Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 436 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lala - Jacek Dehnel

Jest rok 1919. W Kielcach przychodzi na świat dziewczynka. Roztargniona rodzina przez pięć lat nie może się zebrać, aby nadać jej imię. Mówią o niej „Lalka”, „Laleczka”, „Lalunia”. W końcu rodzice wywiązują się ze swojego obowiązku, jednak dziewczynka na zawsze już pozostaje Lalą. W powieści Jacka Dehnela imię bohaterki nabiera jednak dodatkowych znaczeń. Z jednej strony jest wyrazem czułości, jaką przez całe życie otaczana była przez bliskich, z drugiej zaś metaforą jej starczego bezwładu i zdziecinnienia, powolnego zapadania w letarg, którego jesteśmy świadkami w ostatniej części utworu.

Rozpięta pomiędzy tradycją rodzinnej sagi, biografii, powieści o dojrzewaniu i wywiadu-rzeki, Lala jest historią kobiety, która wbrew temu, co nieustannie powtarzała, zawsze miała więcej rozumu niż szczęścia. Dzięki temu udało jej się dokonać rzadkiej sztuki – przeżyła bezpiecznie i względnie pogodnie najokrutniejsze chyba stulecie w historii Europy. Perspektywa wkraczającego w dorosłość wnuka, z której śledzimy dawne i obecne losy bohaterki, dodaje książce specyficznego uroku.

Opinie o ebooku Lala - Jacek Dehnel

Cytaty z ebooka Lala - Jacek Dehnel

Początek przeważnie zaplata się jak jakiś na wpół roślinny wąs, na wpół zwierzęcy chwytny ogon; owija się wokół przedmiotu, osoby, zapachu, anegdotki, a potem szaleje, szaleje, puszcza odrosty i rozplenia się w całe zagajniki słów i point; niepowstrzymywany, mnoży się bez ładu i składu, studzi herbaty, rozgotowuje makaron, płoszy z pamięci ważne sprawy. Ot co. Może wyglądać na przykład tak:

Fragment ebooka Lala - Jacek Dehnel

Redakcja: Marianna Sokołowska Korekta: Magdalena Stajewska, Anna Hegman Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych:

Magdalena Bartkiewicz-Podgórska, na podstawie koncepcji graficznej Macieja Sadowskiego

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: Helena Bieniecka, ok. 1924 roku, fotograf nieznany. Ze zbiorów rodziny autora.

Fotografia autora: © Emilian Snarski

Wydawnictwo W.A.B.

02-502 Warszawa, Łowicka 31

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 83-7414-222-7

978-83-7414-222-9

Konwersja do wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Rozdział I

Już teraz dom w Oliwie wygląda inaczej. A kiedy babcia umrze, a umrze niebawem, i mogę to napisać zupełnie spokojnie, bo po pierwsze, dawno wszyscy pogodziliśmy się z tą myślą, a po drugie, ona i tak tego nigdy nie przeczyta, bo w ogóle już nie czyta, wszystko się zmieni nie do poznania. Rzeczy zostaną odziedziczone i będą sobie musiały znaleźć inne półki i szafy w innych mieszkaniach. Stendhal z Julkową dedykacją, który przez ostatnie trzydzieści lat stał grzbiet w grzbiet z Trzema opowieściami Flauberta, stanie pomiędzy innymi książkami. I co będzie ze zbiorami szkła, z tymi trzema czy czterema setkami wazonów, kielichów, dzbanów i buteleczek, czerwonych, szafirowych, żółtozielonych, z bąbelkami i bez, opalizujących, spękanych, oszronionych?

Kiedy tak siedzi jak stara chińska cesarzowa, niepomna władzy ani powinności, okutana w jakieś pledy i wielkie kamizele, w końcu taka chudziutka, lekka i drobna, trudno ją połączyć z naszą pamięcią, w której nie ma miejsca na wycieranie nosa, pampersy i ciągłe milczenie. Tyle tylko, że się uśmiecha – dlatego możemy się pocieszać, że jest na swój sposób szczęśliwa, ale to tak jak mówienie o uczuciach ukwiału albo rafy koralowej.

Więc taki jest koniec tej historii. A gdzie się zaczyna?

Może w Lisowie? W małym, zapyziałym, pachnącym opadłymi jabłkami Lisowie, który tak mnie rozczarował, gdy wybrałem się w podróż do tej obiecanej ziemi, do Kanaan, którego geografię znałem doskonale z jej opowieści, wiedziałem, gdzie furtka, którą otwierał łbem koń, gdzie salon, gdzie pokój ciotki Róży, gdzie popiersia Napoleona i Lenina, gdzie wielki stół, na którego rogu złodzieje kładli srebra, i wreszcie gdzie biurko, z którego dziewięćdziesięcioletnia praprababcia Broklowa spędzała Niemca. A tu co? Najokazalszą częścią dworu był komin, wokół którego stały resztki murów. Rysowały na ziemi jakiś niewyraźny prostokąt, miejscami wysoki na pół metra, miejscami na metr, z pewnością znacznie mniejszy niż dawny dwór, bo przez środek kilku pokojów przeprowadzono miedzę i na dawnym miejscu fortepianu rosły kartofle albo gryka.

Nie, może raczej w czynszowej kamienicy na prospekcie takim a takim, niezły adres w Kijowie, gdzie mieszkały trzy rodziny – Bienieckich, Karnauchowów i Korytków, a mojry oplatały ich apartamenty zawikłaną siecią niteczek?

A może wreszcie w owej dziwnej przestrzeni, której za nic nie potrafię sobie wyobrazić, bo nie jestem młodym-polskim-zbuntowanym-pisarzem-jeżdżącym-na-wschód, w owej dziwnej przestrzeni zwanej Ukrainą, gdzie rosły inne od naszych rośliny i mieszkali inni od naszych ludzie, mówiący studziennymi, ale śpiewnymi głosami, ci chłopi chodzący w zgrzebnych płóciennych koszulach, którzy z kłonicami i widłami gonili automobil prapradziadka Brokla?

Nie wiem, gdzie zacząć tę historię, bo przecież zaczynałem ją tyle już razy; i teraz, i dziesięć lat temu, kiedy z emfazą właściwą piszącym czternastolatkom umyśliłem sobie tytuł: Gazale polskie, bo gazala to „wiersz jak sznur pereł”, więc do osobnych i połączonych zarazem wątków narracji babcinej nadaje się wyśmienicie; i wreszcie tyle jeszcze razy, kiedy niczego nie zapisywałem, tylko opowiadałem moim przyjaciołom, kuzynkom, ukochanym i pasażerom ekspresów relacji Gdańsk-Warszawa i Warszawa-Gdańsk.

Prawda bowiem leży gdzie indziej. Historia tak naprawdę zaczyna się, jak zwykle, kawałkami, to tu, to tam, w najróżniejszych miejscach i ciałach, które przeważnie od dawna nie istnieją, a jej szafarką, klucznicą była dotychczas babcia. Babcia wykonana z rzetelnych i trwałych materiałów, która po drobnych naprawach i poważniejszych remontach jeszcze parę lat temu zachowywała tyle blasku i wdzięku, że kiedy przyjeżdżali do mnie z wizytą przyjaciele z odległych krain, prowadziłem ich właśnie do niej, bowiem to właśnie ona spośród wszystkich zabytków mojego północnego miasta wydawała się najbardziej fascynująca.

*

Do uroków babci – w czasach, kiedy jeszcze mówiła – należały początki opowieści. W gruncie rzeczy była (i jest) to zawsze jedna i ta sama opowieść, zawikłana i pociemniała nie do poznania pod warstwami różnorakich werniksów i sadzy, zaczynająca się w mnóstwie miejsc i w zasadzie nigdy się niekończąca, najwyżej przerywana z końcem wizyty lub z zapadnięciem zmroku. Dodajmy, że zapadnięcie zmroku w sensie końca rozmów i początku ceremonii kładzenia się spać, następuje w Oliwie najwcześniej koło północy i nie zawsze jest definitywne, bo wielka historia ma to do siebie, że rozkłącza się, rozkłębia, rozrasta po peryferiach i w najmniej oczekiwanych chwilach, i tak naprawdę to ona nas okiełznuje, a nie my ją.

Początek przeważnie zaplata się jak jakiś na wpół roślinny wąs, na wpół zwierzęcy chwytny ogon; owija się wokół przedmiotu, osoby, zapachu, anegdotki, a potem szaleje, szaleje, puszcza odrosty i rozplenia się w całe zagajniki słów i point; niepowstrzymywany, mnoży się bez ładu i składu, studzi herbaty, rozgotowuje makaron, płoszy z pamięci ważne sprawy. Ot co.

Może wyglądać na przykład tak: „Kiedy byłam z wizytą u hrabiów Krasińskich i zrzuciłam z gerydonu araukarię…”, albo: „Kiedy dziadek Leonard stał przed carskim plutonem egzekucyjnym…”, albo wreszcie, dajmy na to: „Kiedy w Lisowie jakiś złodziej wyciął sierocie z pola całą kapustę…” – słowem, nigdy nie wiadomo, gdzie się znajdzie słuchacz, zaglądający do środka świata przez nagle odsłoniętą soczewkę. To znaczy: przypadkowy słuchacz, jeśli bowiem idzie o nas, znamy historię – pokawałkowaną na osobne rozdziały, ale zawsze – w najdrobniejszych szczegółach.

