniosą pani do pokoju. Spotkamy się tu o dziewiątej. Spokojnych snów.

Uśmiechnęła się uprzejmie.

– Dzień był tak pełen wydarzeń, że z pewnością zaraz zasnę. Nie mogę zrozumieć, dlaczego nigdy wcześniej nie odwiedziłam pańskiego kraju.

– Nie pochodzę z Portugalii – powiedział Roberto. – Quinta das Montanhas to mój azyl, ale dom rodzinny mam w Rio Grande do Sul na południu Brazylii, czyli jestem gauchem – wyjaśnił, składając głęboki ukłon.

Natychmiast stanął jej przed oczami widok pampy i bydła wypasanego przez gauchów, pasterzy w płaskich kapeluszach i skórzanych bryczesach.

– Ma pan tam ranczo? – spytała zaintrygowana.

– Mieszkam na ranczu ojca. Jeździłem konno, gdy tylko zacząłem chodzić, ale już nie mogę spędzać wielu godzin w siodle. – Posmutniał i sięgnął po laskę, żeby odprowadzić Katherine do holu. – Pewnie zdążyła pani zauważyć, że utykam.

– Nie, nie zauważyłam – zaprzeczyła Katherine z taką szczerością, że oblicze Roberta rozjaśniło się nieco. – Wypadek?

– Tak, samochodowy. – Wzruszył ramionami. – Ale, jak widać, przeżyłem. Dobranoc, pani doktor.

Katherine nie mogła zasnąć. Składała to na karb świecącego jasno księżyca, ale prawdziwym winowajcą był Roberto de Sousa. Bardziej cieszyłaby się tym niewątpliwym zauroczeniem, gdyby było obopólne. Zżerała ją ciekawość, co za wypadek pozostawił bliznę na jego twarzy i sprawił, że utyka. Pierwszym, co zauważyła, była gracja ruchów i ogłada gospodarza. No i oczywiste niezadowolenie, że ekspertyzę ma wydać kobieta. Modliła się, żeby dzieło okazało się w na tyle dobrym stanie, by zidentyfikowanie go przyszło bez trudu. W pewnym sensie żałowała, że James Massey nie mógł tu przyjechać. Jednak wtedy nie poznałaby Roberta de Sousy, najatrakcyjniejszego mężczyzny, jakiego spotkała w życiu. Nieważne, że ma bliznę i jest niezbyt sympatyczny.

Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak zareagowałby Andrew Hastings, gdyby opowiedziała mu o swoim gospodarzu i jego wspaniałej posiadłości. Znała Andrew krótko, ale już zauważała w nim cechy, które nie wróżyły dobrze temu związkowi. Choć Katherine uwielbiała męskie towarzystwo, do tej pory nie związała się z nikim poważnie. Praca była zawsze ważniejsza. Jako nastolatka została sierotą, przez co miała silne poczucie niezależności. Nie narzekała na samotność, ponieważ dzieliła dom odziedziczony po ojcu z dwoma kolegami ze studiów. Każde z nich zajmowało osobne piętro, a Hugh i Alastair płacili jej godziwy czynsz. Tylko Andrew nie aprobował takiej sytuacji i zaczął ostatnio naciskać, by przeprowadziła się do niego. Odmowa wywołała dalsze spięcia, a jej nagły wyjazd do Portugalii w dniu, kiedy mieli pójść na festiwal operowy, przepełnił czarę goryczy. Jednak poczucie obowiązku było dla Katherine ważniejsze niż Wesele Figara. Poza tym nie miała ochoty kontynuować znajomości z mężczyzną tak różnym od niej światopoglądowo.

Pomimo źle przespanej nocy Katherine obudziła się wcześnie. Po prysznicu ubrała się w to, co nazywała „mundurem”, czyli dżinsy i bawełnianą koszulkę, a włosy spięła gumką. Pukanie do drzwi obwieściło przybycie Lidii.

– Dzień dobry – przywitała się z uśmiechem, stawiając tacę na stoliku.

Katherine odwzajemniła uśmiech.

– Dzień dobry. I dziękuję.

– Wystarczy na śniadanie, czy przynieść jajecznicę na bekonie?

Katherine zapewniła ją, że bułeczki i owoce to aż nadto i serdecznie podziękowała.

– Czy możesz poprosić Jorge’a, żeby pomógł mi znieść statyw i walizkę?

– Oczywiście.

W domu Katherine nigdy nie miała czasu na takie śniadania. Usiadła przy otwartym oknie i zaczęła jeść bez pośpiechu, spoglądając na cudowny ogród. Cieszyła się, że może go podziwiać i że poznała Roberta de Sousę. Bardzo seksownego gaucha.

Kiedy jednak przyszła na werandę, seksowny gaucho wyglądał na bardzo znużonego. W podkrążonych oczach czaił się ból.

– Czy dobrze pani spała?

– Bardzo dobrze, dziękuję.

Roberto spojrzał z zainteresowaniem na statyw i metalową walizkę.

– To pani warsztat pracy?

Skinęła głową.

– Fotografuję obrazy, żeby zarejestrować ich stan początkowy, a potem w kolejnych etapach pracy. W walizce mam rozmaite przybory i rozpuszczalniki do wstępnego czyszczenia. To dość brudna robota, więc potrzebuję odpowiedniego miejsca, dobrze oświetlonego, ale osłoniętego od słońca.

– Zajmę się tym. Czy nadal ma pani ochotę na spacer?

– Oczywiście. Z chęcią obejrzę ogród.

– W takim razie ruszajmy. – Roberto sięgnął po laskę.

– To nie będzie dla pana wysiłek? – spytała i natychmiast pożałowała swoich słów widząc, jak Roberto zaciska wargi.

– Zapewniam, że całkiem dobrze kuleję.

Katherine zarumieniła się.

– Przepraszam…

– Nie, to ja przepraszam. – Uśmiechnął się z przymusem. – Chodźmy, pokażę pani basen.

Po drodze spotkali dwóch ogrodników, starszych, uśmiechniętych mężczyzn. Roberto zatrzymał się, by z nimi pogawędzić.

– Widać, że pana lubią – skomentowała Katherine.

– Znają mnie od dziecka. Quinta das Montanhas była rodzinnym domem mojej matki. A teraz należy do mnie.

– Matka zapisała go panu?

– Nie, podarowała. Żyje i ma się dobrze. Ale od czasu, kiedy ojciec porwał ją i wywiózł do Brazylii, bywa tu rzadko. Nie lubi długich podróży samolotem.

– Rozumiem ją doskonale. Przelot tutaj był dla mnie wystarczająco uciążliwy. Ach! Kort tenisowy! – zawołała z zachwytem.