Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łańcuszek - Iwona Sobolewska

Łańcuszek to książka o nastolatce, która pewnego dnia z domu dziecka ląduje w domu bogatej rodziny. Mimo luksusu, jaki zapewniają jej opiekunowie nie należy do grona tych szczęśliwych. Ojca, którego darzy szacunkiem często nie ma, a matka z siostrą nie przepadają za nią, jawnie jej to okazując. Julka nic nie wie o swojej przeszłości i mimo tego, że ma już siedemnaście lat nie chce tego wiedzieć. Pogodziła się z tym, że biologicznych rodziców nie interesuje jej los. Jednak jak się okazuje opiekunowie dziewczyny nie są przypadkowi, jeszcze więcej pytań nasuwa na myśl sam Łańcuszek, który pewnego dnia przychodzi w paczce. Na dodatek wszystkiego pojawia się Sebastian, chłopak z dobrego domu, którego dziewczyna musi oczarować, zgodnie z prośbą ojca. Ważne interesy Pawła opierają się często na uroku jego podopiecznej. Wszystko poszłoby gładko, gdyby chłopak nie był zarazem tak irytujący i tak pociągający. Jednym słowem miłość, zagadka i ciągłe problemy.

Opinie o ebooku Łańcuszek - Iwona Sobolewska

Fragment ebooka Łańcuszek - Iwona Sobolewska

Iwona Sobolewska

ŁAŃCUSZEK

© Copyright by Iwona Sobolewska & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-62480-58-6

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo @e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Czasem codzienność staje się ciężarem,

który musimy dźwigać mimo naszej woli…

– Julka no gdzie ten obiad?! – Moja mama, a właściwie macocha jak zwykle goni mnie do roboty. Tak właśnie wygląda każdy mój dzień. Jak pechowy piątek trzynastego. Od dziecka tłukę się z jednego sierocińca do drugiego. Nigdy nie narzekałam, bo nie było mi źle. Kwestia przyzwyczajenia. Moje jakby to nazwać „problemy” zaczęły się dopiero w dniu adopcji. Kiedy to zamieszkałam w tej wspaniałej willi. Pewnie myślicie, że sierotce trafił się szczęśliwy los na loterii? Jasne. Też tak myślałam, aż do dnia przeprowadzki. Wierzyć się nie chce, ale wolałam błąkać się po przytułkach niż mieszkać tutaj. Moi opiekunowie mają dom na obrzeżach miasta, wielki, wspaniały i wszystko byłoby pięknie gdybym to ja nie musiała go sprzątać. Codzienne odkurzanie, wycieranie, pastowanie, pranie. I tak w kółko. Na początku nic na to nie wskazywało. Parogodzinne wizyty, drogie prezenty i te sztuczne uśmiechy. Dopiero po przeprowadzce macocha pokazała swoje prawdziwe ja. Na forum oczywiście, jestem przedstawiana jako ułożona, grzeczna dziewczynka, której nic nie brakuje. I owszem, najlepsze ciuchy, szyte na miarę – u prywatnej krawcowej, ogromny pokój z jeszcze większą garderobą, najnowsze gadżety. Wszystko to tylko po to, by kontrola z opieki społecznej nie zabrała im służącej. Myślicie: wszystko ma. Kasę, ciuchy, ogromną chatę. Czasem tylko trochę posprząta. Czemu tak biadoli? Akurat. Mam przyrodnią siostrę – Kornelię, która do czternastego roku życia była samolubną, rozpieszczoną jedynaczką. Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że teraz musi pamiętać o mnie – niby starszej siostrze. Lecz oczywiście w jej życiu również odgrywam tylko rolę służącej.

– Julka!