– Kiedyś, wyobraźcie sobie, babcia Wanda, a miała już wtedy dziewięćdziesiątkę z hakiem, koło południa po prostu znikła z Lisowa… Środek wojny, wszędzie Niemcy. Szukamy tu, szukamy tam, nie ma wolanta i nie ma woźnicy. Biegamy, martwimy się… co macie takie miny?

– Znamy.

– Znacie? – babcia pyta z niedowierzaniem, ale wcale się nie peszy, nic a nic – to jak się kończy?

– Wróciła od fryzjera…

– Faktycznie znacie – babcia zasępia się na chwilę, ale w mgnieniu oka odzyskuje rezon – ale to wcale nie szkodzi. Kiedyś, wyobraźcie sobie, babcia, a miała już wtedy dziewięćdziesiątkę… no i wróciła. Z trwałą ondulacją. „Mam ponad dziewięćdziesiąt lat – powiedziała – i głupio byłoby umrzeć, nie mając ani razu trwałej ondulacji”.

*

Margot chodzi po moim pokoju z filiżanką w dłoni i szuka czegoś nowego. Kiedy ja ją odwiedzam, robię to samo. „Skąd to masz?” – pytam. „A to co?” – pytam. Jej świat jest bardzo piękny i harmonijny, to znaczy, że wszystkie jego części są równie fascynujące. Margot ma na imię Małgorzata, czyli Margherita, czyli Perła, a perła w każdym miejscu jest równie perłowa.

Podchodzi teraz do szafki i podnosi zdjęcie.

– Kupiłeś na Kole?

– Nie, to z domu. Uprosiłem u babci, bo zostały takie dwa.

Prawie nie mam jej fotografii z dzieciństwa. Nie wiem, jak wyglądała babcia Wanda, dziadek Leonard, wuj Maciej, ciocia Ewa, ciocia Sasza, Milewski, Apollo z szelkami, nie wiem nawet, jak wyglądał Lisów. Podczas ofensywy Rosjanie – Radziety lub Sowieci, mówi babcia, Rosjanie to byli przed rewolucją, a potem była radziecka tłuszcza – rozpalili w kominku zdjęciami, które leżały w wielkiej drewnianej skrzyni stojącej w sieni. Spłonęła fotografia Romusi nad kopą jaj, którą musiała codziennie, jajko za jajkiem, wypijać, co i tak nie pomogło na jej galopujące suchoty, spłonęła fotografia dziadka Brokla w białym prążkowanym garniturze, wspartego o lśniącą karoserię pierwszego automobilu na Ukrainie, spłonęły fotografie ojca w nieodmiennym kapeluszu na nieodmiennie łysej głowie, spłonęły fotografie mamy w luźnych sukienkach, spłonęły pocztówki z dalekich miast o szumnych nazwach i sepiowe reprodukcje rzeźb i obrazów z przestronnych sal odległych muzeów.

Nie ma twarzy. Nie ma dłoni. Nie ma futryn, stołów, grafik, stosów czasopism i książek o złoconych brzegach.

Tych parę, dosłownie parę sepiowych migawek… przynajmniej tyle. Prababcia wyprostowana jak struna, wcięta w talii, wsparta na czarnej parasolce, w tle światło przesiane przez liście obcych drzew, chyba platanów, i umieszczony w rogu biały podpis „Abbasia”.

Mój Boże… Abbasia…

– Mama miała takie piękne proporcje – słyszę zza pleców głos babci – takie piękne… wygląda na wysoką, a taka była maleńka, sięgała mi o tu, do ramienia, kiedy byłam młoda, teraz pewnie do policzka, tak się maleje… ale i tak, spójrz no, proporcje wysokiej kobiety, a do tego taka wcięta w pasie. I zawsze poruszała się biegiem, drobnym truchcikiem; nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek normalnie szła. Jak była chora, szurała powoli nogami, tak samo ostatniego dnia, kiedy umarła, siedząc w tym fotelu… ale żeby zwyczajnie szła? Nie. Zawsze biegała.

*

Kiedy świat był jeszcze bardzo młody, w miastach stiukowo-złocony, na wsiach ciężki od zapachu leżących w trawie owoców i krowiego nawozu, ludzie byli mniejsi. Może nie mieli się po co wspinać i rzadziej niż dziś stawali na palcach, może jedli, nie stosując się do mądrych zasad zdrowego żywienia, i rozrastali się w innym kierunku, a może po prostu nie zależało im na byciu wyższymi, bo wszystko, czego im było trzeba, znajdowali w bliskości ziemi.

Dziadek Leonard miał metr pięćdziesiąt z kawałkiem, kruczoczarne włosy – dopóki nie zmienił się w białego kruka – śniadą cerę i błękitne oczy.

„Wandeczka – pisał w pamiętniku, który po jego śmierci babcia odnalazła z Julkiem w szufladzie intarsjowanego biurka – uważa, że ja jestem nie Brokl, że jestem hrabia, de Broglie, tylko zniekształcone, bo mam taką południową urodę. Ale z tego, co wiem, tośmy z biedy na psach przyjechali z Niemiec i osiedli tutaj, Brokle z dziada pradziada, najwyżej Brockle…”

Tamtego zimnego styczniowego dnia Sowieci spalili wszystkie fotografie dziadka, więc kruchy układ miękkich tkanek pokrywających jego szkielet formalnie przestał istnieć dla przyszłych pokoleń. Próbowałem sobie nieraz wyobrazić tego pogodnego, dobrze wychowanego starszego pana (który całe życie zdawał się być starszym panem, bo takim zapamiętała go jego wnuczka), miłośnika i kolekcjonera sztuki, bibliofila i erudytę, który z zawodu był chemikiem, a z życia – posiadaczem ziemskim, choć i jedno, i drugie nie wychodziło mu najlepiej.

– A pan starszy – powiedział mi skulony, stary Tarapatka, kiedy wybrałem się do Kanaan – to w niedziele po sumie kupował pod kościołem torbę cukierków i my, dzieci, biegliśmy za nim aż pod dwór, bo wszystkie te cukierki rozdawał… pan starszy to pana babci dziadek, pan dziedzic.

Pan dziedzic wcale nie urodził się dziedzicem, tylko mieszczuchem, i to biednym. Po polsku mówił chyba w pierwszym pokoleniu i nie dam głowy, czy nie przyszedł na świat w Niemczech. Ale skoro nauczył się polskiego, to nauczył się i kontusza, i karabeli, i husarii, zatętniły w nim jakieś tętna słowiańskie i z właściwą osiemnastolatkom fantazją postanowił bić się w powstaniu styczniowym, po czym pojechał na Sybir jako prawdziwy polski patriota.

W bliżej niespamiętanych okolicznościach dziadek Brokl skończył studia chemiczne, wrócił z Syberii, zamieszkał w Kijowie, poznał na wylot najtajniejsze zagadnienia cukrownictwa, doszedł do stopnia profesora i poślubił babcię Wandę, która była kobietą bardzo mądrą, ale niezbyt inteligentną, a następnie spłodził czworo dzieci i został milionerem.

Myliłby się ten, kto teraz wziął biednego Leonarda Brokla za starannie zakamuflowanego rekina finansjery. Dziadek nie znał się ni w ząb na stopach procentowych, dywidendach czy kursach; pędził życie pijanego dziecka we mgle. Traf chciał jednak, że ktoś poradził mu wykupić spory pakiet akcji pewnej firmy. Ten sam albo inny traf chciał, że akcje w kilka dni bardzo zyskały na wartości, bo cesarstwo przeżywało właśnie boom gospodarczy. Dziadek zaś, którego ta rozrywka najwyraźniej bawiła, ruszył oszczędności i dokupił jeszcze parę pakietów. A że akcje znów ruszyły w górę, w przeciągu miesiąca stał się jednym z najzamożniejszych ludzi w Kijowie.

W ten sposób powinny się kończyć wszystkie historie.

Ale na ogół, niestety, trwają dłużej.

Dziadek kupił sobie cukrownię, automobil i wielki dom. Podróżował po całym świecie, skupując obrazy, lakowe parawany, rzeźby i meble; prowadził korespondencję z uczonymi cukrownikami w Berlinie i Paryżu.

– No i stąd te koszule w Lisowie – mówiła babcia, składając zdjęte ze sznurów pranie, kiedy już wysuszyło się w wietrzyku południa – dziadek podróżował po Europie i co rusz uskarżał się na tamtejsze pralnie, że źle piorą, że stawiają stemple, gdzie popadnie… zresztą, sama się o tym przekonałam, bo kiedy Julek oddał w Brukseli koszule do prania, to mu wbili stemple na gorsie i potem jeszcze się dziwili, że zrobił im awanturę. Dziadek nie robił awantur – po prostu kupował tyle koszul i kołnierzyków, ile potrzebował, i wracał do Kijowa, do Mnina, do Morawicy z kuframi pełnymi bielizny. Jeszcze z Lisowa, wiele lat później, chłopi wynosili te koszule całymi koszami. Rozumiesz, suszyły się na sznurach, to oni mykmyk, i już połowy nie ma. Albo wieczorem, stały w koszach pod oknem, to wślizgiwali się cichutko i rano nie było ani śladu. A i tak szafy były pełne.

