Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lalki - Alicja Pruś

Należące do gatunku kryminału historycznego Lalki oczarują niejednego czytelnika. Wielbiciele kryminału znajdą tu kilka zabójstw, żywą akcję i tajemnice, które spróbuje odkryć czwórka detektywów – rozważna dama oraz trzech lekkoduchów.

Amatorów romansu wzruszą do łez przygody starego lowelasa, pięknej awanturnicy oraz pełnego życia i namiętności młodzieńca.

Fani powieści historycznej przeniosą się do Warszawy XIX wieku, aby wraz z bohaterami wędrować po szynkowniach i salonach, mieszczańskich mieszkaniach oraz ekskluzywnych burdelach...

Miłośnicy ezoteryki odczytają przyszłość z rozkładów kart Tarota, poznają ciemną stronę ludzkiej natury podczas dramatycznych seansów spirytystycznych i będą uczestniczyć w literackiej zabawie z innymi niebezpiecznymi przesądami.

Admiratorzy talentu Prusa odnajdą w Lalkach miejsca, epizody i osoby znane z jego najwybitniejszych dzieł. Ale pojawiają się tu także postacie, które pisarz z powodu obyczajowej i politycznej cenzury wyciął z panoramy Warszawy – policjanci, szpicle, rosyjscy oficerowie czy kobiety z półświatka, niezamierzające bynajmniej powrócić na drogę cnoty.

Uważny czytelnik zorientuje się w końcu, że został wciągnięty w postmodernistyczną grę z konwencjami i Lalką Prusa oraz w poszukiwania prawdziwego oblicza dobra i zła.

zobacz recenzję:

http://www.obliczakultury.pl/literatura/beletrystyka/krymina-i-sensacja/3824-Lalki-prus-recenzja

 

Opinie o ebooku Lalki - Alicja Pruś

Fragment ebooka Lalki - Alicja Pruś

PROLOG

Żółta, okazała kamienica przy jednej z uliczek przylegających do Alei Jerozolimskiej tonęła w nocnej ciszy. Przez wysokie okna na półpiętrach światło księżyca pomieszanego z blaskiem ulicznej latarni wpadało na klatkę schodową głównych schodów. Tam właśnie dał się słyszeć szmer. Oto cicho uchyliły się ozdobne drzwi mieszkania na drugim piętrze i wysunęła się z nich wysoka postać w szlafroku i nocnym czepeczku. Kobieta ostrożnie, starając się nie spowodować skrzypienia schodów, zeszła na półpiętro i stanęła w półotwartym oknie. Po chwili wychyliła się nieco, jakby chcąc zobaczyć i usłyszeć coś, co miało miejsce w bramie. Trwała tak przez pewien czas, coraz bardziej wyginając się w dół. Nagle tuż za nią coś trzasnęło i amatorka nocnych widoków spadła w dół z głośnym krzykiem.

Jakiś osobnik odskoczył od bramy i pobiegł w stronę Alei Jerozolimskiej. Natomiast ktoś inny wpadł do sieni wjazdowej, przebiegł przez podwórko i zniknął w drzwiach trzypiętrowej oficyny.

Na ulicy zaległa cisza. Przed wejściem do kamienicy leżało bezwładne ciało w białej barchanowej koszuli i rozwianym szlafroku koloru indygo. Spod głowy w papilotach, z której spadł koronkowy czepeczek, miotany teraz siłą wiatru w dół uliczki, wypływała powoli czerwona strużka. Ciszę przerwał trzask otwieranych okien, piskliwy wrzask: Złodzieje! i odgłos ciężkich kroków kogoś zbiegającego po schodach…

ROZDZIAŁ I.AS BUŁAW

Pani Stefania Meliton zdobyła doświadczenie i życiową mądrość, na własnych błędach ucząc się praw rządzących światem. Dzięki przeciwnościom losu i porażkom zrozumiała, że w życiu sprawdzają się inne zasady niż te wpajane jej przez naiwne nauczycielki lub głoszone w popularnych powieściach.

Z pensji wyniosła przekonanie, że ładna i skromna panienka z szanowanej rodziny, choćby nie miała majątku, może dobrze wyjść za mąż. Była więcej niż ładną i układną, pochodziła ze zubożałego ziemiaństwa, ale nikt nawet nie starał się o jej rękę. Słyszała też często o wykształconych i sumiennych nauczycielkach zdobywających miłość pupilów i zaskarbiających sobie szacunek ich rodziców. Była wykształconą, nawet zamiłowaną nauczycielką, lecz uczennice prześcigały się w robieniu jej na złość, a ich rodzice nie poświęcali guwernantce wiele uwagi. Czytała romanse, w których zakochani książęta i hrabiowie są ludźmi szlachetnymi i w zamian za serce mają zwyczaj prosić ubogie nauczycielki o rękę. Oddała więc serce młodemu hrabiemu, ten jednak uwiódł ją bez większych skrupułów, ale żenić się nie myślał. Zaloty barona, który pragnął ją pocieszyć po rejteradzie hrabiego, przyjmowała już z pewną rezerwą. Ten zresztą szybko zaniechał starań, a dowiedziawszy się o bankructwie swego ojca, ożenił się z panną niezbyt ładną, pochodzącą z rodziny bez nazwiska, ale za to jedyną dziedziczką fortuny zbitej na handlu.

Tuż po trzydziestce panna Stefania, chcąc uzyskać pewną niezależność, wyszła za mąż za wzbogaconego guwernera, Melitona. Wierzyła, jak się okazało naiwnie, w możliwość moralnego podźwignięcia człowieka mającego nadmierną skłonność do alkoholu. Nowożeniec jednak po ślubie pił więcej niż przed ślubem, zaś małżonkę, dźwigającą go moralnie, obrzucał najwulgarniejszymi wyzwiskami, a czasem nawet bił, czym popadło. Gdy umarł, podobno gdzieś w podrzędnym burdelu, pani Meliton, odprowadziwszy go na cmentarz i przekonawszy się, że jest niezawodnie zakopany, przejrzała pozostałe po nim dokumenty. Z nich dowiedziała się o utrzymance męża oraz dwójce jego nieślubnych dzieci, a świadomość bycia przez siedem lat żoną nie tylko alkoholika, ale także człowieka rozpustnego i zakłamanego, przyprawiła ją o ciężką chorobę.

Pół roku leżała w szpitalu, w osobnym gabinecie, samotna i zapomniana, oddając się rozmyślaniom. Gdy wyszła stamtąd – chuda, postarzała, z posiwiałymi włosami – stała się dla tych, którzy ją jeszcze pamiętali, dowodem prawdziwości stwierdzenia, że nieudane małżeństwo zmienia kobietę nie do poznania. Nawet jednak starzy znajomi nie zauważyli metamorfozy dotyczącej jej postawy życiowej. Przestała bowiem wierzyć zarówno w edukacyjne slogany, jak i w powszechne sądy, co nie znaczy, że tych ostatnich nie słuchała uważnie.

