Łańcuch - Adrian McKinty - ebook + audiobook

41 osób właśnie czyta

Opis

Zwyczajny dzień. Rachel podrzuca córkę na przystanek i pędzi do swoich spraw. Chwilę później ktoś dzwoni z zastrzeżonego numeru. Trzynastoletnia Kylie została uprowadzona. „Jeśli chcesz odzyskać córkę, musisz zapłacić okup… oraz porwać kolejne dziecko” – informuje zniekształcony kobiecy głos.
Porywaczka okazuje się matką, której syna uprowadzono wcześniej. Jeśli Rachel nie spełni żądań porwane dzieci zginą. Oboje. Tak działa Łańcuch, przerażające organizacja, która ofiary zmienia w przestępców, a nieznanych sprawców wzbogaca o miliony. Gdy stajesz się ogniwem Łańcucha, nigdy już się od niego nie uwolnisz.
Rachel jest zwykłą kobietą, będzie jednak musiała przeobrazić się w kryminalistkę, dokonywać dramatycznych wyborów moralnych i zrobić straszne rzeczy. Łańcuch jest bezlitosny i nieuchwytny. Zasady są proste: załatw pieniądze, wybierz ofiarę, a potem dokonaj okrutnego czynu, który jeszcze wczoraj wydawałby ci się zupełnie niedopuszczalny.
Twórcy Łańcucha wiedzą, że rodzice zrobią wszystko dla swoich dzieci. Skonstruowali go tak, by kolejne wciągane w niego osoby chroniły jego anonimową strukturę. Tym razem jednak trafili na równego przeciwnika. Rachel jest bystra, zdesperowana i nigdy się nie poddaje. Czy uda jej się uratować córkę i rozerwać Łańcuch?

„McKinty właśnie wskoczył na szczyt mojej listy klasyków kryminału. Pisze śmiało i w doskonałym stylu. Prawdziwy mistrz pióra” – Dennis Lehane, autor takich bestselerów jak „Gdzie jesteś, Amando?” czy „Ciemności, weź mnie za rękę”

„Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale ta książka wciąga tak, że zapomniałem o pisaniu” – Remigiusz Mróz

„Ta książka kusi do czytania w galopie, ale nie daj się jej ponieść. Taką literaturą – wyjątkowo wnikliwą, inteligentną i pełną czarnego humoru – trzeba się delektować” – Tana French, autorka cyklu „Zdążyć przed Zmrokiem” i bestsellerów „Wiedźmie drzewo” oraz „Ostatni intruz”

O Autorze:
Adrian McKinty urodził się i dorastał na osiedlu robotniczym w Belfaście. Studiował filozofię w Oksfordzie. Wyemigrował do USA, gdzie pracował w barach, na budowach i jako kierowca, zanim został nauczycielem. Po przeprowadzce do Australii zajął się zawodowo pisaniem. Jest autorem kilkunastu
dobrze przyjętych i nagradzanych kryminałów. Jego „Łańcuch” odniósł światowy sukces. Książka została sprzedana do 37 krajów, a prawa do ekranizacji nabył Paramount Pictures.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 36 min

Lektor: Adrian McKinty

Popularność


Tytuł oryginału:The Chain

Redakcja: Łukasz Błaszczyk

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Gregg Kulick/Orion Books, Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: GETTY IMAGES

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

© copyright by Agora SA, 2019

© copyright by Adrian McKinty. This edition published by arrangement with Little, Brown and Company, New York, New York, USA. All rights reserved

© Copyright for Polish translation by Dariusz Żukowski

Fragment piosenki ze str. 5 ‘The Chain’ Stevie Nicks © Fleetwood Mac, Warner Bros. Records

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2957-4 (epub), 978-83-268-2958-1 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Znacznie mniej błądzi, kto ponurym wzrokiem spogląda

na świat jako na rodzaj piekła i wobec tego dba o to tylko,

by stworzyć sobie w nim bezpieczne przed ogniem siedlisko.

Artur Schopenhauer, Aforyzmy o mądrości życia, 1851

Nie wolno nam przerwać łańcucha.

Stevie Nicks, The Chain (pierwsze demo)

CZĘŚĆ I
WSZYSTKIE ZAGINIONE DZIEWCZYNKI
1

Czwartek, godzina 7.55

Siedzi na przystanku autobusowym, sprawdza lajki na Instagramie i dostrzega mężczyznę z bronią, dopiero kiedy ten jest tuż obok.

Mogłaby rzucić plecak i pobiec przez bagna. Jest zręczną trzynastolatką i dobrze zna moczary oraz piaszczyste łachy Plum Island. Okolicę jak co rano spowija lekka nadmorska mgiełka, a mężczyzna jest zwalisty i trochę nieporadny. Raczej nie zdecydowałby się na pościg, a już na pewno zrezygnowałby na widok autobusu, który przyjeżdża punkt ósma.

Wszystkie te myśli momentalnie przebiegają jej przez głowę.

Mężczyzna staje przed nią. Mierzy z pistoletu w jej pierś. Ma na twarzy kominiarkę. Kylie, zmartwiała z przerażenia, upuszcza telefon. To ewidentnie żaden kawał czy psikus. Już listopad, Halloween było tydzień temu.

– Wiesz, co to jest? – pyta mężczyzna.

– To pistolet – odpowiada Kylie.

– Pistolet, z którego celuję ci w serce. Jeśli krzykniesz, będziesz się szamotać albo spróbujesz uciec, zastrzelę cię. Rozumiesz?

Kiwa głową.

– Dobra. W porządku. Zachowaj spokój. Załóż tę opaskę na oczy. Od tego, co twoja matka zrobi w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin, zależy, czy będziesz żyć, czy zginiesz. A kiedy... A jeśli cię wypuścimy, nie będziemy chcieli, żebyś potrafiła nas rozpoznać.

Kylie, drżąc, zakłada elastyczną, wyściełaną miękkim materiałem opaskę na oczy.

Przy krawężniku staje samochód. Otwierają się drzwi.

– Wsiadaj. Uważaj na głowę – poleca mężczyzna.

Kylie po omacku wsiada do auta. Drzwi zatrzaskują się za nią. Ma mętlik w głowie. Wie, że nie powinna była wsiadać. Właśnie tak znikają dziewczynki. Znikają codziennie. Jeśli wsiądziesz do samochodu, to koniec. Przepadasz na zawsze. Nie wsiada się do samochodu – trzeba się odwrócić i uciekać, biec do utraty tchu.

Za późno.

– Zapnij jej pas – odzywa się jakaś kobieta z fotela kierowcy.

Kylie zaczyna płakać z opaską na oczach.

Mężczyzna wsiada na tylne siedzenie obok niej i zapina jej pas.