Babcia Wanda z Dziewiątkiewiczów była niziutką, drobną kobietą o stosownym do jej rozmiarów rozumku. Dożyła sędziwego wieku lat dziewięćdziesięciu – może dlatego, że jej niewielkie ciało zużywało małe porcje czasu, a doniosłe wydarzenia oszczędzały ją, omijając szerokim łukiem. Jeszcze jako małą Wandeczkę po śmierci rodziców oddano ją do klasztoru, wielkiego szarego budynku o grubych murach i długich korytarzach, po których całymi dniami niosło się cichutkie echo drobnych kroków zakonnic i pensjonariuszek, z każdą sekundą uświadamiając im, jak małe są wobec potęgi Pana i zagadnienia posagu. I stamtąd, z kamienno-drewnianego relikwiarza osadzonego gdzieś we wschodnich puszczach, między matecznikami, w których roiło się od strzyg, i jeziorami pełnymi topielców, zabrał Wandeczkę Leonard Brokl, który wrócił z zesłania i postanowił wstąpić w okowy małżeńskie. A kiedy Wanda zechciała Niemca, ten poślubił ją przed Panem, na dobre i na złe, nieświadomy faktu, że za jakiś czas zostanie milionerem. Wandeczka była tego faktu nieświadoma bardziej jeszcze niż Leonard, który był przynajmniej mężczyzną, miał jakieś plany swoje i zamiary, wykluwające się powoli w zwojach jego naukowego mózgu; a ona – cóż ona? Czy jeśli się jest sierotą z klasztoru, pozbawioną niemal posagu, to czeka się na milionera?

I tak jak w nabożnej opowiastce, cnota skromności i rezygnacji została nagrodzona bogactwem, przepychem i rozkoszami świata – logika pobożnych opowiastek na ogół jest podejrzana – a Wandeczka trafiła w kręgi wielkich tego świata – świata Kijowa 1875 roku, skrzącego się od świec płonących w wysokich kandelabrach, migającego w salach balowych toaletami z Paryża i frakami z Londynu, spływającego strumieniami szampana i strugami pereł.

– Ponoć strasznie się kochali; babcia Wanda opowiadała mi, ach, ach, że dziadek to wycałowywał ją całą, calutką, od stóp do czubka głowy, ani jednego skraweczka ciała nie zostawił bez pocałunku – i babcia chichocze, nieświadoma chyba faktu, że tak samo chichotała pewnie jej babcia, opowiadając to swojej wnuczce – nie wiem, co on w niej widział, bo nie była ani wielkiej urody, ani inteligencji… przez dwadzieścia pięć czy trzydzieści lat mieszkała w Kijowie i nie nauczyła się rosyjskiego, tylko trochę dukała po francusku; tyle, co z klasztoru. Była w tych wszystkich Paryżach i Rzymach, Brukselach i Wiedniach… no, oprócz Londynu, Nowego Jorku i Japonii, bo kiedy raz wypłynęli na Kanał La Manche, to dostała takiej choroby morskiej, że trzeba było zawrócić statek… lekarz powiedział, że nie przeżyje do drugiego brzegu… i odtąd, jak mawiał złośliwie Julek, dziadzio jeździł tylko za wielką wodę… ale ja nie o tym. Rozumiesz, podróżowała i podróżowała, ale co się spytałam, jak to w Galerii Drezdeńskiej, a jak w Muzeum Starożytnym w Berlinie, to mówiła, że w Dreźnie fatalne sklepy, a z Berlina przywiozła sobie piękny jedwab, ale galerii to nie pamięta; dziadek po tym latał, czymś się ekscytował, kupował dzieła sztuki, ale ją to nudziło. Za to miała wiele życiowego sprytu, dzięki czemu ładnych kilka razy ocaliła życie Leonardowi Broklowi, który, jakkolwiek niewysoki, całymi dniami chodził z głową w chmurach, był łatwowierny i niezaradny jak dziecko.

Tu następuje historia, którą babcia opowiada zawsze wtedy, kiedy ma do czynienia z jakąś skomplikowaną maszynerią. Wystarczy, by przy śniadaniu – o, niebywałe śniadania oliwskie, zasługujecie na osobny akapit! – grzanki wyskoczyły z głośnym trzaskiem z tostera, wystarczy, by rodzice przywieźli czajnik elektryczny („Coś takiego! Ja myślałam, że go sobie w try miga spalę, bo nie gwiżdże, a jak nie zagwiżdże, to zapomnę, a tu, proszę, sam się wyłącza! No, wprawdzie trwa to za krótko, bo zwykle zdążyłam nastawić wodę, pokroić bagietkę, posmarować masłem, zrobić kanapki, przygotować ogórki i pomidory, i dopiero wtedy czajnik piszczał. Wtedy zalewałam herbatę w imbryczku wrzątkiem i stawiałam koło czajnika, żeby nie stygło… a teraz raz-dwa. Ale za to na wierzchu ten nowy czajnik jest taki płaski, to tam stawiam imbryczek”), wystarczy, by ktoś reperował piecyk czy pralkę, a babcia na to:

– No proszę, taka pralka (toster, radio, latarka). Ile w tym śrubek, ile tych blaszek i pokręteł, i lampek. Znasz, jak dziadek Brokl jechał przez Ukrainę?

– Nie znam – mówię, ale babcia albo nie słyszy w tym ironii, albo nie chce jej usłyszeć.

– Dziadek miał automobil, pierwszy na Ukrainie. Miał oczywiście w komplecie szofera, ale często prowadził sam, ot tak, dla przyjemności. Były takie zdjęcia, jak stoi przy aucie w zsuniętych na czoło okularach do jazdy, w rękawiczkach specjalnych, w prochowcu narzuconym na garnitur w prążek… taki luksusowy i schludny od stóp do głów, jakby go wyprodukowano razem z automobilem i kompletnym strojem tylko do tej fotografii. No, ale jeśli jeździł z babcią, to brali szofera i płynęli przez dzicz ukraińską, przez bezkresne pola i lasy, po nieprzyjaznych drogach, pod niebem bezmiernym. Burzany, rozumiesz, i tak dalej. I kiedyś tak pod tym bezmiernym ukraińskim niebem musieli się nagle zatrzymać na środku gościńca, bo obstąpiła ich czereda zarośniętych ukraińskich chłopów, na wpół wściekłych, na wpół przerażonych, potrząsających sierpami, siekierami i kłonicami, wrzeszczących bez ładu i składu, że to czort jedzie. Dziadek już kazał szoferowi przedzierać się przez tłum, ale babcia wzięła sprawę w swoje drobne, bohaterskie ręce, kazała sobie otworzyć, wyszła na drogę, podniosła woalkę i spytała się – oczywiście po polsku, bo po ukraińsku nie umiała – co to za pomysły z tym czortem. To oni wrzeszczą, ale już ciszej, że to czort jedzie, czartowska kareta, bo bez koni, a się rusza. Babcia: „A parowóz widzieliście?” Nie widzieli. „A sieczkarnię znacie?” Nie znają. Wreszcie doszła do jakiejś młockarni, czy czegoś – i znali. „Ale – dowodzą spryciarze – młockarnia silnik ma!” „A to też ma” – odparła babcia, wywołała ze środka szofera, który już kurczowo ściskał w dłoniach ciężką korbę, przydatną w razie walki wręcz, kazała mu otworzyć klapę automobilu i pokazać chłopom silnik, chłodnicę i co tam jeszcze. I odstąpili. Ba, wysłali do następnych wsi wiadomość, że to nie diabeł, że silnik mai odtąd już ich nie zaczepiano.

Rozdział II

Tutaj należy się kilka słów porządkowych. Opowieść babci, jak już wspominałem, nie ma ram ani krańców – jest rozmyta, rozgałęziona wszerz i w głąb, nieogarniona. Co więcej, wszystko, co tutaj zapisuję, opowiadałem już wiele razy, bo przecież wiele z tego, co opowiadała babcia, było kiedyś opowiadane jej przez innych. Powtarzanie rzeczy pięknych i mądrych jest piękne i mądre samo w sobie i należy do takich samych cnót, jak karmienie głodnych, opiekowanie się zwierzętami, podlewanie roślin i udzielanie jałmużny.