Nie była już nauczycielką, ale rekomendowała nauczycielki; nie myślała o zamążpójściu, ale swatała młode pary; nikomu nie oddawała swego serca, ale we własnym mieszkaniu ułatwiała schadzki zakochanym. Ponieważ każdy i za wszystko musiał jej płacić, majątek pani Meliton powiększał się z roku na rok. Najwięcej zarobiła w czasach, kiedy najbogatszy z warszawskich kupców, Stanisław Wokulski, oszalał na punkcie pewnej zimnej arystokratki, Izabeli Łęckiej. Wokulski płacił hojnie, aby pani Stefania udzielała mu wszelkich informacji zarówno o rodzinie Łęckich, jak i towarzystwie, do którego należał pan Tomasz i jego urodziwa córka. Dzięki swej informatorce Wokulski nabył weksle Łęckiego i srebra panny Izabeli, od niej dowiadywał się, kiedy i z kim piękna panna będzie spacerować po Łazienkach, z jakiej przyczyny nie znosi swego kuzyna Krzeszowskiego i dlaczego można sprawić jej radość, kupując klacz wyścigową…

Minęło kilkanaście miesięcy od złotej jesieni 1879 roku, kiedy to hojny kupiec zniknął bez wieści. Ucichły plotki i domysły tyczące jego losów, a pani Meliton nie musiała już przyjmować każdego zlecenia. Zdobyty majątek pomnożyła, umiejętnie lokując go w interesach sprawdzonych za pieniądze klientów i korzystając ze znajomości, które miała we wszystkich kręgach liczących się w Warszawie. Wtedy także przestała używać imienia Antonina, otrzymanego po babce ze strony ojca, zmarłej wiele lat przed jej narodzeniem, na dodatek podobno chorowitej i wiecznie nieszczęśliwej. Chcąc zamknąć etap życia, w którym dawało jej ono głównie gorzkie lekcje, pani Meliton kazała się nazywać Stefanią – swoim drugim imieniem, otrzymanym z kolei po babce ze strony matki, cieszącej się dobrym zdrowiem i tryskającej humorem do późnej starości.

Teraz nie tylko drożyła się jak wielka kurtyzana, ale i była wybredna jak słynna artystka – zajmowała się tylko tym, co ją interesowało, bawiło, pozwalało poznać ludzi, których zamysłów nie da się łatwo przeniknąć. Starała się bowiem pogłębiać studia nad człowieczą naturą. Dbałość o przyjemności i wygody sprawiła, że pani Meliton zmieniła się po raz kolejny – nie tylko nabrała nieco ciała, lecz także zyskała ekskluzywną oprawę dojrzałej urody, zaś dobrobyt i dystans wobec świata wygładziły jej zbyt wyostrzone przeciwnościami losu regularne rysy. Ponieważ zmiany w wyglądzie damy następowały w drodze ewolucji, jej klienci żywili przekonanie, że zawsze była niezwykle elegancką, dobrze zakonserwowaną, delikatną pięknością w balzakowskim wieku.

Tego popołudnia, które ciągnęło się jak kondukt pogrzebowy, nic nie zapowiadało początku intrygującej historii. Pani Meliton siedziała wygodnie rozparta w fotelu w saloniku pełnym uroczych drobiazgów świadczących o wyrafinowanym guście jego właścicielki, z pewnym znudzeniem przeglądając doniesienia towarzyskie w „Kurierze Warszawskim”. Właśnie pomyślała, że nie opisano tam niczego, czego by wcześniej nie wiedziała albo nie przewidziała, kiedy służąca zaanonsowała barona Krzeszowskiego. „Ciekawe…” – pomyślała. „Wprawdzie niedawno w dziwnych okolicznościach stracił żonę, ale przecież publicznie awanturował się z nią niemal od dnia ślubu, no i w efekcie zyskał majątek pozwalający mu nabywać i wystawiać konie wyścigowe… Czego może chcieć człowiek, który właśnie pozbył się problemów, od kobiety pomagającej rozwiązywać problemy?”

Baron, wszedłszy, lekko się ukłonił, gospodyni wskazała mu fotel obok siebie, a on padł na niego, jakby wrócił właśnie z wyczerpującego spaceru. Spadły mu binokle, które gwałtownym ruchem nasunął z powrotem na miejsce.

– I cóż… – zaczęła ze zdziwieniem.

– …za diabli mnie przynieśli? – dokończył gość. – Rzeczywiście, sam się sobie dziwię, że nie korzystam spokojnie z tego, iż moja małżonka miała kaprys zrobić salto przez okno. Ale to takie do niej, uważasz pani, niepodobne wychodzić z mieszkania późną nocą, w szlafroku… No i ten, uważasz pani, upadek! Nie cierpiała na żadne migreny, zasłabnięcia, zapaści, chyba że urojone, a w wychylaniu się i podglądaniu miała niemałą wprawę… Może ktoś jej pomógł?…

Pani Meliton spojrzała nań z uwagą i kiwając głową, mruknęła:

– Chyba tylko pan miałbyś w tym interes.

– Prawda, ale jak na ironię, mnie tam wtedy nie było. Mało który mąż dziedziczący po żonie ma takie alibi. Tego wieczoru, setki kilometrów od Warszawy, na pogrzebie krewnej widziała mnie, uważasz pani, cała dalsza i bliższa rodzina, dwu generałów, ksiądz biskup…

– Aż za dobre – gospodyni przerwała mu dość obcesowo. – Za długo żyję, aby nie wiedzieć, że tego typu zbrodni, jeśli to rzeczywiście było zabójstwo, a nie nieszczęśliwy wypadek, wybacz pan, nieostrożnej histeryczki, nie wykonuje się samodzielnie. Mało to kręci się po mieście tanich drani chętnych do wykonania zlecenia?

– Dajże pani spokój! – Baron zrobił tak gwałtowny gest, że znowu spadły mu binokle. – Śmierć kuzynki Zenobii też sobie, uważasz pani, zaplanowałem i datę pogrzebu? Po co bym tu w takim razie przychodził, skoro sędzia śledczy nie miał wątpliwości?

– Właśnie, po co? Nie jestem detektywem, tylko słabą kobietą mającą co najwyżej niewielką wiedzę o wartych zainteresowania poczynaniach warszawiaków. Jeśli masz pan podejrzenie morderstwa, wypadałoby raczej zgłosić to na policji.

– Sama pani wiesz, to idioci! – żachnął się baron. – Tego, pożal się Boże, śledczego, co mnie odwiedził nazajutrz po powrocie, chyba wyciągnęli prosto z jakiej zakazanej speluny. Wyglądał, jakby myślał tylko o tym, aby znowu się napić i tak cuchnął, że kazałem wykadzić salon, kiedy go wreszcie opuścił. – Baron zmarszczył nos i po chwili dodał: – Zresztą nawet gdyby porażał intelektem, nie uśmiecha mi się szarganie nazwiska Krzeszowskich po gazetach. Wystarczająco często figurowało ono za sprawą mojej drogiej, także w sensie dosłownym, małżonki, uważasz pani, we wszystkich sądach.

– Może w tym czasie baronowa namnożyła sobie wrogów? – zapytała pani Meliton.

