Larista - Melissa Darwood - ebook
lub
Opis

Pierwszy tom nieziemskiej serii pełnej miłości!

Larysa przez całe swoje życie marzyła o miłości od pierwszego wejrzenia. I to takiej, która nigdy nie przeminie. Kiedy na swojej drodze spotyka Gabriela, tajemniczego Nieznajomego z sennego koszmaru, jeszcze nie wie, że jej dotychczasowe życie się skończyło. Zarówno on, jak i niedawno poznany Daniel, mają plany względem dziewczyny. Jednak tylko jeden z nich ma przyjazne zamiary. Czy dziewczyna wybierze właściwie?

Życie Larysy całkowicie się zmienia, kiedy pojawia się w nim Gabriel. Ten mężczyzna coś ukrywa, coś, co sprawia, że dziewczyna czuje się śledzona.

Kim są tajemniczy Guardianie i Tentatorzy? Dlaczego życie Larysy jest w niebezpieczeństwie? Czy w dzisiejszych czasach jest miejsce na miłość od pierwszego wejrzenia?

__

O autorce

Melissa Darwood – pisarka pochodzi z urokliwego miasteczka w środkowej Polsce. Wychowała się w otoczeniu lasów, które emanują mrocznością, czarem i tajemniczością. Klimat ten wyczuwalny jest również w jej powieściach. Autorka pisze książki dla siebie i wszystkich czytelników, którzy poszukują w literaturze miłosnych uniesień, nieprzewidywalności, wątków nadprzyrodzonych, odrobiny filozofii i psychologii. To romantyczka, rozmiłowana w przyrodzie, zwierzętach i książkach.

W swojej twórczości posługuje się pseudonimem, aby zatrzeć granicę między fikcją literacką a rzeczywistością. W 2013 roku z sukcesem zadebiutowała powieścią Larista, która obecnie została wznowiona i uzupełniona o nowe rozdziały.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 345

Popularność


Mojemu ukochanemu Mężowi. I wszystkim, którzy szukają prawdziwej miłości.

Larysa

Zapach stearyny unosił się w wilgotnym powietrzu. Stałam pośrodku starego cmentarza, patrząc na zapadnięte groby przykryte burą płachtą gnijących liści. Mimo szarówki ujrzałam w oddali ogromny krzyż rozświetlony blaskiem białych zniczy. Podążyłam ku niemu, zerkając na wąskie ścieżki, przy których znajdowały się zniszczone pomniki otoczone mistyczną aurą. Przy każdym z nich stał poszarzały posąg. Był tu monument kobiety, której dumną twarz wykrzywiał grymas. Była tu też statua anioła trzymającego z powagą długą trąbę i rzeźba dwójki dzieci, których buzie zamarły w niewinnym uśmiechu.

Mimo uczucia zimna szłam wciąż przed siebie, a jakaś nieznana mi siła ściągała mój wzrok na cmentarne posągi, które wzbudzały we mnie silny niepokój. Moją szczególną uwagę zwrócił jeden z nich – figura młodej dziewczyny. Widok jej pochylonej, zastygłej twarzy sprawił, że przeszedł mnie dreszcz. Długa, wyrzeźbiona w kamieniu chusta spływała bezwładnie na jej ramiona. Jej szczupłe, obmyte przez deszcze i wygładzone przez wiatry dłonie wskazywały na pionową płytę z jasnego granitu. I znów to uczucie, jakby jakaś obca siła nakazała mi podejść bliżej. Zrobiłam kilka kroków i odsłoniłam zarośniętą bluszczem tablicę. Moim oczom ukazały się gotyckie litery.

Zamarłam.

Słysząc głośne bicie własnego serca, przeczytałam drżącym głosem swoje nazwisko z dopiskiem:

Larysa Kubus

Umarła, by żyć.

Stałam w bezruchu, przyglądając się posągowi młodej kobiety. Dopiero teraz jego oblicze wydało mi się znajome. Ujrzałam w nim swoją twarz. Rytm mojego serca gwałtownie przyspieszył. Wyciągnęłam wilgotną od potu dłoń i dotknęłam kamiennego policzka.

Wieko grobowca drgnęło, rozległ się odgłos tarcia betonu o beton, płyta pomnika zaczęła powolnie przesuwać się na bok, odsłaniając czerń. Pochyliłam się nad nią i wtedy zerwał się silny wiatr. Odgłos zbiorowego krzyku wypełnił mury cmentarza. Gałęzie starodrzewu szalały, uderzając z siłą tarana o wilgotne pnie. Liście zerwały się z mokrej ziemi i zaczęły kręcić się dookoła, tworząc wiry. Strzeliste tuje gięły się wpół, tańcząc do pieśni porywistego wichru.

Patrzyłam z niedowierzaniem, jak kamienne postacie, pogrążone dotychczas w głębokim śnie, kierują na mnie szeroko otwarte oczy. Wszystkie, niczym anielski chór, rozchyliły usta, by powtórzyć cmentarny ryk uwięziony w łacińskich słowach:

O Fortuna! Velut Luna!

Statu variabilis![1]

Śpiewały, zagłuszając huk krwi w moich skroniach. Śpiewały z wyrytymi emocjami na kamiennych twarzach przejmującą, łacińską pieśń. Ich głosy stawały się coraz donośniejsze i potężniejsze. Nie mogłam tam dłużej zostać, musiałam uciec z tego koszmarnego miejsca. Odwróciłam się i wtedy ujrzałam funeralny kondukt, postacie ubrane w czerń z pochylonymi głowami zmierzały w moją stronę. Na jego czele szedł wysoki mężczyzna, który podtrzymywał drobną kobietę. Wydali mi się znajomi.

Cmentarna pieśń zaczęła przybierać na sile. Liczba śpiewających głosów zdawała się zwiększać kilkukrotnie, zupełnie jakby wszystkie cmentarne posągi zbudziły się z wiecznego snu, by zawtórować chórowi:

Sors salutis!

Et virtutis!

Mihi nunc contraria!

Est affectus!

Et defectus!

Semper in angaria![2]

Nie mogłam oderwać wzroku od żałobników, którzy zmierzali powolnie w moją stronę. Ich blade oblicza z każdą nutą cmentarnej pieśni stawały się coraz bardziej wyraziste, coraz bardziej znajome. Gdy wyłonili się zza ostatniego nagrobka, moje serce stanęło, świat wokół zawirował, bębny orkiestry zadudniły w środku głowy.

Zapuchnięte od płaczu twarze, tak dobrze mi znane, wykrzywione w rozpaczy usta, tak ukochane.

– Mamo! – krzyknęłam, lecz chór mnie zagłuszył.

– Tato! – zawołałam ponownie, lecz świst wiatru stłumił brzmienie mojego głosu.

Cmentarny śpiew rósł w siłę. Drzewa gięły się jak zapałki, targane żałobną pieśnią.

Obie postacie stanęły po przeciwnej stronie mogiły, dokładnie naprzeciwko mnie, i pochyliły się nad otwartym grobem.

– Mamo! Tato! Ja żyję! – krzyknęłam.

Zapadła martwa cisza.

Chór zamilkł, a wraz z nim cmentarna orkiestra. Rodzicie nawet nie drgnęli, wpatrywali się jak zaklęci w środek grobowca. Spuściłam wzrok na odsuniętą płytę. W ciemnościach, na samym dnie, leżało ciało – młode, blade, ubrane w białą, atłasową sukienkę. Długie brązowe włosy opadały luźno na bordową poduszkę, trupią bladość policzków maskował delikatny makijaż, zamknięte powieki pokrywał złoty pyłek, a sine usta ożywiał różany błysk pomadki. W splecionych dłoniach, ułożonych na piersi, dostrzegłam bukiet konwalii. Świeżych, białych niczym śnieg. Były jedyną rzeczą, w której tętniło życie.

Reszta była martwa.

To było moje zastygłe ciało.

Poczułam ucisk w klatce piersiowej i czym prędzej oderwałam wzrok od grobowca. Nie potrafiłam tego racjonalnie wytłumaczyć. Zrobiło mi się niedobrze.

Przeniosłam wzrok na żałobników, którzy ustawili się ramię w ramię nad moim grobem.

– Co tu się dzieje? To jakiś głupi żart?

Powiodłam wzrokiem po ich posępnych twarzach. Nie było to liczne grono, lecz znaleźli się tu wszyscy, których dobrze znałam. Rodzice, wujkowie, kilka osób z dalszej rodziny, paru sąsiadów i nauczycieli, koleżanki ze szkoły, moja przyjaciółka Zuzka i…

Mój wzrok padł na młodego mężczyznę, który stał tuż obok niej. Nie znałam go.

Wyglądał na dwadzieścia kilka lat. Miał zimne spojrzenie, poważną twarz, a rysy szlachetne i stanowcze. Górował wzrostem nad Zuzką. Ubrany był w ciemnoszary płaszcz z pagonami. Postawiony kołnierz dodawał mu osobliwej tajemniczości.

Patrzyliśmy na siebie przez moment, do chwili, aż usłyszałam szloch mamy. Spojrzałam w jej stronę. Przejmujący płacz sprawił, że poczułam ucisk w gardle. Widok tego, jak cierpi napełnił mnie nieopisanym smutkiem. Płakała przejmująco, na jej twarzy malował się ogromny ból. Oddychała szybko, aż w pewnym momencie wzięła duży haust powietrza i wyrzuciła z siebie:

– Laro, córeczko! – Upadła na kolana i pochyliła się nad grobem.

Jej oczy tonęły w morzu łez, spływających po wykrzywionej w rozpaczy twarzy. Wpatrywała się bolesnym wzrokiem w moje martwe ciało. Nagle, niespodziewanie wyciągnęła ręce w dół, jakby chciała złapać mnie za rękę. Zachwiała się nad ciemną jamą, wychyliła się…

– Mamo, uważaj! – krzyknęłam gotowa przeskoczyć grób, by uchronić ją przed upadkiem, lecz wtedy nieznajomy mężczyzna pochwycił ją wpół.

Mama zignorowała jego obecność, zupełnie jakby nie istniał. Jej rozgorączkowany wzrok utkwiony był w moim martwym ciele, do którego wyrywały się matczyne ręce. Mężczyzna jednak mocno ją trzymał.

– Jeszcze nie nadszedł twój czas, Elżbieto. Jeszcze nie teraz – powiedział do niej, a wtedy mama jęknęła i osunęła się na ziemię. Łkała niemo w bezruchu, oddychając coraz lżej i spokojniej. Jej zbolała twarz przypominała teraz oblicze porcelanowej lalki. Leżała bezwładnie niczym balon, z którego spuszczono powietrze.

Nieznajomy odstąpił od niej i oparł się o grobową tablicę. Patrzył na mnie, jakby czekał, aż coś powiem.

– Kim jesteś? – zapytałam, patrząc w jego chłodne oczy.

– A jak ci się wydaje, kim mogę być?

– Nie wiem… – zawahałam się. Nie rozumiałam całej tej sytuacji. Nie potrafiłam w pełni logicznie myśleć, zupełnie jakby mój umysł spowijała mgła. – Mogę jedynie przypuszczać, że masz coś wspólnego ze śmiercią. Co tu się dzieje…?

– To nie przypuszczaj – przerwał. – Tak będzie najlepiej dla ciebie i dla mnie.

Nie mogłam tak łatwo odpuścić.

– Czy to jest mój pogrzeb?

Przyglądał mi się w milczeniu z wypisaną wyniosłością na twarzy. W jego spojrzeniu było coś niepokojącego, a zarazem tak hipnotyzującego, że nie mogłam oderwać od niego wzroku.

– Odpowiedz. Czy ja umarłam? Jesteś śmiercią?

Uśmiechnął się cynicznie.

– Dam ci dobrą radę, dziewczyno. Nie zgaduj więcej.

– Słucham?

– Nie masz pojęcia, kim jestem, i niech tak pozostanie – oznajmił i odwrócił się, jakby zamierzał odejść.