– Już idę, mamo. – To słowo ciężko przechodzi mi przez gardło, ale niestety muszę je wymawiać. Nigdy nie znałam i pewnie nie poznam swojej prawdziwej matki. O ojcu nie wspominając. Nie dostałam po nich żadnych zdjęć ani pamiątek. Zawsze posiadałam tylko to, co dali mi ludzie, to, czym się ze mną podzielili. Ubrania, książki, stare zabawki. Nie jestem specjalnie przywiązana do miejsc, w których już byłam, ani do ludzi, z którymi przebywałam. Spełniałam tylko swoje obowiązki. Kiedy trzeba było jadłam, spałam, uczyłam się. Teraz też tak jest. Tylko znacznie ciężej. Moje życie opiera się na ciągłej pracy. Codziennie, nie ważne czy to zwykły dzień tygodnia, czy niedziela czy święto, wstaję punktualnie o piątej. Muszę zdążyć zrobić śniadanie i zakupy. Podać je w zależności od tego, o której kto wstanie. Wybrać się do szkoły, poćwiczyć chwilę sztuczny uśmiech i podmalować sine worki pod oczami, które siłą rzeczy od dłuższego czasu pojawiają się na mojej twarzy. Przychodzę do domu, gotuję, sprzątam, jeśli trzeba to piorę lub prasuję. Na naukę – a o jakiejkolwiek rozrywce już nie wspominam nawet – zostaje mi niewiele czasu, dlatego zwykle kładę się spać po pierwszej. Kilka szkolnych koleżanek i kolegów, którzy nauczyli się, że nie opłaca się nawet pytać, czy gdzieś z nimi wyjdę, bo nawet, jeśli mam wolna chwilę, macocha już wymyśla coś innego. W wieku siedemnastu lat musiałam się nauczyć wszystkiego, co powinna wiedzieć już dawno moja, czterdziestodwuletnia opiekunka. Jest anty-talenciem kulinarnym i nie tylko. Zastanawiam się, jak oni wyżyli przez te wszystkie lata? Niestety, jej córka jest identyczna. Tylko przyjęcia, bankiety, szampańska zabawa. Liczy na to, że tak jak matka wyjdzie za mąż za bogacza i będzie siedzieć w domu. Paweł jest naprawdę świetnym facetem i z ogromną radością mówię do niego „tato”, jednak rzadko bywa w domu. Właściwie tylko on traktuje mnie jak pełnoprawnego członka rodziny. Uwielbiam te dni, kiedy przyjeżdża. Mam wtedy parę tygodni odpoczynku, a Kinga zatrudnia wtedy służbę. Tak dla niepoznaki, żeby wyglądało tak, jakbym prowadziła spokojne nastoletnie i przede wszystkim beztroskie życie. Dlaczego się nigdy nie poskarżyłam? Nie wiem. Uznałam, że są osoby, które mają gorzej ode mnie, a Paweł i tak ma dość na głowie. One tego nie widzą, ale kiedy przyjeżdża do domu jest mizerniutki, i coraz bledszy, po prostu pada z nóg. Widocznie interesy idą coraz gorzej i musi harować jak wół, żeby zapewnić rozpieszczonym lalkom byt. Dla Neli zawsze najważniejsze jest to, co jej przywiezie. Nowy telefon, biżuterię, drogie perfumy typu Chanel czy Dior.

– Jeszcze coś? – spytałam, kładąc przed matką pełny talerz.

– Taaak. Za godzinę lub dwie przyjedzie Paweł. Posprzątaj dokładnie jego gabinet, a potem idź do pokoju się przebrać.

– Dobrze. Smacznego. – Oddaliłam się do kuchni, w której zwykle jadam sama. A więc zapowiada się parę dni spokoju. Nareszcie.

– A, i zadzwoń do tej gosposi, która była ostatnio, niech przyjdzie jutro punkt ósma. Zrozumiałaś? – dodała jeszcze swoim piskliwym głosikiem.

– Tak – odpowiedziałam mechanicznie i wyszłam z jadalni.

Życie jest takie niesprawiedliwe. Chyba lepiej byłoby spać pod mostem niż ciągle męczyć się w tej chorej atmosferze złudnego szczęścia. Ale tak naprawdę robię to tylko dla Pawła.

To dobry człowiek i pewnie miałby tylko dodatkowe wyrzuty sumienia. Jakoś to będzie.

Pod dom podjechał samochód ojca. Po chwili słychać było trzask zamykanych drzwi i kroki cukrowych dam. Zgodnie z prośbą, a właściwie oczekiwaniem macochy posprzątałam gabinet i teraz w nowiuśkiej sukience i czółenkach od Prady siedziałam w swoim pokoju, czekając na wezwanie, kończąc pleść włosy w gęsty, długi warkocz. Nie wiem, dlaczego, ale rosną w zawrotnym tempie. Miesiąc temu ścięłam je do ramion i znów odrosły na tę samą długość, co zawsze. Idealnie do pasa. Macocha nie zwraca uwagi na takie szczegóły, a ja nie mam jej ochoty o tym informować, aczkolwiek jest to dla mnie bardzo dziwne. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek urosły poza „wyznaczoną” długość. Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Nie ukrywam, że trochę mnie to zdziwiło, macocha rzadko kiedy zjawiała się w moim pokoju.