– Tacy tam, uważasz pani, wrogowie! – Baron machnął lekceważąco ręką i znowu zsunęły mu się binokle. – Adwokacina, odważny, gdy chodziło o słabą kobietę, ale wystarczyło tupnąć nogą, a podwinął ogon i zniknął. Studenci, którzy jeśli zabijają, to śmiechem. Pani Stawska?! Uczciwa, szlachetna, choć piękna kobieta… Co tej nieszczęśnicy napsuła krwi moja nieodżałowana małżonka, zazdrosna o mnie, o protekcję Wokulskiego, bodaj czy nie o względy starego Rzeckiego! Jeśli kto miałby doprowadzić do czyjejś śmierci, to z pewnością nie ten naiwny anioł! Zresztą piękna wdowa wyprowadziła się aż pod Częstochowę, gdzie wysłałem jej przeprosiny i kwiaty… Ale, ale widzę, że już pani nabrała zainteresowania dla sprawy…

– Sama nie wiem – odparła w zamyśleniu pani Stefania, patrząc ponad głową rozmówcy.

– Nie naciskam, droga pani… – tu baron urwał, a z jego przedwcześnie postarzałej twarzy zniknął lekko kpiący uśmieszek. – Mam dziwne przeczucie, że w moim domu dzieje się coś niedobrego. I… wyznam, mocno mnie to niepokoi… To coś jest gdzieś blisko, obok mnie… Intuicja mi podszeptuje, że właśnie ty, pani, możesz mi pomóc rozwikłać tę, być może niebezpieczną, zagadkę.

– Nie mówię nie. Daj mi pan czas do namysłu. Napiszę, jeśli zechcę podjąć próbę. Powtarzam: próbę, bo żaden ze mnie śledczy.

– Pamiętaj pani, jestem teraz bogatym człowiekiem, bo i Zenobia miała do mnie słabość…

– O tym porozmawiamy później – przerwała nieco niegrzecznie pani Meliton. – To oczywiste, że prywatne śledztwo kosztuje.

– Z pewnością niedługo się spotkamy – podsumował Krzeszowski, podnosząc się z fotela i po raz kolejny osadzając na nosie niesforne binokle. – Wtedy porozmawiamy także o kosztach.

Baron skłonił się i wyszedł, a pani Meliton po krótkiej chwili zadumy zadzwoniła na służącą i poprosiła o herbatę. Następnie podeszła do narożnego bufetu, otworzyła przeszklone górne drzwiczki i napełniła kryształowy kieliszek nalewką orzechową. Przez moment spoglądała w płynne złoto napoju, po czym wypiła go powoli. Kiedy miłe ciepło zaczęło rozchodzić się po ciele zastałym od długiego bezruchu, weszła służąca, niosąc tacę z herbatą i konfiturą. Pani Meliton kazała dziewczynie zanieść wszystko do gabinetu i postawić na stoliku przy ścianie. Po chwili sama tam przeszła, usiadła przy intarsjowanej sekreterze, otworzyła blat, odsłaniając dziewięć szuflad. Z jednej wyciągnęła zawiniątko w czarnym jedwabiu i położyła na blacie.

Z pietyzmem rozwinęła delikatną tkaninę i wprawnym ruchem przetasowała wyjętą z niej talię. Rozłożyła wachlarz kart, w skupieniu wybrała sześć, układając je na planie pentagramu. As Buław w pozycji „moja obecna sytuacja” potwierdził gotowość tarocistki do podjęcia działania. Arcykapłanka sugerowała, aby zawierzyć intuicji, którą pani Meliton odkryła w sobie i skutecznie wykorzystywała co najmniej od pochówku nieszczęsnego męża. Centralne położenie karty Moc utwierdziło ją w przekonaniu, że dysponuje siłą wystarczającą, aby podjąć się owego interesującego zadania. Nie rozumiała znaczenia tylko jednej karty – odwróconego Giermka Kielichów w prawym rogu pentagramu.

– Cóż to, u licha, znaczy? – spytała samą siebie, wiedząc aż nazbyt dobrze, że karta ta może zwiastować romantyczną i wyidealizowaną miłość, a w jej istnienie pani Stefania już ani nie wierzyła, ani wierzyć nie chciała.

– Kim jest tajemniczy młodzieniec, którego drogi mają się spotkać z moimi? Przecież nie pożegnanym przed kwadransem wyleniałym baronem! A nie zamierzam chyba na starość wyrzucać pieniędzy na młodego utrzymanka… – prychnęła i zanurzyła się w rozmyślaniach.

Przyjrzała się uważnie karcie, analizując każdy jej szczegół. Co może w tej sytuacji oznaczać młody giermek ze złotym kielichem w ręce, stojący nad brzegiem wzburzonego morza? Jeszcze chwilę wlepiała w niego uporczywie wzrok, po czym wstała i nalała herbaty do delikatnej porcelanowej filiżanki. Pijąc drobnymi łyczkami, utwierdzała się w przekonaniu, że powinna przyjąć zlecenie barona.

Wprawdzie Fortunat Krzeszowski, mający antenatów w licznych utytułowanych fiksatach i degeneratach, nie budził jej zaufania, ale darzyła go dziwną atencją, wynikającą być może z życiowego dystansu starego lekkoducha, a może z jakichś własnych, zepchniętych na dno pamięci sentymentalnych wspomnień, w których pierwszoplanową rolę grał także nieco postrzelony i cyniczny baron. Coś pociągało panią Stefanię w tej niejasnej historii, nazbyt szybko wyjaśnionej przez sędziego śledczego. Intuicja podpowiadała jej, że baronowa nie z własnej woli zakończyła żywot, dostarczający tej zdziwaczałej sekutnicy wielu okazji do knowań, pomówień, donosów i awantur. Jednak najbardziej dziwiła panią Meliton postawa samego Krzeszowskiego, mogącego wszak do woli korzystać z przywilejów bogatego wdowca. On tymczasem postanowił, wbrew wydawałoby się oczywistym interesom, szukać skazy na pokaźnym majątku, należącym teraz do niego w całości. Starsza pani nie działała jednak pochopnie i dopiero kiedy poranek dnia następnego nie zmienił jej decyzji, wysłała do barona list z propozycją ponownego spotkania za dwa dni. Poprosiła w nim także o dyskretne zebranie informacji na temat lokatorów trefnej kamienicy. Sama również wykorzystała dany baronowi czas na dowiedzenie się czegoś więcej o mieszkańcach domu.

Baron nie tylko stawił się punktualnie w wyznaczonym przez panią Meliton dniu, ale i przyniósł notatki z księgi meldunkowej, którą pod pozorem porządkowania spraw zmarłej żony pożyczył od rządcy. Wziął sobie bowiem do serca sugestię dyskrecji i nie chciał być widziany z olbrzymim tomiszczem pod pachą. Nie na wiele się to zdało, bo mimo owej zapobiegliwości rozeszła się plotka, że świeżo upieczony wdowiec – niezbyt przywiązany do miejsca, gdzie dawno temu utracił córkę, a ostatnio żonę – zamierza korzystnie sprzedać kamienicę przynoszącą więcej kłopotów niż korzyści.

– Więc mieszkaliście państwo w trzypiętrowej kamienicy na drugim piętrze od frontu? – rozpoczęła indagację pani Meliton, kiedy baron rozsiadł się w fotelu i poprawił binokle.

– Nie tylko. Odkąd rok wstecz, ulegając usilnym prośbom baronowej, przestałem tułać się po hotelach i wróciłem na łono rodziny, mieszkanie od frontu okazało się zbyt małe. Uważasz pani, zaczęliśmy przyjmować, trzeba było zatrudnić więcej służby… A i ja sam potrzebowałem gabinetu, osobnej sypialni… Inaczej nie wytrzymałbym i miesiąca w roli nawróconego małżonka. Dlatego zaadaptowaliśmy jeszcze drugie piętro w lewej oficynie…

– Czy nie tam wynajmuje mieszkanie ten kombinator Maruszewicz?