Ale opowiadanie dokonuje się w czasie, i to podwójnie – raz, że opisuje czas miniony, wydany, upłynniony, ułożony w sprawdzalne chronologie i układy zdarzeń, a dwa, że opisuje go również w czasie – w czasie rozmów. I tak pojawi się tu mnóstwo postaci, które wydają się z pozoru nieistotne. Znajomi i znajome, przypadkowi przechodnie, bliższa i dalsza rodzina, a nade wszystko moje przyjaciółki i moi przyjaciele – nie bohaterowie, lecz słuchacze. Ale jakże inne są historie dla każdego z nich! O ileż prostsze, odarte z wdzięku, jeśli są tylko ilustracjami zdarzeń, skróconą kroniką z kuriera na potrzeby pani Władzi albo pani na rynku – a jak skrzą się dowcipem, jeśli babcia się postara… Jeszcze kilka lat temu, kiedy większość dawnych bywalców imienin i urodzin już wymarła, babcia robiła się nieraz na bóstwo i królową salonu, i to z reguły dla moich przyjaciół, stąd ich obecność w tej historii. Zresztą, jeśli są w moim życiu – są również w życiu babci, podobnie jak Jadzia Kontrymówna czy japoński szpieg, wszyscy owi obcy, a jakże moi ludzie.

*

Będą się więc pojawiali, i to w całkowicie nieokiełznany sposób. Proszę się zatem nie dziwić, jeżeli jakaś historia będzie przy kimś rozpoczynana, a kończona w obecności kogoś innego. Należy to do sekretnej natury opowieści; podobny początek może też oznaczać różne końce, a różne początki mogą prowadzić do tego samego finału. Wszystko to podlega wielkiej narracji, zaczynającej się gdzieś w Kijowie, pod dobrym adresem, w wielkiej kamienicy z kariatydami… i jedynie ona porządkuje owe epizodyczne, choć w gruncie rzeczy potrzebne postaci, którym jest opowiadana. Tak oto czas miniony będzie układał czas mijający.

*

Są też i takie historie, które przekazujemy nielicznym. Nie dlatego, że kto inny nie zrozumiałby ich morału albo nie śmiałby się z ich pointy; nie dlatego, że chcielibyśmy je zachować na specjalne okazje; po prostu niektóre opowieści pędzą do niektórych ludzi na łeb na szyję, lecą, fruną, spadają na złamanie karku, harcują jak stęsknione psy. Margot opowiadam zwykle o duchach, o tkliwości umarłych, o pięknych miejscach i obrazach, takich jak białe kornety czytających brewiarz beginek, płynące nad narcyzami na dziecińcu klasztoru w Bruges. Basi opowiadam o złośliwych ciotkach, nagłych ucieczkach, niespodziewanych zwrotach akcji i perwersyjnych koligacjach. Skandaliczne wypadki również ją nieco ekscytują. Radek lubi słuchać o sobie, więc nie należy do tej książki, ale za to należy do innych książek. I tak dalej, i tak dalej, każda z opowieści ma swojego ulubionego słuchacza, a każdy słuchacz – opowieść. Zdarza się też, że znajdujemy miejsce, w którym słucha się najlepiej, albo czas, który od razu czeka na tę czy inną historię.

O dziadku Broklu, babci Wandzie i ich dzieciach opowiadałem Basi w Pelplinie.

Jeśli nie byliście w Pelplinie, pojedźcie tam koniecznie. Traficie na małą stację, z której rano odjeżdżają pełne pociągi, a przyjeżdżają puste, a wieczorem odwrotnie; nieco dalej przejdziecie koło rozsypującej się fabryki czegoś tam, cukru chyba, potem mały placyk, kilka domów na krzyż i kiedy straciliście nadzieję na cokolwiek, traficie na olbrzymią średniowieczną katedrę, która, jak ceglana szkatuła o misternych sklepieniach, zamyka w sobie niewyobrażalne gotyki i baroki, amorki i kardynałów, spiętrzone w relikwiarzach czaszki, tańczącego Chrystusa i wiele innych fenomenalnych rzeczy.

To tam mówiłem do Basi:

– Basiu, popatrz, jakie to by było wspaniałe zdjęcie, te światła z witraży na stallach.

A Basia się krzywiła.

– Nie da się. Nie wyjdzie.

– Bujakowi – popatrzyłem z wyższością – by wyszło.

No i oczywiście zrobiła, i wyszło, i teraz chodzi dumna i blada.

Dużo się tego dnia działo. Zobaczyliśmy w drzwiach katedry dziewczynkę… pisanie o tym jest zupełnie bez sensu, bo przecież powinienem tu pisać o Wandzie i Leonardzie, i Ewie, i Róży, i tak dalej, no ale gdzie ja napiszę o tej dziewczynce? Więc i ona.

Staliśmy w kruchcie. Jedno skrzydło szerokich wrót było uchylone i przez kratę widzieliśmy miodowe wnętrze katedry – złocistą bitą pianę barokowych ołtarzy, plemię anielskie i ciemne stalle.

Basia pociągnęła mnie za rękaw. Obróciłem się – dziewczynka. Niby widziałem ją już wcześniej, ale przecież wszedłem tu, opowiadając jakąś historię, cały szczęśliwy, że Basia olśniona, a przecież olśni ją bardziej – i tu ta dziewczynka, która skądeś się przyplątała, patykowata, biaława, sinobita. Miała może czternaście lat. Stała na kamiennym progu, między drzwiami a kratą, prawie cała schowana za potężnymi, okutymi deskami, ocieniona – tak że widziałem tylko wystające kolano, długie palce, jeden policzek i podkute szarością, matowe oko pod wąską powieką. Gotowa do obrazu.

Basia odciągnęła mnie na bok, niby to pokazując jakiś napis.

– Myślisz, że zgodziłaby się pozować?

– Myślę, że możesz zapytać.

Przez chwilę czułem się jak letnik Anno Domini 1923 – kresy wschodnie, zabiedzone dzieci, poszukiwacze lokalnego kolorytu w pumpach i tweedowych marynarkach. Odsunąłem się jeszcze dalej na bok i coś notowałem w zeszycie, a Basia prowadziła pertraktacje, po czym robiła zdjęcia – ale to już nie ten wdzięk. I znowu ta wizja – Huculszczyzna 1923 i ja, mówiący: „Ależ nie, droga Klementyno, jest w tym może i jakaś wzniosła toporność, jakaś twardość z włoskich prymitywów, ale gracja tego dziewczątka o tyleż była większa, kiedy nie miała świadomości, że chcesz ją utrwalić… zresztą, czy nie miałabyś ochoty na jakąś tutejszą pożywną strawę?”

Wreszcie nas wpuszczono. Oprowadzał nas – jak zwykle – jakiś kleryk; młode to było i nieporadne (jak powiedziałaby babcia). Mówił o jakimś Rubensie, który jest w Starej Pinacoladzie w Monachium. Powiedziałem mu, że pinacolada też dobra, choć może niekoniecznie stara, ale w Monachium to jest Pinakoteka. A nawet dwie.

– Przepraszam, pomyliłem się. Ale ja tu jestem od dziesiątej rano – odparł z rozbrajającym uśmiechem – i nie takie bzdury już dzisiaj mówiłem.

Basia znikła, ale po chwili spotkaliśmy się znowu – ja z grupką turystów posłusznie słuchający po raz nty, że autor gotyckich stalli sportretował się przy ziemi niby to z pokory, a tak naprawdę to z pychy, bo każdy musi mu się pokłonić, żeby go zobaczyć, proszę państwa, a Basia drepcąca od wejścia, posapująca, objuczona wszystkimi swoimi torebkami, aparatami, obiektywami i przesłonami.

– Nazywa się Liliana Liliańska.

– Kto?

– Dziewczynka. Obiecałam, że jej wyślę zdjęcie. I zrobiłam drugie, z wnętrza. Pewnie nie wyjdzie.

Obeszliśmy po kolei wszystkie schowki i zaułki; i znów widziałem Sobieskiego sportretowanego jako ucztującego bogacza, i znów rozszarpywanych przez bestie chrześcijan, i znów cegły wypolerowane przez zakonników, którzy ostrzyli o nie noże w drodze do refektarza.

Od czasu do czasu Basia ciągnęła mnie za rękaw. Albo ja ją. A to roztańczony Chrystus na szczycie organów („Eee, nie wyjdzie. Ale jeśli chcesz, mogę spróbować”), a to kolorowe plamy światła, przesianego przez witraże na ażury stalli („Eee, nie wyjdzie”, „No, wiesz, Bujakowi by wyszło”, „Może Bujakowi. A mnie nie. Zresztą, spróbuję, co mi szkodzi”).

– A relikwiarze – spytałem – może nam ksiądz pokazać?

– No… ja jeszcze nie jestem księdzem.

– Przepraszam.

– Drobiazg. Zwykle się tego nie robi… – „Akurat – pomyślałem – prawie zawsze się to robi”. – …ale w drodze wyjątku…

I znów stałem przed drewnianymi drzwiczkami ukrytymi w ołtarzu, za którymi piętrzyły się kolejne rzędy czaszek owiniętych w czerwony i błękitny aksamit. A haftowane perłami korony błyskały odświętnie, podobne jakiejś zaśniedziałej, skandowanej heksametrem chronologii monarchów.

– Widzisz – szepnąłem do Basi – to właśnie jest wieczność. Czaszki w aksamicie, kadzidło i złocone próchno.