– Kylie, proszę, uspokój się. Naprawdę nie chcemy ci nic zrobić – mówi.

– To na pewno jakaś pomyłka – odpowiada Kylie. – Moja mama nie ma pieniędzy. Dopiero zaczyna nową pra...

– Każ jej się zamknąć! – ucina kobieta z przodu.

– Tu nie chodzi o pieniądze, Kylie – odpowiada mężczyzna. – Po prostu nic nie mów, dobra?

Samochód rusza gwałtownie, sypiąc spod kół piaskiem i żwirem. Szybko nabiera prędkości, a wycie silnika wznosi się i opada w takt przerzucanych biegów.

Kylie nasłuchuje. Krzywi się, gdy na moście Plum Island słyszy gruźliczy charkot wymijającego ich autobusu szkolnego.

– Powoli – mówi mężczyzna.

W drzwiach przeskakuje zapadka i Kylie przeklina się w myślach, że zmarnowała taką okazję. Mogła rozpiąć pas, otworzyć drzwi i wytoczyć się na zewnątrz. Ogarnia ją zwierzęca panika.

– Dlaczego to robicie? – udaje jej się wyjęczeć.

– Co mam jej powiedzieć? – pyta mężczyzna.

– Nic jej nie mów. Niech się zamknie – odpowiada kobieta.

– Musisz być cicho, Kylie – rozkazuje mężczyzna.

Samochód szybko jedzie ulicą – to chyba Water Street niedaleko Newburyport. Kylie zmusza się do głębokich oddechów. Wdech, wydech, wdech, wydech, tak jak pokazywali jej szkolni psychologowie na zajęciach z mindfullness. Wie, że aby przeżyć, musi być czujna i cierpliwa. Chodzi do ósmej klasy i robi program przyspieszony. Wszyscy uważają ją za bystrą dziewczynę. Musi zachować spokój, pilnie obserwować i korzystać z każdej okazji.

Dziewczyna z Austrii przeżyła, tak samo dziewczyny z Cleveland. Pamięta też wywiad z jedną mormonką w Good Morning America, którą porwano, gdy miała czternaście lat. Im się udało. Dopisało im szczęście. Ale może chodziło o coś więcej.

Przełyka ślinę, opanowując kolejną falę przerażenia, która niemal pozbawia ją tchu.

Słyszy, że samochód skręca na międzystanową jedynkę, po czym wjeżdża na most w Newburyport. Przejeżdżają nad rzeką Merrimack, zmierzając w kierunku stanu New Hampshire.

– Nie jedź tak szybko – mówi cicho mężczyzna i auto zwalnia na parę minut, ale później znów zaczyna przyspieszać.

Kylie myśli o mamie. Tego ranka miała jechać do Bostonu na wizytę u onkologa. Jej biedna mama. To ją przecież...

– Chryste! – W głosie kobiety za kółkiem słychać przerażenie.

– Co jest? – pyta mężczyzna.

– Właśnie minęliśmy radiowóz, stał za granicą stanu.

– W porządku, chyba się nie... Jezu, włącza sygnał – mówi mężczyzna. – Każe ci stanąć na poboczu. Jechałaś za szybko! Musisz się zatrzymać.

– Wiem – odpowiada kobieta.

– Wszystko będzie dobrze. Na pewno nikt jeszcze nie zgłosił kradzieży auta. Stało w tej bocznej uliczce w Bostonie całymi tygodniami.

– Samochód to nie problem. Ona jest problemem. Podaj mi broń.

– Co chcesz zrobić?

– A jak myślisz?

– Pogadamy i nas puści – przekonuje mężczyzna.

– Z porwaną dziewczynką w opasce na oczach na tylnym siedzeniu?

– Ona nic nie powie. Prawda, Kylie?

– Nie powiem. Przyrzekam – mówi Kylie jękliwie.

– Każ jej siedzieć cicho. Zdejmij jej to z oczu, niech schyli głowę i patrzy w podłogę – rozkazuje kobieta.

– Mocno zamknij oczy. I ani mru-mru – mówi mężczyzna, po czym zdejmuje Kylie opaskę, pochylając jej głowę ręką.

Kobieta zatrzymuje się na poboczu i wydaje się, że radiowóz staje za nią. Kobieta pewnie obserwuje policjanta w lusterku wstecznym.

– Spisuje numery do notesu. Na pewno nadał je przez radio – mówi.

– Będzie dobrze. Pogadaj z nim. Nic się nie stanie.

– Wszystkie wozy patrolowe mają kamery, nie?

– Nie wiem.

– Będą szukać tego auta. I trojga osób. Będziemy musieli je ukryć w stodole. Może na lata.

– Nie przesadzaj. On po prostu da ci mandat.

Kylie słyszy chrzęst butów policjanta, który wysiadł z radiowozu i się ku nim zbliża.

Słyszy, jak kobieta otwiera okno po stronie kierowcy, szepcząc:

– Boże...

Chrzęst kroków cichnie przed otwartym oknem samochodu.

– Coś się stało, panie władzo? – pyta kobieta.

– Czy pani wie, jak szybko pani jechała? – pyta policjant.

– Nie.

– Radar pokazał osiemdziesiąt cztery kilometry na godzinę. To strefa przyszkolna, jest ograniczenie do czterdziestki. Chyba nie widziała pani znaków.

– Nie. Nie wiedziałam, że tu gdzieś jest szkoła.

– Jest wyraźnie oznakowana, proszę pani.

– Przepraszam. Musiałam przeoczyć.

– Proszę mi pokazać swoje... – zaczyna policjant i nagle milknie. Kylie wie, że patrzy na nią. – Proszę pana, czy to pańska córka? – pyta policjant.

– Tak – odpowiada mężczyzna.

– Dziewczynko, obróć się do mnie, proszę.

Kylie unosi głowę, ale nie otwiera mocno zaciśniętych powiek. Cała drży. Policjant dostrzegł, że coś tu nie gra. Mija pół sekundy, podczas gdy on, Kylie, kobieta i mężczyzna decydują, co robić.

Kobieta jęczy, po czym słychać strzał.

2

Czwartek, godzina 8.35

To ma być rutynowa wizyta u onkologa. Wykonywana co pół roku kontrola, by się upewnić, czy wszystko jest okej i czy rak piersi wciąż pozostaje w remisji. Rachel powiedziała Kylie, żeby się nie martwiła, bo czuje się świetnie i prawie na pewno jest dobrze.

W rzeczywistości jednak wie, że może nie być. Wizytę miała pierwotnie umówioną na wtorek przed Świętem Dziękczynienia, ale w zeszłym tygodniu pobrali jej krew i doktor Reed po obejrzeniu wyników poprosiła Rachel, by zgłosiła się już tego ranka. Jak najwcześniej. Reed jest rzeczową, chłodną kobietą z Nowej Szkocji i trudno ją podejrzewać o skłonność do paniki czy przesady.

