Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łamacz dusz - Sebastian Fitzek

Trzy kobiety – wszystkie młode, piękne i pełne życia – giną bez śladu. Odnalezione są jak martwe, chociaż  wciąż żyją. Każda ma w dłoni kartkę  z zagadkowym przesłaniem: „To prawda,  chociaż nazwa kłamie.” Albo: „Wchodzi  się jednym wejściem, a wychodzi trzema.”

Zaledwie siedem dni wystarcza psychopacie określanemu w mediach jako Łamacz dusz, żeby je zniszczyć psychicznie.
Zbliża się Boże Narodzenie i porwania ustają. Czyżby Łamacz dusz zmęczył się swoją grą?

Ale wtedy w zaspie przed luksusową kliniką psychiatryczną zostaje znaleziony mężczyzna. Kiedy odzyskuje przytomność, niczego nie pamięta. Choć bardzo chce sobie przypomnieć...

Wkrótce przywożą nowego pacjenta w ciężkim stanie. Szaleje śnieżna burza. Odcięta od świata klinika staje się sceną niewyobrażalnych zbrodni. Czyżby Łamacz dusz uderzał znowu? I dlaczego akurat tu, wśród udręczonych dusz i ich lekarzy?

Opinie o ebooku Łamacz dusz - Sebastian Fitzek

Fragment ebooka Łamacz dusz - Sebastian Fitzek

Redaktor prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Redakcja stylistyczna

Ryszard Turczyn

Korekta

Barbara Cywińska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Cherednychenko Ihor/Shutterstock

Tytuł oryginału

Der Seelenbrecher

Copyright © 2008 by Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co. KG, Munich, Germany

www.sebastianfitzek.de.

The book has been negotiated through AVA international GmbH,

Germany (www.ava-international.de).

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6915-3

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Dla Gerlinde

„To nie

AKTA PACJENTA NR 131071/LARENZ str. 1–6

71 dni przed lękiem

Na szczęście wszystko było tylko snem. Nie była naga. A jej nogi nie były przywiązane do przedpotopowego fotela ginekologicznego, podczas gdy psychopata stał obok i układał narzędzia na przerdzewiałym stoliku instrumentariuszki. Kiedy się odwrócił, nie potrafiła z początku rozpoznać, co trzyma w oblepionej skrzepniętą krwią dłoni. W końcu, gdy to zobaczyła, chciała zamknąć oczy, ale nie potrafiła. Nie mogła odwrócić wzroku od żarzącej się lutownicy, która powoli zbliżała się do jej ciała. Obcy z poparzoną twarzą odwinął jej obie powieki i przyszpilił do oczodołów pneumatycznym zszywaczem. Pomyślała, że w krótkiej reszcie swego życia nie zazna już większego bólu. Kiedy jednak lutownica zniknęła z jej pola widzenia i wyczuła coraz większe ciepło między nogami, zdała sobie sprawę, że cierpienia z ostatnich godzin były jedynie grą wstępną.

W chwili, gdy zdawało się jej, że poczuła zapach przypalanego mięsa, wszystko nagle się rozmyło. Mokra i zimna piwnica, do której ją wrzucono, mrugająca halogenowa żarówka nad jej głową, fotel tortur i metalowy stolik ulotniły się. Pozostała tylko czarna nicość.

Dzięki Bogu, pomyślała, to tylko sen. Otworzyła oczy i… przestała cokolwiek rozumieć.

Koszmar, w którego objęciach jeszcze przed chwilą się znajdowała, wcale nie minął, tylko zmienił postać.

Gdzie ja jestem?

Wyposażenie wnętrza sugerowało, że to zapuszczony pokój hotelowy. Poplamiona narzuta na sfatygowanym podwójnym łóżku była tak samo brudna i przesiana wypalonymi dziurami jak zielono-brązowa wykładzina. Pod stopami czuła szorstkie włókna, co spowodowało, że jeszcze bardziej zesztywniała na niewygodnym drewnianym krześle.

Jestem bosa. Dlaczego nie mam butów? Dlaczego siedzę w obskurnym hotelu i gapię się na śnieżący obraz kontrolny czarno-białego telewizora?

Pytania tłukły się w jej głowie, niczym kule bilardowe obijające się o kości czaszki. Nagle wzdrygnęła się, jakby ktoś ją uderzył. Spojrzała w stronę źródła hałasu. W kierunku drzwi do pokoju. Zatrzęsły się raz, potem drugi, aż wreszcie wyleciały z hukiem. Dwóch policjantów wpadło do środka. Obaj w pełnym rynsztunku i uzbrojeni. Wymierzyli w nią, ale po chwili powoli opuścili broń. Napiętą nerwowość na ich twarzy zastąpiło bezradne przerażenie.

– Cholera, co tu się stało? – usłyszała pytanie niższego, który wyważył drzwi i pierwszy wpadł do pokoju.

– Sanitariusz! – wrzasnął drugi. – Lekarz! Natychmiast potrzebujemy pomocy!

Dzięki Bogu, pomyślała po raz drugi w ciągu zaledwie kilku sekund. Ze strachu nie mogła oddychać, bolało ją całe ciało, śmierdziała fekaliami i moczem. Wszystko to w połączeniu z faktem, że nie wiedziała, w jaki sposób się tu znalazła, doprowadzało ją niemal do szaleństwa. Na szczęście stało teraz przed nią dwóch policjantów, którzy sprowadzali pomoc medyczną. Nic dobrego to nie oznaczało, ale było zdecydowanie lepsze niż szaleniec z lutownicą.

Po kilku sekundach do pokoju wbiegł łysy lekarz z kolczykiem w uchu i uklęknął przy niej. Najwidoczniej grupa szturmowa dotarły tu razem z karetką. Również nie najlepszy znak.

– Słyszy mnie pani?

– Tak… – odpowiedziała lekarzowi. Sińce pod jego oczami wyglądały, jakby je wytatuowano na zawsze.

– Chyba mnie nie rozumie.

– Ależ rozumiem… – Chciała podnieść rękę, ale mięśnie jej nie słuchały.

– Jak się pani nazywa? – Lekarz wyjął z kieszeni na piersi latarkę w kształcie długopisu i zaświecił jej w oczy.

– Vanessa – wyrzęziła. – Vanessa Strassmann.

– Czy ona nie żyje? – Usłyszała za sobą głos jednego z policjantów.

