Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lata walk ulicznych - Michał Zygmunt

Marek Polak stoi na szczycie wieżowca, jest człowiekiem, któremu się udało. Przed oczami staje mu dwadzieścia lat polskich przemian ściśniętych w jedną biografię, jego biografię – od mszy za ojczyznę do wojskowych interwencji w ciepłych krajach. Po bardzo dobrze przyjętym debiucie New romantic Michał Zygmunt powraca w wielkim stylu. Lata walk ulicznych to brawurowo opowiedziana historia seksualnego pociągu, jaki poczuliśmy do pieniędzy.

 

O AUTORZE

Michał Zygmunt (1977) – człowiek-orkiestra, zdarzyło mu się prowadzić talk-show, współtworzyć queerowy magazyn, publikować w opanowanym przez PiS tygodniku i kandydować na prezydenta Wrocławia z ramienia happeningowego komitetu „Gwiazdy we Włosach”. Autor powieści New Romantic (2007), współautor antologii prozatorskiej Wolałbym nie (2009) i zbioru esejów Kino polskie 1989–2009. Historia krytyczna (2010).

Opinie o ebooku Lata walk ulicznych - Michał Zygmunt

Fragment ebooka Lata walk ulicznych - Michał Zygmunt

MichałZygmunt

Lata walk ulicznych

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Dwie są tylko formy bytowania – miłość i walka.

Ernst Jünger

Koniec

Nazywam się Marek Polak i  za chwilę umrę.

Kiedy wychodzę z  hangaru, dopadają mnie straszliwe wyrzuty sumienia; to chyba pierwsza taka chwila w  moim życiu, nie wiem, co robić, żołądek kurczy mi się spazmatycznie, a  w  mózgu trzepoce rozpalona, świetlista kula. Ze zdumieniem odkrywam, że nie ma we mnie tęsknoty ani rozpaczy, nie ma też strachu przed konsekwencjami mego czynu (to akurat zrozumiałe, od lat najgorsze uczynki przynosiły mi nagrodę). Jest tylko to niezrozumiałe uczucie, palące wrażenie niestosowności, jakbym nie przekroczył właśnie najważniejszej bariery człowieczeństwa, a  jedynie puścił bąka na przyjęciu u  ciotki – tak właśnie się czuję, piersi palą mnie od spojrzeń ciotki i  jej podstarzałych koleżanek, których wokół mnie nie ma, jest za to atroficzny las, strawione słońcem resztki wysokich traw, ziemne doły wypełnione zasychającym błotem. Plując śliną gęstą od bólu, docieram do samochodu, zastanawiam się, jak bardzo boli umieranie, pył na karoserii auta utworzył kilkanaście warstw przypominających hinduską mandalę; wymiotuję tak mocno, że odpryski kartofli przylepiają się do drzwi. Na tylnym siedzeniu znajduję puszkę pepsi, płuczę usta i  bezgłośnie odpędzam nadchodzących szturmowców Towarzystwa Tarczy; przerażeni widokiem mojej bladej twarzy ruszyli za mną, gdy opuszczałem hangar, nie słyszałem ich głosów wtedy i  nie słyszę teraz. Dociera do mnie tylko jeden głos – zwielokrotniony, a  mimo to niewyraźny, wystrzeliwujący pośród moich neuronów w  krótkich wyładowaniach, serie przypadkowych wypowiedzi zabarwionych złością, szczęściem, groźbą, to znów pożądaniem. Głos, który już nigdy nie przemówi do mnie w  realiach tego świata, a  mimo to będzie towarzyszył mi do ostatnich chwil, wypalony w  mojej jaźni, tłamszący wszystko, co ziemskie.

Nazywam się Marek Polak i  mam tylko trzydzieści lat. Ruszam z  piskiem opon, ale na widok ograniczenia prędkości zwalniam do 60 kilometrów na godzinę; w  tej chwili dalsze łamanie prawa byłoby niestosowne. Dzwonię do Lambergusta i  wypowiadam umówione hasło. Stary Żyd milczy, nawet nie próbuje mnie powstrzymać, lepiej ode mnie wie, że dotarliśmy do punktu bez wyjścia. Pozostały mi może dwie godziny życia, otwieram okno, by móc oddychać pełną piersią, ale moje płuca już zaczynają odmawiać posłuszeństwa; chwytają powietrze niezdarnie i  łapczywie, co pogłębia i  tak nasilone poczucie paranoi. Błogosławieni ci, którzy umarli w  pokoju ducha. Moje serce, jeszcze przed chwilą dygoczące jak ryba wyrzucona na rozgrzany piasek, powoli sztywnieje.

Na przedmieściach Warszawy zatrzymuję się obok przydrożnego baru. Kupuję hot doga, zjadam kęs i  niemal natychmiast go wypluwam. Odjeżdżam kilkanaście metrów dalej i  masturbuję się, myśląc o  tych, których zabiłem. Wytrysk jest bardzo silny, sperma zalewa kierownicę i  spływa po przedniej szybie. Nie wycieram jej, odjeżdżam natychmiast po zapięciu rozporka. Radio nadaje If I Ever Recover grupy Basement Jaxx. Pamiętam, jak wiele lat temu po raz pierwszy słuchałem tej piosenki. Tak jak wtedy po mojej twarzy płyną łzy. Znów jestem w  stanie odczuwać, jednak ten straszny, wewnętrzny głos nie znika – wciąż niosę ze sobą osobiste piekło, na które tak ciężko zapracowałem.