*

Ale dość już o dziewczynce, która nazywała się Liliana Liliańska, co bardzo nam się podobało, dość o kleryku, dość o muzeum, gdzie mają Biblię Gutenberga i hochnaście gotyckich rzeźb i obrazów, i gdzie natknęliśmy się na straszne spustoszenia poczynione przez lokalnego renowatora, co to gotyckie ołtarze maluje farbką metalic w kolorach podstawowych, od których trochę bolą oczy, trochę zęby, a najbardziej organy duchowe.

Nie wiem, jak zmieściliśmy tamtego dnia to wszystko, ale Basia jeszcze mi opowiedziała o Loleczku, a ja jej o ciotkach, i to były bardzo właściwe historie na bardzo właściwych miejscach, z wiejskim cmentarzykiem, pizzerią i stacją włącznie. A zaczęło się niewinnie.

– Słuchaj – zapytała Basia, idąc dziarskim krokiem, bo już tak ma czasami – a ta ciotka, o której twoja babcia mówiła przy śniadaniu, to co to za ciotka? I dlaczego tak nienawidziła twojej prababci?

– Ciocia Ewa, wariatka.

– Ta od generała?

– Nie, nie od generała.

– Ta od skrzypka?

– Nie, to była ciocia Sasza.

– To ty mi to naświetl. Po kolei.

– No, dobrze. Był dziadek mojej babci, Leonard Brokl, i babcia, Wanda z Dziewiątkiewiczów.

– Tak, tak, o nich to już wiem. Dalej.

– Dalej to znaczy później, bo to, co było wcześniej, jakoś nie zanadto. Wiem tyle tylko, że była jakaś stryjenka Scipio del Campo, a to bardzo znaczna i dobra rodzina, no i pętali się tam po genealogii różni inni, w rodzaju generała-księcia Zajączka. Dziadek Brokl…

– A co z tym Zajączkiem?

– Zajączek to nic, bo on jak to generał i książę. Nuda. Ale my jesteśmy z nim spokrewnieni przez żonę, Francuzkę. I to jest ciekawa postać – tu, zważcie na kunszt opowiadającego, z czystym sercem poświęcam insurekcyjnego generała dla skandalicznej generałowej, która z pewnością ucieszy Basię – otóż, wyobraź sobie, ta Zajączkowa była kobietą wielkiej urody. Była nią i była, i tak do późnej starości. Jeszcze jako osiemdziesięciolatka miała kochanków z podchorążówki.

– Chyba dla kariery?

– Nie wykluczam, ale to inna sprawa. Bo, widzisz, ona była zakonserwowana. Obkładała się świeżym mięsem…

– Podchorążymi?

– Nie, świeższym, rzeźnym. Płatami dobrego mięsa. I spała na łóżku, pod którym cały rok leżały wielkie bryły lodu. I różowała pięty, kolana i płatki uszu. I tak dalej. Dzięki temu zachowywała jędrność i świeżość. Ale my od niej nie pochodzimy, bo generał zmarł bezpotomnie. Za to pochodzimy od jakiejś jej siostry, szwagierki, czy może kuzynki, też niezbyt cnotliwej, która z kolei sypiała regularnie z wielkim księciem Konstantym Pawłowiczem, po czym jej mąż uznawał wszystkie ich dzieci, same córki, o ile mi wiadomo, za swoje. Dzięki temu miał stały dostęp do zaszczytów i bogactw.

– A skąd wiadomo, że to były dzieci księcia?

– Po nosach. On miał taki nieprzytomnie brzydki, zadarty i wklęsły nos, wiesz jaki. I wszystkie córki tak samo. Stąd ten mój zadarty nos. W każdym razie, było nie było, dzięki temu jestem potomkiem carycy Katarzyny.

– Ale miało być o ciotkach.

– Będzie o ciotkach. I wuju, bo był jeszcze wuj. W sumie było ich pięcioro, ale jedno dziecko zmarło w dzieciństwie… jakaś dziewczynka, tak, dziewczynka. Aha, Zosia – śliczna, mądra, postrach niegrzecznych dzieci wyjęty wprost z opowieści guwernantki. Pisała wiersze po francusku, pięknie grała na fortepianie i miała serce jak Pałac Kultury. Czy raczej sobór Archangielski. Ale w wieku dwunastu lat dostała ataku ślepej kiszki, a lekarz myślał, że to zwykła niestrawność, i dał jej rycyny na przeczyszczenie. Straszna śmierć, jak na bohaterkę umoralniających opowieści dla dzieci. Potem szła Ewa, Róża, Maciej i Irena, moja prababcia. Wychowywali się wszyscy w wielkim, zasobnym domu, bo ich ojciec, jak już wiesz, zrobił przypadkowo wielki majątek na akcjach…

– A która była od tego skrzypka?

– Ciocia Sasza, ale to była siostra pradziadka, a nie prababci. Nie mieszaj, o Saszy też ci powiem. W każdym razie byli wszyscy bardzo zamożni i szczęśliwi, babcia Wanda miała piękne suknie i liczną służbę, dzieci bawiły się zabawkami z najwspanialszych wiedeńskich i petersburskich sklepów, porcelanowymi lalkami, całymi armiami cynowych żołnierzyków, i tak dalej. I były posyłane do szkół, do bardzo dobrych szkół, najlepszych w Kijowie. A potem dziadek Brokl zbankrutował.

I tutaj dygresja. Dziadek Brokl miał to do siebie, że od czasu do czasu bankrutował. Potem coś kupił, coś sprzedał, na czym tracił resztki swoich rubli w złocie, aż nagle, ni stąd, ni zowąd, Fortuna, bogini szczególnie dla dziadka Brokla łaskawa, bez wyraźnej przyczyny spuszczała nań złoty deszcz i dziadek mógł sobie, na przykład, odkupić automobil. Albo cukrownię. W jego delikatnych rękach, stworzonych do gładzenia lakowych parawanów i ujmowania filiżanek vieux Saxe, majątki ziemskie rozchodziły się w jakiś tajemniczy, niewyraźny sposób – niby istniały jeszcze, obejmowały tyle a tyle mórg i zabudowań, państwo dopominało się z nich podatków, a przecież już od dawna kto inny w nich zarządzał, kto inny zbierał jabłka w sadzie, kto inny przyjmował chłopów w mrocznych salonach i obce kobiety brodziły między kępami floksów i różanymi krzewami. Buchalterie, weksle, aktywa i pasywa pod wpływem nierozważnych działań dziadka Brokla zmieniały się w prawdziwe bestie, żyjące własnym, nieokiełznanym życiem, pozostawiając swego patrona daleko w tyle.

Jako się rzekło, po okresie złotej prosperity na kijowskiej giełdzie dziadek zbankrutował po raz pierwszy. Wychowany w solennej wierze w parę i elektryczność, następstwo zdarzeń i logiczne wynikanie, musiał poczuć się oszukany. Bo i jak – kupił akcje, jak kiedyś. Sprzedał akcje – jak kiedyś. A zamiast zarobić – stracił. Niestety, żelazne konsekwencje chemii, precyzyjne łączenie się pierwiastków w związki i ścisłe proporcje moli bromu i chloru, w świecie żarłocznych rekinów małorosyjskiej finansjery nie miały racji bytu. Akcje raz kupione mogły albo zwyżkować, albo zniżkować, i żadna ilość potasu nie była w stanie im w tym pomóc lub przeszkodzić.

Dziadek Brokl był jednak wychowany w wierze nie tylko w parę i elektryczność, ale również w jakieś niesłychane koncepcje kupieckiego honoru, które nawet Buddenbrooków wpędziłyby w zakłopotanie, bo okazało się, że namówił do kupienia akcji jeszcze kilku przyjaciół (ostatecznie, jeśli to taki wyśmienity sposób na złotą mannę…) i nie tylko stracił swoje kapitały, ale również poczuwał się do zwrócenia ich wszystkim namówionym.

„I wtedy – mówiła babcia Wanda swojej wnuczce – mój mąż, a twój dziadek, zbankrutował. Zamknęliśmy dom na cztery spusty, przestaliśmy przyjmować i rozpuściliśmy całą służbę, tak że został tylko kamerdyner i pokojówka…”

Tutaj, ponieważ zbyt długo monologowałem, Basia mnie sfotografowała, trochę, bo ujęcie było ładne, a trochę, żeby zwrócić na siebie uwagę.

– Dzięki. Aha… i dziadek zbankrutował. To, że został tylko kamerdyner i pokojówka, to jeszcze można jakoś przeboleć, ale państwa Brokl nie było już stać na płacenie czesnego na pensji. Maciek był na studiach w Niemczech, co było kosztowne, no, ale to chłopak. A panienki… cóż, musiały zostać w domu, grać na pianinie, malować i haftować w oczekiwaniu na znalezienie niezłej partii. I wtedy na moją prababcię, Irenę, złożyły się koleżanki z pensji. Tak ją wszystkie lubiły, że przez dwa czy trzy lata składały się na czesne. Róża nie przejęła się zanadto, bo nigdy nie lubiła szkoły, natomiast Ewa, która była bardzo inteligentna, szalała z wściekłości, bo na nią przyjaciółki nie łożyły. Miała ponoć duże zdolności plastyczne, pięknie haftowała i malowała, ale jakieś takie psychodeliczne motywy.

– Psychodeliczny haft?

