Latające Anioły - Danielle Steel - ebook + książka

Latające Anioły ebook

Danielle Steel

4,5

Opis

Jest rok 1941, Japonia właśnie uderzyła na amerykańską bazę marynarki wojennej na Hawajach, Pearl Harbor. Dwie przyjaciółki, Audrey i Lizzie, głęboko odczuły atak Japończyków, ponieważ zginął w nim ktoś im bliski, kogo gorąco kochały. Młode kobiety po przejściu żałoby postanowiły zaangażować się w działania wojenne. Jako wyszkolone pielęgniarki zgłaszają się do wojskowych oddziałów lotniczej ewakuacji rannych i zostają wysłane do Anglii, gdzie dołączają do zespołu, który wykonuje niebezpieczne misje, sprowadzając żołnierzy z frontu.

Audrey i Lizzie z ogromnym poświęceniem ratują rannych, pracując u boku niezwykłych koleżanek – Alex, która pragnie zmienić świat na lepsze; Louise, dorastającej na Południu, zmagającej się z uprzedzeniami rasowymi; Pru, bezinteresownej liderki o złotym sercu; oraz Emmy, którą bezkompromisowość i siła charakteru popychają do ryzykowania wszystkim dla dobra

pacjentów. Nie licząc na żadne awanse, skromnie wynagradzane, Latające Anioły dają z siebie wszystko w walce o wolność. Podczas brawurowych lotów ewakuacyjnych służą równie dzielnie

i niestrudzenie, jak ludzie, których ratują na froncie, i są na zawsze związane wzajemną lojalnością.

Latające Anioły to fascynująca i inspirująca historia odważnych kobiet w czasach drugiej wojny światowej, autorstwa najlepiej sprzedającej się na całym świecie pisarki, Danielle Steel.

Danielle Steel

To jedna z najbardziej znanych i najchętniej czytanych autorek na świecie, a jej powieści sprzedano w blisko miliardzie egzemplarzy. Do licznych międzynarodowych bestsellerów Steel należą: Romans, Sąsiedzi, To, co bezcenne, Pegaz i inne wysoko oceniane powieści. Jest również autorką książek: Światło moich oczu: historia życia Nicka Trainy, opowiadającej o losach jej syna; Życie na ulicy, wspomnień z pracy z bezdomnymi; Expect a Miracle, zbioru jej ulubionych cytatów niosących inspirację i pocieszenie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (64 oceny)
38
18
7
1
0
Sortuj według:
zaba339

Nie oderwiesz się od lektury

nie można się oderwać
00
Marzeneczka33

Nie oderwiesz się od lektury

piękna książka jak wszystkie tej autorki ,czyta się ją jednym tchem
00
margola25

Dobrze spędzony czas

piękna i nie bywalec wzruszająca książka. Polecam
00
palinka9191

Nie oderwiesz się od lektury

Historia pielęgniarek służących w siłach powietrznych podczas II wojny światowej. Pełna nadziei, optymizmu ale również bólu i niemocy. Każda z tych kobiet jest inna, mają różne pochodzenie a nawet kolor skóry ale łączy Je jedno - chęć niesienia pomocy innym. Empatia, poświęcenie, przyjaźń, miłość. Poruszony jest temat pielęgniarek w tamtym czasie gdy kobiety nie do końca mogły decydować o własnym życiu. Jednak te dziewczyny walczyły - ze sobą, z rodziną, z przeciwnościami losu. Moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki o której sporo słyszałam. Chociaż denerwować może fakt że historia jest bardzo szybko prowadzona. Autorka ma specyficzny styl pisania który nie każdemu może odpowiadać. Mimo wszystko książka warta przeczytania.
00
MESSY582

Dobrze spędzony czas

"Zbyt wiele od­da­li i zbyt wiele stra­ci­li w woj­nie, która nie po­zo­sta­wi­ła ni­ko­go takim samym i która za­bra­ła wszystkim zbyt wiele." Przyznaję, że nie była to najlepsza książka jaką czytałam i mogłabym się czepnąć paru rzeczy, chociażby stylistyki czy uproszczeń. Jednak nie zrobię tego z jednego prostego powodu, ta historia naprawdę mnie wciągnęła, co więcej, nawet się wzruszyłam, mimo że fabuła jest dosyć przewidywalna. Całość ma w sobie bardzo dużo ciepła i uroku, którym trudno się oprzeć, podobnie jak, wykreowanym przez autorkę, bohaterkom. Nie nastawiajcie się na wybitną lekturę, ale na opowieść, która pochłonie was na jedno popołudnie, od razu też uprzedzam, że mało jest tutaj dialogów, a główna skrzypce gra narrator i o dziwo, to też mi nie przeszkadzało. Może się starzeję, albo po prostu czasami potrzebuję prostej i nieskomplikowanej historii. Zarówno "Latające Anioły" jak i autorka wskakują u mnie do kategorii "guilty pleasure".
00

Popularność




Tytuł oryginału: Flying Angels
Copyright © 2021 by Danielle Steel All rights reserved. Copyright for the Polish Edition © by Wydawnictwo Luna, imprint Wydawnictwa Marginesy 2022 Copyright for the Polish Translation © by Magdalena Rabsztyn-Anioł 2022
Wydawca: NATALIA GOWIN
Redakcja: ITA TUROWICZ
Korekta: JOLANTA KUCHARSKA, AGNIESZKA KWATERSKA/e-DYTOR
Adaptacja polskiej wersji okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ.ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Projekt i adaptacja okładki: Scott Biel’s design
Zdjęcia na okładce: Główne zdjęcie: © Debra Lill; Kobiety: © Rekha Garton/Arcangel; Samolot na ziemi: © Pics that fly/Alamy; Samoloty na niebie: © Avpics/Alamy
Skład i łamanie: JS Studio
Warszawa 2022 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67262-34-7
Wydawnictwo Luna Imprint Wydawnictwa Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11a 01-527 Warszawawww.wydawnictwoluna.plfacebook.com/wydawnictwolunainstagram.com/wydawnictwoluna
Konwersja:eLitera s.c.

Dla moich ukochanych dzieci:

Beatrix, Trevora, Todda, Nicka,

Samanthy, Victorii, Vanessy,

Maxxa i Zary.

Oby wyzwania i trudne chwile

w życiu każdego z was

okazały się błogosławieństwami

i zbliżały was jeszcze bardziej

do tych, których kochacie.

Życzę wam odwagi, siły, mądrości,

pomyślności, radości

i życia wypełnionego miłością

oraz dobrych ludzi, gotowych was kochać,

chronić i pocieszać –

całym sercem i z miłością

Mama

Miłość czyni nas odważnymi

Rozdział 1

W pewien piękny czerwcowy poranek 1938 roku zaczął się wielki dzień dla rodziny Parkerów.Poprzedniego wieczoru Audrey przygotowała dla mamy ubranie – niebieskoszary jedwabny kostium, który ta wkładała za każdym razem, gdy czekała ją jakaś ważna uroczystość i czuła się wystarczająco dobrze, żeby wyjść z domu. A trudno było o donioślejszą okazję. Syn Ellen, brat Audrey, William Edward Parker, kończył Akademię Marynarki Wojennej USA w Annapolis jako podporucznik, podobnie jak wcześniej jego ojciec i dziadek. Ellen żałowała tylko, że jej zmarły mąż oraz teść tego nie zobaczą. Z całej rodziny Williamowi zostały tylko ona i Audrey. W przeciwieństwie do ojca i dziadka Willa interesowały raczej samoloty niż okręty. Po Annapolis chciał przejść podstawowe szkolenie lotnicze w bazie lotnictwa marynarki wojennej w Pensacoli. Zamierzał zostać pilotem. Później przejdzie zaawansowane szkolenie lotnicze i w końcu będzie biegle startował i lądował na lotniskowcach. Wcześniej zdobył licencjat w zakresie nauk ścisłych.