– Cholera, źrenice prawie w ogóle nie reagują na światło. Zdaje się też, że nas nie słyszy i nie widzi. Jest w stanie katatonii, możliwe że w śpiączce.

– Przecież to wszystko bzdura! – krzyknęła i spróbowała wstać. Nie była jednak nawet w stanie ruszyć palcem.

Co się tutaj dzieje?

Powtórzyła na głos tę swoją myśl, starając się mówić tak wyraźnie, jak tylko potrafiła. Nikt nie chciał jej słuchać. Wszyscy się od niej odwrócili i rozmawiali z kimś, kogo dotychczas nie widziała.

– Mówi pani, że jak długo nie opuszczała tego pokoju?

Głowa lekarza zasłaniała jej widok na drzwi. Stamtąd dochodził teraz głos młodej kobiety.

– Na pewno od trzech dni. Być może nawet dłużej. Już kiedy się meldowała, zdawało mi się, że z tą paniusią jest coś nie tak. Ale powiedziała, żeby jej nie przeszkadzać.

Co za brednie ona opowiada? Vanessa pokręciła głową. Nigdy w życiu nie zatrzymałabym się tu dobrowolnie. Nawet na jedną noc!

– Nie dzwoniłabym, ale to przeraźliwe rzężenie było coraz głośniejsze i…

– Proszę spojrzeć na to! – To był głos niższego policjanta, bezpośrednio nad jej uchem.

– Co?

– Tu coś jest. O, tutaj.

Vanessa poczuła, jak lekarz rozgina jej palce i ostrożnie pęsetą wyjmuje coś z jej lewej dłoni.

– Co to jest? – spytał policjant.

Vanessa była tak samo zaskoczona jak wszyscy pozostali, bo w ogóle nie zorientowała się, że cokolwiek trzyma.

– Kartka papieru.

Lekarz rozłożył zgiętą na pół kartkę. Vanessa wywróciła oczy, żeby móc coś odczytać, ale zobaczyła tylko niezrozumiałe hieroglify. Tekst napisany był w całkowicie nieznanym jej języku.

– Co tam jest napisane? – spytał drugi funkcjonariusz stojący w drzwiach.

– Dziwne. – Lekarz zmarszczył czoło i przeczytał głośno: – „Kupuje się to tylko po to, żeby zaraz wyrzucić”.

Na Boga. To, że lekarz odczytał tych kilka słów bez zająknięcia, uzmysłowiło jej cały rozmiar koszmaru, w którym tkwiła. Z jakiegoś powodu utraciła wszelką zdolność komunikowania się z otoczeniem. W tej chwili nie umiała ani mówić, ani czytać, podejrzewała również, że zapomniała też, jak się pisze.

Lekarz ponownie zaświecił jej prosto w źrenice, co w jednej chwili sparaliżowało jej pozostałe zmysły: nie czuła już smrodu własnego ciała, pod gołymi stopami nie wyczuwała wykładziny. Wiedziała jedynie, że wzbiera w niej coraz większy lęk i że gwar wokół niej staje się coraz cichszy. Ledwo bowiem lekarz zdążył odczytać z kartki krótkie zdanie, owładnęła nią jakaś niewidoczna moc.

„Kupuje się to tylko po to, żeby zaraz wyrzucić”.

Moc, która wyciągnęła w jej stronę kościstą dłoń i zaczęła ją stąd wyciągać. Z powrotem do miejsca, którego nigdy w życiu nie chciałaby już oglądać ponownie i które opuściła zaledwie kilka minut temu.

To nie był sen. A może jednak był?

Spróbowała dać lekarzowi jakiś znak, jednak kiedy zarys jego sylwetki zaczął powoli się rozmywać, zaczęła rozumieć. A wtedy opanowało ją przerażenie i zgroza. Bo naprawdę nikt jej nie słyszał. Ani lekarz, ani policjanci, ani tamta młoda kobieta nie mogli z nią rozmawiać. Dlatego że wcale się nie obudziła w tym obskurnym pokoju. Wręcz przeciwnie. Kiedy halogenowa żarówka nad nią znów zaczęła mrugać, już wiedziała: straciła przytomność w momencie, gdy psychopata zaczął ją torturować. To nie on, tylko hotelowy pokój był częścią snu, który teraz rzucił się do ucieczki przed okrutną rzeczywistością.

A może znów się mylę? Pomocy! Pomóżcie mi! Nie potrafię już odróżnić rzeczywistości od fikcji!

I znów wszystko było tak jak wcześniej. Wilgotna piwnica, metalowy stolik, fotel ginekologiczny, do którego była przywiązana. Naga. Tak naga, że czuła oddech szaleńca między swymi nogami. Chuchał na nią. Tam, gdzie była najbardziej wrażliwa. Potem przed jej oczami pojawiła się na moment pokryta bliznami twarz i z otworu pozbawionego warg wydobyły się słowa:

– Na razie tylko zaznaczyłem miejsce. Teraz możemy zaczynać.

Sięgnął po lutownicę.

Dziś, godzina 10.14

Dużo później, wiele lat po lęku

No i jak? Co państwo powiedzą na taki wstęp? Kobieta budzi się z koszmaru, by natychmiast znaleźć się w kolejnym. Ciekawe, prawda?

Profesor wstał od długiego dębowego stołu i spojrzał na niepewne twarze swoich studentów.

Dopiero teraz zauważył, że jego słuchacze zadali sobie więcej trudu przy wyborze ubrania niż on sam. Jak zawsze na ślepo wyjął z szafy jakiś pognieciony garnitur. Dał się kiedyś namówić sprzedawcy na ten piekielnie drogi zakup tylko dlatego, że jego ciemny kolor podobno idealnie pasował do jego czarnych włosów, które w tamtym czasie miał nieco dłuższe, w ostatnim porywie buntu z okresu dojrzewania.

Kiedy dziś, wiele lat później, chciałby kupić coś, co pasowałoby do jego fryzury, garnitur musiałby być popielaty, poprzecierany i z dziurą na plecach, jak tonsura mnicha.

– Co państwo powiedzą?

Poczuł piekące rwanie w łąkotce, gdy nierozsądnie odszedł krok na bok. Zgłosiło się tylko sześcioro. Cztery kobiety, dwóch mężczyzn. Typowe. W tego rodzaju eksperymentach zawsze większość stanowiły kobiety. Albo dlatego, że miały więcej odwagi, albo bardziej potrzebowały pieniędzy przewidzianych za udział w tym psychiatrycznym eksperymencie, o którym informowało ogłoszenie na tablicy.