– Tak, tyle że piętro niżej. Szczególny, uważasz pani, drań, choć kiedyś wydawał mi się użyteczny. Chętnie bym się go pozbył, ale jak kto się wije, nie dosięgniesz. Szkoda, że w swoim czasie nie przycisnąłem Wokulskiego, żeby zrobił sprawę temu błaznowi o fałszowanie weksli. Siedziałby teraz, uważasz pani, w areszcie, a ja mógłbym wynająć całkiem znośne mieszkanie komuś wypłacalniejszemu…

– Więc nie płaci? Cóż na to rządca?

– Też oferma ten Wirski! Moja małżonka lepiej niż ja pojmowała interesy i rozumnie wymówiła mu od nowego roku, ale gdzie mnie szukać innego rządcy. Został i zalega z rodziną na trzecim piętrze od frontu.

– A mieszkanie po Stawskiej? Już zajęte?

– Tak, sam niedawno wynająłem je panu Joli. Miał się tam wprowadzić z siostrą. Podobno równie piękna kobieta jak poprzednia lokatorka…

– A on sam, niewysoki brunet dźgający damskie serca sztylecikami wąsików? Na dodatek ma francuskie korzenie, co już samo dodaje mu uroku? – spytała z mieszaniną ironii i zaciekawienia pani Meliton.

– Ten sam. Poznałem go w klubie…

– Gdzie pewnie przegrałeś pan do niego kilka rubli?

– Jako żywo! Pan Joli okazał się très sympathique1 i nieźle mnie ugościł tego wieczoru, gdym zgrał się do czysta.

– Za pana własne pieniądze?

– Można i tak na to spojrzeć, choć niejeden mniej towarzyski i honorowy zostawiłby towarzysza zabawy o głodzie i pragnieniu…

– Więc pierwsze piętro w prawej oficynie – pan i panna Joli, a na drugim też umieściłeś pan jakiegoś obytego towarzysko dżentelmena?

– Chętnie bym to uczynił, ale, uważasz pani, większość lokatorów dostaliśmy jeszcze w spadku po Łęckim i Wokulskim. Moja, i w tym nieodżałowana, małżonka zamierzała pozbyć się niektórych z nich, ale nie zdążyła.

– Czyli?

Tu baron zerknął do swoich notatek, poprawił binokle, które spadły mu po raz kolejny i wyrecytował:

– Drugie piętro w prawej oficynie – pani Kolerowa z wnukiem, w tylnej na drugim – państwo Radzińscy, na pierwszym – Denowa, ta od „Pralni paryskiej”.

– Pralni?…

– Mamy ją z dobrodziejstwem inwentarza w tylnej oficynie na parterze.

– Aa… Może pierwsze piętro od frontu zajmuje jaki dżentelmen?

– Prawdopodobnie – uśmiechnął się baron, dostrajając ton do lekkiej złośliwości rozmówczyni. – Uważasz pani, oficer. Josip Rodionowicz Czekajłow. Nie znam go bliżej. Dość często bawi poza Warszawą. Ostatnio pojawił się jakiś tydzień przed tragiczną śmiercią baronowej.

– Czyli kawaler?

– Tego nie wiem na pewno… Ale na razie dość niekłopotliwy jak na rosyjskiego oficera. Nikt się na niego nie skarżył, nawet moja małżonka, która przecież nie zniosłaby odgłosów choćby bardziej wystawnej kolacji z gitarą w tle, a co dopiero, uważasz pani, libacji, jakie ci panowie mają zwyczaj urządzać po szynkowniach i wątpliwej reputacji salonach. Ten do siebie nie zaprasza, przeciwnie – znika na całe dnie i noce… Płacić, nie płaci, ale któż by się tam dopominał. Zawsze może się przydać taki lokator.

– Ba… Zaszkodzić też zawsze może… Ale, skoro tak, lepiej nie kusić licha. Któż jeszcze?

– Mieszkają tu także jakieś Barany, Kozły i Biegusy, Klejny i Króliki, ale wybacz, pani, nie wiem, kto zacz. Jeden to chyba szewc, drugi czy trzeci – subiekt, ale nie miałem z tymi ludźmi do czynienia, a kazałaś mi postępować ostrożnie i nie dawać do zrozumienia, że kogoś szukam. Księgę meldunkową także, zgodnie z pani sugestią, zostawiłem w domu.

– W porządku. Może przyślę po nią Fruzię. Teraz pomyśl pan, do kogo moglibyśmy się zwrócić, aby nas oświecił w kwestii owej trzódki.

– Ja, uważasz pani, nie bardzo znam swoich lokatorów. Wyjąwszy niedawno poznanego pana Joli, tego kombinatora Maruszewicza, co ma w dodatku czelność mienić się moim kuzynem, i tego cymbała Wirskiego. Pierwszy chyba jeszcze mniej wie ode mnie, drugiego tylko wrogowi bym polecił, a trzeci… – Tu baron machnął ręką i poprawił binokle. Po chwili dodał: – Może Leon, mój kamerdyner?… To, uważasz pani, frant kuty na cztery nogi! Zginąłbym bez niego w czasie, gdym przedkładał samotne użycie nad pożycie z baronową…

– Nie! – rozmówczyni ucięła krótko. – Wolałabym nie mieszać w to służby, zwłaszcza tych, co służą w tym domu. Z doświadczenia wiem, że szybko dowie się wtedy o naszych zamiarach nie tylko cała kamienica, ale i pół Warszawy. Ciężko by było wtedy coś przedsięwziąć. Zresztą powróciłeś pan na łono rodziny nie tak dawno. Stąd i Leon nie bardzo miał okazję poznać mieszkańców kamienicy. Jeśli będzie trzeba, poślę tam moją Eufrozynę. Na przykład do pralni, może usłyszy jakieś plotki. Wolałabym kogoś, kto mieszka w kamienicy od dłuższego czasu i uczestniczy w życiu mieszkańców.

– Mam! – Tu Krzeszowski wykonał ruch tak gwałtowny, że znów spadły mu binokle. – Utrapienie mojej żony! Studenci, których wyeksmitowała, a ja, nieświadom jej antypatii, znowu im wynająłem opuszczone z hukiem mieszkanko na ostatnim piętrze. To, uważasz pani, dość zabawni i inteligentni młodzi ludzie. Znają wszystkich, trzymają w szachu Maruszewicza, cieszą się sympatią młodych służących, praczek i pokojówek w bliższej i dalszej okolicy. Trzeba przyznać, odkąd ponownie zamieszkałem z małżonką, nie dawali jej powodów do gniewu.

– Może to i dobry pomysł. Rozważę go. A teraz wróćmy do tamtej feralnej nocy, kiedy zginęła baronowa. Co służba zeznała policji?

– Niewiele. Wszyscy już spali. Nikt nic nie widział, nie słyszał.

– Nawet służąca baronowej?

– Biedna, zahukana Marianna? Tak była zastrachana, zapłakana, że niewiele dało się z niej wydobyć.

– Może by teraz, po czasie, porozmawiać… tak przy okazji?