Jego ojciec, kapitan Francis Parker, odszedł przed trzema laty z powodu guza mózgu. Dziadka, trójgwiazdkowego wiceadmirała Jeremiaha Parkera, który zmarł, gdy Will i Audrey byli dziećmi, zachowali w pamięci mgliście jako wysokiego mężczyznę w mundurze zdobionym licznymi szamerunkami. Parkerowie byli zasłużeni w marynarce wojennej i nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Will pójdzie w ich ślady. Takie niepisane prawo panowało w ich rodzinie – mężczyźni z rodu Parkerów szli do Akademii w Annapolis i Will nie śmiał się temu sprzeciwić. Nie chciał rozczarować dziadka ani taty, chociaż nie było ich już na tym świecie. Na uroczystości wręczenia dyplomów wystąpi, zgodnie z ich oczekiwaniami, w białym mundurze galowym.

Choroba rodziców wpłynęła przede wszystkim na życie Audrey. Ojciec cierpiał z powodu raka, a ledwie kilka miesięcy po jego śmierci u mamy pojawiły się dziwne objawy: osłabienie mięśni, utrata równowagi i drżenie rąk. Z początku obie, matka i córka, sądziły, że to na tle nerwowym, ale wkrótce u Ellen zdiagnozowano wczesne stadium choroby Parkinsona. Lekarze wyjaśnili im, że to postępująca choroba, która prowadzi do poważnego upośledzenia, przykuwa chorego do łóżka i uniemożliwia poruszanie się. Przy odrobinie szczęścia miało to nastąpić nie tak prędko.

Przez dwa lata Audrey pomagała w opiece nad ojcem będącym w zaawansowanym stadium raka – aż do jego śmierci. W efekcie nabrała niezwykłej jak na osiemnastolatkę powagi i dojrzałości i wydawała się starsza, niżby wskazywał na to jej wiek. Spędziła pięć lat, opiekując się kolejno rodzicami, co ostatecznie wpłynęło na dokonywane przez nią wybory. Jej życie towarzyskie niemal przestało istnieć. Nie miała czasu spotykać się ze znajomymi i rzadko chodziła na randki. Podczas gdy jej koledzy i koleżanki z liceum dobrze się bawili, Audrey była znacznie bardziej odpowiedzialna, niż można by oczekiwać po jej wieku, i pełniła funkcję wsparcia oraz nieoficjalnej pielęgniarki. Jej jedyną rozrywkę stanowiło czytanie książek, dzięki czemu nie odczuwała samotności i mogła oderwać się od realiów, z jakimi mierzyła się każdego dnia. Za tydzień kończyła liceum, a we wrześniu rozpoczynała naukę w szkole pielęgniarskiej. Nie miała ambicji, żeby związać się z tym zawodem na całe życie, lecz zdawała sobie sprawę z długiego, powolnego procesu zwyrodnienia układu nerwowego, jaki czekał jej matkę, i chciała być w stanie nieść jej pomoc i zapewnić opiekę, a być może również przedłużyć życie.

Dziewczyna nie żałowała lat spędzonych najpierw na pomaganiu w opiece nad ojcem, a potem na zajmowaniu się mamą. Dla rodziców zrezygnowała z wielu zajęć – lekcji baletu, uprawiania sportów, chodzenia na prywatki i spotykania się z koleżankami. Była na zaledwie kilku randkach, na bal z okazji zakończenia roku poszła zdenerwowana i tak bardzo martwiła się o mamę, która została w domu sama, że przeprosiła swojego partnera i wyszła wcześniej. Chłopak przyjął to życzliwie, ale już więcej do niej nie zadzwonił. Jak na osiemnastolatkę Audrey wiele poświęciła dla rodziców, traktowała to jednak jako swój obowiązek wobec nich i nie odczuwała z tego powodu niezadowolenia.

Była ładną dziewczyną o szczupłej sylwetce, długich ciemnych włosach i delikatnych rysach twarzy. Jej błękitne oczy patrzyły z powagą, gdy obserwowała mamę, pełna niepokoju, czy ta nie upadnie i nie zrobi sobie krzywdy. Zdarzyło się to już kilkakrotnie i obie wiedziały, że się powtórzy. Taka była natura tej choroby, która w ciągu minionych kilku lat postępowała powoli, lecz nieubłaganie.

Audrey dorastała w Annapolis, ładnym miasteczku nad zatoką Chesapeake. W weekendy ojciec zabierał ją i jej brata pod żagle, a teraz ona i Will czasem wypływali sami ich małą żaglówką. Miała do brata pełne zaufanie i oboje byli dobrymi żeglarzami. Traktowała go jak bohatera i jedynie przy nim pozwalała sobie na rozrywkę, żeglując czy sporadycznie wychodząc z nim na kolację. Przywoził jej kolorowe magazyny i małe upominki. Uwielbiała go od dzieciństwa. Przekomarzał się z nią i rozśmieszał, dzięki czemu brzemię, które dźwigali, zdawało się lżejsze. Uważała, że jest idealnym starszym bratem.

Audrey miała w szkole kilka dobrych koleżanek, lecz brakowało jej czasu, by się z nimi spotykać, ponieważ po zajęciach zawsze śpieszyła się do domu, by pomóc mamie. W efekcie przyjaźnie słabły. Chętnie umawiałaby się z bliskimi niegdyś koleżankami, lecz jej życiem rządziły odpowiedzialność i obowiązek, co nie pozostawiało wiele czasu na nic innego. Była świetną uczennicą. Jej matkę zaskoczyła i wzruszyła decyzja córki o wyborze szkoły pielęgniarskiej. Audrey miała łagodne usposobienie i była bardzo opiekuńcza, więc pielęgniarstwo przemawiało do niej niezależnie od choroby matki. Ellen uznała, że córka, bez względu na powody, jakimi kierowała się, wybierając dalszą edukację, któregoś dnia będzie świetną pielęgniarką. Miała wrodzony talent do medycyny i troszczenia się o innych.

Audrey smuciła myśl, że jej brat wyjedzie na czas podstawowego szkolenia lotniczego. Dobrze się czuła, gdy był w pobliżu. Kiedy go widziała, wszystko wydawało się łatwiejsze. Mieszkał w akademiku, ale często przyjeżdżał do domu, żeby zjeść z nimi posiłek albo zabrać Audrey na godzinę do miasta. Wszystko miało się teraz zmienić. Po odbyciu podstawowego szkolenia będzie stacjonował gdzieś indziej. Miała wrażenie, że ich dni jako rodziny dobiegają końca. W pewnym sensie Will stał się jej jedynym przyjacielem. Jego wyjazd będzie dla niej trudnym i bolesnym doświadczeniem.