– No, haft może nie. Chociaż… poduszka w żarłoczne rosiczki… chodziło mi o obrazy. Na japońskiej lakowanej szafce… babcia mówi: „Wiesz, taka ohydka, dziadek sprowadził z Japonii, ale takie byleco”. A ja tyle bym dał za japońską szafeczkę, no nic. Na drzwiczkach namalowała dwór, taki Lisów-nie-Lisów, przed dworem klomb, a na klombie ropucha większa od domu. Ciocia Ewa nienawidziła mojej prababci trochę dlatego, że zazdrościła jej wykształcenia, a trochę dlatego, że miała po prostu wredny charakter i chyba niezłą odchyłkę…

– Ja się nie dziwię tej Ewie, że ją znienawidziła…

– Tym bardziej że kiedy dziadek się odkuł, dla Ewy było już za późno na edukację, a Irena poszła na studia. Najpierw do konserwatorium, a potem na astronomię. Do tego znała pięć języków: angielski, niemiecki, francuski, rosyjski i polski. W owych czasach tak wykształcona kobieta była, przyznasz, zjawiskiem rzadko spotykanym.

– Ja się nie dziwię tej Ewie…

– No właśnie. W dodatku dziadek, który znów miał pieniądze, automobil i cukrownię, korespondował z chemikami z całego świata, kolekcjonował dzieła sztuki i rozbijał się po Europie, zawsze zabierał ze sobą w podróże Irenkę, która była jego najukochańszą, najmądrzejszą, najpiękniejszą córeczką.

– Ja się zupełnie nie dziwię tej Ewie.

– Ja też. Ale to jeszcze nic. Ewa miała narzeczonego. Nazywał się Mech. Trudno. Mech był, jak sama nazwa wskazuje, miły. Był również, na co nazwa specjalnie nie wskazuje, inteligentny i uroczy. Za to Ewa, która z nudów i potrzeby jakichś zajęć intelektualnych zaczęła się tymczasem spotykać z młodymi anarchistami, miała się za kobietę wyzwoloną, wyemancypowaną i nowoczesną. Nabiła sobie głowę różnymi teoriami, które znalazły podatny grunt w niepielonym ogrodzie jej głowy, by wyrazić się górnolotnie, i chciała teraz epatować Mecha swoją sawantkowością i swoim anarchizmem. I któż wyrasta jej na drodze?

– Irenka?

– Irenka! A moja prababcia „kobietą była ponad miarę swoich czasów.”

– „Nie bawiły jej umizgi bladych lowelasów”?

– Nie. Ale niegłupich młodzieńców to i owszem. Ostatecznie kochał się w niej Leśmian, o którym zawsze mówiła „Bolek Lesman”. Ona grała na fortepianie, on stał, oparty o tego lakierowanego wieloryba, i patrzył jej prosto w oczy. A mógłby coś zadedykować. Podobnie Mech: przychodził oficjalnie do ciotki Ewy, ale zawsze najpierw pukał do pokoju jej znienawidzonej siostry i długo z nią rozprawiał, a to o książkach, a to o muzyce, a to o filozofii. A Ewa czekała.

– Wiesz co?

– Co?

– Ja się jednak dziwię tej Ewie… Że nie zrobiła jej jakiejś krzywdy.

– Może masz rację. Tak czy owak, w końcu miała tego swojego Mecha. Był oficjalnym narzeczonym, został oficjalnym mężem. Gorzej z Różą. Róża po kolei miała różnych adoratorów, niektórych nawet uznawanych za znakomite partie, ale po kolei im odmawiała. Aż w końcu, kiedy była już naprawdę starą panną, bo po trzydziestce, zjawił się generał Szymiczek. Uderza w konkury, prosi rodziców o rękę córki, a oni mu mówią: „Drogi panie, bardzo chętnie widzielibyśmy pana jako naszego zięcia, ale, niestety, ostatnie słowo należy do Róży, a ona zwykle odrzuca oświadczyny”. Idą do Róży i mówią: „Róziu, nie poszłabyś za pana generała?” A Rózia: „Eeeech, to chyba już pójdę”. I poszła. Została generałową Szymiczkową. I przy każdej okazji, kiedy ktoś mówił: „Szymiczek? Mąż pani jest może Czechem?”, ciocia purpurowiała z oburzenia i krzyczała: „Żaden Czech, żaden Czech. Austriak!” Albo mówiła o nim: „Mój mąż, generał Szymiczek. Austriak”.

– A twoja prababcia?

– Irena? Irena zakochała się z wzajemnością w doktorze Bienieckim, zabójczo przystojnym mężczyźnie, lekarzu wojskowym o specjalności, wyobraź sobie, ginekologicznej. I pobrali się. Urodziła im się Romusia.

I wtedy odsłoniłem przed Basią historię o kamienicy w Kijowie, którą od tego czasu odsłaniałem przed nią jeszcze chyba trzykrotnie. Ale – wiem to, wiem to dobrze – muszę nagle przenieść się z Pelplina do Gdańska, by opowiedzieć ją tak, jak mi ją opowiadała babcia.

Wszystko zaczyna się od słowa „Kijów”, które tyle razy słyszałem w dzieciństwie. „Kijów”? Co oznaczać dla mnie mógł Kijów, owa dziwna, stukająca drewnem, chrzęszcząca chrustem nazwa, ta nazwa siejąca odblaski Bizancjum na wzdętych kopułach? Wiedziałem, że na jednym z najbardziej eleganckich bulwarów – które babcia nazywała prospektami – rozkładali swoje towary kupcy dywanów, przyjeżdżający do miasta ze wschodu.

– Nawet przy największym błocie, przy deszczu i roztopach dywany leżały na bruku, na chodnikach.

Twoja prababcia opowiadała mi, że nie chciała na nie wejść, żeby nie pobrudzić, choć i tak były potwornie zabłocone, a kupcy, kupcy o błyszczących oczach i ciemnej cerze, kupcy o brodach i brwiach tak czarnych, że zdawały się granatowe, wychodzili ze swych namiotów i zapraszali, by deptać po kobiercach. Bo były nowe, a nikt prócz nuworyszów nie kupiłby nowego dywanu. I chodziło się po nich, błociło i deptało, jeździło dorożkami, aż były wystarczająco spatynowane, by móc je wreszcie wyczyścić i rozłożyć we wnętrzach namiotów. Wychodzili i prosili.

W zakamarkach mojego dzieciństwa taką właśnie malowniczą formę przyjął Kijów – miasta, którego ulice szczelnie przykryto wzorzystymi perskimi kobiercami, zachwalanymi przez krzykliwych handlarzy o brodach i brwiach tak czarnych, że błyszczały granatem.

W owym mieście, w wielkiej czynszowej kamienicy na prospekcie takim a takim, mieszkały trzy rodziny – Bienieckich, Karnauchowów i Korytków. Ich losom przypatrywały się uważnie nie tylko wścibskie sąsiadki, ale i secesyjne maszkarony o wydatnych wargach oraz piersiaste kariatydy, podpierające balkony wątłymi barkami i bukietami lilii; jakkolwiek były one znakomicie zaznajomione z secesyjnym splataniem roślinnej wici, nadziwić się nie mogły splotom uczuć i wciąż od nowa unosiły brwi w niemym zdumieniu, aż im się tynk kruszył na czołach.

Na pierwszym piętrze mieszkał radca Walerian Karnauchow z żoną Ałłą, dwojgiem dzieci, boną i służącą.

– Idziemy, idziemy – mówiła babcia, zapinając pod szyją broszkę z macicą perłową – zawsze się wszędzie spóźniamy. Czy wiesz – dodawała już na schodach – że mam to po mamie? Mama też zawsze się spóźniała – w głosie brzmiał leciutki odcień dumy. – Kiedykolwiek wybierała się z ojcem do teatru albo na koncert, w ostatnim momencie coś się jej przypominało. A to że nie powiedziała czegoś Gieni, a to że suknia nie ta, a to kapelusz zbyt jasny albo zbyt ciemny… A jeśli wreszcie udało im się na czas wybrać, bo ojciec rozpoczynał ceremonię exodusu ze stosownym wyprzedzeniem, to mama w progu przystawała, ogarniała wzrokiem salon lub jadalnię i chwytała ją nagła pokusa przestawienia komody, przesunięcia stołu lub, co najgorsze, obrócenia dywanu w poprzek, do czego trzeba było podnieść wszystkie meble; ojciec sapał i stękał, ruszając z posad to fotel, to sofę, a mama komenderowała końcem parasolki. Zawsze wchodzili na początku drugiego aktu albo w drugiej części koncertu. I kiedyś, nie pamiętam już kiedy, to chyba był recital Hofmana, nie, na recital Hofmana poszłam sama, cudem zdobyłam bilety od znajomych, wyobraź sobie, co za przeżycie, Hofman tak niesłychanie grał, wybijał w akordzie niektóre nuty odrobinę głośniej, siedziałam wbita w fotel… – (tymczasem jechaliśmy już taksówką przez wieczorne miasto; kierowca był nieco zagubiony, skoro znalazł się w środku opowiadanej z impetem historii, ale musiał się zadowolić krótkim: „Do filharmonii”, bo babcia nie zamierzała przerywać toku opowieści) – …i słuchałam tych wspaniałych akordów, aż tu nagle po przerwie wychodzi na scenę ubrany na czarno mężczyzna i grobowym głosem mówi, że właśnie umarł papież. A w programie akurat sonata z marszem żałobnym. Niesamowite, prawda? – i obraca się do mnie gwałtownym ruchem, jakby się spodziewała, że na tę rewelację zareaguję jakimś „och” czy małą pantomimą, zupełnie jakbym ani razu nie słyszał całej historii. Nic. Babcia wraca do wcześniejszego wątku, kierowca czyni postępy w zagubieniu.