– Proszę.

– Cześć, księżniczko – przywitał się ojciec, wchodząc do pokoju. Mówił tak do mnie tylko na osobności. Pewnie nie chciał drażnić swojej rozpieszczonej córeczki.

– Cześć, tato – odparłam serdecznie. Przy nim nie musiałam się wysilać na swobodny ton, to przychodziło samo. – Jak się czujesz? – spytałam retorycznie. Właściwie wszystko było doskonale widoczne. Twarz powróciła do normalnego kolorytu, policzki nabrały sprężystości, a sińce pod oczami zniknęły całkowicie. Jednym słowem sukces i to dwuznaczny. Paweł wrócił do formy, a dotychczasowe problemy zostały rozwikłane.

– Teraz wspaniale. Rano podpisałem bardzo korzystny kontrakt i przez jakiś czas mam święty spokój.

– Cieszę się. To znaczy, że zostaniesz na dłużej?

– Tak. Myślę, że jakieś dwa miesiące firma poradzi sobie beze mnie – odparł z zagadkowym uśmieszkiem. Aż dwa pełne miesiące? Bez żadnej przerwy? Matko. Aż nie wierzę w swoje szczęście. Ale Kingę to szlag trafi – pomyślałam z nieskrywaną satysfakcją.

– Rozumiem, że niedługo będziemy świętować – powiedziałam zagadkowo.

– Niby, dlaczego? – spytał najwyraźniej nie rozumiejąc.

– Nela ma w środę piętnaste urodziny. Nie mów, że zapomniałeś?

– No, em, nie. Ale jakoś mi umknęło. Czas teraz tak jakoś wolno leciał i w ogóle. Pewnie już coś z Kingą wymyśliły. O to się nie martw.

– Nie wątpię – odparłam. To było wręcz oczywiste. Znając życie, lista gości dochodzi już do pięćdziesiątki. Będą w tym zarówno wszyscy znajomi z klasy – nieważne, czy ich lubi, czy nie. Grunt, to się podlizać, a kto nie skorzystałby z okazji przestąpienia progu tego domu? Oczywiście jej cztery najlepsze przyjaciółeczki, no i może parę osób z mojej klasy. Tam też mam niezłe powodzenie. Rok temu pogoda im nie dopisała, dlatego przyjęcie było w domu, ale tym razem na pewno odbędzie się na basenie. Już widzę ten cały syf, który po sobie zostawią. Szczerze współczuję Swietłanie. Paweł nie zawsze przyjeżdżał na urodziny córki i przez to zwykle ja musiałam sprzątać. Po ostatniej imprezie nie mogłam się doczyścić paru rzeczy, które w rezultacie zostały wywalone i oczywiście moje kieszonkowe na tym ucierpiało. Przecież to moja wina, że nie potrafię zmaterializować się w kilku miejscach na raz i przypilnować gości.

– A właśnie zapomniałbym, przyszedł do ciebie list.

– List? Przecież wyciągałam dzisiaj pocztę.

– To przyszło na adres firmy, ale na twoje nazwisko – powiedział, wręczając mi kopertę. Zdziwił mnie nie tyle list, co adres, pod który go dostarczono. Fakt, że ten jest zapieczętowany zupełnie mnie zmylił, zwykle przychodzą do mnie już otwarte, znaczy się zamknięte, ale macocha oddaje mi je przeczytane. Najczęściej to jakieś kartki lub reklamy, ale ona woli się upewniać. Z tym, że kto mógłby wiedzieć o tym, że tylko ojciec daje mi pełną swobodę?

– Em. Dziwne. Ale dzięki – podsumowałam.