– Dlaczego? – zapytałam, lecz on zaczął się oddalać. – Poczekaj, odpowiedz mi! – krzyknęłam za nim i nieświadomie dałam krok w przód.

Straciłam grunt pod nogami.

Zdążyłam zagarnąć palcami ziemię i wziąć łyk powietrza. Zaczęłam spadać. Leciałam w dół, tak jakby grobowiec był bez dna. Serce waliło mi jak szalone. Przed oczami zjawiały się fragmenty mojego życia, radosne i przykre chwile; twarze ludzi, których kochałam – przyjaciół, koleżanek i… nieznajomego. Tego samego, którego widziałam przed chwilą nad swoim grobem. Jego obraz był teraz tak rzeczywisty, jakby mężczyzna spadał ze mną.

– Ratuj mnie. – Wyciągnęłam instynktownie rękę w jego stronę, a wtedy on zniknął.

Uderzyłam z hukiem o twardą powierzchnię. Łapczywie nabrałam powietrza i otworzyłam szeroko oczy. Krew pulsowała mi w skroniach. Oblizałam usta i rozejrzałam się dookoła. Widniało, a ja leżałam na drewnianej podłodze w swoim pokoju. Odetchnęłam z ulgą. Usiadłam nie do końca pewna, czy jestem w jednym kawałku. Całe szczęście, upadek z łóżka nie wywołał obrażeń.

– Co za koszmar. – Przesunęłam dłońmi po twarzy, zastanawiając się jednocześnie, czy sen w dzień osiemnastych urodzin ma jakieś znaczenie.

Podeszłam na czworaka do szafki nocnej, zerkając ukradkiem na zegarek. Miałam jeszcze pół godziny, by rozpocząć szykowanie się do szkoły. Otworzyłam szufladę i wyjęłam z niej sennik po babci. Stary, w introligatorskiej oprawie, z pożółkłymi kartkami.

Oparłam się o ramę łóżka i przekartkowałam strony, czytając hasła na literę Ś.

Ślad; ślina; śmieci; śmierć; śmierć bliskiego… Własna śmierć.

Powiodłam palcem po linijce tekstu i przeczytałam:

Własna śmierć: widzieć siebie jako nieboszczkę – wróży początek nowego życia albo wewnętrzną przemianę.

Stłumione odgłosy spokojnej muzyki odbijały się od ścian opustoszałych korytarzy szkolnych. Skręciłyśmy w prawo i leniwie ruszyłyśmy w stronę dobiegających nas dźwięków. Brzęczące jak natrętny owad jarzeniówki rzucały blade światło na mleczną twarz mojej przyjaciółki.

– Możesz mi przypomnieć, po jakiego czorta tam idziemy? – spytała Zuzka, łypiąc piwnymi oczami pomalowanymi w stylu emo.

– Żeby sobie popatrzeć na ludzi – odparłam i związałam włosy w kucyk.

– Ach tak, zapomniałam – bąknęła. – Coś mi się zdaje, że twój pierwszy krok w dorosłość okaże się samobójczym skokiem w przepaść. – Wykrzywiła usta w charakterystycznym dla siebie drwiącym śmieszku.

– To znaczy?

– Po prostu odnoszę wrażenie, że dotarło do ciebie, że skoro ukończyłaś osiemnaście lat… – zawahała się przez chwilę, marszcząc ciemne brwi. – A zresztą, ty i tak wiesz swoje. – Poprawiła opaskę na kruczoczarnych włosach.

– O co ci chodzi?

– O to, żebyśmy darowały sobie tę nędzną dyskę, Lara – odparła.

– Wytrzymasz.

– Wytrzymam? Jedyne, co mnie trzyma w tygodniu w tej budzie, to grawitacja, a ty żądasz ode mnie, żebym przychodziła tu jeszcze w piątek wieczorem i to na jakąś zabawę dla jełopów.

– Jesteś uprzedzona. Tylko nie mam pojęcia czemu?

– Temu, że cię znam i chcę oszczędzić ci przykrości.

– Niby jakich?

– Widoku mizdrzących się par – stwierdziła dosadnie i zatrzymała się, patrząc na mnie z politowaniem. – Boże, Lara. Skąd u ciebie ten masochizm? Na co ty liczysz, dziewczyno? Pomyślałaś dzisiaj życzenie, zdmuchnęłaś świeczki i co? Masz nadzieję, że niespodziewanie na szkolnych baletach zjawi się książę z bajki, zauważy cię w kącie i wyzna ci miłość aż po grób? Takie rzeczy tylko w książkach.

– Też coś – prychnęłam. – Jeśli uważasz, że tak myślę, to się grubo mylisz.

– Serio? – spytała, przechylając głowę. – Twoja piękna buźka i błyszczące, zielone oczka mówią mi co innego.

– Nieprawda! Ja tylko… – Wzięłam głęboki wdech i zerknęłam na nią jak na zło wcielone. Moja przyjaciółka nie miała w sobie ani krzty romantyzmu. – Czemu jesteś taka podła?

– Bo jestem twoją przyjaciółką.

– Ach, no tak. To rzeczywiście wiele tłumaczy. – Ruszyłam dalej przed siebie.

– Lara… – Przytrzymała mnie za nadgarstek. – Po prostu nie pojmuję, skąd w twoim bystrym umyśle zrodziły się te brednie o przeznaczeniu. Już nie mogę patrzeć, jak się męczysz, czekając na… – Zamilkła na chwilę, jakby szukała odpowiednich słów. – No właśnie. Ty nawet nie wiesz, na kogo czekasz. Może on w ogóle nie istnieje?

– Przyganiał kocioł garnkowi. – Podążyłam dalej korytarzem szkolnym do sali gimnastycznej.

Zuzka dotrzymywała mi kroku. Szła przez dłuższą chwilę w milczeniu, jakby zastanawiała się nad tym, co jej odpowiedziałam. W końcu przygryzła wargę, w której zasrebrzył się drobny kolczyk, i odparła:

– Ja Patryka przynajmniej znam – oznajmiła. – Wiem dokładnie, kim jest, co lubi, jakie ma wady i zalety. A ty? Zamiast dorwać chłopaka z krwi i kości, wolisz czytać romanse, malować cuda-wianki i bujać w obłokach o boskim dandysie. W realu taki facet, o jakim marzysz, po prostu nie istnieje.

Zacisnęłam zęby, rzucając jej gniewne spojrzenie. Dalsza rozmowa na ten temat była pozbawiona sensu. Ja miałam swoje racje, ona swoje. I chociaż łączyła nas podobna wrażliwość, to różnica pomiędzy nami polegała na tym, że Zuzka z uporem kryła się ze swoimi uczuciami i romantyzmem, a ja nie. Dlatego nie zamierzałam się z nią kłócić. Tym bardziej że dzisiaj był wyjątkowy wieczór i nie chciałam go psuć. Dzisiaj kończyłam osiemnaście lat. Tak długo czekałam na ten dzień, a on nie różnił się niczym od pozostałych. Wszystko odbyło się tak, jak co roku w moje urodziny. Rodzice, Zuzka, życzenia, prezenty i tort ze świeczkami. Tym razem jednak postanowiłam zachować się dojrzalej i zmienić wypowiadane w myślach życzenie. Odkąd skończyłam trzynaście lat, rok w rok brzmiało ono tak samo: Chcę mieć chłopaka. Każde zdmuchnięcie świeczek wiązało się właśnie z tym zdaniem. I nic. Wciąż byłam sama. Lecz w dzień swoich osiemnastych urodzin postanowiłam to zmienić. Zdecydowałam się podejść do sprawy poważnie. Jak dorosła osoba. Jeśli w ogóle można uznać wypowiadanie w kółko tego samego życzenia za coś dojrzałego, ale taka już ze mnie niepoprawna romantyczka. Przez ostatni miesiąc przejrzałam setki wierszy, sentencji, aforyzmów i cytatów. Aż w końcu znalazłam. Krótkie, proste zdanie. Zwrot, który wzbudził we mnie nadzieję na miłość i wywołał na ciele przyjemny dreszcz. Dzisiaj wieczorem, stojąc przed tortem bezowym, zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech i zdmuchując kolorowe świeczki, wypowiedziałam w myślach swe życzenie: Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie.

– Dżizas… – Wymowny jęk Zuzki przerwał moje rozmyślania. – Larysa, czy ty w ogóle słyszysz, co oni grają? Przecież te smęty nawet trupa przyprawiłyby o mdłości.

Byłyśmy już na tyle blisko, by rozpoznać brzmienie melodyjnych tonów. Poczułam przyjemny ucisk w żołądku.

– Ja akurat lubię ten kawałek. To klasyk – oświadczyłam.

– Klasyk? – zakpiła Zuzka. – Klasyk to Nirvana, Pearl Jam. To, co słyszę, przypomina trel dzierlatek z późnych lat pięćdziesiątych. – Nadstawiła ucha. – Nawet trudno nazwać to trelem. I love, how you love me? Serio, co to w ogóle za tandetny tekst? – Wykrzywiła usta z obrzydzeniem.

– To jest piosenka o miłości, Zuza. – Teraz już na poważnie zaczęła mnie irytować. Jak mogła być tak zamknięta na inne brzmienia? Przecież sama była muzykiem, piosenkarką. Czyżby aż tak bardzo wstydziła się swojej wrażliwości, że nie przyznawała się do niej nawet przede mną? – To muzyka dla wrażliwych ludzi, Zuz, a ty przecież jesteś wrażliwa. Ma świetne słowa, to piękny tekst.

Zuzka w odpowiedzi wsadziła palec wskazujący do buzi, udając odruch wymiotny.

– No tak – skwitowałam. – Tobie lepiej brzmi: Rape me, my friend wykrzyczane przez blond ćpuna?

– Nie waż się mówić tak o Cobainie – zawrzała. – Nawet nie wiesz, jakie miał ciężkie życie. Jego rodzina się rozpadła, kiedy skończył zaledwie osiem lat. Osiem, rozumiesz? Wiesz, co to znaczy dla takiego dziecka?

Dojrzałam żal w jej ciemnych oczach.

– Nie wiem, co to znaczy – przyznałam. – Ale potrafię zrozumieć i współczuć. – Przesunęłam dłonią po jej ramieniu.

Rodzice Zuzy rozwiedli się, gdy była jeszcze mała. Chyba właśnie dlatego tak kochała muzyków ze złymi doświadczeniami. Upajała się ich twórczością. Znajdowała w niej samą siebie – zagubioną, niekochaną dziewczynkę, która skrywała swe uczucia pod maską zadziory i twardzielki, jaką na co dzień grała.

Doszłyśmy do sali, stanęłyśmy w otwartych na oścież drzwiach i gdy tylko naszym oczom ukazało się szkolne disco, spojrzałyśmy na siebie wymownie. Czasami się nie zgadzałyśmy, jak to ludzie, ale bywały też takie chwile jak ta – jedno zerknięcie i rozumiałyśmy się bez słów. Wystarczył moment, by znowu poczuć tę więź, nadawanie na tych samych falach, brak potrzeby wyjaśniania czegokolwiek. To dzięki temu byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

Wolna piosenka płynęła z dużych głośników wiszących wysoko pod sufitem. Subtelne dźwięki muzyki kołysały przytulonych do siebie nastolatków. Zwykle pootwierane na oścież okna zasłaniał teraz czarny materiał imitujący szantung. Choć sala była przestronna, czułam, jak zewsząd osacza mnie lepka woń potu i perfum wywołujących mdłości. Niewielkie lampki mignęły zielonym światłem i rozjaśniły na krótką chwilę półmrok.

– Tam jest w miarę luźno. – Wskazałam Zuzce lukę pod ścianą.

– Może być – odparła i ruszyła impertynencko przez środek sali.

Usiadłyśmy obok siebie na podłodze i zaczęłyśmy bacznie obserwować parkiet. Dziewczyny wpatrywały się maślanymi oczami w swoich partnerów. Zdarzało się czasem, że ręka amanta zsuwała się nagle na pośladki, lecz wtedy, z wyraźnym oburzeniem, dłonie partnera były przenoszone na wysokość pasa. Niektórych jednak nowa pozycja taneczna zupełnie nie zrażała. Wzbudzała wręcz zadowolenie okazywane figlarnym uśmiechem pojawiającym się na zarumienionej twarzy.

