Latawce - Agnieszka Lis - ebook
Opis

Grzegorz ma kilka lat, gdy jego ojciec opuszcza rodzinę. Chłopiec został z matką, z którą z każdym rokiem coraz trudnej mu się porozumieć. Ojciec był mistrzem i autorytetem, matka jest łatwowierną, kochającą, uległą kobietą. Ona wybacza kolejne błędy, Grzegorz przekracza kolejne granice.

Myliłby się jednak ten, kto by uznał, że to zwyczajna opowieść o konflikcie pokoleń, toksycznych relacjach i braku zrozumienia. Bo „Latawce” to próba nieustannego poszukiwania wolności, tęsknota za nią. Ale czy Grzegorz  ją odnajdzie, czy też da się oszukać jej złudzeniu? W pewnej chwili chłopak dotkliwie się przekona, że jednak człowiek nie ma skrzydeł…

Agnieszka Lis w tej wspaniałej i wzruszającej książce udowadnia, że jest niezrównaną mistrzynią formy. Nielinearna konstrukcja, element zaskoczenia niemal na każdej stronie i oczywiście nieszablonowe zakończenie sprawiają, że od książki nie sposób się oderwać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 124

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agnieszka Lis, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Design Partners

Fotografia na okładce: www.depositphotos.com/start08

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7976-819-6

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Nazywam się Grzegorz. Jestem podwójny. Wielokrotny. Jak kot, tylko nie wiem, ile jeszcze zostało mi żyć. Teraz żyję drugim.

Nie miej złudzeń. To nie jest historia o kimś szczególnym. To jest historia o mnie. O nastolatku, a żaden młokos nie jest szczególny. To tylko kształt, który może kiedyś wyjdzie z cienia, rozłoży skrzydła, i poleci. Chociaż prawdopodobnie to się nie uda.

Ja też urodziłem się nikim. Jak ty i twój sąsiad. W Głogowie, mieście niewartym wielkiej uwagi, jak każde miasto.

Po czterech latach miałem cztery lata. Czas wszędzie płynie tak samo. Tego dnia nie padał deszcz. To ojciec płakał.

Odchodził. Płakałem razem z nim.

Dorośli są okrutni. Najpierw ukrywają się, swoje słowa, dobro i zło, zło przede wszystkim, grają role, a dobro tylko udają. Tak jak kochanie. Jak miłość.

Apotem odchodzą.

Patrzyłem z balkonu trzeciego piętra, jak ojciec znikał w swoim zielonym fiacie. A może w taksówce. Zielonej. Nie pamiętam. Mój ojciec odchodził, a ja nic nie mogłem na to poradzić.

Ten balkon to było dobre miejsce. Może jest ciągle. Tam było dobrze stać i patrzeć, jak słońce zachodzi, i sprawdzać, czy już zielenią się liście. Wyczuwałem na nim zapach wiosny, jeszcze zanim na parku osiadał zielony puch. Park tylko potwierdzał, że już przyszła. Nie lubiłem wiosny.

To czas zdejmowania puchowych kurtek i zakładania lekkich spodni. Wyciągałem cielsko z wielkich ubrań i dalej pozostawałem wielki. Śmiali się z mnie.

Wolałem sprawdzać z balkonu, czy ciągle leży śnieg na szczytach drzew w parku, czy może resztka została jeszcze na górce. Na sankach wszyscy byli niezgrabni.

Gdy ojciec odjechał, matka wzięła mnie za rękę. Szliśmy przez park, była jesień. Nie wiem, gdzie chciała dojść. Po prostu ciągnęła mnie za rękę, przeszliśmy przez most na strumieniu, dziką ścieżką zasypaną kruchymi liśćmi. Wydawały suchy dźwięk, trzeszczały. Zahaczyłem wtedy o poręcz, na kurtce zostało rozdarcie, resztki zielonej farby i trochę rdzy. Cały czas płakałem.

Apotem, długo potem, miałem dość. Życia, ze wszystkimi jego dobrymi i złymi, wzlotami i upadkami. I innym wszystkim.

Tak bardzo miałem dość, że postanowiłem ze swojego życia wyskoczyć. Chciałem latać. Prawie mi się udało.

– Zimno jak w piekle.

Senior uniósł brwi.

– Piekło jest tam, gdzie jest źle– dopowiedziała.

– To mamy piekło. Grześ dostaje gorączki.– Zdjął rękę z czoła dziecka.

Przysunęła się na kolanach, pocałowała ciepłe czoło.