Zastanawiając się nad rolą smyczków we współczesnej muzyce elektronicznej, krążę po centrum miasta z  nieustającą erekcją, wypalam piętnastego papierosa, obserwuję przechodniów, usiłując odnaleźć wśród nich tego, który już nigdy nie pojawi się na żadnej ulicy, o  ile oczywiście w  piekle nie ma wybrukowanych trotuarów. Wyrzuty sumienia dawno już ustąpiły miejsca szczęściu, w  końcu za chwilę dowiem się, co jest po drugiej stronie. Miasto trwa w  monotonnym ruchu, twarze są smutne i  szare, ich posiadacze nie rozumieją niczego, są jak kolorowe koniki na karuzeli, pod ich skórą przelewa się płynny plastik.

Tunele Dworca Centralnego witają mnie znajomym, bezpiecznym brudem. Nigdzie nie czuję się lepiej niż w  świecie, w  którym wszystko się lepi. Podróżni tylko z  pozoru mają jakiś cel, w  rzeczywistości życie ciska nimi z  miejsca na miejsce, nie pozwalając nigdzie zapuścić korzeni, zmuszając do ciągłej płynności i  niedookreślenia. Mogą mi pozazdrościć; ja wreszcie jestem wolny. Siadam w  kucki za potężnym filarem na jednym z  peronów, zapalam papierosa i  wdycham jego dym zmieszany z  oparami starego tłuszczu dochodzącymi z  pobliskiego baru. Para bezdomnych chce mnie o  coś poprosić, ale zatrzymują się kilkanaście metrów ode mnie. Wymieniamy długie spojrzenia, a  na ich twarzach rośnie przerażenie. Żar papierosa pali mnie w  palce, ożywczy ból uspokaja, chyba jestem szczęśliwy. Jakiś sokista próbuje wypisać mi mandat za palenie, ale jego słowa rozsypują się jak koraliki, nie umiem ich poskładać, uśmiecham się tylko i  szepcę, że prawda nas wyzwoli. Chyba zrozumiał – klęka przede mną i  powoli wymawia trzy słowa: „ONI JUŻ CZEKAJĄ”, w  tym momencie obraz brudnego peronu znika zastąpiony przez płynną sekwencję zdarzeń. Popkultura nie mówi wam całej prawdy; przed śmiercią nie widzicie tylko serii obrazów z  całej historii swojego życia. Śmierć jest procesem długotrwałym, zaczyna się na długo przed wydaniem ostatniego impulsu elektrycznego przez pień mózgu. Jej znakiem jest bolesna świadomość wszystkiego, co poprzedzi akt odejścia z  tego świata, znajomość każdego kolejnego zdarzenia; to właśnie one mkną mi teraz przed oczyma, wyświetlane przez dziesiątki bożych kamer. Klęczę na krawędzi wieżowca, w  dłoniach ściskam nóż, gdzieś w  dole tłumy żołnierzy z  niedowierzaniem czytają nasze ulotki, łomot silników helikoptera zagłusza moje ostatnie słowa, samobójcze rewolwerowe strzały, krew na mojej twarzy, okrzyki policjantów, dziennikarze, potworny ból w  podbrzuszu, chłód stali na karku palący jak kropla lawy.

Jeśli miałbym powiedzieć, kiedy to wszystko się zaczęło, miałbym problem. Bo przecież nie z  chwilą narodzin. Wszystko, co w  moim życiu najpotworniejsze, wykluło się w  dniach, w  których ogarnęła mnie mdląca świadomość seksualności. Ani wcześniej, ani później. Gdyby nie seks, który uczynił mnie moralnym idiotą, byłbym teraz jednym z  milionów anonimowych młodych ludzi budujących protezę dobrobytu tego kraju. A  może znaczenie mają tu pieniądze? Owszem, jestem obrzydliwie bogaty, ale kiedyś byłem biedny. Już wtedy przeczuwałem, jak to wszystko się skończy. Już wtedy wiedziałem, że doświadczenie piękna może przyjść tylko dzięki przemocy, że szczęście trzeba chwytać w  żelazne wnyki, jak dziką zwierzynę. Różnica między człowiekiem a  zwierzętami niższych gatunków polega w  istocie na umiejętności kontrolowania szczęścia. Nie jesteśmy w  stanie go uwiecznić, ale możemy je obrabiać, formować, dzięki właściwym technikom może zapisać się w  nas i  uczynić nasze życie celowym. Rzecz w  doborze właściwej techniki; buddyjska medytacja, chrześcijańskie oddanie cierpieniu czy ponowoczesny kult kredytu nie były dla mnie odpowiednie. Znalazłem własną drogę, którą mógłbym nazwać alchemią rozpaczy. Moją samorealizację mógłbym porównać do fabryki chemicznej wypełnionej ludzkimi odczynnikami. Być może byłem bezwzględny i  okrutny, ale ze wszystkich ludzi to ja najbardziej ukochałem bliźnich, budując swoje wnętrze na ich obraz i  podobieństwo, zasysając to, co w  nich najlepsze, przetwarzając ich piękno, czyniąc z  niego żywy pomnik. Ja umrę, ale ten monument pozostanie – zapisany na kartach historii. Za kolejne trzydzieści lat wasze dzieci dowiedzą się, że byłem potworem, a  moje czyny były niezrozumiałe i  niepotrzebne. Że za wszelką cenę chciałem zostać zapamiętany. I  to będzie zwycięstwo tych wszystkich, których wykorzystałem. Ich ofiara była tymczasowa, ich strata niezbędna do zbudowania największego gmachu naszej zbiorowej pamięci. Żadne z  was nie jest w  stanie zrozumieć systemu, w  którym żyjecie. Mnie się to udało. Jeśli zdołacie bez uprzedzeń przeczytać historię mojego życia, będziecie mogli uznać się za wygranych.

