Łączniczki - Wiktor Krajewski, Maria Fredro-Boniecka - ebook
Opis

Dziewięć niezwykłych, wzruszających, a często szokujących opowieści kobiet, które jako 14-15-letnie Łączniczki lub sanitariuszki uczestniczyły w powstaniu warszawskim.

Warszawianki, panienki z dobrych domów, uczennice dobrych szkół, patriotki zaangażowane w konspirację AK i Szarych Szeregów, córki lekarzy, profesorów, przedsiębiorców, właśnie wkraczały w młodość. Czas powstania je ukształtował i teraz, po ponad 70 latach, wciąż żyją wydarzeniami z sierpnia 1944 roku.

Każda z kobiet opowiada o powstaniu ze swojej perspektywy, a wszystkie sylwetki układają się w pewną syntezę postaw oraz obraz patriotycznego środowiska walczącej młodzieży tego okresu.

Książka ilustrowana jest archiwalnymi fotografiami z archiwum rodzinnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 192

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maria Fredro-Boniecka i Wiktor Krajewski

Łączniczki

Wspomnienia z powstania warszawskiego

© Copyright by Maria Fredro-Boniecka i Wiktor Krajewski, MMXV

Copyright © Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie I

Warszawa

Jakże trudno uśmiechać się znowu

do zieleni, do wiosny, do słońca.

Nam, dziewczynom o gorzkich ustach,

nam, dziewczynom o ramionach tęskniących.

Krystyna Krahelska „Wiersz o nas i chłopcach”

Wstęp

Warszawianki, panienki z dobrych domów, uczennice szacownych szkół, patriotki zaangażowane w konspirację Szarych Szeregów i AK, córki lekarzy, profesorów, przedsiębiorców, były dziećmi, kiedy zaczęła się wojna, a wkraczały w młodość, kiedy wybuchło powstanie.

Ten czas ukształtował je i teraz, po ponad siedemdziesięciu latach, wciąż żyją wydarzeniami z sierpnia 1944 roku. Każda z kobiet opowiada o powstaniu ze swojej perspektywy, ale wszystkie opowieści układają się w pewną syntezę postaw oraz obraz patriotycznego środowiska walczącej młodzieży tego okresu.

Balbina, Jolanta, Wanda, Bronisława, Barbara, Teresa, Krystyna, Maria, Zofia – dziewięć nastolatek, wychowanych na romantycznym imperatywie miłości ojczyzny, i dziewięć współczesnych – niezwykłych, wzruszających, a często szokujących – opowieści wspaniałych seniorek. Świadków historii, uczestniczek apokalipsy.

Nie oceniają, czy powstanie było potrzebne, czy stanowiło cenę honoru i trudnej, ale jednak niepodległości. Skupiają się na emocjach, na sugestywnych „bliskich planach”. Nie uważają się za bohaterki, walczyły, bo tak należało. Z perspektywy całego życia wiedzą jednak, że ukradziono im lata, które powinny być beztroskie. Ich nastoletnie życie okupione było bólem, cierpieniem, utratą najbliższych, biedą, głodem, wreszcie bolesną bezsilnością, której sprzeciwiały się, wstępując do podziemia. „Po straszliwej okupacji powstanie było dla nas momentem, w którym poczuliśmy się wolnymi ludźmi – mówi jedna z rozmówczyń, pani Wanda Traczyk-Stawska. – Człowiek bardziej niż jedzenia i materialnego bezpieczeństwa potrzebuje wolności”.

W trakcie wielogodzinnych rozmów mogliśmy się przekonać, jak żywa może być pamięć czasu sprzed siedemdziesięciu lat. Czasu ekstremalnego, w którym krew, śmierć, głód, lęk i rozpacz współistniały z cudownym rówieśniczym światem przyjaźni i miłości, z azylem wspólnych chwil, tajemnic i zabaw.

Przekazujemy w Państwa ręce historie wspaniałych, odważnych kobiet. Oddajemy im głos i dziękujemy za czas, za cierpliwość, za wzruszenia.

Dziękujemy dziewczynom, dziękujemy nestorkom – łączniczkom między dawnymi a nowymi laty.

Autorzy

Doskonała strateg

Balbina Szymańska-Ignaczewska pseudonim „Basia”, batalion „Oaza”

Gdy wstąpiła do konspiracji, miała szesnaście lat, gdy wybuchło powstanie – osiemnaście. Nie w głowie były jej amory czy zabawa. Nie rozumiała, jak można się zakochiwać, gdy trwa wojna. Na miłosne wyznania się oburzała; nawet jeszcze po wyzwoleniu, gdy chłopak jej się oświadczył, przyjęła go bez przekonania. Najważniejsze było działanie, zmylenie wroga. Potrafiła kłamać na zawołanie, w sytuacji zagrożenia natychmiast opracowywała taktykę, a wrodzony refleks często ratował ją z opresji.