Jadąc drogą I-95, Rachel stara się o tym nie myśleć.

Po co się martwić? Nic jeszcze nie wie. Może doktor Reed jedzie do domu na Święto Dziękczynienia i przekłada wszystkich swoich pacjentów na wcześniejszy termin.

Rachel nie czuje się chora. Mało tego, tak dobrze nie czuła się od lat. Przez jakiś czas sądziła, że przyciąga pecha, ale potem wszystko się zmieniło. Rozwód ma już za sobą. Pisze wykłady z filozofii w ramach przygotowań do nowej pracy, którą zaczyna w styczniu. Utracone po chemioterapii włosy prawie odrosły, wróciła jej siła, przybrała na wadze. Zeszły rok wiele ją kosztował, ale doszła już do siebie psychicznie. Znów jest zorganizowaną, panującą nad własnym życiem kobietą, jak wtedy, gdy pracowała na dwa etaty, żeby Marty mógł skończyć prawo i by mogli kupić dom na Plum Island.

Ma dopiero trzydzieści pięć lat. Całe życie przed nią.

Odpukać, myśli i stuka w zielony fragment deski rozdzielczej, mając nadzieję, że jest z drewna, choć podejrzewa, że to plastik. Wśród szpargałów zalegających w tylnej części volvo 240 kombi leży stara dębowa laska, ale nie ma sensu ryzykować życia, żeby po nią sięgnąć.

Telefon pokazuje 8.36. Kylie wysiadła już pewnie z autobusu i idzie przez boisko ze Stuartem. Rachel wysyła jej SMS-a z głupawym żartem, który zachowywała na ten moment przez cały ranek: „Co widzi optymista na cmentarzu?”.

Kiedy po minucie nie ma żadnej odpowiedzi, Rachel wysyła rozwiązanie zagadki:

„Same plusy”.

Wciąż cisza.

„Rozumiesz? Do czego podobny jest krzyż?”.

Kylie celowo ją ignoruje. Ale Stuart na pewno się śmieje, myśli Rachel z uśmiechem. Zawsze go bawią jej suchary.

Jest 8.38 i aut na drodze przybywa.

Nie chce się spóźnić. Nigdy tego nie robi. A może zjechać z międzystanówki i pojechać jedynką?

Przypomina sobie, że Kanadyjczycy obchodzą Święto Dziękczynienia w inny dzień. A więc doktor Reed ją wzywa, bo wyniki wyglądają kiepsko.

– Nie – mówi głośno i kręci głową. Nie pozwoli wciągnąć się na powrót w tę spiralę negatywnego myślenia. Obecnie posuwa się tylko naprzód. I choć wciąż ma paszport do Królestwa Chorych, nie to będzie ją definiować. Tamta część życia należy już do przeszłości, podobnie jak praca kelnerki, jeżdżenie dla Ubera i nabieranie się na głodne kawałki Marty’ego.

Nareszcie wykorzystuje swój pełny potencjał. Jest teraz wykładowczynią. Myśli o swoich inauguracyjnych zajęciach. Może Schopenhauer będzie za ciężki. Lepiej, jeśli zacznie od dowcipu o Sartrze i kelnerce w Deux...

Dzwonek telefonu gwałtownie przywraca ją do rzeczywistości.

„Numer zastrzeżony”.

Odbiera na zestawie głośnomówiącym.

– Słucham?

– Musisz zapamiętać dwie rzeczy. – Głos po drugiej stronie został przefiltrowany przez jakieś urządzenie zniekształcające. – Punkt numer jeden: nie jesteś pierwsza i na pewno nie będziesz ostatnia. Punkt numer dwa: tu nie chodzi o pieniądze. Chodzi o Łańcuch.

To jakiś kawał, podpowiada jej wewnętrzny głos. Lecz inne, bardziej prymitywne struktury mózgu reagują czystym, zwierzęcym przerażeniem.

– To chyba pomyłka – stwierdza.

Osoba po drugiej stronie bez zająknienia mówi dalej:

– Za pięć minut, Rachel, dostaniesz najważniejszy telefon w życiu. Zjedź na pobocze. Skoncentruj się. Otrzymasz szczegółowe instrukcje. Dopilnuj, żeby mieć naładowany aparat i coś do pisania pod ręką. Nie zamierzam udawać, że to będzie dla ciebie łatwe. Najbliższe dni okażą się wyjątkowo trudne, ale Łańcuch pozwoli ci przez to przejść.

Rachel robi się bardzo zimno. W ustach czuje posmak starych monet. W głowie ma mętlik.

– Zadzwonię na policję albo...

– Żadnej policji. Żadnych służb. Poradzisz sobie, Rachel. Nie zostałabyś wybrana, gdybyśmy uznali, że się rozkleisz. To, czego zażądamy, może się w tym momencie wydawać niemożliwe, ale jesteś do tego zdolna.

Okruch lodu zsuwa się jej w dół kręgosłupa. Przyszłość przeciekająca do teraźniejszości. Za kilka minut ma się jej objawić nadchodząca groza.

– Kto mówi? – pyta.

– Módl się, żeby się nigdy nie dowiedzieć, kim jesteśmy i na co nas stać.

Połączenie zostaje przerwane.

Ponownie sprawdza numer, ale jest zastrzeżony. Ten głos, myśli. Mechanicznie zniekształcony, pewny siebie, chłodny, arogancki. O co chodzi z tym najważniejszym telefonem w życiu? Zerka w lusterko wsteczne i z szybkiego pasa zjeżdża na środkowy, na wypadek, gdyby ktoś faktycznie miał znowu zadzwonić.

Nerwowo skubie nitkę wychodzącą z jej czerwonego swetra, kiedy iPhone znów się odzywa. Ponownie „numer zastrzeżony”.

Naciska ikonkę zielonej słuchawki.

– Halo?

– Czy to Rachel O’Neill? – Inny głos. Kobieta. Bardzo zdenerwowana kobieta.

Rachel ma ochotę odpowiedzieć „nie”. Chce odegnać nadchodzącą katastrofę stwierdzeniem, że wróciła do panieńskiego nazwiska Klein, ale wie, że to nie ma sensu. Żadnym słowem ani gestem nie zdoła powstrzymać tej kobiety od poinformowania jej, że wydarzyło się to, co najgorsze.

– Tak – odpowiada.

– Bardzo mi przykro, Rachel, ale mam dla ciebie straszną wiadomość. Masz długopis i kartkę, żeby spisać instrukcje?

– Co się stało? – pyta, teraz już wystraszona na dobre.

– Porwałam twoją córkę.