Paweł wyszedł z pokoju chcąc dać mi chwilę prywatności. Zawsze idealnie potrafił się dostosować. Z Kingą nie poszłoby tak łatwo. Koperta zawierała długi łańcuszek i krótki cytat: „Życie ma tyle kolorów, ile potrafisz w nim dostrzec”. Doczepiona na nim zawieszka symbolizowała jakąś postać ze skrzydełkami. Zaraz jak się na to mówi… Elfy? Tak, chyba tak. Małe stworzonka z bajek ze skrzydełkami i spiczastymi uszami. Tylko, po co mi to? Elfik był dosyć pokaźnych rozmiarów, tak gdzieś około sześciu centymetrów długości. Obracałam go w dłoniach, dokładnie przyglądając się szczegółom. Twarz niby niedokładna i niepozorna przypominała młodą kobietę. Miałam wrażenie, że gdzieś już mi mignęła. W najdalszych zakamarkach podświadomości, wiedziałam, że skądś ją znam. W jednej z dłoni trzymała kulę w kolorze zieleni. Właściwie na pierwszy rzut oka powiedziałabym, że to szmaragd. No, ale wiedzieć tego nie mogę, bo się nie znam. Lecz muszę przyznać, że wszystko zostało zrobione z idealną perfekcją. Zawiesiłam anonimowy prezent na szyi. Cóż… prezentował się idealnie. Radosna z powodu długiego pobytu Pawła w domu zaczęłam rozkoszować się chwilą wolności.

W domu przygotowania szły pełną parą. Przyjęciem młodej zajmowało się teraz około dziesięciu osób, nie wliczając rodziców. Zapewne czyszczono basen, ustawiano stoły i kwiaty, montowano scenę przeznaczoną na zespół. Ale ja nie interesowałam się tym kompletnie. Zupełnie odizolowana wracałam właśnie samotnie do domu autobusem. Pewnie to dziwne, nie? Niby taka nadziana, a nie stać ją na taksówkę? No cóż, lubię się pospolitować. I nie wyróżniać. Strasznie się krępuję, kiedy codziennie podjeżdża po mnie wynajęta limuzyna, niestety z siostrą w środku. Widzę wtedy, jak reszta spogląda na mnie z podziwem albo zazdrością, czy wręcz niechęcią. W szkole przejęłam po Neli opinię wywyższającej się lalki. Tylko moi najbliżsi koledzy wiedzą, że jest zupełnie odwrotnie. No, ale cóż innego można wywnioskować, widząc mnie na ulicy? Zawsze starannie i przede wszystkim drogo ubraną według najnowszej mody w ciuchach rzadko kiedy noszonych dwa razy, z twarzą niezdradzającą jakichkolwiek emocji? Najgorsze jest to, że dokładnie tak postrzega mnie postronny obserwator. Natomiast myślę, że ja sama zobaczyłabym najpierw dziewczynę mniej więcej metr sześćdziesiąt wzrostu o falistych hebanowych włosach ze zmęczoną miną i szarymi workami pod oczami, a dopiero potem spostrzegłabym, że wsiada do białej limuzyny w płaszczyku z kolekcji, która dopiero pojawia się na rynku. I pewnie wtedy zaczęłabym się zastanawiać: co ona właściwie tu robi? Przecież to nie jej świat. Autobus zatrzymał się na pierwszym przystanku, a zaraz po tym była kolej na mój. Zapatrzona gdzieś w dal próbowałam zastanowić się, co zrobić w wolnym czasie, który mi teraz pozostał.

– Wolne? – spytał melodyjny głos. Odwróciłam głowę i skinęłam. Na nic więcej w tej chwili nie było mnie stać. Chłopak usiadł bez najmniejszego skrępowania, zadowolony z siebie. Nigdy w życiu jeszcze nie widziałam kogoś takiego. A zauważyłabym go na pewno. Całkowicie wyróżniał się z tłumu. Idealne rysy twarzy, blond włosy sięgające do ramion, ścięte tak, by idealnie przykryć uszy i ta cera bez żadnej skazy. Jasna karnacja doskonale pasowała do rysów jego twarzy.

– Coś ze mną nie tak? – spytał najwyraźniej zauważając, że mu się przyglądam. Poczułam się jak idiotka. Co mogłam powiedzieć? Nie, wszystko w porządku, zagapiłam się? Przecież to śmieszne.

– Właściwie nie wiem, ale jak coś zauważę, to dam ci znać – odparłam niezbyt logicznie. Myślałam, że spojrzy na mnie z politowaniem, ale on tylko uśmiechnął się szeroko odsłaniając rząd śnieżnobiałych, równiutkich zębów. Jego oczy były niesamowicie zielone. Wpadały w podobny kolor jak szmaragdowa kula przy moim łańcuszku.

– Sebastian – przedstawił się, podając mi rękę.