– W każdym razie wychodzili gdzieś na koncert czy do opery. I mama znowu chwyta za jakiś kilim, domaga się młotka i gwoździków. Ojciec stanął, popatrzył się na nią z bezbrzeżną miłością, żegnając się z pierwszym aktem Traviaty czyNormy, wziął mnie na stronę i wyszeptał: „Pamiętam, że kiedyś wybieraliśmy się z Ałłą na przyjęcie. Miała piękną jedwabną suknię z wiśniowego jedwabiu, z czterema falbanami u dołu. I traf chciał, że jedną z nich zaczepiła o nogę fotela i szew puścił. Powiedziałem, że poczekam, aż się przebierze, a ona tylko, że szkoda czasu… i traaach! Oderwała wiśniową falbanę, cisnęła na fotel i wyszliśmy”.

Ałła Karnauchow oprócz odrywania falban jednym gwałtownym ruchem miała wiele niepospolitych zalet, była wykształcona i oczytana, niebywale inteligentna i postępowa, wierzyła w idee udoskonalania ludzkości i wyzwolenia spod ucisku, czytała i wygłaszała.

– A dzieci?

– Dzieci? No co? – babcia popatrzyła na mnie z wyraźnym brakiem zrozumienia. – Irinką zajmowała się bona, a Iwanem guwerner.

W nawale zajęć Ałła miała pewnego dnia olśnienie. Olśnienie takie miała wcześniej cała kamienica od piwnicy po poddasze, bo wszyscy, łącznie z kariatydami, maszkaronami i małymi dziećmi, wiedzieli, że pan Korytko jest alkoholikiem. Natomiast Ałła, by się tego dowiedzieć, musiała doznać objawienia. Po prostu pan Korytko, mężczyzna równie piękny, co pijany, ukazał się jej kiedyś na schodach prowadzących z parteru na pierwsze piętro w całej krasie swej urody i pijaństwa.

– Walerianie – powiedziała Ałła po krótkiej rozmowie z owym czerwonawym Apollem – będę z tobą szczera. Pan Korytko jest mężczyzną wielkich zalet, ale zdradzany przez żonę, popadł w straszny nałóg, który niszczy w nim wszelkie zdrowe i szlachetne instynkta. Potrzebuje silnej kobiety. Oboje wiemy, że do takich właśnie kobiet należę. Muszę się nim zająć i obudzić w nim pokłady uśpionej godności i mocy. Odchodzę. Wybacz – pogładziła go po policzku – ty poradzisz sobie beze mnie, Walerianie, poradzisz sobie w życiu. Podobnie jak ja, jesteś człowiekiem czynu. Zresztą, masz do pomocy Marfę i Olgę. Będę odwiedzać ciebie i dzieci.

I zamieszkała z panem Korytko.

Tymczasem dojechaliśmy pod filharmonię. W sam raz na drugą część koncertu.

– I co było potem? – zapytałem uprzejmie, kiedy w godzinę później wyszliśmy na świeże powietrze.

– Po czem? Zapnij się pod szyją.

– Nie, tak jest dobrze. Z panem Korytko, z Ałłą, z Walerianem.

– A, no tak. Traf chciał, że Walerian też doznał olśnienia. W nawale codziennych obowiązków radcy prawnego Kolei Południowo-Zachodnich, w środku dnia, między prowadzeniem sprawy Koleje Południowo-Zachodnie kontra Andriej Porfirycz Ketterl a wieczorną nauką gry na skrzypcach, doznał iluminacji w pewien mroźny, styczniowy dzień. Zapnij się pod szyją. Cała kamienica, od piwnic po strych, łącznie…

– …łącznie z kariatydami, maszkaronami, małymi dziećmi i służbą…

– …i służbą, wiedziała, że pod numerem szóstym mieszka z mężem i dorastającą córką piękna, smutna pani Bieniecka. Doktor Bieniecki zdradzał ją od dawna na lewo i prawo, miał niesamowity urok, jeszcze na studiach spotkałam się z nim w Warszawie, byłam akurat z przyjaciółką z liceum, przedstawiam ich sobie nawzajem, a oni się robią zupełnie czerwoni… miał wtedy dobrze po sześćdziesiątce, a ona koło dwudziestki. Póki było tych bab na pęczki, pani Bieniecka się nie przejmowała, ale jak poprzestał na jednej, w dodatku sąsiadce, niejakiej Korytkowej, oooo… to zrozumiała, że nie jest najlepiej. Mieszała im szyki, myliła jakieś umówione znaki, przestawiała doniczki na oknie, zapalała czy gasiła świeczki na parapecie. I smutniała coraz bardziej. Co widzieli wszyscy prócz Waleriana, który potrzebował objawienia. Któregoś dnia spotkał ją na parterze. „Pani pozwoli”, podał jej ramię przed wyjściem z bramy kamienicy, „dziś jest bardzo ślisko”. A piękna pani Bieniecka podniosła na niego swoje smutne oczy, w których zapaliły się dwa szafirowe ogniki, i z dumnej wysokości metra pięćdziesięciu centymetrów rzuciła mu: „Od Moskala? Od Moskala ramienia nie przyjmę”. I oczywiście, jako że zawsze biegała i była straszną wywrotką, za chwilę leżała na lodzie, a Walerian patrzył na nią melancholijnie. „I co?”, krzyknęła, „taki z pana gentleman, że ani pan myśli podać mi ramię?!” „Od Moskala? Od Moskala pani chyba ramienia nie przyjmie?” To mówiąc, schylił się i podniósł ją delikatnie.

I kiedy w dwa miesiące później Ałła wróciła skruszona, przyznając z bólem, że nie udało się jej obudzić w panu Korytko pokładów uśpionej godności i mocy, Walerian powiedział, że oczywiście może z powrotem zamieszkać na pierwszym piętrze pod numerem piątym, ale on tymczasem pod numerem szóstym opiekuje się piękną i smutną panią Bieniecką, którą mąż, lekarz wojskowy o specjalizacji ginekologicznej, ostentacyjnie zdradza z panią Korytko.

I tak – jak mawiał Julek – od słowa do słowa urodziła się Lala.

Rozdział III

Zanim jednak urodzi się Lala, trzeba wspomnieć ciocię Saszę i Miszę de Sicarda.

Walerian miał dwie siostry, Lolę i Saszę. Sasza była nudna i brzydka, w związku z czym miał ją na głowie przez pół życia. Lola była takim samym szalonym urwisem jak on, najukochańszą siostrą i najlepszym przyjacielem, w związku z czym przez pół życia nie mogli się zobaczyć.

Wychowali się w pięknym zakątku nad jakąś wielką rosyjską rzeką – Wołgą, Dnieprem czy czym tam jeszcze. Ojciec odumarł ich we wczesnym dzieciństwie, a matka miała na głowie prowadzenie całego majątku. I jedynie opatrzności boskiej można przypisać fakt, że się w tej wielkiej rzece nie potopili. Dzieci wychowywały bowiem służące, które uważały, że najlepszym sposobem na pozbycie się Loli i Waleriana jest wysyłanie ich na całodzienne wycieczki łódką. Dostawali jedzenie na cały dzień, sagan kaszy z omastą, jabłka, gruszki, bo ja wiem, pakowali to do łódki i pływali po wielkiej rzece do późnego wieczora, kiedy to wracali z poobijanymi kolanami, umorusanymi twarzami i pustymi żołądkami, podczas gdy potulna Sasza, która spędziła cały boży dzień na ćwiczeniu gam i czytaniu, dawno spała snem sprawiedliwej.

W związku z tym, że Lola i Walerian nie potopili się, trzeba było zadbać o ich przyszłość. Walerian skończył prawo, o Loli wiem tylko tyle, że została nad wielką rzeką, a Sasza poszła do konserwatorium. I tu pojawia się Misza de Sicard.