– Już u nas nie służy. Zwolniła się parę dni po śmierci swojej pani. Nie zatrzymywałem jej. Po co pokojówka w kawalerskim domu?

– Tak szybko znalazła nowe miejsce?

– Pewnie tak, ale wyznam, nie bardzo mnie to interesowało. Kazałem, uważasz pani, wypłacić jej należną pensję i tyle.

– Nie wiesz pan, u kogo teraz służy?

– Nie, ale mogę zapytać Leona, bo to on z mojego polecenia ją odprawiał.

– Daj pan na razie spokój. Kto znalazł ciało?

– Chyba stróż… Ale nie ma to wielkiego znaczenia. Wypadek był dość głośny i po chwili zrobiło się zbiegowisko. Jak twierdził śledczy, nikt w tym tłumie nie miał już do czynienia z żywą baronową. Uważasz pani, poniosła śmierć na miejscu… Uderzyła się w głowę.

– A co studiują ci młodzi ludzie, których mi pan polecasz?

– Zaraz polecam! Tak tylko sugeruję. Z tego inwentarza, jak to pani nazwałaś, ci wydają się najszczególniejsi… A co studiują? Chyba nauki medyczne. Jeden z nich, co sam przypomina nieboszczyka, podobno jako pierwszy ogłosił zgon baronowej…

– Jeśli tak, może by się rzeczywiście nadali, ale pozwól mi pan jeszcze się nad tym zastanowić i samej podjąć decyzję.

Tu pani Meliton przeszła do kwestii finansowych. Omówili je, jak przystało na ludzi dobrze wychowanych, gładko i szybko, a baron okazał się na tyle wspaniałomyślny, że kiedy wyszedł, sam zadziwił się swoją hojnością.

„Ki diabeł!” – myślał, schodząc po schodach. „Oto szastam rublami, starając się odkryć tajemnicę, jakiej może wcale nie ma. I jeszcze, żeby dotyczyła uroczej kochanki! A tu w grę wchodzi stara i upierdliwa żona…”

Na tych i podobnych myślach zszedł mu czas w dorożce, a kiedy zamyślony wszedł w bramę wjazdową opisywanej wcześniej kamienicy, omal nie zderzył się ze szczupłym elegancikiem wychodzącym z podwórza pod rękę z rudowłosą pięknością w kostiumie tak szmaragdowym, że krajobrazy wymalowane na ścianach sieni wydały się baronowi pozbawione koloru… Aby uspokoić wzrok, spojrzał w twarz nieznajomej i… zatonął w błyszczących, zielonych oczach, przy których suknie pięknej damy nagle straciły intensywność barwy.

– A cóż to tak zaprząta naszego drogiego gospodarza, że nie widzi swoich najwdzięczniejszych lokatorów? – Dość przyjemny, aksamitny tenor wyciągnął barona z zielonej topieli. Należał on do owego młodzieńca, którego szczęście w hazardzie jeszcze niedawno rozważali z panią Meliton. Baron skłonił mu się lekko, omiatając spojrzeniem powabną figurę jego zielonookiej towarzyszki. Elegancik podążył za zachwyconym wzrokiem i zareagował natychmiast:

– Pan pozwoli, baronie, chciałbym zaprezentować mu pannę Julię Joli, moją ukochaną siostrę.

– Je suis enchanté, mademoiselle2 – odparł baron po francusku, bo jakoś trudno przyszłoby mu nazwać tę nieco wyzywającą i pewną siebie damę z polska: panienką. Tymczasem owa panienka lekko skłoniła głowę, spoglądając na barona w taki sposób, że mimo obycia w towarzystwie śmiałych i pięknych kobiet nie tylko serce podskoczyło mu do góry.

– Nie wiem, czy wolno mi myśleć o pani jako najwdzięczniejszej lokatorce, ale z całą pewnością jako o najpiękniejszej… – Baron nie stracił jednak rezonu i ostentacyjnie poprawił binokle.

– Ja z pewnością będę wdzięczna. – Tu panna Julia podała baronowi rączkę w koronkowej rękawiczce koloru kostiumu i oczu, a ten ucałował ją, upajając się kwiatowym zapachem jakby lilii, a może orchidei. – Jeśli zaszczyci pan nas któregoś wieczoru wizytą. Miło spędzimy czas, a mój drogi brat, mając u siebie przyjaciół, nie będzie szukał nocnych wrażeń w klubie…

– Ta znowu swoje! – Nieco podkrążone oczy młodzieńca uśmiechnęły się porozumiewawczo do Krzeszowskiego. – Już od paru dni, odkąd przyjechała, wierci mi dziurę w brzuchu, abym zapraszał towarzystwo do siebie, skoro gospodyni na miejscu, zamiast tracić czas, zdrowie i reputację poza domem. I cóż pan na to, drogi baronie? Moglibyśmy tę partyjkę czy dwie rozegrać w domowych pieleszach, wśród zaufanych przyjaciół?

– Z przyjemnością. – Baron także się uśmiechnął, ale do towarzyszki młodzieńca. – Skoro tak urocza gospodyni zaprasza, grzechem byłoby się wahać.

– W takim razie do zobaczenia w przyszłą sobotę. I… proszę przyprowadzić któregoś ze swoich miłych przyjaciół. Julia wprawdzie rzadko grywa w wista, ale tym razem będzie nam towarzyszyć. Prawda, kochana?

– Z przyjemnością zagram w parze z panem baronem. – Panna Joli natychmiast wykorzystała wywołanie do odpowiedzi.

– Zadba też o nasze podniebienie i dobry humor – dorzucił z pewną zuchwałością pan Joli, po czym skłonił się baronowi. Panna Julia zaś posłała rozmówcy pełen zachęty uśmiech. A może tylko takim mu się wydawał.

– O, ja już mam dobry humor! – wykrzyknął baron, odwzajemniając i ukłon, i uśmiech.

Dwójka jego młodych znajomych wyszła na ulicę, on natomiast skierował się do swojego mieszkania. Nie wytrzymał jednak, cofnął się i wyjrzał przez bramę, dłuższą chwilę przyglądając się pannie Joli, szczególnie ponętnie kołyszącej kształtnymi biodrami.

Następnego dnia o tej samej porze, gdy baron zachwycał się kształtem pośladków panny Joli, pani Meliton wysiadła z dorożki na rogu ulicy, przy której znajdowała się interesująca ją kamienica. Idąc prawym chodnikiem, dostrzegła na lewo, mniej więcej w połowie ulicy, dom niezwykle żółtej barwy. Nie mogło jej to wprawdzie zdziwić, gdyż już od jakiegoś czasu w Warszawie mnożyły się budowle w ostrych, kanarkowych kolorach. Takie na przykład gmachy rządowe na wzór rosyjski przykrywało się zieloną blachą i malowało jaskrawymi barwami. Kolor ochry, na jaki otynkowano mury rzeczonej kamienicy, stanowił zatem dosyć naturalny element miejskiego pejzażu.