– Julka – odpowiedziałam, ściskając jego dłoń. Miał delikatne, widać nieprzepracowane dłonie. Moja ręka była bardziej szorstka i zniszczona od ciągłej pracy. Pospiesznie schowałam ją do kieszeni.

– Zawsze wracasz autobusem do domu? – spytał z wyraźną ciekawością, a ja nie potrafiłam zrozumieć, czemu ta informacja aż tak go interesuje.

– Em, nie. Zwykle ze szkoły ktoś mnie odbiera – odparłam.

– Chodzisz do tej szkoły na Szewskiej?

– Tak, skąd wiesz?

– Strzelałem – przyznał. – Też się tam uczyłem. Obecnie pierwszy rok studiów i dorywcza praca u ojca.

– A jaki kierunek?

– Marketing i zarządzanie. Wiesz, ojciec chce, żebym przejął po nim firmę, a mi to pasuje. Kasy mu nie brak, co chce to ma.

Mimowolnie skrzywiłam się na te słowa. Wyglądało na to, że nici z normalności, a chłopak jest mojego pokroju.

– Coś się stało? – Punkt dla niego. Spostrzegawczy jest. Może to oznacza, że jeszcze nie aż tak zepsuty?

– Po prostu mam alergię na kasę. – Sebastian wytrzeszczył oczy. – Nie zrozum mnie źle. Po prostu jak słyszę snobistyczny ton głosu i upajanie się swoim stanowiskiem społecznym odrzuca mnie.

– Zdaje się, że tobie również się źle nie powodzi – zauważył.

– No, powiedzmy – podsumowałam. Nie lubiłam rozmawiać o swoim domu i rodzinie, zwłaszcza z obcymi. W tym samym momencie autobus zatrzymał się na moim przystanku. Zauważyłam, że Seba podnosi się razem ze mną. – Ty tutaj?

– Mieszkam niedaleko – wyjaśnił. Wychodzi na to, że będę musiała znosić jego towarzystwo jeszcze przez jakiś czas.

– Nigdy cię tu nie widziałam – przyznałam szczerze. Prawda, nie wychodziłam często z domu, z oczywistych powodów, ale w tej dzielnicy znałam już każdego. Tutejsi mieszkańcy często są zapraszani do naszego domu na tak zwane party, które Kinga regularnie organizuje. Taa, raczej wymyśla, a potem wszystko spada na mnie. Sebastiana wcale nie zaskoczyły moje spostrzeżenia. Zauważyłam, że przez cały czas intensywnie mi się przygląda. Badał każdy ruch. To wszystko tak dokładnie malowało się na jego twarzy.

– Przyjechałem niedawno. Do tej pory ojciec posyłał mnie do prywatnych szkół, uczyłem się za granicą, teraz, kiedy już jestem pełnoletni, chce mi w pełni pokazać firmę.

– A gdzie konkretnie mieszkałeś? – dopytywałam się.

– Najpierw w Londynie, później ojciec przeniósł mnie do Oxfordu, ale cały czas w Anglii. W Polsce byłem dłużej przez jeden rok, wiesz, szkoła. No, a ty?

– Co, ja?

– Od dziecka mieszkasz tutaj, czy przeniosłaś się skądś?

– Nie, nie od dziecka – przyznałam. – Moja historia… jakby to ująć… jest bardziej złożona. Można powiedzieć, że zwiedziłam bardzo dużo – zakończyłam wymijająco.

– Niechętnie mówisz o sobie. – zauważył.

– Bo tak jakby nie ma o czym. A poza tym, ty tego nie zrozumiesz.

– Wyglądam aż na takiego głupka? – spytał poważnie.

– Nie, ale ja…

– Witaj siostrzyczko. – Nela zaświergoliła sztucznym głosikiem. Aż mi się niedobrze zrobiło.

– Cześć – odparłam oschle. – To jest Kornelia, moja siostra, jak już wiesz, a to Sebastian, mój znajomy – dodałam bez entuzjazmu.

– Może miałbyś ochotę wpaść dzisiaj na moje urodziny? – spytała serdecznie. Nie wierzyłam własnym uszom. Ona naprawdę ma tupet. Seba spojrzał najpierw na mnie, potem na nią zupełnie rozbawiony.

– Dzięki za zaproszenie, w ogóle wszystkiego naj, ale dziś naprawdę nie mogę. Mam już plany. – Mimo jego miękkiego melodyjnego głosu, tak bardzo przekonywującego doszukałam się w jego spojrzeniu fałszu. Wcale nie zależało mu na imprezie, a tym bardziej na mojej siostrze.