Gaz, krew i msza

Z  wczesnego dzieciństwa pamiętam głównie zapachy – poszczególne wydarzenia znaczyły swą obecność pulsowaniem w  nosie i  gdzieś głębiej, wewnątrz czaszki, gdzie ciepłe, intensywne wonie mościły się wygodnie i  kleiły do delikatnych dziecięcych kości. Jakby inne zmysły nie czuły się jeszcze gotowe do dojrzałej współpracy z  węchem i  ochoczo ustępowały mu miejsca. Wszystko, co widziałem, pamiętam niewyraźnie, rozmyte, widziane jakby przez szybę auta zmoczoną deszczem roztartym przez starą wycieraczkę. Dźwięki dochodziły z  oddali, z  trudem przeciskały się przez kanały moich uszu, zostawiając w  nich ślad niewyraźny jak odcisk stopy na nadmorskim piasku, który wkrótce znikał zalany falą nowych wrażeń. Niemal nie czułem dotyku, dlatego nie wystarczała mi lekka pieszczota matki. Chwytałem ją za rękę, wtulałem się w  jej chude, kościste ciało, z  zaciekawieniem wąchałem dziwną, słodkawą woń dochodzącą z  jej ust, zwijałem się w  kulkę, poddając się jej twardym palcom o  ostro spiłowanych, wiecznie czerwonych paznokciach, którymi drapała mnie pod pachami. Dopiero gdy porządnie mnie wymiędliła, wytarmosiła, wydrapała, do mojego formującego się mózgu docierał sygnał informujący o  dotyku. Ból czułem za to wyraźnie. Nienawidziłem lekarzy; najdrobniejsze zabiegi doprowadzały mnie do straszliwego płaczu, rodzice śmiali się ze mnie, nie rozumiejąc, że zmysły dziecka pracują w  zupełnie innych konfiguracjach, że dla nich nie istnieje zadraśnięcie i  otwarta rana, bo każdy ból jest równie dotkliwy, wdziera się pod skórę palącym strumieniem i  zalewa mózg, uruchamiając receptor bólowy złośliwym mikrouderzeniem prądu. Krzyczałem wtedy i  pamiętam ten krzyk jako niewyraźny, wibrujący dźwięk, miauczenie kota przefiltrowane przez jednostajne buczenie nakręconego bąka. Cała ta sytuacja jest w  mojej pamięci bardzo niewyraźna, poza zapachem – uderzająco silną, apteczną wonią lekarskiego gabinetu, ostrą, świdrującą, wlewającą się wprost do moich płuc, nasączającą każde włókno mojej letniej, bawełnianej koszulki. Każde dziecinne wspomnienie przychodzi do mnie przez nos. Najpierw jest zapach – zwykle nieprzyjemny, bo zapamiętujemy to, co wzbudza w  nas najsilniejsze emocje, a  te rzadko bywają pozytywne. Potem nadchodzą niewyraźne głosy, szumiące, pękające na części, jakby rozpływały się po powierzchni brudnego jeziora, fruwające nad nim w  wibrującym wietrze, wreszcie łączące się w  całość, kaleką i  niestałą, jak rój muszek nad taflą wody. Dopiero na końcu nadchodzi obraz, fragment filmu nagranego na prześwietlonej taśmie, którą przechowywano w  wilgotnej piwnicy. Ledwie kilka scen, kilkanaście sekund starego filmu, chwiejny obraz o  nierównej kolorystyce, jakość rodem z  kroniki filmowej z  czasów pierwszej wojny. By odtworzyć jakiekolwiek wydarzenie, trzeba konfabulować, wymyślać, dopisywać całe partie, domalowywać kolejne sceny. To właśnie jest dzieciństwo – kilkadziesiąt przypadkowo zmontowanych, częściowo sfałszowanych klatek smutnego filmu.

