Lato na Rodos - Katarzyna Ryrych - ebook + książka

Lato na Rodos ebook

Katarzyna Ryrych

4,5

Opis

Nagroda główna w 5. Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży.

Turet wymachuje rękami i zaczyna każde zdanie od: „Uh-duh-duh”. Porszak nie lubi się przytulać i układa kamienie od największego do najmniejszego. Został tak nazwany przez Tureta, który kiedyś usłyszał, że jego przyjaciel „ma auto”. Ale to jeszcze nie wszyscy mieszkańcy RODOS, czyli Rodzinnych Ogródków Działkowych (Ogrodzonych Siatką). W Dziczy, czyli najbardziej niedostępnym i zarośniętym zakątku ogródków, chłopcy spędzają lato w towarzystwie Gabaryta, Pandy, Szmirabelli oraz pracującego nad eliksirem szczęścia Wuja Kukułki. To dzięki nim mogą wreszcie poczuć się „normalnie”. Chociaż czy normalność w ogóle istnieje? Może została wymyślona przez ludzi, którzy nie potrafią dostrzec sensu w układaniu kamieni?

Katarzyna Ryrych – jedna z najczęściej nagradzanych i najbardziej cenionych polskich autorek piszących dla dzieci i młodzieży. Zdobyła m.in. pierwszą nagrodę w 2., 3. i 5. edycji (w tej ostatniej także Grand Prix) Konkursu Literackego im. Astrid Lindgren (za „Wyspę mojej siostry”, „O Stephenie Hawkingu, czarnej dziurze i myszach podpodłogowych” oraz „Lato na Rodos”), a także nagrodę główną w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY 2017 za „Łopianowe pole”. Kocha zwierzęta, maluje, gra na wiolonczeli i fortepianie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 126

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (62 oceny)
40
15
5
1
1
Sortuj według:
Lusia5

Całkiem niezła

Ładna opowieść, szkoda tylko, że nieprawdziwa. Autyzm tak nie wygląda, to taka fantazja autorki na temat. Bohaterowie, którzy niby są "inni", przez co odrzuceni, wcale inni nie są, są bardziej zwyczajni i normalni, niż tzw."przeciętni". Dydaktyczna historyjka bez interesującego zakończenia.
10
MgsKozak

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka dla młodzieży. Porusza ważne tematy. Pozwala poznać i zrozumieć świat dzieci autystycznych. Jednocześnie wciągająca i pięknie napisana
00

Popularność




Katarzyna Ryrych

LATO NA RODOSFragment

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

***

Rodos, największa spośród dwunastu wysp greckiego archipelagu Dodekanez, nie bez powodu nazywana jest „wyspą słońca”. To właśnie tu, według starożytnych, najchętniej przesiadywał bóg Helios. Rodos okalają złociste plaże Mórz Egejskiego i Śródziemnego, idealne na wakacyjny relaks. Tętniąca życiem stolica wyspy, miasto Rodos, ma do zaoferowania mnóstwo niesamowitych bulwarów z kawiarniami.

wpodrozy24.pl

Rozdział pierwszy

Walory klimatyczne i zabytki sprawiają, że Rodos to druga z wysp greckich (po Krecie) najchętniej odwiedzanych w celach turystycznych i wypoczynkowych. Ruch turystyczny obsługiwany jest przez port lotniczy znajdujący się 11 kilometrów na zachód od stolicy.

pl.wikipedia.org

Kiedy myślę o lecie 2018 roku, robi mi się smutno, bo następne takie wydarzy się dopiero za sto trzydzieści lat.

Nie chodzi o to, że umrę, ale o to, że nie mam pewności, co stanie się ze mną po śmierci. Bo jeśli tam nic nie ma, to nie jest to w żadnym stopniu pocieszające.

Nic nie słyszeć, nic nie czuć, no i niczego nie widzieć.

Konkretnie chodzi mi o zaćmienie Księżyca, które oglądałem, leżąc na dachu. Lepka po upalnym dniu papa kleiła się do stóp i do starego koca, który przyniósł Turet. Pachniało smołą, eliksirem Wuja Kukułki i kurzem.

Ale i tak było pięknie. Księżyc wisiał nad Rodos ogromny i czerwony, spuchnięty, zupełnie jakby go osa użądliła.

A kiedy spojrzałem w drugą stronę, dostrzegłem gwiazdy. Bardzo, bardzo dużo gwiazd.

– Uh-duh-duh… – powiedział Turet, więc ostrzegawczo podniosłem rękę.

Na pewno by mnie nie dotknął, ale jeszcze tego brakowało, żeby ktoś zobaczył, jak leżymy na dachu. Raczej nikt nie zrobiłby nam niczego, jednak o tej porze dzieciaki w naszym wieku powinny być w domu.

Fakt, że dorosłych niewiele to obchodziło. Spali albo urządzali grilla na balkonie czy przed blokiem, szczęśliwi, że nas nie widać ani nie słychać.

Pomyślałem sobie, że rodzice Tureta naprawdę są szczęśliwi, kiedy Turet milczy. Bo gdy otwierał usta, zaczynał od swojego „uh-duh-duh”, a potem wymachiwał rękoma i z szybkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie słowa znane jedynie letnim rezydentom Rodos. Słowa, które szokowały zwyczajnych ludzi.

To lato wydarzyło się właśnie dzięki Turetowi. Zaczęło się od tego, że zabrakło dla mnie miejsca na turnusie, a Tureta nikt przy zdrowych zmysłach nie zintegrowałby z innymi dzieciakami.

W zasadzie miałem powiedzieć: „Z normalnymi dzieciakami”, ale przypomniałem sobie to wszystko, co przez cały ubiegły rok tłumaczył mi Makmarfi.

Że nie ma wyraźnej granicy między tym, co normalne, a tym, co nienormalne, chyba że ktoś słyszy głosy albo widzi rzeczy, których nie ma.

Ale to też nic pewnego, bo tak naprawdę to nikt nie napisał czarno na białym, że to jest takie, a tamto inne. I że coś jest, a czegoś nie ma.

Wracając do obozu – bardzo się zmartwiłem takim stanem rzeczy, bo oznaczało to siedzenie w mieście.

– Uh-duh-duh – powiedział Turet. – Sami sobie zrobimy wakacje.

Usiadł trochę za blisko mnie i przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz oprze się o ściankę mojej bańki mydlanej, ale tego nie zrobił.

Jeśli o to chodzi, to Turet był prawdziwym przyjacielem. Szybko zrozumiał, że nie lubię, kiedy się mnie dotyka, nawet gdy nie potrafiłem przejść przez siatkę. Po prostu czekał, aż sobie poradzę.

Nie próbował pytać, o czym myślę, gdy się nie odzywałem. Ani podawać mi bluzy, kiedy było zimno.

Pewnie rozumiał to, bo był starszy ode mnie.

Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego prowadza się z kimś takim jak ja, ale chyba czuł się dobrze w moim towarzystwie.

Być może chciał mieć młodszego brata.

Co nie oznaczało, że ja chciałem mieć starszego.

Trochę się zdziwiłem, jak się okazało, że Turet nie ma na imię Turet, tylko jest chory na coś, co się tak nazywa.

Ta choroba na sto procent nie była zakaźna, bo często piliśmy mineralkę z jednej butelki i nie zauważyłem, abym zaczynał każde zdanie od „uh-duh-duh”.

Ale i tak bardziej podobało mi się Turet niż Heniek.

– Sami sobie zrobimy wakacje – powtórzył Turet.

Nie zapytałem gdzie, no wiedziałem, że ma jakiś plan. Układałem na krawężniku kamyki od największego do najmniejszego, a potem zmieniałem kolejność, żeby było sprawiedliwie.

– Uh-duh-duh. – Turet podał mi jeszcze jeden kamyk. – Na Rodos.

Rodos. „Wyspa na Morzu Egejskim” – pomyślałem. Studiowanie atlasu geograficznego, który znalazłem u ojca w pokoju, należało do moich ulubionych zajęć. Wystarczyło, abym raz spojrzał na mapę, i zapamiętywałem każdy, nawet najmniejszy szczegół.

– Trochę daleko – powiedziałem, ale Turet wyszczerzył zęby w uśmiechu.

A potem kiwnął głową tak samo, jak kiwał na swojego psa.

To znaczyło: „Chodź i nie pytaj o nic”. Turet często posługiwał się tym, co dorośli nazywają mową ciała.

Poszliśmy przez osiedle, dziwnie puste, bo większość dzieciaków siedziała w domu – było tak gorąco, że podeszwy kleiły się do asfaltu.

Pomyślałem, że to dobrze, że moje kamyki zostały na krawężniku, bo gdyby jakimś trafem zostały wdeptane w alejkę, nigdy nie mógłbym odwrócić ich kolejności.