– Przepraszam pana, czy ja to dobrze zrozumiałem?

Lewa strona, miejsce nr 2. Profesor spojrzał na listę przed sobą, żeby znaleźć nazwisko probanta, który zdecydował się odezwać: Florian Wessel, trzeci semestr.

Student, czytając wstęp, przesuwał po linijkach perfekcyjnie zastrugany ołówek. Mała, półokrągła blizna pod prawym okiem świadczyła o przynależności do studenckiej korporacji hołdującej tradycji menzury. Odłożył ołówek między strony i zamknął akta.

– I to ma być protokół badania klinicznego?

– Rzeczywiście. – Profesor z lekkim uśmiechem dał do zrozumienia młodemu mężczyźnie, że spodziewał się takiej reakcji. Była ona niejako częścią eksperymentu.

– Lutownica? Tortury? Policja? Za pozwoleniem, ale to się czyta bardziej jak początek jakiegoś thrillera, a nie jak akta pacjenta.

Za pozwoleniem? Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz słyszał ten archaiczny zwrot. Profesor zastanawiał się, czy student z fryzurą z przedziałkiem zawsze tak się wyrażał, czy też to melancholijna patyna ich nietypowego miejsca pobytu wywierała taki wpływ na jego dobór słów. Wiedział, że przerażająca historia tego budynku odstraszyła kilka osób od wzięcia udziału w eksperymencie. Dwieście euro w tę czy w tamtą.

Ale właśnie w tym tkwił cały urok. Żeby przeprowadzić eksperyment nie gdzie indziej, tylko właśnie tu. Nie było lepszego miejsca na przeprowadzenie testu, nawet jeśli cały kompleks był przesiąknięty wonią pleśni i panował w nim taki chłód, że przez chwilę zastanawiali się, czy nie oczyścić kominka ze śmieci i nie uruchomić go. W końcu był dwudziesty drugi grudnia i temperatura spadła mocno poniżej zera. Ostatecznie wypożyczyli dwa grzejniki olejowe, które jednak i tak nie dały rady dostatecznie ogrzać wysokiego pomieszczenia.

– Powiada pan, że to się czyta jak początek thrillera? – powtórzył profesor. – Niewiele się pan pomylił.

Złożył ręce jak do modlitwy i powąchał pomarszczone czubki palców. Przypominały mu toporne dłonie dziadka, z tym że dziadek, w przeciwieństwie do niego, przez całe życie pracował w polu.

– Gabinet, w którego archiwum znaleziono dokument, który właśnie mają państwo przed sobą, należał do jednego z moich kolegów psychiatrów, Viktora Larenza. Być może w trakcie studiów zetknęliście się już nawet z jego nazwiskiem.

– Larenz? On już chyba nie żyje? – spytał student, który zgłosił się dopiero wczoraj.

Profesor ponownie spojrzał na listę. Studentem o czarno farbowanych włosach okazał się Patrick Hayden. On i jego przyjaciółka Lydia siedzieli blisko siebie. Przerwa pomiędzy ich ciałami była tak wąska, że trudno byłoby tam wcisnąć nawet nić dentystyczną, co wyraźnie wynikało ze starań Patricka. Gdy tylko Lydia próbowała się od niego odrobinę odsunąć, jeszcze mocniej obejmował ją ramieniem i władczym gestem przytulał do siebie. Na sobie miał sportową bluzę z inteligentnym nadrukiem: „Jezus cię kocha”. Tuż poniżej widniało niemal nieczytelne: „Wszyscy pozostali uważają cię za dupka”. Patrick miał już raz tę bluzę na sobie, gdy do niego przyszedł, żeby się poskarżyć na kiepską ocenę z egzaminu.

– Viktor Larenz nie ma tu nic do rzeczy. – Profesor machnął ręką. – Jego historia jest z punktu widzenia dzisiejszego testu nieistotna.

– A o co w takim razie chodzi? – dopytywał się Patrick. Pod stolikiem założył jedną nogę na drugą. Sznurowadła jego skórzanych butów z cholewami były rozwiązane, aby nogawki fabrycznie podartych dżinsów nie opadły tak po prostu na cholewkę, bo inaczej nikt by nie zauważył metki producenta na wysokości kostki.

Profesor nie mógł powstrzymać uśmiechu. Rozwiązane buty, rozdarte spodnie, bluźniercza bluza. Ktoś z branży mody postawił sobie za cel zbicie majątku na koszmarach swoich konserwatywnych rodziców.

– Cóż, muszą państwo wiedzieć… – Znów usiadł na swoim miejscu przy końcu stołu i otworzył zniszczoną skórzaną teczkę, która wyglądała, jakby wyżywało się na niej jakieś obdarzone pazurami domowe zwierzę.

– To, o czym przed chwilą państwo przeczytali, wydarzyło się naprawdę. Akta, które państwu rozdałem, to ksero autentycznego raportu. – Profesor wyjął starą książkę w kieszonkowym wydaniu. – A to oryginał.

Postawił na biurku cienką książeczkę w miękkiej oprawie.

Łamacz Dusz. Czerwony tytuł wyraźnie odcinał się od zielonkawego tła. Wzrok przykuwała znajdująca się nad tytułem niewyraźna sylwetka mężczyzny, który ucieka przez przypominającą mgiełkę śnieżną zamieć w kierunku ciemnego budynku.

– Proszę się nie dać zwieść zewnętrznej formie. Na pierwszy rzut oka jest to zwykła powieść. Ale w środku kryje się znacznie więcej.

Z furkotem przepuścił między palcami około trzystu stron książki.

– Wielu uważa, że ten raport wyszedł spod pióra jednego z pacjentów Larenza. Larenz opiekował się wcześniej wieloma artystami, byli wśród nich również pisarze. – Profesor zamrugał powiekami i dokończył nieco ciszej: – Istnieje jednak również inna teoria.

Wszyscy studenci patrzyli na niego z zaciekawieniem.

– Zdaniem niektórych Viktor Larenz sam to napisał.

– Jak to?

Tym razem głos zabrała Lydia. Ciemna blondynka w szarym golfie była jego najlepszą studentką. Nie potrafił zrozumieć, co ją tak przyciągało do tego nieogolonego wiecznego studenta obok niej. Tak samo nie rozumiał, dlaczego mimo fantastycznie zdanej matury nie otrzymała stypendium.