Po kilku wolnych kawałkach obraz tańczących ludzi przestał mnie jednak bawić. Doszło nawet do tego, że ich widok stawał się nie do zniesienia, a mój urodzinowy nastrój diabli wzięli. Obraz znajomej całującej się pary spowodował ucisk w gardle. Ogarnął mnie iście wisielczy nastrój, po głowie zaczęły krążyć pytania retoryczne: Czemu nie tańczę teraz na parkiecie ze swoim chłopakiem? Czemu moje kontakty z chłopakami ograniczają się do wymiany zeszytu od matmy albo spisania pracy domowej na kolanie? Dlaczego, do licha, nie mogę znaleźć sobie faceta?

Kilka lat temu zawarłam przyjaźń z zamiejscowym chłopakiem. Spędzał on prawie każde wakacje u rodziny, która mieszkała niedaleko mnie. Byliśmy nierozłączni. Codziennie rano z zapartym tchem czekałam, aż w końcu podjedzie na rowerze i ruszymy przed siebie na kolejną wycieczkę w nieznane. To on mi powiedział, że nie można uciekać przed dzikiem, tylko należy paść trupem na ziemię, udając martwą zwierzynę; to z nim po raz pierwszy ujrzałam zaćmienie słońca, doświadczając przy tym dotyku miękkich warg na swoich ustach; to on sprawiał, że cały rok szkolny żyłam wspomnieniami, nie mogąc się doczekać nadejścia kolejnych wakacji.

Lecz pewnego lata wszystko się zmieniło. Jego rodzina sprzedała dom i się wyprowadziła. W miejscu garażu, który był miejscem naszych spotkań, wykopano basen, a mój Mateusz już nigdy się nie pojawił. Te wakacje wspominałam jako czarną plamę. Od tamtego czasu zjawiała się nieraz marna namiastka miłości – chłodne pocałunki, nieudolne pieszczoty i platoniczne wyznania. Żaden związek nie był jednak prawdziwy ani trwały. Czułam, że jestem rozpaczliwie spragniona wzniosłych uczuć – przyśpieszonego bicia serca, ucisku w żołądku, zaślepienia i oddania, czegoś więcej i na dłużej, tak na poważnie. Ale czy takie uczucia zdarzały się naprawdę? A może miały do nich prawo tylko fikcyjne postacie w książkach?

Kolejny wolny utwór dobiegł końca i ku naszemu zadowoleniu ciężkie basy huknęły z głośników. Zlepione pary niechętnie wyplątały się z tanecznych uścisków; dziewczęta zmrużyły oczy drażnione światłem stroboskopu. Ci, którzy do tej pory podpierali ściany, westchnęli z ulgą i niczym żywe trupy – rozprostowując skostniałe kolana i zdrętwiałe stopy – ruszyli zgodnie na parkiet.

Didżej dmuchnął do mikrofonu, puknął dwa razy i odezwał się niskim głosem kiepskiego radiowca:

– Kochani! To pożegnalny kawałek tego wieczoru. Ostatnia szansa, by poderwać partnera na studniówkę. – Jego głos zabrzmiał jak róg wzywający do polowania.

– Uuu!!! – zawyły podekscytowane głosy. Wszyscy zaczęli rozglądać się po sali w poszukiwaniu zdobyczy.

Spojrzałyśmy po sobie, wstałyśmy z podłogi i podążyłyśmy za resztą na środek sali. Basy dudniły w naszych wnętrznościach. Wysokie tony muskały przyjemnie każdy nerw. Moje ciało rwało się do tańca. Potakiwałam rytmicznie głową, unosiłam ramiona ku górze i zaciskając dłonie w pięści, uderzałam nimi w powietrze. Zerknęłam na gibających się trzecioklasistów. Ich wirujące ciała wyglądały ponętnie, a ruchy przypominały taniec godowy strusi. Miałam wrażenie, że nie porywa ich wcale muzyka, tylko zwierzęcy instynkt rozrodczy. Przeniosłam wzrok w głąb sali na dziewczyny z klasy. Byłyśmy ubrane zupełnie w innym stylu. Jak co dzień, miałam na sobie zwykłe dżinsy, botki i luźną bluzkę. Zero błyskotek, make-upu czy innych ozdób. Ciemnobrązowe, długie włosy ściągnęłam w kucyk niedbale związany gumką. A one… Trzeba było przyznać, że poświęciły sporo czasu na przygotowania. Modne i wyzywające ubrania dodawały im animuszu. Dominowały krótkie spódniczki ledwo zakrywające krągłą część ciała, długie kozaki nad kolano, dekolty uchylające rąbka tajemnicy, okrągłe kolczyki o średnicy dziesięciu centymetrów, żelowe bransoletki wyrażające śmiałe zachcianki, makijaż podkreślający oczy oraz wyprostowane, pocieniowane włosy. Poczułam lekką zazdrość, że się tak nie wystroiłam, lecz po chwili uzmysłowiłam sobie, że mnie było znacznie wygodniej niż im.

Na szczęście nie musiałam katować się dłużej przemyśleniami na ten temat, bo ostatnia piosenka tego wieczoru właśnie dobiegła końca.

Rozbawiony tłum wylał się przed budynek szkoły. Na zewnątrz panował chłód, chociaż jak na listopad pogoda była nie najgorsza. Wzięłam głęboki wdech i poczułam w powietrzu zapach jesieni – palonego w kominkach drewna i zgrabionych świeżo liści. Przyroda dawała znać, że powoli przygotowuje się do zimowego wypoczynku. Już prawie zapomniałam, jak brzmią cykające świerszcze czy sowy koncertujące letnimi wieczorami. Spojrzałam na grupę roześmianych znajomych, którzy pomimo pięciu stopni na plusie stali rozchełstani, z kurtkami w dłoniach i z wypiekami na twarzach. Dziewczyny chichotały, a chłopcy prześcigali się w opowiadaniu dowcipów.

– À propos, niedawno przeczytałem fajny tekst – powiedział z ekscytacją Adam, kontynuując rozpoczęty przed chwilą temat.

– No to dajesz – dopingowali koledzy.

– Jeden kumpel pyta drugiego: „Ty, stary, powtarzałeś coś do matury?”. Na to drugi patrzy na niego dumnie i odpowiada: „No pewnie. Wciąż sobie powtarzam ten sam materiał: będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze…”.

Wszyscy ryknęli śmiechem, poklepując Adama po kościstych plecach.

– Ja nie rozumiem – jęknęła z nieporadną miną Edyta.

Chłopcy ponownie zarechotali. Jeden z nich objął dziewczynę ramieniem.

– No cóż… Blondynki tak już mają.

Znów rozległ się gromki śmiech, który odbił się echem od szkolnej ściany.

– Mój Boże, kim jesteście i z jakiej planety pochodzicie? – westchnęłam cicho do Zuzki, na co ona tylko parsknęła, zerkając w ich stronę.

Natalia, która grała pierwsze skrzypce wśród dziewczęcego grona, rzuciła do zgromadzonych osób:

– Lepiej już chodźmy. Zimno mi.

– Larysa, idziesz z nami? – odezwał się nagle chłopięcy głos z grupki.

Spojrzałam zaskoczona na niskiego szatyna.

– Daj spokój, Paweł – odparła Natalia. – Dziewczyny pewnie mają już inne plany na wieczór – dodała z przekąsem, przechwytując nasze spojrzenia.

Zerknęłam na Zuzkę, która zacisnęła mocno szczęki. Odniosłam wrażenie, że zaraz wydrapie Natalii jej śliczne, niebieskie patrzałki.

– Tak, masz rację – odparła z uniesioną głową przyjaciółka. – Akurat dzisiaj umówiłam się na próbę z Patrykiem.

Natalia rzuciła jej gniewne spojrzenie.

– Larysa, a ty? Idziesz z nami? – Paweł spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.

Lubiłam go za te jego szczere oczy psiaka, chociaż znajdowały się zaledwie na wysokości mojej brody. W ogóle cała poczciwa twarz Pawła przypominała mi pysk bigla, a to nie wprawiało mnie w romantyczny nastrój.

– Dzięki, ale jestem zmęczona. Będę się zbierać do domu.

– Ach – westchnął smętnie i zaczął wiercić butem w ziemi.

– Tym lepiej. Chodźmy! – ponagliła Natalia, po czym odrzuciła do tyłu długie, jasne włosy.

Edyta jej zawtórowała. Uśmiechnęły się do siebie znacząco i odwróciły do nas tyłem.

– Na razie, Lara! – zawołał Paweł, odchodząc razem z nimi.

– Cześć – odpowiedziałam.

Gdy zniknęli za bramą, przeniosłam wzrok na Zuzkę.

– Zamierzacie jeszcze dzisiaj grać? – spytałam, kiedy zostałyśmy same.

– Nie wiem, ale zaraz się przekonam – powiedziała podekscytowana, wyjmując komórkę z torebki. – Ciekawe, czy Patryk już przyjechał.

– A wracasz na piechotę czy masz podwózkę? – spytałam.

– Pieszo, a ty? – odparła, przykładając telefon do ucha.

– Ja też. Szkoda, że nie mieszkasz po drodze.

– Nie pękaj, masz bliżej niż ja.

– Ale przez las – dodałam, lecz przyjaciółka już mnie nie słyszała.

– Halo, cześć, Patryk, mówi Zuzka… – Oczy jej rozbłysły, a na twarzy pojawił się uśmiech. – Tak? Okej. Poczekaj chwilę. – Zakryła dłonią słuchawkę. – Za pół godziny będzie w domu – pisnęła z ożywieniem. – Muszę lecieć. Jutro się zdzwonimy. – Cmoknęła mnie w policzek i odeszła pośpiesznie w przeciwnym kierunku, trzymając telefon przy uchu. – Patryk? Tak. Już jestem…

Ilekroć Zuza wymawiała imię basisty, słyszałam w jej głosie nutę ekscytacji, co było znaczące, bo Zuzka rzadko kiedy okazywała jakieś emocje. Od trzech lat, wspólnie z dwoma innymi chłopakami, tworzyli rockową kapelę Host. Patryk zwerbował Zuzkę do zespołu po tym, jak usłyszał ją podczas apelu z okazji Święta Niepodległości, gdy z przejęciem śpiewała pieśń patriotyczną. Żeby upewnić się, czy Zuza ma talent, Patryk wykonał z nią sielski kawałek Road Trippin Red Hot Chili Peppers. Ona śpiewała o promieniach słońca iskrzących się w tafli wody, a on przygrywał jej na gitarze, wspierając głosem. Dla Zuzki nie miało znaczenia, że piosenka opowiada o przyjacielskiej wyprawie nad ocean, liczyło się to, że przez trzy i pół minuty ona i on, grając razem, stanowili jedność, tworzyli parę.

I tak oto wpadła jak śliwka w kompot. A że cechowała ją niezwykła ostrożność, nie wyznała Patrykowi, że jest w nim zakochana. To, czy on odwzajemniał jej miłość, pozostawało również wielką niewiadomą. Był introwertykiem – wyrażał swe uczucia jedynie poprzez muzykę i drobne gesty. Rzadko mówił o swoich potrzebach, ale zawsze dbał o to, by Zuzce niczego nie brakowało. Odnosił się do niej czule, lecz nigdy nie przekroczył granicy przyjaźni. Był powściągliwy i oszczędny w słowach. Nadzwyczaj często wyjeżdżał – a to do ojca w Niemczech, a to do ciotki we Francji – ciągle musiał kogoś odwiedzać. Na domiar złego po zakończeniu ogólniaka postanowił rozpocząć studia w stolicy. To wszystko było nieco zagadkowe. Niektórzy mawiali, że chłopak instynktownie ucieka z domu rodzinnego po traumatycznym wydarzeniu w wigilię Bożego Narodzenia.