Na skraju osiedla Turet przystanął i trochę pomachał rękami, a ja w tym czasie odtworzyłem sekwencję, w jakiej zostawiłem kamienie.

Przeszliśmy przez stare tory tramwajowe, które tak wrosły w ziemię, że nawet najbardziej uparci złomiarze nie byli w stanie ich ruszyć.

Za torami rozciągał się kawałek czegoś, co dawno temu miało być terenem rekreacyjnym, a nigdy się nim nie stało, bo miastu zabrakło pieniędzy i plan wziął w łeb.

A za tym wszystkim rozciągały się ogrodzone siatką niewielkie ogródki.

– Uh-duh-duh – powiedział Turet, wskazując bramę.

„Rodzinne Ogródki Działkowe” – głosiła biała tablica.

– Rodos – wyjaśnił, pokazując palcem, i zarechotał. – Rodzinne Ogródki Działkowe. Ogrodzone Siatką.

Oświeciło mnie. Pierwsze litery naprawdę układały się w to słowo. A my dostaliśmy się na teren ogródków przez dziurę w siatce.

Pachniało kiełbasą pieczoną na grillu i pomyślałem, że tylko idiota miałby ochotę na coś podobnego w taki upał.

Ale oczywiście to była kwestia upodobań.

Szliśmy główną alejką i nikt nie zwracał na nas uwagi. Ludzie pewnie myśleli, że przyszliśmy tu z rodzicami, i modliłem się, aby Turet nie dostał jednego ze swoich napadów.

Ktoś chyba mnie wysłuchał, bo bez problemu dotarliśmy na sam koniec alejki, gdzie altany nie przypominały już niewielkich domków, lecz zwyczajne drewniane budy.

Te były nieogrodzone, zarośnięte, ale moim zdaniem wyglądały o wiele sympatyczniej niż tamte, bielutkie, ze starannie przyciętymi trawnikami i z krasnalami wyglądającymi z paproci.

– Tu – oznajmił Turet.

Krótkie, proste zdania wychodziły mu bez problemów. A ja nie potrzebowałem więcej informacji.

Przedarliśmy się przez jakieś kłujące krzaki i zdrowo podrapani dobrnęliśmy do drewnianej budki.

Turet wyjął z kieszeni kawałek czegoś, co wyglądało jak pilnik, wsadził go w ucho, w którym tkwiła kłódka, i pociągnął.

Drzwi otworzyły się, cicho skrzypiąc.

Zapachniało sianem, zupełnie jakbyśmy weszli do stodoły.

Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, dostrzegłem leżący na podłodze siennik, tuż obok okrągły metalowy stolik i dwa drewniane krzesła. Turet schylił się i wyjął spod siennika latarkę.

– Uh-duh-duh – powiedział, a w jego głosie brzmiała duma. – Moje dzieło.

Było się czym chwalić. I w jednej chwili wszystko zrozumiałem. Na dodatek przypomniałem sobie, że w moim pokoju pod łóżkiem, w pudełku z przydatnymi drobiazgami, leży duża, ciężka kłódka.

Turet powiesił latarkę na wbitym w ścianę gwoździu i usiedliśmy na sienniku.

– Uh-duh-duh, ho-hotel Ho-holidej – powiedział.

W powietrzu było tyle kurzu, że zakręciło mnie w nosie, i siłą powstrzymałem się, aby nie kichnąć.

Ale rzecz jasna nawet gdybym kichnął, nikt by mnie nie usłyszał. Bo chyba nikogo nie interesowało, co się dzieje w tej części ogródków.

Turet zachowywał się tak, jakby był u siebie w domu, no i pewnie był, bo zadbał o wszystko. Wyjął ze skrzynki stojącej za siennikiem butelkę mineralnej i dwa plastikowe kubki.

– Nie lubię z plastiku – przypomniałem mu.

Zmartwił się i obiecał, że przyniesie zwyczajny kubek, a na razie mogę pić z butelki. Patrzyłem, jak pije z plastikowego kubka, i ciarki przechodziły mi po plecach. Zdecydowanie wolałem szkło. Było twarde, chłodne. Stabilne.

Plastik można było zmiąć jak kartkę papieru. A ja lubiłem trwałe rzeczy. Na przykład kamyki.

Nie wiem, jak długo siedzieliśmy w naszej budzie. Nie gadaliśmy, tylko patrzyliśmy na kurz, który unosił się za każdym razem, kiedy poklepałem siennik.

Było tak dobrze, że nie miałem ochoty iść do domu, ale Turet powiedział, że musimy. Z początku odmówiłem współpracy, ale kiedy zaczął się denerwować, ustąpiłem.

Ostatecznie jutro też był jakiś dzień.

Moi rodzice wcale się o mnie nie martwili. Nie wiem, czemu wbili sobie do głowy, że przez cały dzień bawię się kamykami. Jakbym nie miał nic lepszego do roboty.

Kamyki. Kiedy wróciliśmy przed blok, sprawdziłem, czy są na swoim miejscu. Były wszystkie.

Bo komu przyszłoby do głowy ukraść zwyczajne szare kamienie, jakich mnóstwo poniewiera się w piaskownicy?

Dobrze, że nikt nie wiedział, jakie mają dla mnie znaczenie. Zebrałem je z ziemi i schowałem do kieszeni.

Pomachałem ręką Turetowi.

A potem wszedłem do klatki. Było ciemno, bo ktoś znowu wykręcił żarówkę, ale znałem te schody na pamięć. Wystarczyło raz je policzyć, a później wszystko szło gładko.

Kiedy pojawiała się nowa żarówka, lubiłem pokonywać stopnie z zamkniętymi oczami, żeby nie wyjść z wprawy. Na wszelki wypadek.

Jak już znalazłem się w domu, to podszedłem do okna i wyjrzałem na podwórko. Na ławce przy piaskownicy siedział Turet i palił papierosa. Mówiłem mu wiele razy, że to nie jest zdrowe, ale chyba do niego nie dotarło.

Widziałem kiedyś zdjęcie płuc palacza i wolałbym, żeby Tureta coś takiego nie spotkało, ale wcale się tym nie przejął. Tylko tyle, że zaczął się przede mną ukrywać.

Pomyślałem, że jeżeli będę spędzał z nim dużo czasu, to będzie go mieć mniej na papierosy.

Najpierw próbowałem sobie tłumaczyć, że Turet chce przestać palić i z tego powodu spędza czas ze mną, ale okazało się, że mnie lubi.

Sam to powiedział.

– Uh-duh-duh, Porszak, równy z ciebie ziomal.

Porszaka wymyślił w rewanżu za Tureta, bo mu się skojarzyło z autem, i wkrótce cała dzielnia – tak nazywał dzielnicę – wołała na mnie Porszak.

Oczywiście moi rodzice musieli się o tym dowiedzieć. Matka się bardzo zdenerwowała, a tata stwierdził, że Turet to sprytnie wymyślił. I kiedy mama nie słyszała, sam się tak do mnie zwracał.

Jeżeli chodzi o mnie, to byłem naprawdę ciekawy, dlaczego i za co Turet mnie polubił. Pewnie miał swoje powody.

A za co ja lubiłem Tureta, to chyba już powiedziałem.

No i oczywiście byłbym zapomniał o Rodos. Gdyby nie Turet, siedziałbym całe lato pod blokiem jak ten pies.

Rozdział drugi

Główną wieczorną atrakcją jest oczywiście stolica wyspy ze średniowieczną starówką.

Zakwaterowanie na Rodos: wyspa ma rozbudowaną ofertę hotelową. Można tu znaleźć zarówno luksusowe apartamenty, jak i sporo tańsze hostele. Planując pobyt większej grupy, warto zainwestować w wynajem domku. Tygodniowy pobyt w czerwcu dla 6 osób to koszt około 7000 zł.

podroze.gazeta.pl

Nasze Rodos było o wiele fajniejsze niż to drugie, prawdziwe. Chociaż nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że prawdziwe jest nasze, nie tamto.

Oczywiście przeczytałem wszystko na temat wyspy na Morzu Egejskim, z detalami, i opowiedziałem o tym Turetowi.

– Uh-duh-duh, Porszak, ty masz łeb… – stwierdził.

A potem doszliśmy do wniosku, że nasze Rodos też można byłoby pokazywać turystom. Oczywiście nie to piękne, ze ślicznymi altankami, klombikami i krasnalami, bo to wszystko można było zobaczyć w willowej części miasta.

Prawdziwa egzotyka zaczynała się tam, gdzie kończył się asfalt. Czy tam, gdzie kończyła się cywilizacja.

