44,99 zł
Kiedy Lukas przeprowadza się z rodzicami do starego dworku na obrzeżach miasteczka Winterstein, nie ma pojęcia, jakie tajemnice i przygody go tam czekają. Za pomocą magicznego proszku znalezionego w tajnym magazynie może zobaczyć las za swoim domem takim, jaki jest naprawdę. Las Szeptów jest domem dla magicznych stworzeń - elfów, menoków, gadających kotów i innych, które budzą się w nocy.
Lukas znajduje nowych przyjaciół – zarówno ludzkich, jak i zwierzęcych – niektórych bardzo niezwykłych. Wraz z nimi musi stawić czoła niebezpieczeństwu: zaginionemu od lat czarnemu magowi, który teraz pragnie wrócić do władzy. Lukas nie ma pojęcia, że los Lasu Szeptów i jego mieszkańców leży teraz w jego rękach. Tom I serii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 148
Rok wydania: 2025
Tytuł oryginału: Flüsterwald 1. Das Abenteuer beginnt
Tekst: Andreas Suchanek
Przekład: Emilia Skowrońska
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redaktor prowadząca: Paulina Zaborek
Redakcja: Krystian Gaik
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
© Ueberreuter Verlag GmbH, Berlin 2020
Translation rights arranged through Aleksandra Markiewicz Literarische Agentur.
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2025
TDM opt-out
Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02-230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
Rani (menok)
początkujący pisarz, bada świat ludzi
lubi się bawić, jest uzależniony od czekolady
Lukas (człowiek)
uwielbia czytać książki i przeżywać różne przygody
musi odnaleźć się w nowym mieście
jego rodzina nie ma pojęcia o Lesie Szeptów ani o magii
Felicyta (elfka)
lubi czarować (co nie zawsze kończy się tak, jak by sobie tego życzyła)
w szkole z internatem czuje się samotna, dlatego często urządza sobie (zakazane) wędrówki
Punchy (kotka)
naprawdę nazywa się Pedora Ulinde Naftet von Chibalka
strażniczka Felicyty
ma nerwy ze stali
Ciemne chmury zebrały się nad miasteczkiem Winterstein. Zaczęło lać i deszcz moczył każdego, kto nie zdążył odpowiednio wcześnie dotrzeć do swoich czterech ścian. Wiatr szalał po uliczkach i z wściekłością porywał niedbale porzucone gazety. Grzmoty i błyskawice walczyły ze sobą o przewagę.
Właśnie taką pogodę lubił.
Ciemność opanowała świat, przepędziła ludzi i zabierała to, co do niej należało.
Naciągnął kaptur głębiej na czoło. Pozostawił za sobą ostatnie domy miasteczka. Zamiast iść chodnikiem, od dłuższego czasu poruszał się po błotnistych ścieżkach. Za każdym razem, gdy jeden z jego butów odrywał się od mokrej, brązowej ziemi, rozlegał się przypominający mlaskanie odgłos.
Szybko udał się prosto do miejsca, za którym tęsknił. Tam, w oddali, stał już tylko jeden dom. Teraz, gdy poprzedni lokator się wyniósł, mógł wreszcie to zrobić. Wystarczyło tylko przekroczyć granicę między miastem a lasem. Kluczem był stary dworek.
Gdy zatrzymał się przed bramą, deszcz zaczął jeszcze mocniej zacinać. Każda kropla uderzająca w płaszcz przeciwdeszczowy odbijała się głośnym echem w jego uszach. Przed nim majaczyła brama z kutego żelaza, po bokach której wznosiły się kamienne filary. Po lewej stronie stał posąg elfiego wojownika, a po prawej – wilkomaga.
Gdy podszedł bliżej, skała się obudziła.
– Nie przejdziesz tą drogą! – oznajmił elf.
Niewielka zbroja tej istoty wyglądała naprawdę uroczo. Aż zaświerzbiła go ręka, by ją zmiażdżyć. Nawet jeśli był to tylko posąg, który nie miał w sobie krztyny życia.
– Może nie dzisiaj – mruknął. – Ale mój dzień nadejdzie.
Błyskawica rozświetliła ciemność.
Zerknął na skraj lasu. Między gęstymi bukami, dębami i świerkami tańczyły światła i przemykały cienie.
Wkrótce.