– Może to tylko wrażenia. Podróż długa…– Westchnęła.– Gdzie tu szukać lekarza?

– Rano poszukamy.

– Ajak w nocy będzie bardzo gorący?

– To będziemy szukać w nocy.

– Zaczekaj, wezmę koc, dzieciak się trzęsie.

Wmilczeniu przechodzili przez pole, matka tuliła w ramionach dziecko. Senior szedł zdecydowanym krokiem, nie mogła go dogonić. Gdy zatrzymał się przy kiosku, zbliżyła się na tyle, by usłyszeć końcówkę rozmowy.

– Daleko?

Ktoś zasłonięty czarno-białą prasą odpowiadał z wnętrza budy.

– Apotem w prawo?– Senior nasłuchiwał.– Dziękuję.

– Daleko jeszcze?– Westchnęła. Spocona i zdyszana, stawała się poirytowana. Chłopiec wyczuł zdenerwowanie matki, zaczął płakać.

– Daj małego. Ciężko ci.

Pokręciła głową, zaciskając dłonie.

– Tylko idźmy wolniej.

Kiwnął głową. Dostosował krok.

Dom doktora był niewielki. Frontowy ogródek miał zielony płotek, 60 centymetrów. Budynek stał przy bocznej ulicy, ale każdy potrafił go wskazać. To był jedyny doktor w okolicy.

– Zwyczajna świnka. Dziecko potrzebuje spokoju i ciepła. Powinien leżeć przez kilka dni. Proszę podawać mu dużo ciepłego picia, ewentualnie coś przeciwbólowego. Za tydzień będzie zdrów jak ryba.– Lekarz mył ręce po badaniu.

– Panie doktorze… my jesteśmy na wakacjach…

– Na wakacjach też się leczy dzieci, proszę pani.

– … pod namiotem.

Lekarz odwiesił spokojnie ręcznik i odwrócił się do rodziców.

– To musicie przeprowadzić się gdzieś indziej. Jakikolwiek pensjonat, byle czysty i z ciepłą wodą.

– Musimy skrócić pobyt.

– Chcesz jechać z chorym dzieciakiem?

– Ten pensjonat kosztuje za dużo.

– Dzwoniłam do rodziców. Zapłacą za pensjonat.

– Za kolejną wizytę u lekarza też?

Dziecko zapamiętało zielony płotek w Rewalu, u jedynego doktora w okolicy. I zapach wilgotnej wełny na swetrze matki, gdy wrócili pod namiot.

Latanie– proces, w którym obiekt przebywa drogą powietrzną pewną przestrzeń. Może być incydentalne lub cykliczne.

Może unosić się, krążyć w powietrzu, fruwać.

Latać nisko, wysoko.

Latać nad ziemią, nad wodą, nad miastem.

Ptaki, owady, samoloty latają. Ludzie?

– Dostałam szynkę!– krzyknęła w wejściu, zdejmując płaszcz.

– To dobrze– odmruknął Senior, pochylony nad papierami.

– Kolację jadłeś?

– Jak jadłem, jak pracuję!– warknął.

Stanęła w drzwiach.

– Nie za dużo pracujesz?– Wyciągnęła ręce, podchodząc.

Uchylił się.

– Zarobić muszę.

Wróciła do kuchni, talerz przyniosła bez słowa.

– Podaj portmonetkę– powiedziałem.

Uśmiechnęła się, gdy przyciągnąłem ją do siebie. Mocno.

Mam nadzieję, że lubisz to tak jak ja– pomyślałem.

– Mam nadzieję, że zawsze będziesz to lubił– powiedziała.

– Może ja pójdę?– Popatrzyła mi w oczy, siedząc na moich kolanach.

Pokręciłem głową.

– Dzisiaj ja. Nie zawsze jest okazja.

Musiałem poczekać na windę. Przepuściłem parę staruszków, gości sąsiadki z 2C. Byli pokryci jakby pyłem. Szare letnie płaszcze, twarze szare, srebrne włosy. Przykurzeni starością. Chciałbym dożyć takiego przyprószenia– pomyślałem.– Chciałbym dożyć go z Anką.

Na dole jak zawsze zamieniłem parę zdań z dozorcą.

Co za facet.– Zawsze tak o nim myślałem.– Za każdym razem o coś zapyta. Pamięta chyba wszystko. I dba o wszystko. Kwiaty kwitną, a zanim przestaną, już kwitną następne. Podwórko zamiecione. Tylko żonę ma zrzędliwą.