Starała się o tym nie myśleć, gdy pomagała mamie ubrać się na uroczystość rozdania dyplomów. Ellen wyglądała uroczo w niebieskoszarym jedwabnym kostiumie, gdy siedziała na kanapie w salonie, czekając, aż córka pośpiesznie się przygotuje. Audrey włożyła kostiumik z czerwonej bawełny, nawet nie zdając sobie sprawy, jak pięknie wygląda, gdy pomagała mamie wstać i przejść do drzwi niezgrabnym, niepewnym krokiem. Podtrzymywała ją mocno, pomogła wsiąść do samochodu i zawiozła do Yardu, jak wszyscy nazywali kampus. Audrey niedawno zrobiła prawo jazdy i okazała się dobrym i ostrożnym kierowcą. Była odpowiedzialna pod każdym względem i uwielbiała prowadzenie samochodu oraz poczucie wolności, jakie to jej dawało. Czuła się bardzo dorosła za kierownicą rodzinnego auta. Obie kobiety uśmiechały się, zająwszy miejsca. Czekały na rozpoczęcie ceremonii.

Gdy Will pojawił się w orszaku absolwentów, był równie wysoki i przystojny jak kiedyś jego ojciec: metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, starannie przystrzyżone blond włosy i szerokie ramiona. Miał na sobie biały galowy mundur. Ukończył studia z wyróżnieniem, co żadnej z nich nie zaskoczyło. Młodzi mężczyźni wmaszerowali przy wtórze orkiestry miejskiej Annapolis. Uroczystość otworzył prezydent Roosevelt, po nim wystąpiło jeszcze kilku mówców. Rozdano dyplomy, po czym, jak nakazywała tradycja, wszyscy absolwenci rzucili w górę birety, rozradowani, poklepywali się po plecach i przez chwilę panował zgiełk i chaos. Uroczystość zakończyła się odśpiewaniem hymnu Akademii Marynarki Wojennej USA Navy Blue and Golden, podczas którego Audrey zobaczyła, że matka płacze. Była to wzruszająca chwila dla nich obu, a William wprost promieniał, podchodząc do nich.

Obiecał przyjaciołom, że spotka się z nimi później, i pomógł matce przejść do samochodu stojącego na parkingu. Zawiózł je do Reynolds Tavern, gdzie niemal przy każdym stoliku siedzieli absolwenci i wspólnie z rodzinami jedli lunch.

Ellen nie mogła uwierzyć, jak szybko minęły lata spędzone przez Willa w Annapolis. Jego ojciec zmarł, gdy chłopak był na pierwszym roku studiów, a trzy kolejne pamiętała jak przez mgłę, podobnie jak Audrey, która martwiła się o mamę i uczyła, jak o nią dbać i zajmować się jej rosnącymi potrzebami. A wkrótce Will będzie pilotem marynarki. Miał dwadzieścia dwa lata i wyglądał dokładnie tak, jak powinien się prezentować absolwent Annapolis. Był idealnym amerykańskim chłopakiem. Wysoki, prosty jak struna, silny i wysportowany, z błyskotliwym umysłem, szerokim uśmiechem i życzliwym sercem. W oczach Ellen i Audrey był idealnym synem i bratem, jego ojciec również byłby z niego dumny.

Po lunchu zawiózł je do domu, a Audrey widziała, że nie może doczekać się ponownego spotkania z przyjaciółmi. Wszyscy mieli plany na ten wieczór, Will zaś zamierzał zobaczyć się z dziewczyną, z którą obecnie się spotykał. Była to miejscowa piękność, ale on nie traktował jej poważnie. Will uwielbiał dobrą zabawę i miał wielkie plany na przyszłość, które na razie skupiały się raczej wokół samolotów niż kobiet. Chętnie się z nimi umawiał, ale uważał, żeby się zbytnio nie angażować. Przestrzegł go przed tym ojciec. Will chciał zrobić karierę w marynarce i wiedział, że miną lata, zanim będzie mógł się ustatkować. Kilku jego kolegów z roku było już zaręczonych, a na najbliższe miesiące zaplanowano parę wesel. Will uważał, że w ich wieku będzie to raczej obciążeniem niż atutem. On sam nie był zainteresowany małżeństwem w perspektywie wielu najbliższych lat. Nie mógł doczekać się nauki pilotażu i ekscytowała go myśl, że w końcu zostanie porucznikiem. Był to tylko pierwszy krok w – miał nadzieję – długiej i znakomitej karierze wzorem ojca i dziadka. Mówiło się o napięciach narastających w Europie i o możliwości wojny, ale nawet gdyby do niej doszło, to absolwenci byli pewni, że Stany Zjednoczone nigdy do niej przystąpią. Wyciągnęli naukę z ostatniej wojny. Nigdy więcej.

Była czwarta po południu, gdy Will wyszedł. Powiedział mamie, że wróci późno i by się o niego nie martwiła. Było z pół tuzina imprez, o których wiedział i chciał na nie pójść. Całe życie czekał na ten dzień i zamierzał nacieszyć się nim w pełni. Audrey była pewna, że wróci do domu pod wpływem alkoholu, ale postara się ich nie obudzić. Dzień był piękny i uśmiechnęła się, gdy Will pocałował ją w policzek, a kilka minut później wyszedł. Przez chwilę zazdrościła mu wolności, jaką teraz będzie dysponował. Świat mężczyzn był zupełnie inny. Mogli robić, co chcieli, i zawsze tak będzie. Jako kobieta miała znacznie mniej swobody i wyglądałoby tak samo, nawet gdyby jej mama nie była chora. Życie Audrey jako młodej samotnej dziewczyny było znacznie bardziej ograniczone niż życie jej brata. A nawet jeżeli pewnego dnia wyjdzie za mąż, nigdy nie zdobędzie takiej niezależności, jaką cieszył się Will. Mógł jechać, dokądkolwiek sobie zamarzy, mógł robić, cokolwiek postanowi, i mógł być kimkolwiek zechce. Kobiety nie miały takich możliwości.

Mama i córka zjadły tego wieczoru spokojną kolację przy kuchennym stole. Ellen wyglądała na wyczerpaną emocjami i wysiłkiem dnia, była więc wdzięczna, gdy Audrey pomogła jej wejść po schodach i o ósmej położyła ją do łóżka. Zasnęła w ciągu kilku minut, a Audrey poszła do swojego pokoju, otoczona panującą w domu ciszą. Słyszała szczekającego w oddali psa i klakson samochodu. Wyobrażała sobie, jak tego wieczoru absolwenci przemieszczają się z imprezy na imprezę i świętują. Ukończenie akademii w Annapolis było wielkim osiągnięciem i ważnym rytuałem przejścia. Audrey zdawała sobie sprawę, że w jej życiu nie wydarzy się nic podobnego – ukończenie liceum, które miało nastąpić za tydzień, a nawet ukończenie szkoły pielęgniarskiej za trzy lata będzie tylko spokojnym, eleganckim wydarzeniem. Akademia Marynarki Wojennej była czymś naprawdę ważnym i wielkim. Do końca życia Will będzie cieszył się szacunkiem rówieśników i zwierzchników. Nic, co Audrey osiągnęła czy kiedykolwiek osiągnie, nie będzie mogło się z tym równać ani w jej własnych oczach, ani w oczach innych. Willowi się udało. Spełnił marzenie ich ojca. Wiedział, czego się po nim oczekuje od czasu, kiedy był małym dzieckiem. Nie wahał się nawet przez moment. Marynarka będzie jego życiem, a samoloty pasją. Marynarka była tym, czym zajmowała się jego rodzina, i tym, czego się po nim spodziewano.