Sądzę, że gdyby ktoś wymyślił konkurs na najbardziej niesamowity budynek, to w ogródkach należałoby szukać zwycięzców.

Nasza drewniana szopa była najmniej pomysłowa, zwyczajna buda z oknem zabitym kawałkiem dykty i drzwiami zamykanymi już na porządną kłódkę, do której mieliśmy dwa klucze.

Jeden mój, a drugi Tureta.

Kilka metrów od nas stała naprawdę fantastyczna budowla – cała ze starych okien. Niektóre z nich zostały zamalowane, żeby nie było widać, co dzieje się w środku. A działo się coś naprawdę ciekawego.

Właścicielem, a zarazem twórcą tej konstrukcji, był Wuj Kukułka.

Turet wyjaśnił mi, skąd wzięło się to przezwisko. Otóż Wuj Kukułka mniej więcej co godzinę wyglądał ze swego domku, żeby sprawdzić, co się dzieje na Rodos. Tak jak drewniany ptaszek w zegarze.

Kukułka miał swoje powody, aby się rozglądać. Nie chciał, żeby ktokolwiek wszedł do jego domku i zobaczył, co on tam robi.

Ja oczywiście należałem do wybranych, którym wyjaśnił, czym się zajmuje. Otóż zgodnie z tym, czego się dowiedziałem, Kukułka od lat pracował nad eliksirem szczęścia. Nawet pozwolił mi obejrzeć swoje laboratorium. Stała tam niewielka elektryczna fajerka, a na niej bańka po mleku, nad którą wisiały jakieś szklane rurki.

Eliksir kapał do szklanej kolby, a Wuj Kukułka pociągał nosem i z dezaprobatą kręcił głową.

– I jak? – zapytałem.

– Nie to, zupełnie nie to – odparł i kazał mi zwiewać (oczywiście wyraził to trochę inaczej) i nie mówić nikomu, co się tu dzieje.

Bo jeśli, nie daj Boże, ktoś by usłyszał o pracach prowadzonych w jego zaciszu, on, Kukułka, miałby potężne kłopoty.

Obiecałem, że nie pisnę ani słowa. Taki eliksir to poważna rzecz i pewnie było wielu chętnych, aby poznać jego recepturę. Lub przynajmniej ukraść gotowy produkt.

Poza tym, że Wuj Kukułka nie lubił opowiadać o swoich eksperymentach, można było z nim porozmawiać o różnych ciekawych rzeczach. Na przykład o tym, jak za młodych lat polował na pstrągi za pomocą prądu.

Albo jak otworzyć zamek pneumatyczny w samochodzie przeciętą na pół piłką tenisową.

To była ciekawa i przydatna wiedza. Szkoda, że nie spotkałem go wcześniej, bo rok temu tata zatrzasnął sobie kluczyki w samochodzie i musiał wzywać machera. Zapłacił za to stówkę i był bardzo zły, bo akurat planował inne wydatki.

Po drugiej stronie ścieżki rozciągała się posiadłość Szmirabelli. Można byłoby powiedzieć, że podobnie jak jej właścicielka nosiła ślady dawnej świetności, tylko że Szmirabella wyglądała o wiele gorzej niż jej buda.

Z budy przynajmniej nie odpadał brązowy lakier.

Szmirabella jednak nic sobie z tego nie robiła, tylko spędzała cały czas na czytaniu magazynów dla kobiet, które wyciągała z osiedlowego pojemnika na papier.

Niektóre historie – szczególnie te opatrzone tytułem „prawdziwe” albo „z życia wzięte” – odczytywała głośno, często nawet po kilka razy, a potem zaczynała wycierać oczy chustką. Nie pierwszej czystości ona była.

Wyjaśniłem jej, że to droga do zapalenia spojówek, ale kazała mi spadać.

– Uh-duh-duh – powiedział Turet – to nieładnie tak brzydko mówić do małego chłopca.

Tak jakbym nie słyszał gorszych słów od niego samego, ale to inna sprawa. Wracając do Szmirabelli – w budce stała szafa biblioteczna pełna książek, które nazywały się harlekiny. Ogólnie były głupie. Wystarczyło przeczytać jedną, żeby wiedzieć, o czym były inne.

Okładki tych książek zabawnie wyglądały. Panowie w garniturach i panie w nocnych koszulach. To nie pasowało jedno do drugiego.

Turet też nie czytał harlekinów, ale ciągle przynosił Szmirabelli nowe. Podejrzewam, że kradł je w jakimś kiosku, bo przecież nie miał aż tyle pieniędzy.

Wiedziałem, że to nie w porządku, ale Szmirabella nie miała nikogo, kto zrobiłby jej przyjemność. I prócz czytania tej szmiry nie miała nic lepszego do roboty.

Kolejnym ciekawym człowiekiem był Panda. Nazywaliśmy go tak dlatego, że ciągle miał pod oczami ciemne sińce, jakby rozmazał mu się tusz.

Zawsze wyglądał tak, jakby był niewyspany, i nie rozstawał się z niewielką glinianą fajeczką.

Zdaje się, że miał naprawdę dużo pieniędzy, ale z niewiadomych przyczyn trzymał się swojej starej budy, którą starannie zamykał na kilka zamków.

– Uh-duh-duh – ostrzegł mnie pewnego dnia Turet, kiedy próbowałem zajrzeć przez szparę do środka – nawet tam nie podchodź.

To oznaczało, że Panda też jest naukowcem i pracuje nad czymś znacznie ciekawszym niż eliksiry Wuja Kukułki.

Tak czy inaczej, sądząc po opakowaniach po różnych produktach, które Panda wyrzucał do worka na śmieci, byłoby go stać na piękny domek.

„Może po prostu lubi swoją budę” – pomyślałem, kiedy któregoś razu podał mi reklamówkę pełną smakołyków.

Nie były to tanie łakocie z Żabki czy Biedronki, ale prawdziwe frykasy.

– Suszone owoce – wyjaśnił Panda i byłby poklepał mnie po ramieniu, gdyby Turet nie powiedział mu, że tego nie lubię.

To właśnie jeden z problemów, jakie mieli ze mną rodzice. Dotyk. Czy koniecznie trzeba kogoś ściskać i miętosić, aby pokazać mu, że się go lubi? Albo kocha?

Można to powiedzieć albo zrobić coś specjalnego. Albo czegoś nie robić.

Trudno było mi wytłumaczyć rodzicom, że dotyk narusza bańkę mydlaną, w której żyję. A w tej bańce jest wszystko, czego potrzebuję. I to wcale mi nie przeszkadza.

Oprócz Tureta rozumiał to Makmarfi, który prowadził dogoterapię.

Dogoterapia to nic innego, jak leczenie psem. Chodzi o to, żeby się przemóc i dotknąć psa.

Nie potrafiłem zrozumieć, z jakiego powodu miałbym dotykać psa. Nigdy się psów nie bałem. Przechodziły obok mojej bańki, delikatnie ocierając się o jej cienkie ściany, cicho sapały i się śliniły. Ale żeby się z nimi spoufalać?

Po nieudanej dogoterapii Makmarfi powiedział, że lepiej sprawdziłyby się delfiny. Tylko że one wcale nie lubią dotykać ludzi.

Tak czy inaczej, Panda zrozumiał, o co chodzi, i więcej nie próbował mnie dotykać.

– Można by to leczyć ziołem – powiedział pewnego dnia, a Turet zaczął się śmiać.

Panda zapalił swoją fajeczkę i poszedł do domku. Było już późno i na Rodos zapalały się maleńkie lampki wbite rzędem między paprociami.

Ale ich światełka były niczym w porównaniu z błękitną poświatą, jaka sączyła się przez szpary w ścianach domu Pandy.

– Uh-duh-duh. – Turet skinął na mnie głową. – Mówię ci, Porszak, tego lepiej nie widzieć. Im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz.

W każdym razie Panda nie wyglądał na kogoś, kto chciałby mnie zamordować.

Wracaliśmy na osiedle główną alejką, mijając te wszystkie kolorowe światełka, krasnale, ławeczki, żeliwne grille, i było nam dobrze.

Wokół latarni krążyły białe ćmy, a od czasu do czasu z mroku wylatywał nietoperz. To był czas, kiedy w miasto ruszali Korweciarze. Sam nie wiem, kto ich tak nazwał. Uzbrojeni w długie tyczki zakończone hakami, zaopatrzeni w wózki zdobyte pod Lidlem, sunęli chodnikiem, zaglądając do koszy na śmieci.

Ciągnął się za nimi nieprzyjemny kwaśny zapach, ale widać im to nie przeszkadzało.

Wyciągali z koszy butelki i puszki, upychali je w reklamówkach i ładowali na wózki. Przechodzący obok ludzie spoglądali na nich z odrazą.