Wsklepie było dobrze. Sama właścicielka wyszła do mnie, i doważyła mi. Zawsze doważała.

– Panią Anię proszę pozdrowić– dodała na odchodnym.

– Szynki nie ma?

– Nie rzucili dzisiaj.

– Tak? A ty w ogóle w sklepie byłaś?

– Tak. Po ser stałam. A ty byłeś w jakimś sklepie?

– Ja pracuję.

Chłopiec łkał na zielonej kanapie. Nic nie mówił, oddychał tylko nierówno, chrapliwie. Łzy kapały. Senior klęczał przed nim.

Dziecko nie słuchało.

Dołączyła do nich matka. Razem tworzyli trójcę, nic jednak nie było w nich świętego. Matka głaskała dziecko po ręce, po policzku. Nie reagowało. Nie słuchało. Senior w końcu wstał. Chciał wzruszyć ramionami, jak prawdziwy mężczyzna, nie potrafił jednak. Zaciskał rytmicznie ręce w pięści, w końcu odwrócił się do wyjścia. Dzieciak rzucił się za nim. Wisiał u kolan Seniora długą chwilę, zanim pięści przestały pulsować, a ręce podniosły dziecko i przytuliły do zielonego swetra.

Senior wyszedł z mieszkania z dzieckiem na rękach, walizkę popychał nogą. Z windy wypchnął ją na zabrudzone lastriko. Zszedł po schodach, zielona taksówka czekała z włączonym silnikiem. Chłopiec wisiał na piersiach ojca jak krzyż.

Taksówkarz miał brodę jak Rumcajs, a spojrzenie Ali Baby. Był niedomyty. Wykrzywił wargi, walizkę uniósł lekko, jednym ruchem wrzucił do bagażnika.

Dziecko się zatrzęsło.

– Spokojnie, będę przyjeżdżał, Grzesiu.– Senior dawno nie używał imienia syna.

Matka stała obok, mięśnie jej drżały. Nie dlatego, że jej życie legło w gruzach. Wyłącznie dlatego, że jej syn wisiał w ramionach ojca– a nie jej.

– Poczekam, aż wrócisz na górę. Pomachaj mi.

Dzieciak pociągnął nosem. Z balkonu machał, nawet kiedy taksówka zniknęła mu już z oczu.

– Grześ, zjesz może coś?

– Nie jestem głodny.

– Arybki karmisz?

– Codziennie, mamo.

– Wyglądasz przez to okno i wyglądasz.

– Zobacz, mama, ile tam ludzi.

– Bloki tam są, to i ludzi dużo. Kręcą się, chodzą. Normalnie, synku.

– Każdy coś robi. To dziwne, nie?

– Co w tym dziwnego.– Wzruszenie ramion.

– Że każdy zajęty jest. Wiesz, śpieszy się gdzieś. Tylu ludzi, ale oni nie są ze sobą.

– To znaczy? Nie są ze sobą?

– No… każdy się śpieszy. W swoją stronę.

– Każdy musi swoje zrobić w życiu, synku.

– Imusi sam?

– Idziemy, mamo?

– …

– Ładnie tu.

– Lubisz park?

– Lubię. Ładnie widać nasze okno.

– Niedługo drzewa podrosną i nie będzie widać.

– Ale jeszcze widać. Do trzeciego piętra tak szybko nie podrosną.

– Uważaj, nie przewróć się. Dlaczego lubisz ten park?

– Bo nim wychodzę na wolność.

– Na wolność?

– Do miasta. Do sklepu i do kina z tobą. Przez most.

– Lubię nasz zielony most.

– Też go lubię, mamo. Nim nie jeżdżą taksówki.

Nie, nie mam specjalnych pragnień. Chcę tylko być, zwyczajnie, po prostu.

Zdarzają się radości, choć na co dzień nie jest lekko.

Lubię pomagać. I lubię koleżankę, której wczoraj pomogłem. Przyniosła mi jabłko. W podziękowaniu. Wpadła wieczorem, bo pracuję w domu.

Dzisiaj miałem rozmowę z szefem. Właściwie wrzask, nie rozmowę. Twierdził, że zaniedbałem obowiązki. Podobno wydał mi polecenie. Jakieś. Kiedyś. Nie pamiętam, ale ja– w odróżnieniu od niego– nie piję. Szef też nie pamięta i dlatego ja pamiętać powinienem.

Chodziło o jakąś prostą sprawę. Dodatkowe kryterium w raportach. Załatwiłem w dwie godziny.