*

Will przyszedł na uroczystość zakończenia szkoły przez Audrey, tak jako ona wybrała się na rozdanie dyplomów w Akademii. Stał wysoki, dumny i przystojny, opiekując się mamą, podczas gdy Audrey przechodziła przez rytuał ukończenia liceum. Ich mama nie czuła się najlepiej tego dnia i nie dała rady pojechać na lunch. W drodze do audytorium omal się nie przewróciła dwa razy, więc zaraz po uroczystości udali się do domu, żeby mogła się położyć. Audrey powiedziała, że nie ma nic przeciwko temu, ale Will czuł się źle, nie mogąc świętować jej osiągnięcia. Prawie nie miała czasu pożegnać się ze znajomymi, bo zaraz podbiegła pomóc mamie. Inne dziewczęta szły na lunch z rodzinami, tak jak przedtem one z Willem, ale tym razem Ellen była zbyt słaba i chwiejna, żeby pójść do restauracji. Koleżanki okazały życzliwe zrozumienie, gdy pośpiesznie je zostawiła, ale Audrey zdawała sobie sprawę, że jest już outsiderką i była nią od lat, bo przez większość czasu tkwiła w domu z mamą. Było to poświęcenie, które jego siostra podjęła z własnej woli, za co Will ją podziwiał.

Kiedy już zaniosła tacę z jedzeniem do pokoju matki, Will zastał ją w kuchni, miała na sobie białą sukienkę z falbankami, a we włosach margerytki. Wyglądała tak niewinnie i młodo, jakby nie miała najmniejszych trosk. Audrey potrafiła wszystkiemu nadać pozytywny wydźwięk. Nie było w niej nawet odrobiny melancholii.

– Wszystko w porządku? – spytał łagodnie, a ona skinęła z uśmiechem głową. Nie mógł nie zauważyć, że jest śliczna, i miał tylko nadzieję, że kiedyś uda jej się prowadzić bardziej ekscytujące życie. – Przykro mi, że nie udało się zabrać cię na lunch – powiedział i naprawdę było mu przykro.

– W porządku, nic się nie stało. – Była niezmącenie pogodna i spokojna. – Mama nie czuła się dobrze już od kilku dni. Myślę, że to nowe lekarstwo na nią nie działa.

Próbowali już wszystkiego, co było dostępne, lecz żaden z leków na parkinsona tak naprawdę jej nie pomagał.

– Martwię się, co będzie, kiedy stąd wyjadę – powiedział Will cicho. Chciał, żeby siostra mogła cieszyć się życiem, ale ich mama była tak chora.

– Poradzimy sobie – zapewniła go.

Już umówili pielęgniarkę, która miała zaglądać do Ellen dwa razy dziennie, gdy Audrey zacznie naukę w szkole pielęgniarskiej. Ich ojciec przez lata skrupulatnie oszczędzał, ponadto dostawały jego emeryturę, więc starczało im na wszystkie potrzeby, wygodny dom i szkołę Audrey.

– Będzie mi ciebie brakowało, ale przecież nie możesz tu siedzieć do końca życia – stwierdziła uczciwie Audrey i oboje wiedzieli, że to prawda.

Dni, kiedy wszyscy byli razem, a Will mieszkał w pobliżu, już minęły. Był dorosły, wkrótce miał zostać pilotem marynarki wojennej. I dla niej, i dla Willa brzmiało to bardzo dorośle. Ich ojciec miał nadzieję, że któregoś dnia Will zostanie kapitanem okrętu, a chłopięca pasja do samolotów minie. Jednak serce ciągnęło go do latania i zamierzał w pełni spełnić to marzenie. A zarówno matka, jak i siostra chciały, by jego pragnienie się ziściło.

Will zdawał sobie także sprawę z tego, że któregoś dnia Audrey nie podoła samodzielnej opiece nad mamą, ale ten czas jeszcze nie nadszedł i chłopak miał nadzieję, że dla dobra ich wszystkich jeszcze długo nie nadejdzie. Czuł głęboki smutek, widząc, jak matka podupada na zdrowiu i jak z roku na rok jest jej coraz trudniej. Wybór przez Audrey szkoły pielęgniarskiej, by mogła skuteczniej zajmować się Ellen, uznał za szlachetny, ale to było tak typowe dla jego siostry. Zawsze przedkładała dobro innych nad swoje i była gotowa na każde wyrzeczenie. Poświęciła swoją młodość i nigdy nie narzekała. Dla Audrey szklanka była zawsze w połowie pełna, a do każdego wyzwania podchodziła z miłością i entuzjazmem, co budziło w Willu podziw i wdzięczność.

*

Dwa tygodnie po ukończeniu szkoły przez Audrey Will wyjechał na Florydę, gdzie rozpoczynał podstawowe szkolenie lotnicze. Nie miał czasu dzwonić do nich regularnie, więc kontakt z nim był sporadyczny, lecz ilekroć się odzywał, w jego głosie dało się słyszeć zachwyt, niemal euforię. Uwielbiał to, co robił, i wszystko, czego dowiadywał się o pilotażu. Jego marzenie się spełniło.

Ellen starała się zachęcić Audrey, by w lipcu i sierpniu spotykała się z dawnymi szkolnymi przyjaciółmi, żeby nie stracić kontaktu, jednak wiele spośród nich podróżowało w tym czasie z rodzinami lub wyjechało na letnisko i miało wrócić dopiero z początkiem września. Kilka dziewcząt wzięło ślub zaraz po ukończeniu szkoły średniej. Audrey zamierzała umówić się z jedną czy dwiema koleżankami na jesieni. A na razie sama bez trudu znajdowała sobie zajęcia, czytając i załatwiając sprawy dla mamy.

Pływała w klubie rekreacyjnym, do którego należały, ilekroć zdołała zabrać ze sobą mamę. Czasami Ellen dała się nawet namówić na to, żeby wejść do basenu, i czuła się po tym lepiej. Audrey robiła jej długie i delikatne masaże, a kilka razy wybrały się nawet na zakupy po rzeczy potrzebne Audrey do szkoły. Gdy skończył się sierpień i zaczął wrzesień, Audrey była przejęta tym, co czeka na nią w szkole pielęgniarskiej. Zapewne nie będzie to aż tak ekscytujące jak to, co przeżywał Will, który uczył się latania myśliwcami. Zaczął od N3N Canary, zwanego „Żółtym Zagrożeniem”. Był to dwupłatowiec zbudowany przez zakłady marynarki lotniczej, ale pod koniec lata Will przesiadł się na bardziej zaawansowane konstrukcje. Celem marynarki było „wyszkolenie znakomitych pilotów”.

Audrey również ekscytowała się tym, co ją czekało. A czekało przecież coś więcej niż kurs szkoleniowy, który miał ją nauczyć opiekowania się mamą. Zostanie prawdziwą pielęgniarką, jeżeli zechce, no i nie mogła doczekać się osób, które wkrótce pozna. To nie będzie banda dzieciaków jak w liceum, lecz poważne młode kobiety realizujące swoje cele zawodowe.