– Tak! – szepnęła – oto i jestem na miejscu…

Istotnie, znajdowała się przy wejściu do kamienicy Krzeszowskiego. Dom był trzypiętrowy, miał parę żelaznych balkonów i każde piętro zbudowane w innym stylu. Za to w architekturze bramy panował tylko jeden motyw – wachlarz. Górna część wrót miała formę rozłożonego wachlarza, a na obu skrzydłach bramy były wyrzeźbione ogromne prostokąty, które w rogach również ozdobiono do połowy otwartymi wachlarzami. Najdziwaczniejszym jednak upiększeniem bramy były umieszczone pośrodku jej skrzydeł dwie rzeźby przedstawiające główki gwoździ, ale tak wielkich, jakby nimi była przytwierdzona brama do kamienicy, a kamienica do Warszawy.

Dama weszła do sieni wjazdowej, konstatując, że posiada ona dość lichą podłogę, ale za to kolorowe krajobrazy na ścianach. Wyjrzała na podwórko. Otoczone ze wszystkich stron trzypiętrowymi oficynami wyglądało jak dno obszernej studni napełnionej wonnym powietrzem. W każdym rogu były drzwi, a w jednym aż dwoje drzwi; pod oknem mieszkania stróża znajdował się śmietnik i wodociąg. W tylnej oficynie na dole dostrzegła wspomnianą w rozmowie z baronem „Pralnię paryską”, z której dochodziły piskliwe głosy kłócących się kobiet; na trzecim piętrze przez otwarte okno słychać było kucie szewskiego młotka. Cofnęła się do bramy i poczęła czytać spis mieszkańców, sprawdzając, czy interesujący ją lokatorzy rzeczywiście zajmują mieszkanie na facjacie od frontu. Upewniwszy się, że zmierza we właściwym kierunku, weszła w klatkę głównych schodów, do których prowadziły szklane drzwi. Schody zdawały się być mocno brudne. Za to obok znajdowała się nisza, a w niej – nimfa z dzbankiem nad głową i utrąconym nosem. Ponieważ dzbanek miał zabarwienie amarantowe, twarz nimfy żółte, piersi zielone, a nogi niebieskie, można było odgadnąć, że nimfa stoi naprzeciw okna posiadającego kolorowe szyby.

– No, tak!… – mruknęła tonem, który nie zdradzał zbyt wielkiego zachwytu, i zaczęła wspinać się na górę. Na półpiętrze przystanęła, podniosła nieco spódnicę, odsłaniając kształtną kostkę, i weszła na niski parapet. Bez trudu otworzyła wysokie okno i spojrzała w dół. Znajdowało się ono nad samą bramą.

– No, tak!… – mruknęła, tym razem z pewnym ukontentowaniem.

_______________________

1Très sympathique (fr.) – bardzo sympatyczny.

2Je suis enchanté, mademoiselle (fr.) – Jestem zaszczycony, panienko.

ROZDZIAŁ II.PAMIĘTNIK MŁODEGO STUDENTA

Tego niedzielnego popołudnia, kiedy rozpoczęła się moja wielka przygoda, jako pierwsza zbudziła się moja głowa. Była większa niż cała kamienica. Przeszywający ból targnął najpierw częścią potyliczną, potem czołową, na dobre wyrywając mnie z objęć Morfeusza. W ustach poczułem nieopisaną suchość i znajomy smak przetrawionego alkoholu. Tak, to bez wątpienia kac! I to gigantyczny… Zanim osiągnąłem stan jakiej takiej świadomości, mój wzrok padł na pobojowisko – skutek wczorajszej libacji. Liczba butelek po winie i, co gorsza, nalewkach różnego autoramentu stanowiła wystarczające uzasadnienie dla mojego złego samopoczucia.

Zamknąłem powieki, szukając ulgi w ponownym zaśnięciu, ale owoż uniemożliwiały mi dwie przeciwstawne potrzeby. Pierwsza – spożycia płynu, bo język stał mi kołkiem w gębie, i druga, kto wie, czy nie ważniejsza – niezwłocznego jego wydalenia. Wciąż w pewnym stopniu zamroczony, opuściłem nogi na podłogę, ze zdziwieniem spostrzegając tam stertę skotłowanego odzienia. Spojrzałem po sobie – byłem goły jak święty turecki. Nie zważając na strój Adama, powoli ruszyłem przed siebie, czyniąc niejakie spustoszenie pośród przybyłego tej nocy szkła. Zaspokoiwszy drugą ze wskazanych wyżej potrzeb mojego organizmu w jednej z porzuconych karafek, na powrót złożyłem ciało w pościeli. A ponieważ pierwsza potrzeba tym mocniej dawała o sobie znać, mruknąłem, nie myśląc, że ktokolwiek może mi odpowiedzieć:

– Królestwo za wodę… albo wino…

– Tam królestwo, już ty wiesz, czego mi trzeba – usłyszałem nieco zachrypnięty głos. Z trudem obróciłem się w stronę, skąd dobiegał, i zobaczyłem Melanię opartą o ścianę, obserwującą mnie z tym dziwnym ni to uśmiechem, ni to grymasem, którego nawet nie starałem się rozgryźć. Była prawie kompletnie ubrana, jeśli nie brać pod uwagę koszuli rozchylonej na pełnych piersiach. Jak to się stało, że nie zauważyłem jej wcześniej i najspokojniej oddawałem się higienicznym czynnościom?

Nim jednak zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, na korytarzu dały się słyszeć kroki i skrzypienie schodów. Niewiele obeszłoby to moją biedną głowę, gdyby nie fakt, że owe dźwięki ucichły tuż pod drzwiami mieszkania zajmowanego przeze mnie wraz z dwoma kompanami, tym razem bawiącymi z dala od miejsca, gdzie przebudziłem się i późno, i nieprzyjemnie. Nasłuchiwałem chwilę, także Mela uniosła brwi i spojrzała na mnie pytająco.

Z całą pewnością nie mogła tam stać nieświętej pamięci baronowa, która, nim tak nagle i efektownie zakończyła żywot, regularnie inwigilowała nas wszelkimi możliwymi zmysłami, a nade wszystko zmysłem słuchu. Pamiętam dobrze ostatni taki przypadek. Oto Patkiewicz, słusznie podejrzewając gospodynię o podsłuchiwanie pod naszymi drzwiami, jął głośno recytować podręcznik anatomii: Srom niewieści (pudendum femininum) tworzą: wzgórek łonowy, wargi sromowe większe, szpara sromu, wargi sromowe mniejsze, ograniczające przedsionek pochwy. Łechtaczka (clitoris) pod względem budowy odpowiada prąciu…

– Skaranie boskie, skaranie boskie!… – baronowa wykrzyknęła wtedy tuż pod naszymi drzwiami, zapominając o zasadach konspiracji, po czym oddaliła się pospiesznie.

Gdy tak oddawałem się wspomnieniom, gromadząc niedobite przez alkohol resztki zasobów myślowych, usłyszałem pukanie do drzwi, a po chwili głos, który z pewnością nie należał do ducha baronowej. Wprawdzie kobiecy, ale znacznie niższy, nie tak piskliwy i drażniący.

– Jest tam kto?

– Otwieramy czy nas nie ma? – szepnęła niemal bezgłośnie Mela, podchodząc do mojego posłania.