– Czyżby ten Larenz miał przerobić swoje notatki na thriller? Po co miałby sobie zadawać tyle trudu?

– Właśnie tego chcemy się dziś dowiedzieć. To jest cel naszego eksperymentu.

Profesor zanotował coś na kartce notatnika przy liście studentów i zwrócił się do grupki studentek po swojej prawej stronie, które nie odezwały się dotychczas ani słowem.

– Jeśli macie jakieś wątpliwości, moje panie, doskonale to zrozumiem.

Rudowłosa uniosła głowę, pozostałe nadal gapiły się w kartki dokumentacji przed sobą.

– Wszyscy państwo mogą się zastanowić jeszcze raz. Właściwy eksperyment jeszcze się nie rozpoczął. Możecie przerwać i pójść po prostu do domu. Jeszcze jest na to czas.

Studentki przytaknęły niezdecydowanie.

Florian pochylił się do przodu, potem nerwowo podrapał się palcem wskazującym po przedziałku.

– A co wtedy z tymi dwiema stówami? – zapytał.

– To wynagrodzenie wyłącznie dla tych, którzy wezmą aktywny udział. I tylko wtedy, gdy będą trzymać się określonych wytycznych, opisanych na ogłoszeniu. Musicie przeczytać całe akta, robiąc zaledwie kilka krótkich przerw.

– A co potem? Co się stanie, kiedy już to zrobimy?

– To również jest częścią eksperymentu.

Psychiatra sięgnął pod blat i wyjął niewielki stosik formularzy z godłem prywatnego uniwersytetu.

– Proszę wszystkich, którzy zostaną, o podpisanie tego dokumentu.

Rozdał deklaracje, zwalniające uniwersytet od wszelkiej odpowiedzialności za ewentualne szkody psychosomatyczne, które mogłyby powstać w związku z dobrowolnym udziałem w eksperymencie.

Florian Wessel wziął kartkę, przytrzymał ją pod światło i na widok wodnego znaku Instytutu Medycznego energicznie pokręcił głową.

– Trochę to dla mnie za bardzo podejrzane.

Wyjął spomiędzy akt swój ołówek, chwycił za plecak i wstał.

– Chyba już wiem, do czego to wszystko ma prowadzić. A jeśli jest tak, jak przypuszczam, to zdecydowanie za bardzo się tego boję.

– Szanuję pana otwartość. – Profesor odebrał od Floriana deklarację i sięgnął po kopię akt. Potem spojrzał na trzy studentki, które właśnie naradzały się po cichu.

– Nie wiemy co prawda, o co w tym chodzi, ale skoro Florian rezygnuje, my też wolimy trzymać się z daleka.

Znów tylko rudowłosa się do niego odezwała.

– Jak sobie panie życzą. Nie ma sprawy.

Zebrał od nich plastikowe teczki, podczas gdy studentki zdejmowały z oparć krzeseł zimowe płaszcze. Florian stał już w kurtce z kapturem i w rękawiczkach przy wyjściu i czekał.

– A państwo?

Spojrzał na Lydię i Patricka, którzy nadal niezdecydowani przeglądali akta. W końcu wzruszyli jednocześnie ramionami.

– A co mi tam. Najważniejsze, że nie będą pobierać mi krwi – powiedział Patrick.

– No właśnie, a co tam. – Lydii udało się wreszcie odsunąć trochę od przyjaciela.

– Przez cały czas pan będzie z nami, prawda?

– Tak.

– I nie musimy robić nic oprócz czytania? Nic więcej?

– Zgadza się.

Za nimi dał się słyszeć odgłos zamykanych drzwi. Ci, którzy się wyłamali, wyszli bez pożegnania.

– W takim razie wchodzę w to. Kasa zawsze się przyda.

Lydia rzuciła profesorowi spojrzenie, które przypieczętowało nigdy niewypowiedzianą otwarcie przysięgę milczenia.

Wiem, powiedział do siebie w myślach i skinął głową. Delikatnie i prawie niezauważalnie.

Oczywiście, że potrzebujesz pieniędzy.

Było to w jeden z gorących kwietniowych weekendów, kiedy fala rozczulania się nad sobą rzuciła go w jej prywatne życie.

Jedyny przyjaciel poradził mu zrezygnować z rutynowych „schematów doznań”, jeśli chce wreszcie zapomnieć o przeszłości. Musi zrobić coś, czego jeszcze dotychczas w życiu nie robił. Trzy kieliszki później poszli do tego baru. Nic ekscytującego. Było tam tylko niewinne nudne show. Pomijając fakt, że dziewczyny tańczyły półnagie, nie poruszały się bardziej obscenicznie niż większość nastolatek na dyskotece. I, o ile potrafił to ocenić, na zapleczu nie było żadnego pokoju.

A mimo to poczuł się tam jak obleśny stary zgred, kiedy nagle stanęła przed nim Lydia z kartą drinków. Bez golfa, z rozpuszczonymi włosami, w spódniczce od szkolnego mundurka. Nic więcej na sobie nie miała.

Zapłacił za drinka, nawet go nie próbując, zostawił swojego przyjaciela i ucieszył się, gdy zobaczył ją na następnym wykładzie w pierwszym rzędzie. Nie zamienili ani słowa na ten temat i był pewien, że Patrick nie miał pojęcia o dodatkowym zajęciu swojej dziewczyny. Chociaż sam wyglądał jak ktoś, kto jest na ty z barmanami w większości tego typu klubów, nie sprawiał wrażenia zbyt tolerancyjnego, jeśli chodziło o jego interes.

Lydia westchnęła cicho i złożyła podpis pod deklaracją.

– W końcu, co tu się może stać? – zadała sobie retoryczne pytanie. Profesor odchrząknął, ale nic nie powiedział. Zamiast tego sprawdził oba podpisy i spojrzał na zegarek.

– Świetnie, zatem jesteśmy gotowi.

Uśmiechnął się, chociaż wcale nie było mu do śmiechu.

– Zaczynamy eksperyment. Proszę otworzyć akta pacjenta na stronie 7.

AKTA PACJENTA NR 131071/LARENZ str. 7–109

Dzień przed Wigilią – godzina 17.49

Dziewięć godzin i czterdzieści dziewięć minut przed lękiem

Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację…

Słowa starszej pani docierały do klęczącego obok niej Caspara przytłumione, jakby przez zamknięte drzwi.