– Biedny, piękny Misza de Sicard! Opowiadałam ci o nim? – pyta babcia, a ja obojętnie kiwam głową; obojętnie, bo równie dobrze mógłbym zaprzeczyć, sprzeciwy nie mają racji bytu w obliczu nieustannej narracji. – Misza uczył się z siostrą taty, ciocią Saszą, w konserwatorium. Piękny chłop, wysoki, czarnooki i czarnowłosy, śniady, zgrabny… Apollo. Do tego znakomita partia, bo de Sicardowie mieli sieć banków w całej carskiej Rosji, od Petersburga do Kamczatki. Nic dziwnego, że pół konserwatorium wodziło za nim oczami i wzdychało z miłości. A ciotka Sasza… no cóż, mała, ślipka niebieskie, pucołowata, nospugawiczka, guziczek taki, wciśnięty, nic ciekawego… Ładnie się śmiała. Piękne włosy miała aż do starości, ale kiedyś weszłam do sypialni, patrzę, a piękne włosy cioci Saszy wiszą na takiej drewnianej kuli, a ciocia ma tylko parę siwych pasemek, związanych w mały węzełek na czubku głowy. Ale za młodu pewnie miała prawdziwe. No i, wyobraź sobie, piękny Misza klęka kiedyś przed ciotką i prosi ją o rękę. Ją! Tę małą, pucołowatą Saszę z nosem, o tak – babcia rozpłaszcza nos końcem wskazującego palca – tak wciśniętym. I co mu odpowiedziała?

– „Dlaczego ja?”

– Skąd wiesz? Opowiadałam ci? Tak, tak właśnie zapytała: „Dlaczego ja?” A on na to: „Bo pani jedna za mną nie latała”. I pobrali się. Odtąd z Miszą de Sicardem, który był skrzypkiem rzeczywiście znakomitym, jeździła po całym świecie i bywała w salonach najwyższej arystokracji i najzamożniejszej burżuazji. Paryż, Londyn, Nowy Jork, Wiedeń – byli wszędzie, a wraz z nimi Fiokła i Aniuta. Bo tylko Fiokła i Aniuta, niegdysiejsze nianie Miszy, miały cierpliwość do jego nieustannych histerii… Że woda w wannie o dwa stopnie za ciepła albo za zimna… Że akompaniatorka go nie lubi… Że altowiolinista ma zeza… Że migrena… Że on nie chce grać, nie chce, nie chce, nie chce i nie zagra. I Fiokła i Aniuta latały za nim ze skrzypcami, najpierw z amatim, potem ze stradivariusem, z kalafonią, z albumem rodzinnych zdjęć. „Mamusia, mamusia i bunia, spojrzyjże, aniołku mój, chłopcze złoty, i papcio, o tu, no, dość tych dąsów”. A Misza raz za razem zrywał kontrakty, nie grał koncertu, jeśli nie spodobała mu się sala, pogoda była marna albo po prostu był nie w humorze. Wiedząc o tym, impresariowie podpisywali z nim kontrakty z astronomicznymi karami umownymi, więc zrywał i płacił. Bracia, którzy odziedziczyli wraz z nim sieć banków, przysyłali mu co miesiąc olbrzymią pensję, byleby tylko trzymał się z dala od interesów, więc pieniądze i tak płynęły do niego strumieniami. Ciotka opowiadała, że w Brukseli rzucił na ziemię niedopałek papierosa. Podszedł policjant, wypisał mu mandat, Misza zapłacił, ukłonił się i sto metrów dalej znów coś wyrzucił. I znowu zapłacił. Taki był – piękny, bogaty i rozpuszczony jak dziadowski bicz…

I tutaj następuje morał. Nie jest to może wyjątkiem w babcinych opowieściach, ale nie jest też w żadnym razie regułą, bowiem życie w ogóle jest średnio morałogenne, a babcine opowieści są z życia wzięte. Do morału babcia przygotowuje się w sposób niemal niewidoczny, dla nieświadomego obserwatora i słuchacza zapewne zupełnie niedostrzegalny. Tylko wytrawny znawca narracji wychwyci w tonie ten ukryty pośpiech, kontrowany w kulminacji znakomicie dawkowaną retardacją; przeciąganie zgłosek i nagłość pointy… co za maestria u osiemdziesięciojednolatki! („A co to jest osiemdziesiąt jeden lat dla młodej kobiety?” – powiedziałaby sentencjonalnie babcia).

– …i, rozumiesz, wtedy pojawiła się ta Amerykanka – zaimek wskazujący „ta” jest tu oczywisty: chodzi o „tę” konkretną, o tę wydrę, która odbiła Miszę cioci Saszy – jeździła za nim od miasta do miasta, od stolicy do stolicy, od jednej sali koncertowej do drugiej, zawsze siedziała w najlepszych miejscach, otulona w najdroższą, choć nie najgustowniejszą etolę, wysyłała do garderoby kosze róż i omdlewała z zachwytu. No i Misza poleciał za nią, zostawił ciocię bez środków do życia i popłynął do Stanów. Ale Amerykanka, chociaż podobał się jej piękny skrzypek, to jego brewerii nie zamierzała tolerować. Odprawiła Fiokłę i Aniutę, a przy pierwszej histerycznej awanturze zadzwoniła na pokojówkę, powiedziała: „Proszę podać panu szklankę zimnej wody, bo ma spazmy”, i wyszła.

– Wiem. A potem go rzuciła i biedny Misza – teraz już rzeczywiście biedny, bo wybuchła rewolucja, sieć banków znacjonalizowano, a de Sicardowie poszli pod stienku – grał do kotleta w knajpach Nowego Jorku albo Chicago. Ciekawe, czy najpierw sprzedał stradivariusa, a potem grał w knajpach, czy też może grał w knajpach na stradivariusie?

Ale babcia zdążyła już otworzyć książkę, zasnąć w fotelu albo przejść do innej historii. Zresztą, nawet ona nie zna odpowiedzi na to pytanie.

*

I tak, od słowa do słowa, urodziła się Lala.

Ale najpierw sporo jeszcze się zdarzyło. Kilku kuzynów, którzy zasiadali na różnych tronach Europy, urządziło sobie najbardziej wystawną kłótnię rodzinną, na jaką ich było stać; a w zasadzie taką, na jaką ich stać nie było, bo przy okazji stracili nie tylko szereg ziem, pałaców, żon i dzieci, nie mówiąc już o poddanych i amunicji, ale i kilka tronów.

Piękna pani Bieniecka, która nadal miała na nazwisko Bieniecka, bo jakoś nie pozbierali się ze wszystkimi rozwodami i ślubami na czas, wyjechała w popłochu do majątku swoich rodziców gdzieś w Priwislinskim Kraju.

Ciocia Sasza rumieniła się, kiedy przedstawiano ją dawnym znajomym jako guwernantkę dzieci państwa M. czy B., czy von K. w cesarsko-królewskim Wiedniu, zachodzącym powoli czerwonozłotą łuną.

Dziadek Brokl nadal korespondował ze wszystkimi znaczniejszymi specjalistami od cukrownictwa, nie kierując się racjami narodowymi, ale wyłącznie naukowymi. A że mieszkał w imperium rosyjskim, gdzie stosowne urzędy zawsze doskonale wiedziały, kto jakimi względami się kieruje, to raz-dwa zaaresztowano go, bez zbędnych ceregieli uznano za szwabskiego szpiona i skazano na rozstrzelanie. I wtedy babcia Wanda, która z Drezna pamiętała tylko sklepy bławatne, a z Paryża kapelusze, po raz kolejny wykazała się niesłychanym hartem ducha.

Ale tu na scenę trzeba wprowadzić panią Władzię. Niestety.

– Pani Władzia ma łeb jak sklep – powiada babcia – bo pochodzi spod Kielc. Moje rejony. Tam wszyscy chłopi byli tacy inteligentni. Naturalnie, szkół nie kończyli, bida z nędzą, aż piszczało, ale bystrzy niesłychanie, bo w pobliżu było więzienie carskie, Święty Krzyż…

O Świętym Krzyżu i o tym, jak wpływał na inteligencję chłopów, będzie gdzie indziej, na razie wróćmy do malowniczej postaci pani Władzi. W złotych minionych czasach, kiedy alkoholu do godziny trzynastej nie sprzedawano, była pani Władzia prawdziwą potentatką, platynową meliniarą na miarę Forda czy Rockefellera (a zważywszy na branżę, Ala Capone), oczywiście w skromnej skali ulicy Alfa Liczmańskiego i sąsiednich kwartałów. Z owego czasu pozostał jej konkubent, pan Oktawian, jeden z klientów, który szczególnie jej się spodobał; stosując umiejętną gospodarkę zasobami, pani Władzia trzyma go krótko. Wydziela mu od niedzieli i od święta stosowną ilość gramów, nie pozwala szlajać się z kumplami i konsekwentnie odrzuca ponawiane co jakiś czas oświadczyny, wie bowiem doskonale, że jako ślubna miałaby na Oktawiana znacznie mniejszy wpływ niż jako konkubina.

Odkąd sklepy całodobowe podcięły gałąź zawodowego meliniarstwa, pani Władzia wycofała się z biznesu – wprawdzie z przyzwyczajenia i sentymentu trzyma zawsze w kredensie te kilka butelek na czarną godzinę, ale traktuje to raczej jak emeryckie hobby i haczyk na Oktawiana, a nie interesy z prawdziwego zdarzenia. Oddała się innej swojej pasji, a że jest perfekcjonistką, to w tej samej skromnej skali odgrywała teraz rolę Williama Randolpha Hearsta, produkując i transmitując plotki o wszystkim i wszystkich w promieniu kilometra. Oto dosiada się do naszego śniadania i spieszy z nowinami.