Pomyślałem, że pewnie dlatego wychodzą ze swoich kryjówek wieczorem, ale Turet wyjaśnił mi, że wtedy jest najwięcej puszek i butelek, bo ci przyzwoici ludzie, co się tak na ich widok marszczą, sami zostawiają je w parku.

Ze starej pętli tramwajowej widać było nasze osiedle. O zmierzchu wyglądało pięknie. Te wszystkie świecące w mroku okna, przytłumione głosy ludzi stojących na balkonach.

Małe bloki kuliły się u boku dużych, a na placu zabaw – który od dawna nie był placem zabaw – siedział Klub Za Dużych Gaci.

Członkowie klubu z hałasem jeździli na deskorolkach albo słuchali muzy ze stojącego na ziemi boomboksa.

Niektórych znałem, bo mieszkali na osiedlu, a inni przychodzili z miasta i ku utrapieniu mieszkańców nie chcieli się wynieść.

Lato wyciągnęło nas wszystkich z domów.

Niespotykane upały nie dawały zamknąć okien i wszystko wylewało się na ulicę – rozmowy, awantury, muzyka, telewizja, dźwięki tworzyły monotonny szum, zupełnie jak morze, raz głośniej, raz ciszej.

W te noce spałem przykryty jedynie prześcieradłem, a przez otwarte okno mogłem widzieć gwiazdy.

Wiedziałem, że niektóre z nich są żywe, a inne martwe, że światło gwiazd dociera do ziemi czasami kilkaset lat, że gdyby się tak dobrze zastanowić, to patrzą na nas te same gwiazdy, które widziały bitwę pod Grunwaldem.

Sam nie wiem, czemu przyszedł mi do głowy Grunwald. Może dlatego, że tę datę zapamiętałem dzięki Kukułce, który tworząc swój magiczny eliksir, posługiwał się formułą 1410.

„Jak mu się uda wyprodukować ten eliksir – myślałem – to napijemy się go razem z Turetem i wszystko będzie inaczej”.

Tylko nie byłem do końca przekonany, czy tego naprawdę chcę.

Było dobrze, jak było.

Turet machał rękami, ale z dala ode mnie, wykrzykiwał wszystkie zakazane słowa, a ja żyłem w środku swojej bańki mydlanej.

Mieliśmy Rodos, dom, o którym nie wiedział nikt prócz naszych znajomych, mieliśmy co zjeść, a przede wszystkim mieliśmy spokój.

W ubiegłym roku to byłoby niemożliwe, bo matka bała się, gdy wychodziłem z domu. Cały czas wyglądała przez okno, żeby sprawdzić, czy siedzę i przekładam swoje kamienie, ale w końcu stwierdziła, że mogę pójść na plac zabaw (bo oczywiście nic nie wiedziała o Klubie Za Dużych Gaci), a kiedy Makmarfi powiedział jej, że jego zdaniem jestem odpowiedzialny i bystry, ucieszyła się, że nie musi już obserwować mnie zza firanki.

Trochę się przeraziła, gdy jej powiedziano, że łażę z Turetem, bo on nie miał najlepszej prasy, ale w końcu zgadała się z jego rodzicami i zrozumiała, że się tą chorobą nie zarażę, a przede wszystkim nie chodzę po osiedlu sam.

Jedyne, o co była zła, to o Porszaka, ale, widzicie, Turetowi ktoś powiedział, że mam auto.

Turet, podobnie jak ja, nie bał się, że zarażę go autem, bo to było coś, z czym przyszedłem na świat, a rodzice zorientowali się dopiero wtedy, kiedy zacząłem unikać dotyku i ustawiać wszystko w kolejności od największego do najmniejszego.

Mam wrażenie, że się mnie trochę bali, a udawali, że boją się o mnie.

To nie było w porządku.

A przynajmniej tak powiedział im Makmarfi.

Nie potrafili zrozumieć, że ja po prostu zacząłem porządkować świat.

Nie mogłem pozwolić, aby dokoła mnie panował chaos. W takim bałaganie mogło się wydarzyć dosłownie wszystko.

Cała reszta – przynajmniej według mnie – była okej.

Rozdział trzeci

Na Rodos znajdował się słynny Kolos Rodyjski, posąg Heliosa zaliczany do siedmiu cudów świata. Stał w pobliżu wejścia do portu i przez prawie 70 lat wskazywał drogę statkom, dopóki nie uległ zniszczeniu około 224 r. p.n.e. podczas trzęsienia ziemi.

z prospektu biura podróży

Z początkiem lipca na Rodos pojawił się Gabaryt. Zawsze miał coś ciekawego do zaproponowania. A to stolik, a to fotel, a to wersalkę, czyli naprawdę wielkie rozmiary. Turet doszedł do wniosku, że możemy sobie pozwolić na coś lepszego niż siennik, i ugadał się z Gabarytem, że ten załatwi nam coś za paczkę papierosów.

Gabaryt szukał, aż znalazł, i z pomocą dwóch Korweciarzy przytargał całkiem niezły tapczan.

Trzeba było trochę uważać, żeby nie wbić sobie w tyłek sprężyny, ale Szmirabella obiecała, że przyniesie igłę i nici i coś z tym zrobimy.

Kiedy Turet zaczął walić trzepaczką w nasz nowy mebel, podniósł się taki kurz, że przybiegł Kukułka i trochę nas sklął, bo właśnie kończył pracę nad kolejnym eliksirem i bał się, że cały efekt jego wysiłków weźmie w łeb.

Turet go przeprosił i wyjaśnił, że nie wolno wstawiać do domu brudnego mebla, po czym wszystko wróciło do normy.

Ludzie z Dziczy – bo tak zacząłem nazywać naszą część Rodos – byli naprawdę sympatyczni. To, że Kukułka wyzwał nas od głupich gówniarzy, nie oznaczało, że nas znielubił.

Po prostu powiedział, co myśli, i koniec.

Nie to, co poniektórzy, co potrafili kłócić się o to, że bluszcz przelazł z jednej działki na drugą.

Bluszcze tak mają, więc po co ta cała afera?

Ale na Luksusach, zwanych również Cywilizacją, ludzie mieli poprzewracane w głowach.

– Pan Bóg ma różnych lokatorów – podsumował Gabaryt, wziął zapłatę i poszedł dalej.

A my z pomocą Kukułki wstawiliśmy mebel do domku.

– No i dobrze – powiedział Kukułka. – Tyle lat to puste stało.

A potem usiadł obok nas i opowiedział nam o tym, co się wydarzyło w naszej budzie.

Właściwie to była straszna historia.

Buda zawsze była niczyja, a przynajmniej nikt nie pamiętał, kto ją postawił. Dość, że służyła jako schronienie tym, co nie mieli dachu nad głową, aż Zarząd się zdenerwował i ruderę zamknięto na kłódkę.

A potem uznali, że sprawa jest zakończona, i przestali się nią interesować.

„Żeby zrobić z Dziczą porządek – powiedział kiedyś Panda – musieliby odnaleźć wszystkich właścicieli i wszystko załatwić zgodnie z prawem. A właściciele byli nie wiadomo gdzie”.

Może brakło im pieniędzy, aby zrobić z tych bud prawdziwe altanki (dla ścisłości – budy bardziej mi się podobały), albo – jak mawiała Szmirabella – stracili serce, bo ziemia nie chciała produkować ogromnych czerwonych rzodkiewek lub chrupiącej zielonej sałaty, nie mówiąc już o ogórkach. Ogórki były najbardziej wybredne.

W ten sposób Dzicz przygarnęła tych wszystkich, którzy nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. W tym mnie i Tureta.

Co prawda Turet miał trochę wątpliwości co do Pandy, który woził się lexusem i gdyby tylko chciał, mógłby postawić sobie prawdziwy pałac. Ale wiele wskazywało na to, że jest bardzo przywiązany do swojej budy, a wierność to podstawa.

Tak przynajmniej kibice napisali na ścianie jednego z bloków.

– Uh-duh-duh, on jest naprawdę kimś – orzekł Turet.

Miał rację. Wiedzieliśmy, że to Panda wrzuca przez okienko naszej budy smakołyki, ale kiedy spróbowaliśmy mu podziękować, zrobił taką minę, jakby nie wiedział, o co nam chodzi.

– Kiedy byłam młoda – westchnęła Szmirabella – było coś takiego jak niewidzialna ręka.

– Uh-duh-duh – zainteresował się Turet. – Co to takiego?

Szmirabella wyjaśniła, że młodzi ludzie pomagali starszym, którzy byli chorzy albo samotni i nie mogli sami zrobić pewnych rzeczy – znieść węgla do piwnicy, narąbać drewna albo odśnieżyć chodnika przed domem. I pewnie Panda był jednym z nich, bo wiekowo by się to zgadzało.