Któregoś dnia – to było w czasie okupacji – szłam ulicą Długą. Ojciec, który prowadził sklep na Podwalu, poprosił mnie, żebym dostarczyła wędliny klientowi pod wskazany adres. I nagle słyszę: „Halt!”. Zdrętwiałam. Zatrzymali mnie Niemcy, kazali wejść na podwórko jednej z kamienic.

– Otwórz walizkę! Co tam masz? – krzyczał jeden. A tam miałam kiełbasę, baleron. – Gdzie to niesiesz?

A ja wtedy skłamałam jak z nut:

– Kupiłam to na swój ślub. Wychodzę za mąż.

Kazał mi oddać wędliny. Odparłam, że nie, że mogę mu oddać najwyżej połowę. On na to: Alles. Ludzie z okien budynku widzieli, jak ja się z Niemcami targuję. Ten drugi Niemiec zerknął w górę i powiedział tamtemu, że są obserwowani. Wtedy dali mi spokój, nie dałam mu ani połowy, ani nic.

Do 1939 roku mieszkałam z rodzicami w Kole. Gdy tylko wybuchła wojna, Niemcy zajęli nasz teren jako swój, a w lipcu 1940 w całym Poznańskiem zaczęła się wywózka bogatych mieszkańców. Na pierwszej liście do transportu byli zamożni Żydzi, na drugiej – Polacy. Wśród nich moja rodzina. Ojciec miał spory majątek, prowadził hurtownię win i wódek. Cała okolica się u niego zaopatrywała. O wywózce ostrzegł nas jeden volksdeutsch, który mieszkał w Kole jeszcze przed wojną. Nawet nie wiedzieliśmy, że to był Niemiec. Ujawnił się dopiero po wejściu Niemców. Przed wojną w takim niewielkim mieście jak Koło nikomu nie robiło różnicy, czy ktoś był Polakiem czy Niemcem. Przyszedł więc i powiedział mojemu ojcu:

– Panie Szymański, pan jest na liście do wysiedlenia.

Miałam wtedy czternaście lat, brat Mietek siedemnaście, młodsza siostra Krysia jedenaście. Ojciec się bał, że nas młodych wywiozą do Niemiec na roboty. Dlatego zadecydował o natychmiastowym opuszczeniu domu. Jeszcze tego samego wieczoru przenieśliśmy się do znajomych, którzy mieli majątek na wsi. Byliśmy pewni, że po kilku dniach wszystko wróci do normalności. Nawet się nie spakowaliśmy, wyszliśmy, jakbyśmy wybierali się w odwiedziny. Ojciec na szczęście zabrał pieniądze i biżuterię.

I tak minął tydzień, potem drugi i zamiast się uspokajać, robiło się coraz bardziej niepewnie. Niemcy przeczesywali wsie. W obawie, że nas znajdą, musieliśmy ruszać dalej. W międzyczasie ojciec poznał człowieka, który przeprowadzał ludzi przez zieloną granicę do Generalnej Guberni. Postanowiliśmy jechać do Warszawy, gdzie mieszkało rodzeństwo mamy. Przedostaliśmy się więc przez granicę, dotarliśmy do Łowicza, a stamtąd do Warszawy. I tak znaleźliśmy się u brata mamy na Hożej. To był kawaler, prowadził zakład fryzjerski, miał jeden nieduży pokój, a nas było pięcioro. Spaliśmy więc wszyscy na podłodze. Wiadomo już było, że do Koła nie wrócimy.

Ojciec zaczął się zastanawiać, co tu zrobić, przecież nie mogliśmy siedzieć wujowi na głowie. Tato był handlowcem i miał smykałkę do interesów. Miał pieniądze, więc mógł zacząć coś od nowa. Najpierw kupił sklep na Starym Mieście, na ulicy Podwale. Potem zaraz mieszkanie na tej samej ulicy: trzy pokoje z kuchnią. Zamieszkaliśmy pod numerem 9, a sklep był pod 19. I już tam zostaliśmy aż do powstania. Mimo wojny w Warszawie handel kwitł i życie się toczyło.

Rodzice starali się umieścić nas w szkołach. Miałam wtedy ukończoną podstawówkę. W czasie okupacji gimnazja oficjalnie nie mogły funkcjonować. Niemcy godzili się jedynie na szkoły zawodowe, więc gimnazja działały pod przykrywką zawodówek. Nie mieliśmy specjalnych kontaktów w Warszawie, ale brat mamy nam pomagał. Trafiłam do gimnazjum handlowego, choć bardzo mi to nie odpowiadało, bo marzyłam o medycynie. No ale nie miałam innego wyjścia. Więc chodziłam do szkoły handlowej, ale do czasu. Pewnego dnia ojciec dowiedział się, że Niemcy podjeżdżają pod szkoły i zgarniają uczennice, żeby je wywieźć. Przerwałam naukę.