– Och, szkoda – westchnęła teatralnie. Nie, tego było naprawdę za wiele jak na moje zszargane nerwy.

– Na pewno znajdzie się jeszcze nie jedna okazja, prawda Nela? – powiedziałam z przekąsem. Dziewczyna spiorunowała mnie wzrokiem. – Miło było, ale na mnie już czas.

– Tak, mi też się troszkę jednak spieszy – dodała siostrunia. – Mam nadzieję, że do zobaczenia.

– Niewykluczone – podsumował Seba i rozeszliśmy się w swoje strony. Postanowiłam przeczekać początek Neli urodzin w pokoju, a potem pokazać się na jakieś parę godzinek, żeby Paweł o nic nie pytał.

– Impreza była odjechana na maksa.

– No, masakra. – Tego typu teksty słyszałam, idąc szkolnym korytarzem. Wszyscy byli zachwyceni i wręcz oczarowani. No, ale nie dziwię się. Największą furorę zrobiły fontanny z koktajlami montowane specjalnie na tę okazję i basenowy mini aqua park. Naprawdę było na czym poszaleć.

– Hej, coś ledwo żyjesz – stwierdziła Anka, jedna z moich bliższych kumpeli.

– Impreza młodej teoretycznie skończyła się koło pierwszej, w praktyce o trzeciej wyganiałam ostatnich gości – przyznałam.

– No, a Kinga, Paweł?

– Daj spokój, wyszli gdzieś do teatru i nie wiem, o której wrócili. Byłam tak padnięta, że zasnęłam w rzeczach.

– Rozumiem, że dzisiejszą klasówkę też masz z głowy.

– Z czego znowu? – spytałam zdziwiona.

– Z matmy.

– O, matko – jęknęłam. – Uwzięła się w tym roku, czy co? Jak tak dalej pójdzie, to w końcu mnie usadzi.

– Daj spokój, przecież nie masz takich złych ocen.

– Tak, z innych przedmiotów jakoś wychodzę, ale widziałaś moje ostatnie z matmy? Dwie dwóje i bania, nie licząc tej, którą dostanę dzisiaj – podsumowałam załamana.

– Przecież ci pomogę – pocieszyła mnie, posłałam jej blady uśmiech. – A właśnie. Z kim ty wczoraj wysiadałaś z autobusu? – spytała z błyskiem w oczach. Starałam się przypomnieć sobie ostatnie kilkanaście godzin. Mój mózg zaczął pracować na bardzo szybkich obrotach i wtedy znów go zobaczyłam.

– Seba – szepnęłam pod nosem. Chłopak pewnym krokiem szedł w moją stronę. Co tu dużo mówić? Zamurowało mnie. Otrząsnęłam się z pierwszego szoku i zwróciłam do Anny: – Tak konkretnie, to z nim – odparłam, wskazując głową na roześmianego chłopaka. No cóż, tak jak mówiłam, przykuwał uwagę. Dziewczyny wodziły za nim wzrokiem i patrzyły z rozmarzeniem.

– Hej – przywitał się. W tej chwili powinnam być w siódmym niebie, bo przyszedł właśnie do mnie, ale nie. Opanował mnie raczej niepokój, niezrozumiany niepokój, bo właściwie, czego się obawiałam?

– Co ty tutaj robisz? – spytałam przytomnie.

– Konkretnie to stoję – odparł spokojnie. Spojrzałam na niego ze sceptycyzmem.

– Nie masz wykładów czy coś w tym stylu? – W końcu skoro studiował, to, co robił o tej porze w mojej szkole?

– Mam przerwę – odpowiedział bez zająknięcia. – Więc pomyślałem, że odwiedzę stare kąty.

– Hmm. Interesujące. Pogadałabym jeszcze trochę, ale niestety za minutę piszę klasówkę.

– Coś ważnego? – spytał.

– Mam nadzieję, że nie, bo kolejna bania mi się nie uśmiecha. – Seba uśmiechnął się pod nosem i zamyślił na chwilę.

– Myślę, że nie będzie tak źle.

– Em. Tak, jasne. No to cześć – wydukałam. Odwróciłam się plecami i ruszyłam w stronę klasy. Pięknie, pomyślałam. Teraz nawet na klasówce się nie skupię przez niego.