3

Czwartek, godzina 8.42

Niebo spada. Niebo ją miażdży. Nie może oddychać. Nie chce tego robić. Jej córeczka. Nie, to nieprawda. Nikt nie porwał Kylie. Ta kobieta nie brzmi jak porywaczka. To kłamstwo.

– Kylie jest w szkole – mówi Rachel.

– Nie. Jest u mnie. Porwałam ją.

– To nie... To jakiś żart.

– Jestem śmiertelnie poważna. Porwaliśmy Kylie z przystanku. Wysyłam ci jej zdjęcie.

Przychodzi MMS: fotografia dziewczynki z opaską na oczach, siedzącej na tylnym siedzeniu samochodu. Nosi taki sam czarny sweter i wełniane beżowe palto, jakie założyła Kylie przed wyjściem z domu tego ranka. Ma jej piegowaty perkaty nosek i kasztanowe włosy z rudymi przejaśnieniami. To ona, bez wątpienia.

Rachel robi się niedobrze. Świat faluje przed oczami. Puszcza kierownicę. Słychać klaksony, gdy volvo zbacza z pasa.

Kobieta kontynuuje:

– Zachowaj spokój i uważnie słuchaj, co ci powiem. Musisz zrobić wszystko dokładnie tak, jak ja to zrobiłam. Spisz wszystkie reguły i pod żadnym pozorem ich nie łam. Jeśli je złamiesz albo zadzwonisz na policję, obarczą winą i ciebie, i mnie. Zginie twoja córka i mój syn. Dlatego teraz zapisz wszystko, co ci powiem.

Rachel pociera oczy. Słyszy w głowie dźwięk, coś jakby ryk gigantycznej fali, która zaraz na nią runie i roztrzaska ją na kawałki. Najgorsza rzecz na świecie naprawdę się dzieje. Naprawdę się stała.

– Chcę rozmawiać z Kylie, ty suko! – wrzeszczy, po czym chwyta kierownicę i prostuje tor volvo, o włos unikając zderzenia z osiemnastokołową ciężarówką. Zjeżdża na skrajny pas, a potem na pobocze. Ostro hamuje i wyłącza silnik w akompaniamencie klaksonów i wulgarnych pokrzykiwań innych kierowców.

– W tej chwili Kylie jest cała i zdrowa.

– Dzwonię na policję! – krzyczy Rachel.

– Nie, nie dzwonisz. Musisz się uspokoić, Rachel. Nie wybrałabym cię, gdybym sądziła, że stracisz zimną krew. Wszystkiego się o tobie dowiedziałam. Wiem o studiach na Harvardzie i pokonaniu raka. Wiem o twojej nowej pracy. Jesteś osobą dobrze zorganizowaną i wiem, że tego nie spieprzysz. W przeciwnym razie skutek będzie taki, że zginie Kylie i zginie mój syn. A teraz weź kartkę i pisz.

Rachel bierze głęboki oddech i wyjmuje notes z torebki.

– Mam – mówi.

– Trafiłaś do Łańcucha, Rachel. Obie w nim tkwimy. A Łańcuch będzie się chronił. Więc przede wszystkim żadnych gliniarzy. Jeśli pójdziesz na policję, ludzie prowadzący Łańcuch dowiedzą się o tym i każą mi zabić Kylie, a potem wybrać kolejny cel. Zrobię to. Nie interesujesz ich ty ani twoja rodzina, interesuje ich tylko bezpieczeństwo Łańcucha. Jasne?

– Żadnej policji – potwierdza Rachel jak we mgle.

– Druga sprawa to jednorazowe telefony. Musisz kupić niezarejestrowane aparaty, z których będziesz dzwonić tylko raz. Sama teraz takiego używam. Jasne?

– Tak.

– Po trzecie, pobierz wyszukiwarkę Tor, żeby dostać się do dark webu. To dość skomplikowane, ale dasz radę. Za pomocą Tora wyszukaj hasło „InfinityProjects”. Piszesz?

– Tak.

– Nazwa InfinityProjects nie ma żadnego znaczenia, na ich stronie znajdziesz po prostu konto bitcoinowe. Z poziomu Tora na wielu stronach możesz kupić bitcoiny za pomocą karty kredytowej albo przelewu. Numer transferowy InfinityProjects to dwa-dwa-osiem-dziewięć-siedem-cztery-cztery. Zapisz. Po przelewie pieniądze są nie do wyśledzenia. Łańcuch żąda od ciebie dwudziestu pięciu tysięcy dolarów.

– Dwadzieścia pięć tysięcy? Jak ja taką...

– Nie obchodzi mnie to, Rachel. Chwilówka, druga hipoteka, możesz nawet wykonać zabójstwo na zlecenie. To bez znaczenia. Po prostu załatw pieniądze. Druga część jest trudniejsza.

– Na czym polega? – pyta Rachel, przestraszona.

– Mam ci powiedzieć, że nie jesteś ani pierwsza, ani ostatnia. Trafiłaś do Łańcucha, a Łańcuch ma długą historię. Porwałam twoją córkę, żeby uwolnili mojego syna. Zrobili to mężczyzna i kobieta, których nie znam. A ty musisz wybrać cel i porwać kogoś, kogo ta osoba kocha, żeby Łańcuch mógł działać dalej.

– Co?! Czyś ty zwa...

– Słuchaj dalej. To ważne. Porwiesz kogoś, kto zastąpi twoją córkę w Łańcuchu.

– O czym ty gadasz?

– Musisz przetrzymywać członka rodziny wybranej osoby, aż ta zapłaci okup i sama kogoś uprowadzi. Będziesz musiała wykonać do niej dokładnie taki sam telefon. To, co ja robię tobie, ty zrobisz swojemu celowi. Kiedy tylko dokonasz porwania i zapłacisz pieniądze, mój syn zostanie uwolniony. Kiedy twój cel kogoś porwie i wpłaci okup, zostanie uwolniona twoja córka. To proste. Tak działa i zawsze będzie działał Łańcuch.

– Że co? Kogo mam wybrać? – pyta Rachel śmiertelnie przerażona.

– Kogoś, kto nie złamie reguł. Żadnych gliniarzy, polityków ani dziennikarzy – oni zawsze postępują wbrew zasadom. Kogoś, kto jest zdolny do dokonania porwania, kto zapłaci okup, będzie trzymał gębę na kłódkę i podtrzyma Łańcuch.

– Skąd wiesz, że ja to wszystko zrobię?

– Jeśli nie zrobisz, zabiję Kylie i zacznę od nowa z kimś innym. Jeśli ja zawalę, oni zabiją najpierw mojego syna, a potem mnie. My już nie mamy wyjścia. Powiem to bardzo jasno, Rachel: zabiję Kylie z zimną krwią. Teraz już wiem, że jestem do tego zdolna.