Wtedy to, podczas zabawy na zamarzniętym stawie, pod jego młodszym bratem załamał się lód. Malec niemal się utopił. Tylko dzięki Patrykowi, który rzucił mu się na ratunek, chłopiec ocalał. Po tym wydarzeniu ukochany Zuzy stał się jeszcze bardziej skryty, a żeby tego było mało, po zdaniu matury od razu postanowił opuścić Stary Las. Ogromna rozpacz i perspektywa spotkań tylko w weekendy nie skłoniła jednak Zuzki do poproszenia go, by został. W ten oto sposób przez trzy lata wspólnego grania nie wyjaśnili sobie, czym jest ich znajomość i dokąd zmierza. Od trzech lat cierpliwie czekała, aż to on zrobi pierwszy krok. Ponad wszystko bała się, że nic do niej nie czuje. Jej zdaniem wyznanie mu prawdy groziło ewentualnym upokorzeniem i końcem przyjaźni. Zuza wolała więc nie robić nic niż zepsuć dobre relacje między nimi. Tym bardziej że Patryk ostatnio był nieswój, jakby nieobecny myślami, podłamany.

Bardzo chciałam, by wreszcie byli razem. Pasowali do siebie. Postanowiłam, że jeśli do końca szkoły sytuacja się nie zmieni, to zainterweniuję. Może to coś pomoże.

Ruszyłam w stronę domu. Im bliżej byłam leśnej drogi, tym bardziej moje myśli odpływały w innym kierunku. Nie wiedzieć czemu zaczęły nawiedzać mnie obrazy ze snu. Niepokojące wizje snuły mi się po głowie, ożywiając koszmar minionej nocy: ja, woskowo blada, w atłasowej sukience, złożona na dnie ciemnego grobowca…

Wzdrygnęłam się, chcąc wyrzucić z głowy te straszliwe myśli. Od dziecka miałam wybujałą wyobraźnię, którą dodatkowo podsycałam stosami pochłanianych książek. Teraz moja wyobraźnia wspięła się na wyżyny swoich możliwości. Serce zaczęło mi walić ogłuszająco.

Spokojnie. Jestem tu i teraz…

Tamten zły sen przeminął.

Widok drogi wiodącej przez ciemny las, która jawiła się tuż przede mną, sprawił, że zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Nie dość, że bór leżał nieopodal feralnego stawu, to przywodził mi na myśl ponury starodrzew kołyszący się w rytm cmentarnej pieśni z mojego snu.

Mogłam zadzwonić po mamę, tylko że nie miałam serca wyrywać jej z domu po całym dniu pracy. Albo po tatę. O tej porze biegał. Może zrobiłby kółeczko w moim kierunku… Piekło i szatani! Przecież nie jestem dzieckiem! Setki razy pokonywałam tę drogę. Znałam niemal każde drzewo mijane po drodze. Bawiłam się w tym lesie jako dziecko.

Wciągnęłam czapkę na głowę i ruszyłam przed siebie. Żeby dodać sobie więcej odwagi, sięgnęłam pamięcią do pięknych, słonecznych dni. Oczyma wyobraźni ujrzałam przejrzysty las, w którym smukłe sosny, cętkowane brzozy i dorodne dęby łagodnie kołysały się na wietrze, rzucając wielokształtne cienie na piaszczystą drogę. Stuletnie drzewa porastały łagodne pagórki pokryte miękkim mchem, który jesienią rodził malutkie kurki i podgrzybki. Gdzieniegdzie majaczyły poletka czarnej jagody, borówki i liliowego wrzosu, w których kicały zające.

Podszyt zdobiły krzaki jarzębiny, uginające się pod soczystymi kiśćmi szkarłatnych korali. Były one przysmakiem dla słowików i drozdów odwdzięczających się za pokarm magicznym śpiewem. Późną wiosną natomiast las napełniał się zapachem kwitnącej czeremchy, której słodka woń urzekała intensywnością i pobudzała uśpione zmysły po mroźnej zimie. Zwisające gałęzie jasnozielonego krzewu uginały się pod długimi gronami białych jak puch płatków, które po przekwitnieniu zmieniały się w kuliste, czarno-brązowe owoce.

Uspokojona przyjemnymi wspomnieniami zeszłam odważnie na piaszczystą drogę wkraczającą w głąb lasu. Czarne jak smoła drzewa zawodziły na wietrze smętną, jesienną pieśń. Skrzypiały, kiwając się na boki. Miałam wrażenie, jakby celowo wyciągały długie gałęzie, tylko po to, by ściągnąć mi czapkę z głowy, wplątać swe macki w moje włosy i wchłonąć mnie w swój pień.

Przyśpieszyłam kroku.

Nad moją głową po niebie sunęły chmury. Każdy, nawet nieznaczny, podmuch wiatru sprawiał, że przesłaniały tajemną twarz księżyca, ściągając na leśną drogę egipskie ciemności.

Ostatnie kilkanaście metrów pokonałam szybkim marszem. Gdy znalazłam się już na skraju lasu, dobiegło mnie znajome szczekanie psa. To była Gala – labrador mojej sąsiadki Nowakowej – popiskiwała niespokojnie. Zazwyczaj nie wykazywała większego entuzjazmu, należała raczej do spokojnych psów. Swoją radość okazywała jedynie energicznym merdaniem ogonem, które wprawiało jej tłuste ciałko w ruch.

By dostać się do ulicy, przy której mieszkałam, musiałam już tylko pokonać piaszczyste zejście. Spojrzałam przed siebie i moim oczom ukazał się jesienny pejzaż Starego Lasu. Oświetlone domostwa, nad którymi pochylały się sosny i łysiejące brzozy, przesłaniała cienka warstwa mgły zmieszanej z dymem ulatniającym się z kominów. Droga i chodnik jaśniały pomarańczowym blaskiem latarni.

Pragnęłam nasycić się tym widokiem, zapamiętać go i utrwalić ołówkiem po przyjściu do domu.

Szczekanie Gali ponownie dobiegło do moich uszu. Oderwałam oczy od nocnego krajobrazu i skupiłam wzrok na pulchnym labradorze i jego właścicielce. Na wprost nich stał zaparkowany przy krawężniku samochód. Od razu rozpoznałam jego markę dzięki programowi oglądanemu przez tatę w sobotnie popołudnia. Taki wóz musiał zapadać głęboko w pamięć. Objęłam wzrokiem oświetloną blaskiem latarni czarną alfę romeo 8C competizione, której opływowe kształty, sportowa linia i elegancja były tak niezwykłe, że wydawało się, iż auto posiada duszę. W programie wspominali, że tylko nieliczni mogą pozwolić sobie na ten model. Wyprodukowano zaledwie pięćset sztuk, a cena za taki unikat wynosiła ponad sto tysięcy funtów. Jeśli nie to zniechęciło potencjalnego klienta do zakupu, z pewnością spowodował to czas oczekiwania na samochód, który wynosił dwa lata.

Co, do licha, takie auto robi w kilkutysięcznym miasteczku? Może to któryś z synów Nowakowej się wzbogacił i wrócił na stare śmiecie się pochwalić?

Silnik alfy burczał, a reflektory oświetlały Nowakową i Galę, które dreptały powolnie chodnikiem.

Nagle turkot ucichł i drzwi od strony kierowcy lekko się uchyliły. Zaintrygowana wytężyłam wzrok w oczekiwaniu na to, kto wyłoni się z wnętrza samochodu. Dałam kilka kroków na przód, by lepiej się przyjrzeć, i wtedy zobaczyłam męską postać wysiadającą ze sportowego auta.

Zamarłam.

Przecież to niemożliwe. To nie może być mężczyzna z mojego koszmaru…

Oparł się o maskę samochodu, założył ręce na piersi i wyciągnął przed siebie długie nogi. Znajdował się prawie na wprost Nowakowej, która przystanęła, błądząc wokół niewidzącym wzrokiem. Wyglądała, jakby go nie zauważała. Jej twarz była dziwnie wykrzywiona, sylwetka lekko pochylona. Przez myśl przebiegło mi, że być może zasapała się przez zbyt intensywny krok i odpoczywa, lecz wtedy chwyciła się za pierś i padła na kolana. Jej pomarszczona skóra zsiniała, oczy nabrzmiały.

Zalała mnie fala gorąca. Adrenalina pobudziła bicie serca i podniosła mi ciśnienie krwi.

Ruszyłam sąsiadce na ratunek. Pełna napięcia zbiegałam z górki, obserwując sytuację.

Nie mogłam uwierzyć, że Nieznajomy nawet nie drgnął. Pozostawał niezmiennie w tej samej pozycji, z tym samym, niewzruszonym wyrazem twarzy, podczas gdy Nowakowa leżała na chodniku.

– Do nogi! – zawołał Galę i pstryknął na nią palcami. Suczka podeszła, merdając ogonem i polizała jego dłoń. – Zaraz będzie po wszystkim – powiedział i pogłaskał ją po głowie.

Nowakowa jęknęła.

Mężczyzna popatrzył tylko na nią, odwrócił się i otworzył drzwi auta.

A ten, dokąd się wybiera? Zamierza ją tak zostawić? A niech go diabli, co za drań!

– Trzeba wezwać pomoc! – krzyknęłam, wbiegając na oświetloną uliczkę.

Nieznajomy zastygł. Minęłam go i podbiegłam do Nowakowej. Oddychała słabo, ciężko, ale żyła. Wyciągnęłam z torebki telefon i wybrałam drżącą dłonią numer 112. Wszystko działo się szybko i sprawnie, dyspozytornia przyjęła moje wezwanie. Podałam adres, opisałam stan Nowakowej.

Karetka była w drodze.

Klęknęłam obok sąsiadki. Jej czoło było zimne jak lód, mimo to perliły się na nim krople potu. Gala zaczęła lizać ją po twarzy, cicho popiskując.

Rzuciłam wściekłe spojrzenie mężczyźnie, który wpatrywał się we mnie ze zmarszczonym czołem.

– Co z ciebie za człowiek? Dlaczego nie wezwałeś od razu pogotowia? Przecież jej coś jest. Pewnie ma zawał lub zator – odezwałam się.

Spod ciemnego wachlarza długich rzęs patrzyły na mnie chłodne stalowoszare oczy migdałowego kształtu.

Mężczyzna zacisnął szczęki.

– Co to za gierki? Przecież to koniec, już jest wasza – powiedział opryskliwym tonem.

– Co? O co ci chodzi?

– Już jeden Ibisowi nie wystarcza? – zapytał wrogim tonem. – Teraz będziecie działać we dwójkę?

– Chyba mnie z kimś pomyliłeś – odpowiedziałam i zaczęło do mnie docierać, że znalazłam się w niebezpiecznej sytuacji. Nie znam faceta, nie sprawia przyjaznego wrażenia, wokół ani żywej duszy… – Pogotowie zaraz tu będzie. Możesz sobie jechać. Poradzimy sobie.

– Całkiem nieźle ci idzie, ale chyba zapominasz, kim jestem – oznajmił szorstko. – Nie przeczę. Jesteś całkiem kusząca. – Zmierzył mnie od stóp do głów. – Ale twój czarci urok na mnie nie działa. – Wykrzywił z obrzydzeniem usta, po czym skierował wzrok na pustą przestrzeń obok mnie. – To twoja znajoma, Marou? Co za szopkę odgrywacie, po co to pogotowie? – zapytał ostrym głosem, mrużąc oczy.

Nie miałam bladego pojęcia, o co mu chodzi. Co więcej, zaczynałam się go obawiać. Nie brzmiał całkiem normalnie. Starałam się skupić i racjonalnie wyjaśnić to zamieszanie, lecz nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.

Mężczyzna patrzył wciąż tak, jakby słuchał uważnie kogoś znajdującego się obok mnie. Nagle przez jego twarz przemknął cień zwątpienia.

– To niemożliwe… – wycedził przez zęby i spojrzał na mnie pytająco.