Odwrócił się i wrócił do miasteczka. Do tego małego, niewinnego miejsca, które nie miało pojęcia, co je czeka.
Kiedy mama westchnęła po raz tysięczny i wykrzyknęła: „Ależ tu sielankowo!”, Lukas wiedział już, że przegrał. Pudła do przeprowadzki zostały już dawno spakowane. Mimo to chłopiec do końca miał nadzieję, że jego rodzice się opamiętają. Na próżno.
Stary opel astra też niestety wytrzymał. Prawdopodobnie wyzionie ducha dopiero u celu podróży, jak to miał w zwyczaju. Oznaczało to, że jakakolwiek próba ucieczki była z góry skazana na niepowodzenie.
– Nie no, jak sielankowo – westchnęła ponownie mama i zaczęła wymachiwać prawym palcem wskazującym. – Tam. – Kolejne machnięcie. – Widzicie to, dzieci? Prawdziwy strach na wróble.
Lukas zastanawiał się, czy jej okulary mają wbudowane jakieś magiczne soczewki, bo nie było innego wytłumaczenia jej zachowania. Przecież tamten wiecheć słomy był równie brzydki jak szare deszczowe chmury na horyzoncie. Tak samo jak szerokie, błotniste pola.
– Taa, bomba – mruknął.
– Mamusiu, co to znaczy „zielankowo”? – zapytał siedzący obok niego siostropotwór, ściskający w dłoniach, niczym koło ratunkowe, swojego starego, podartego, wypchanego królika.
– Lukasie, rozmawialiśmy już o tym. – Mama rzuciła mu swoje słynne spojrzenie psycholożki, które zawsze sprawiało, że chłopcu robiło się strasznie głupio. – Musisz zaakceptować zmianę. – Następnie jej wzrok powędrował do córki. – Sie-lan-ko-wo – przesylabizowała. – To oznacza, że gdzieś jest pięknie.
– I gdzie tak tutaj jest?
Powieki mamy zatrzepotały. Był to wyraźny znak, że jej cierpliwość powoli się kończy.
– Wszystko tutaj jest na swój sposób piękne, skarbie.
– Ale…
– A teraz przestajemy rozmawiać, żeby nie rozpraszać twojego taty. Musi się skupić na jeździe.
Pełne aprobaty chrząknięcie z fotela kierowcy uciszyło Lisę. Lukas miał na końcu języka ripostę, ale ją przełknął. Dyskusja z mamą nie miała sensu, poza tym byli już prawie u celu.
Samochód mknął w dół po stromej, górskiej drodze i nagle chłopiec ujrzał spiczaste szczyty domów miasteczka Winterstein. Było jeszcze gorzej, niż się obawiał. To miejsce ewidentnie nie zasługiwało na miano miasta. Bruk na drodze tworzył nierówne wyboje, na których samochód niemiłosiernie podskakiwał. W pewnym momencie mamie zsunęły się nawet okulary z nosa, ale tego nie skomentowała.
Okoliczne domy musiały zostać zaprojektowane przez architekta, który obejrzał zbyt wiele sielskich filmów. Pod oknami wisiały skrzynki z kwiatami. Składane okiennice miały otwory w kształcie serca, a wysokie do pasa ogrodzenia pomalowano na biało, przy czym pierwotny kolor można było rozpoznać tylko przy dużej dozie dobrej woli.
– Czy to są latarnie gazowe?! – spytał Lukas z przerażeniem.
Po raz pierwszy jego mama również wydawała się zaniepokojona.
– Hm. Eee… najwyraźniej mieszkańcy tej uroczej miejscowości preferują eee… rustykalny styl życia. – Spojrzała przy tym z ukosa na ojca, co spowodowało, że ten wsunął się jeszcze głębiej w fotel kierowcy.
Jechali dalej w ponurej ciszy.
Czy my w ogóle będziemy mieć internet? Prąd? Ciepłą wodę?
Lukas powoli zaczynał panikować.
Wreszcie ostatnie domy zostały za nimi i rodzinne auto wjechało na szczyt wzgórza. Ojciec zatrzymał się przed bramą z kutego żelaza, z której już dawno odpadła farba. Po obu jej stronach wznosiły się kamienne filary z małymi postaciami na szczytach. Przedstawiały jakieś stworzenia z bajki. Prowadząca od bramy żwirowa ścieżka znikała w gęstych krzakach. Rodzice wysiedli z samochodu i spojrzeli na poobijaną tabliczkę na lewym filarze.
