Laguna - Joseph Conrad - ebook

Laguna ebook

Conrad Joseph

0,0
8,49 zł

lub
Opis

"Laguna" to nowela Josepha Conrada, wybitnego angielskiego pisarza polskiego pochodzenia.

“Arsat wyszedł z chaty bez szelestu i przykucnął przy ogniu. Biały poruszył zlekka wyciągniętemi nogami.

— Oddycha — rzekł cicho Arsat, uprzedzając pytanie, którego się spodziewał. — Oddycha i goreje wielkim ogniem. Nie mówi nic; nie słyszy nic; i goreje!

Urwał i zapytał po chwili spokojnym, obojętnym głosem:

— Tuanie... czy ona umrze?

Biały poruszył się niespokojnie i mruknął niepewnym tonem:

— Jeśli tak chce jej przeznaczenie.

— Nie, tuanie — odpowiedział spokojnie Arsat. — Jeśli tak chce moje przeznaczenie.”

Fragmenty z książki: Joseph Conrad. „Laguna


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 23




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-160-8
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

LAGUNA

Biały, wsparty oburącz o dach małego domku na rufie łodzi, odezwał się do sternika:  — Przenocujemy na polance Arsata. Późno już.  Malajczyk mruknął coś w odpowiedzi i sterował z oczami utkwionemi w rzekę. Biały oparł brodę na skrzyżowanych ramionach i wpatrzył się w szlak wodny, ciągnący się za łodzią. U krańca prostej drogi, wyciętej wśród lasów jaskrawym blaskiem rzeki, bezchmurne, olśniewające słońce ważyło się nisko nad wodą, gładką i połyskliwą jak metalowa wstęga. Ciemny, posępny las stał w ciszy i spokoju z obu stron szerokiej rzeki. U stóp wielkich, wyniosłych drzew bezpienne palmy nipa wyrastały z nadbrzeżnego mułu w pękach ogromnych, ciężkich liści, zwisających nieruchomo nad brunatnemi kręgami wirów. W cichem powietrzu każde drzewo, każdy liść, każda gałązka, najcieńsze pędy ljan i płatki najdrobniejszego kwiecia zdawały się zaklęte w spokój kamienny i ostateczny. Nic się nie poruszało na rzece prócz ośmiu wioseł, które błyskały, wznosząc się i opadając miarowo z pojedynczym pluskiem i sternik zagarniał wodę to na prawo, to na lewo, a pióro steru kreśliło nagłym i rytmicznym ruchem błyszczące półkole nad jego głową. Rozbełtana woda pieniła się naokoło z głuchym szumem. Łódź sunęła wgórę rzeki wśród przelotnego zamętu, wznieconego przez nią samą i wstępowała, zda się, w granice kraju, skąd nawet samo wspomnienie ruchu uleciało na zawsze.  Biały, odwróciwszy się od zachodzącego słońca, objął spojrzeniem pusty i rozległy obszar morza. Rzeka — wahająca się i niepewna w ciągu długiej wędrówki — przez ostatnie trzy mile swojego biegu płynie wprost ku morzu, jakby znęcona swobodą szerokiego horyzontu, płynie prosto na wschód — na wschód, który mieści w sobie i światło i ciemność. Wtyle za łodzią rozległ się kilkakrotnie zew jakiegoś ptaka — zgrzytliwy i słaby — prześlizgnął się po gładkiej wodzie i zatracił w głuchej ciszy świata, nie sięgnąwszy przeciwległego brzegu.  Sternik wbił wiosło w toń i przytrzymał je mocno w wyprężonych ramionach, pochylając się naprzód. Woda głośno zabulgotała; wydało się naraz, że długi, prosty obszar rzeki obraca się naokoło swej osi, lasy zatoczyły półkole, a ukośne promienie zachodu padły ognistym żarem na bok łodzi, rzucając wydłużone, potworne cienie wioślarzy na pręgowany blask rzeki. Biały odwrócił się, aby spojrzeć naprzód. Czółno płynęło teraz pod kątem prostym do prądu i rzeźbiona głowa smoka, umieszczona na dziobie, skierowała się w stronę szczeliny dzielącej nadbrzeżne zarośla. Prześlizgnęła się przez nie, otarłszy się o zwisające gałęzie i zniknęła z rzeki niby jakieś smukłe, ziemnowodne stworzenie, opuszczające wodę dla leśnego legowiska.  Wąska zatoka wyglądała jak kręty, przepaścisty rów, pełen mroku pod skrawkiem czystego, jaskrawego błękitu nieba. Olbrzymie drzewa, niewidzialne za strzępiastemi draperjami ljan, wznosiły się wysoko. Gdzie niegdzie — tuż nad połyskliwą czernią wody — skręcony korzeń jakiegoś wielkiego drzewa sterczał z pośród koronek drobnych paproci, czarny i ponury, skłębiony i nieruchomy, jak zastygły wąż. Krótkie słowa wioślarzy odbijały się głośno od zwartych ścian roślinnych. Mrok sączył się z pomiędzy drzew, przesiewał się przez pogmatwany labirynt pnączy, wypełzał z pod fantastycznie wielkich, nieruchomych liści — tajemniczy i nieodparty, wonny i jadowity mrok nieprzebytych lasów.  Ludzie popychali