– Ojciec i syn jadą nocą ośnieżoną drogą przez ciemny las. Ojciec traci kontrolę nad samochodem. Uderzają w drzewo. Ojciec ginie na miejscu. Chłopiec przeżywa, ale w ciężkim stanie zostaje odwieziony do szpitala, gdzie natychmiast trafia na oddział chirurgii powypadkowej. Przychodzi chirurg, sztywnieje i mówi w panice: „O mój Boże, nie mogę operować tego chłopca. To mój syn!”

Starsza pani na łóżku zrobiła krótką przerwę, po której spytała triumfalnie:

– Jak to możliwe, przecież chłopiec nie może mieć dwóch ojców?

– Nie mam pojęcia.

Caspar cały czas miał zamknięte oczy, zdając się na zmysł dotyku, podczas próby naprawy telewizora. Dlatego też mógł się tylko domyślać jej szelmowskiego uśmiechu za plecami.

– Ach, niech pan da spokój. Zagadka wcale nie jest taka trudna dla mężczyzny z pańską inteligencją.

Wyciągnął dłoń zza masywnego kineskopowego aparatu i odwrócił się do Grety Kaminsky, kręcąc głową.

Siedemdziesięciodziewięcioletnia wdowa po bankierze ledwie pięć minut temu zapukała do jego drzwi i poprosiła, czy nie mógłby zerknąć na jej „cholerne pudło”. Nazywała tak monstrualny telewizor, który był zdecydowanie za duży do jej szpitalnego pokoiku na poddaszu kliniki Teufelsberg. Naturalnie spełnił jej prośbę, chociaż profesor Raßfeld wyraźnie mu tego zabronił. Szef kliniki nie chciał, żeby Caspar opuszczał bez nadzoru swoją pojedynkę.

– Obawiam się, że zagadki nie są moją najlepszą stroną, proszę pani.

Wciągnął niechcący trochę kurzu, który zebrał się za telewizorem, i zaczął kasłać.

– Poza tym nie jestem kobietą. Nie potrafię robić dwóch rzeczy jednocześnie.

Przycisnął z powrotem policzek do pudła telewizora i dalej próbował na wyczucie znaleźć miejsce na wtyczkę do anteny. Ciężki gruchot nie dał się odsunąć od ściany nawet o milimetr.

– Bla, bla, bla! – Greta dwa razy uderzyła płaską dłonią w materac. – Niech pan nie będzie taki, Caspar!

Caspar.

To przezwisko nadali mu pielęgniarze. Jakoś trzeba było do niego mówić, skoro nikt nie wiedział, jak się nazywa naprawdę.

– Proszę chociaż spróbować! A nuż okaże się, że jednak ma pan nosa do zagadek. Kto wie, przecież nic pan nie pamięta.

– Nieprawda. – Stęknął i jeszcze głębiej wsunął rękę w szparę między telewizorem a pokrytą tapetą ścianą. – Wiem, jak się wiąże krawat, czyta książkę, jeździ na rowerze. Nie mam tylko żadnych wspomnień.

– „Pańska wiedza dotycząca faktów w dużej mierze pozostała nienaruszona” – wyjaśniła mu już podczas pierwszej sesji doktor Sophia Dorn, zajmująca się nim psychiatra. – „Ale wszystko, co definiuje pana emocjonalnie, to znaczy to, co stanowi o pana osobowości, niestety przepadło”.

Amnezja wsteczna. Utrata pamięci.

Nie mógł sobie przypomnieć własnego nazwiska, rodziny, zawodu. Nie wiedział nawet, w jaki sposób trafił do tej luksusowej prywatnej kliniki. Stary budynek kliniki Teufelsberg stał na obrzeżach miasta, na najwyższym wzniesieniu Berlina, sztucznie usypanym ze zgliszczy domów, zniszczonych przez bomby podczas wojny. Dziś wzgórze Teufelsberg było zarośniętym zielenią wysypiskiem śmieci, na którego czubku amerykańska armia zainstalowała w czasie zimnej wojny swoje urządzenia podsłuchowe. Czteropiętrowa willa, w której opiekowano się Casparem, służyła jako oficerskie kasyno dla członków tajnych służb. Dopiero po upadku muru wylicytował ją renomowany psychiatra i neuroradiolog profesor Samuel Raßfeld, luksusowo wyremontował i zmienił w jeden z czołowych ośrodków leczących zaburzenia psychosomatyczne. Klinika królowała teraz nad dzielnicą Grunewald niczym odgrodzony fosą pałac. Prowadziła do niej tylko wąska prywatna uliczka, na której dziesięć dni temu znaleziono Caspara. Nieprzytomnego, przysypanego cienką warstwą śniegu i wychłodzonego.

Dirk Bachmann, dozorca kliniki Teufelsberg, wiózł tamtego wieczoru Raßfelda na spotkanie w szpitalu Westend. Gdyby wracał zaledwie godzinę później, Caspar zamarzłby na skraju drogi. Czasami zastanawiał się, czy to byłaby jakakolwiek różnica.

Bo czymże jest życie bez tożsamości w porównaniu do śmierci?

– Nie może się pan tak zadręczać – upomniała go Greta, jakby czytała w jego ponurych myślach. Zabrzmiało to zupełnie tak, jakby była lekarką, a nie współpacjentką, która sama miewała napady lękowe, gdy tylko za długo była sama.

– Wspomnienie jest jak piękna kobieta – wyjaśniła mu, podczas gdy Caspar nadal grzebał za telewizorem w poszukiwaniu gniazda antenowego. – Jeśli będzie pan za nią chodził, znudzona odwraca się plecami. Ale jeśli zajmie się pan czymś innym, zazdrosna piękność sama do pana wróci.

Zachichotała rozbawiona.

– Tak jak nasza śliczna terapeutka, która z taką troską się panem zajmuje.

– Co pani ma na myśli? – spytał zdziwiony Caspar.

– Cóż, nawet stara babcia jest w stanie to zauważyć. Pasujecie do siebie z Sophią, mój panie Caspaaarrrze.

Caspaaarrr.