– Doktor Archibald von Thun – przeczytała na głos mama. – Leśna Droga 13. – Odwróciła się do nich i sztucznie uśmiechnęła. – Czyli jesteśmy na miejscu, dzieci! Poprzedni właściciel po prostu nie zdjął tabliczki.
Oczywiście, mamo.
Ojciec otworzył bramę. Jechali dalej w lodowatej ciszy. Mama skrzyżowała ręce na piersi. Ilekroć Lukas tak robił, nazywała to zachowaniem „pasywno-agresywnym”, co doprowadzało go do białej gorączki. Co z kolei nazywała „wczesną fazą dojrzewania”.
Zrobiło mu się żal ojca, ale szybko wyparł to uczucie. Ostatecznie to była jego wina, że tu trafili. Przewodniczący rady szkolnej w Winterstein osobiście do niego zadzwonił i rozbudził w nim apetyt na posadę nauczyciela w lokalnej szkole, co ojciec Lukasa z dumą podkreślał raz po raz. A kiedy niewiele później pojawiła się oferta kupna domu – o czym rodzice marzyli od zawsze – nic już nie mogło go powstrzymać. Oczywiście nie miało dla nich znaczenia, że to wspaniałe stanowisko czekało w szkole znajdującej się gdzieś na końcu świata i Lukas też będzie musiał się tam przenieść. Nic gorszego nie mogło go spotkać.
Moja reputacja poszła się paść.
To był jego najgorszy koszmar.
Coś, co stało przed nimi, ogromne i zniszczone, trudno było określić mianem domu. I nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak będzie wyglądał basen, który mama zachwalała w każdej dyskusji.
– No cóż, w takim razie… – Ojciec spojrzał na budynek z przerażeniem w oczach. – Jesteśmy na miejscu.
Usta siostry zaczęły podejrzanie drżeć. Lukas odpiął pasy i wyskoczył z samochodu. Nie chciał być w pobliżu, gdy siostropotwór zacznie jęczeć. W wieku sześciu lat była taka… dziecinna.
– No dobrze. – Mama przezwyciężyła szok i przejęła dowodzenie. – Nie podobają mi się te nadciągające deszczowe chmury. Wejdźmy do środka i się rozejrzyjmy.
Lukas pobiegł do auta i wyciągnął z bagażnika swój plecak. Za nic by go tu nie zostawił. Następnie wszedł do domu za dyktatorami swego życia. Tata wziął Lisę na ręce.
Na szczęście pierwsze wrażenie było mylne. Co prawda deski podłogowe skrzypiały, gdy wchodzili, ale też lśniły świeżo wypolerowane. Nigdzie nie było widać kurzu ani pajęczyn, wręcz przeciwnie: pachniało pastą do podłóg, cytrynowym środkiem do czyszczenia i fiołkami. Za drzwiami wejściowymi znajdował się mały wykusz z wbudowaną szafą. Na podłodze leżał puszysty dywan, amortyzujący ich kroki, gdy szli korytarzem do kuchni, która okazała się bardzo przytulna.
Z boku stał drewniany stół, a na nim miska z owocami. Na ścianach wisiały emaliowane tabliczki ze starymi hasłami reklamowymi. Kuchenka znajdowała się na środku pomieszczenia, dzięki czemu dostęp do niej był możliwy z każdej strony. Na półkach ustawiono małe drewniane puszki, z których rozchodził się zapach świeżych ziół i przypraw.
Przez szyby lekko uchylonych drzwi wychodzących na taras rozpościerał się widok na piękny ogród. Grządki były zadbane, kwiaty wypuszczały pączki. Między drzewami wisiała huśtawka, która kołysała się delikatnie na wietrze.
Lukas zadrżał.
– Mum, pójdę zobaczyć swój pokój – powiedział.
Mama wciąż rozglądała się niepewnie po kuchni i tylko mruknęła coś na zgodę. Zwykle nie znosiła, gdy mówił do niej „mum”. Z reguły robiła mu wtedy długi wykład, że jest jego „mamą” i nie pochodzi z kraju, w którym mówi się po angielsku.
Tata był już w drodze do salonu. Lisa minęła brata i ruszyła na poszukiwanie swojego pokoju.