– Proszę, nie rób tego. Proszę, wypuść ją, błagam cię. Błagam jak matka matkę. To cudowna dziewczynka. Nie mam nikogo innego na świecie. Tak bardzo ją kocham.

– Właśnie na to liczę. Zrozumiałaś wszystko, co ci dotąd powiedziałam?

– Tak.

– Do widzenia, Rachel.

– Nie! Czekaj! – woła, ale kobieta przerywa połączenie.

4

Czwartek, godzina 8.56

Rachel zaczyna dygotać. Jest jak porażona, chce się jej wymiotować, czuje, że odpływa. Tak jak podczas leczenia, kiedy pozwalała się zatruwać i palić z nadzieją, że ją uzdrowią.

Samochody nieustannie huczą po jej lewej, a ona siedzi skamieniała niczym dawno zmarły kosmiczny wędrowiec, który rozbił się na obcej planecie. Czterdzieści pięć sekund od przerwania połączenia. Ma wrażenie, że minęło czterdzieści pięć lat.

Dzwonek telefonu przywraca jej świadomość.

– Halo?

– Rachel?

– Tak.

– Tu doktor Reed. Spodziewaliśmy się ciebie o dziewiątej, ale nadal nie pojawiłaś się w rejestracji na dole.

– Nie wyrobię się. Korki – odpowiada.

– Nie ma sprawy. O tej porze to piekło na ziemi. Kiedy możemy się ciebie spodziewać?

– Słucham? Znaczy się... Ja dzisiaj nie przyjdę. Nie mogę.

– Naprawdę? Och, ale... Czy w takim razie możemy się spotkać jutro?

– Nie. Nie w tym tygodniu.

– Rachel, powinnaś przyjść, żeby porozmawiać o wynikach badania krwi.

– Muszę kończyć – mówi Rachel.

– Posłuchaj, nie lubię mówić o tych sprawach przez telefon, ale w ostatnim badaniu pojawił się bardzo wysoki poziom markera CA piętnaście-trzy. Naprawdę musimy to...

– Nie mogę przyjechać. Do widzenia, pani doktor – mówi Rachel i się rozłącza. W lusterku wstecznym widzi migające światła. Wysoki, ciemnowłosy policjant w mundurze stanu Massachusetts wysiada z radiowozu i zbliża się do jej volvo 240.

Rachel siedzi nieruchomo, kompletnie zagubiona, a łzy ciekną jej po twarzy.

Policjant stuka w szybę, a ona po chwili wahania ją otwiera.

– Proszę pani – mówi oficer i w tym momencie dostrzega, że Rachel płacze. – Eem, proszę pani, czy ma pani problem z autem?

– Nie. Przepraszam.

– Na tym poboczu mogą się zatrzymywać tylko pojazdy uprzywilejowane.

Powiedz mu, myśli. Powiedz wszystko. Nie, nie mogę, oni ją zabiją, ta kobieta naprawdę to zrobi.

– Ja wiem, że nie powinnam tu parkować. Rozmawiałam przez telefon z moją onkolog. Chyba... chyba mam nawrót raka.

Policjant ze zrozumieniem powoli kiwa głową.

– Czy czuje się pani zdolna kontynuować jazdę w tym stanie?

– Tak.

– Nie wypiszę mandatu, ale muszę prosić, żeby pani ruszyła. Zatrzymam inne pojazdy, aż wjedzie pani na pas.

– Dziękuję panu.

Przekręca kluczyk i stare volvo niechętnie wraca do życia. Policjant zatrzymuje samochody na skrajnym pasie, a ona bez trudu włącza się do ruchu. Dwa kilometry dalej skręca w zjazd. Na południe od tego miejsca jest szpital, gdzie może mogliby jej pomóc, ale teraz jej to nie obchodzi. Zupełnie. Jedyną liczącą się we wszechświecie rzeczą jest odzyskanie Kylie.

Skręca na drogę I-95 na północ i wyciska z volvo siódme poty.

Z lewego pasa na środkowy, ze środkowego na prawy, najszybszy.

Sto kilometrów na godzinę, sto dziesięć, sto dwadzieścia, sto dwadzieścia sześć, sto trzydzieści.

Silnik wyje, ale Rachel myśli tylko: dalej, dalej, dalej!

Zmierza na północ, bo tam są sprawy, którymi musi się zająć. Wziąć kredyt. Kupić telefony. Załatwić pistolet i wszystko inne, by odzyskać córkę.

5

Czwartek, godzina 9.01

Zdarzenia potoczyły się niesamowicie szybko. Padł strzał, ruszyli. Jak długo jechali? Kylie straciła rachubę. Siedem, może osiem minut, później skręcili w węższą drogę. Samochód przemierzył podjazd i stanął. Kobieta zrobiła jej zdjęcie i wysiadła, by porozmawiać przez telefon. Pewnie z jej mamą albo tatą.

Kylie siedzi na tylnym siedzeniu z mężczyzną, który ciężko oddycha, cicho klnie i wydaje z siebie dziwne zwierzęce jęki.

Ewidentnie nie mieli w planach strzelania do policjanta. Mężczyzna źle to znosi.

Kobieta wsiada z powrotem do samochodu.

– Dobra, gotowe. Wszystko rozumie i wie, co ma robić – mówi. – Zabierz małą do piwnicy, a ja ukryję auto.

– Dobrze – odpowiada mężczyzna niewyraźnym głosem. – Musisz wysiąść, Kylie. Otworzę ci drzwi.

– Dokąd idziemy? – pyta Kylie.

– Urządziliśmy ci taki mały pokoik. Nic się nie martw – mówi mężczyzna. – Świetnie sobie radzisz.

Czuje, że porywacz sięga nad nią ręką i rozpina jej pas. Ma kwaśny, odrażający oddech. Drzwi się otwierają.

– Nie zdejmuj opaski. Celuję w ciebie z pistoletu – mówi kobieta.

Kylie kiwa głową.

– No, na co czekasz? Ruszaj się! – W głosie tamtej dźwięczą ostre, histeryczne nuty.

Kylie opuszcza nogi na ziemię i zaczyna wstawać.

– Uważaj na głowę, proszę – mówi cicho mężczyzna.

Kylie powoli i ostrożnie się prostuje. Próbuje wychwycić hałas autostrady albo jakieś inne dźwięki, ale nic nie słyszy. Żadnych samochodów, ptaków czy znajomego szumu fal na brzegu Atlantyku. Zajechali daleko w głąb lądu.

– Tędy – mówi mężczyzna. – Wezmę cię za ramię i poprowadzę na dół. Nie próbuj żadnych sztuczek. Nie miałabyś dokąd uciec, a oboje jesteśmy gotowi cię zastrzelić, jasne?