A jako że starsi ludzie mieszkali teraz w blokach i nie potrzebowali ani węgla, ani drewna, a pług śnieżny załatwiał sprawę chodników, Panda postanowił wspierać młodych.

– To dobry człowiek ten Panda – westchnęła znów Szmirabella. – Gdybym była młodsza…

Trudno było zgadnąć, ile Szmirabella ma lat. Na pewno bardzo dużo, skoro pamiętała naprawdę dawne czasy. Kiedyś pokazała nam zdjęcie dziewczyny w sukience w kwiaty, mówiąc, że właśnie tak wyglądała.

Gdyby Panda wtedy ją zobaczył, z pewnością by się nią zainteresował.

Przyszło mi do głowy, że skoro Kukułka pracuje nad eliksirem i nie bardzo mu to wychodzi, mógłby skonstruować wehikuł czasu, który przeniósłby Pandę w czasy młodości Szmirabelli.

– Uh-duh-duh – odpowiedział Turet – wtedy on był małym chłopcem… a to jest karalne.

Mimo to zaczepiłem Kukułkę i opowiedziałem mu o swoim pomyśle.

Najpierw zaczął się śmiać, a potem spoważniał i spojrzał w niebo.

– Eliksir załatwia wszystko – rzekł.

Odtąd mocno trzymałem kciuki za powodzenie prac Kukułki. Bo od nich zależało szczęście Szmirabelli.

A ono szczególnie leżało mi na sercu.

Przecież nie można całe życie płakać nad losami bohaterów książek albo wzruszać się prawdziwymi historiami, o których dobrze wiedziałem, że nie są prawdziwe. Skąd wiedziałem? Bo pewnego dnia postanowiłem sprawdzić, czy w naszym mieście na ulicy Wąskiej naprawdę mieszka kobieta, która wyszła za mąż za milionera.

W ogóle nie było tam żadnego domu numer osiem, tylko zakład mechaniczny. W którym nikt nigdy nie słyszał ani o Natalii Kupiec, ani o milionerze, jednym słowem pic na wodę, jak by to określił Turet.

Nie miałem jednak odwagi powiedzieć Szmirabelli, że to wszystko bzdury. Byłem pewien, że to by ją zabiło.

Bo zabrać komuś marzenia to jakby tego kogoś zabić.

Turet powiedział mi, że Szmirabella raz spróbowała nie żyć, ale to jej nie wyszło, bo ktoś zadzwonił po pogotowie.

Pewnie dlatego miała takie dziwne cienkie blizny na nadgarstkach.

Ludzie przebąkiwali, że Szmirabella ma syna, który się jej wyrzekł, to znaczy powiedział, że nie chce takiej matki, i chociaż próbowała go przekonać, że lepsza taka matka niż żadna, to nie zmienił zdania.

– Ona tam przechowuje jego włosy – powiedział Kukułka. Miał zapewne na myśli niewielki srebrny medalion, który Szmirabella nosiła na szyi.

– Serio? – zdziwiłem się.

– Matki tak mają – odparł i posmutniał.

A potem powiedział, że musi spojrzeć, jak tam eliksir. I poszedł sobie, jakiś taki dziwnie zgarbiony.

Od tej chwili postanowiłem być dobry dla Szmirabelli. Robiłem to tak, jakbym był niewidzialną ręką, bo mogłaby sobie pomyśleć, że się nad nią lituję.

Najmniejszy z moich kamieni nazywał się LITOŚĆ, i kiedy nadchodziła kolej, aby znalazł się na pierwszej pozycji, czułem się paskudnie.

Nie mogłem zapomnieć dnia, kiedy matka zaprowadziła mnie do szkoły. Długo wyjaśniała pani, że nie lubię być dotykany i muszę mieć wokół siebie porządek, ale poza tym wszystko jest ze mną okej.

A gdy spojrzałem na panią, zobaczyłem na jej twarzy taki sam wyraz, jaki pojawił się na twarzy mojego taty, kiedy znalazł na ulicy umierającego gołębia. To była mieszanina smutku i obrzydzenia, i właśnie tak pani popatrzyła na mnie, a potem na moją matkę.

Postanowiłem, że nie będę jej lubił.

To, że mieszkałem w bańce mydlanej, nie oznaczało, że zasługuję na litość. Po prostu wystarczało mnie nie dotykać, bo wtedy wpadałem w panikę.

Moje ręce, kiedy myłem twarz albo zęby, były moimi rękoma i wiedziałem, czego się po nich spodziewać.

Inni ludzie mogli być nieobliczalni.

Turet nie był nieobliczalny, choć na takiego wyglądał, szczególnie kiedy miał napad. Ale wiedzieliśmy o tym ja i jego rodzice, a inni naprawdę zaczynali się bać, kiedy wymachiwał rękami i wywrzaskiwał brzydkie słowa, aż echo niosło.

Jeśli zdarzyło się to na ulicy, wszyscy się odwracali i przyspieszali kroku. Zupełnie jakby miał się na nich rzucić.

Myśleli tak, bo go nie znali.

Nie mieli pojęcia, jaki jest w środku.

Podobnie źle oceniali Szmirabellę – widzieli tylko tłustą kobietę o rzadkich rudych włosach, które ukrywała pod słomkowym kapeluszem, kobietę, która z trudem toczyła się alejką, a za nią powiewał granatowy szal przetykany srebrną nitką.

Poprzedzał ją brzuch, na którym opinała się kwiecista podomka, i ogromne piersi prawie wylewające się z dekoltu.

A za Szmirabellą ciągnęła się wstęga zapachu tanich perfum.

– Szanel numer pięć to są prawdziwe perfumy – powiedziała pewnego dnia.

– Uh-duh-duh, muszą kosztować majątek – mruknął Turet.

Nie wiem, od kogo Panda się o tym dowiedział, ale któregoś dnia – na krótko przed zaćmieniem Księżyca – Szmirabella znalazła wiszącą na klamce niewielką torebkę. Torebka była tak bajecznie kolorowa, że musiało znajdować się w niej coś szczególnego.

Właśnie wtedy Szmirabella zaczęła pachnieć luksusem. Panda z zachwytem pociągał nosem, ilekroć przechodziła obok niego.

Gdybym kiedykolwiek wierzył w Świętego Mikołaja, powiedziałbym, że jest nim Panda. Ale wiedziałem, że te wszystkie Wróżki Zębuszki, Mikołaje, Dziadki Mrozy i Gwiazdorzy to rodzice.

Często zastanawiałem się, czy byłbym inny, gdybym w to wszystko wierzył. Może byłbym wtedy taki sam jak reszta chłopaków z mojej klasy.

Ale nie byłem przekonany, czy byłoby mi z tym lepiej.

Może Turet nie zwróciłby na mnie uwagi i nigdy nie trafiłbym na Rodos. Nie poznałbym ani Pandy, ani Kukułki, ani Szmirabelli, ani Gabaryta.

Rozdział czwarty

Posąg miał mniej więcej 32 metry wysokości, stał na dziesięciometrowym piedestale. Według starożytnych przekazów sama metalowa konstrukcja monumentu ważyła 20 ton.

pl.wikipedia.org

W połowie lipca, kiedy wyposażenie naszego domku powiększyło się o starą szafę biblioteczną, Gabaryt pokazał nam coś naprawdę ekstra.

– Luneta – powiedział, wyjmując z plecaka długą rurę.

Turet ustawił ją na stojaku i zajrzał w okular.

– Uh-duh-duh – stęknął z zachwytem – naprawdę wielka rzecz.

Gabaryt pokiwał głową.

– Ale to pewnie drogie – wtrąciłem.

Gabaryt zmarszczył brwi i wsunął ręce głęboko w kieszenie spodni.

– To nie byle co – zaznaczył. – Prawdziwa luneta z obserwatorium.

„Ciekawe, jak ją gwizdnął” – pomyślałem. Turetowi pewnie to samo przyszło do głowy, bo spojrzał na mnie i mrugnął.

– No co? – Gabaryt pociągnął nosem. – Chcecie?

Milcząc, spoglądaliśmy to na siebie, to na lunetę. Ale nie mieliśmy takich pieniędzy i Gabaryt powinien był o tym wiedzieć.

– Uh-duh-duh, to nieładnie robić sobie takie żarty – powiedział z wyrzutem Turet.

– Ja się pytam, czy chcecie – odparł Gabaryt.

– Za darmo? – zdziwiłem się.

Gabaryt pokiwał głową.

– Uh-duh-duh, to kupa kasy – jęknął Turet. – I takie coś za friko?

– Pod jednym warunkiem. Że…

Przetarł tubę lunety chustką do nosa.