Drewniane stopnie skrzypiały głośno, gdy rodzeństwo wchodziło po schodach. Na pierwszym piętrze znajdowała się łazienka z żeliwną wanną, którą Lukas zauważył, gdy przechodzili obok. Natychmiast powróciło do niego pytanie o ciepłą wodę, postanowił jednak sprawdzić to później.
Na korytarzu stały kartony i pudła, między którymi musiał się przepychać. Doszedł do pokoju Lisy. Siostra wszystko skrupulatnie oglądała. Następna była rupieciarnia pełna wszelkiego rodzaju gratów, których miejsce rzeczywiście mogło być tylko w rupieciarni.
W końcu przekroczył próg własnego królestwa. Pokój był… inny, niż Lukas sobie wyobrażał. Nie gorszy. Po prostu inny. Ścianę naprzeciwko drzwi wypełniało jedno wielkie, owalne okno. Pod nim znajdował się parapet z ułożonymi nań poduszkami. Idealny kącik do czytania. Po lewej stronie stało masywne biurko z czarnego drewna, które od teraz należało do niego, bo rodzice kupili dom wraz z meblami. I nawet jeśli część z nich – taką przynajmniej miał nadzieję – wkrótce wyląduje na śmietniku, to zdecydowanie pragnął zatrzymać to biurko.
Obok znajdował się wpuszczony w ścianę regał, na którym piętrzyły się solidne tomiszcza. Lukas podszedł bliżej. Książki pokrywała gruba na palec warstwa kurzu, większość okładek była porysowana. Musiały być strasznie stare. Dlaczego resztę domu wysprzątano na błysk, a tu nawet nie odkurzono? Już miał sięgnąć po jedną z książek, gdy ktoś wpadł do pokoju.
Nagły wrzask sprawił, że się wzdrygnął. Lisa wskoczyła na ogromne łóżko po drugiej stronie pomieszczenia.
– Ja też takie chcę! – Hop. – Jest super! – Hop. – Mój pokój jest o wiele ładniejszy. – Hop. – Ale twój też nie jest zły. – Hop.
– Złaź z mojego łóżka! – Lukas rzucił się do przodu.
Ale Lisa była szybsza, przebiegła pod rękami brata i uciekła. Już na korytarzu zaczęła szlochać na cały głos:
– Mamo, Lukas mi dokucza!
Natychmiast rozległ się zirytowany głos mamy:
– Lukasie, zostaw siostrę w spokoju!
Chłopak przewrócił oczami i zacisnął dłonie w pięści. Lisa pokazała mu język, po czym zbiegła po schodach. Wrócił do swojego pokoju i trzasnął drzwiami. Z zadowoleniem zauważył, że jest w nich rygiel. Nawet jeśli rodzice zabiorą mu klucz – ojciec mawiał, że nie życzy sobie w domu żadnych zamkniętych drzwi – i tak będzie mógł będzie mógł mieć trochę prywatności.
Wbrew swym intencjom zaczął lubić tę starą ruderę. Podszedł do okna. Z góry roztaczał się widok nie tylko na ogród, lecz także na małą rzekę za domem i górujący nad wszystkim, ledwo widoczny las.
Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że w półmroku dostrzega cień, rysujący się na tle świerków, dębów i krzewów. W następnej chwili ciemna plama zniknęła. Lukas przetarł oczy i ziewnął.
Zaczynam widzieć duchy.
Dwoma kopnięciami ściągnął ze stóp adidasy, rzucił plecak na łóżko i padł obok niego. Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej. Na niebie zebrały się gęste chmury, tak że przypominało szklankę wody, do której ktoś wlał atrament. Zaledwie kilka sekund później o szyby zaczęły uderzać grube krople deszczu. Raz po raz grzmiało, a ciemność jedna po drugiej rozświetlały błyskawice, jakich dawno nie widział.
Gdy tak wsłuchiwał się w deszcz, powieki zaczęły mu ciążyć. W ciągu zaledwie kilku minut zasnął.
Lukas nie wiedział, co go obudziło. Może błyskawica, a może grzmot. Albo krople deszczu uderzające o szybę.
Leżał pod kołdrą, ale nie pamiętał, żeby się przykrywał. Na małym stoliku nocnym obok łóżka stała szklanka wody, więc pewnie mama do niego zajrzała.