Kiwa głową.

– Odpowiedz mu – żąda kobieta.

– Nie będę próbowała uciec – mówi Kylie.

Dochodzi ją dźwięk odsuwanej zasuwy i otwieranych drzwi.

– Uważaj, stopnie są stare i dość strome – ostrzega mężczyzna.

Kylie powoli schodzi po drewnianych schodach, a on podtrzymuje ją za łokieć. Kiedy docierają na dół, pod stopami wyczuwa beton. Niedobrze. Gdyby to była przestrzeń na orurowanie jak pod jej domem, poczułaby tylko ziemię i piasek. Przez ziemię można się przekopać. Przez beton nie.

– Tutaj – mówi mężczyzna, prowadząc ją przez pokój. To ewidentnie piwnica. Piwnica odludnego domu gdzieś w głębi lądu.

Kylie myśli o matce i szloch wzbiera w jej gardle. Biedna mama! Niedługo ma zacząć nową pracę. Dopiero na nowo układa sobie życie po raku i rozwodzie. To nie fair.

– Usiądź tutaj – poleca człowiek. – Na podłodze jest materac.

Kylie siada na materacu i wyczuwa prześcieradło oraz śpiwór.

Słyszy pstryknięcie migawki aparatu kobiety.

– Dobra, ja teraz idę do domu, żeby to wysłać i sprawdzić Wickra. Mam cholerną nadzieję, że nie są na nas wściekli – rzuca kobieta.

– Nie mów im, że coś poszło źle. Powiedz, że wszystko idzie zgodnie z planem.

– Wiem! – odcina się tamta.

– Będzie dobrze – mówi mężczyzna bez przekonania.

Kylie słyszy, że kobieta wbiega po drewnianych schodach i zamyka drzwi piwnicy. Została sam na sam z mężczyzną i to ją przeraża. Może z nią teraz zrobić, co zechce.

– Dobrze – mówi mężczyzna. – Możesz już zdjąć opaskę.

– Nie chcę zobaczyć pana twarzy – odpowiada Kylie.

– W porządku, założyłem kominiarkę.

Zdejmuje opaskę. Tamten stoi obok niej z pistoletem w dłoni. Nie ma już na sobie kurtki. Nosi dżinsy, czarny sweter i ubrudzone gliną oraz błotem mokasyny. Grubszy, duży facet po czterdziestce, może koło pięćdziesiątki.

Piwnica jest prostokątna, jakieś sześć na dziewięć metrów. W jednej ścianie ma dwa małe, kwadratowe okienka zapchane liśćmi. Betonowa podłoga, materac, obok lampka. Zostawili jej śpiwór, wiadro, papier toaletowy, kartonowe pudło i dwie duże wody mineralne. Pod ścianą stoi jeszcze stary żeliwny piecyk, w odległym rogu bojler – poza tym piwnica jest pusta.

– Będziesz tu mieszkać przez kilka najbliższych dni. Dopóki twoja matka nie zapłaci okupu i nie spełni jeszcze kilku innych warunków. Spróbujemy tak to urządzić, żeby było ci jak najwygodniej. Na pewno jesteś przerażona. Wyobrażam sobie... – mówi, lecz załamuje mu się głos. – Nie nawykliśmy do tego, Kylie. My tacy nie jesteśmy. Zmuszono nas. Musisz to zrozumieć.

– Dlaczego mnie porwaliście?

– Matka wyjaśni ci wszystko, jak do niej wrócisz. Moja żona nie chce, żebym ci o tym opowiadał.

– Wydaje się pan milszy niż ona. Czy na pewno nie mógłby mnie pan...?

– Nie. Jeżeli spróbujesz uciec, to... ehm... to cię zabijemy. Mówię serio. Sama wiesz, do czego jesteśmy z... zdolni. Byłaś przy tym, słyszałaś. Ten biedny facet... Boże... Załóż to na lewy nadgarstek – mówi, podając jej kajdanki. – Dość ciasno, by nie móc uciec, ale żeby cię nie gniotło. Dobra. Jeszcze ciaśniej. Pokaż.

Porusza jej ręką, sprawdza luz i trochę mocniej zamyka obręcz kajdanek. Drugą z nich przypina do ciężkiego metalowego łańcucha, którego koniec mocuje kłódką do żeliwnego piecyka.

– Masz jakieś trzy metry łańcucha, więc możesz tu trochę chodzić. Popatrz tam, w stronę schodów. Widzisz? To kamera. Będziemy cię mieć stale na oku. Nie wyłączymy świetlówki, więc wszystko zobaczymy. Dlatego nie próbuj uciec, dobrze?

– Dobrze.

– Masz tu śpiwór i poduszkę. W pudełku są przybory higieniczne, więcej papieru toaletowego, krakersy i książki. Lubisz Harry’ego Pottera?

– Tak.

– Tu jest cała seria. I trochę starszych rzeczy. Dobre książki dla dziewczynki w twoim wieku. Wiem, o czym mówię, jestem nau... Ehm, dobre książki – mówi.

Jestem nauczycielem angielskiego? To chciał powiedzieć? – zastanawia się Kylie.

– Dziękuję – mówi. Bądź uprzejma, powtarza sobie. Bądź dobrą, przerażoną dziewczynką, która nie zamierza im sprawiać żadnych kłopotów.

Mężczyzna kuca przy niej z wciąż wycelowanym w nią rewolwerem.

– Jesteśmy w lesie. Na końcu prywatnej polnej drogi. Jeśli będziesz krzyczeć, nikt cię nie usłyszy. Parcela jest wielka, a wokół same drzewa. Ale jeśli krzykniesz, zobaczę to i usłyszę przez kamerę. Nie zamierzam ryzykować – zejdę na dół i cię zaknebluję, a żebyś nie mogła wyjąć knebla, skuję ci ręce za plecami. Rozumiesz?

Kylie potakuje.

– A teraz wywróć kieszenie i podaj mi swoje buty.

Wywraca kieszenie na drugą stronę. I tak ma w nich tylko pieniądze, żadnego scyzoryka ani telefonu. Telefon został przy drodze na Plum Island.

Mężczyzna wstaje, chwiejąc się lekko.

– Chryste panie... – mówi do siebie i głośno przełyka ślinę. Rusza schodami w górę, kręcąc głową, jakby sam nie wierzył we własne czyny.

Gdy drzwi zostają zamknięte, Kylie kładzie się na materacu i robi wydech.

Znowu zaczyna płakać. Łka, aż już dłużej nie może, po czym siada i patrzy na dwie butelki wody. Może chcą ją otruć? Nakrętki są nienaruszone. To Poland Spring, popularna marka. Pije chciwie, lecz po chwili się powstrzymuje.