Spojrzeliśmy na niego jak dwa głodne psy.

– …będę sobie mógł popatrzeć w niebo – dokończył Gabaryt.

Czegoś takiego się nie spodziewałem. Popatrzeć sobie w niebo.

– Wygląda solidnie. – Gabaryt spojrzał na dach pokryty papą. – Można wejść po drabinie. Macie drabinę?

Pokręciliśmy głowami. Jeszcze kilka dni temu na samym początku Dziczy leżała stara drabina, w której brakowało kilku szczebli, ale ktoś z Cywilizacji porąbał ją i zrobił sobie ognisko.

Po prostu nie przyszło nam do głowy, że kiedyś będzie mogła nam się do czegoś przydać.

Schowaliśmy lunetę w szafie, żeby przypadkiem nikomu nie wpadła w oko, a szafę zamknęliśmy na klucz.

Następnego dnia zobaczyłem drabinę opartą o ścianę naszej budy. Gabaryt wcale nie żartował.

Turet wylazł na dach, aby sprawdzić, czy naprawdę da się na nim stanąć. A kiedy się upewnił, że wszystko jest okej, pozwolił mi wejść.

Żałowałem, że to nie on jest moim starszym bratem, bo z moim nie umiałem się dogadać. Pewnie dlatego, że był całkowicie inny.

Celowo użyłem słowa „inny”. Nie chciałem znowu zastanawiać się nad tym, co jest normalne, a co nie jest.

Przez cały dzień – z małą przerwą, żebym mógł pokazać się w domu i zjeść obiad – ściągaliśmy na nasz teren deski z pobliskiej budowy. Bo Turet postanowił zrobić na dachu coś w rodzaju ogrodzenia.

Żeby było prawie jak w obserwatorium.

W zasadzie powinien był zbudować rozsuwaną kopułę, ale pewnie nigdy nie widział, jak naprawdę wygląda obserwatorium, a ja się nie odzywałem, bo wkładał w to tyle pracy, że sprawiłbym mu przykrość.

Ostatecznie powstało coś, co przypominało skrzyżowanie latarni morskiej z gołębnikiem, ale Turet wydawał się zadowolony.

Pod wieczór pojawił się Gabaryt. Popatrzył na konstrukcję i pokiwał głową. Byłem pewien, że pomyślał dokładnie to, co ja.

Bo jeśli ktoś ma lunetę, to musi wiedzieć, jak wygląda obserwatorium.

Zaczęło się robić ciemno i musiałem biec do domu. Tym razem Turet nie odprowadził mnie, tylko został w Dziczy.

Trochę dziwnie było wracać samemu przez zarośnięte torowisko, park, w którym zaczynało się nocne życie, i osiedle, na którym zebrał się już cały Klub Za Dużych Gaci.

Przemknąłem obok chłopaków i zziajany jak pies wpadłem do domu.

– A już mieliśmy cię szukać – powiedziała matka.

– A już jestem – odpowiedziałem.

– Gdzie on się tak wybrudził? – zainteresował się ojciec.

– Budowałem obserwatorium – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

To ich uspokoiło, bo byli przyzwyczajeni do moich nawet najdziwniejszych pomysłów.

Zjadłem kolację, zastanawiając się, czy plasterki, które matka położyła na kromce, są naprawdę równe, i doszedłem do wniosku, że różnica paru milimetrów nie powinna zmienić smaku sera.

Miałem rację.

Potem umyłem się cały, bo byłem tak wściekle głodny, że przed kolacją wyszorowałem tylko ręce.

Stałem pod prysznicem, woda przenikała do mojej bańki mydlanej, a potem znikała w odpływie. Dawno przestałem się bać, że razem z wodą zniknę i ja, więc prysznic sprawiał mi prawdziwą przyjemność.

Najbardziej trzeba było uważać przy wycieraniu się ręcznikiem: najpierw należało wepchnąć go do bańki, a potem jak najmniej nim manewrować. To zawsze trwało bardzo długo i dlatego nigdy nie uszkodziłem swojej osłony.

Idąc do pokoju, myślałem o tym, co robi teraz Turet. Miałem tylko nadzieję, że nie pali papierosów.

Następnego dnia Turet powiedział mi coś, co mnie zwaliło z nóg.

– Uh-duh-duh, jak ci się wydaje, że coś wiesz o gwiazdach, to, uh-duh-duh, tylko ci się tak wydaje.

Okazało się bowiem, że Gabaryt nie jest takim sobie zwyczajnym człowiekiem, jednym z wielu, jacy pojawiają się w Dziczy.

Wystarczyło, że spojrzał przez lunetę, i zaczął opowiadać rzeczy, od których – zdaniem Tureta – można było zwariować.

Przede wszystkim o tym, że wszechświat się rozszerza i że pewnego dnia Słońce wystygnie, o kometach, meteorytach, gwiazdozbiorach i mgławicach. Każda z tych rzeczy miała swoją nazwę, a niektóre okazały się przerażające.

Psy Gończe, Koński Łeb, te były najlepsze.

Turet wracał do domu i, jak to określił, „miał pełne gacie”, a w głowie cały kosmos.

Nie wiem, co mogło być w tym strasznego.

Chyba tylko to, że do tej pory patrzyliśmy na Gabaryta jak na Gabaryta, a on był kimś zupełnie innym.

– Świat zawsze nas będzie zaskakiwać – powiedział Kukułka z taką miną, jakby nareszcie udało mu się coś z eliksirem.

Pozazdrościłem Turetowi tego siedzenia z lunetą, gapienia się w niebo i gadania z Gabarytem.

I nawet tego, że kiedy wrócił do domu, to miał niezły sajgon, czyli awanturę.

Myślę, że było warto.

Turet cały czas opowiadał o tym, że gołym okiem – uh-duh-duh – widzimy tylko to, co jest naprawdę duże, ale kiedy się spojrzy przez lunetę, to niebo przypomina granatowy szal Szmirabelli.

A wśród tego, co błyszczy i mruga, są jeszcze punkty, które szybko się poruszają, i to może być naprawdę wszystko – satelity, stacje kosmiczne albo UFO.

Turet powiedział, że w razie spotkania z UFO powinniśmy szybko uciekać (prawdę mówiąc, użył innego słowa), żeby nie zrobiono na nas żadnego eksperymentu.

Bo jeżeli Obcy złapią człowieka, to biorą go do swojego pojazdu, nakłuwają, prześwietlają i zaglądają wszędzie, gdzie się da.

Nie wdawałem się w dyskusję z Turetem. Wiedziałem, że go nie przegadam. Taki był, jak sobie coś wbił do głowy, to nie było na niego mocnych, wiedział swoje i, uh-duh-duh, już.

A ja byłem zdania, że nawet jeżeli Obcy robią takie rzeczy, to nie dlatego, że są sadystami, tylko po to, żeby się dowiedzieć, jak działa człowiek.

Sam ubiegłego lata pokroiłem martwą żabę, żeby się przekonać, co ma w środku. Teraz było mi trochę wstyd, ale trudno, stało się.

Na dodatek – czułem się bezpieczny.

Moja bańka mydlana osłaniała mnie przed światem i na jej widok kosmici mogliby uznać, że jestem jednym z nich.

„A w ogóle – pomyślałem – dlaczego wszyscy zawsze uważają, że Obcy muszą być źli? Dlatego, że ludzie boją się czegoś, co jest inne?

Nie byłoby prościej najpierw sprawdzić, co i jak, a dopiero potem zacząć się bać albo cieszyć?”.

Pewnie z podobnych powodów bywalcy Cywilizacji nie pokazywali się w Dziczy.

Bo zapuszczając się na najdalszy kraniec Rodos, zobaczyliby tych wszystkich, którzy tam mieszkali.

Wtedy musieliby się zdecydować, czy się ich boją czy nie.

– Ach, jak oni wczoraj patrzyli w niebo – powiedziała do mnie Szmirabella, poprawiając medalion, który przykleił się do jej dekoltu.

Termometr wskazywał plus dwadzieścia pięć stopni pomimo wczesnej pory. Przy misce z wodą, którą Kukułka wystawił na trawnik, leniwie spacerowały gołębie.

– Wyobraź sobie – ciągnęła Szmirabella – że przynieśli mi tę lunetę i dali popatrzeć… To było piękne.

Chciałem zapytać, co było piękne. Czy to, co zobaczyła, czy to, że znieśli lunetę z dachu. Bo on z pewnością by się zawalił, gdyby na niego weszła.

– I wiesz – dodała, mrugając załzawionymi oczami – Gabaryt powiedział, że za miesiąc będą spadać gwiazdy.

– Uh-duh-duh, nie gwiazdy, ale meteoryty – poprawił ją Turet. – Jakby na ziemię spadła gwiazda, toby już było po nas.