Zrobiły na niej wrażenie już pierwszego dnia szkoły, bo wydawały się takie dojrzałe. Większość pierwszego semestru miały spędzić w sali lekcyjnej podobnie jak Will podczas szkolenia lotniczego, który początkowo uczył się aerodynamiki oraz skomplikowanych obliczeń, jakie musiał umieć przeprowadzić. Ale już w pierwszym semestrze Audrey będzie miała do czynienia – pod ścisłym nadzorem – z prawdziwymi pacjentami.

Pierwszego dnia zajęć rozejrzała się po sali i zobaczyła kilka dziewczyn, które chętnie by poznała. Wszystkie wyglądały na starsze od niej i sprawiały wrażenie bardzo obytych w świecie. Nagle poczuła się nic nieznacząca i niedoświadczona. Bała się, że dostanie ataku paniki, kiedy obserwowała siedzącą obok dziewczynę. Była bardzo piękna i wydawała się opanowana i dorosła. Ubrana w szarą wełnianą spódnicę, białą bluzkę i zwykłe czarne czółenka na wysokich obcasach wyglądała raczej na sekretarkę w biurze niż studentkę pielęgniarstwa. Miała błękitne oczy, blond włosy zaczesane do tyłu i upięte w kok, a wokół twarzy aureolę delikatnych loczków. Audrey była w starej granatowej garsonce mamy, którą Ellen pożyczyła jej po szesnastych urodzinach, gdy córka potrzebowała stroju, bo całą klasą wybrali się na Jezioro łabędzie w Baltimore. Po powrocie Ellen pozwoliła jej zatrzymać kostium. Do tego Audrey dobrała krótki sznurek pereł, który dostała od mamy na osiemnaste urodziny jako symbol dorosłości. Perły mówiły, że nie jest już dziewczynką, ale kobietą.

Audrey zerknęła z ukosa na sąsiadkę, która się do niej uśmiechnęła. Nie rozmawiały do pierwszej przerwy, kiedy to nieznajoma zwróciła się do Audrey z ciepłą miną.

– Cześć, jestem Lizzie Hatton. Z Bostonu. A ty skąd jesteś? – Niektóre ze studentek były miejscowe, lecz wiele z nich nie, tak jak Lizzie.

– Stąd. Całe życie tu mieszkam – odpowiedziała nieśmiało Audrey.

– Wszyscy w mojej rodzinie są lekarzami albo pielęgniarkami. Nie dostałam się do szkoły pielęgniarskiej w Bostonie i trafiłam tutaj.

Wyglądała na lekko speszoną, gdy to mówiła. Po prostu jej stopnie nieco się popsuły w ostatniej klasie liceum. Za dobrze się bawiła i wcale jej nie zależało na pielęgniarstwie. Wspomniała, że mieszka w internacie.

– U mnie wszyscy są marynarzami – odparła Audrey z lekkim uśmiechem. – Mój ojciec był kapitanem, dziadek wiceadmirałem, a mój brat jest teraz pilotem w marynarce.

– O, brzmi ciekawie. A co robi twoja mama?

Lizzie była zaintrygowana Audrey, która wydawała się opanowana, spokojna i skupiona, znacznie bardziej niż ona. Czuła, że tych cech jej brakuje.

– Nic. Jest chora. Ale wcześniej też nie pracowała.

– Moja jest pielęgniarką. A ojciec lekarzem, podobnie jak dziadek i wuj. Mój starszy brat uczy się na wydziale medycznym w Yale, a młodszy szykuje się do studiów medycznych na Bostońskim. Ja też chciałam iść na studia medyczne, ale mnie wyśmiali. Według mojego ojca kobieta może być pielęgniarką, ale nie lekarką. Powiedziałam mu, że to staroświecki punkt widzenia. Tak naprawdę to chcą, żebym wyszła za mąż i miała dzieci. Ich zdaniem szkoła pielęgniarska to odpowiednie zajęcie na czas szukania męża.

Lizzie mówiła to z lekko poirytowaną miną.

– Czy tak właśnie zrobiła twoja mama? – spytała ją Audrey.

– Mniej więcej, tylko nie ujmuje tego w ten sposób. Gdy wzięli ślub, pomagała tacie w gabinecie, dopóki nie mieli dzieci. Odeszła, gdy urodził się mój starszy brat Greg. Teraz dwa dni w tygodniu pracuje jako wolontariuszka w szpitalu. Jest ochotniczką Amerykańskiego Czerwonego Krzyża.

– Dlaczego nie pozwolili ci iść na studia medyczne? – Audrey nie mogła tego zrozumieć. Uznała Lizzie za interesującą dziewczynę. I była podekscytowana samym faktem, że rozmawia z osobą w swoim wieku. Nie miała czasu na przyjaźń od czasu, gdy jej rodzice zaczęli chorować.

– Mówią, że kobieta musi zbyt długo studiować, żeby zostać lekarką, a mężczyźni nie chcą się żenić z kobietami, które pracują czy robią karierę. Pewnie to prawda. Więc może skończymy jako stare panny, gdy będziemy pielęgniarkami – powiedziała ze śmiechem.

W Lizzie była jakaś spontaniczna radość i śmiałość, które podobały się Audrey.

– Ale twój ojciec ożenił się z twoją mamą, chociaż była pielęgniarką.

– Nie sądzę, żeby kiedykolwiek zamierzała być nią przez całe życie – przyznała Lizzie. – Tylko do czasu małżeństwa.

– Ja jestem tu po to, żeby nauczyć się, jak lepiej opiekować się moją mamą. Ma parkinsona – wyznała Audrey. Ta rozmowa i zwierzenia sprawiły jej ogromną przyjemność.

– To poważna sprawa – skomentowała Lizzie. – Więc nie zamierzasz pracować jako pielęgniarka po skończeniu szkoły?

To wydawało jej się zbyt ograniczającym podejściem. Audrey również się tak wydało, gdy wypowiedziała te słowa na głos. Trudno było w zasadzie wytłumaczyć życie wypełnione poświęceniem dla mamy, a to, co ojciec im zostawił, oznaczało, że nie musi pracować, o ile będą oszczędne. Ani Audrey, ani jej mama nie były rozrzutne.

– Będę musiała o tym zdecydować, gdy ją skończę. To będzie zależało od tego, jak mama będzie się wówczas czuła. – Wiedziały, że jej stan w kolejnych latach nieuchronnie będzie się pogarszał.

Zjadły wspólnie lunch w kafeterii i poznały kilka innych uczennic. Lizzie miała dziewiętnaście lat i była o rok starsza od Audrey, a kilka dziewczyn okazało się nawet o parę lat starszych. Audrey była najmłodsza z całej grupy. Niektóre dziewczyny miały ojców lekarzy, jak Lizzie, albo ich matki pracowały jako pielęgniarki. Z tego, co zauważyła Audrey, medycyna była profesją rodzinną. Nie powiedziała nikomu więcej, że jej mama jest chora. Lizzie wydawała się szczególnie pewna siebie, gdy zapoznawała się z innymi uczennicami, a wszystkie dziewczęta wyglądały na podekscytowane zawieraniem nowych znajomości.

Po skończeniu zajęć Audrey pośpieszyła do domu, do mamy. Pani Beavis, pielęgniarka, którą wynajęły, zgodnie z obietnicą przyszła tego dnia dwukrotnie, żeby sprawdzić samopoczucie Ellen i zrobić jej lunch. Ellen ucieszyła się z powrotu Audrey i wypytywała ją o szkołę. Jak dotąd nie zdarzyło się nic szczególnego. Dostały podręcznik szpitalnych protokołów. Na kolejny dzień miały zaznajomić się z podstawowymi narzędziami chirurgicznymi potrzebnymi do usunięcia wyrostka robaczkowego. Pod koniec nauki będą znały wszystkie narzędzia i zasady ich użycia.