Tamten dzień też zapamiętałem węchem. Zaczął się od ciężkiej, duszącej woni kadzidła unoszącej się w  niewidzialnych kłębach wewnątrz nowoczesnego kościoła z  jasnokremowego, sprężonego betonu, uformowanego na kształt odętej purchawki. Stoję na półkolistych schodach wiodących do nawy głównej osadzonej w  podpiwniczeniu. Bramy kościoła są zaskakująco niskie, jakby świątynia była wielką aluzją pod adresem systemu, w  którym przyszło żyć parafianom, zmuszonym do ciągłego przyklęku, czołgającym się przez całą swoją smutną egzystencję, wciskającym swoje potrzeby i  aspiracje do dusznej, zadymionej, piwnicznej komórki. Trwa msza święta za ojczyznę, jak co roku tego majowego dnia, którego świąteczność została ze wstrętem odrzucona przez peerelowskie władze. Mimo że konstytucję napisali masoni, ruch bez wątpienia postępowy. Chodziło zapewne o  podkreślenie wagi święta o  dwa dni wcześniejszego, szczególnie upodobanego przez rządzących, z  tego powodu znienawidzonego przez wolnomyślicielską część społeczeństwa. Choć to piękna rocznica, dzień symbolizujący walkę o  wolność ekonomiczną, czyli tę prawdziwą. Bo cóż komu po możności swobodnego podróżowania, mówienia tego, co dusza zapragnie czy wolnego wyboru władzy, skoro nie ma co włożyć do garnka. Zgromadzeni tego dnia w  kościele mieli (chyba) tę świadomość, ale mimo to nienawidzili rocznicy sprzed dwóch dni. Ot, drugi z  majowych paradoksów, w  cieniu których upłynęła większa część życia moich rodziców i  niemal jedna trzecia mojego.

Monotonny, nosowy głos księdza niósł się w  ślad za kłębami zapachu kadzidła, owiewał wiernych, łagodnie wpływał do ich uszu i  napełniał jedyną nadzieją, jaką mieli. Monopol na tę nadzieję mieli oprócz księdza tylko przywódcy tajemniczego ruchu, o  którym moi rodzice tak często rozmawiali z  dziadkami i  z  przyjaciółmi. Po każdej z  tych rozmów ojciec brał mnie za ramiona, czochrał mój niesforny, jasnosłomkowy lok i  mówił: „Pamiętaj, nie możesz nikomu powtarzać tego, o  czym tu mówimy. Ani w  przedszkolu, ani nigdzie indziej. Musisz być dorosły i  obiecać tacie, że nie powiesz”. I  ja kiwałem główką, zaklinałem się głosikiem cienkim jak opiłek szkła, że niczego nie powiem, niczego nie ujawnię (jako dziecko przedwcześnie rozwinięte intelektualnie znałem tak trudne wyrazy). Teraz rodzice są pijani tym zakazanym świętem, trzymając się za ręce stoją przy końcu ławy i  nie odrywają wzroku od księdza. Tylko w  czasie mszy za ojczyznę mogłem robić w  kościele, na co tylko miałem ochotę, mogłem nawet wyjść na zewnątrz i  ruszyć w  dal, między piękne, choć szare, kamienice Grabiszyna, w  stronę stadionu, na który nigdy nie chodziliśmy, a  który zawsze chciałem zobaczyć, zafascynowany tą – jak mawiała matka – idiotyczną grą, w  której dwudziestu facetów gania kawał świńskiej skóry. Często marzyłem o  tym, że uciekam, idę gdzieś daleko i  przeżywam niesamowite przygody w  tym dziwnym, niczyim mieście, przerzucanym z  rąk do rąk jak gorący kartofel, czasem węgierskim, czasem czeskim, niemieckim, wreszcie polskim, ale jakby bez przekonania, jakby mieszkańcy cały czas siedzieli na walizkach, czekając na nowych lokatorów mówiących niezrozumiałym językiem, którym trzeba będzie oddać wszystko. Marzyłem, że w  parku Zachodnim spotykam niedźwiedzia, który uciekł z  zoo, za którym gonią państwo Gucwińscy z  flintami pneumatycznymi naładowanymi środkiem usypiającym. Pomagam im go schwytać, wątłą piersią blokuję mu drogę ucieczki, a  Antoni Gucwiński przypina mi do piersi Order Virtuti Militari. Tylko taki order znałem, oglądałem go u  dziadków, babcia pokazywała swój niechętnie, tylko przez moment, w  przeciwieństwie do dziadka, dumnego z  siebie jak paw, pozwalał mi nawet ponosić go przez chwilę na kołnierzyku koszuli. „To są poważne sprawy, Romualdzie – mówiła babcia – nie dla dziecka, to nie są zabawy, tylko wojna”. Babcia nie lubiła wspomnienia wojny, nie chciała opowiadać o  swoich bohaterskich czynach, jej ulubione bohaterstwo dotyczyło teraz zmagań z  zakalcem na cieście czy starań o  dobry kawałek mięsa w  sklepie. Dziadek przeciwnie, tęsknił za wojną, chętnie opowiadał o  leśnych przygodach, pokazywał swój nielegalnie trzymany pistolet, głaszcząc go pieszczotliwie, uśmiechając się do niego, przeglądając się w  jego złotym poblasku. Wiele lat później zrozumiałem, że tylko mężczyźni potrzebują ciągłego wspominania swych dokonań, które w  społeczeństwie uznawane są za choćby od biedy istotne. Kobiety nie są obciążone tym kompleksem.

