Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Labirynt na końcu świata - Marcello Simoni

"Neapol, Rok Pański 1229. Seria mordów, dokonanych przez groźnego i nieuchwytnego jeźdźca, zmusza Konrada z Marburga do przeprowadzenia dochodzenia w sprawie sekty Lucyferian, która oddaje się wielowiekowemu kultowi astralnemu. Suger z Petit-Pont, wypędzony z uniwersytetu Notre-Dame magister medicinae, zostaje mimo woli wplątany w tę historię i ściąga na siebie podejrzenia Konrada. Lecz nie on jeden wpadnie w ręce inkwizytora, który pragnie za wszelką cenę wymierzyć boską sprawiedliwość winowajcy. Kupiec Ignacio z Toledo, przybyły do Neapolu, aby sprzedać pewną relikwię, istotnie wzbudza podejrzenia inkwizytora, który posądza go wręcz o przywództwo słynnym Lucyferianom i o popełnienie wszystkich zbrodni. Znalezienie rozwiązania i udowodnienie własnej niewinności nie będzie łatwe: Ignacio rozpocznie trudne i niebezpieczne poszukiwania, które zawiodą go na południe Italii, aż na Sycylię, na ""Dwór Cudów"" Fryderyka II. Czyżby tajemnica groźnej sekty kryła się właśnie za murami pałacu cesarskiego? I cóż tak cennego posiadają Lucyferianie, żeby poświęcić temu tak wiele istnień ludzkich?"

Opinie o ebooku Labirynt na końcu świata - Marcello Simoni

Fragment ebooka Labirynt na końcu świata - Marcello Simoni

Tytuł oryginału:

IL LABIRINTO AI CONFINI DEL MONDO

Copyright © 2013 newton Compton editori s.r.l.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Anna Just, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-251-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Celeste i Alfreda,

którzy spoglądają z gwiazd.

Powieści cyklu

HANDLARZ RELIKWIAMI:

Handlarz ksiąg przeklętych

Zaginiona biblioteka alchemika

Labirynt na końcu świata

PROLOG

15 STYCZNIA ROKU PAŃSKIEGO 1229

BAZYLIKA MNIEJSZA W SELIGENSTADT

Świt nastawał z ociąganiem, przyduszony nieprzeniknionym mrokiem nocy. Nocy, która być może potrwa w nieskończoność. Konrad z Marburga wyglądał przez okno oddalonej od dormitorium komnaty w karolińskiej bazylice. Wpatrywał się w spowity czernią krajobraz, stojąc nieruchomo niczym pies myśliwski, który wyczuł zdobycz. Czekał na coś, na jakiś znak, jakiś widok, i sam nie wiedział, czy pojawi mu się on przed oczami, czy też w głębi duszy. Zdołał się już wszakże domyślić, w czym rzecz. Po trzydziestu latach stosów i egzorcyzmów był pewien, że się nie myli. Odgłos dochodzący z ciemności uznał za rżenie konia. I był gotów walczyć.

Przymknął powieki, nie zważając na przeraźliwie zimny podmuch smagający go po twarzy. Północny wiatr gwizdał po polach i drogach niczym furia. Pieszczoty macoszej przyrody, podarunki zimy, trzymającej Turyngię i Nadrenię w lodowatym uścisku. Wyczuwał w tym niemal ostrzeżenie, zapowiedź tego, co go czeka. Ponieważ jemu, Konradowi z Marburga, udało się odkryć intrygę Złego dotyczącą ludzkich losów.

Fiat voluntas tua, przemyśliwał, pochylając powoli głowę.

Zamknął okiennice i odwrócił się przodem do pogrążonej w półmroku komnaty. Na skryptorium czekały na niego dwa listy, jeden skreślony po niemiecku, drugi po łacinie. Obydwa napisał w nocy, niemal na gorąco, i pozostawił na pulpicie, żeby wysechł inkaust. Sprawa była dość poważna. Za kilka godzin miał je zabrać i doręczyć posłaniec.

Pierwszy był przeznaczony dla landgrafa Turyngii, pana tych ziem; drugi z kolei dla samej Jego Świątobliwości papieża Grzegorza IX. Oba zawierały jednakową treść, różniły się jedynie nieznacznie formułami wyrażającymi hołdy i pochwały.