– Julka! – Usłyszałam po chwili jego melodyjny głos. Odwróciłam się gwałtownie bum. Wpadliśmy na siebie, a konkretniej, on z rozpędu wpadł na mnie. Ale, o dziwo, nie poczułam silnego uderzenia. Moje oczy były do tej pory zamknięte. A mój mózg przygotowany na uderzenie czy jakikolwiek ból po upadku. Jednak wszystko to osłodziła mi rozkoszna woń lasu z dodatkiem czegoś, co w zasadzie trudno nazwać. Zapach najpiękniejszy i najprzyjemniejszy, jaki do tej pory wąchałam, wręcz upajający. Żadne perfumy nie potrafiłyby go oddać. Powoli zaczęłam otwierać oczy. Pierwsze, co zobaczyłam to czyjąś bluzę. Dokładnie uruchomiłam wszystkie zmysły. Dopiero teraz dotarło do mnie, że Seba utrzymał nas w pionie i właśnie trzyma mnie w ramionach. Pospiesznie odsunęłam się od niego, choć musiałam do tego użyć ostatnich sił mojej woli.

– Ups, sorki – mruknęłam speszona.

– To raczej ja powinienem to powiedzieć. Niechcący.

– Wiem. A co chciałeś?

– Zostawiłaś książkę – powiedział, podając mi podręcznik od matematyki.

– Ech – westchnęłam. – No tak próbowałam coś załapać, ale to tylko strata czasu.

– Nie idzie ci z matmą?

– Kompletnie, zwłaszcza ostatnio… świetnie i na dodatek się spóźnię – odparłam, widząc pusty korytarz.

– To przeze mnie – powiedział szczerze, ale w kącikach jego ust zamajaczył uśmieszek.

– Nie przeczę – odpowiedziałam, wyszczerzając zęby. – Na razie.

– Do jutra. – Zdążyłam mu rzucić tylko wymowne spojrzenie żądające wyjaśnień, ale, niestety, nie doczekałam się odpowiedzi. Nie mogłam dłużej przeciągać tej rozmowy, bo lekcja się zaczęła, a jednak bądź, co bądź musiałam napisać ten sprawdzian. Jak burza wpadłam na salę, ale o dziwo nauczycielka nawet nie zauważyła, a może zignorowała moje wtargnięcie. Postanowiłam nie tłumaczyć się ze swojego spóźnienia i czym prędzej usiadłam koło Anki.

– Co jej jest? – spytałam, wskazując na Krzywą. 

– A, bo ja wiem. Słuchaj, weszła do klasy, usiadła przy biurku i powiedziała, że mamy się chwilę czymś zająć.

– Sprawdzała obecność?

– Nie, jeszcze nie. – W zdumiewającej ciszy przebiegła połowa lekcji. Nauczycielka intensywnie coś gryzmoliła w dzienniku, a my nie potrafiliśmy zrozumieć, skąd ta nagła odmiana. Przecież ona nigdy, jak to ujmowała: „nie zmarnowała lekcji na bezczynne siedzenie”. Czyżby jakiś przełom? Tylko gdzie? W naszej klasie, gdzie trzy czwarte powinno siedzieć z matmy? Nie, z nią naprawdę coś jest nie tak. Piętnaście minut przed dzwonkiem Krzywa wstała od stołu, przeleciała wzrokiem po klasie i po cichym odchrząknięciu odezwała się w końcu:

– Dzisiaj, o ile mnie pamięć nie myli, mieliście pisać klasówkę. Jednak zdecydowałam, że odpuszczę wam ten jeden jedyny raz. To był dosyć prosty dział i mam nadzieję, że wszyscy go zrozumieliście. No, może nie wszyscy, ale chociaż większość z was. Miałam dzisiaj dużo papierkowej roboty, dlatego pierwszy i ostatni raz się wam tak udało. A teraz możecie udać się na przerwę. – Szczęki nam opadły. Największa kosa w historii tej szkoły odpuściła sprawdzian. I to, komu? II c. Największym leserom. Nie, naprawdę utwierdzam się w fakcie, iż musiała mieć jakieś traumatyczne przeżycia w ostatnim czasie, skoro zdecydowała się na coś tak irracjonalnego.

– Słyszałaś to, co ja? – zza pleców dobiegł mnie głos Artura, klasowego błazna i tym samym mojego najlepszego kumpla.

– Ehe. I jeszcze