– Meteoryty, tak, meteoryty – poprawiła się Szmirabella. – Ale spadająca gwiazda brzmi tak romantycznie… Kiedy spada, wystarczy wypowiedzieć życzenie…

– Uh-duh-duh – przerwał jej Turet – żeby nie spadła na Rodos.

Wyobraziłem sobie zagładę Rodos i ogarnęła mnie panika. Jeżeli coś takiego się zdarzy – bo statystycznie sporo meteorytów spada na ziemię (choćby tunguski) – to gdzie podzieje się Szmirabella?

Miałem przeczucie, że mieszka właśnie tutaj, w swojej budzie, przez okrągły rok. Podobnie jak Kukułka.

„Ciekawe, co robią, kiedy nadchodzi zima – pomyślałem. – Turet mówił kiedyś coś o noclegowniach, gdzie na każdego, kto nie ma swojego domu, czeka łóżko”.

Ale w przypadku Szmirabelli musiałyby to być dwa solidne łóżka. Albo jedno podwójne. Jak w hotelu.

– Uh-duh-duh, musisz to zobaczyć – stęknął Turet.

Dobrze było mu gadać. Wymknąć się z domu tak, aby nie zauważyli tego rodzice… Niemożliwe.

Ale tak bardzo chciałem zobaczyć nocne niebo, właśnie tu, na Rodos.

Byłem pewien, że gdybym powiedział ojcu: „Chcę zobaczyć niebo w nocy”, to zapakowałby mnie do samochodu, sprawdził, czy mam zapięte pasy, i zabrał za miasto.

Ja jednak chciałem zobaczyć je razem z Turetem, Kukułką i Szmirabellą. Byli moimi przyjaciółmi i nie dopytywali się bez przerwy, czy się dobrze czuję.

Nie było takiej potrzeby, bo czułem się naprawdę świetnie. Ba, nigdy w życiu nie czułem się lepiej.

Rozdział piąty

Wnętrze wyspy to małe wioski o specyficznym greckim klimacie. Każda wioska ma obowiązkowo przynajmniej jedną tawernę, w której skupia się życie mieszkańców.

pl.wikipedia.org

Jestem pewien, że gdyby rodzice zobaczyli, gdzie się obracam, byliby nieco zaskoczeni. I pewnie nie pozwoliliby mi wychodzić z domu.

Tego się najbardziej obawiałem.

A gdyby przy okazji poznali Szmirabellę i resztę towarzystwa, miałbym – mówiąc językiem Tureta – przechlapane.

Bo należeli do tych ludzi, którzy boją się wszystkiego, co inne. Podejrzewałem, że boją się też mnie.

Jasne, woleliby mieć syna, którego można przytulić albo wysłać na normalne kolonie.

Oczywiście robili, co mogli, abym stał się taki jak reszta chłopców, ale chyba zabierali się do tego od niewłaściwej strony.

Nie mieli pojęcia o tym, że po prostu nie należy mi przeszkadzać BYĆ. I to wszystko.

Zrozumieć, dlaczego porządkuję świat, i zastanowić się nad tym, co by się stało, gdyby pozwolić światu na chaos.

Byłem strażnikiem porządku, czy tak trudno to zrozumieć, szczególnie jeśli mieszkali ze mną od dwunastu lat?

A Szmirabella, choć znała mnie zaledwie tydzień, wiedziała wszystko.

Jej syn – oczywiście o ile cała historia była prawdą – musiał być durniem, skoro wyrzekł się takiej wspaniałej matki.

Szmirabella wiedziała, kiedy zapytać, czy chcę się czegoś napić, i od razu zapamiętała, że nie znoszę plastikowych kubków.

Domyślała się, kiedy zaczynało mi być zimno albo kiedy chciałem siku. W tych sprawach była bardzo delikatna.

– Uh-duh-duh, jej syn to palant – skwitował Turet, a potem pomachał rękami i pokrzyczał, bo naprawdę się zdenerwował.

Ja natomiast postanowiłem, że nigdy nie zostanę palantem.

I że kiedy będę pełnoletni, dowiem się, gdzie mieszka syn Szmirabelli (zakładając, że naprawdę ma syna), i powiem mu, co o nim myślę.

Oczywiście, że Szmirabella poczułaby się lepiej, gdyby syn pojawił się na Rodos i powiedział to, co zwykle dorośli mówią w takich sytuacjach: „Nie byłem sobą”, „Przechodziłem kryzys” albo „Złóżmy to na karb wypalenia”.

Ale oczywiście nikt nie udzieliłby informacji dzieciakowi, bo byłem dzieciakiem, na dodatek trochę nie teges.

Szmirabella hodowała całe mnóstwo roślin, mówiła im: „Dzień dobry” albo „Dobranoc” i chwaliła je, kiedy zakwitły.

Bardzo mi się to podobało i często myślałem sobie, że chciałbym mieć taką matkę jak ona.

Ustawiała gliniane doniczki od najmniejszej do największej, aby duże rośliny nie zabierały słońca tym mniejszym, czyli że – podobnie jak ja – uważała, że na świecie musi panować porządek.

Podobnie robiła ze swoimi książkami – te, które już przeczytała, odstawiała na dolną półkę, żeby po jakimś czasie do nich wrócić. A kiedy pojawiały się nowe, ustawiała je na górnej półce.

Często zadawałem sobie pytanie, jak wygląda życie Szmirabelli w zimie.

– Uh-duh-duh. Może wyjeżdża do ciepłych krajów – zasugerował Turet.

Wyobraziłem sobie Szmirabellę, jak leci na południe, wymachując swoim granatowym szalem niczym skrzydłami.

Wiedziałem, że to niemożliwe, ale taki widok byłby naprawdę piękny.

Potem zacząłem marzyć o tym, co by było, gdybym miał własny dom, w którym Szmirabella mogłaby spędzić zimę.

W jej pokoju stałby ogromny regał na książki i telewizor, wielki, na całą ścianę. Podobny miała dawno temu, zanim syn zaczął się złościć, że nie jest taka sama jak inne matki.

Byłem prawie pewien, że jej historia jest prawdziwa, bo kiedy w Dzicz zapuszczały się dzieciaki, Szmirabella spoglądała za nimi i ukradkiem ocierała łzy.

Gdybym nie mieszkał w bańce mydlanej, przytuliłbym ją wtedy, bo wiedziałem, że dotyk jest dla ludzi bardzo ważny.

Pod warunkiem że nie otacza ich delikatna ściana.

A z drugiej strony przytulanie się do kogoś tak wielkiego jak Szmirabella mogłoby się źle skończyć – nie chodzi o siłę, ale o ilość.

Bo Szmirabelli było naprawdę dużo.

– Można by z niej zrobić kilka kobiet – powiedział kiedyś Panda – i każda miałaby wielkie serce.

Miał rację. Szmirabella była naprawdę dobra.

Pochylała się – choć nie bez wysiłku – nad każdym przechodzącym przez ścieżkę ślimakiem, wyciągała osy topiące się w szklance, wystawiała dla jeży resztki karmy, której nie zjadł Buła.

Buła był poniekąd kotem wszystkich – szary, pręgowany, z łbem wielkości piłki i podartymi uszami – ale pozwalał się pogłaskać tylko Szmirabelli.

Robił nawet coś takiego, że wywracał się na grzbiet i mogła go drapać po tłustym brzuchu, a on mruczał tak głośno, jakby w środku miał silnik.

– Uh-duh-duh, to prawdziwy bandyta – mawiał wtedy Turet. – Zobacz, jakie ma pazury…

Buła łapał ptaszki, za co Szmirabella miała do niego pretensje, i myszy, które układał rzędem na kamieniu przed jej budą.

To był dowód na to, że koty również porządkują świat, Buła bowiem robił dokładnie to samo, co ja.

Od największej do najmniejszej. Albo na odwrót.

Wcale się nie dziwiłem, że ich nie zjada, gdyż Panda regularnie podrzucał mu pudełka z chrupkami albo puszki – rozmaite smaki, a to w sosie, a to w galaretce, a to jakiś pasztecik – i Buła zawsze był najedzony.

Może dlatego uniknął smutnego losu kilku innych kotów, które zeżarły kiełbasę nafaszerowaną jakimś paskudztwem.

Dziwne. Dlaczego przeszkadzały tym z Cywilizacji? Może po prostu nie były wystarczająco ładne?

W reprezentacyjnej części Rodos wszystko musiało być ładne.

Zanim nauczyłem się przechodzić przez siatkę, tak aby od razu znaleźć się w Dziczy, musiałem przeciskać się przez dziurę w pobliżu bramy i iść główną alejką. Wtedy mogłem sobie pooglądać te wszystkie domki i domeczki, klomby i klombiki, ławeczki i panów w fartuchach z reklamami piwa, krzątających się przy żeliwnych grillach.