A jeśli on nie wróci? Jeśli ta woda będzie musiała jej wystarczyć na kilka dni albo tygodni?

Patrzy do wnętrza pudła. Dwie paczki krakersów, snickers i pudełko chipsów Pringles. Szczoteczka, pasta, papier toaletowy, nawilżane chusteczki i kilkanaście książek. Poza tym blok rysunkowy, dwa ołówki i karty do gry. Obraca się plecami do kamery i próbuje otworzyć zamek w kajdankach za pomocą ołówka, ale poddaje się po dziesięciu sekundach. Musiałaby mieć spinacz albo coś podobnego. Przegląda książki. Harry Potter, J.D. Salinger, Harper Lee, Herman Melville, Jane Austen. Tak, to chyba faktycznie nauczyciel angielskiego.

Upija jeszcze łyk wody, odwija trochę papieru z rolki i ociera łzy.

Kładzie się na materacu. Jest zimno. Wchodzi do śpiwora i kuli się tak, by kamera nie mogła jej zobaczyć.

Czuje się bezpieczniej.

Jeżeli jej nie widzą, to dobrze. Trik z kreskówki. Nie widzę cię, znaczy – nie istniejesz.

Czy mówili prawdę, że nie chcą jej skrzywdzić? Wierzysz ludziom, dopóki nie pokażą, że potrafią być naprawdę źli.

Ale przecież już pokazali, prawda?

Ten policjant... Pewnie już nie żyje albo właśnie umiera. O Boże.

Na wspomnienie wystrzału ma ochotę krzyczeć. Krzyczeć i wołać, żeby ktoś przyszedł i ją ocalił.

Pomocy, pomocy, pomocy! – porusza ustami, ale nie wypowiada słów na głos.

O Boże, Kylie, jak mogło do tego dojść? Ostrzegali cię: nie wsiadaj do obcych samochodów. Nigdy nie wsiadaj do samochodu z obcymi ludźmi. Codziennie zostaje porwana jakaś dziewczynka i prawie żadna nie wraca.

Choć jednak niektórym się to udaje. Wiele zaginęło na zawsze, ale nie wszystkie. Część wróciła do domu.

Elizabeth Smart – tak się nazywała ta mormonka. W wywiadzie wypowiadała się z godnością i spokojem. Powiedziała, że w takich sytuacjach zawsze należy zachować nadzieję. Czerpała ją z religii.

Ale Kylie żadnej nie wyznaje, co jest ewidentnie winą jej rodziców.

Tak tu klaustrofobicznie...

Odsuwa połę śpiwora, bierze kilka panicznych oddechów i znów rozgląda się po pokoju.

Naprawdę ją obserwują?

Na pewno początkowo będą to robić. Ale o trzeciej w nocy? Może dałaby radę przesunąć piec. Może znajdzie gdzieś jakiś stary gwóźdź do otwarcia zamka. Poczeka. Zachowa spokój i poczeka. Spogląda do pudełka, znajduje tam kartki i podkładkę.

Pomocy, jestem uwięziona w piwnicy, pisze, ale nie ma nikogo, komu mogłaby wręczyć notatkę.

Wyrywa kartkę i zgniata ją w kulkę.

Zaczyna rysować. Rysuje sufit grobowca Senenmuta, który widziała w książce o Egipcie. To ją trochę uspokaja. Rysuje księżyc i gwiazdy. Egipcjanie wierzyli, że życie pozagrobowe toczy się właśnie wśród gwiazd. Ale przecież po śmierci nic nie ma, prawda? Babcia wierzy w życie wieczne, lecz poza nią już nikt z rodziny. Bo to w końcu nie ma sensu. Kiedy cię zabiją, to umierasz, i już. Może za sto lat znajdą twoje ciało w lesie, ale nikt nie będzie pamiętał, kim byłaś albo że w ogóle zaginęłaś.

Zostajesz wymazana z historii jak rysunek na potrząśniętym magicznym ekranie.

– Mamo – szepcze – pomóż mi. Proszę, pomóż mi. Mamo!

Ale wie, że żadna pomoc nie nadejdzie.

6

Czwartek, godzina 9.16

Rachel wraca do domu na Plum Island i pada na kuchenną podłogę. Osuwa się na nią bez sił. Nie mdleje, po prostu nie potrafi dłużej ustać na nogach. Leży na linoleum jak nierówny pytajnik. Serce jej wali, gardło ma ściśnięte. Czuje się tak, jakby miała dostać zawału.

Nie może sobie pozwolić na zawał serca. Musi uratować córkę.

Siada, próbuje wyrównać oddech i myśleć.

Powiedzieli, żeby nie dzwonić na policję. Pewnie boją się policji.

Policja będzie wiedziała, co robić. Prawda?

Sięga po telefon, ale zatrzymuje się w pół ruchu. Nie. Nie śmie ryzykować.

Nie dzwoń na policję. Żadnej policji. Jeśli odkryją, że to zrobiła, natychmiast zabiją Kylie. Usłyszała to w głosie tamtej kobiety. Brzmiała w nim desperacja. Determinacja. Zrobi to, a potem porwie kolejną ofiarę. Trudno uwierzyć w istnienie tego całego Łańcucha, to czyste wariactwo, ale... głos tej kobiety... Chyba mówiła prawdę. Łańcuch i jego moc ewidentnie ją przerażały. Wierzyła w niego.

I ja też wierzę, myśli Rachel.

Ale nie musi się z tym borykać sama. Potrzebuje pomocy.

Marty. On będzie wiedział, co robić.

Wciska guzik szybkiego wybierania, pod którym ma numer Marty’ego, lecz od razu włącza się poczta głosowa. Próbuje znowu, z takim samym skutkiem. Przewija listę kontaktów i wybiera numer jego nowego domu w Brookline.

– Halooo? – słychać śpiewny głos Tammy.

– Tammy? – pyta Rachel.

– Taa, kto mówi?

– Tu Rachel. Próbowałam złapać Marty’ego.

– Nie ma go w mieście.

– Tak? A dokąd pojechał?

– Do tego, no, jak to się nazywa...?

– Do pracy?

– Nie. No wiesz... tam, gdzie grają w golfa.

– Do Szkocji?

– Nie! Tam, gdzie jeżdżą całą grupą. Strasznie się ekscytował.

– Kiedy on zaczął grać w... Nieważne. Posłuchaj, Tammy, muszę go złapać, mam pilną sprawę, ale nie mogę się dodzwonić.

– Pojechał tam z ludźmi z firmy. To wyjazd integracyjny, więc musieli oddać komórki.

– Tammy, ale gdzie to jest? Proszę cię, pomyśl.

– Augusta! Jest w Auguście. Mam tu gdzieś chyba zapisany numer, jeśli potrzebujesz.