Przyglądał mi się bacznie. Patrzył na mnie wzrokiem kuguara, po czym znów przeniósł spojrzenie obok mnie. W jego oczach błysnął gniew.

– Łżesz, ty diabelski synu! Ona jest jedną z was. Co to za podstęp? – zapytał i zamilkł, jakby znów wsłuchiwał się w czyjś bezdźwięczny głos.

Jego twarz stopniowo przybierała wyraz dezorientacji.

– Nie wierzę. – Zanurzył dłoń w zmierzwionych włosach. – Marou, jeśli kłamiesz, to klnę się na Boga, że cię wyzwę i zgładzę. Rozumiesz?

Wpatrywał się w powietrze, po czym przeniósł na mnie wzrok, niedowierzając.

– Obawiam się, że zaszło małe nieporozumienie. Najmocniej przepraszam – odparł i skłonił się szarmancko.

Rozchyliłam usta, lecz nie byłam w stanie nic powiedzieć. Klęczałam przy Nowakowej z rozdziawioną buzią.

– Myślę, że powinniśmy puścić to zajście w niepamięć – ciągnął dalej. – Pozwolisz, że już cię opuszczę. – Nieco zmieszany otworzył szerzej drzwi auta.

Co? Zaraz, zaraz. Puścić to zajście w niepamięć? O nie. Na pewno tak tego nie zostawię.

– Chwileczkę – zawołałam. – Mam parę pytań, zanim przyjedzie karetka.

Mężczyzna stęknął wymownie i przewrócił oczami, jakby chciał oznajmić: „A miej sobie nawet i sto”.

Lecz tego nie zrobił. Oparł się o samochód i zapytał:

– Jesteś pewna, że chcesz mi je zadać?

Biorąc pod uwagę jego ton i niezbyt uszczęśliwioną minę, powinnam była powiedzieć „nie”, lecz wrodzona dociekliwość wzięła górę.

– Jak najbardziej – przyznałam.

Mężczyzna uniósł kąciki ust. Widok jego kpiącego uśmieszku zamiast mnie zniechęcić, sprawił, że poczułam dziwny ucisk w żołądku.

– Znasz powiedzenie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? – zapytał, unosząc brew.

– Znam, ale nie wierzę w zabobony – skłamałam bez zająknięcia. Zdarzało mi się wierzyć w różne niewyjaśnione do końca rzeczy, miałam to po babci.

– Doskonale, wobec tego nie będę wystawiał twojej wiary na próbę – powiedział. – Wybacz, ale się śpieszę.

– Wytłumacz chociaż, dlaczego…

– Nie mam zamiaru ci niczego tłumaczyć – przerwał mi stanowczo. – Żegnam.

Nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, Nieznajomy wsiadł już do competizione, wrzucił wsteczny bieg i dodając gazu, z ogromną zwinnością zaczął cofać auto. Alfa rozpędziła się, jechała coraz szybciej do tyłu, aż nagle odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i podążyła dalej w przód. Zapatrzona w odjeżdżający samochód starałam się poukładać sobie w głowie wszystko po kolei i zrozumieć, co właściwie się tu wydarzyło.

Jęk Nowakowej przywołał mnie do tego, co tu i teraz. Leżała na ziemi skulona, nieruchoma i blada. Przeraźliwie blada. Dotknęłam jej nadgarstka i wyczułam słaby puls. Ręce kobiety były zimnie jak lód.

Zdjęłam swoją kurtkę i przykryłam jej pierś. Gala liznęła mnie po dłoni.

– Będzie dobrze. – Pogłaskałam kobietę po głowie.

Usiadłam na ziemi, uniosłam głowę staruszki i ułożyłam ją na swoich kolanach, a wtedy ona otworzyła oczy, jakby wybudziła się ze snu.

– Dziękuję – wyrzęziła.

– Zaraz przyjedzie pogotowie – starałam się dodać jej otuchy.

– Boję się. Boję się, że umrę.

– Proszę nawet tak nie myśleć. Wszystko będzie dobrze – zapewniłam.

– Nie chcę umierać. Dopiero teraz widzę… Widzę, ile mogę stracić. Moje dzieci, wnuki… – Łzy popłynęły po jej zapadniętych policzkach.

Starszych synów Nowakowej pamiętałam jak przez mgłę. Musieli mieć teraz trzydzieści parę lat. Niektórzy mówili, że Nowakowa była zbyt zaborcza i ograniczała ich zanadto w dzieciństwie. Jako młoda wybitna pianistka zawładnęła sercem znanego kompozytora. Po wielu latach wspólnego koncertowania postanowili uwić gniazdko w Starym Lesie i wkrótce po tym urodziły się bliźniaki. Synowie otrzymali imiona po wybitnych kompozytorach romantyzmu – Stanisławie Moniuszce i Henryku Wieniawskim. Takie godności zobowiązywały. Od najmłodszych lat chłopcy ćwiczyli codziennie grę na fortepianie i skrzypcach. Nowakowa zawsze pilnie strzegła swoich skarbów, nie dopuszczając ich do rówieśników. Stasio i Henio nie mieli więc kolegów; nie znali dziecięcej gry w klasy oraz zabawy w chowanego. W zamian za to potrafili w wieku dziesięciu lat zagrać w duecie Legendę opus 17 Wieniawskiego na skrzypce i fortepian. Im bracia byli starsi, tym częściej buntowali się przeciw zasadom ograniczającym ich wolność. Matka, wyczuwając to zagrożenie hormonalne, manipulowała nimi, wzbudzając w nich poczucie winy i ograniczając tym samym ich opozycyjne zapędy. Gdy bracia mieli siedemnaście lat, liczne osiągnięcia muzyczne na koncie i przyszłość zaplanowaną od A do Z, zmarł ich ojciec. To traumatyczne wydarzenie przelało czarę goryczy. Rozpoczął się okres nienawiści do matki i muzyki. Gdy chłopcy zdali maturę, postanowili wyjechać na studia na drugi koniec kraju, by wyswobodzić się spod tyranii matki.

Większość mieszkańców popierała ich decyzję, jednak z upływem czasu zaczęto litować się nad Nowakową – nieszczęśliwą staruszką, cierpiącą za matczyne błędy stanowczo za długo.

Odgłos nadjeżdżającej karetki przywołał mnie do teraźniejszości. Błyskające światła i donośny sygnał zwabiły okolicznych mieszkańców do okien. Oparłam głowę Nowakowej na swojej torbie, wstałam i zaczęłam machać. Gala niespokojnym szczekaniem zawtórowała odgłosom erki, która zatrzymała się obok nas. Sygnał dźwiękowy ucichł, pozostawiając jedynie migające światła. Z ambulansu wyskoczyli dwaj ratownicy.

– Dobry wieczór – powiedział jeden z nich.

– Dobry wieczór. To ja dzwoniłam.

Podeszli do Nowakowej, mijając mnie bez odpowiedzi. Kucnęli, po czym wyjęli z torby akcesoria medyczne i przystąpili do działania.

– Okej. Wbiłem się.

– Dobra. Teraz tlen. Daj maskę.

– Na nosze i do szpitala.

– Przepraszam, jaki jest jej stan? – spytałam.

– Zdążyliśmy w samą porę. Będzie żyć.

Odczułam niepojętą ulgę.

– Dziękuję, to… – nie dokończyłam.

Ryk sportowego auta przerwał mi w połowie zdania. Czarna alfa zbliżała się z zawrotną prędkością w naszą stronę, lecz kilka metrów przed karetką zwolniła. Skupiłam wzrok na przedniej szybie i ujrzałam Nieznajomego. Pochwycił mój wzrok i z zuchwałym uśmiechem na twarzy dżentelmeńsko skinął.

Nim zdążyłam zareagować, samochód przyśpieszył i niczym błyskawica podążył prosto ulicą.

Ratownicy wnieśli na noszach Nowakową do karetki. Widocznie leki i tlen poskutkowały, bo nieco się ożywiła, choć nadal oddychała ciężko.

– Dziękuję, dziecko – wyszeptała, kierując głowę w moją stronę.

– Nie ma za co.

– Kochanie, zaopiekuj się Galą. Ona nie ma nikogo prócz mnie – poprosiła.

– Oczywiście, zajmę się nią. Proszę się o nic nie martwić… – zapewniłam.

Zastanawiałam się, czy nie dopytać jej o Nieznajomego, który potraktował ją z taką obojętnością. Bezczelnie patrzył, jak Nowakowa upada na ziemię, i nic nie zrobił. Wolałam nie myśleć, co by się stało, gdybym akurat tędy nie przechodziła.

Nie chciałam jej jednak nadwyrężać i tak już słabo mówiła. Lecz moja cholerna ciekawość znów wzięła górę.

– Proszę pani, kim jest ten młody mężczyzna, który tutaj stał, gdy przybiegłam? Wyglądał, jakby panią znał. Gala chyba też go rozpoznała, bo zachowywała się bardzo łagodnie… – Nie zamierzałam podkreślać, że nawet nie pofatygował się, żeby zadzwonić po karetkę. Podlec jeden.

– Jaki mężczyzna, kochanie?

– Ten od alfy romeo… Od tego czarnego auta.

– Jakiego auta, dziecko? Nic nie pamiętam.

– Stał tu przed panią. – Wskazałam na oświetloną ulicę za moimi plecami. – Starszy ode mnie, wysoki, w płaszczu. Pogłaskał Galę, a gdy nadbiegłam, odjechał – wyjaśniłam z grubsza, chcąc oszczędzić jej wspomnień o tym, jak zostawił ją na pewną śmierć.

– Nikogo nie kojarzę. Pamiętam, że przechadzałam się z Galą, poczułam straszliwy ucisk w piersi. Potem zjawiłaś się ty.

– Musimy jechać – przerwał mi ratownik. – Proszę się odsunąć.

Stałam obok karetki, patrząc, jak zamykają się drzwiczki, za którymi znikała twarz Nowakowej. W chwilę później ambulans odjechał, a na ulicy zaczęli gromadzić się ciekawscy sąsiedzi.

Chłodna dłoń chwyciła mnie za rękę.

– Laro, kochanie, nic ci nie jest?

Odwróciłam się i zobaczyłam znajomą twarz, a za nią grupkę dyskutujących sąsiadów.

– Mama?

– Kotku, co tutaj robił ten ambulans?

– Nowakowa chyba miała zawał – odpowiedziałam.

– Zawał? I ty przy tym byłaś? – odrzekła z niedowierzaniem.

Potwierdziłam skinieniem głowy, bo nie miałam siły, żeby zdawać relację z całego wydarzenia. Tym bardziej że sama nie za bardzo wiedziałam, co dokładnie się zdarzyło. Pamięć o Nieznajomym była wciąż żywa, wydawał mi się bardziej realny niż w moim śnie. A może ja po prostu śnię? Wbiłam sobie paznokcie w dłoń, aż poczułam mrowienie w ramieniu. Boże, czy ja zaczynam tracić zmysły? Czy to się dzieje naprawdę, czy ten mężczyzna istnieje naprawdę, czy to tylko moja wyobraźnia?

Poczułam ból głowy, który rozpłynął się po całej czaszce i powędrował aż do skroni. Potarłam czoło dłonią. Cały nagromadzony do tej pory stres, którego wcześniej nie odczuwałam, zaczął teraz wyraźnie dawać o sobie znać. Zaszumiało mi w uszach, zachwiałam się na nogach. Mama przytrzymała mnie w pasie.

– Chodź, idziemy do domu. Później mi wszystko opowiesz.

– Poczekaj, muszę usiąść.

Poczułam, jak uginają się pode mną kolana. Usiadłam na krawężniku, wyciągnęłam przed siebie nogi. Mama przysiadła obok mnie, a wtedy oparłam głowę na jej ramieniu.

– Oddychaj spokojnie, słońce. To zaraz przejdzie. – Pogłaskała mnie dłonią po głowie i utuliła.

Poczułam, że ogromnie chce mi się pić. Całe szczęście miałam w torebce jeszcze połowę butelki wody mineralnej, która została mi po dyskotece. Wyciągnęłam ją i wypiłam jednym duszkiem.