– Myślę, że chciałabym pracować w sali operacyjnej – powiedziała wcześniej Lizzie w kontekście tego zadania.

– Ja za bardzo bałabym się popełnić jakiś błąd – odrzekła nerwowo Audrey. – Może pediatria, jeżeli nie będę zajmowała się mamą – dodała cicho, ponieważ to by znaczyło, że mama umrze. Nie istniały żadne leki na chorobę Parkinsona, jej stan się nie poprawi, będzie tylko gorzej. Audrey zamierzała być u boku matki do końca jej życia.

Ellen miała lepszy dzień i tego wieczoru przygotowała dla nich obiad. Było niemal tak jak dawniej, zanim zachorowała, tyle że teraz wyglądała tak słabowicie. Audrey opowiedziała o Lizzie i jej związanej z medycyną rodzinie, a Ellen z przyjemnością tego słuchała. Co jakiś czas wpadały do niej stare znajome, ale ogólnie miała niewiele zajęć, przy tym jej samopoczucie zmieniało się z dnia na dzień. Czasami mogła wyjść z Audrey po sprawunki czy nawet zjeść lunch w restauracji. Innym razem ledwie dała radę podnieść się z łóżka. Efekty zażywanych leków były nieregularne. Wszystko, co podawano na parkinsona, miało najwyraźniej charakter eksperymentalny. Chodzenie sprawiało jej trudność. Przemieszczała się chwiejnie małymi kroczkami i musiała użyć całej dostępnej energii, żeby poruszać nogami. Audrey i Will byli zszokowani, zorientowawszy się, jak bardzo jej stan się pogorszył w ciągu minionych dwóch i pół roku. Z początku sądzili, że to kwestia psychiki w reakcji na śmierć ojca, dopóki u Ellen nie zdiagnozowano choroby. Rokowania i fakt, że nie można z tą chorobą nic zrobić, były druzgocące. We Francji próbowano stosować jakieś nowoczesne metody, ale nie okazały się skuteczne. W niektórych przypadkach uciekano się do interwencji chirurgicznej, lecz to też nie poprawiało zbytnio stanu pacjentów. Ellen po prostu musiała z tym żyć najlepiej, jak potrafiła.

Znosiła to dzielnie, Audrey zaś ze swej strony zamierzała zrobić wszystko, co w jej mocy, żeby poprawić jakość życia matki i ją wspierać. Opieka nad Ellen spadła w sposób oczywisty na Audrey, bo przecież nie na Willa, który miał rozpocząć karierę w marynarce zaraz po ukończeniu studiów. Taki zawsze był plan i choroba jego matki nie mogła na to wpłynąć. Jednak zmieniła wszystko w życiu Audrey, która miała nadzieję pójść na uniwersytet, lecz teraz szkoła pielęgniarska wydawała się rozsądniejszym wyborem i zajęciem, dzięki któremu będzie bardziej użyteczna dla matki. Audrey zamierzała się przyłożyć i nauczyć wszystkiego, czego tylko zdoła.

Dla Lizzie Hatton szkoła pielęgniarska stanowiła drugi wybór i wydawała się marną nagrodą pocieszenia za rezygnację ze studiów, na które poszli jej bracia. Ale poznanie Audrey dodało jej otuchy. Po pierwszych dwóch tygodniach zajęć Audrey zaprosiła Lizzie do rodzinnego domu na niedzielną kolację. Ellen uznała ją za uroczą młodą kobietę. Gdy dziewczęta sprzątnęły kuchnię po posiłku, poszły do pokoju Audrey, żeby pogadać i pochichotać jak to dziewczyny w ich wieku. Audrey bardzo cieszyła się z początków tej przyjaźni, a Lizzie była zachwycona tym, że może spędzić wieczór w prawdziwym domu. Pochodziła ze zżytej rodziny i tęskniła za nią, zwłaszcza za dwoma starszymi braćmi, Gregiem i Henrym, którzy dokuczali jej niemiłosiernie, ilekroć byli w domu. Serdeczne powitanie zgotowane przez Audrey i jej matkę bardzo ją ucieszyło.

Zauważyła na biurku Audrey fotografię Willa w mundurze i przyjrzała się jej uważnie.

– Jejku! Ale przystojny. Któż to taki, twój chłopak?

Audrey roześmiała się.

– Nigdy nie miałam chłopaka – uśmiechnęła się szeroko do nowej przyjaciółki. – To Will, mój brat.

– Gdzie on teraz jest? – spytała Lizzie.

– W szkole pilotażu. Wysyłają go do Nevady albo Nowego Meksyku czy gdzieś tam na szkolenie bojowe, a potem na Hawaje, żeby nauczył się lądować na lotniskowcach.

– Ma dziewczynę?

– Nie. Jest zakochany w samolotach, którymi lata. To jedyne, o czym myśli. Nasz ojciec miał tak samo na punkcie okrętów, a miłością Willa są samoloty. Tęsknię za nim.

Przez chwilę na jej twarzy zagościł smutek, ale zaraz uśmiechnęła się do przyjaciółki. Przemknęła jej myśl, czy Lizzie spodobałaby się Willowi, gdyby ją poznał, czy też uznałby ją za zbyt młodą, jako koleżankę jego młodszej siostry. Ale Lizzie była niezwykle piękną dziewczyną, o blond lokach i błękitnych oczach. Wyższa niż Audrey, miała idealną sylwetkę. Do tego wysportowana, bo jako nastolatka razem z braćmi uprawiali wiele dyscyplin. Dziewczyny lgnęły do Willa, a on spotykał się z wieloma ładnymi pannami w czasie liceum i Akademii w Annapolis, ale nigdy ich poważnie nie traktował. Liczyło się tylko latanie i nie zamierzał pozwolić, by jakiś związek mu w tym przeszkodził, przynajmniej przez długi jeszcze czas.

*

Podczas pierwszego roku nauki w szkole pielęgniarskiej Lizzie i Audrey nauczyły się wiele w zakresie swojego przyszłego zawodu. Obie były dobrymi uczennicami i pomagały sobie w nauce do egzaminów. W ciągu kilku pierwszych miesięcy podjęły już pracę z pacjentami i były dumne ze szkolnych białych strojów. Po trzech miesiącach otrzymały pierwsze krochmalone czepki. Obie poważnie traktowały naukę.

Podczas wiosennych ferii Lizzie zaprosiła Audrey do Bostonu na weekend. Ta wahała się, nie chcąc zostawiać matki, ale pani Beavis zgodziła się zostać z nią przez dwa dni. Od pewnego czasu stan Ellen był stabilny, tyle że złapała paskudne przeziębienie, które przykuło ją do łóżka na ponad miesiąc. Straciła po tym siły i poruszała się z jeszcze większym trudem. Ilekroć dopadła ją jakaś infekcja, objawy jej choroby się nasilały.

Latem, po pierwszym roku szkoły pielęgniarskiej Audrey, Ellen czuła się o tyle dobrze, żeby pojechać z nią na tydzień nad morze, co podniosło ją na duchu. Will dostał przepustkę i dołączył do nich na część wyjazdu. Cudownie było znowu być razem.