Co ciekawe, mieszkańcy Cywilizacji pojawiali się tam nie po to, aby odpoczywać, ale by nieustannie kosić trawniki, no i hałasować.

Wracając do grilla – nie powiem, żebyśmy w Dziczy czegoś takiego nie mieli.

Ale to był grill nad grillami, do którego nie trzeba było ani rozpałki, ani węgla, a jedyną jego wadę stanowiło to, że nie dało się niczego grillować wieczorem ani w pochmurny dzień.

To było tak.

Pewnego dnia Gabaryt przyniósł ogromną antenę satelitarną i Szmirabella ucieszyła się, że w Dziczy zaraz pojawi się telewizor i będzie mogła oglądać swoje ukochane seriale.

– Mam taką ogromną przerwę – poskarżyła się Gabarytowi. – Pewnie się pożenili albo poumierali.

– Bzdety – podsumował ją Gabaryt. – Telewizja robi ludziom wodę z mózgu. To będzie grill. Słoneczny.

– Grill słoneczny? – zdziwiła się Szmirabella.

– Ekologiczny – ciągnął Gabaryt. – Trzeba to wykleić folią…

Folię przyniósł Panda, wiedziałem, że ma jej dużo, całe rulony, które przywoził co jakiś czas i coś z nimi robił w swojej budzie.

Pomysł Gabaryta zainteresował go do tego stopnia, że spędzili razem dwa popołudnia, wycinając niewielkie kawałki, aby starannie wykleić całą czaszę, a wszystko odbywało się na działce Kukułki.

– Indoor – przeczytał Turet, podnosząc z ziemi kawałek papieru.

Natychmiast pomyślałem, że Panda hoduje drób, ale kiedy podkradłem się pod jego budę i zajrzałem przez szparę, zobaczyłem stojące obok siebie doniczki, w których rosło coś, co przypominało pomidory.

Być może indyki były jeszcze małe i siedziały w kojcach.

– Indory, ha, ha, ha – roześmiał się Panda, kiedy go o to zapytałem, i wrócił do wycinania maleńkich pięciokątów.

Kiedy talerz był gotów, Gabaryt ustawił go na podstawce wymontowanej z obrotowego krzesła komputerowego i umieścił przed nim deskę.

Po kilkunastu sekundach deska zaczęła dymić, bo – jak wyjaśnił konstruktor – talerz skupiał promienie słoneczne.

– Uh-duh-duh – jęknął Turet – tym można spalić całą budę…

Dlatego po skończonym pokazie Gabaryt zawinął talerz w kawałek brązowej kotary. Żeby przypadkiem nie stało się coś złego.

– Ten to ma pomyślunek – pochwalił go Kukułka, a potem razem zniknęli w laboratorium, gdzie warzył się eliksir.

Słyszałem, jak rozmawiają i się śmieją, jak się zastanawiają, co – oprócz Buły – można byłoby przyrządzić na grillu.

A ja siedziałem na kamieniu – tym samym, na którym Buła układał myszy – i myślałem się, czy dałoby się zrobić grilla księżycowego.

Bo skoro Kukułka wspominał coś o „księżycówce”, to oznaczało, że światło Księżyca też musi mieć jakieś właściwości.

– Jest za słabe – wyjaśnił mi później Gabaryt. – Jedyne, co potrafi, to działać na pływy i lunatyków. Ale to też jest ciekawe. Poza tym wszyscy robią grilla wieczorem. Chcesz być taki jak wszyscy?

Nie chciałem. Głównie z tego powodu, że było to niemożliwe. Przez kilkanaście lat życia zdążyłem polubić siebie samego i wcale nie miałem ochoty na żadne zmiany. Było dobrze tak, jak było.

Grill udał się znakomicie. Nie licząc spalonej kaszanki, której Turet nie dopilnował, wszystko wyszło naprawdę pyszne.

Nawet Panda pochwalił kunszt Kukułki i powiedział, że gdyby nie pewne okoliczności mogące mieć poważne skutki, zrobiłby z tego film i zamieścił go w internecie.

I to byłby hit tego lata.

Domyśliłem się, że ma na myśli eksperymenty Wuja Kukułki, bo taki film ściągnąłby na Rodos tłumy ludzi i przy okazji ktoś mógłby odkryć produkcję eliksiru.

Rozdział szósty

Najważniejsza osada to Rodos – stolica leżąca na północnym wybrzeżu wyspy. Pozostałe osady, których znaczenie daleko odbiega od rangi stolicy, połączone są mądrze przemyślanymi pasmami dróg. To one łączą Rodos ze starożytnymi miastami.

pl.wikipedia.org

Czas na Rodos płynął zupełnie inaczej niż na podwórku czy w domu. Na Rodos czasu nie było. Może dlatego, że nikt nie patrzył na zegarek i nie mówił: „Już późno” albo „Jeszcze za wcześnie”. Albo że trzeba się spieszyć.

Jeśli ktoś miał ochotę uciąć sobie drzemkę w środku dnia, po prostu to robił, a jeżeli komuś przyszła ochota nie spać całą noc, zapewne nie kładł się aż do świtu.

Przypomniałem sobie, jaki byłem załamany, kiedy się okazało, że nie ma dla mnie miejsca na obozie. Podobnie przybita była moja matka. Bo co zrobić z kimś takim jak ja, kiedy się nie ma urlopu?

Tymczasem na Rodos odkryłem, że potrafię zrobić coś sam ze sobą. Z pewnością nie podobałoby się to moim rodzicom, ale czułem się tam dobrze.

Że w tym roku nie zobaczyłem morza?

– Masz. – Szmirabella podała mi dużą, przypominającą rożek muszlę i powiedziała, abym przyłożył ją do ucha.

Zrobiłem to i po chwili usłyszałem cichy szum.

– To morze – wyjaśniła. – Jeżeli chcesz, możesz ją zatrzymać.

Zawinąłem muszlę w kawałek flanelowej koszuli i schowałem w naszej budzie. Od tej chwili mogłem słuchać morza, kiedy tylko miałem na to ochotę. To był najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem.

W ogóle wszyscy na Rodos dawali sobie prezenty. To były rzeczy, jakich nie kupiłoby się w sklepie, coś, co można jedynie zrobić samemu albo znaleźć.

W ten sposób Turet stał się właścicielem starej deskorolki. Co prawda nie potrafił się na niej utrzymać, ale ją miał.

I to było ważne.

W Cywilizacji ludzie nie dawali sobie prezentów. Każdy zajmował się swoimi sprawami, a jeśli zaczynali działać wspólnie, to chodziło im o Dzicz.

W Dzicz nie zapuszczały się ich dzieci ze smartfonami w rękach, a kiedy któreś próbowało zbadać nieznany mu kawałek Rodos, rodzice natychmiast wołali je z powrotem.

Tak było z dziewczyną w moim wieku.

– Cześć – powiedziała, zatrzymując się obok naszej budy.

– Cześć – odpowiedział Turet.

Gapiła się na nas, jakby zobaczyła przybyszów z innej planety. Nie bez racji, bo Dzicz była jakby osobną planetą.

– Amelia! – dobiegło gdzieś z daleka.

Drgnęła, obejrzała się i pobiegła przed siebie.

– Był taki film – westchnęła Szmirabella. – Piękny.

Wszystkie filmy, jakie widziała, były piękne. Każdy z nich znała na pamięć i potrafiła je opowiadać ze szczegółami.

Tego popołudnia opowiedziała o Amelii. Z jej opowieści zapamiętałem, że lubiła robić prezenty.

Dlatego pewnie dobrze czułaby się na Rodos.

Też była inna.

Nagle przestałem rozumieć, dlaczego moi rodzice koniecznie pragną, abym był taki sam jak reszta.

Czy koniecznie trzeba kogoś przytulać, aby go kochać? Jeśli, dajmy na to, ktoś hoduje rybki, przytulanie może się dla nich fatalnie skończyć.

Buła też nie lubił przytulania. Czasami pozwalał, aby pogłaskała go Szmirabella, ale to było wszystko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2020

Text © copyright by Katarzyna Ryrych-Korczyńska, 2020

Projekt okładki Joanna Rusinek

Redaktor prowadzący Joanna Wajs

Opieka nad projektem Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Sylwia Sandowska-Dobija

Korekta Roma Sachnowska

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13610-7

Plik wyprodukowany na podstawie Lato na Rodos, Warszawa 2020

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o. 05-075 Warszawa-Wesoła, ul. Apteczna 6 tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49, faks 22 643 70 28 e-mail: [email protected]

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.