Już miał ściągnąć dżinsy i wrócić do łóżka, gdy zobaczył światło. Sączyło się ze szczeliny pod regałem. Co to było? Pomiędzy jego pokojem a pokojem Lisy nie było przecież żadnego innego pomieszczenia poza rupieciarnią. Tylko ściana.
A może za regałem zamontowano specjalną lampę wyposażoną w czujnik ruchu? Nie spodziewałby się tutaj czegoś tak nowoczesnego, ale kto wie.
Lukas uklęknął i zajrzał pod regał. Zamrugał. Ostrożnie zasłonił dłonią oczy i lekko rozsunął palce. Obok światła zobaczył drewniane stopnie. Prowadziły w górę. Czy były to tajemne schody, którymi można było się dostać na strych? Ale dlaczego zaczynały się za regałem w jego pokoju? Spróbował przesunąć mebel. Światło natychmiast zgasło.
Chłopiec wstał i zaczął przeglądać książki. Gdzieś musiała znajdować się tajna dźwignia, jakiś ukryty mechanizm, który otwierał przejście. Na myśl o tym, że ktoś mógł przejść przez jego pokój, by udać się na strych, poczuł gęsią skórkę.
Jak można zbudować dom w tak idiotyczny sposób? Aby dostać się na strych, trzeba było najpierw znaleźć drzwi. Gdzie tu sens, gdzie logika?
– Lisa, czy to ty?!
Żadnej odpowiedzi.
– Kto tam?
Lukas ponownie złapał za regał.
Ziuuu!
* * *
Następnym, na co świadomie zwrócił uwagę, było słońce wpadające przez okno.
Dlaczego leżę na podłodze?
Bez względu na to, jak bardzo się skupiał, nie potrafił sobie przypomnieć, dlaczego leżał tutaj, przed regałem. Czyżby lunatykował? Ale czemu bolała go głowa?
– Lukasie! – rozległ się głos mamy. Po chwili ktoś zapukał do drzwi. – Obudziłeś się już?
– T… tak – wyjąkał chłopiec i zaczął zbierać się z podłogi.
W następnej chwili drzwi się otworzyły i do środka wpadła mama. Lukas był przekonany, że co rano w jej ciele zagnieżdża się kosmita. Podczas gdy tata, siostropotwór i on sam byli porannymi mrukami, mama uważała, że ranek to najlepsza pora dnia. Niestety zawsze próbowała zarazić swoją energią pozostałych członków rodziny. Przydzielała im zadania, zachęcała do rozmowy i opracowywała plan działania.
Gdy w końcu budził się na tyle, by dotarło do niego to, do czego go namówiła, było już za późno. W ten sposób kończył na wędrówkach, zakupach, jodze, sprzątaniu i pracy w ogrodzie. Uciekał się więc do mrukliwego milczenia.
– Idziemy na targ! – oznajmiła mama z taką energią, że najchętniej by uciekł.
– Muuum. Jest sobota.
– Tylko nie „mum”. Odrobina świeżego powietrza dobrze ci zrobi. – I już stała obok niego i mierzwiła mu włosy. Nienawidził tego. – Z pewnością zauważyłeś, że w naszej lodówce jest tylko światło. Jeśli więc na śniadanie chcesz kakao i musli, musisz wybrać się ze mną na zakupy. Nie mam zamiaru dźwigać tego wszystkiego sama.
Oczami wyobraźni Lukas widział już siebie przygarbionego pod ciężarem wielkich skrzyń, podczas gdy jego mama idzie obok niego i podziwia okolicę, niosąc jedynie paczuszkę z owocami w jednej i swoją torebkę w drugiej ręce.
– Czy dobrze interpretuję twoje milczenie jako zgodę?
– Hmmm.
– Wspaniale. Wiedziałam, że mogę polegać na moim silnym, pomocnym synu.
Lukas od dawna podejrzewał, że duża liczba pochwał w postaci przymiotników to czysta manipulacja. Tak właśnie powiedział pewnego wieczoru przy stole ojciec, gdy dyrektor jego starej szkoły mianował go przewodniczącym komitetu planującego jakieś niedzielne wydarzenie.
– Masz dziesięć minut w łazience. I pośpiesz się, bo twoja siostra już wstała. A wiesz przecież, że kiedy ona siedzi w łazience i zorientuje się, że ty też chcesz tam wejść, nie wyjdzie z niej przez następną godzinę.