Zdrowy rozsądek, a także stan mego ciała i ducha kazały mi milczeć. Położyłem więc palec na ustach i wsunąłem się głębiej pod kołdrę, naciągając ją po same oczy. Jednak zdwojony wyziew, jaki dotarł w tym momencie do moich nozdrzy, spowodował bezwarunkowy odruch szarpnięcia kołdry w dół. Niestety, gest był tak gwałtowny, że łokciem trąciłem i przewróciłem krzesło stojące obok łóżka. Dźwięki towarzyszące tej drobnej katastrofie całkowicie nas zdemaskowały, więc Mela pochyliła się i bez słowa rozpoczęła segregowanie skotłowanej garderoby. Po chwili podała mi koszulę. Usiadłem na łóżku i automatycznie zacząłem wdziewać rzucane przez dziewczynę części ubrania.

Tymczasem pukanie, początkowo delikatne, nasiliło się, stając się nawet dość nachalne. Nie całkiem już goły i zupełnie przekonany, że niczego nie zyskam, udając dłużej nieobecnego, odezwałem się z irytacją:

– Kto tam?

– Proszę otworzyć, to się przedstawię – usłyszałem ten sam kobiecy głos co przed chwilą.

– Nie otwieram, nie wiedząc komu – usiłowałem zbyć intruza.

– Absens carens1 – otrzymałem niespodziewaną ripostę. Na takie dictum począłem gorączkowo zapinać guziki zmiętej koszuli, a Mela leniwie rzuciła mi spodnie, powiesiła marynarkę munduru na poręczy jednego z krzeseł, następnie zgarnęła kilka pustych butelek i schowała je za łóżko. Pukanie nie ustawało.

– Proszę chwilę zaczekać. – Wstałem i omal nie przewróciłem się, usiłując trafić w nogawkę spodni.

Usłużna Melania stanęła za mną i zapięła mi nieszczęsne spodnie w taki sposób, że nie bacząc na wiertło w głowie, obróciłem się gwałtownie i wpiłem w rozchylenie jej koszuli, usiłując jednocześnie podwinąć spódnicę. Okazałem się jednak tyleż chętny, co nieumiejętny, bo dziewczyna wywinęła się zgrabnie i po chwili była już przy drzwiach. Kiedy przekręcała klucz, usiadłem, usiłując tym sposobem ukryć przed nieznanym gościem moje zdrożne chucie, które objawiły się tak widocznie, jak nie w porę.

Tymczasem Mela otworzyła drzwi, wpuszczając natrętnego gościa. Sama kocim ruchem przemknęła obok niego, zamykając za sobą wejście i zostawiając mnie sam na sam z nieznaną… damą. Dziwne, ale co do tego nie miałem wątpliwości, choć przecież wiedziałem, że zdarzyło się to tutaj pierwszy raz i musi wiązać się albo z nieporozumieniem, albo z tajemnicą. Nasz pokój na trzecim piętrze, gdzie często gościły kucharki, praczki i panny służące, gdzie zawitał i komornik, i plenipotent gospodarza, i ślusarz… był ostatnim miejscem, w którym mogła pojawić się dama. Tymczasem przy drzwiach stała drobna figura w ciemnobrązowym kostiumiku, jakby żywcem wycięta z żurnala mód, roztaczając zapach… chyba tuberozy. Dama w wieku nieokreślonym, bo twarz zasłaniała jej woalka przypięta do niewielkiego kapelusika, a szyję – koronka bluzki, stała jak postać z innego świata i zupełnie nie pasowała do pokoju, gdzie po podłodze walały się nie tylko książki, poprzewracane krzesła, butelki, puste szklanki, ale i części męskiej garderoby, a na stole, obok resztek libacji i karafki pełnej moczu, królowały trupie czaszki, z których jedną ktoś ustroił studencką czapką z niebieskim lampasem. Stała i przyglądała mi się zza ciemnobrązowej woalki.

– A zatem cóż takiego miałbym stracić? – zagaiłem z animuszem, wstając, bo z wrażenia opadło mi to, co przed chwilą tak usilnie starałem się ukryć.

– Najpierw chciałabym wiedzieć, czy rozmawiam z panem Maleskim, a może z panem Patkiewiczem? – odpowiedziała, przyglądając mi się wzrokiem palącym nawet zza woalki.

– Nie, pani. Rozmawiasz z panem Draczyńskim. A z kim on ma przyjemność? – odpowiedziałem, tak siląc się na uprzejmość, że wykonałem jednocześnie ręką gest w nieokreślonym kierunku i dodałem: – Proszę spocząć.

Dama rozejrzała się znacząco po pomieszczeniu, jakby poszukując miejsca, w którym mogłaby spełnić moją kurtuazyjną prośbę. Jej wzrok omiótł rozbebeszone posłania, stół, walizki, wreszcie spoczął na sprawcy dekonspiracji – zdradzieckim krześle leżącym obok łóżka. Szybkim ruchem pochwyciłem je i postawiłem obok stołu, gdzie stały jeszcze trzy inne (w sensie dosłownym – każde inne) krzesła, zajęte jednakowoż przez różne sprzęty i odzienie.

Damulka zupełnie zignorowała mój uprzejmy gest i znowu skierowała na mnie swój przenikliwy wzrok, w którym (czy mi się zdawało?) pobłyskiwały iskierki uśmiechu.

– Widzę, że dzisiaj przyjemność to raczej wątpliwa – odpowiedziała z ledwie wyczuwalnym rozbawieniem na moje wcześniejsze pytanie, wsadzając rączkę w koronkowej rękawiczce do zwisającej u przegubu sakiewki. Wyjęła stamtąd biały bilet wizytowy. – Spotkajmy się jutro, kwadrans po południu. Oto adres. – Wręczyła mi wizytówkę, dodając: – Myślę, że wtedy oboje będziemy mieli przyjemność.

– Ale…

– Wierz mi, pan, nie pożałujesz – przerwała mi obcesowo, kierując się ku drzwiom. Zatrzymała się tylko na chwilę, aby dodać: – Aa, proszę o dyskrecję. Żegnam. – Sama otworzyła drzwi i po chwili usłyszałem na schodach dźwięk jej drobnych kroczków.

Zostałem na środku pokoju, w stuporze przypatrując się biletowi wizytowemu, na którym przed adresem widniało tylko: S. Meliton. Żadnego tytułu, funkcji, zawodu, czegoś, co pozwoliłoby mi domyślić się, o co chodzi… Trzeba to wszystko na spokojnie rozważyć.

Kiedy tak stałem, usiłując opanować szalejący w głowie ul, przy wejściu ukazała się pulchna postać Melanii z dwoma dzbankami. Zgrabnym ruchem wygięła się do tyłu i zamknęła drzwi otwarte przez tajemniczą damę.

– Jesteś wspania… – usiłowałem krzyknąć, ale głos zasechł mi w gardle.

– Wiem – odparła ze spokojem. – Pierw woda, bo całkiem nie będziesz mówił.