Z przeciągniętym A i wibrującym R głos Grety przypominał filmowe diwy z okresu powojennego. Od czasu, kiedy siedem lat temu jej mąż podczas gry w golfa zmarł na atak serca, spędzała każde święta Bożego Narodzenia w tej prywatnej klinice. Tu nie była sama, gdy dopadała ją świąteczna depresją. Z tego samego powodu nawet awaria telewizora była dla niej małą katastrofą. „Gadająca skrzynka” była u niej włączona bez przerwy, żeby tylko nie czuła się zbyt samotnie.

– Gdybym była młodsza, sama chętnie umówiłabym się z panem na herbatkę tańcującą. – Zachichotała zalotnie.

– Serdecznie dziękuję. – Zaśmiał się.

– Mówię poważnie. Kiedy mój mąż był w pana wieku, gdzieś na początku czterdziestki przypuszczam, ciemne włosy opadały mu na czoło tak samo figlarnie jak panu. Poza tym miał tak samo proporcjonalne dłonie, jak pan. I… – Greta znów zachichotała – podzielał moją pasję do zagadek!

Zaklaskała dwa razy w dłonie, jakby była nauczycielką kończącą przerwę.

– No, i dlatego spróbujemy jeszcze raz…

Caspar westchnął rozbawiony, podczas gdy Greta powtórzyła swoją zagadkę.

– Ojciec i syn ulegają wypadkowi. Ojciec ginie, syn przeżywa.

Pomimo uchylonego okna Caspar zaczął się pocić.

Przez cały poranek padał deszcz, a około południa temperatura spadła poniżej zera. Tu, w środku Grunewaldu, było pewnie jeszcze o dwa stopnie zimniej niż w centrum miasta. Ale w tej chwili wcale tego nie odczuwał.

Ha! Palcem wskazującym natrafił na okrągły metalowy otwór w plastikowej obudowie. Jeszcze tylko wsadzę kabel i…

– Ciężko ranny syn zostaje przewieziony do szpitala. Jednak chirurg nie chce go operować. Nie chce operować własnego syna.

Caspar wygrzebał się zza ciężkiego telewizora, wstał i sięgnął po pilota.

– Jak to możliwe? – spytała Greta łobuzersko.

– A tak – odpowiedział Caspar i włączył telewizor.

Najpierw obraz zamigotał, potem dobitny głos spikera wiadomości wypełnił cały pokój. Kiedy w końcu pojawił się uzupełniający go obraz, Greta aż klasnęła w ręce z radości.

– Znów działa! Cudownie, jest pan genialny!

Nie wiem, jaki jestem, pomyślał Caspar i strzepnął kurz z dżinsów.

– Lepiej wrócę do swojego pokoju, zanim pielęgniarka się wścieknie… – zaczął, ale Greta podniosła rękę, żeby zamilkł.

…kolejne wstrząsające informacje o tak zwanym Łamaczu Dusz, który już od kilku tygodni budzi lęk i przerażenie kobiecej część społeczeństwa…

Za pomocą pilota Greta nastawiła głośniej wiadomości.

Godzina 17.56

Właśnie dotarła do nas wiadomość, że jego pierwsza ofiara, dwudziestosześcioletnia studentka akademii teatralnej Vanessa Strassmann, zmarła dziś po południu na oddziale intensywnej terapii w szpitalu Westend. Dwa i pół miesiąca wcześniej zaginęła bez śladu zaraz po zajęciach i po dokładnie tygodniu została odnaleziona w zapuszczonym motelu przy autostradzie. Naga, skrajnie wyczerpana i sparaliżowana.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie olśniewającej piękności, tak jakby dramatyczne słowa spikera nie wystarczały, aby wyjaśnić cały rozmiar tragedii. Jej portret ustąpił miejsca dwóm następnym. Również i tu ktoś zadał sobie sporo trudu, aby zdobyć szczególnie atrakcyjne zdjęcia z rodzinnych albumów.

Tak samo jak dwie kolejne ofiary, Doreen Brandt, odnosząca sukcesy prawniczka, i nauczycielka szkoły podstawowej, Katja Adesi, Vanessa Strassmann nie odniosła niemal żadnych zewnętrznych obrażeń. Lekarze twierdzą, że nie została zgwałcona, nie bito jej i nie torturowano. Mimo to była psychicznym wrakiem. Aż do chwili śmierci w dniu dzisiejszym reagowała jedynie na intensywne impulsy świetlne i dźwiękowe, pozostając przez cały czas w stanie zbliżonym do śpiączki.

Zdjęcia zniknęły i na ekranie pojawiła się bryła nowoczesnego kompleksu szpitalnego.

Zagadką pozostaje dla lekarzy przyczyna jej śmierci. Nadal nie wiadomo, co napastnik zrobił tej młodej kobiecie. Jedyną wskazówką są karteczki znalezione w dłoniach wszystkich ofiar, których treść policja utrzymuje jednak w tajemnicy. Na szczęście dotychczas nie było kolejnych doniesień o porwaniach i miejmy nadzieję, że ta przerażająca seria została przerwana nie tylko ze względu na nadchodzące święta, ale już na zawsze. Najlepszym bożonarodzeniowym prezentem z pewnością byłaby informacja o schwytaniu Łamacza Dusz, prawda Sandro?

Prezenter wiadomości z profesjonalnym uśmiechem odwrócił się w stronę współprowadzącej, dając tym samym sygnał, że czas przejść do prognozy pogody.

Zgadza się, Paul, to prawda. Ale teraz wszyscy trzymamy kciuki, żeby również inne prezenty bezpiecznie i na czas trafiły pod choinkę, ponieważ po najsilniejszych opadach śniegu w ciągu ostatnich dwudziestu lat w wielu dużych miastach gołoledź sparaliżowała komunikację. Dodatkowo należy się liczyć z silnymi burzami…

Gołoledź, pomyślał Caspar, patrząc na graficzne znaki ostrzegawcze nad Berlinem umieszczone na mapie pogody. I wtedy stało się to po raz pierwszy.

Impet wspomnień trafił go tak nagle i mocno, że nie był w stanie ich powstrzymać.

ECHO WSPOMNIEŃ

– Ale wrócisz zaraz, prawda?

– Tak. Nie bój się. – Dotknął jej przepoconych włosów, które podczas skurczów opadły na czoło.

– Nie zostawisz mnie samej?

– Nie.