Co właściwie było powodem, by się nie spieszyć.
– Świetnie, czyli teraz nie dość, że będę musiał wykonywać niewolniczą pracę na pusty żołądek, to jeszcze znowu będę toczyć bitwy o łazienkę! Myślałem, że w tym domu będą dwie!
– Och, nie bądź taki uparty. – To było ulubione hasło mamy. Była już w połowie drogi do drzwi. – Na samą myśl o dojrzewaniu boli mnie głowa. Ach, tak. – Zatrzymała się raz jeszcze. – I rzeczywiście, mamy dwie łazienki. Ale w tej na parterze jest tylko zimna woda. Oczywiście jeśli chcesz, możesz wziąć prysznic właśnie tam.
– Nienawidzę tego domu!
– Wiem, skarbie. A teraz się pośpiesz. I włóż czyste dżinsy.
Musiał przyznać mamie jedno: zwykle miała cierpliwość świętej. W sobotni poranek miasteczko Winterstein wyglądało, jakby przeistoczyło się w światową metropolię. Przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę liczbę poruszających się po ulicach samochodów. Ponieważ centrum zostało zamknięte, jazda po drogach dojazdowych przypominała wyścig. Każdy chciał zająć kolejne wolne miejsce parkingowe. Trąbiono, zajeżdżano sobie drogę i trochę zbyt mocno wciskano pedał gazu.
Podczas gdy tata Lukasa w takich sytuacjach siarczyście klął, mama zachowywała spokój.
– Ci wszyscy biedni ludzie nie zdają sobie sprawy, że ich agresja ich postarza – wyjaśniła. – Ale my po prostu nie bierzemy udziału w takich rzeczach. Jakie jest motto naszej rodziny?
– W sobotnie poranki wolimy zostać w łóżku – odpowiedział oschle Lukas.
Mama przewróciła oczami i westchnęła.
– Nie rozumiem, dlaczego jesteś taki uparty. Słońce świeci, wszyscy ci mili ludzie spacerują po mieście, powietrze jest świeże i czyste…
Milczał.
Dyskutowanie o tym z mamą nie miało większego sensu. Kiedy chciała być wesoła, to taka była. W tym stanie określiłaby pewnie jako „absolutnie bajeczną” nawet oczyszczalnię ścieków.
W pewnym momencie, po ustąpieniu miejsca trzem innym kierowcom, znaleźli wreszcie wolne miejsce parkingowe. Stamtąd przeszli przez most, aby dotrzeć do centrum miasteczka.
Stare centrum przecinały wąskie uliczki, zabytkowe domy stały jeden przy drugim. Dolny rynek miał jakieś historyczne znaczenie i był zapchany straganami, na których nie sprzedawano niczego jadalnego. Kobieta o czerwonych policzkach oferowała domowej roboty świece z wosku pszczelego. Starszy mężczyzna z krzaczastą brodą siedział wśród drewnianych zabawek, które sam wystrugał. Za szeroką ladą pucołowata kobieta sprzedawała wieczne pióra z małymi kałamarzami.
Szeroki deptak prowadził na górny plac targowy, gdzie znajdowały się stragany ze świeżymi owocami, warzywami i kwiatami. Swoje stoisko miał tam również miejski rzeźnik. Jaki to pech, że tutaj przyjechali!
– Och, jak tu pięknie – powiedziała natychmiast mama. – Widziałeś to? Jakie to oryginalne! Absolutnie wspaniałe! – Zatrzymywała się przy każdym stoisku i czytała każdą tabliczkę.
Ze strefy dla pieszych w głąb miasta prowadziły małe alejki. Na środku placu stała fontanna. Mosiężne bloki zostały wbite w ziemię i tworzyły pas ciągnący się aż do górnego rynku. Z tabliczki obok można było wyczytać, że to jakiś projekt artystyczny.
– Symbol połączenia starego z nowym, historycznej części miasta z przyszłością. Absolutnie cudowne.
Lukasowi zaczęło burczeć w brzuchu.
– Mum!
– Dobrze, już dobrze.
Przepychali się dalej przez tłum. Lukas tylko częściowo otrząsnął się z senności. Bez swojego musli, kubka kakao i kilku minut spokoju nie potrafił dobrze zacząć dnia.