Stoję na schodach kościoła, samotnie, ksiądz rozkłada ręce, jego głos unosi się, wibruje, zebrani powtarzają coś za nim, setki głosów zlepione w  kulę wypełniają szczelnie całą nawę, oczy wiernych płoną, serca biją jednostajnym, mocnym rytmem, karmią się nawzajem swoją siłą. Za kilka minut wyjdą na zewnątrz, pójdą do domów i  znów będą słabi, ale to jeszcze nie teraz. Teraz są potęgą. I  wtedy szczupły, drobny chłopiec, może trzynastoletni, stojący w  środku jednego z  rzędów chwieje się, unosi prawą rękę, nienaturalnie opiera się o  sąsiada i  powoli osuwa na posadzkę. Mężczyzna patrzy na chłopca dopiero po dłuższej chwili, wreszcie orientuje się, że coś jest nie tak, klęka, potrząsa ramieniem chłopca, inni ludzie zwracają na nich uwagę, i  wtedy silne, zwarte frazy, niemal okrzyki, wydawane przez tłum, kruszą się i  powoli rozsypują w  jednostajny szmer, a  cała zgromadzona w  powietrzu siła osypuje się na posadzkę, jak ten chłopiec przed chwilą, i  tam zalega. „Czy jest tu lekarz?!”– krzyczy jakaś kobieta, oczywiście że jest, nawet kilku, w  końcu to inteligencki kościół. Dwaj mężczyźni wynoszą chłopca do zakrystii, za nimi podąża rudowłosa kobieta, jak zapewnia – lekarz pediatra. Towarzyszy jej mąż, brodaty mężczyzna o  bursztynowych oczach, w  których dobrotliwość graniczy z  szaleństwem. Na jego widok wierni szepcą między sobą, pokazują go palcami, lekko skłaniają przed nim głowy w  geście głębokiego szacunku. Moi rodzice wiodą za nim wzrokiem bez jednego słowa, na ich skupionych twarzach maluje się podziw. Wreszcie mój ojciec otrząsa się z  zadumy, rozgląda się, „Marek!” – krzyczy, nie mogąc mnie znaleźć, a  ja biegnę do nich, do znajomego, gorzko-słodkiego zapachu matki i  zagubionego spojrzenia ojca, człowieka, który jest, ale jakby go nie było.

Kiedy pierwsza grupa wiernych wychodzi z  kościoła, już wiadomo, że coś jest nie tak. Wzdłuż wspinającej się po schodach ludzkiej gąsienicy idzie lekki skurcz – najpierw jakieś szepty, nerwowe spojrzenia, potem słowa wypowiadane podniesionym głosem („uważajcie”, „tylko spokojnie”, „nie denerwuj się, kochanie”, „nie prowokować ich”), jakaś kobieta zaczyna płakać, ktoś próbuje zawrócić, ale napierający tłum odpycha go i  kieruje z  powrotem w  stronę wyjścia. Skurcze narastają, ktoś płacze, wokół coraz szybsze oddechy, idąca obok kobieta chwyta się za piersi i  oddycha chrapliwie, jej policzki gwałtownie różowieją. Nie boję się wcale, jestem podekscytowany i  z  napięciem wypatruję przygody; nie mogę się jej doczekać. Patrzę na rodziców. Ojciec nie mówi nic, patrzy pod nogi, unika mojego spojrzenia, chwilami drapie się po głowie, jakby zastanawiał się, czy można stąd uciec jakimś tajnym korytarzem ukrytym między stopniami albo pod którymś z  obrazów, których tak nienawidzi – on, malarz i  wykładowca historii sztuki, często powtarzający: „Jedyne, co godzi w  moją religijność, to ohyda świętych obrazów”. Matka mamrocze coś pod nosem – to znaczy, że przeklina, nawet wtedy gdy jest bardzo pijana, nie przeklina na głos. „Jestem damą – powtarza – dama przeklina tylko w  myślach albo bezgłośnie”.

Pierwsze dźwięki słyszymy już na szczycie schodów, kilka metrów od drzwi. Najpierw huk silników, skrzypienie osi, trzask otwieranych wrót. I  wtedy zmienia się zapach. Nie ma już kadzidła gęstego i  słodkiego jak kajmak, pojawia się smród spalin, czystej benzyny i  dziwny, gryzący swąd, którego nie czułem nigdy wcześniej i  którego nigdy już nie zapomnę. Gdy od wrót świątyni zostaje tylko kilka kroków, uderza w  nas krzyk. Najpierw pojedynczy, gdzieś z  oddali, potem kolejny i  jeszcze jeden, przez drzwi wdziera się ulewa krzyku raniąca uszy jak ostre opiłki metalu. Matka obejmuje mnie mocno od tyłu, popycha, mówi: „Wezmę cię teraz za rękę, trzymaj mocno, nie puszczaj, idź za nami, nie bój się”. Ale ja się przecież nie boję. Wychodzimy na zewnątrz i  natychmiast zaczynamy biec. Inaczej się nie da, mimo że nie ma takiej potrzeby. Wszyscy biegną, cały wychodzący tłum, więc musimy biec i  my. Nad ogromnym trawnikiem unoszą się kłęby białego dymu, jakby chmurom znudziło się niebo i  postanowiły pożyć wśród ludzi. Tłum zapomniał już o  swej sile, rozpada się na grupki i  jednostki, które pędzą przez dym, kaszląc, kichając, osłaniając oczy, biegną przed siebie, między bloki, gdzie krążą niebieskie, kwadratowe stary z  wielkimi napisami MILICJA. Nie ma innej drogi, bo po obu stronach od wyjścia z  kościoła ciągną się szpalery zomowców w  mundurach moro, niebieskich hełmach i  maskach przeciwgazowych. Na hasło dowódcy zomowcy klękają i  strzelają do tłumu – pociski mkną, tnąc powietrze krwawiące białymi smużkami dymu, i  eksplodują mleczną, duszącą poświatą, wdzierającą się do oczu i  płuc, palącą milionami rozżarzonych kocich pazurów. Pędzimy przez łączkę, oczy potwornie mnie pieką i  nie ma już nic innego poza tym straszliwym zapachem nienawiści, mieszanką pieprzu, pszczelego jadu, plwociny osiłka i  wszystkich cierpień mojego narodu. Charczę, ciężko mi złapać oddech, ale mimo to wciąż się nie boję, oglądam się w  stronę zomowców i  patrzę na nich, próbując domyślić się, czy to ludzie. Wyglądają tak samo, tak samo się zachowują, nie muszą myśleć, mają komendy. Przypominają mi szturmowców Imperium, są fascynujący, chcę mieć ich figurki do zabawy. Wygraliby każdą moją bitwę. „Nie patrz w  ich stronę! – krzyczy matka – nie patrz na nich!”. Zasłania mi oczy wilgotną chusteczką. Orientuję się, że cały czas biegniemy ścieżką, jedną z  trzech wytyczonych na tym ogromnym płacie zieleni. Dlaczego tak? Przecież ścieżka nie jest prosta, czasem lekko skręca, czasem leniwie załamuje się pośród kwiatów – w  końcu wytyczono ją, by spacerować, nie uciekać przed ostrzałem. Myślę, by zapytać o  to rodziców, kiedy już uciekniemy. Później o  tym zapomnę i  nigdy nie zadam tego pytania.