Oczywiście nie mógł słyszeć jej słów. Dziewczynka już od dłuższego czasu nie była w stanie poruszyć językiem. Ale wyczuwał nieme błaganie jedenastolatki w słabym uścisku jej palców. Wypierał z myśli dręczące pytanie, czy była to świadoma reakcja, czy też tylko odruch, podobny do niekontrolowanych drgań jej prawej powieki.

– Tak bardzo się boję. Proszę pomóż mi.

Całe jej delikatne ciałko krzyczało o pomoc, a on z trudem powstrzymywał się od łez, koncentrując wzrok na znamieniu, które niczym kropka w znaku zapytania widniało nad jej prawą kością policzkową.

– Wyciągnę cię stąd – szepnął. – Zaufaj mi.

Pocałował ją w czoło, modląc się, żeby nie było już za późno.

– Okay! – wyszeptała dziewczynka, nie poruszając ustami.

– Jesteś taka dzielna, kochanie. O wiele za bardzo jak na swój wiek.

– Wiem. – Palce wyśliznęły się z jego dłoni. – Tylko się pospiesz – jęknęła niemo.

– Oczywiście. Obiecuję. Uwolnię cię.

– Boję się. Wrócisz szybko, tatusiu?

– Tak. Niedługo wrócę i wszystko będzie dobrze, mój skarbie. Wszystko będzie tak jak kiedyś. Nie martw się, słodziutka, okay? Popełniłem błąd, ale znów cię stąd wyciągnę, a wtedy…

– …a pan jak myśli? – zapytała głośno Greta, wyrywając Caspara z niepokojącego snu na jawie. Zamrugał nerwowo, przełknął ślinę, która zebrała mu się w ustach, i na koniec otworzył oczy. Natychmiast zaczęły łzawić, gdy światło telewizyjnego ekranu doszło do źrenic. Najwidoczniej Greta nawet nie zauważyła, że przez moment był myślami zupełnie gdzie indziej.

– Słucham?

W nosie pozostał mu zapach spalonego papieru, zupełnie jakby impet tego pierwszego strzępu wspomnień spowodował pojawienie się dymu.

Co to było? Naprawdę moje wspomnienie? Sen? Ciągle jeszcze zszokowany obrazami, które się przewinęły w jego głowie, złapał się za pierś. W miejscu, gdzie pod T-shirtem zaznaczały się świeżo zagojone rany po oparzeniu, które odkrył na sobie podczas pierwszego prysznica w klinice i których przyczyna była tak samo niejasna jak jego przeszłość.

– Ciekawe – powiedziała podekscytowana Greta. – Co tam mogło być na tych karteczkach?

Przyciszyła telewizor. Smród spalenizny w jego nozdrzach trochę zelżał.

– Na czym?

– No, na karteczkach. Tych, które znaleziono przy ofiarach Łamacza Dusz. Jakie to może mieć znaczenie?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział zbity z tropu. Koniecznie musi stąd wyjść. Pozbierać się jakoś. Zastanowić nad tym, co przed chwilą przeżył, i naradzić się ze swoją lekarką.

Czy ja mam córkę? Czy ona gdzieś na mnie czeka? Chora? I sama?

– Może niech pani lepiej wyłączy już telewizor. Nie będzie mogła pani zasnąć przez te wstrząsające doniesienia. – Starając się nie pokazywać zmieszania, ruszył powoli do drzwi.

– A co tam. Po mnie ten Łamacz Dusz na pewno nie przyjdzie.

Greta uśmiechnęła się chytrze i odłożyła na nocny stolik okulary do czytania z mocno zgryzionymi zausznikami.

– Nawet gdybym nie nosiła okularów, to i tak nie mieszczę się w kręgu jego zainteresowań. Sam pan słyszał: jego wszystkie ofiary miały od dwudziestu do czterdziestu lat, były szczupłe, jasnowłose i rozwiedzione. Może z pięćdziesiąt lat temu pasowałabym jeszcze do tego wzorca.

Zaśmiała się.

– Ale niech pan się nie martwi, kochaniutki. Obejrzę sobie dziś przed zaśnięciem milusi film o zwierzątkach. Pokazują dzisiaj Milczenie owiec…

– To przecież nie jest… – zaczął Caspar, ale potem zobaczył po jej oczach, że dał się nabrać. – Trafiony, zatopiony – powiedział i nie mógł powstrzymać uśmiechu pomimo wewnętrznego rozkojarzenia. – Zatem mamy jeden do jednego.

Wyciągnął rękę w stronę klamki.

– Remis?! Dlaczego?! – krzyknęła za nim zdumiona Greta.

– No, cóż, dałem się nabrać. Ale z kolei ja rozwiązałem pani zagadkę.

– Kłamca, wcale pan nie rozwiązał.

– Tak, tak. Chirurg jest kobietą – powiedział z uśmiechem. – Chirurgiem w szpitalu jest matka chłopca. Dlatego nie chce operować własnego syna.

– No nie wierzę. – Greta zachichotała, klaszcząc znów w dłonie jak uczennica. – Jak pan na to wpadł?

Nie mam pojęcia, pomyślał Caspar i pożegnał się z niepewnym uśmiechem.

Naprawdę nie mam najmniejszego pojęcia.

Uśmiech zniknął z jego twarzy w tym samym momencie, gdy zamknął za sobą drzwi i wyszedł na korytarz. Przez chwilę zastanawiał się, czy zdąży z powrotem do pokoju Grety, zanim go nakryją. Ale wtedy usłyszał, jak ktoś wymawia jego imię, i zdecydował się ruszyć ukradkiem za dwoma lekarzami, którzy właśnie wyszli z jego pokoju, miotając wściekłe spojrzenia.

Godzina 18.07

Raßfeld i Sophia byli tak bardzo pochłonięci dyskusją, że zupełnie go nie zauważyli, chociaż stał zaledwie kilka metrów za nimi. Caspar miał spore trudności ze zrozumieniem ich słów.

– …wydaje mi się, że jeszcze jest zdecydowanie za wcześnie – syknął Raßfeld schrypniętym głosem palacza. – To mogłoby za mocno wstrząsnąć Casparem.