Lizzie spędziła lato w rodzinnym letnisku w Maine. Obie przyjaciółki wróciły do Annapolis pod koniec sierpnia wypoczęte i gotowe rozpocząć drugi rok nauki. Przydzielono je do szpitala i zazwyczaj przebywały na innych oddziałach. Audrey pracowała przez miesiąc na oddziale położniczym, podczas gdy Lizzie trafiła na ortopedię, a potem na pediatrię, łącznie z oddziałem dla noworodków. Do tego czasu Audrey poznała oddział gruźliczy. Szkolenie wprowadzało je we wszystkie specjalizacje, a po ukończeniu nauki mogły samodzielnie wybrać pracę w szpitalu, w gabinecie lekarskim lub w charakterze prywatnej pielęgniarki, czyli zasadniczo w funkcji, jaką Audrey pełniła wobec mamy. Nabyła wiedzy o kilku dodatkowych metodach leczenia i technikach poprawiających komfort Ellen, za które matka była wdzięczna. Doceniała to, jak wiele jej córka się nauczyła.

Lizzie była w szczególnie dobrym humorze, gdy wróciła do Annapolis i ponownie zamieszkała w internacie szkoły pielęgniarskiej. Przeżyła krótki, ale przyjemny letni romans ze starszym bratem dobrej znajomej. W wakacje pracował w Bostonie, a na weekendy wyjeżdżał do rodzinnego domu w Maine. Nie było to nic poważnego i obydwoje uznali, że związki na odległość są zbyt trudne, więc nie będą próbowali tego przedłużać. Jego czekał ostatni rok w Dartmouth College, a po studiach planował pracę w banku. Był miłym chłopakiem i spędzili przyjemne chwile, nawet jeśli romans nie miał przyszłości.

Lizzie nie była przekonana, czy po szkole chce wrócić do Bostonu, i czasem opowiadała Audrey o wyjeździe do Nowego Jorku, gdyby zdołała tam znaleźć pracę. Chciała zobaczyć coś więcej niż tylko Boston. Wspominała również o Kalifornii, ale ten stan równie dobrze mógłby znajdować się na innej planecie, a tymczasem miała do skończenia szkołę pielęgniarską w Annapolis, zanim podejmie ostateczną decyzję co do przyszłości. Audrey podziwiała w niej tego ducha przygody. Lizzie zawsze mówiła, że skoro rodzice nie pozwalają jej podążać ścieżką, jaką naprawdę pragnęła iść, to nie mogą zmusić jej do pozostania na zawsze w Bostonie. Życie, jakie by tam wiodła, byłoby całkowicie przewidywalne: praca pielęgniarki w szpitalu lub gabinecie lekarskim, małżeństwo, jak tylko znajdzie chętnego, a zaraz potem dzieci. Ona jednak chciała od życia czegoś więcej. Dla Audrey, której perspektywy na przyszłość miały być zawężone do pozostania w domu i opieki nad matką, możliwości czekające Lizzie wydawały się zawrotne.

Żadna z dziewcząt nie czuła w sobie rewolucyjnego ducha. Oczekiwano od nich, że podążą w rodzinne ślady. Rozmawiały czasem o tym do późna, gdy Lizzie nocowała u Parkerów, i zastanawiały się nad przyszłością. Lizzie nie chciała wieść życia całkowicie zaplanowanego przez rodziców. Już ją powstrzymali przed zrobieniem jedynej rzeczy, jakiej pragnęła, czyli podjęciem studiów medycznych. Chciała mieć wpływ na resztę i podejmować samodzielne decyzje.

W tym samym tygodniu, w którym zaczęły zajęcia na drugim roku szkoły pielęgniarskiej, w Europie wybuchła wojna. Obie śledziły z zainteresowaniem doniesienia, w tym deklaracje Białego Domu, że Ameryka nie da się wciągnąć w konflikt. Prezydent Roosevelt zapewnił amerykańską opinię publiczną, że nie będą uczestniczyli w kolejnej europejskiej wojnie. Ale samo czytanie o tym, co się dzieje, budziło niepokój.

Jesienią 1940 roku większość Europy znajdowała się już w rękach Hitlera, a wojna trwała. Niemiecka Luftwaffe bezlitośnie bombardowała Anglię i podczas nalotów na Londyn oraz inne cele życie straciło wielu ludzi: zginęły czterdzieści trzy tysiące cywilów, a sto czterdzieści tysięcy odniosło rany. Czytanie o tym było przerażające.

Will przyjechał do domu na Święto Dziękczynienia i żałował, że Ameryka nie chce przystąpić do wojny. Kraj nie chciał się angażować w kolejny konflikt. On ciągle był podporucznikiem. Miał już jednak za sobą trening bojowy i chętnie wziąłby udział w tej wojnie.

Lizzie, za pozwoleniem rodziców, spędzała z Parkerami Święto Dziękczynienia. Była zachwycona Willem od pierwszej chwili, kiedy go spotkała. Wysoki, przystojny, czarujący, wręcz fascynujący. Ten dwudziestotrzylatek w mundurze wyglądał dla niej jak gwiazdor filmowy. Ona miała dwadzieścia lat i była prześliczna, ale traktował ją tak samo jak młodszą siostrę, dokuczając im na zmianę, jakby były dziećmi. Ellen i Audrey czuły się podekscytowane jego obecnością. Dopiero został przeniesiony do bazy lotniczej marynarki w San Diego w Kalifornii i uwielbiał to miejsce. Sam z siebie nie był skory do mówienia o swoim życiu uczuciowym i nie odpowiedział na żadne z pytań siostry dotyczących tego tematu. Ale można się było domyślić, że spotyka się ze wszystkimi dziewczynami, z którymi chce i dla których znajdzie czas. Latanie pozostawało miłością jego życia i głównym celem. W tym czasie pilotował już samolot SNJ produkcji North American Aviation. Był to jednosilnikowy myśliwiec treningowy. Miał dwa miejsca, jedno dla pilota, drugie dla instruktora. Latanie nim było ogromną przyjemnością i Will wyraźnie uwielbiał to zajęcie.

Zanim w niedzielę wieczorem wyjechał z powrotem do bazy, ściszonym głosem odbył poważną rozmowę z Audrey o mamie. Był to pełen ciepła i spokoju rodzinny weekend i Lizzie bardzo się cieszyła, że mogła w nim uczestniczyć. Młodzi Parkerowie mieli chyba lepsze relacje niż ona ze swoimi rodzicami, chociaż z braćmi była bardzo zżyta.

Podczas pobytu Will zauważył, że mama nie jest już w stanie samodzielnie wstać z fotela. Miała słabsze ręce, a chodzenie stało się dla niej jeszcze trudniejsze. Audrey musiała zaprowadzać ją do łazienki i kąpać, żeby nie upadła. Mięśnie słabły, lecz umysł pozostał jasny i bystry.

– Jak sądzisz, jaki naprawdę jest stan mamy? – spytał z głęboką troską.

Smutno było patrzeć, jak choroba zdobywa nad nią coraz większą władzę i uniemożliwia samodzielność. Widział, jakie życie czekało Audrey. Jednak siostra nigdy nie narzekała. Oboje chcieli, żeby ich mama żyła jak najdłużej, ale wiadomo, że prędzej czy później całe życie Audrey skupi się wokół matki i opieki nad nią. Już teraz przydawały jej się te umiejętności, jakich nabyła w szkole pielęgniarskiej.