Gdy wpadamy między bloki, przed nami pojawia się staruszka okutana w  płaszcz, zdecydowanie zbyt ciepły na tę porę roku. Na nogach ma tenisówki za duże o  co najmniej trzy numery, buty idiotycznie klapią, spowalniając jej i  tak niespieszny bieg. Mój ojciec zaczyna się śmiać, matka uderza go w  kark otwartą dłonią. „Co robisz?! To nie jest śmieszne!” – krzyczy. Wtedy widzimy zomowców wybiegających zza węgła prosto na grupę kilkunastu wiernych. Ci zomowcy nie mają masek, noszą za to ogromne tarcze i  białe pałki wyginające się pod wpływem uderzenia. Pierwszy uderza rudowłosą kobietę, to lekarka, która udzieliła pomocy omdlałemu chłopcu. Kobieta nie wydaje żadnego dźwięku, chwyta się za głowę obiema rękami i  klęka na bruku skulona. Zomowiec uderza ją jeszcze kilka razy, dwóch innych chwyta jej męża, wykręca mu ręce, ich dowódca z  rozpędu kopie go w  brzuch. Matka znów chwyta mnie za głowę i  brutalnym szarpnięciem odwraca ją, krzyczę z  bólu, zaczynam płakać. Wbiegamy do najbliższej bramy, wjeżdżamy windą na najwyższe piętro, w  kabinie matka próbuje wytrzeć mi oczy, ale obrażony wyrywam się jej, krzycząc. Strychami przechodzimy do bloku dziadków, za oknem jasne słońce, ptaki goniące się w  koronach drzew, nieco niżej chmury gazu, w  nich świąteczna przemoc. Kiedy babcia otwiera nam drzwi, patrzy na nasze czerwone, opuchnięte twarze, zlane potokiem łez, zaczyna płakać i  krzyczy: „ A  to skurwysyny!!!”. Nigdy więcej nie słyszałem, by klęła.