Następnie, wciągając nosem zapach perfum pozostawiony przez gościa, dodała jeszcze:

– Fiu, fiu…

Cała Melania. Inna zarzuciłaby mnie gradem pytań, pretensji, domysłów, a Mela podeszła, chwyciła moją wolną rękę i włożyła ją sobie pod spódnicę, sugerując dokończenie tego, co przedsięwziąłem jakiś czas temu…

Na temat tego, cośmy robili, rozwodził się nie będę, bo po pierwsze, nie należy to do opowieści, jaką zamierzam spisywać. A po drugie, wprawdzie opisuję tę historię, której stałem się jednym z bohaterów, dla siebie, aby łatwiej porządkować fakty i niczego nie pozostawiać zawodnej pamięci, ale kto wie, czy zapiski te nie trafią w jakieś niepowołane ręce. A tego by mi pewnie Mela nie wybaczyła. To dziwna dziewczyna, a na dodatek chętna i uczynna. Przy tym nie piszczy, nie wyrzeka, niczemu się nie dziwi, o nic nie wypytuje. Nawet zapytana, mówi niechętnie i niewiele. I co ona we mnie widzi? Gdzie mi się tam równać z Maleskim, że o Patkiewiczu nie wspomnę! Spytałem ją kiedyś w chwili dość intymnej, co ja takiego robię, że tak jej się podobam, a ona na to:

– Świntuch!

– Właśnie, które to świntuszenie jest ci najmilsze?

– To się robi, nie gada!

I nie powiedziała ani słowa więcej. Próbowałem jeszcze kilka razy i z jeszcze gorszym skutkiem. Tym sposobem do dziś nie wiem, jakie to umiejętności czy walory przywiązują do mnie wyjątkowe kobiety.

Ale wróćmy do rozpoczętej opowieści. Nazajutrz spałem nieco dłużej niż zazwyczaj w poniedziałek. Ciało moje potrzebowało dodatkowego odpoczynku po ubiegłonocnej libacji i całoniedzielnych amorach z Melą. Lokum wciąż miałem tylko dla siebie, bo Maleski tradycyjnie udał się do rodziny po wiktuały, a Patkiewicz gościł w sobie tylko znanych lupanarach, buduarach, a może tylko kredensach czy składzikach przy kuchni. Mela chyba wymknęła się z mojego łóżka wczesnym ranem (mimo że cieszy się szczególnymi względami swojej ciotki, właścicielki pralni, musi czasem popracować), a ja pogrążyłem się w słodkim śnie, jako że nic mnie nie goniło. Od czasu, gdy zalegam z czesnym, nauki pobieram dość nieregularnie i – co tu dużo mówić – niechętnie, bo do prosektorium, w którym dzieją się rzeczy dla mnie najciekawsze, i tak nie mam wstępu.

Tak więc wstałem dobrze po dziesiątej, mając w pamięci umówione na dziś spotkanie z panią M. Jeszcze raz dokładnie obejrzałem pozostawiony przez nią bilet wizytowy, chcąc się upewnić, że wizyta tajemniczej damy nie była tylko snem. Tym razem postanowiłem zrobić nieco lepsze wrażenie. Dlatego czas, jaki pozostał do spotkania, strawiłem na dość starannej toalecie. Umyty i ogolony włożyłem spodnie, mankiety i gors od koszuli. Właśnie skrapiałem się elegancką perfumą Maleskiego, gdy usłyszałem dźwięk przekręcanego w zamku klucza. W drzwiach ukazał się mój współlokator, który bez powitania wypalił już od progu:

– Corpus delicti2, kolego, corpus delicti! A potem wmawiacie mi z Patkiewiczem, że moja perfuma wietrzeje!

– Wybacz, drogi Janie, ale to szczególna okazja – odparłem z godnością.

– Okazja czyni złodzieja! – wykrzyknął wzburzony Maleski, chowając flakonik do walizki, którą przyniósł ze sobą.

Mimo tej niefortunnej wpadki nerwowo uzupełniałem garderobę: wypolerowane wcześniej kamasze, wreszcie mundur… I już czułem się prawie jak Adonis, gdy mój wzrok padł na miejsce, gdzie powinien być guzik, a w którym teraz zwisała jedynie nitka…

– Maleski ratuj! Ratuj na Boga! – wykrzyknąłem desperacko, wskazując niekompletny mundur, bardziej w nadziei na pojednanie niż pomocny gest.

– Sam się ratuj, elegancie od szczególnych okazji! – burknął w odpowiedzi.

Tymczasem przez otwarte okno usłyszałem bicie zegara. Było pół godziny na dwunastą. Wsunąłem rękę do kieszeni munduru, wyciągając zegarek, jedyną pamiątkę po rodzinie mojej matki. Nakręciłem go pospiesznie. Cóż, czasu było za mało, aby szukać pomocy u Meli lub innej zwinnej dziewczyny, postanowiłem więc udawać, że nic mi o braku guzika nie wiadomo.

Już miałem pożegnać wciąż obrażonego Maleskiego, gdy spostrzegłem skazę na lśniącej tafli lewego buta. Schyliłem się energicznie, żeby zaradzić problemowi, gdy nagle usłyszałem wielkie prrr… Tego było już nadto! Spodnie pękły wzdłuż linii pośladków, obnażając nie pierwszej świeżości bieliznę. Coraz bardziej naglony czasem, spojrzałem błagalnie na kolegę:

– Janie, bez twojej pomocy zginę! Pożycz spodnie! W imię przyjaźni! To naprawdę ważne spotkanie, może nawet z widokami na profity…

– Niewiele mnie to obchodzi! – odparował niewzruszony.

Wytoczyłem więc niezawodne działo:

– Jakżeż to, nie obchodzi?! Człowiek dobrze urodzony nie może być aż tak nieczuły!

– A cóż ma do tego szlacheckie pochodzenie?!

– Jak to co? Wszystko! Twoje maniery, szlachetność charakteru, czułość…

– No, no, wystarczy już tych karesów! Ze swoich manier oraz czułego serca mam tylko tyle, że i ciebie, i Patkiewicza bezustannie muszę wyciągać za włosy z kloaki – odparł wyraźnie już łagodniejszym tonem, odpinając jednocześnie guziki rozporka.

Na ten znak fala radości zalała mi mózg, choć nie pozbawiła przytomności do tego stopnia, aby przywdziawszy nowy nabytek, nie zauważyć, iż sięga on nieco przed kostki. W spodniach niższego kolegi przypominałem cyrkowca, ale i tak byłem mu niepomiernie wdzięczny za wybawienie z opresji. W obawie, aby się nie rozmyślił, wypadłem na schody niczym strzała i co sił w nogach ruszyłem w kierunku Alei Jerozolimskiej.

Sytuacja była trudna, choć nie beznadziejna. Zbliżało się południe, tymczasem, by dotrzeć na miejsce pieszo, potrzebowałem co najmniej dwu kwadransów. Dlatego gdy usłyszałem za sobą turkot dorożki, nie myśląc długo, przywołałem ją wielkopańskim gestem. Dorożkarz podjechał czym prędzej, ale z miejsca mnie zlustrował, szczególną uwagę skupiając na nieszczęsnych spodniach. Nie ma co, mogłem budzić wątpliwości co do zapłaty… I nader słusznie, bo przecież ani grosza przy duszy nie miałem. Jednak z pewną miną usadowiłem się w pojeździe, podając adres w pobliżu miejsca, do którego zmierzałem. Minęliśmy plac Aleksandra, a kiedy skręciliśmy w Nowy Świat, począłem rozważać, jak i gdzie opuścić ten przyjazny środek lokomocji bez uiszczania należności (nawet gdybym miał te parę kopiejek, żal byłoby mi się z nimi rozstać). Tymczasem wjechaliśmy na Krakowskie Przedmieście i woźnica szykował się do skrętu w Miodową, poganiając konie sążnistym wiśta! Wtedy właśnie postanowiłem zakończyć naszą wspólną podróż.