– Właściwie taki, jak widzisz. Wkrótce będzie musiała cały czas korzystać z wózka inwalidzkiego. Prawie nie może chodzić i często się przewraca.

Tego ranka, we własnej sypialni, spadła z wózka. Audrey zastanawiała się, kiedy będą musieli przenieść ją do sypialni na parterze, do dawnego pokoju Willa, ponieważ nie poradzi sobie ze schodami.

– Nadal stara się robić tyle, ile tylko jest w stanie, ale w tym roku straciła kontrolę nad mięśniami w rękach – powiedziała Audrey tak łagodnie, jak potrafiła. Wiedziała, że bratu trudno patrzeć na matkę w tym stanie.

– Ma szczęście, że się nią zajmujesz – rzekł zdławionym głosem. Lekarze poinformowali ich, że ostatecznie choroba zaburzy także oddychanie, a zabić może ją byle przeziębienie, jeżeli rozwinie się zapalenie płuc, o co nietrudno.

– Musimy robić dla niej wszystko, co możemy, i tak długo, jak możemy. Za półtora roku skończę szkołę pielęgniarską i będę z nią w domu przez cały czas.

Teraz uwielbiała tę szkołę i wszystko, czego się w niej uczyła, nie tylko w zakresie opieki nad mamą. Miała poczucie, że pielęgniarstwo jest jej powołaniem, tak jak dla Willa latanie. Odkryła w sobie pasję do tego zawodu w przeciwieństwie do Lizzie, która nadal żałowała, że nie zostanie lekarką. Chociaż w istocie Lizzie też polubiła szkołę, nawet bardziej, niż się tego spodziewała, a przyjaźń z Audrey wzmacniała to uczucie.

– Dasz mi znać, jeżeli kiedykolwiek uznasz, że powinienem wrócić do domu i zobaczyć się z nią, gdy... gdy... poczuje się naprawdę źle – rzekł cicho Will.

Audrey miała świadomość lęku brata, że matka może umrzeć, zanim ją znowu zobaczy.

– Oczywiście – odparła i objęli się, wiedząc, że pewnego dnia, być może wcale nie tak odległego, będą mieli już tylko siebie. Sama myśl o tym rozdzierała im serca.

Ellen płakała, gdy tego wieczoru Will wyjeżdżał, a rodzeństwo też żegnało się ze łzami w oczach. Lizzie do tego czasu wróciła już do internatu szkoły pielęgniarskiej. Była całkowicie olśniona Willem i sfrustrowana myślą, że uważa ją za dziecko. I tak się przy nim rzeczywiście czuła. Wolałaby, żeby widział w niej femme fatale. Żył w znacznie doroślejszym świecie niż one, zanurzone w sennej, bezpiecznej atmosferze jego rodzinnego miasteczka. Zawód pilota marynarki otwierał przed nim nowe światy i Will prowadził życie, o jakim większość młodych mężczyzn mogła tylko marzyć: wolność, pilotowanie bajecznych myśliwców, zazdrość i podziw rówieśników oraz zachwyt wszystkich dziewczyn, jakie tylko wpadły mu w oko. Zgodnie z duchem czasów i okoliczności jego życie było całkowicie odmienne od życia siostry, która z oddaniem i poświęceniem zajmowała się schorowaną matką. Ale na szczęście Audrey odkryła swoją pasję. Uwielbiała wszystko, co było związane z pielęgniarstwem. Możność wykorzystania zdobywanej wiedzy do opieki nad mamą była dodatkowym darem, ale już nie jedynym powodem nauki w tej szkole. Znalazła swoje powołanie i miejsce. Gdy tylko wkładała uniform i czepek, czuła, że żyje. Podobnie jak Will, gdy wsiadał do samolotu i wzbijał się w przestworza.

Rozdział 2

Kończąc szkołę, zarówno Lizzie, jak i Audrey były wstrząśnięte tym, jak szybko upłynął czas nauki. Trzy lata minęły nie wiadomo kiedy. Audrey miała teraz dwadzieścia jeden lat, Lizzie dwadzieścia dwa i nagle stały się prawdziwymi pielęgniarkami i dorosłymi kobietami, w należytych jasnoniebieskich uniformach i nakrochmalonych białych czepkach charakterystycznych dla absolwentek ukończonej przez nie szkoły. Podczas ceremonii rozdania dyplomów otrzymały pielęgniarskie plakietki. Mimo zdobycia zawodu niewiele jednak zmieniło się w ich życiu. Lizzie chodziła na randki z rozmaitymi młodzieńcami, ale rzadko umawiała się z którymkolwiek więcej niż kilka razy. Wiele koleżanek z liceum wyszło już za mąż, niektóre zdążyły urodzić pierwsze dzieci. Lizzie jednak nie czuła się na to gotowa. Chciała trochę pożyć, zanim się ustatkuje. Teraz, po trzech latach intensywnej nauki, pragnęła cieszyć się życiem i trochę zabawić. Jak zwykle, zanim zdołała znaleźć pomysł na siebie, ojciec zrobił to za nią. Załatwił jej pracę w Massachusetts General Hospital w Bostonie, gdzie leczył i operował pacjentów. Ponieważ Lizzie nie zdecydowała się jeszcze na żadną specjalizację, sam wybrał dla niej stanowisko na kobiecym oddziale pooperacyjnym, uznając, że będzie to dla niej dobre doświadczenie. Dziewczyna wiedziała, że ojciec oczekuje od niej wdzięczności, ale zamiast tego czuła gniew i tuż przed ceremonią dała mu upust w rozmowie z Audrey.

– Oni mi to zawsze robią, zawsze! Oboje. Decydują, co będzie dla mnie najlepsze, i koniec. Nawet tego ze mną nie omawiają. Nie jestem już dzieckiem. Poszłam do szkoły pielęgniarskiej, żeby ich zadowolić, i cieszę się, że to zrobiłam, ponieważ poznałam ciebie, a pielęgniarstwo jest przyzwoitym zawodem i tak bliskim medycynie, jak to możliwe. Wolę to niż bycie nauczycielką albo sekretarką. Ale chciałam starać się o pracę w Nowym Jorku, a ojciec załatwił mi ją w Bostonie i nawet mnie o to nie zapytał. Moich braci tak nie traktuje.

– Może traktuje – powiedziała Audrey łagodnie. Współczuła przyjaciółce. Lizzie miała własne pomysły i chciała być samodzielną osobą. – Greg jest lekarzem, a Henry studiuje medycynę. Może wcale tego nie chcieli, ale rodzice wybrali za nich – poddała myśl. – Tak jak z Willem. Nikt nigdy nie kwestionował tego, że zaciągnie się do marynarki. Ze względu na ojca i dziadka. A gdyby w marynarce nie mógł latać samolotami, byłby nieszczęśliwy. Nie wydaje mi się, żeby okręty interesowały go tak jak mojego ojca.

– Moi rodzice zaplanowali dla mnie całe życie – mówiła gniewnie Lizzie. – Sama zobaczysz, jeśli nie zaręczę się w ciągu roku, będą niezadowoleni. Zdobyłam zawód pielęgniarki. Teraz będą chcieli, żebym wyszła za mąż i urodziła dzieci. Tak zrobiła moja mama. Czy ja kiedykolwiek będę miała coś do powiedzenia o swoim życiu?