Agnieszka Czamiłło wkracza na salę średniaków młodszych

Po raz pierwszy spotykam Agnieszkę Czamiłło w  przedszkolu, mam cztery lata i  potworną wadę zgryzu. Czamiłło ma rozpuszczone włosy, ostrzyżone pod zdumiewającym kątem, przywodzące na myśl elewacje modernistycznych kamienic, jakich pełno wokół rynku. Są jasnorude, jakby jakiś szaleniec polał je szklanką wiewiórczej krwi. Pani Lidka wprowadza ją na salę w  czasie popołudniowej zabawy klockami. Zwykle nowy przedszkolak cieszy się powszechnym zainteresowaniem, zwłaszcza ze strony przedstawicieli własnej płci. Czamiłło jest jednak ignorowana przez dziewczyny, prawdopodobnie z  powodu koloru włosów. Karolina Niezabitowska, najładniejsza z  dziewcząt, a  co za tym idzie, ich naturalna liderka, wydyma pogardliwie wargi i  nieznoszącym sprzeciwu gestem powstrzymuje dwie roześmiane koleżanki próbujące raczkować w  stronę Agnieszki. Ta olewa Niezabitowską, szybko omiata wzrokiem salę, zauważa mnie i  natychmiast rusza w  moim kierunku. Stawia dziwne kroki, jej ramiona nie unoszą się rytmicznie, pozostają cały czas w  tym samym położeniu, jakby przeszczepiono jej nogi robota kroczącego ze Star Wars. Dopada mnie i  klęka naprzeciwko, opiera dłonie na wykładzinie i  patrzy mi w  oczy z  kwaśnym uśmiechem. Obok prawego kącika ust ma mały, brązowy pieprzyk w  kształcie Sycylii. Wpadam w  panikę; klocków jest w  przedszkolu za mało, codziennie po południu toczy się o  nie zacięta bitwa, kłębiący się tłum dzieci piszczy, płacze, popycha się i  warczy, jak stado wygłodniałych psów, którym rzucono właśnie kość obrośniętą chrząstkami i  mięsem. Przedszkolanki próbują stosować reglamentację, wydzielając każdemu dziecku taką samą ilość. Ta metoda jednak nie sprawdza się; przedszkolanki są kompletnymi idiotkami i  mają problem ze zliczeniem do pięciu, zatem prędzej czy później zapas kończy się i  dochodzi do gigantycznej jatki, wreszcie dzieci najsilniejsze gromadzą najwięcej klocków, a  takim jak ja pozostaje kilka na krzyż. Zdobycie ich to pasmo twardej walki i  upokorzenia, dlatego jadowite spojrzenie Czamiłło, które łakomie omiata mały kopczyk usypany obok moich stóp, doprowadza mnie na krawędź rozpaczy. W  dalszym ciągu nic nie mówimy, taksujemy się wzajemnie wzrokiem, w  końcu Czamiłło uderza znienacka, jak nepalska kobra, i  zagarnia większość moich klocków obiema rękami, jednocześnie osłaniając je ramionami. Odpycham ją, jednak widząc, że odsuwając się, zabiera ze sobą klocki, zmieniam taktykę i  szarpię ją za sweter, usiłując ją od nich odciągnąć. Agnieszka odwraca głowę i  bez namysłu, dwoma szybkimi kłapnięciami gryzie mnie w  oba nadgarstki; prawy niemal tego nie odczuwa, jednak z  lewego złazi płachetek skóry. Jęczę cicho, ranka na nadgarstku cholernie piecze, próbuję uderzyć ją drugą ręką, jednak Czamiłło zręcznie uchyla się od ciosu i  odsuwa z  moimi klockami na bezpieczną odległość. Łzy cisną mi się do oczu, jednak biorę głęboki oddech i  mocno zaciskam powieki. Nie mogę sobie pozwolić na to, by płakać przy innych chłopcach. To byłoby cywilne samobójstwo. Oceniam liczbę klocków, która mi pozostała – wynosi ona PIĘĆ, na dodatek dwa z  nich to te gorsze, z  przezroczystego plastiku, który chyba zmieszano z  trocinami; cały usiany jest siatką dziwnych obiektów grubości końskiego włosa. Nie pozostaje mi nic innego, jak robić dobrą minę do złej gry, próbuję więc coś zbudować, do głowy ciśnie mi się wiele przekleństw, a  właściwie dwa, które do tej pory poznałem – „kurwa” i  „spieprzaj”. Spieprzaj kurwo, spieprzaj, myślę, ręce zaczynają mi drżeć i  mam straszną ochotę nimi potrzepotać, jak kurczak, kiedy usiłuje wzbić się do lotu. Bardzo mnie to uspokaja, jednak matka zawsze krzyczy, kiedy widzi, że to robię, i  żąda, żebym przestał. Powstrzymuję się zatem i  zamiast trzepotać rękami, zaczynam się rytmicznie kiwać, wykrzywiając twarz. Wyobrażam sobie, jak obcinam Czamiłło rudy łeb mieczem świetlnym, a  potem odlatuję sokołem millenium na planetę pełną klocków.

Tego samego dnia wracam z  matką do domu, widzę ojca siedzącego na kanapie przed telewizorem, plecami do mnie. Ojciec nie zwraca na nas uwagi, ogląda Teatr Telewizji; na ekranie widzę dwóch mężczyzn w  mundurach. Jeden z  nich ma charakterystyczny wąsik, drugi, niezwykle gruby, uśmiecha się złośliwie. Przypomina mi namokniętego ślimaka wypłoszonego przez deszcz. Przyglądam się mężczyznom i  słucham ich rozmowy.

– Świetnie ci poszło, Adolfie. To było piękne, dobitne przemówienie. Faktycznie, jesteś prawdziwym artystą.

– Chcesz powiedzieć, że jestem artystą, nie żołnierzem?

– Właśnie. To Bóg przypisał nam życiowe role. Z  Adolfa uczynił artystę, z  Ernesta – żołnierza.

– A  twoje żołnierzyki nadal są pełne zapału i  woli walki?

– Pójdą za tobą na złamanie karku, Adolfie.

– Pamiętasz lata dwudzieste, okres naszego mitu, naszej walki? – To było dziesięć lat temu.

– Zawsze byłeś dzielny, Erneście.

– Czasem posuwaliśmy się za daleko.

– Teraz też posuwamy się za daleko.

Konikau

Trawnik pod szkołą pokryty jest szczelną warstwą psiego gówna. Sranie na trawnik jest cholernie dozwolone, może dlatego, że żaden zjazd partii nie wydał instrukcji w  sprawie sprzątania po psach. A  nawet gdyby wydał i  tak nic by się nie zmieniło. Psy byłyby wtedy instrumentem walki politycznej. Zwarte pułki spacerowiczów z  opornikami w  klapach prowadzałyby je na trawniki i  zachęcały do wyduszenia choćby malutkiego patriotycznego klocka, mając nadzieję, że smród dotrze do ekskluzywnych partyjnych dzielnic, do jakiejś lokalnej Zatoki Świń, wydusi promoskiewską juntę, a  gówno posłuży jako nawóz dla wzrostu narodowej, katolickiej, socjalkapitalistycznej, wolnościowej ekipy. Na razie psy srają tylko z  powodu lenistwa swoich właścicieli.