Tego było mi trzeba. Chłodna woda. Musiałam jeszcze trochę posiedzieć, ale przynajmniej szumienie w uszach przeszło. Obserwowałam, jak grupka sąsiadów dyskutuje o zaistniałej sytuacji. Zżerała ich ciekawość, co dokładnie się wydarzyło, ale na szczęście mieli tyle taktu, by zostawić mnie teraz w spokoju i nie wypytywać.

Przymknęłam na moment powieki, by odpocząć, i ujrzałam twarz Nieznajomego. Stalowoszare oczy, ostro zarysowane rysy twarzy, mój pogrzeb, klęcząca Nowakowa…

Otworzyłam szybko oczy. Serce zaczęło mi walić jak szalone.

Co się ze mną dzieje?

– Mamo?

– Mhm?

– Obiecaj mi, że odpowiesz mi teraz na pytanie, jakbym była twoim studentem, a nie córką, okej? – poprosiłam.

– Spróbuję – odpowiedziała z uśmiechem.

– Jak mogę poznać, że mam psychozę?

– Słucham?

– No wiesz, że widzę coś, czego nie ma – dodałam po chwili.

Mama odchrząknęła.

– Po tym, że gdybyś cierpiała na takie zaburzenia, to nie zadałabyś takiego pytania.

– To znaczy?

– To znaczy, że chorzy na psychozę nie potrafią krytycznie ocenić swojego stanu zdrowia. Nie przyjmują do wiadomości, że to, co postrzegają, jest iluzją.

Zastanowiłam się nad jej słowami.

– Jak w takim razie racjonalnie wytłumaczyć postrzeganie czegoś, co prawdopodobnie nie istnieje, zakładając, że jest się zdrowym psychicznie?

Widziałam po jej minie, że nie miała ochoty na wieczorny wykład, tym bardziej że pytanie padło nie od studenta, tylko od przewrażliwionej nastolatki, która w dodatku była jej córką.

– Laryso, kochanie, co ci się kołacze po tej ślicznej główce? Czy to przez Nowakową masz takie myśli?

I wtedy przypomniałam sobie o staruszce i danej jej obietnicy. Rozejrzałam się wokół.

– Gdzie ona jest?

– Kto?

– Gala.

Przeszukiwałam wzrokiem przestrzeń między nogami zgromadzonych sąsiadów, lecz psa nigdzie nie było.

– Gala! – zawołałam

Zebrani mieszkańcy, rozmawiający o zaistniałej sytuacji, spojrzeli na mnie, po czym zaczęli rozglądać się dookoła.

– Gala… – ponowiłam wołanie.

– Pewnie uciekła – stwierdził Makowiecki.

– Może pobiegła za pogotowiem? – zasugerowała Cybulska. – Nasz Luluś zawsze goni nasze auto.

– Mamo, trzeba ją znaleźć. Przyrzekłam, że się nią zaopiekuję… A jeśli coś jej się stanie?

To pytanie wywołało serię migawek. Na wszystkich znajdowała się wychudzona Gala, z posępnym wyrazem pyska. Potrząsnęłam głową, chcąc odrzucić od siebie tę wizję.

– Nic jej nie będzie, to mądra psina. – Mama objęła mnie ramieniem. – Jutro jej poszukasz. A teraz chodźmy do domu. Powinnaś odpocząć i solidnie się wyspać. Nabierzesz dystansu i zyskasz świeże spojrzenie.

Mama była optymistką w każdym calu, czego nie dało się powiedzieć o mnie. Czarnowidztwo i skłonność do nadinterpretacji rzeczywistości odziedziczyłam po babci. Całe szczęście mama miała dystans do życia i potrafiła mi wszystko racjonalnie wytłumaczyć. Przekazała mi w genach energię i dociekliwość, które nieco niwelowały skutki zbyt wybujałej wyobraźni.

Spojrzałam w jej zielone oczy, w których zawsze znajdowałam zrozumienie. We wrześniu mama skończyła czterdzieści lat. Nie wyglądała jednak na tyle. No może jedynie pojedyncze siwe kosmki, wijące się wśród krótkich, pokręconych, ciemnych włosów nie odejmowały jej lat. Mama nieraz przyznawała, że bliżej jej samopoczuciem do studentki niż wykładowcy psychologii, którym była.

Wstałyśmy z krawężnika i pożegnałyśmy się z sąsiadami, którzy wyglądali na wyraźnie niepocieszonych brakiem relacji z pierwszej ręki z wydarzeń dzisiejszego wieczora.

Zbliżając się do domu, ujrzałyśmy w oddali tatę, który jak zwykle późnym wieczorem biegał. Zaaferowany widokiem skupiska potruchtał w naszym kierunku. Miał na sobie grafitowy dres z odblaskami, a na nogach obuwie sportowe. Jego bujna ciemna czupryna podskakiwała w rytmie stawiania kroków. Zapędy sportowe ojca pojawiły się pół roku temu, gdy rzucając palenie, przytył prawie piętnaście kilo. Lecz jego wysoki wzrost skutecznie odciągał uwagę od tuszy powstałej dzięki jedzeniu tego, co choć na chwilę zmniejszało chęć sięgnięcia po papierosa. Niepalenie było czymś wyjątkowo trudnym dla człowieka, który uważał, że większość sukcesów zawodowych zawdzięcza białej bibułce nabitej tytoniem. Podobno to dzięki niej tata sporządził budżet firmy na kolejny rok; rozładował stres powstały na skutek kryzysu gospodarczego i odkrył żyłę złota w postaci start-upu, którego prezesa poznał podczas przerwy konferencyjnej na dymka. Walka z nałogiem była więc czymś więcej niż rzucaniem palenia – była to świadoma rezygnacja z taktyk biznesowych, dzięki którym ojciec awansował na stanowisko dyrektora finansowego dużej firmy informatycznej.

Zarówno kariera mamy, jak i taty rozwijała się prężnie – rodzice realizowali swoje ambicje zawodowe i zarabiali dostatecznie dużo, by zaspokoić nasze potrzeby. Lecz nie zawsze było tak kolorowo. Bezpieczeństwo finansowe, które posiadali, stanowiło efekt ich ciężkiej pracy i licznych wyrzeczeń w sferze rodzinnej. Gdyby nie pomoc babci, to mama nie znalazłaby czasu na habilitację, tata nie wyjechałby na rok do centrali firmy we Francji, a ja byłabym tymczasową sierotą wielbiącą smak obiadów szkolnych przypominających pomyje. Dopiero śmierć babci wyrwała ich z dwóch różnych światów i sprawiła, że na nowo staliśmy się rodziną mieszkającą wspólnie pod jednym dachem. Czasami odnoszę wrażenie, że śmierć babci miała głębszy sens. Umarła, żebyśmy my jako rodzina, narodzili się na nowo. Być może obserwuje nas teraz z lepszego miejsca i jest dumna z tego, że jej odejście, prócz rozpaczy, wniosło coś pozytywnego w nasze życie. Jej wiara w przeznaczenie i zjawiska nadprzyrodzone była przeogromna. Uwielbiała analizować sny i przywoływać stare porzekadła. Pamiętam, że gdy jako mała, ciekawska dziewczynka myszkowałam w jej sekretarzyku pełnym pachnących listów, starych pocztówek i fascynujących błyskotek, babcia pokiwała na mnie palcem i z żartobliwym uśmiechem powiedziała: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Pamiętam również dzień, gdy obgryzając nerwowo paznokcie, wyczekiwałam z obawą pod szkołą na swój pierwszy dzwonek… Wtedy babcia ujęła mnie za rękę, ścisnęła ją mocno i powiedziała: „Nie taki diabeł straszny, jak go malują”. Albo gdy rok wcześniej przedszkolna przyjaciółka, śliczna jak cherubin o niebiańskich oczach, zadała mi ranę straszną i niepowetowaną, wybierając na towarzyszkę zabaw inną dziewczynkę… Babcia pogłaskała moją zapłakaną twarz i podsumowała: „Postać anielska, dusza diabelska”.

Moja kochana babcia. To dzięki jej niezachwianej wierze w porządek świata śmierć zyskała dla mnie głębszy sens. Wiara ta pozwoliła mi też podnieść się po stracie babci. To dzięki niej uwierzyłam, że warto zaufać przeznaczeniu.

– Co się stało? – zapytał tata, zatrzymując się przed nami.

– Nowakowa miała zawał i zabrali ją do szpitala. Lara bardzo jej pomogła – odpowiedziała ze spokojem mama.

Tata popatrzył na mnie.

– Nic ci nie jest? – Przyglądał się wnikliwie mojej twarzy, jakby chciał z niej wyczytać poranne notowania indeksu WIG 20.

– Nic. To nie ja miałam zawał, tato.

– No tak. – Najwyraźniej dotarło do niego, że jestem cała i zdrowa, bo potarł dłonią nieogolony policzek i zszedł na inny temat. – Ciekawe, gdzie Nowakowa była ubezpieczona. Trzeba zadzwonić do jej agenta. – Spojrzał na mamę, mrużąc bursztynowe oczy. – Zaraz, zaraz. Elu, kojarzysz? Chyba Rycki ją ubezpieczał.

Ręce mi opadły. Tata był niezwykle pragmatyczny, a jego świat opierał się przede wszystkim na cyfrach, umowach, wykresach, zestawieniach, tabelkach, analizach, transferach i tak dalej, i tym podobne. Pojęcie humanizmu było mu obce, a jego metody wychowawcze względem mnie ograniczały się do dwóch pytań: „Jak leci?” oraz „Pomóc ci w matmie?”. Obu zdaniom towarzyszyła mina Donalda Trumpa, czyli porozumiewawcze puszczenie oka połączone z uniesieniem prawego kącika ust. Czasami wtórował temu dźwięk klapnięcia języka o podniebienie, co brzmiało jak pojedynczy stukot końskiego kopyta.

Niezaprzeczalnie dzięki ojcu miałam najlepsze stopnie z królowej nauk i szanse na to, by dostać się na studia ekonomiczne. Według taty powinnam podążać jego śladami i studiować finanse, a po ich ukończeniu podbijać międzynarodowe rynki kapitałowe. Mama natomiast dawała mi pełną swobodę w wyborze dalszej drogi nauki, twierdząc, że na cokolwiek się zdecyduję, będzie to trafna decyzja, bo moja.

Póki co zdążyłam określić to, czego na pewno nie chcę studiować. Nauki ścisłe górowały na czarnej liście, o czym jeszcze nie wiedział tata. Zamierzałam studiować to, co lubiłam robić w wolnym czasie, lecz nie byłam pewna, czy kierunki pamiętnikarstwo i romansoczytanie zostaną utworzone w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Kochałam malować, szkicować, rysować, ale byłam zbyt niepewna swoich zdolności, by komukolwiek pokazać swoje prace. Mogłam spróbować się przemóc i ubiegać się o indeks na Akademii Sztuk Pięknych. Pozostawało tylko pytanie, czy hobbystyczne gryzmoły i dobre chęci wystarczą, by dostać się na tak oblegany kierunek jak malarstwo.

Głośna dyskusja rodziców wyrwała mnie z rozmyślań.

– Niewiarygodne, ty naprawdę sądzisz, że to jest teraz najważniejsze? – Mama oparła ręce o biodra, świdrując ojca karcącym spojrzeniem.

– Elu, bądźmy realistami. Kto dostanie odszkodowanie, gdy Nowakowa nie przeżyje?

Nie przeżyje?

Poczułam, że robi mi się słabo, co najwyraźniej nie uszło uwadze rodziców.

– Laro, wyglądasz jak śmierć na chorągwi – podsumował tata, na co mama zerknęła na niego z politowaniem i popukała się w czoło.

No tak – potarłam ręką czoło – stwierdzenie taty było jak zwykle wybitnie taktowne i pasowało do okoliczności jak garbaty do ściany. Ojciec ni w ząb nie umiał wczuć się w sytuację, gdy w grę wchodziły emocje. Dobrze, że chociaż matkę miałam empatyczną.