– Bardzo.

– Dobra, poczekaj, niech spojrzę... Mam. – Odczytuje numer.

– Dzięki, Tammy. To ja już tam dzwonię.

– Poczekaj, co to za pilna sprawa?

– Och, w sumie nic takiego, problem z dachem, cieknie. Nic wielkiego. Dziękuję – mówi i się rozłącza.

Wykręca numer otrzymany od Tammy.

– Hotel Gleneagle w Auguście – mówi recepcjonistka.

– Chciałabym rozmawiać z Martym O’Neillem. Jestem jego, ehm, żoną i zapomniałam, w którym pokoju się zatrzymał.

– Chwilkę, zobaczmy... siedemdziesiąt cztery. Połączę panią.

Pracowniczka łączy Rachel, ale Marty’ego nie ma. Rachel znów dzwoni na recepcję i prosi o przekazanie, żeby Marty oddzwonił, gdy tylko wróci.

Rozłącza się, wciąż siedząc na podłodze.

Jest oszołomiona, niema z przerażenia.

Na świecie jest tylu ludzi, którzy aż się proszą o powrót złej karmy – dlaczego coś takiego przytrafiło się akurat jej, zwłaszcza po wszystkim, przez co przeszła w ostatnich latach? To nie fair. A biedna Kylie jest tylko małą dziewczynką, ona...

Telefon dzwoni na podłodze obok niej. Podnosi go i patrzy na ekran: znów numer zastrzeżony.

Tylko nie to.

– Dzwonisz do byłego męża? – odzywa się przerażający, zniekształcony głos. – Naprawdę chcesz to teraz zrobić? Możesz mu zaufać? Powierzyć życie swoje i swojego dziecka? Jeśli coś komuś wygada, Kylie zginie i ciebie też chyba będziemy musieli zabić. Łańcuch zawsze się chroni. Lepiej to przemyśl, nim znowu gdzieś zadzwonisz.

– Przepraszam... Ja nie... Nie udało mi się z nim połączyć. Zostawiłam wiadomość. Po prostu... Nie wiem, czy dam radę sama, ja...

– Być może później pozwolimy ci skorzystać z pomocy. Będziesz mogła skontaktować się z nami i poprosić o zgodę. Ale teraz dla własnego dobra z nikim nie gadaj. Załatw pieniądze i zacznij wybierać cel. Dasz radę, Rachel. Widzieliśmy, jak udało ci się pozbyć tego gliniarza na autostradzie. Tak, widzieliśmy to. I będziemy cię uważnie obserwować do samego końca. A teraz ruszaj do roboty – mówi głos.

– Nie mogę – protestuje Rachel niewyraźnie.

Głos wzdycha.

– Nie werbujemy ludzi, których trzeba ciągle prowadzić za rączkę. To dla nas zbyt wyczerpujące. Wybieramy takich, którzy potrafią się sami ogarnąć. Przedsiębiorczych. Ty do nich należysz, Rachel. Wstawaj z tej cholernej podłogi i weź się do dzieła!

Połączenie zostaje przerwane.

Rachel z przerażeniem patrzy na aparat. Oni naprawdę ją obserwują. Wiedzą, do kogo dzwoni, wiedzą, co robi.

Odsuwa od siebie iPhone’a, wstaje i idzie do łazienki, chwiejnie niczym ofiara oddalająca się z miejsca wypadku samochodowego.

Puszcza wodę w umywalce i ochlapuje sobie twarz. Ani tu, ani w pozostałych pomieszczeniach domu, poza pokojem Kylie, nie ma luster. Pozbyła się ich, by nie patrzeć na straszne widowisko, jakim jest proces utraty włosów. Oczywiście nikt z rodziny nie pozwolił jej uwierzyć, że umrze. Jej matka, pielęgniarka, wyjaśniła, że raka piersi w fazie IIA skutecznie się leczy za pomocą radykalnej, celowanej operacji, radioterapii i chemioterapii. Jednak przez pierwszych kilka tygodni Rachel widziała, że gaśnie, znika, marnieje, kiedy obserwowała się w lustrze łazienki.

Pozbycie się luster stanowiło ważny krok w rekonwalescencji. Nie musiała oglądać okropnego szkieletu, którym stała się podczas mrocznych dni chemii. Uzdrowienie nie zakrawało może na cud – odsetek osób przeżywających pięć lat po diagnozie fazy IIA wynosi 90 procent – ale przecież zawsze mogła trafić do tych dziesięciu, prawda?

Wyłącza wodę.

Dobrze, że nie ma lustra, bo Lustrzana Rachel patrzyłaby teraz na nią oskarżycielsko swoim martwym wzrokiem. Pozwoliłaś trzynastolatce siedzieć samotnie na przystanku. Sądzisz, że doszłoby do czegoś takiego, gdyby była z Martym?

Nie. Nie doszłoby. Nie pod jego opieką. Co innego pod twoją, Rachel. Bo, spójrzmy prawdzie w oczy, jesteś niedorajdą. Pomylili się co do ciebie. Tragicznie się pomylili. Masz trzydzieści pięć lat i dopiero zaczynasz pierwszą poważną pracę. Na co czekałaś? Tyle zmarnowanego potencjału. Korpus Pokoju? Kto wstępuje do Korpusu Pokoju? Tyle lat zaprzepaszczonych na tułaczce po Gwatemali z Martym. Wzięłaś się do roboty dopiero wtedy, kiedy to on postanowił, że chce studiować prawo.

Dotąd udawało ci się wszystkich oszukać, ale tak naprawdę jesteś zwykłą niedorajdą i teraz twoja biedna córeczka za to płaci.

Rachel wskazuje palcem miejsce, w którym kiedyś wisiało lustro.

Ty tępa suko. Szkoda, że nie zdechłaś. Szkoda, że nie znalazłaś się w tych dziesięciu zdychających procentach!

Zamyka oczy, oddycha głęboko, liczy wstecz od dziesięciu i znów je otwiera. Biegnie do sypialni i przebiera się w czarną spódniczkę oraz białą bluzkę, które kupiła do pracy wykładowczyni. Wkłada elegancką skórzaną kurtkę, wybiera szpilki, które robią najelegantsze wrażenie, przeczesuje dłonią włosy i bierze torebkę. Kompletuje dokumenty finansowe i umowę o pracę z Newburyport Community College. Zabiera laptopa. Sięga po worek pełen paczek papierosów, które Marty kupił sobie przed egzaminem adwokackim, oraz szczelną torbę z pieniędzmi z ubezpieczenia od powodzi. Przebiega do kuchni, wpada w poślizg na szpilkach i prawie rozbija sobie czoło o okap kuchenny. Poprawia ubranie, chwyta telefon i biegnie do samochodu.

[...]