Mnie i  Hance smród nie przeszkadza, bo jesteśmy dziećmi. Towarzyszącemu nam Ryśkowi nie przeszkadza tym bardziej, bo jest ze slumsu. Od naszej kamienicy slums oddzielony jest jedynie kilkumetrowym podwórkiem. Z  tej strony nie widać między nimi żadnej różnicy, bo przypadkowi przechodnie tu nie trafiają, a  tym bardziej turyści. Epoka zachodnich poszukiwaczy przygód podróżujących kolorowymi trabantami po postkomunistycznych zadupiach jeszcze nie nadeszła. Dlatego od strony ulicy kamienica ma w  miarę ładną, nieco tylko przybrudzoną fasadę, a  od podwórza wygląda jak chwilę po podbiciu miasta przez Armię Czerwoną. W  elewacji widać dziury po pociskach, spod doszczętnie złuszczonego tynku łypią gołe cegły. Wnętrze wygląda jednak całkiem nieźle, a  przede wszystkim nie jest obszczane i  zarzygane przez podwórkowych lumpów. Tym właśnie nasza kamienica różni się od slumsu. No, może jeszcze wyższym odsetkiem mieszkańców z  wyższym wykształceniem. Z  jedenastu mieszkań aż osiem jest u  nas zajętych przez pracowników naukowych, lekarzy, pisarzy i  takich tam. W  slumsie tylko jedno mieszkanie z  ośmiu. Klienci dwóch melin z  najwyższego piętra, toczących ze sobą twardą, konkurencyjną walkę, dbają o  odpowiednią ilość rzygowin, które ściągane siłą grawitacji spływają na niższe piętra, często w  towarzystwie świeżego moczu, bo w  melinach sprzedaje się też piwo. Czasy firmowych parasoli i  malowniczych ogródków piwnych jeszcze nie nadeszły. Trwa epoka szczyn na klatce schodowej.

Teoretycznie nie powinniśmy zadawać się z  Ryśkiem. Według niepisanego kodeksu lepszych dzieci z  naszej strony podwórka należy olewać slamsiarzy. Są brudni nawet wtedy, gdy dopiero wychodzą z  domu, a  jak wiadomo, na brud jest miejsce dopiero po dwóch godzinach zabawy, kiedy zdążymy się totalnie wypaćkać w  kałuży lub piaskownicy z  piaskiem niewymienianym od wypadków marcowych. Ale on bardzo się starał. Przychodził na skwerek, obok zardzewiałej zjeżdżalni, gdzie ściągaliśmy haracze w  postaci komiksów z  gumy Donald (prawdę mówiąc, ściągała je Hanka; ja byłem w  tym układzie od myślenia), kłaniał się Hance, szefowej wszystkich szefów, i  składał kolejne prośby.

– Pozwólcie mi się ze mną bawić.

– Chcę wam pomagać.

– Nie mam swoich donaldów, ale komuś podpierdolę i  dam wam wszystko.

Przyjąłbym go od razu, ale komercyjny zmysł Hanki jak zawsze był górą. Idziemy pod gmach Politechniki, gdzie na wąskim trawniku jakiś szalony ogrodnik upchał kilkanaście cisów, włazimy między gałęzie i  każemy Ryśkowi stanąć pod murem, tak by nikt z  ulicy nie mógł go zauważyć.

– No dobra, to co mam zrobić? – zapytał.

– Musisz pokazać nam dupę – odparła Hanka.

W  pierwszej chwili chciałem zaprotestować, ale kiedy już otwierałem usta, a  strumień powietrza z  płuc niemal dotarł do strun głosowych, moje gardło ścisnęło się, a  to cośw  środku kazało mi się natychmiast zamknąć i  czekać. Czekać, aż coś się wydarzy.

Rysiek bez wahania odwrócił się i  jednym ruchem ściągnął granatowe krótkie spodenki. Jego tyłek był niemal idealnie okrągły i  gładki.

– Wypnij się – powiedziała Hanka, drapiąc się po nosie. Odłamała gałąź i  końcówką podrapała go po tyłku. Zadrżał, ale stał dalej w  miejscu, pochylony i  milczący.

– Teraz weź tę gałąź i  głaszcz się. No po dupie! Jakbyś się podcierał.

Patrzyłem na Ryśka, niemal nie mogąc oddychać, i  czułem, że powoli ogarnia mnie uczucie dotąd nieznane; ekscytacja pomieszana z  rosnącym przerażeniem, bo to, co robiliśmy, było piękne i  straszliwe zarazem, Pan Bóg wie, że my wiemy, że to grzech ciężki i  na dniach, przy spowiedzi, będę miał przejebane u  księdza Staszka. Że nie wspomnę o  tym drugim, starym, co był kiedyś proboszczem, ale go zdjęli, on dowala straszne pokuty. A  Rysiek podcierał się gałęzią, odwrócił się do nas z  uśmiechem, już wiedząc, że go kupiliśmy, że jest nasz. Że jest w  bandzie, że możemy odmienić losy świata, a  już na pewno ojczyzny.