– Chodź, kochanie, jutro dokończymy z tatą rozmowę o tym, jak wysokie odszkodowanie dostanie Nowakowa. – Westchnęła i uśmiechnęła się półgębkiem do ojca.

Tata wydął usta.

– Czuję, że muszę trochę pobiegać – odparł i nabrał głęboko powietrza, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało: „Chce mi się palić jak cholera”.

Cmoknął nas pośpiesznie w czoła, po czym potruchtał przed siebie.

– Janek! – mama zawołała za nim. – Tylko bądź silny i omijaj całodobowy z daleka. – To z kolei znaczyło: „Tylko, broń Boże, nie kupuj fajek”.

Tata odwrócił się do nas i uśmiechnął się szeroko.

– Spokojna głowa, kochanie, nie tak łatwo mnie złamać – odparł, odwrócił się z powrotem i przyśpieszył bieg.

I znów między nimi dostrzegłam tę iskrę porozumienia, od której miękło mi serce.

Czy kiedyś przyjdzie dzień, że i mnie połączy z kimś tak silne i głębokie uczucie?

W kilka minut później wchodziłyśmy już do przyjemnie nagrzanego korytarza naszego domu. Zapach lawendowego kadzidła, przywiezionego przez rodziców z wakacji, przyjemnie połechtał nozdrza. Nachyliłam się, żeby zdjąć buty, i poczułam wyraźne skutki listopadowego powietrza. Z twarzy buchnęły mi płomienie, nogi osłabły.

– Chyba od razu się położę. – Rzuciłam niedbale buty na wycieraczkę.

– Może coś zjesz?

– Nie, dzięki.

– To chociaż zaparzę ci ziółek – zaproponowała mama.

Wzruszyłam jedynie ramionami i oparłam głowę o ścianę.

– Idź, idź, bo zaraz mi tu uśniesz – ponagliła i odwiesiła nasze kurtki.

Pokonałam z trudem drewniane schody i weszłam do swojego pokoju. Przyjemne światło księżyca wpadało przez okno w dachu, nadając pomieszczeniu przytulny klimat. Usiadłam na łóżku i zapaliłam lampkę nocną. Mój wzrok napotkał otwarty babciny sennik, który wertowałam dziś rano. Wzięłam go do ręki i raz jeszcze powiodłam po zdaniu: „Widzieć siebie jako nieboszczkę wróży początek nowego życia albo wewnętrzną przemianę”.

No tak… Z całą pewnością wróży bardzo długi, męczący i dziwny dzień. Zamknęłam z trzaskiem sennik, wrzuciłam go do szuflady, oparłam się o wezgłowie łóżka i przymknęłam powieki.

Obrazy z dzisiejszego wieczora krążyły mi po głowie. Starałam się przekonać samą siebie, że koszmarny sen i ostatnie wydarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego, że nie robią na mnie wrażenia.

Początek nowego życia… Umierająca staruszka… Jej włosy… Tak siwe jak u mojej babci.

I nieznajomy mężczyzna, jego lodowate spojrzenie…

Serce zaczęło mi mocniej bić.

Chwyciłam swój pamiętnik z szafki nocnej. Chciałam jak najdokładniej odzwierciedlić postać, która obudziła we mnie tyle skrajnych emocji. Musiałam opisać towarzyszące mi dzisiaj strach i niedowierzanie. Może przelanie wszystkiego na papier uspokoi moje myśli, pozwoli mi zrozumieć.

Usłyszałam pukanie do drzwi. Do pokoju weszła mama z kubkiem nakrytym spodeczkiem.

– Nie śpisz jeszcze?

– Nie. – Odłożyłam pamiętnik na pościel.

Sączyłam powoli melisowo-rumiankowy napar, licząc, że załagodzi on skutki dzisiejszych wrażeń. Mama pogłaskała mnie po głowie.

– Już późno, kochanie. Dokończysz pisać jutro.

– Chyba tak zrobię. – Ziewnęłam.

– Dopij i spróbuj zasnąć. – Pocałowała mnie w czoło i udała się w stronę drzwi. – Dobranoc, skarbie.

– Dobranoc – odpowiedziałam.

Mama bezszelestnie wyszła z pokoju.

Pięć minut później już spałam.

Krople deszczu dzwoniły sennie o parapet. Założyłam nogę na nogę i wzięłam łyk letniej herbaty z cytryną. Jak zwykle w sobotni poranek w domu panowała cisza. Mama od dwóch godzin prowadziła na uczelni zajęcia zaoczne dla studentów psychologii, a tata naprawiał w garażu starą bieżnię. Planował wykorzystywać ją w mroźnie dni.

Mój plan na dzisiejszy dzień obejmował kolejne poszukiwania Gali, której nikt nie widział od zeszłego piątku. Ziewnęłam głośno, żałując, że zamiast herbaty nie zrobiłam sobie mocnej kawy. Chyba tylko dzięki małej czarnej zdołałabym się obudzić. Podniosłam się ospale z krzesła i nastawiłam wodę.

Dziś w nocy znowu usnęłam około czwartej. To już szósta noc z rzędu. Początkowo myślałam, że to Gala spędza mi sen z powiek. Gdy zaczęłam jednak analizować swoje myśli, które nawiedzały mnie każdego wieczora, uświadomiłam sobie, że stanowczo zbyt często powracam wspomnieniami do Nieznajomego. Od tygodnia zastanawiałam się, kim może być, skąd wziął się w mojej głowie, w moim śnie, na mojej ulicy.

Nazajutrz po zdarzeniu z Nowakową Zuzka wyjechała na tydzień do ojca. W sumie dobrze, że tak się stało. Dzięki temu nie karmiła mnie dłużej domysłami na temat Nieznajomego. Wzięłam łyk herbaty i po raz kolejny przywołałam wspomnienia naszej sobotniej rozmowy:

– Możesz mnie oświecić, co się wczoraj stało? – zapytała, gdy tylko odebrałam telefon.

– Ciebie też miło słyszeć.

– Mówże, umieram z ciekawości. Cały Stary Las aż huczy od plotek. Podobno uratowałaś Nowakowej życie.

– Tylko wezwałam pogotowie.

– Ludzie mówią, że omal nie umarła ci na rękach…

– Boże, Zuza, od kiedy obchodzi cię, co gadają stare baby w Lesie? Myślałam, że gardzisz plotkami. – Przełożyłam słuchawkę do drugiego ucha i zaczęłam szkicować na kartce ołówkiem. Często bazgrałam machinalnie różne obrazki podczas rozmów telefonicznych. Zdaniem mamy takie rysowanie odzwierciedlało podświadomość, było swego rodzaju dziennym marzeniem sennym, które można odpowiednio zinterpretować.

– Bo gardzę plotkami – przyznała twardo Zuza. – Wszystkiego dowiedziałam się od matki. To nie plotka.

– No tak. A ona skąd wie, co robiłam wczoraj wieczorem? – spytałam, nieco rozbawiona logiką, jaką rządziła się lokalna fama.

– A tam. Konkrety. Co się stało?

– Mam ci teraz zdać całą relację? – Poważnie wątpiłam, czy przez telefon uda mi się przedstawić rzetelny obraz poprzedniego wieczoru.

– Przecież masz do mnie darmowe minuty, nie?

– Tak, ale chyba powinnam opowiedzieć ci wszystko ze szczegółami. To było dziwne. Wpadniesz do mnie?

Zuza nie była drobiazgowa i rzadko kiedy wdawała się w szczegóły. Chyba że w grę wchodził Patryk lub jej kot, nazwany od nazwiska ukochanego gitarzysty Johna Frusciantego Frusikiem.

– Nie dam rady. Wieczorem wyjeżdżam do ojca na święta, a jeszcze nie jestem spakowana.

– No tak. Zupełnie zapomniałam, sorry.

Z racji tego, że rodzice Zuzki mieszkali na przeciwległych krańcach kraju, musiała co roku obchodzić święta podwójnie – w listopadzie u ojca, a w normalnym grudniowym terminie z dziadkami i matką w domu w Starym Lesie.

– Nie musisz przecież zdawać mi dokładnego meldunku. Wystarczy, jak opowiesz z grubsza, co się wczoraj stało.

– Okej… Tak więc, Nowakowa miała zawał. Ja przy tym byłam. Wezwałam pogotowie. Zabrali ją do szpitala. Dzwoniłam tam rano, żyje i ma się dobrze.

– To wszystko?

– Chciałaś z grubsza.

– Ale z ciebie zadziora. Powiedz coś więcej. Gdzie to się stało?

– Na mojej ulicy.

– Czyli praktycznie byłaś już w domu?

– Powiedzmy. Zobaczyłam Nowakową ze wzniesienia i pobiegłam jej pomóc.

– Masz parę. Robiłaś sztuczne oddychanie? No wiesz, masaż serca, usta-usta? Pewnie inne dziunie ze szkoły na jej widok padłyby jak długie, ale ty dałaś radę. Byłaś tam zupełnie sama czy ktoś ci pomagał?

Zawahałam się przez chwilę. Rzadko kiedy miałyśmy przed sobą tajemnice. Teraz sprawa wyglądała jednak nieco inaczej. Sama niewiele rozumiałam z wczorajszego zdarzenia, więc nie za bardzo wiedziałam, co jej powiedzieć.

– Oprócz mnie był tam ktoś jeszcze – odparłam.

– Ktoś ze szkoły?

– Nie. Ani ze szkoły, ani z Lasu.

– To skąd?

Z mojego snu – cisnęło mi się na usta.

– Nie mam pojęcia. Nie znam go. Ale był taki…

– Jaki?

– Hmm, taki…

– No jaki?! – zapytała z irytacją. – Nagi? Martwy? Stary? Ślepy? Głuchy?

– Raczej dziwny, tajemniczy i niepokojący.

– Ach. – Nastała chwila ciszy. – Przystojny chociaż?

– Zuza…

– No co, przystojny czy paszkwil? Zabiło ci mocniej serducho?

– Nie! To znaczy… Kurde! – Czułam, że sama nie wiem, co mam jej odpowiedzieć. – Myślę, że można by go uznać za atrakcyjnego, gdyby nie jego karygodne zachowanie.

– Co masz na myśli?

– Trudno to wyjaśnić.

– Spróbuj, może i mam z matmy same gały, ale za to podstawowe pojęcia z komunikacji międzyludzkiej ogarniam.

– To było dziwne. Ten facet patrzył obojętnie, jak Nowakowa dostaje zawału. Chciał ją zostawić na pewną śmierć. Gdy się pojawiłam, wziął mnie za inną osobę. Rozmawiał z kimś, kogo nie było. Później mnie przeprosił, no i postraszył piekłem. – Usłyszałam to, co powiedziałam, i aż sama nie mogłam uwierzyć, że gadam takie bzdury.

– Aha. – Zuza zamilkła na chwilę. – A ci z pogotowia nie mówili nic, że uciekł im pacjent z psychiatrii? – Parsknęła i zaczęła się śmiać.

– Dzięki za zrozumienie.

– Lara, z tego, co mówisz, ten koleś jest zwyczajnie stuknięty.

– Nie wyglądał na wariata.

– Dobra, dajmy sobie z nim spokój.

– Tylko że ja ciągle o nim myślę. To jest poza moją kontrolą. On nie daje mi spokoju. W dodatku śnił mi się w noc przed tym wydarzeniem.

– Przed tym z Nowakową? – dopytała, jakby nie była pewna, czy się nie przesłyszała.

– Tak.

– Okej. Proponuję, żebyś o nim więcej nie mówiła, nie myślała, a najlepiej o wszystkim zapomniała.

– Próbowałam, ale nie mogę. Ciągle mi się wszystko przypomina. Pamiętam dokładnie, jak wyglądał, słyszę jego głos.