****

W czasie okupacji zaczęłam udzielać się w podziemiu. Konspiracja była doskonała, bo ani ja nie wiedziałam, że mój brat należał do podziemia, ani on nie wiedział, że ja należałam, rodzicom też nie mogliśmy powiedzieć. Do sklepu na Podwalu, który był też herbaciarnią, przychodziły różne osoby, nie miałam pojęcia, kto jest kim. Któregoś dnia, gdy zostałam sama w sklepie, starsi ode mnie chłopcy – mieli może po dwadzieścia parę lat – zaczęli wypytywać, gdzie się uczę, co robię i czy nie chciałabym wstąpić do konspiracji. Oczywiście, że chciałam. Zresztą w tamtym czasie nasze mieszkanie było miejscem kontaktowym, odbywały się w nim odprawy, przysięgi nowych członków, rozdział prasy podziemnej. Ojciec też się mocno angażował. No i w 1942 roku zostałam przyjęta do AK i zaprzysiężona. W konspiracji nie posługiwano się prawdziwymi imionami czy nazwiskami. Ja przyjęłam pseudonim „Basia”. Na imię mam Balbina, ale w domu nigdy tak do mnie nie mówiono, tylko Balaszka czy Balabaszka. Kto wybrał mi imię, którego nikt potem nie używał? Podobno chrzestny. A chrzestnego to tylko raz na oczy widziałam. Dziś wszyscy do mnie mówią Basia.

Przeszłam wtedy przeszkolenie na łączniczkę z terenoznawstwa i alfabetu Morse’a, a także szkolenie sanitarne w szpitalu na Woli. Zostałam kolporterką. Rozprowadzałam takie tytuły jak „Żołnierz Polski”, „Dwa Dni”, „Biuletyn Informacyjny AK” czy „Wiadomości Polskie”. Dwa razy w tygodniu zabierałam całą walizkę gazet z ulicy Poznańskiej od inżyniera Szalkowskiego. Przynosiłam ją do domu, a stamtąd inni kolporterzy odbierali prasę i rozprowadzali. Sama też dostarczałam ją do różnych punktów w Warszawie. Zajmowałam się tym aż do powstania. Przed powstaniem pracowałam też jako telefonistka w zakładach w PERUNIE, to była wówczas firma polsko-niemiecka. Dzięki pracy miałam przepustkę, która umożliwiała mi chodzenie po ulicach i ratowała przed łapanką. Potem dowiedziałam się, że wiele innych osób z podziemia też tam pracowało.

Pewnego dnia, gdy szłyśmy z koleżanką na odprawę na plac Teatralny, o mało nas nie zatrzymali. Wysiadłyśmy z tramwaju, a ludzie krzyczeli, że jest łapanka. Buda stała na Królewskiej. Nie miałyśmy już odwrotu. Powiedziałam do koleżanki:

– Nie zwracaj na nich uwagi, idziemy, rozmawiamy, śmiejemy się.

Niemcy zaganiali do tej budy, jeden wyłapywał, a drugi wpychał na samochód. Gdy przechodziłyśmy obok tego, który zatrzymywał, ja szeroko się do niego uśmiechnęłam i jak gdyby nigdy nic poszłyśmy dalej. Ten zgłupiał. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, co zrobiłam, i nogi mi zmiękły. Ale udało się.

****

28 lipca 1944 roku o godzinie siódmej rano przyszedł do naszego mieszkania łącznik. Gdy mama otworzyła drzwi, spytał o mnie. Zawiadomił mnie, że mam się zgłosić następnego dnia na Królewską. Rodzice słyszeli, że się namawiamy, ale nie mogłam im nic powiedzieć. Tata zobaczył tylko, że zaczynam się pakować. Dostałam polecenie, aby ubrać się na sportowo i spakować w plecak żywność na trzy dni. Dowództwo zakładało, że tyle potrwa powstanie. Plecaka nie miałam, to wzięłam walizeczkę. Gdy tata zobaczył, że spakowana zbieram się do wyjścia, zaniepokoił się.

– A ty dokąd się wybierasz? – spytał.

Nie chciałam powiedzieć, mama przyszła mi z pomocą:

– Ona musi iść, bo dostała wezwanie.

– Nigdzie nie pójdziesz – zarządził ojciec i wyrwał mi walizkę. Rozbeczałam się.

– Jeśli zabierasz mi walizkę, to pójdę bez niczego – spazmowałam.

Wiedziałam, że skoro dostałam rozkaz, to muszę iść i koniec. Matka przekonała ojca, że i tak postawię na swoim. Skończyło się na tym, że tata sam odprowadził mnie na Królewską. Nie pod wskazany numer, ale tak daleko, jak mu pozwoliłam.

Nie pamiętam, który to był numer, ale budynek znajdował się przy Marszałkowskiej. Weszłam do mieszkania, a tam było już pełno młodzieży. Poza mną tylko dwie dziewczyny, reszta chłopcy. Nikogo nie znałam. Inni też raczej się nie znali. Przesiedzieliśmy cały dzień, nic się nie działo. Wieczorem puścili nas do domu. Ponownie wezwano nas 31 lipca. Mieliśmy się stawić w tym samym miejscu. Wtedy nocowaliśmy już na Królewskiej.

1 sierpnia rano wypuszczano nas pojedynczo, mieliśmy dotrzeć pod wskazany adres, ja na Wiśniową. Szłam pieszo, nie tramwajem. Tam znowu była już grupa osób. I czekał rozkaz, żeby przejść na Sadybę, gdzie znajdował się nasz punkt zborny. Gdy tam dotarłam, dostałam czarną chustkę na rękę – to był znak rozpoznawczy. Miałam stać przed budynkiem i kierować innych przybywających we właściwe miejsce. Pod wieczór wraz z kilkunastoma chłopcami dotarłam do kościoła na placu Bernardyńskim na Sadybie. Wewnątrz zgromadziło się już dużo młodzieży, dziewcząt było może z pięć. Tam dostaliśmy kolejne rozkazy – wysyłano nas z meldunkami. Otrzymałam polecenie zaniesienia meldunku na Górny Mokotów, na ulicę Malczewskiego. Meldunek był ustny, musiałam go trzy razy powtórzyć przed wyjściem. Brzmiał: „Droga wzdłuż alei Sobieskiego wolna, front otwieram na Warszawę”.

Wtedy na Sadybie rozciągały się dookoła pola, a że trwało lato, więc wszędzie stały snopki. Noc była bardzo ciemna, lał deszcz. Miałam na sobie spódniczkę, żakiet i do tego granatowe półbuciki z zamszu. Szłam w nich w tym deszczu. I nagle z ciemności wyrosła przede mną postać. Prawie zawału dostałam. Okazało się, że to łączniczka, która wyszła przede mną. Sama bała się iść. Dalej poszłyśmy razem. Gdy nad ranem 2 sierpnia dotarłyśmy na Puławską, zatrzymali nas powstańcy. Nie można było się przedrzeć na drugą stronę, każda próba przejścia groziła rozstrzelaniem przez Niemców. Musiałyśmy poczekać, aż zostanie zbudowana barykada. W końcu dobrnęłam z meldunkiem na miejsce. Stopy miałam granatowe, bo przez ten deszcz puściła farba z zamszaków.

Zaraz po wykonaniu rozkazu wracałam na Sadybę. Gdy przedzierałam się przez pola, rozległy się strzały. Ktoś strzelał do mnie od strony fortu. Pomyślałam sobie: idioci. Ale okazało się, że to nie byli nasi chłopcy, a Niemcy. W nocy Sadyba padła. Gdy podeszłam bliżej, spotkałam innych powstańców. Dowiedziałam się, że nasz oddział wycofał się do Lasu Kabackiego. Małą grupą ruszyliśmy nad Jeziorko Czerniakowskie, żeby stamtąd dostać się do lasu i dołączyć do reszty. Ale Niemcy nas zauważyli i zaczęli ostrzeliwać. Wróciliśmy więc na Okrężną, do naszego punktu zbornego.

Tam w piwnicach dużego bloku (przed wojną był to wojskowy budynek) zgromadziło się już mnóstwo ludzi. Grupka chłopców i dziewcząt z różnych oddziałów. Trafiłam do piwnicy, w której były Zofia Radecka „Zocha” i Irena Żukowska „Irka”. Trzymałyśmy się razem przez całe powstanie. W ciągu dnia raczej nie wychodziłyśmy, bo Niemcy obserwowali okolicę z fortu. Wieczorami chodziłyśmy z meldunkami lub wychodziłyśmy na zwiad, nawiązać kontakty. Wypytywałyśmy mieszkańców o Niemców, czy są w okolicy, gdzie, ilu. Pełniłam też nocne dyżury przy rannych.

Mieszkańcy domu, w którym się ukryłyśmy, pomagali nam, karmili, pozwalali się umyć. Na trzecim piętrze, pamiętam, mieszkała młoda dziewczyna, ona mnie zabrała do siebie, żebym mogła się wykąpać. Gdy tak godzinami siedziałam w piwnicy, jeden chłopak się do mnie przyczepił. A ja w ogóle na chłopaków nie zwracałam uwagi. Był przystojny, wysoki. Pewnego dnia uklęknął przede mną, złapał mnie za kolana i zaczął mi robić wyznania. Ja na to: „Daj spokój, co ty mi tu jakąś miłość wyznajesz”. I go wyśmiałam. Dużo było ślubów wśród powstańców. Albo miłości powstańczych. Ale mnie się coś takiego nie przydarzyło. Ja może nie byłam wtedy dziewczyną! Byłam skupiona na akcji. Chciałam działać. Do wszystkiego wyrywałam się pierwsza.

****

18 sierpnia przybyli powstańcy, by wesprzeć Sadybę. Cieszyliśmy się, że wreszcie przystępujemy do walki. Ale ledwie powstańcy dotarli, w strzelaninie zginął nasz dowódca, kapitan „Cichy” – zrzucony na spadochronie z Anglii. Więc radość trwała krótko. Pamiętam tę chwilę. Goniec przybiegł do piwnicy i oznajmił, że kapitan nie żyje. Zapadła cisza. Atak się nie udał. Następnego dnia dostaliśmy rozkaz przemarszu na Dolny Mokotów. Szliśmy nocą pod ostrzałem rakiet oświetlających. To był długi marsz. Co chwila padały komendy: „padnij”, „powstań”. W końcu dotarliśmy. Zajęliśmy tam dwa opuszczone cywilne domy, na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej. Wówczas zostałam przydzielona do 1. plutonu ppor. „Romana”. Lubiłam „Romana”. Podobał mi się. Czułam, że on ma do mnie zaufanie. To mi pochlebiało. Na Chełmską przyszedł rozkaz, że łącznością mają się zająć wyłącznie mężczyźni, z kobiet mogły zostać tylko sanitariuszki. Dowódca zwrócił się do mnie:

– Rozstajemy się, bo łączność obejmują chłopcy. Musisz wracać do fortu.

– W takim razie zostaję z wami jako sanitariuszka, bo jestem też po szkoleniu sanitarnym – odparłam.

Dwie koleżanki, Zosia i Irka, wtedy zdecydowały:

– Baśka, zostajemy z tobą. – Chociaż one nie miały przeszkolenia.

I tak we trzy się trzymałyśmy. Spałyśmy razem, dwie na łóżku, trzecia na podłodze, na zmianę. Choć trudno to było nazwać spaniem. Raczej czuwałyśmy, zawsze w gotowości do akcji. Rzadko, ale zdarzały się miłe momenty oderwania. Na przykład świętowaliśmy czyjeś imieniny. Śpiewaliśmy wtedy piosenki żołnierskie, opowiadaliśmy kawały, śmialiśmy się.

20 sierpnia. Nasze starcie z Niemcami. Podjechali od strony Siekierek trzema samochodami w stronę barykady, ale nie spodziewali się, że tyle nas tam było. Powstańcy otworzyli ogień i uszkodzili im nawet jeden samochód. Niemcy się wycofali. Triumfowaliśmy, że wygraliśmy ten pojedynek. Ale oni się wycofali, żeby wrócić większym oddziałem, lepiej uzbrojeni. Następnego dnia wjechali dwoma czołgami. Wywiązała się ostra walka. Niemcy ponieśli duże straty. Dużo zabitych i rannych. Gdy przyjechał niemiecki wóz Czerwonego Krzyża po swoje ofiary, powstańcy przerwali ogień. Nie padł ani jeden strzał, żeby Niemcy mogli w spokoju zabrać swoich. Potem, gdy wydawało się, że Niemcy już się wycofali, podporucznik „Żyd” wyszedł z ukrycia i krzyknął do chłopaków:

– Kto na ochotnika ze mną po broń?

Chłopcy zerwali się za dowódcą. Gdy tylko wybiegli na skarpę, posypała się na nich seria strzałów. Trzech naszych zostało poważnie zranionych. Usłyszałam wołanie o pomoc sanitariuszek. Ruszyłam od razu. Wtedy Niemcy zaczęli też do mnie strzelać. Musiałam się czołgać, ale dotarłam do rannych. Koledzy mnie osłaniali. Stan rannych był bardzo ciężki. Nie udało się im już pomóc. Dwóch dostało w brzuch, mieli jelita na wierzchu. Jeden zmarł, zanim dotarliśmy do szpitala. Podporucznik „Żyd” dostał w głowę i stracił oko. Krzyczałam tylko: nosze! Ale przecież nie mieliśmy żadnych noszy. Chłopcy przywlekli jakąś siatkę z łóżka i jakieś drzwi. Zanieśliśmy ich do szpitala na Chełmskiej. Wkrótce zmarł ten drugi. Podporucznik „Żyd” nie zdążył odzyskać przytomności, zmarł w nocy. Szpital spłonął od bomby. Trudno zapomnieć ten dzień.

W czasie powstania nie bałam się własnej śmierci. Byłam przygotowana na nią w każdej chwili. Dzisiaj żyję, a jutro mogę już nie żyć – wiedziałam to. Ale nie myślałam o tym. Bardziej przeżywałam, gdy widziałam kogoś nieżywego. Gdy Niemcy znowu rozpoczęli na nas natarcie, powstańcy wpadli w panikę. Padł rozkaz, by wycofywać się na Sadybę. Ja zostałam, żeby opatrzyć ranną cywilną kobietę. Gdy ruszyłam na Sadybę, spotkałam jadący wóz z sanitariuszkami, zabrali mnie, żebym im pomogła przy ofiarach. W tym czasie na placu Bernardyńskim wywiązała się ostra walka. Tego, co zobaczyłam, nie da się opisać. Gdy szukałam rannych na placu, musiałam uważać, żeby dosłownie nie nadepnąć na czyjeś zwłoki. Tak dużo było zabitych. Chodziłam między nimi i płakałam. Pozbierałyśmy rannych i przewiozłyśmy do bloku na Morszyńską, gdzie znajdował się szpital.

Na Sadybie nasz punkt sanitarny został zakwaterowany w willi przy Okrężnej 64. Było nas pięć dziewczyn: ja, Irka, Zocha, Anna i Alicja. Zaraz potem dostałyśmy rozkaz objęcia swoich stanowisk. Pamiętam dyżur przy rannym powstańcu: on tak bardzo jęczał, wołał mamę, dostawał szału, zrywał się z łóżka, nie miałam leków uspokajających. Pocieszałam go, jak umiałam. W końcu dostał zastrzyk. I się uspokoił. A ja rozmyślałam, czy z mojej rodziny ktoś jeszcze żyje. Nie miałam pojęcia, co działo się w tym czasie z moimi rodzicami. Gdy wyszłam z budynku i patrzyłam w stronę Starówki, widziałam łunę. Nie było możliwości przekazania poczty. Nawet chciałam przedostać się tam kanałami, ale nie było stamtąd bezpośredniego połączenia i powstańcy nie chcieli mnie puścić.

****

1 września rano przyszedł „Roman” i poinformował nas, że będziemy mieli inspekcję. Miałam złożyć meldunek o stanie sanitariatu przed kapitanem „Gardą”. Byłam bardzo zdenerwowana i przejęta. Stanęliśmy w szeregu. „Roman” tylko zerkał na mnie i uśmiechał się, widząc, jak się denerwuję. To dodatkowo mnie peszyło. Ale złożyłam meldunek. Potem dowódca poprosił nas o przygotowanie małego poczęstunku. Dowódcy z Mokotowa mieli odprawę w forcie, a potem zamierzali wrócić do nas na „przyjęcie”. Przeszukałyśmy szafy z nadzieją na jakiś prowiant. Poprosiłam chłopców, żeby poszli na wieś po jedzenie. Na co oni:

– Co będziemy chodzić, jak tu w piwnicy są dwa małe prosiaki.

Mieszkańcy musieli je zostawić. Więc chłopaki zabili jednego prosiaka, pomogli oporządzić, my go upiekłyśmy w piecyku i czekałyśmy. W tym czasie nadleciały samoloty i zrzuciły bomby na fort. W naszej willi wyleciały wszystkie szyby z okien. Zrobiło się szaro od pyłu. Zbiegłyśmy do piwnicy. Jedna bomba trafiła dokładnie w miejsce, gdzie powstańcy mieli odprawę. Okazało się, że porucznik „Roman” został zabity. Ta okropna wiadomość sparaliżowała nas. To był straszny dzień, zapomnieliśmy o jakimkolwiek przyjęciu. Pobiegliśmy do fortu. „Roman” leżał tam nieżywy, a jego zegarek na ręku wciąż tykał. Zdążyliśmy się ze sobą zżyć. To był dla mnie najboleśniejszy dzień.

Następnego dnia od rana Niemcy kontynuowali natarcie. Nie ruszałyśmy się z willi. Chłopcy siedzieli w okopach przed domem. Nadlatywały samoloty, słychać było czołgi i moździerze. Zeszłyśmy do piwnicy i nasłuchiwałyśmy. Około południa zapanowała śmiertelna cisza. Żadnych strzałów – nasi też ostrzeliwali Niemców, a tu nic. Postanowiłam wyjść i zobaczyć, co się dzieje. Z tarasu ujrzałam Niemca przedzierającego się przez ogródki, przez dziury w siatkach ogrodzeń. Cofnęłam się i oznajmiłam koleżankom:

– Jesteśmy otoczeni.

Natychmiast pozrywałyśmy z ramion opaski, ukryłyśmy wszystko, co mogło nas zdradzić. W drzwiach piwnicy stanął Niemiec z karabinem wycelowanym w nas:

– Hände hoch! Raus, raus, alles raus!

Z podniesionymi rękami wychodziłyśmy przed willę. A tam powstańcy stali już w jednej grupie, a ludność cywilna w drugiej. Nas ustawili z powstańcami. Niemcy dalej przeczesywali każdy dom i wywlekali ludzi na zewnątrz, dwóch zostało na straży, by nas pilnować. Cywile stali w bliskiej odległości. Wykorzystując chwilę nieuwagi pilnujących, przebiegłyśmy z koleżankami do grupy cywilnej. Stanęłam koło matki z dzieckiem i prosiłam ją, żeby w razie czego powiedziała, że jestem jej kuzynką. Zgodziła się. Gdy Niemcy zebrali dużą grupę ludzi, popędzili nas w stronę kościoła św. Katarzyny na wzgórzu Służewca. Powstańcy byli oddzieleni od reszty ludności. Wieczorem podjechała buda. Wysiadł z niej gestapowiec i zaczął krążyć z psem, wypatrując powstańców. Nietrudno było nas odróżnić. Podszedł do mnie i uderzył szpicrutą. Komm!, krzyknął. Spojrzałam na niego, a on drugi raz z tą szpicrutą do mnie. Więc wstałam i poszłam za nim. Zdradziłam się, zakładając jednej kobiecie opatrunek. Koleżanki nie chciały mnie zostawić, więc sprowokowały gestapowca, żeby kazał im dołączyć do mnie. I tak dołączyłyśmy z powrotem do powstańców.

Przewieźli nas na plac Narutowicza do akademika studenckiego. Rozdzielono nas z chłopcami. Rewidowali nas, a potem wprowadzili do celi, w której było tylko jedno żelazne łóżko, a nas dziewięć. Całą noc przesiedziałyśmy w kucki. Następnego dnia przynieśli nam zimną kawę i po suchym kawałku chleba. A cały poprzedni dzień nic nie jadłyśmy. Po tym „śniadaniu” dalej siedziałyśmy.

Na trzeci dzień po aresztowaniu zaczęły się przesłuchania. Najpierw przesłuchiwano dwie łączniczki z Grochowa. Jedna z nich wróciła cała pobita, miała rozwalony, zakrwawiony nos. Powiedziała nam:

– Dziewczyny, jeśli brałyście udział w powstaniu, to lepiej się przyznajcie, inaczej będziecie wyglądały jak ja. Oni mają całą dokumentację.

Ja byłam następna w kolejności. Wiedziałam, że to niemożliwe, żeby Niemcy o nas coś wiedzieli. Bo kiedy zginął „Roman”, wszystkie istniejące dokumenty zniszczyłyśmy. Postanowiłam się nie przyznawać. I wychodząc z celi na przesłuchanie, rzuciłam koleżankom:

– Nie przyznawajcie się, oni nic nie wiedzą.

Przesłuchiwał mnie taki grubas. Zaczął do mnie krzyczeć:

– Ty jesteś Bandit!

Udałam, że nie znam niemieckiego. Tłumaczył wszystko drugi gestapowiec. Mówiłam, że nie brałam udziału w żadnych akcjach.

– To co robiłaś na Sadybie, skoro mieszkasz na Podwalu?

– To był urlop, pojechałam na Sadybę i tam akurat zastało mnie powstanie.

Znaleźli u mnie przepustkę z adresem, którą miałam dzięki pracy w Perunie. Niemiec darł się, że kłamię. Ale w końcu nic mi nie zrobili. Nie mieli żadnych dowodów. W tym czasie wyszedł dekret, że powstańców należy traktować jak żołnierzy, według praw międzynarodowych. I to zapewne uratowało nas od śmierci.

Przesiedziałyśmy tak około dwóch tygodni. Jedzenie dostarczał nam jeden Austriak. Gdy spytałyśmy go, co z nami będzie, jak długo będą nas tam trzymać, powiedział, że czekają na transport do obozu w Pruszkowie, że mają nas do niego dołączyć. Tyle wiedziałyśmy. I pewnego dnia tak też się stało. Poprowadzili nas na Dworzec Zachodni, dołączyli do grupy cywili, głównie ludzi starych i chorych. Wypytywałam ich o moją rodzinę. Byli z Powiśla, z Bednarskiej, ale nie znali moich rodziców ani żadnych znajomych. Wtedy nerwy mi puściły i się rozpłakałam. W akcji cały czas zachowywałam zimną krew, a w tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że jestem sama, i nie potrafiłam powstrzymać łez. Na dworcu mieliśmy czekać na transport do Pruszkowa. Ale mnie, Zochę i Irkę uratował pewien kolejarz. Widząc młode, zapłakane dziewczyny, postanowił się chyba nad nami zlitować. Ukrył nas w wagonie towarowym. Tam przeczekałyśmy odjazd pociągu do obozu. Kolejarz dotrzymał słowa, wieczorem przyszedł i nas wyprowadził. Bóg chyba nade mną czuwał, bo jakoś z każdej opresji wychodziłam cało.

****

Gdy już byłyśmy wolne, Irka zaproponowała, żebyśmy poszły do jej domu do Sochaczewa. Ja jednak musiałam się dowiedzieć, co stało się z moją rodziną. Rozstałyśmy się więc. A ja rozpoczęłam moją długą wędrówkę. Nie wiem, skąd miałam tyle siły, żeby iść wiele kilometrów. Może ratowała mnie dobra kondycja, przed wojną zawsze uprawiałam dużo sportów. W każdym razie najpierw postanowiłam wyruszyć do Radziwiłłowa w powiecie żyrardowskim. Jeździłam tam w czasie okupacji do babci koleżanki z Podwala. Pomyślałam, że od niej mogę się czegoś dowiedzieć. Szłam. Dużo ludzi szło. Nie jechali, tylko szli wzdłuż torów. Na miejsce dotarłam wieczorem. Odnalazłam przyjaciółkę. Musiałam strasznie wyglądać, głodna, brudna, ubranie zniszczone. Jej matka się mną zaopiekowała, dała mi jeść, umyłam się. Chciałam zatrzymać się u nich jakiś czas, ale przyjaciółka powiedziała mi:

– Baśka, to jest niebezpieczne, bo tu stale Niemcy chodzą i szukają powstańców. – Dała mi do zrozumienia, że powinnam odejść i nie narażać ich na niebezpieczeństwo.

Zrobiło mi się bardzo przykro. Nic na to nie odparłam, przespałam się, rano wstałam i ruszyłam dalej. Tym razem do Pruszkowa, bo pamiętałam, że ciotka tam jeździła do rodziny. I znowu maszerowałam. Na miejscu nie miałam pojęcia, jak szukać mojej rodziny, nigdy wcześniej tam nie byłam. Chodziłam od domu do domu i pytałam. Nikt nie znał, nikt nic nie wiedział. W końcu ktoś zasugerował, że to może być w Tworkach. I rzeczywiście, wtedy uświadomiłam sobie, że to w Tworkach mieszkała ta rodzina. Ruszyłam więc dalej. Już byłam tak zmęczona, zmierzchało, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, i się rozbeczałam. Weszłam na kolejne podwórko, a tam siedział mężczyzna pod orzechem. Spytałam bez nadziei w głosie:

– Czy tu mieszka Kropidłowski?

I okazało się, że to on jest moim wujkiem.

– Dziecko, a cóż ty tu robisz?! – zawołał przejęty.

Opowiedziałam mu moją historię. Zostałam u nich i szukałam rodziców. Okazało się, że rodzice szukali mnie. Po upadku Starówki, 2 września, Niemcy popędzili ich do obozu w Pruszkowie, żeby potem wywieźć do Niemiec. Ale mój tata był taki sprytny, udawał rannego i zdołał uciec razem z mamą. Zatrzymali się w jakiejś wsi pod Opocznem. Tam się odnaleźliśmy. Potem rodzice pojechali do Koła. Naszego domu już nie było, został zbombardowany. A ja wróciłam do Warszawy, żeby sprawdzić, co stało się z naszym mieszkaniem i sklepem na Podwalu. Ojciec powiedział, że w piwnicy jest zakopana wódka. I rzeczywiście, znalazłam ją w kupie gruzu. Zatrzymałam się u cioci w Tworkach i tam zostałam już do końca wojny.

Niestety, nie odnaleźliśmy się z bratem. Brat Mietek też należał do organizacji. Zdradził mi to dopiero wtedy, gdy dostał rozkaz przejścia do partyzantki. Wtedy powiedział mi:

– Nie mów rodzicom, ale my wyjeżdżamy z grupą do lasu.


A  wieźli nas do Puszczy Kozienickiej, do jednostki. Za każdym razem pobyt tam był dla nas szokiem. Tu w  Warszawie wojna, łapanki, wieszanie, rozstrzeliwanie, a  tam normalne regularne wojsko – świetnie zorganizowane koszary, wszystkie służby, napisy: żandarmeria, kuchnia polowa, wszyscy w  mundurach. Czułyśmy się tam jak w  bajce. Traktowano nas z  wielką serdecznością. Żołnierze opowiadali nam o  swoich akcjach. A  zazwyczaj podkładali ładunki na torach pod pociągi jeżdżące do Rosji z  żywnością i  amunicją. Zrywali mosty. Przejmowali transporty. To byli przeważnie młodzi chłopcy, niewiele starsi od nas. W  obozie obowiązywała dyscyplina, zawsze było czysto, ścieżki do namiotów zamiecione, piętrowe łóżka pościelone.