– Jest dobrze, mamo.

– Grześ, dlaczego kłamiesz? Nie jest dobrze. Rozmawiałam z wychowawczynią.

– Mamo, raptem dwie dwóje.

Westchnienie.

– Nie chodzi o dwie dwóje. Opuszczasz lekcje bez usprawiedliwienia. Wszystkie oceny masz słabsze. Nie uważasz na lekcjach. Nauczyciele się skarżą. Dyrektor mnie wezwał.

– Takie tylko, wiesz, mamo, wiosenne przesilenie.

– Idlatego spędzasz czas w parku?

– Lubię park. Ty też go przecież lubisz?

Gdy śni ci się, że lecisz samolotem– oznacza to jakąś wielką porażkę w twoim życiu. Twoje plany się nie ziszczą.

Mieć skrzydła, śnić o skrzydłach– mieć zmartwienia.

Latać bez skrzydeł– radość i szczęście. Wolność. Śnić o wolności. Tęsknić za wolnością.

– Drzwi zamykaj.

– …

– Synku, drzwi zamykaj!

– Grześ, co z twoimi rybkami?

– Aco?

Hałas. Spadł plecak. Trzask drzwi.

– Mamo!

– Widziałam. Może ich nie karmiłeś?

– Codziennie!

– Aile?… Może za dużo?

– Przekarmiłem?

– Co z nimi teraz zrobisz?

– Zimą nie pochowam w ziemi.

– Ale musisz do sedesu?

Cieszenie się prostymi przyjemnościami jest niezwykłe. Odwrotnie proporcjonalne do pospolitości zdarzeń. Radość z odnalezienia książki na półce, schowanej w drugim rzędzie za rocznikiem statystycznym z 1975. Zapach zdziczałego szczypiorku przy ścieżce do parku. Smak lodów waniliowych w upalny dzień. Dojście do tych radości zajmuje czasami całe życie– ja jedno poświęciłem na poszukiwanie radości wielkiej, bezwzględnej, oszałamiającej i obezwładniającej. Istniejącej gdzieś. Nie potrafiłem zrozumieć, że nic takiego nie istnieje, tak jak nie potrafię teraz zrozumieć, jak mogłem nie rozumieć.

Tak proste, tak skomplikowane.

– To już nie jest drobna niedyspozycja. Jesteś zagrożony.

– Mamo, zaliczę poprawkę, będzie z głowy.

– Grześ, przecież ty byłeś wzorowy.

– Dawno.

– Dla mnie jesteś cały czas.

– Niech tak zostanie, mamo.

Dziwne to. Mama taka mądra, a nie rozumie, że życie niewiele jest warte. Uczyć się, nie uczyć– na to samo wychodzi. I tak pójdę do roboty w jakimś zapyziałym sklepie. Z maturą czy bez.

– Synku, drzwi zamykaj.

– Nie chcę remontu. Nie chcę malować ścian ani drzwi. Żadnych drzwi.

– Synku, przecież tu już brudno.

– Nie drzwi.

– Zobacz, framuga taka brudna. Pomazana tutaj…

– Mama! Tutaj tata zaznaczał, jak rosłem.

– Dobrze, dobrze już. Nie zamaluję.

– Masz trzysta godzin nieusprawiedliwionych.

– Nie pisałaś usprawiedliwień.

– Wychowawczyni skarży się, że jesteś niegrzeczny.

– Aona jest grzeczna?

– Pyskujesz.

– Jej czy tobie?

– Jedno i drugie.

– Daj spokój. Przecież nie usprawiedliwisz mi trzystu godzin.

– Przy takiej frekwencji mogą cię nie dopuścić do poprawki.

– Dopuszczą. Już dopuścili.

– Azaliczysz? Przecież w ogóle się nie uczysz.

– Moja w tym głowa. Daj coś zjeść, mamo.

– Mama, co to?

– Okno otworzyłam, przeciąg się zrobił.

– Bajzel tu.

– Nie zdążyłam sprzątnąć. Trzaskają te drzwi, jak się tylko okno w kuchni otworzy.

– Mama, ta szyba, z tych drzwi, wbiła się w drzwi szafy. Ale musiało pier… walnąć, znaczy się.

– Huk był straszny. Pomóż posprzątać. Pełno tu szkła.

– Śpieszę się, mama. Lecieć muszę.

– To pa, synku… posprzątam. Poradzę.

Dzisiaj moje życie zawiera się w fotelu,