– Dobra, masz jakąś fiksację. Pogadaj z mamą. Jest psychologiem, na pewno znajdzie racjonalne wytłumaczenie. Może to trauma? Wystraszyłaś się, że Nowakowa umrze i teraz odtwarzasz wszystko na nowo. Ten koleś nie był normalny. Normalni ludzie tak się nie zachowują. Nie patrzą obojętnie na czyjąś śmierć i nie straszą dopiero co poznanej osoby piekłem…

Zastanowiłam się nad jej słowami i zatopiłam wzrok w swoich bazgrołach, które powstawały w trakcie naszej rozmowy.

Zatkało mnie.

Na kartce papieru widniało krwawiące serce przebite na wskroś mieczem.

I jak, do cholery, mam to niby zinterpretować?

Wycieraczki powolnym ruchem ocierały się o przednią szybę samochodu. Podkręciłam gałkę radioodbiornika i zagłębiłam się w wyściełane alcantarą siedzenie. Spokojna muzyka wypełniła wnętrze auta, a krople deszczu zawtórowały lirycznym dźwiękom gitary akustycznej. Rozległ się łagodny głos Joségo Gonzaleza. Od ciągłego wychylania głowy i rozglądania się na różne strony rozbolał mnie już kark. Oderwałam rękę od kierownicy i zaczęłam go masować. Przyjemne mrowienie rozeszło się po plecach, powodując coraz silniejszą senność. Starałam się walczyć ze znużeniem, lecz ciężkie powieki opadały mimowolnie, jakby przymierzały się do snu. Od ponad trzech godzin w żółwim tempie przemierzałam dróżki Starego Lasu. Byłam już tak zmęczona wypatrywaniem czegokolwiek, co przypominało otyłego psa w kolorze biszkoptowym, że postanowiłam zrobić ostatnią rundkę głównymi ulicami i wracać do domu.

Minęłam sklep spożywczy i skręciłam w prawo.

W Starym Lesie, jak na małą mieścinę przystało, było kilka sklepów z niezbędnymi do życia produktami. Każdy z właścicieli chciał dogodzić klientom, rozszerzając co roku asortyment. Jednak powierzchnie sklepów, znajdujących się w domach lub przybudówkach właścicieli, nie były w stanie się powiększyć. Na skutek tego poupychane ciasno na regałach produkty spadały często z hukiem na ziemię, wywołując przestrach, a następnie wybuch śmiechu wśród klientów. Pewnej nocy Urbańska – właścicielka sklepu z artykułami gospodarstwa domowego i chemią – wezwała policję, myśląc, że złodzieje w garażu plądrują jej dorobek. Okazało się, że pod ciężarem emaliowych garnków półki się rozpadły i sprzęt do gotowania runął z piekielnym rumorem na podłogę. Mundurowi byli wściekli, że o drugiej nad ranem musieli fatygować się, by przyłapać na gorącym uczynku wymalowany w owoce komplet naczyń.

Oprócz instalacyjno-ogrodniczego sklepu Malczewskiego i przemysłowo-chemicznego Urbańskiej w odległości kilkuset metrów od siebie znajdowały się jeszcze dwa spożywcze. Można w nich było znaleźć nie tylko jedzenie, lecz również prasę, książki, artykuły piśmiennicze i papierosy. Z racji rozproszenia sklepów, nie było u nas centrum, w którym mieszkańcy mogliby się spotkać na zakupach. Życie towarzyskie skupiało się głównie w domach, szkole, kościele, Klubie Leśnym lub w Barze u Marty, gdzie odbywały się przyjęcia rodzinne czy lokalna impreza karaoke z cyklu „Wycie do księżyca w Starym Lesie”.

Wyjechałam z kolejnej uliczki i ziewając, stwierdziłam, że czas wracać do domu.

Na fotelu pasażera zabrzęczał wibrujący telefon.

Tata.

Zatrzymałam się na poboczu, wcisnęłam światła awaryjne i odebrałam.

– Cześć, tato.

– Laryso, prowadzisz teraz? – zapytał.

Wiedziałam, jak nie znosi, kiedy rozmawia się przez komórkę, kierując jednocześnie autem.

– Nie, stoję. Co tam?

– Słuchaj, skoro wyświadczyłem ci przysługę, pożyczając auto, to możesz skoczyć do Mokrych?

– Hę? Po co? – Jezu, tak bardzo nie chciało mi się jechać do miasta. Najchętniej wskoczyłabym pod koc z gorącą herbatą i poczytała książkę.

– Naprawiam właśnie girlandy świetlne. Te w kształcie sopli lodu. Kojarzysz? – zapytał retorycznie. – Idzie świetnie, tylko zabrakło mi dwóch żarówek ledowych, gwint E dwadzieścia siedem, moc osiem dziesiątych wata. Dzwoniłem do sklepu Malczewskiego, ale nie mają takich lampek, bo niby jeszcze nie pora na świąteczne dekoracje. Dasz wiarę? – Parsknął wymownie. – I tak sobie pomyślałem, że skoro wzięłaś moje auto i jesteś w terenie, to może podjechałabyś do marketu budowlanego. Tam na pewno mają taki typ. Dzięki temu już jutro moglibyśmy zacząć przystrajanie elewacji.

Był początek listopada. Do Bożego Narodzenia pozostało półtora miesiąca, a mój ojciec bawił się dekoracjami świątecznymi. Podzielałam opinię właściciela sklepu w Starym Lesie – to nie była jeszcze pora na gwiazdkowe ornamenty. Chciało mi się spać jak diabli, ale z drugiej strony miałam po dziurki w nosie dzisiejszej jazdy na trzecim biegu. Może na szosie rozbujam ravkę do setki.

– No dobrze, pojadę do Mokrych.

– No! – wykrzyknął uradowany tata. – W tym roku jako pierwsi udekorujemy dom. Będzie wspaniale. Zobaczysz. Dokupię jeszcze w tygodniu błękitnego węża świetlnego i aniołka, i Świętego Mikołaja z saniami. A! I myślałem też o trójwymiarowym reniferze! To nowość na rynku – nawijał jak nakręcony. – Walińscy pękną z zazdrości. Tym razem to my będziemy świecić najjaśniej w okolicy.

Tata miał obsesję na punkcie rywalizacji z sąsiadami. Odkąd pamiętam, konkurował z Markiem Walińskim, którego, co dziwne, uważał za dobrego przyjaciela. Ciągle popisywali się własnymi osiągnięciami. Tematy współzawodnictwa były różne. Który trawnik jest bardziej zielony? Czyje róże ładniej pachną? Kto robi lepszą karkówkę z grilla? No i oczywiście, które dekoracje świąteczne świecą najjaśniej? Dodatkowym powodem przystrajania domu było to, że po świętach na pierwszej stronie lokalnej gazetki umieszczano kolorowe zdjęcie zatytułowane: „Najpiękniejszy bożonarodzeniowy dom w Starym Lesie”. Oprócz fotografii z nazwiskiem autora w tej poczytnej prasie nagrodą był, jakże przydatny, zestaw zewnętrznych lampek choinkowych. O zgrozo! Mieliśmy już siedem takich kompletów. A tacie nadal było mało. W tym roku walczyliśmy z Walińskimi o uzyskanie przewagi. Oni też zaliczyli już siedem wygranych. Ostatnią nawet w zeszłe święta.

– Dobrze, tato. To ja ruszam do miasta – powiedziałam, włączając kierunkowskaz.

– Jedź ostrożnie, na drodze może być ślisko – ostrzegł.

– Zawszę jeżdżę ostrożnie.

– Twoja matka też tak mówi, a jej samochód wygląda jak Transformers po wojnie o Energon.

– Tato…

– Dwie żółte żarówki LED, gwint E dwadzieścia siedem, osiem dziesiątych wata – dodał na koniec. – Innych nie bierz. Na razie.

– Na razie. – Rozłączyłam się, rzuciłam telefon na siedzenie pasażera i ruszyłam.

Do Mokrych, czyli najbliższego dużego miasta, które położone było nad jeziorem o tej samej nazwie, jechało się wąską szosą przez około czterdzieści minut. Zerknęłam na okrągły zegar na pulpicie. Było dopiero po czwartej, a na zewnątrz robiło się już ciemno. Deszcz zaczął coraz mocniej uderzać o szyby, aż w końcu z lekkiego kapuśniaczku przeistoczył się w ulewę. Gigantyczne krople walące w karoserię zagłuszyły grającą w środku muzykę. Przerzuciłam dźwignię wycieraczek na najszybszy bieg. Obie, niczym para wioślarzy, posunęły po tafli szkła. Mimo ich żmudnej pracy deszczówka spływała szerokimi strumieniami po szybach. Zwolniłam do pięćdziesiątki, by dostrzec zatopione w kałużach białe linie wyznaczające w ciemnościach drogę. Poczułam lekkie szarpnięcie i opór kół, któremu zawtórował szum wody dobiegający spod podwozia. Samochód zaczął bujać się na boki, jak radziecka wańka-wstańka. Nie mogłam zjechać w lewo ani w prawo, jakby coś blokowało koła. Jadące z naprzeciwka auta oślepiały mnie blaskiem reflektorów. Zacisnęłam kurczowo dłonie na kierownicy i skręcając w stronę osi jezdni, wydostałam się z wypełnionej deszczem koleiny. Hałas ucichł, a samochód odzyskał równowagę. Jechał teraz płynnie i gładko, jak curlingowy kamień po lodzie. Odetchnęłam z ulgą. Z każdym kilometrem deszcz powoli słabnął, aż w końcu powrócił do postaci drobnego kapuśniaczka.

W samochodzie zrobiło się przytulnie i na tyle cicho, że dało się słyszeć muzykę płynącą z głośników radiowych. Rozpoznałam męski głos Kravitza. Była to jedna z tych piosenek, która mąci w głowie i wywołuje ucisk w żołądku. Poczułam łagodny dreszcz przeszywający moje ciało. W napięciu oczekiwałam na refren, a gdy nadszedł, zaśpiewałam z całych sił:

– I belong to you. And you. You belong to me too. You make my life complete… You make me feel so sweet.

I wtedy, w niewytłumaczalny dla mnie sposób, mężczyzna ze snu zjawił się przed moimi oczami. Ogarnęła mnie fala gorąca. Wspomnienie surowej twarzy, zwichrzonych włosów i kocich oczu przesłoniło mi przez moment jasność widzenia. Samochód zjechał gwałtownie w koleinę. Przytrzymałam mocno kierownicę i wyprowadziłam go na prostą.

Jezu, co się ze mną dzieje?! Czułam, jak strużka potu spływa mi po plecach. Przywołałam się do porządku, wyłączyłam radio i jadąc dalej w ciszy, skupiłam się na drodze.

Tętniące życiem Mokre powitało mnie korkiem ulicznym. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się w lunaparku. Jarzące się światła kolorowych billboardów drażniły oczy, wysokie szklane budynki mieniły się w świetle latarni, a wielkopowierzchniowe reklamy i witryny sklepów kusiły promocjami i krzyczały: „Jesienna wyprzedaż!”.

Zatrzymałam się na czerwonym świetle. Tabun ludzi wylał się na jezdnię. Większość z pieszych nie miała jeszcze trzydziestki. Tworzyli małe grupki modnie ubranych imprezowiczów. Młody chłopak trzymający w ręce zawiniątko łapczywie przyłożył je do ust. Drugi szturchnął go łokciem i wskazując głową na przejeżdżających policjantów, zapalił papierosa. Zgrabne dziewczyny, idące pod rękę, uśmiechnęły się do nich filuternie, po czym jedna nachyliła się do drugiej i szepnęła jej coś do ucha. Przeniosłam wzrok na przytuloną parę zmierzającą w przeciwną stronę – mężczyzna odgarnął włosy z czoła partnerki. Spojrzała na niego i roześmiała się, a on obdarzył ją pocałunkiem.

Poczułam w sercu ukłucie.

Super, zamiast spędzać z kimś sobotni wieczór na mieście, przyjechałam, żeby kupić żarówki.

Kilkanaście minut później kroczyłam powoli po markecie, śledząc tabliczki pomocnicze: