Wydawca ebooka: MUZA SA Wydawca audiobooka: Muza Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 642 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 16 godz. 45 min Lektor: Agata Kulesza

Opis ebooka Lampiony - Katarzyna Bonda

Trzecia z serii czterech książek o utalentowanej profilerce Saszy Załuskiej. Kolejne portrety psychologiczne zbrodniarzy krok po kroku prowadzą ją do odkrycia mrocznej tajemnicy z własnej przeszłości.

Hipnotyzująca Łódź, tajemnicze miasto, które nikomu, kto choć raz się w nim znalazł, nie da już o sobie zapomnieć. I Sasza Załuska, która będzie musiała stawić czoła szalonemu podpalaczowi.

"Lampiony" – kolejna po "Pochłaniaczu" i "Okularniku" część bestsellerowej serii "Cztery żywioły" Saszy Załuskiej.

Opinie o ebooku Lampiony - Katarzyna Bonda

Fragment ebooka Lampiony - Katarzyna Bonda

CZTERY ŻYWIOŁY SASZY ZAŁUSKIEJ

Tetralogia kryminalna

tom I

Pochłaniacz

POWIETRZE

tom II

Okularnik

ZIEMIA

tom III

Lampiony

OGIEŃ

wkrótce

tom IV

Czerwony pająk

WODA

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

© by Katarzyna Bonda

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Fotografie na okładce:

© Carlos Caetano/Arcangel Images

© Jag_cz/Shutterstock; Eky Studio/Shutterstock

W książce wykorzystano fragmenty następujących utworów:

Nowy dzień, Kamil Rutkowski (Zeus), s. 35, 65

Łódź, Julian Tuwim (Tekst © Copyright by Fundacja im. Juliana Tuwima i Ireny Tuwim, Warszawa 2006), s. 43, 48

Domek w górach, Kamil Rutkowski (Zeus), s. 65, 577

Iskry, Tomasz Jamroziński, utwór z tomu Przylądek do skrócenia, Olsztyn 2007, s. 95, 97

GangstaZ, Marcin Sprusiński (WuWunio), s. 96

Kochankowie z ulicy Kamiennej, słowa Agnieszka Osiecka(www.okularnicy.org.pl, muzyka Andrzej Solarz), s. 299–300

Ta książka jest fikcją literacką.

Ewentualne podobieństwo postaci, zdarzeń, okoliczności nie jest zamierzone i może być jedynie przypadkowe.

Natomiast niektóre elementy intrygi pochodzą z akt prawdziwych spraw kryminalnych. Poza tym historia opisana w powieści może nieco odbiegać od realiów.

ISBN 978-83-287-0384-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

WSZYSTKO RODZI SIĘ Z OGNIAI DO NIEGO POWRACA

Mieszkańcom Łodzi

Według Empedoklesa zasadę bytu tworzą cztery korzenie wszechrzeczy, nazywane też żywiołami, elementami lub pierwiastkami: powietrze, ziemia, ogień i woda. Elementy te są wieczne, bo „to, co jest”, nie powstaje, nie przemija i jest niezmienne. Z drugiej strony zmienność istnieje, bo nie ma powstawania czegokolwiek, co jest śmiertelne, ani nie jest końcem niszcząca śmierć. Jest tylko mieszanie się i wymiana tego, co pomieszane.

– Khaire. Czy wiesz, że skazano Herostratesa, podpalacza Artemizjonu?

– A na jaką karę? Z pewnością na śmierć, tak strasznego zbrodniarza.

– Owszem, a jego rodzinę sprzedano w niewolę, ale ponieważ dokonał tego czynu tylko dlatego, by stać się sławnym, w Efezie postanowili, że nikt nie będzie wymieniał jego imienia, aż w końcu wszyscy je zapomną.

– I mają po trzykroć rację. Przecież nikt nie będzie mówił o tym Herostratesie zbrodniarzu, oby jego imię zginęło w Tartarze. A teraz wybacz, przyjacielu, gdyż twa nowina tak mnie zainteresowała, że muszę wspomnieć o niej przyjaciołom.

Z. Kosidowski, Gdy słońce było bogiem, Warszawa 1966

Miasto składa się z ludzi różnego rodzaju; ludzie podobni nie mogą stworzyć miasta.

Arystoteles, Polityka, przeł. Aneta Konikowska

Prolog

Okolice Pruszcza Gdańskiego, 20 czerwca 2015

Droga zwężała się i kończyła bramą ze szpikulcami. Tu Sasza zatrzymała się, włączyła latarkę. Do pordzewiałej balustrady przytwierdzono tablicę: „Teren lotniska. Wstęp surowo wzbroniony”. Obok ostrzeżenia i zeżartych przez czas sygnatur Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych ciągnęły się kilometry zwalonej siatki, a za nią, aż po horyzont, w zarośniętych trawą pozostałościach po szkoleniowym lotnisku wojskowym ukrywały się śmigłowce szturmowe Mi-24 oraz Mi-2. Czterdziesta Dziewiąta Baza Lotnicza, zwana kiedyś 49. Pułkiem Śmigłowców Bojowych, jeszcze dekadę temu nie była oznaczona na mapie, jej współrzędne zaś pozostawały utajnione.

Załuska odpięła z kieszeni krótkofalówkę i wydukała idiotyczny kryptonim. Wszystkie wydawały się jej podejrzanie głupie, a do tego długie, trudne do zapamiętania w warunkach stresu oraz kłopotliwe, jeśli wziąć pod uwagę potencjalną dynamikę sytuacji. Mimo to powtórzyła zgodnie z zaleceniem:

– Sarna Dziewięć do Łysego Łosia, odbiór.

– Łysy Łoś, słyszę cię. Gdzie jesteś, Sarna? Odbiór.

– Zbliżam się do bazy. Dwie minuty. Bez odbioru.

Sasza przekroczyła siatkę i natychmiast zapadła się po kolana w mokrej brei. Czuła, jak spodnie przemakają, a do butów wlewa się woda. Kiedy próbowała wydostać się z jaru, omal nie zgubiła kalosza. W ostatniej chwili schwyciła go i wspięła się poza obręb fosy.

– Sarna Dziewięć, nie widzę cię – usłyszała.

– Ja ciebie też – powiedziała do siebie. A potem nacisnęła przycisk. – Podaj współrzędne.

Coś zatrzeszczało, rozległ się pisk. Straciła łączność.

Zdjęła gumowiec i wylała z niego wodę. Oświetliła przestrzeń przed sobą i zbadała teren, na ile pozwalał jej posiadany sprzęt. Poza fosą, do której wpadła, przestrzeń była płaska jak stół. O istnieniu dołu także powinna była pamiętać. Znała go z ćwiczeń. W dzień jednak wszystko wyglądało inaczej. A ta ciecz z pewnością nie była deszczówką. Cała Polska cierpiała suszę. Ktoś napełnił dół specjalnie. Ta sama osoba wskazała dokładnie to wejście na teren dawnego Amigazu, a wcześniej szkoleniówki pilotów MON. Załuska pomyślała, że trzeba mieć jej szczęście, żeby wybrać akurat to wejście. Gdyby wzięła udział w loterii, w której każdy los wygrywa, jej z pewnością okazałby się pusty. Przesunęła bejsbolówkę daszkiem do tyłu, włączyła czołówkę i ruszyła przed siebie. Było jej gorąco, jednak nie mogła zdjąć ekwipunku. Kamizelka kuloodporna pod polarem grzała jak skurwysyn.

– Sarna Dziewięć do Łysego Łosia – ponowiła komunikat kilkakrotnie. – Nie widzę cię.

Odpowiedziała jej cisza. Urządzenie zamokło, pomyślała w pierwszej chwili. Albo padły baterie. Całe szczęście na taką okoliczność miała w plecaku dwa komplety nowych. Przerzuciła krótkofalówkę na dziewiętnasty kanał i usłyszała rozmowę tirowców. A więc wyłączył się. Sprzęt ma sprawny. Chce, żebym go szukała. Wiedziała, że na czwórce czeka na nią wsparcie, ale jeszcze się zawahała. Musi najpierw spróbować sama.

Oczy przyzwyczaiły się już do ciemności. Szła teraz w miarę równo, zerkając co jakiś czas na kompas w zegarku. Woda chlupotała jej w butach, ale Sasza stąpała pewnie, czując już teraz twardy grunt pod stopami. Śmiglaki szturmowe stały pod chmurką, poprzykrywane jedynie brezentem. Poza hangarem Polowych Warsztatów Lotniczych nie było żadnych budynków ani przeszkód. Niestety nie było też człowieka, na którego liczyła. Mrok, cisza i niepewność wystarczały, by czuła się nieswojo. Wyjęła z kieszeni komórkę i spojrzała na martwy wyświetlacz. Miała zakaz włączania wszelkich urządzeń ze względu na możliwość zlokalizowania. Do tego była na podsłuchu. Choć to niezgodne z ustaleniami z odprawy, włożyła baterię do telefonu i nadal go nie włączając, ruszyła szybkim marszem przed siebie. Umówili się z Dziadkiem, jej oficerem prowadzącym, że gdy tylko włączy komórkę, odbiorą sygnał i zgarną ją natychmiast, niezależnie od przebiegu akcji. Wiedziała, że zanim sprzęt zaloguje się w sieci lokacyjnej, minie kilka minut. W tym czasie wiele może się zdarzyć, jeśli na przykład Łoś ma złe intencje. Ale wtedy, nawet gdyby została ranna, zwiększy swoje szanse na znalezienie. Broni ze sobą nie miała. Palnej, białej, nawet gazu pieprzowego. Facet, który chciał z nią rozmawiać, postawił twarde warunki.

– Łysy Łosiu, gdzie jesteś?

Zatrzymała się na jednym z większych pasów, po czym wyciągnęła lornetkę noktowizyjną. W zasięgu wzroku nie było nikogo. W oddali majaczył tylko stary hangar, ale nie poszła w tamtym kierunku. Zdjęła plecak, wyciągnęła z niego pakunek i zaczęła składać lampion w kształcie czerwonego serca, z ckliwym nadrukiem dedykowanym nowożeńcom. Wyprostowała cienką papierową czaszę do wysokości trzydziestu centymetrów, a potem podpaliła płomień na środku metalowej ramki. Musiała chwilę poczekać, by lampion się podgrzał, zanim łagodnie wzbił się w niebo.

Niech stare odejdzie, niech przyjdzie nowe, poprosiła w myślach.

– Wszystkim życzę wszystkiego dobrego – rzekła na głos.

Obejrzała się strachliwie, ale nie było opcji, żeby Łoś to usłyszał. Nie pojawił się znienacka za jej plecami, jak zwykle dzieje się w filmach. Mimo to czuła, że czerwieni się ze wstydu po czubki uszu. Nawet w takiej sytuacji wyszła z niej przesądna baba. Kiedy wypuszczała w niebo drugą sztukę i, już bez słowa, wpatrywała się, jak lampion dryfuje po czarnym niebie, usłyszała trzaski, a potem wyraźny dźwięk. Wiedziała, że tym razem informator jest bardzo blisko. Z całą pewnością nie siedzi w zdemolowanym hangarze. Tam co najwyżej znajduje się worek czarnego prochu z lontem przywiązanym do klamki. Nie zamierzała tego sprawdzać na własnej skórze. Wciąż liczyła, że nie opłaca mu się jej skasować.

– Łysy Łoś do Sarny Dziewięć, odbiór. Gdzie ty, kurwa, jesteś?

– Patrz w niebo, Łosiu – odparła i wyjęła papierosa. – Palę setki R1, więc masz o minutę więcej, niż jara się normalny pet. Mam jeszcze trzy lampiony. Potem się zmywam i zgłaszam fiasko w bazie.

– N54°22’34,1”, E18°28’19,1” – padło w odpowiedzi.

– Nie będę się z tobą ganiała. Wyłaź. Gdy wkoło gęsta ciemność, oko zaczyna widzieć.

– Minęłaś dół melioracyjny bez przeszkód?

– Tak, Łosiu, bądź dumny – powiedziała już bez nacis­kania przycisku w krótkofalówce, bo mężczyzna szedł w jej stronę. Musiał leżeć tutaj cały czas, przyczajony w wysokiej trawie, domyśliła się. I doskonale się bawić, kiedy Sasza krążyła wokół niego niczym ślepiec. – Wpadłam w twoją słabiutką pułapkę, ale jestem cała. Obsikałam sobie jedynie kolana.

– Odłóż papierosa!

Rzucił się na nią. Zapalniczka wypadła jej z ręki.

Sasza nie zdążyła odparować ataku. Uderzyła gnatami o asfalt. Poczuła, jak agresor osłania jej głowę, by nie gruchnęła czaszką, a po chwili owionął ją jego kwaśny oddech. Nie palił, to pewne, ale lubił pożywienie z surowej cebuli. Chwycił Saszę obiema rękami i odturlał od źródła ognia – nadpalonego papierowego serca, które właśnie spadło na trawnik, a potem zgasło – po czym drobiazgowo przeszukał. Dopiero kiedy upewnił się, że kobieta nie jest uzbrojona, puścił ją i odsunął się na bezpieczną odległość. Sasza ciężko dyszała. Podniosła się powoli i otrząsnęła jak pies po kąpieli w jeziorze, ale wciąż kręciło się jej w głowie od uderzenia o twardy grunt. Wreszcie usiadła w kucki na asfalcie. Odetchnęła ciężko i spojrzała pytająco w ciemność, z której przyszła.

– Co tam było? W tej wodzie.

Odwrócił głowę. Pomyślała, że powalił ją fachowo. Przeszukanie poszło mu nadzwyczaj sprawnie. Zastanowiła się, czy takie umiejętności są konieczne na morzu, czy może raczej pracują w podobnej firmie.

– Czego tam nalałeś i po co? – powtórzyła, tym razem z nutą wyrzutu w głosie.

– Eter dwuizopropylowy. Preparat studencki.

– Nie byłam zbyt dobra z chemii, ale korzystając z wrodzonej inteligencji, wnoszę, że powinnam je zdjąć? – Wskazała swoje spodnie. – Wpadłam w to, jak przewidziałeś. Po kolana. Gówniana sprawa by była, jakbym nagle wybuchła. – Przysunęła się do niego bliżej. Spojrzał na nią jak na wariatkę, ale nie odsunął się, więc dodała, siląc się na uśmiech: – A może lepiej nic nie ruszać?

– Eter dwuizopropylowy zazwyczaj daje głównie efekty dźwiękowe – burknął. Dopiero wtedy zaczęła się bać. – Chciałem wiedzieć na pewno, ile osób wchodzi. To taka bardziej pokazówka.

– Ale czasem można od tego oślepnąć albo stracić dwa palce? – mruknęła. – Wolę jednak mieć wszystkie dziesięć. I wszystkie dwie nogi.

Urwała, a następnie znieruchomiała niczym sfinks. O delikatnych inicjatorach nie wiedziała zbyt wiele, ale jak mawiał Jekyll, jej ulubiony ekspert kryminalistyki z Gdańska, na przykład jodek azotu eksploduje nie tylko od dotknięcia piórkiem, lecz także od krzywego spojrzenia. Wprawdzie pracownicy ISIS cały czas posługują się nadtlenkami acetonu albo urotropiny, bo łatwiej je samodziałowo bezpiecznie syntetyzować, ale przy ich produkcji ginie najwięcej konstruktorów. Nie miała ochoty dziś tak zacnie zasłużyć na niebo.

– Wywalczyłam ten kwit dla ciebie, szmaciarzu. – Była teraz wściekła. Mówiła powoli, zniżonym głosem, choć z każdą chwilą czuła coraz większy strach. Ręce jej drżały, na gardle zaciskała się obręcz grozy. – Czeka na ciebie gotów do złożenia w sądzie rodzinnym. Możesz wracać do kraju, zasrany bigamisto. Ale jeśli ja skończę w kawałkach, to ty z pewnością będziesz się modlił o piekło. Nie darują ci tego – dodała groźnie, ale biorąc pod uwagę swoją nadwyrężoną po nieudanej akcji w Hajnówce reputację, wcale nie była tego taka pewna.

Sasza bała się w życiu tylko dwóch rzeczy: wysokości i ognia. Nigdy dotąd nie znalazła się w sytuacji, kiedy musiałaby doświadczyć obu tych fobii jednocześnie. W razie wybuchu to z pewnością by się zmieniło. Poza tym skończyć jako puzzle to nie było to, o czym marzyła w dniu dzisiejszym. Nawet nie wpisaliby jej na honorową listę policjantów, którzy zginęli na służbie. Po sprawie Okularnika czekało ją wewnętrzne śledztwo i rozprawa dyscyplinarna. A jeśli coś pójdzie nie tak, a to pewne jak trzy plus dwa równa się pięć, wkrótce będzie musiała także przetrwać szereg rozpraw przed sądem. Jedyne, na co mogła liczyć, to utajnienie procesu. Wyrok będzie już jednak jawny i każdy dziennikarz zyska do niego dostęp. Nie wątpiła, że wielu nie może się już tego doczekać.

– Może był stary – wyszeptał Łoś i wskazał hangar. – Butle stały w magazynie ze dwadzieścia lat.

Sasza potarła ręce o spodnie. Ciecz była lekko śliska, w dotyku przypominała kamforę. Ale nie miała zapachu. Przez moment poważnie rozważała zdjęcie spodni, ale pod spodem miała jedynie wycięte figi, więc poprzestała na pozytywnym myśleniu i niewykonywaniu gwałtownych ruchów. A może to był tylko blef? Zwykła breja, a klient próbuje ją nastraszyć? Sasza miała kiedyś absztyfikanta – słuchacza medycyny. Bawili się z kumplami w doświadczenia pirotechniczne. Jeden z nich – zdrowy dwudziestolatek – po kontakcie z jakimś eterem nabawił się dychawicy oskrzelowej. Gdyby „zabawa” nie odbywała się w klinice, mogło się to nieciekawie skończyć. Ale czy to był eter dwuizopropylowy, czy jakiś inny – nie miała szansy zweryfikować. Starała się więc zachować spokój. Nic innego jej nie zostało. Jeśli chcesz pokonać swój strach, stań z nim twarzą w twarz. Zmierz się z nim.

– Jaką masz dla mnie informację, Łosiu? – zmieniła temat.

– Ryszard – przedstawił się. – Rychu Dźwiękoński. Od trzydziestu lat na morzu. Prawdę mówiąc, nie czuję się najlepiej na lądzie. Byłem bosmanem na największych polskich tankowcach.

– Nie ma już polskich tankowców. Wszystko przejęły zagraniczne konsorcja – fuknęła.

Zmierzył ją czujnym spojrzeniem.

– Dziś tak – potwierdził. I dodał z przekąsem: – Potem już pikowałem do dna. Chlanie, degradacja społeczna, finansowa ruina. Wreszcie zostały mi tylko śmieciówki na drobnicowcach za psi grosz. Klientela inna. Więcej chlania, degradacji i zero finansów. Rodzina mi się posypała, a potem i zdrowie. – Zawiesił się, dotknął twarzy, ale nie mogła niczego dostrzec w jego oczach, bo odwrócił głowę. – Generalnie miałem przerwę w życiorysie. Hibernowałem siedem lat w Grudziądzu, a potem jeszcze dwa karniaki w Szczecinie. Znów wóda. Bójka na morzu. Kolega wypadł za burtę. Winę przybili mnie, bo byłem najbardziej pijany. Tak trafiłem na zamek.

– Wzruszające – szepnęła Sasza. – Do puenty.

– W kiciu poznałem szefa mechaników „Czerwonego Pająka”.

Sasza podniosła głowę.

– Stara łajba naszpikowana elektroniką – kontynuował. – Spełnia funkcję morskiego drona wywiadowczego.

– Słynny statek współczesnych piratów. – Sasza zaśmiała się jak z dobrej bajki. – On nie istnieje.

– To nie legenda – rzekł marynarz i zawiesił głos. – Osobiście stałem za jego sterem i przetrwałem na nim wiele sztormów. Istnieje. W przeciwieństwie do jedynego mordercy, którego wymyśliły na potrzeby propagandy władze komunistyczne. Pewnie to nie przypadek, że tak się nazywa, bo stacjonuje na wodach terytorialnych na Morzu Czarnym, ale przemieszcza się i widziany był nawet wokół spornych wysp Senkaku. Początkowo większość załogi stanowili Polacy. Zresztą, jak wsiadałem na pokład w dwa tysiące dwunastym roku, wiedziałem dokładnie, czym się zajmują. Te kilka zabójstw, które cię interesują, to tylko odpryski. Głupie dzierlatki, ostatnie płotki w piramidzie żywienia. Ale może dlatego większość można udokumentować. Ja nie miałem wyboru. Nikt w kraju nie chciał mnie zatrudnić, a Niemiec, Grek czy Szwed wymagał referencji. Chciał, żeby znać języki. Te siedem lat w Grudziądzu nie pomagało. Żony krzyczały o zaległe alimenty. Komornik siedział na karku. Zresztą, tak po prawdzie, gdziekolwiek się ruszałem, tam chwytała mnie psiarnia. Po alko dostaję małpiego rozumu.

Sasza nie mogła dłużej tego słuchać. Przegoniła niechciany flesz, kiedy budziła się w sukience z poprzedniego wieczoru, z epickim kacem i obitą twarzą. Dopiero po jakimś czasie dowiadywała się, co nawywijała i skąd ma otarcia na policzku.

– Broń, kobiety, prochy… – Przerwała. – Co jeszcze?

– Moje zadanie polegało na technicznej obsłudze łajby – wykpił się.

– Ilu w tej grupie jest naszych?

– Większość zmieniła już paszporty, ale jest sporo nowego narybku. Choć konkurencję rodakom robią uchodźcy z Bliskiego Wschodu.

– Jak się nazywa ten facet? – Odchrząknęła. – Kolega spod celi. Z Grudziądza.

– To kobieta – odparł po namyśle. – Szefem mechaników na „Czerwonym Pająku” była wtedy kobieta.

Sasza nie ukrywała zdziwienia.

– Wstawiasz mi kit i myślisz, że uwierzę?

– Jak sobie chcesz – odburknął, ale po chwili dodał już łagodniej: – Zapytaj Dziadka. Ma jej akta.

– Nie omieszkam – przytaknęła. – Zależy, jak zamierzasz dokończyć te baśnie.

– Zatrzymali ją w Bangkoku, deportowali. Drobna sprawa o handel śniegiem. Wcześniej w papierach miała praktycznie czysto. Mówiła, że ją wystawili, na śpiocha. Zapisała się w pierdlu na kurs hiszpańskiego, studiowała historię dyplomacji w więziennej bibliotece i rozwiązywała zadania z chemii. Mówiła, że dla relaksu. Wtedy wszystkiego o niej nie wiedziałem. Prawdę mówiąc, później się to okazało, nic nie wiedziałem. Tylko tyle, ile sama chciała ujawnić. Pisaliśmy do siebie. Potem kilka miękkich widzeń… Nawet ślub miał się odbyć, ale wyszła pierwsza.

Sasza zmierzyła mężczyznę czujnym spojrzeniem. Speszył się. Był wysoki, żylasty. Zaniedbane uzębienie i wiele blizn na twarzy psuło ewentualny efekt. Trudno było dostrzec więcej w świetle latarki. Głos miał natomiast męski. Niski, stanowczy.

– To było wiele lat temu. Wyglądałem inaczej. Ona zresztą też. Sama mnie znalazła i ściągnęła do pracy. Okazało się, że jest już bardzo wysoko. Już nie byłem jej godzien.

– Czekaj, Łosiu, twierdzisz, że kobieta była szefem kolumbijskiego kartelu? Polka?

– To nie La China – zniecierpliwił się, jakby tłumaczył dziecku. – Nie ta liga, ale lubi być do niej porównywana. Też ma latynoskie korzenie. I była kiedyś znacznie ładniejsza. Odziedziczyła urodę po matce, blondynce z Sieradza. Prowadzi swój biznes. Można powiedzieć, że świadczy wyłącznie usługi transportowe. Działa na niezawisłych wodach terytorialnych. Otacza się prawnikami i analitykami. Ma ponoć doktorat z logistyki i filozofii, ale to blaga. Eva jest łebska, choć ma tylko licencjat z administracji. Krążą opowieści, że jej dziadek był piratem. To może być prawda, bo korzysta z kontaktów Rodriga Sancheza i jest w stanie opłacić wszystkich oraz szmugluje wszystko. Słono bierze za milczenie i daje siedemdziesięcioprocentowe gwarancje. Z ruskimi jest skonfliktowana i japońce na nią polują. Reszta pracuje z nią i tylko czeka, aż powinie się jej noga.

– A ty? Dlaczego chcesz ją wystawić? I jak zamierzasz to zrobić, skoro już nie jesteś jej godzien? – dopiekła mu.

– Z tobą nie będę o tym mówił – odparł i pochylił głowę jakby ze wstydem. – Jesteś za krótka.

– Może. Ale muszę coś wpisać w raporcie. Przecież nie to, że wnoszę o wyczyszczenie kwitów pijaka bigamisty, bo zna dziewczynę z Grudziądza. O przepraszam, tam razem siedzieliście, z Sieradza. Ponadto ma na imię Eva, a ty pewnie Adam. Raj ci uciekł sprzed nosa i się mścisz?

– Napisz, że wprowadzę cię na statek piratów. W tym bierze udział światowy biznes, ogromne korporacje. Handel ludźmi, zbrodnie, broń i narkotyki to wyłącznie konieczność. Funkcjonują głównie w czarnym internecie i mają najnowocześniejsze urządzenia, na jakie polski wywiad będzie stać za dwie dekady, ale wciąż mają bazy na morzu i robią narady, bo nic nie zastąpi kontaktu bezpośredniego.

– Słodka historyjka – mruknęła Sasza. – Może dokończymy te zeznania w biurze? Trochę mi zimno w tych mokrych galotach.

– Eva właśnie dostała wyłączność od Arabii Saudyjskiej i Emiratów, a oni dają dobre stawki. Wojna sporo kosztuje. ISIS wymaga wsparcia. Iran zakręcił kurek z forsą. Świat boi się islamu. Eva ma teraz dobry czas, ale panicznie boi się zamachu. Znów otacza się krajanami i starą gwardią odrzuconych, jak ja. Europol proponował mi zmianę tożsamości i operację plastyczną za jej wystawienie.

– Ale ty jesteś patriotą – żachnęła się Załuska i pomyślała, że dla Europolu Łoś pewnie też pracuje. W tej samej sprawie.

– Prom wychodzi z Gdyni. Przesiadka w Estonii, na pływającej dyskotece weekendowej. Będę tam, naszykuję szalupę.

– Kiedy?

– Dowiesz się w swoim czasie.

Nagle niebo rozbłysło tysiącem lampionów, które wznios­ły się w przestworza. Zrobiło się na chwilę jasno i Sasza dostrzegła, że mężczyzna rozgląda się niepewnie. Skulił się w sobie, zastygł w oczekiwaniu. Wiatr niósł lampiony wysoko, ale większość spadała na ziemię i szybko gasła.

– To ślub? – zadziwił się marynarz. – Ludzie nie wiedzą, co robić z hajsem.

– Biją rekord Guinnessa, Łosiu – odparła. – Dziś noc kupały.

– Jednak dobrze by było, gdybyś zdjęła te spodnie – powiedział, wskazując dogasające płomyki. – Nigdy nic nie wiadomo ze starymi preparatami studenckimi.

Odwrócił się do Saszy plecami. Ruch był dystyngowany, spojrzenie władcze i śmiałe. Sasza nagle nabrała pewności, że informator nie jest żadnym bosmanem. Byłeś na bank w służbach mundurowych, Łosiu, a może i wywiadowczych, pomyślała. Studia też masz skończone. Choć stylizacja przednia, nie powiem. Za to próby językowe na prostego kiepa słabo. Nie mówiąc już o tych malowanych na czarno zębach.

– Dzwoń po swoich – polecił, wskazując opadające wokół papierowe niedopałki. – I uprzedź, że w dole melioracyjnym są szklane pojemniki z krystaliczną substancją na dnie. Poproś łaskawie, by nie rzucali w nie kamieniami. Eter dwuizopropylowy daje tylko efekty dźwiękowe. Ale to w słojach to nie pokazówka.

– Znamy się? – Sasza zmarszczyła brwi. Coś jej świtało, ale nie była w stanie sobie niczego przypomnieć. – Dla kogo pracujesz?

– Tak jak i ty. Zawsze na swój rachunek.

– Pamiętam cię. – Nagle doznała olśnienia. – Anglicy cię wyhuśtali. Jesteś kretem!

– Anglicy mi nie uwierzyli. Jak kiedyś Karskiemu. Potem powiedzą: „Widziałem straszne, straszne rzeczy. Nie wierzyłem, że to jest możliwe, że on nie kłamie”. To jest dla mnie obrzydliwe. Oni wiedzą. Wiedzą i nic z tym nie robią. Tylko dlatego zgodziłem się na współpracę.

W tym momencie rozległ się huk. Dół melioracyjny musiał eksplodować. Potem na teren wpadła ekipa uzbrojonych po zęby ludzi w czarnych kombinezonach. Sasza została sprawnie odsunięta, Łoś zatrzymany i rzucony na glebę.

– Zmiana rozkazów – wyłowiła z krzyków ekipy szturmowej. – Mamy go skasować.

Sopot, 4 listopada 2015, godzina 3.00

Załuska kliknęła polecenie wydruku. Skończyła ekspertyzę dla stołecznej prokuratury i za chwilę miała ją wysłać. Choć profile wykonywała oraz przekazywała elektronicznie, zawsze wcześniej czytała dokument na papierze. Ogarniając całość tekstu wzrokiem, szybciej wyłapywała błędy. Nie spała drugą dobę i czuła to porządnie w kościach. Kiedyś mogła bezkarnie zarywać noce. Nie spała, nie jadła. Jechała na adrenalinie. Dziś po jednej nieprzespanej nocy od razu dostawała kataru. Nie ważyła się wtedy następnego dnia siadać za kółko, bo miała spowolnione reakcje i mroczki przed oczami – objawy suchego kaca, choć od lat nie tknęła alkoholu. Wiek zrobił swoje. Gdyby ktoś chciał ją wykończyć, starczyłoby wydać polecenie: zakaz spania. Znała wyniki badań naukowych. Mężczyźni radzili sobie z insomnią znacznie lepiej. Kobieca wersja Ala Pacino w słynnym thrillerze nie rozwiązałaby zagadki, tylko trafiła po piątej dobie pod kroplówkę.

Sasza chciała teraz jak najszybciej zamknąć sprawę i położyć się choć na kilka godzin. Była nocnym markiem, sową w ludzkiej skórze. Najwyższy poziom umysłowy osiągała mniej więcej około północy, ale macierzyństwo wymusiło korektę tak niezdrowego trybu życia. Codziennie wstawała o szóstej, budziła Karolinę na śniadanie i zawoziła ją na ósmą do szkoły. Problem polegał na tym, że choć wiedziała, iż czeka ją wczesna pobudka, siedziała po nocach, bo tylko w zupełnej ciszy była w stanie się skoncentrować. Takich zarwanych nocek miała na koncie przez dziewięć ostatnich lat bardzo wiele. Odsypiała czasem w dzień, ale nie zawsze było to możliwe. Dziś Karolina ma akademię i Sasza wespół z innymi matkami zobowiązała się przygotować poczęstunek po występie.

Zamierzała wyrwać się ze szkoły przed czternastą, bo godzinę później zaplanowano jej ostatnią rozprawę dyscyplinarną przed wydaniem orzeczenia. Dziadek był dobrej myśli, lecz Sasza nie radziła sobie z poczuciem winy. Żyła niby normalnie – dla Karoliny. Pracowała, bo pozwalało to płacić rachunki bez konieczności sięgania do rodzinnych pieniędzy. Poza tym ludzie tak bardzo się nie zmieniają, a jeden wyeliminowany nałóg czasem dobrze zastąpić następnym, byle nieco zdrowszym. Tyle że wraz z pamiętnym strzałem do Ducha Sasza zabiła w sobie resztkę wiary. Działała jak rozpędzony pociąg na automatycznym pilocie. Nic nie czuła. I nigdy dotąd nie czuła się tak pusta. Po spalonej akcji CBŚ przynajmniej cierpiała. Teraz wiedziała tylko, że siedzi na bombie. Że to pozorne ułożenie spraw jest jedynie odwleczeniem w czasie czekającej ją kary, która jest nieuchronna i sprawiedliwa. Sasza wreszcie zapłaci za swoje grzechy.

A cena za jej niesubordynację, głupotę i niepotrzebną brawurę – dziś tak oceniała swoje nieudolne śledztwo w Hajnówce – będzie słona. Nie było dnia, godziny, sekundy, by nie żałowała, że pojechała wtedy na skraj Puszczy Białowieskiej. Co gorsza, decyzja śledczych w tej sprawie mogła zaważyć nie tylko na jej życiu, ale też na przyszłości córki. Co będzie, jeśli pójdzie siedzieć? Znów Sasza obciążała małą swoimi demonami i gdyby mogła, sięgnęłaby po cokolwiek w płynie, proszku czy ampułce, by choć na chwilę znieczulić absurdalny ból istnienia, wymazać z pamięci błędy i pozwolić sobie na zapomnienie. Bardzo chciała znów odpłynąć, ale wiedziała, że powinna zostać ukarana, i tylko dlatego odsuwała od siebie czarne myśli na następny dzień. Trwała. Ryła w profilach. Jeździła tam, gdzie jej potrzebowano, gdzie nie była jeszcze spalona, i w zamrożeniu czekała na stryczek. Tylko czasem kombinowała, jak ochronić przed poniżeniem swoje dziecko, ale na razie nie znalazła jeszcze żadnej sensownej alternatywy. Dla siebie nie miała litości. Zasługiwała na pogardę i potępienie.

Tym bardziej powinna oddać za chwilę gotowy profil i iść spać. Może uratuje choć strzęp zawodowego honoru? Bzdura, już w siebie nie wierzyła. Dawniej solidnie wykonana robota była jedynym pewnikiem, gdyż efekt zależał wyłącznie od niej. Jej umiejętności, zaangażowania i aktualnie zastanych możliwości. Wszystkie inne sfery życia były w przypadku Saszy tylko chichotem losu. Nie miała żalu o to, że nie ułożyła sobie życia, że prawdopodobnie zawsze będzie sama. Miała pracę. Miała – czas przeszły. Dziś znów niczego nie była pewna.

Kliknęła ponownie polecenie „drukuj”. Zdjęła okulary. Przetarła szczypiące oczy. Szykował się ciężki dzień. Aż podskoczyła, kiedy na stole zawibrował telefon. Odczytała wiadomość: „Gdynia-Karlskrona (Stena Line), wyjazd 16 stycznia 2016 – godzina 18.00, przyjazd 7.00. Czas podróży 13 godzin. Bez gwarancji transportu auta”.

Nadawca się nie podpisał. Wiadomość wysłano z chmury adresowej: Magdalenasposob@icloud.pl. Łoś nie żył albo kiblował w oczekiwaniu na proces. O podobnych decyzjach nie informowano takich pionków jak ona. Dlatego Załuska była skołowana. Pomyłka? O tej godzinie? Potem na myśl przyszedł jej Dziadek, ale zaraz odsunęła to przypuszczenie. Stary wilczur składał po ciemku makarowa i wiedział, który przewód ładunku wybuchowego należy przeciąć, by uniemożliwić eksplozję, ale nie podejrzewała go o fascynację nowoczesnymi technologiami. Przeciwnie, podsłuchów, wirtualnego szpiegowania i namierzenia za pomocą urządzeń elektronicznych bał się bardziej niż swojego raka płuc.

Nocną ciszę przecinały jedynie pomruki drukarki, która przeszła ze stanu uśpienia w tryb pracy. Poszło kilka pierwszych stron, a potem rozległ się głośny pisk. Urządzenie domagało się papieru. Sasza włożyła do podajnika nową ryzę i – raczej z nudów niż ciekawości – wstukała w wyszukiwarkę adres nadawcy esemesa. Otworzyła się strona popularnej youtuberki. Utapirowana miss prywatnego liceum z opaską à la Myszka Miki wygłupiała się z kolegami w koszulkach od Laurenta. Ekipa była ładniutka, wymuskana i zbyt narcystyczna, by kiedykolwiek zetrzeć naskórek na dłoniach pracą fizyczną. Dzieciaki z porządnego domu, które robią psikusa swojej bonie. Nawet rzucane z emfazą nieliczne przekleństwa brzmiały jak wyreżyserowane. Były jak zagięcia na śnieżnobiałej koszuli prosto z pralni od przed chwilą zdjętej marynarki. Arcygłupie gagi szmuglowane do sieci na wypasionych tabletach, telefonach i odzieniu, w którym się lansowali przed kamerkami internetowymi. Wstrząśnięta cola, którą wymuskany brunet z „alfem” na głowie próbował wypić z gwinta na designerskim tarasie. Polewanie płynem do mycia naczyń zapatrzonego w monitor kumpla odzianego jedynie w patelnię z wizerunkiem Tedego. Żarty w trakcie wypróżniania się, wąchanie skarpet, a do tego filmiki parodiujące zbrodnie dawnej Al-Kaidy, nagrywane w nowoczesnych apartamentach rodziców bananowej młodzieży, pieczołowicie wyreżyserowane i wpuszczane do internetu.

Choć słowo „spontan” padało co chwila, nic tu nie było naturalne. „Wbijajcie”, „łapki”, „jak ja dziś okropnie wyglądam”, „zróbcie dzióbek, dajcie lajka” – narzekali młodzieńcy i dawali się szminkować młodszej siostrze, „bo żaden polski jutuber jeszcze tego nie zrobił”. Udawali wyluzowanych i pewnie za takich uważała ich szkolna brać, ale co drugi post był reklamą telefonów komórkowych czy zdrapek. Wszystko skierowane do dopiero co zarejestrowanego w USC lub nienarodzonego jeszcze użytkownika wraz z linkiem do megapromocji, który zasłaniał cały ekran. Najgorsze były te żebry o lajki. Jakby za tą fasadą ślicznotek obojga płci kryły się kompleksy, o których można zapomnieć tylko wtedy, gdy dwieście tysięcy ziomków polubi twój post „elo, kto mi zrobi pranie”.

Zmontowane perfidnie snapy z pewnością bawiły licealistów, natomiast Sasza, jak na starego piernika przystało, zastanawiała się, w jakim świecie będzie żyła jej córka. Bo przecież nie o pranie, metki, łapki ani liczbę wejść tutaj chodzi, lecz o to co zwykle – kasę. Twardą, nieśmiertelną prawdę, która się nie dezaktualizuje i nigdy nie wychodzi z mody. Rozumie to też stara baba Załuska. Wszak gdy you­tuberka się martwi: „LOL wam też nie działa przycisk lubie to” (rzecz jasna bez polskich znaków i takich utrudnień jak przecinki, wielkie i małe litery, których wbicie na iPhonie wymaga ociupinę wysiłku w przeciwieństwie do emotikonów, zastępujących komunikację werbalną i sprowadzających świat do „lubię to”, „całym sercem kocham” czy „haha”), to spada jej klikalność i jutro koncern nie da nowego telefonu do testowania.

Wtedy od Magdaleny Sposób przyszła druga wiadomość. Sasza bez wahania odpaliła wideo na telefonie. Zobaczyła mieszkanie spowite w ciemności. Długi korytarz, zarys starych mebli. Na łóżku kształt ludzkiego ciała, ale może to był jedynie zwinięty koc. Oko kamery poruszało się ku jasnej plamie światła w głębi. Po chwili Załuska zidentyfikowała biurkową lampkę. Za nią zaś wzorzystą zasłonę, której deseń w romby od lat nosiła na własnych plecach jak tatuaż 3D. A potem zobaczyła wychudzoną kobietę w rozdartej koszuli w kratę, zakneblowaną i przywiązaną do krzesła. Osoba nagrywająca podeszła bliżej. Schwyciła nieprzytomną zakładniczkę za włosy, zbliżyła kamerę do posiniaczonej twarzy. Półprzymknięte oczy, skrzepy krwi w okolicy ust i nosa. Żadnej reakcji. Bezwładne ciało trzymało się w pionie wyłącznie dzięki więzom u kostek oraz nadgarstków. Sasza z trudem rozpoznała w młodej kobiecie siebie. Potem ktoś zaatakował operatora. Kamera chyba upadła. Słychać było szamotaninę, a potem film się urywał i jak na snapie pojawiały się na ekranie animowane serduszka, trupie czaszki i napis koślawymi literami: „Film się spodobał? No to liczę na łapkę w górę i subskrypcje mordo:) Jeśli chcesz więcej odcinków, zostawiaj lajka. #CzeP”.

Sasza z trudem łapała powietrze. Chwyciła się za brzuch. Odłożyła komórkę na stół i wpatrywała się w nią z niedowierzaniem, jak patrzy się na przyjaciela zdrajcę. Było zbyt wcześnie, by dzwonić do Dziadka. Zresztą nie wiedziała, czy powinna go o tym informować. Czy to była ona? Tak, zdecydowanie. To nie był fotomontaż. Gorączkowo ukła­dała w głowie fakty. Zapadła w stupor. Nie była w stanie się przebrać, wziąć prysznica. Położyła się więc, jak stała, zwinięta w kłębek, na podłodze koło biurka. Okryła kocem razem z głową i czekała, aż nadejdzie świt. Kolejna wiadomość przyszła, kiedy już było jasno. Sasza uruchamiała telefon trzęsącymi się dłońmi, jakby była w delirce.

Tym razem film był pozbawiony głosu. Dziwne i niewyraźne kadry robione kamerą czołową. Pomieszczenie spowijał dym, rozświetlony jedynie przenośnymi latarkami. Mnóstwo czerni, a potem znów mgła przecięta strugami wody. W tym świetle przypominającym miecze świetlne Jedi. Wreszcie obraz zmienił się w pomarańczową łunę. Osoba z kamerą na hełmie musiała wyjść z budynku. Teraz widać było w pełnej krasie rozmiary pożaru. Płomienie buzowały wybitymi szybami niczym jęzory rozwścieczonego potwora. Sasza momentalnie poczuła na swoim ciele tysiące igieł. Znów była w tamtym miejscu, w tamtym czasie. Rzuciła się do szafek kuchennych i zaczęła je przetrząsać w poszukiwaniu czegokolwiek, co ma w sobie alkohol. Kiedy znalazła pistacjowy koktajl na spirytusie, opróżniony zaledwie w jednej dziesiątej, bo na wakacjach we Włoszech nabyły go z córką, by dodawać do muffinek, ale wyszedł im zakalec, Sasza pośpiesznie odkręciła butelkę. Zadzwonił budzik. Wybiła szósta. Musiała budzić Karolinę, by zaprowadzić ją do szkoły. Kolejny raz dziecko uratowało Saszę przed jej demonami.

1. MENELE

Witam Cię ziomek w tym miejscu

Co nie generuje a degeneruje zwycięzców

Poczujesz to w powietrzu

Bo tu w człowieku dojrzewa pierwiastek

Którego nie znajdziesz u Mendelejewa

Od dziecka po trumnę od kołyski

Mówią Ci – nie pchaj się na piedestał

Musisz być skromny i zwykły, jak wszyscy

To syndrom Polski, wybij się wyżej a cię chwycą za kostki

Nam pozostaje to pierdolić bracie

Jebaną kulą w sercu mnie nie zatrzymacie

Słowa jak rapier papier tną, masz coś do nich?

Niejednego flow ocalił tu od paranoi

Z Sodomy do Gomory, dwa na dwa metry

Długopis, mikrofony, szatan dyktuje teksty

I dzięki, kto tu się lepiej sprzedał?

Tu ziom z tych osiedli, co ma plan jak się wkręcić do nieba

Bit na żywo z miejsca, co zła nie zna z dzienników

Skąd zwiewa wciąż w chuj moich rówieśników

Kwestia to moment wyczuć, prześlizgnąć się po fali

Przebić to czego inni nie zdołali

Pieprzyć to co za nami, bo tego jakby nie ma, nie?

Kto chce iść w przód patrzy w przód zamiast patrzeć wstecz

Wiem czego chcę, mam autorytet własny

I mam drabinę z liter co prowadzi mnie pomiędzy gwiazdy

Ref. x 2

(…)

To dla moich ludzi, bo już czas się obudzić

Przygotować się na nowy dzień, wiesz (…)

Nowy dzień, Zeus

Łódź, 22 grudnia 2015

Muzyka. Zapach pieczonki. Ciepło. Czyżby podły Bóg zamierzał upiększyć kolejny siajowy dzień mojego życia czymś dobrym? – pomyślał Bogumił Rakowiecki, zanim rozchylił powieki i uniósł brezent, którym był przykryty. Zaraz pożałował tej decyzji, gdyż do teleportacji nie doszło i nadal leżał w kałuży swoich wczorajszych rzygowin.

Brakowało dziesięciu minut do południa, a Tuwim przed hotelem Andel’s zdawał się lśnić w aureoli ognia. Chwilę potem rozległy się takty tanecznej muzyki, a nad Bogusiem znienacka zafurkotały fałdy żakardowej spódnicy z mnóstwem halki. Błysnęła koronka pończoch. Wokół tańczącej kobiety falowały języki ognia. Zdawało się, że panuje nad nimi, hipnotyczna i władcza niczym bogini Kali. Boguś przetarł oczy, lecz nie wylazł ze swej nory. Zebrał się jedynie w sobie i z uwagą obserwował wirujące płomienie.

– To nie delirka. Jesteś jeszcze pijany, brachu – zamruczał do siebie, choć muzyka skutecznie zagłuszała jego tombakowe bon moty.

Cytrynówko absolutna, żono moja, bywasz czasem litościwa dla starego dziada. Jak dobrze obudzić się dla odmiany bez widoków na robactwo i szczury. I by ten moment trwał jak najdłużej, Boguś pośpiesznie zacisnął powieki. Nie wierzył już w dobro tego świata. Żadne niespodzianki, poza obiciem mordy za wygląd i pokaźne curriculum vitae na psiarni oraz wytrzeźwiałce, rzecz jasna, raczej go nie czekały. Dzień jak co dzień. Bój, by przetrwać do wieczora. Tylko żeby podły Bóg pięć złotych zrzucił z nieba, jak wczoraj, jak i każdego dnia. Są jeszcze anioły w Łodzi. Tylko dzięki nim wciąż trwał. Podobno szczęśliwi nie mają przyszłości, nieszczęśliwi nie mają nic poza nią. Ale wszystko i tak gówno. Nawet Sypniewski, żelazna noga ŁKS-u, nie wygrał z chlaniem, to jak Bogusiowi miałoby się udać, a staż w związku z flachą ma przecież dłuższy niż Igor, najsłynniejszy łódzki piłkarz alkoholik.

Jednakowoż zdało się nagle Rakowieckiemu, że poza pieczonką czuje teraz zapach benzyny, a potem słyszy jakby skwierczenie. Instynkt samozachowawczy nakazał mu otworzyć oboje oczu i podkulić nogi. Wyjrzał raz jeszcze. Niestety, spódnica zasłoniła już koronki, radosne ogniki wygas­ły, a Tuwim znów od stóp do głów obsrany był przez gołębie. Świat wrócił do normy. Aureoli ani chu-chu.

Wtedy właśnie niemłoda już kobieta z gasnącymi pochodniami w rękach odchyliła brezent i zaczęła histerycznie wrzeszczeć:

– Tu jest człowiek! Jara się mu kufajka. Artu! Zrób coś!

– Wszystko w porząsiu, paniusiu – mamrotał Boguś, pragnąc najpierw się elegancko przedstawić, choć czuł, że za chwilę znów uderzy do Rygi. – Bardzo wesoła ta sukieneczka.

Urok osobisty zjednywał mu drzewiej wielu przyjaciół. Przez tę ultratowarzyskość się stoczył, mawiała jego świętej pamięci ślubna Edyta, a potem jej wierna kopia Haneczka. Nie widział córki od lat.

Hałas w jego stanie nie był dziś wskazany. Głowa nie należała do najlżejszych. Ale wybaczył artystce brak manier, gdyż musiał przyznać, iż choć dzierlatką nie była, bo trzydziestka dawno pękła i teraz pójdzie już z górki, kibić miała klawą jak ta lala. A nogi chyba do nieba. W życiu nie miał takiej kobiety, a kiedyś, w dawnych czasach, był z niego wszak pies na baby.

Swąd był jednak coraz większy. Pojawił się też dym. Skąd tu tyle dymu? – zdumiał się Bogumił. I zanim dotarło do niego, że to on się hajcuje, dostał najpierw bęcki sprężoną pianą z gaśnicy, a potem ktoś nakrył go gwałtownie i okładał przez dłuższą chwilę, jakby chciał posiekać żywcem. Boguś stracił dech w piersiach, potem rozkaszlał się okrutnie i charknął czymś nieokreślonym za własny kołnierz, by wreszcie przyznać, że zajście to mimo wszystko go ożywiło. Wydostał się żwawo spod brezentu i zerwał na równe nogi, jakby znów miał czterdzieści lat. Spostrzegł ze zdziwieniem, że jego własne spodnie wciąż płoną aż do kolan. Ugasił je gołymi rękami. Holocaustu dziś nie przewidywał.

Muzyka ucichła. Zastąpił ją ludzki jazgot. Wokół Bogusia i stanowiska tancerzy zgromadził się spory tłum gapiów. Niestety w tłumie Rakowiecki dostrzegł także Romka, znajomego ochroniarza z hotelu, i dobrze wiedział, co go czeka za nocowanie pod schodami. Widział już, jak mężczyzna odpina pałkę i bierze zamach, lecz wtedy zareagowała właścicielka falbanek.

– Pan go zostawi – poprosiła łagodnie. – Biedak zasnął ze zmęczenia. Pewnie domu nie ma.

– Jak nie ma – rozjuszył się ochroniarz. – Sto osiemdziesiąt metrów chaty ze stiukami i rzeźbionym balkonem na Pierwszego Maja. Fakt, dwa lata temu odkuty. Wciąż leży w dużym pokoju z widokiem na Akademię Muzyczną. Melinę tam zrobił. Cud, że córka długi zapłaciła, oczyściła dom z gówna i załatwiła mu komunałkę w famułach. – Wskazał potężny budynek z czerwonej cegły naprzeciwko Manufaktury. – Luj woli mieszkać u kumpli z Ogrodowej, co w Marchlewskim robili, niż do roboty się wziąć i dziecku jaką schedę zostawić. A że bez kibla i centralnego ogrzewania, cóż, to mu nie przeszkadza.

Boguś słuchał cierpliwie. Znał tę śpiewkę na pamięć. I jej ciąg dalszy też.

– Gmina nie robi menelom remontów i nie zrobi. Czekają, aż wszyscy wykitują. Wolne żarty. Kolejne pokolenie podtrzymuje łódzką tradycję. To chluba naszego miasta. Swoją drogą zabytkowy parkiet Boguś dawno temu spalił w kozie, a wszystkie antyczne drzwi na wódkę wyprzedał. Jeszcze Edzia żyła. Ale dom swój ma. Ja takiego nie miałem i pani nigdy mieć nie będzie, sądząc po profesji.

Ale zaraz ochroniarz ugryzł się w język i krzyknął do Bogusia, teatralnie podkręcając wściekłość w głosie:

– Tyle razy ci mówiłem, dziadu, żebyś mi tu kefirów nie odstawiał! – Zamachnął się, ale zaraz przesunął nieco, by nie było wątpliwości, że kamera monitoringu nagra jego interwencję. Znał promień jej zasięgu. Pracował tu od początku istnienia budynku i, choć tylko na pół etatu, błogosławił tę pracę bardziej niż swoją matkę. – Zagrożenie mi tutaj sprowadzasz. Ci państwo mają pozwolenie! Występ tu będą mieli. Ćwiczą na festiwal ognia. Całe miasto, kurna, przyjdzie. Prezydent, biznesmeny, łódzka elita.

– Jak elita, to mnie już nie ma, Romciu. – Rakowiecki wycofywał się chyłkiem. – Mrugniesz dwa razy i znikam.

– Dzisiaj ci nie odpuszczę! – Ochroniarz chwycił Bogusia za kołnierz i trzasnął kontrolnie. – Zakurwiłem się na ciebie, stary – wysyczał mu do ucha. – Mogłeś zginąć.

– Pan go zna? – zainteresował się młody mężczyzna w czarnym obcisłym kombinezonie baletmistrza i z ulgą zdjął czerwoną maskę Dartha Maula.

Poprawił modnie ostrzyżone włosy z grzywką. Odrzucił stylowo do tyłu dłuższy kosmyk. Buźkę miał ładną, jak jakiś piosenkarz z Twoja twarz brzmi znajomo, choć jego w żadnym razie tak nie brzmiała. Kobieta była od niego dobrych parę lat starsza. I z całą pewnością nie tak wypacykowana w okolicy oczu.

– Pan puści tego dziadka – włączyła się tancerka.

Boguś poczuł się dotknięty oceną swojego wieku po wyglądzie, lecz z wrodzonej elegancji nie zaprotestował, by nie podważać autorytetu kobiety przy ludziach. Fakt, dobiegał siedemdziesiątki, ale żeby zaraz dziadek? Nic tego nie potwierdza, w każdym razie wiedzy o żadnych wnukach nie posiadał.

– Niech już idzie – prosiła falbaniasta.

– Nic z tego, moja droga. – Ochroniarz się uparł. – Żule nie mają wstępu do Manufaktury. Nie ma takiej opcji. Czekamy na policję. Koniec pieśni.

– Nie mogę ćwiczyć w takich warunkach. Tym powinien się pan zająć. – Kobieta skrzywiła się i wskazała tłum gapiów na Ogrodowej.

Ludzie zatrzymywali się wprost na ulicy, a za nimi ustawił się już rząd aut. Nikt nie trąbił. Niektórzy powysiadali z wozów. Ktoś z tyłu krzyczał, czy potrzebna jest pomoc. Czy pożar już ugaszono?

– Nie ma żadnego pożaru! – zawołał natychmiast ochroniarz. – Występ dopiero wieczorem. Proszę się rozejść.

Kobieta podziękowała Romkowi uśmiechem, a potem nachyliła się do swojego partnera w legginsach i szepnęła, nie kryjąc zdenerwowania:

– Jeszcze nas zaskarży. Zrób coś.

Młodzian zmierzył ją czujnym spojrzeniem i odruchowo cofnął się dwa kroki. Artystka nie odpuszczała.

– Trzy tysie właśnie spieprzają nam sprzed nosa. Trzeba opłacić nurka. A jak się da, to tego niby bodyguarda też. Ile, myślisz, wezmą? Dwadzieścia będzie dobrze?

Po czym popchnęła go wprost w ramiona menela.

– Nouns ne parlons pas en polonais[1] – wymruczał tancerz i rozłożył bezradnie ręce.

Rakowiecki tylko chwilę się wahał, a potem twarz mu się rozjaśniła.

– Petit argent sur l’alcool[2] – wybełkotał.

Artu zamurowało. Skinął tylko głową, a potem podszedł do torby i długo w niej grzebał. Nie wyglądało na to, że kwapi się do łagodzenia konfliktu. Jakby nagle ogłuchł i oślepł. Rzutkiej białogłowie zostawiając rozwiązanie sprawy.

Bogumił tymczasem poczuł nagłą słabość. Nie upadł jednak, bo Romek, jego dawny sąsiad, znał go nie od dziś i dobrze go trzymał w pionie. Rakowiecki zaczął więc szacować straty. Kufajkę miał faktycznie nadpaloną, ale bardziej śmierdziała, niż była podziurawiona. Za to spodnie były mokre i całe w strzępach. Sięgały zaledwie do łydek. Jedna ze skarpet rozpuściła się i skleiła z butem w ogromną kulę wraz z czymś śliskim i lepkim. Nie chciał wiedzieć, jaki jest skład tej mazi. Wciąż jednak syczało i śmierdziało gorzej niż dętki palone w piecu babci za czasów jego dzieciństwa. Jedyne, co przyszło mu do głowy, by odegnać mdłości, to żwawy śpiew do kolegi Tuwima, który na wszystko zawsze patrzył niewzruszony:

Tu przez lat dziesięć, co drugi dzień,

Chodziłem smętnie do budy,

Gdzie jako łobuz, pijak i leń

Słynąłem, ziewając z nudy.

Wszystkie głowy natychmiast skierowały się w jego stronę.

– Jaki żwawy – padło z tłumu.

– Nieśmiertelny – dodał ktoś inny.

– Zmartwychwstałem, to się bawię – beknął Boguś, wzbudzając ogólną salwę śmiechu i kilka nieśmiałych braw.

– Nie odzywaj się – syknął Romek i szepnął już łagodniej do ucha: – Podkładkę nakamerowaną muszę mieć. Inaczej z roboty mnie wyhuśtają. Potem cię puszczę.

– To Tuwim – wyjaśnił bardzo poważnie Boguś, jakby nie słyszał słów sąsiada. Wskazał pomnik. – Lodzermensz.

Ludzie z pierwszego szeregu zaczęli chichotać. Boguś aż pokraśniał z zadowolenia. Tę publiczność już zdobył. Wesoła piosenka zawsze poprawiała mu nastrój, choć chyba pierwszy raz w życiu śpiewał ją na tak ostrym kacu.

– Wystarczy panu przygód na dziś. – Władczyni ognia uśmiechnęła się do niego i wyjęła z saszetki przytroczonej do pasa garść monet z wczorajszej kwesty przed Manufakturą, po czym wcisnęła je zdziwionemu Bogusiowi do ręki. – Kup pan sobie coś, co lubisz. Pojutrze Wigilia. Niech się panu darzy.

Po czym otrzepała spódnicę ze sproszkowanej piany i narzuciła na grzbiet starodawny kożuch, który spięła szerokim pasem w talii. Bogumił pomyślał, że wygląda jak Oleńka z Potopu, a nawet jest ładniejsza. Zwłaszcza jak się złości.

Oleńka nie poświęciła mu już więcej ani odrobiny uwagi. Była wściekła, choć za wszelką cenę starała się to ukryć.

– Co się tak gapicie! – krzyknęła do wciąż gromadzącego się tłumu. – Koniec przedstawienia.

– Pięknie pani z tym ogniskiem wojowała – odważył się zagaić Bogumił. – Przyjdę dziś podziwiać. Jak pani ma na imię?

– Idź, człowieku, i niech cię więcej nigdy nie spotkam – odparła twardo, nie obdarzając Rakowieckiego nawet cieniem spojrzenia.

Porządkowała sprzęt: układała maczugi oblane smołą, zwinęła folię aluminiową, rozpałkę i kanister z ropą. Z trudem upchnęła do torby magnetofon.

– Właśnie, lamusie – poparł ją ochroniarz. – Wszystko popsułeś.

– My właściwie skończyliśmy próbę – zwróciła się teraz do Romka. – Pan się wykazał. Wszystko w porządku. Nikt nie doniesie.

Bogumił zaczął odchodzić. Odwracał się jednak jeszcze kilka razy i słyszał, jak dziewczyna ruga tancerza, który nachylił się, by ją przytulić.

– Teraz jesteś taki zuch – szydziła.

– No wiesz, musiałbym iść do bankomatu.

– Już się nie wysilaj. Zapłaciłam ze swoich.

– To ty trzymasz nasze pieniądze – starał się usprawiedliwić.

– Bo to ja załatwiam zlecenia i płacę prowizje. Ja dziś będę świeciła oczami przed władzami miasta, jeśli coś pójdzie nie tak. Ja własnym nazwiskiem firmuję ten duet. – Wcisnęła mu do ręki najcięższą torbę i ironizowała, mizdrząc się przesadnie: – Kocham cię, Rene, ale mam tylko kartę.

Mężczyzna nadąsał się, święcie oburzony jej publiczną szczerością. Kobieta nie była łaskawa go jednak przeprosić.

– Gramy o siedemnastej. Bądź na czas – rozkazała. I dodała, znacznie obniżywszy głos: – Nie zgub sprzętu, bo cię bałuciarze wyślą do pedalskiego raju.

– Nie idź w to, Rene. – Podniósł ostrzegawczo palec, ale ten gest tylko rozbawił kobietę.

– Mój brat tylko czeka na znak, Artu.

– Nie lubię, jak taka jesteś.

– Frajer.

– Znów zaczynasz? O co ci chodzi?

– Nie strugaj debila, tchórzu! Na kłopoty – Renia. Zawsze tak jest. Nawet pięciu złotych było ci szkoda.

– Wiesz co, pieprz się! – Artu rzucił torbę na ziemię. – Sama sobie dziś radź.

– I poradzę. Jestem przyzwyczajona! Nie dzwoń do mnie, złamasie.

– Wariatka! O nurka się kłóci.

Chłopak szukał poparcia wśród gapiów, ale poza niedobitkami został tylko ochroniarz, a ten nie miał czasu na słuchanie spowiedzi faceta w legginsach. Machnął tylko ręką i poszedł sprawdzić, jak wyszło nagranie. Za chwilę będzie miał na głowie audytora i jeszcze trzeba spisać raport.

Renata z trudem dźwignęła sprzęt widowiskowy i przegięta wpół, zaciskając zęby ze złości, ruszyła na przystanek. Wsiadła do pierwszego podjeżdżającego tramwaju. Trafił się „helmut”, stary poniemiecki sprzęt, który woził ludzi aż do Ozorkowa – „miasta cudów”. Dopiero na krańcówce czterdziestki szóstki się rozpłakała.

– Jak mogłam być taką idiotką!

Kiedy łzy obeschły, wysłała esemes do przyrodniego brata. Cybant oddzwonił od razu. Nie odezwał się nawet słowem. Wysłuchał, co zaszło. Kazał siostrze zamówić taksówkę, a na Artu dał zlecenie chłopakom z Żytniej. Ruszyli w miasto bez zwłoki. Bałuciarze od dawna czekali na okazję, by skopać tyłek szczeniakowi komendanta z Pedofilowa[3].

Bogumił tymczasem przeciął na skuśkę dwupasmówkę, ryzykując przejechanie przez TIR-a oraz śmierć pod kołami rikszy, i trzymając w ręku garść monet od „Oleńki”, swojego anioła w falbanach i kożuchu, ruszył na Włókienniczą po działkę rozrobionego spirytusu „dla zdrowotności”. Na samą myśl o cieple w przełyku czuł się już nawet nieźle. Trzęsawka powoli mijała, obraz tylko trochę śnieżył. Do swądu spalenizny na ciuchach szło się przyzwyczaić. Poparzone nogi trochę już spuchły i zaczynały boleć, ale mróz dobrze znieczulał. Jeszcze chwila, a przywita się z gąską, zażyje lekarstewko i znów zniknie im wszystkim z pola widzenia. Niech se radzą sami.

Zostało dosłownie kilka kroków. Pod siódemką, w kamienicy ze słynnym balkonem obwieszonym trofeami kibiców ŁKS-u, sprzedawali „szpirytus” najtaniej i co ważniejsze, najmniej go chrzcili. Tyle że pobierali kaucję na butelki. Zawsze uważał się za gospodarnego, więc i temu szybko zaradził. Pogrzebał w śmieciach i znalazł flaszkę wprost idealną. Marchewkowy Kubuś uśmiechał się do niego z naklejki. Zakrętka była szczelna, a jak poprosi, to mu trochę opłuczą. Zresztą, odrobina witaminy A nie zaszkodzi. Drink ekstrawagancki na wzmocnienie. Na miejscu golnie jednego, a drugi będzie w sam raz na podwieczorek. Na noc coś się załatwi. Czasu jeszcze, a czasu.

Wtedy na drodze stanęli mu dwaj rośli nastolatkowie. Znał ich z widzenia. Zawsze razem, chyba nawet spali w jednym wyrze. Bracia, niechby im ziemia lekką wreszcie była, syjamscy. Klony z obrzękiem mózgu nabytym jeszcze w życiu płodowym, ale naszprycowani mefedronem jak dobry keks bakaliami. Szron i Szadź, drobni złodzieje, bywalcy domu poprawczego i zagorzali ultrasi ŁKS-u. Koczowali w spalonym pustostanie na Limance, bo rodzice bali się ich wpuszczać do domu, kurator zaś nie tęsknił za kolejnym pożarem auta. Żaden nie skończył jeszcze siedemnastu lat, a już sięgnęli szczytu podwórkowej sławy. Jak byli przy forsie, ostro grzali czystą chemię i robili osiedlowy rap. Szron złożył kilka zwrotek, Szadź podbijał beatboxy, bo zasadniczo nie odzywał się wcale. Głównie jednak kolportowali śnieg, mefę i MDMA. Ten typ zatowarowania przyniósł im pretensjonalne ksywy. Podobno w Lordi’s Clubie spotkali się z O.S.T.R.-ym. Wręczyli mu swoje nagrywki, mówili coś o Wielkim Joł, ale nie było chyba dobrze, bo wkrótce zarzucili karierę muzyczną i zajęli się tym, w czym byli znacznie lepsi, czyli „dziesionami”. Jeszcze kilka lat temu, jako siusiumajtki, w famułach na Ogrodowej po bratersku dzielili się z Bogumiłem klejami, rozpuszczalnikami, a i kradzionym od stolarza płynem do powłok lakierowanych firmy Dragon nie pogardzali. Jęczeli wtedy i narzekali na los chłopaków z miasta Łodzi gorzej niż stare kiepy z pokolenia Bogusia. Tych chwil zwłaszcza nie chcieli mu darować. Świadkowie twego poniżenia gryzą glebę, rapował na rzadko odwiedzanych kanałach YouTube’a Szron.

– Joł, Bogo – rzekł teraz przyjaźnie, po czym chwycił Rakowieckiego za klapy spalonej kufajki i zawrócił do famuł. – Wyskakuj z keszu, kurwo! Gdzie mój hajs? Przecież nie wołam o moje sto milionów.

– Jaki hajs? Czyj hajs? – dziwił się Boguś. I z rozpaczy zaczął się jąkać od tyłu: – Nie pożyczałem nic, nic, nic. Żadnyyych pieniędzy. Już nie pamię-ta-tam widoku papierkoweeego.

Szron poklepał Rakowieckiego po twarzy, a potem z główki roztrzaskał mu nos.

– Jak szmaty nie szanujesz, to nie bij z nim piątek – zanucił wesoło.

Szadź także rozciągnął usta w szerokim uśmiechu, odsłaniając brak dwójki, po czym ćwiknął po mistrzowsku tym otworem na chodnik. Odstąpił na krok, poprawił kurtkę, a następnie wsunął w szparę po zębie papierosa. Uniósł zapalniczkę, lecz jej nie odpalił. Boguś dostrzegł nieme porozumienie ziomków i w lot zrozumiał, że znów trafił bardzo źle. To nie jest zwykły siajowy dzień, dziś prawdziwe święto wkurwu, który tych dwóch natychmiast chciało spuścić z krzyża.

– Taki dżouk z tym hajsem, cioto, bo teraz ja rządzę w Havanie – padło, zanim wciągnęli Bogumiła do bramy.

Uderzali w brzuch bez ostrzeżenia, aż zaczął pluć krwią. Zaciskał pięści, dopóki zdołał, ale nie trwało to długo. Najpierw potłukł się Kubuś, a potem na bruk spadły z takim trudem zdobyte monety. Nawet ich nie wyzbierają, pomyślał z żalem Boguś. Potem runął i Rakowiecki. Walnął głową o beton. Chlusnął żółcią zmieszaną z krwią na kiksy Szrona.

Gdy kiedyś czołem dosięgnę gwiazd

i przyjdzie chwały mej era.

Gdy będzie o mnie kilkaset miast

sprzeczać się jak o Homera

– zanucił z dedykacją dla siebie i Juliana w myślach. Tym razem wesoła piosenka nie mogła poprawić mu nastroju. To był jego osobisty marsz żałobny. Może to będzie ostatnia rzecz, jaką zabiorę do Krainy Wiecznych Łowów, myślał. Boże, niech to nie będzie wspomnienie zgniłego oddechu tych debili. Ty to masz dobrze, Tuwimie, stoisz sobie i nic już nie czujesz. Nie wiedzieć. Nie istnieć. Rozmarzył się.

Za przewinienie ufakania cichobiegów kolegi Szadź kopnął solidarnie Bogusia w krocze, aż mężczyzna zwinął się w kulę i zamarł, udając zdechlaka. Ale oprawcy znali numer Rakowieckiego „na oposa”. Wszak to nie był ich pierwszy raz na dzielni. Tylko ich to rozjuszyło.

– Ruchy, parówo! Jedziesz! Nie będziemy się tu lizać po fiutach!

Ale Boguś zawsze się poddawał.

– Całujcie mnie wszyscy w dupę – zacytował poetę, choć może tylko w myślach.

Tym razem się uda, postanowił. Cały umrę.

I dobry Bóg wysłuchał próśb Bogusia. Walili na przemian, po całym ciele. Butami, deską, pięściami, cegłówką wyjętą z chodnika. Tłukli jak w worek treningowy, jak mięso na kotlety. Aż wreszcie ból przestał istnieć. Boguś znów widział Renię-Oleńkę tańczącą z ogniem, jej falbaniastą spódnicę i pas koronek. Szron dla pewności stanął ofierze na krtani, przycisnął.

– Chrupnęło? – upewnił się Szadź.

Szron wzruszył ramionami, nie wiadomo, czym był bardziej zdziwiony: właśnie dokonaną zbrodnią czy piskliwym głosem ziomka.

– On już jest kilym – podsumował.

Zwłoki Bogusia porzucili jak ścierwo na samym środku piwnicznego korytarza, zaraz pod otwartą skrzynką z bezpiecznikami. Nie trudzili się, by zaryglować drzwi, choć sztaba stała u wejścia. Idąc po schodach, Szron poprawiał sobie nastrój wspominkami komicznych prób Bogumiła osłaniania się od ciosów.

– Jednej pizdy mniej w mieście meneli – zarechotał. – Idziemy na mahometa[4]?

Szron wydał z siebie jeszcze kilka wersów, udając luzaka.

Przerwał, spojrzał na papieros w brakującej dwójce ziomka. Nawet się nie złamał. Chłopak wyjął go teraz i schował troskliwie do pudełka. Poprawił okulary na nosie.

– Prażą cyrkuł… Psy! – odezwał się drugi raz dzisiejszego dnia, lecz w jego oczach Szron zobaczył strach.

By Szadź nie dostrzegł tego samego w jego twarzy, ciaśniej nasunął kaptur na głowę i próbował żartować:

– Spierdalamy, mordeczko, bo kiermasz jak u babci na imieninach.

Zapadła cisza. Żadne drzwi w budynku się nie otworzyły. Firanki w oknach nie poruszyły się na milimetr. Nikt nie wezwał karetki, choć pogotowie znajdowało się trzy kilometry stąd. Zbliżała się piętnasta.

Dziś otrzymałem cenną lekcję, przemknęło przez głowę Bogusiowi, zanim całkiem odpłynął. Ludzie w większości są źli.

Lokal 39, cztery piętra wyżej

– Komisarz Piotr Próchno, Komisariat Piąty Komendy Miejskiej Policji w Łodzi. Pan Zbigniew Naumowicz?

– Przy telefonie.

– Proszę zaczekać, włączę aparaturę nagrywającą.

Rozlega się głośny pisk.

– O co chodzi?

– Przepraszam, ale takie mamy procedury. Inaczej tego dowodu nie można będzie wykorzystać w sądzie. Muszę pana uprzedzić i zapytać o zgodę na nagrywanie. Wydział Centralnego Biura Śledczego Komendy Głównej Policji dał nam wyraźne dyspozycje, że mamy nagrać każdą rozmowę z klientem Banku Olivos Uhef Zagad SA. Pan posiada tam konto o numerze 23476963528309990000024531?

Słychać odgłos przerzucanych kartek.

– Tak, ale nadal nie rozumiem, o co chodzi…

– Chwileczkę, najpierw muszę potwierdzić dane. Numer pana dowodu AZA 34567, PESEL 45091213534, NIP 7865432236, syn Leokadii i Wiesława, wdowiec. Konto główne posiada pan od dwa tysiące piątego roku. Kwota zdeponowanych na rachunku oszczędnościowym środków w złotych polskich to dwadzieścia cztery tysiące sześćset pięćdziesiąt cztery, na dwóch lokatach terminowych rocznych po trzynaście tysięcy dwieście czterdzieści trzy PLN oraz piętnaście tysięcy sto trzynaście PLN. Plus konto dolarowe wysokości pięciu tysięcy stu osiemdziesięciu USD. Czy się zgadza?

– Przepraszam, ale nie będę z panem dłużej rozmawiał.

Zbigniew odkłada słuchawkę. Siada na wzorzystym fotelu i z trudem łapie powietrze. Idzie do kuchni, nalewa szklankę wody, wypija i wraca do salonu. Klika w odebrane połączenia i wybiera numer.

– Komisariat Piąty Komendy Miejskiej Policji w Łodzi – rozlega się w słuchawce.

– Dzwonił pan przed chwilą.

– A to pan, panie Zbigniewie. Przestraszył się pan, niepotrzebnie. Muszę ponownie nagrać pana dane. Czy wyraża pan zgodę na nagranie tej rozmowy? Dla dobra procesu i bezpieczeństwa pańskich pieniędzy radziłbym wyrazić zgodę. Inaczej nie będę mógł ujawnić panu szczegółów śledztwa.

– Tak, wyrażam.

Znów pisk, recytacja numerów, kolejno podawane dane. Zbigniew czuje, że kręci mu się w głowie.

– Już – oświadcza policjant. – Teraz mogę panu nieco wyjaśnić. Oczywiście tyle, na ile dostałem pozwolenie. Dochodzenie dotyczy przestępczości zorganizowanej, w dziale przestępstw finansowych, a dokładniej mówiąc, chodzi o defraudację pieniędzy. W skrócie: skarbiec banku, w którym trzyma pan gotówkę, jest pusty. Słyszał pan może o aferze Amber Gold? Tak się składa, że pracowałem również przy tamtej sprawie. Cztery lata zbieraliśmy materiał dowodowy. Zaangażowanych jest mnóstwo osób, także prezesi, członkowie zarządu. Pan rozumie, że nie mogę podać przez telefon bardziej szczegółowych danych. Ta sprawa jest na etapie działań operacyjnych. Nie wolno panu pod żadnym pozorem ujawnić informacji osobom postronnym. To rozmowa poufna. Czy pan rozumie wagę sytuacji?

– Tak.

– Także rodzinie. Wnuczce, córce ani zięciowi. Sąsiadom też nie, nawet jeśli pan wie, że posiadają konto w tej samej placówce co pan.

– Rozumiem.

– Wszystkie osoby zawiadamiamy osobiście i informujemy o zaistniałej sytuacji.

– Jakiej sytuacji?

Zbigniew zerka na zegarek. Bank powinien być czynny do osiemnastej. Ma jeszcze dwie godziny. Zdąży wypłacić wszystko, chociaż zdaje mu się, że tak wysokie kwoty należy zgłaszać przed wypłatą na dzień lub trzy dni wcześniej.

– Mam tutaj dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą złą.

– Tak?

Słychać śmiech w słuchawce.

– Nie się pan nie obawia, jest pan bezpieczny. Wkrótce organizujemy obławę. Wszyscy sprawcy zostaną zatrzymani. Niektórzy już są w areszcie. Generalnie trwają działania operacyjne. To była ta lepsza wiadomość.

– Druga jest gorsza?

– Owszem. Zanim bank wejdzie pod kuratelę prokuratora, a potem audytora, który sprawdzi i przekaże materiał wierzycielom, tylko niektórzy klienci mają szanse odzyskać swoje fundusze. – Cisza. Odchrząknięcie. – W każdym razie część funduszy.

– Jak to część?

– No po przejęciu sprawy przez powyżej wymienione jednostki okaże się, że nie każdy dostanie cały wkład. Tylko ci, którzy zareagują najszybciej, a raczej pójdą z nami na współpracę. Reszta musi zadowolić się tym, co ostatecznie, prawdopodobnie za trzy, cztery lata, będzie dzielił syndyk.

– Pan żartuje.

– Jestem w pracy. Mam mało humorystyczną robotę, panie Zbigniewie.

– Chce pan powiedzieć, że moje pieniądze zostaną podzielone przez innych?

– Tak, ponieważ – mówiąc obrazowo – w skarbcu jest gigantyczna dziura. Zostało wyprowadzone, proszę zaczekać, sięgnę do dokumentacji. – Znów szelest papierów, coś spada, ktoś odkłada słuchawkę, szumy, jakiś dziewczęcy śmiech, wreszcie głos z offu: „Dajcie mi te wyciągi. Nie te. Tamte. Leżą w kartonie z numerem sygnatury Agrosa. Tak, te koło karmy dla psa”. – Już je mam – rozlega się w słuchawce. – Przepraszam, mamy tu tysiące poszkodowanych, a koleżanka z dochodzeniówki podrzuciła nam jeszcze swojego futrzaka. Sra jak opętany, a waży mniej niż moja świnka morska gigant. Nieważne zresztą. Taki mamy klimat w tej firmie. Wszystko niedofinansowane. Długopisy sam muszę kupować. Sam nie wiem, czy ze wszystkimi poszkodowanymi uda nam się skontaktować do dnia zero. Więc, niech spojrzę, dziura w budżecie banku sięga na dzień dzisiejszy sześćdziesięciu pięciu miliardów PLN, bez pięciu tysięcy, tak szacujemy na podstawie wyciągów za trzeci kwartał. Nie licząc kruszców, obligacji i waluty oczywiście.

– Co?

Zbigniew siada na podłodze. Kabel telefonu nie sięga do jego fotela. A nie chce uronić ani jednego słowa z tej rozmowy. Opiera się głową o stół. Lekko dyszy.

– Wszystko w porządku?

– Co mam zrobić? – pyta drżącym głosem Zbigniew. – Czego pan ode mnie oczekuje?

– Możemy umówić się, w drodze wyjątku, rzecz jasna, że użyjemy pana pieniędzy do prowokacji. Potrzebujemy tylko spisać numery wszystkich wypłaconych banknotów, oddamy panu całą kwotę, co do grosika. To potrwa dwa do trzech dni. Ale tylko dzięki takiej operacji może pan zachować całość kwoty. W dniu jutrzejszym, w godzinach popołudniowych, tuż przed zamknięciem, odbędą się ostateczne aresztowania, pojutrze zaś bank będzie zamknięty dla klientów. Pieniądze zostaną zdeponowane na zakodowanych kontach i: a) będzie pan musiał czekać na zakończenie śledztwa, b) nie ma pan pewności, jaką część pan odzyska. Rozumie pan sytuację?

– Chyba tak. To znaczy w głowie mi się to nie mieści. To nie jest żart?

– Panie Zbigniewie, chętnych do takiej operacji mamy sporo, więc jeśli nie jest pan zdecydowany, nie będę pana namawiał.

– Dobrze – cicho szepcze Zbigniew.

– Słucham? Nie dosłyszałem. Nie nagrało się. Czy pan jest zdecydowany?

– Tak – huczy Zbigniew do słuchawki. – Chcę odzyskać wszystkie swoje pieniądze! Co mam zrobić? Niech pan mówi!

– Dobrze – cmoka policjant. – Tylko nie musi pan tak krzyczeć. Mam tu i tak przesterowany dźwięk ze względu na rejestrację rozmowy. Proszę zadzwonić do banku, uprzedzić o likwidacji wszystkich kont, zlikwidować wszelkie pełnomocnictwa, zamknąć lokaty i tak dalej. Nie może od pojutrza po pana środkach zostać w banku żaden ślad. Tylko wtedy gwarantujemy sto procent zwrotu powierzonej kwoty do prowokacji śledczej. Jutro przed bankiem o godzinie jedenastej będzie czekał na pana zespół operacyjny z wydziału kryminalnego naszej komendy. Będzie pan chroniony przez tajniaków, niech pana nie zdziwi kobieta z gazetą, która za panem łazi, rosły facet, który pana obserwuje, strażak w zabłoconych butach w okularach przeciwsłonecznych, gliniarz przebrany za menela, rozumie pan? Takie są wymogi bezpie­czeństwa. Musimy mieć pewność, że przekazanie gorącego materiału odbędzie się zgodnie z planem. Nie może dojść na przykład do przejęcia gotówki. Nie może pan też wyjść i nam zniknąć. My też musimy rozliczyć się z całości. To bardzo poważne śledztwo, nadzór nad nim ma prokurator generalny. Sprawa jest rozwojowa. Na razie pracujemy z siedmioma jednostkami w całym kraju. Ja jestem szefem operacji i znajdę pana, jeśli coś pójdzie nie tak. Czy to jest jasne?

– Zasadniczo tak.

– Dobrze. – Ssanie cukierka, głośne siorbnięcie. – A więc scenariusz jest taki: podchodzi do pana policjant, pokazuje dyskretnie blachę. Oczywiście nie będzie to mundurowy, ale tajniak.

– Jakieś hasło? Kod?

– Filmów się pan naoglądał. Będzie pan pod stałą obserwacją. Kiedy wyjdzie pan z banku, pierwsza osoba, która do pana podejdzie, to ta właściwa.

– Może to być kobieta?

– Naturalnie. Jeszcze mamy przed sobą kupę czasu. Rozkazy zostaną wydane na jutrzejszej porannej odprawie. Będzie wyznaczona odpowiednia i zaufana osoba. Zresztą całość oczywiście rejestrujemy z ukrytej kamery, więc proszę nie robić głupstw. To nam potrzebne do sądu, już mówiłem. W naszym wspólnym interesie jest, by sprawę załatwić szybko, bez zbędnych ceregieli.

– Bez ceregieli. Postaram się.

– Pieniądze proszę zapakować w torbę sportową zapinaną na suwak, najlepiej w ciemnych, nierzucających się w oczy barwach.

– Nie mam nic takiego.

– Lub papierową torbę, reklamówkę.

– Walizka może być?

– Już trudno. Ale proszę wziąć pod uwagę, by nie była za mała. Trochę tej makulatury będzie. Uzbierał pan sporo grosza przez te lata. Wnoszę, że to będzie ciężki bagaż. Da pan radę?

– Synku drogi, leżałem na styropianie i walczyłem z komuną. Byłem dwukrotnie internowany, ukarano mnie wyrokiem za szmuglowanie bibuły z RFN. Co mam nie dać?

– Bardzo mi miło. Wielki szacun. Dzięki panu mamy dziś wolną Polskę, ale szumowiny i oszuści zawsze będą. W każdym systemie.

– Zgadzam się.

– Czyli wszystko ustaliliśmy. Zlecenie wypłaty musi pan złożyć dziś, dlatego chwilowo się rozłączę. Zadzwonię za kwadrans.

– Ja do pana zadzwonię.

– Okay, jeśli pan będzie łaskaw, to poproszę o ponowny kontakt w ciągu godziny. Też mam swoje życie i dzieci czekają na tatusia. Strawa w domu stygnie. Tylko w serialach na Polsacie gliniarze spędzają całe życie na pościgach i strzelankach. Ja swoje frycowe w patrolówce już odsłużyłem chwilę temu.

– Młody pan jest na taki awans. Przynajmniej sądząc po głosie.