Szef kliniki zatrzymał się i poprawił wełniany szal, który miał owinięty wokół szyi. Wygląd ordynatora jak zwykle był sprzecznością samą w sobie. Nawet w środku lata owijał gardło grubym szalem ze strachu przed przeziębieniem, co wcale mu nie przeszkadzało, żeby zimą wychodzić z domu w sandałach na bose stopy. Profesor dbał o pielęgnację paznokci u rąk i idealnie zaczesany przedziałek, ignorując przy tym pozostały zarost twarzy. Bujna broda była równie zaniedbana, jak włoski, które wystawały mu z nosa i uszu. I chociaż napisał habilitację na temat psychicznych uwarunkowań otyłości, w jego biurze między stosami książek i segregatorów walały się puste kartony z fast foodów. Co prawda nie osiągnął jeszcze tuszy Bachmanna, ale i tak obwód jego brzucha wystarczał, żeby stająca obok Sophia wyglądała jak anorektyczka.

– Nie wolno pani mu tego pokazać! – polecił. Z tymi słowami pociągnął Sophię za sobą korytarzem jak najdalej od pokoju pacjenta, z którego przed chwilą wyszli. – Pod żadnym pozorem. Czy to jasne? Zabraniam pani.

Caspar ostrożnie podążał za nimi.

– Mam inne zdanie na ten temat – odezwała się Sophia nieco mniej energicznie. Uniosła dłoń, w której trzymała cienką teczkę z aktami pacjenta. – Ma prawo to zobaczyć…

Ordynator zatrzymał się nagle i przez chwilę wyglądało na to, że chce się obrócić. Caspar momentalnie kucnął i rozwiązał sznurowadło. Ale Raßfeld otworzył tylko drzwi do małej kuchni i wciągnął za sobą Sophię do pomieszczenia. Drzwi zostawił uchylone. Kucając na korytarzu, Caspar mógł patrzeć przez szczelinę w drzwiach. Raßfeld stał poza zasięgiem jego wzroku.

– W porządku, przepraszam – usłyszał głos profesora. – Niepotrzebnie podniosłem głos. Ale naprawdę nie wiemy, jakie szkody mogłyby u niego wywołać te informacje.

– Albo jakie wspomnienia. – Sophia oparła się płaską dłonią o blat przy zlewie. Jak zawsze była bez makijażu, przez co wcale nie wyglądała jak lekarz prowadzący, bardziej przypominała studentkę medycyny z trzeciego semestru. Caspar dziwił się, co go tak do niej przyciąga, że nawet potajemnie się za nią teraz skrada. Nic nie było w niej idealne. Każdy szczegół zdawał się mieć jakieś wady: oczy za duże, skóra zbyt blada, uszy odrobinę za bardzo odstające, a kształt nosa również z pewnością nie pochodził z katalogu chirurga plastycznego. A mimo to nie mógł się na nią napatrzeć. Podczas każdej sesji terapeutycznej odkrywał w niej coś nowego, co go fascynowało. W tej chwili był to pojedynczy kosmyk włosów, który uformował nad jej skronią znak zapytania.

– Pani jest za bardzo niecierpliwa – wymamrotał Raßfeld.

Zimny dreszcz przejął Caspara, gdy zobaczył, jak pełna brązowych plam dłoń szefa kliniki powoli zbliżała się do dłoni Sophii.

Profesor mówił teraz tonem, który miał zabrzmieć nie tylko konspiracyjnie, ale przede wszystkim uwodzicielsko.

– Wszystko w swoim czasie – powiedział cicho. – Wszystko w swoim…

Gdy owłosiony palec wskazujący Raßfelda otarł się o przegub ręki Sophii, Caspar zareagował instynktownie.

Podskoczył, szarpnął za drzwi i z udawanym zdziwieniem natychmiast wycofał się na korytarz.

– Co… co pan tu robi? – naskoczył na niego Raßfeld, momentalnie odzyskując kontrolę nad sobą.

– Chciałem sobie wziąć kawy – wyjaśnił Caspar i wskazał na srebrny termos obok Sophii.

– Czy nie zabroniłem panu opuszczać pokoju?

– Hm, zgadza się. Najwidoczniej zapomniałem. – Caspar złapał się za głowę. – Przepraszam, ale ostatnio zdarza mi się to coraz częściej.

– Ach tak, uważa pan, że to zabawne? A jeśli pojawi się nawrót i niezauważony wymknie się pan z kliniki? Wyglądał pan chociaż na dwór?

Caspar podążył za ruchem ręki Raßfelda w stronę okna.

– Piętrzą się tam dwumetrowe zaspy. Bachmann nie uratuje pana po raz drugi.

Ku zaskoczeniu Caspara Sophia stanęła po jego stronie.

– To moja wina – odezwała się zdecydowanym tonem. Wzięła teczkę i wyszła z kuchni. – Ja mu na to pozwoliłam, panie profesorze.

Caspar starał się nie okazać zdumienia. W rzeczywistości Sophia zażądała od niego zupełnie czego innego. Miał informować pielęgniarki, nawet gdy chciał wyjść tylko do toalety.

– Jeśli to prawda… – Raßfeld wyjął z kieszeni kitla chusteczkę z materiału i zagniewany otarł pot z czoła – …to niniejszym zawieszam tę decyzję.

Z ponurą miną przecisnął się między nimi.

To jeszcze nie koniec, zawisło w powietrzu, gdy profesor bez słowa skierował się do windy.

Wyraz twarzy Sophii rozluźniał się z każdym kolejnym krokiem, jaki ich od niego dzielił. Gdy w końcu zniknął za zakrętem korytarza, odetchnęła z ulgą.

– Proszę pójść ze mną. Musimy się pospieszyć – powiedziała po krótkiej przerwie.

– Dlaczego? – Caspar szedł za nią korytarzem do swojego pokoju. – Przecież już mieliśmy dziś sesję.

– Tak, ale ma pan gościa.

– Gościa? Kogo?

Sophia odwróciła się do niego.

– Kogoś, kto być może wie, kim pan naprawdę jest.

Caspar stanął jak wryty.

– Kto to?

– Zaraz sam pan zobaczy.

Jego tętno przyspieszyło, chociaż szedł znacznie wolniej.

– Czy Raßfeld o tym wie?

Lekarka ściągnęła zdziwiona brwi i spojrzała na niego podejrzliwie. Jej świdrujący badawczy wzrok przypomniał mu pierwsze świadome sekundy na oddziale intensywnej terapii. Obudził się i zobaczył przed sobą wizerunek obcego mężczyzny, który odbijał się w błękitnych oczach Sophii. Z początku jego uwagę odwróciły drobne plamki w kolorze bursztynu, które niczym kamyki na dnie przejrzystego jeziora dodawały jej źrenicom dodatkowej głębi.