Konrad usiadł przy skryptorium i chwycił pismo skreślone po łacinie, aby przeczytać je ponownie przy blasku świecy. Zdawał sobie sprawę, że skaził je paroma germanizmami, wiedział jednak również, że nie musi się tym przejmować. Kiedy Grzegorz IX nie był jeszcze głową Kościoła i nosił imię Ugolina z Anagni, podróżował po Niemczech jako legat papieski i potrafił doskonale zrozumieć język niemiecki.

Tekst brzmiał następująco:

In nomine Domini Jesus Cristi. Do Jego Świątobliwości papieża Grzegorza, biskupa Kościoła katolickiego i Sługi Sług Bożych, niżej podpisany Konradus de Marburc, predicator verbi Dei, przedstawia wyniki swojego dochodzenia w sprawie heretyckiego zepsucia, które zatruwa Niemcy.

W styczniu bieżącego roku udałem się do diecezji w Moguncji, aby odwiedzić dom duchownego o imieniu Wilfridus, podejrzewanego już o herezję, i w miejscu tym natknąłem się na jednoznaczne ślady przywoływania Złego. Odkryłem wiele czarnoksięskich znaków, które zdołałem rozpoznać, kazałem zatrzymać duchownego i na koniec poddałem go przesłuchaniu. Chociaż stanął przede mną zakonnik, a nie zwykły laik, stanowczo wypełniłem swój obowiązek.

Przesłuchiwany próbował kłamać, jak to zwykle czyni ten, kto zamierza ukryć własną winę, następnie przyznał się do czczenia heretyckiej trójcy, starszej od tej chrześcijańskiej, ja zaś podejrzewam, że to Lucyfer stawia się ponad Najświętszą Trójcą. Na potwierdzenie tych przypuszczeń Wilfridus nosił na prawej dłoni znak paktu ze Złym, którego wolę Waszej Świątobliwości nie opisywać ze względu na przyzwoitość i lęk przed Bogiem.

Co gorsza, przesłuchiwany wyznał, że do owego świętokradczego kultu wprowadził go pewien magister z Toledo. Opisał go jako wysokiego, chudego mężczyznę odzianego na czarno i przysięga, że nie zna jego imienia. Ja natomiast, na podstawie uprzednich dochodzeń, dobrze wiem, o kim mowa. To Homo Niger, Czarny Człowiek, który często ukazuje się heretykom w czasie ich niecnych zebrań.

Wobec podobnych oczywistych dowodów proszę o pozwolenie na objęcie dochodzeniem obszaru na południe od Alp, gdzie, według słów przesłuchiwanego, ukrywa się jakoby najważniejsza sekta założona przez magistra z Toledo. Ponieważ zaś członkowie owej sekty oddają się najbardziej niedorzecznej herezji, czyli kultowi Lucyfera, pragnę, by Święty Kościół Rzymski obłożył owych lucyferian anatemą i ukarał.

Ponownie rozległ się jakiś odgłos, szuranie sandałów z przyleg­łego korytarza. Konrad podniósł wzrok znad dokumentu i nasłuchiwał, dopóki nie ujrzał mężczyzny, który pojawił się w drzwiach. Był to franciszkanin z szeroką tonsurą okoloną aureolą krzaczastych włosów i z twarzą rozświetloną oczami ascety.

– Gerardzie Lützelkolb, mój przyjacielu. – Konrad z Marburga wstał i otworzył ramiona. – Właśnie się zastanawiałem, dlaczego tak długo zwlekacie.

Brat skłonił się lekko i wielokrotnie nabrał głęboko powietrza. Zapewne biegł.

– Zatrzymano mnie, magister. Wybaczcie mi.

Magister. Konrada nazywano w ten sposób od jakichś dwóch lat, od kiedy Ojciec Święty powierzył mu zadanie o dużym znaczeniu, niewątpliwie znak przychylności, ale także ogromne brzemię. Nikogo jeszcze nie obarczono misją przeprowadzenia dochodzenia w sprawie herezji, którego wyraźnym celem byłoby wyplenienie jej za wszelką cenę. Taka władza stawiała go ponad każdym biskupem, przeorem czy opatem, budząc we wszystkich pełen czci lęk.

Gerard Lützelkolb rozejrzał się dokoła, otulając się opończą, którą nosił na habicie. Sprawiał wrażenie, jakby szukał źródła ciepła, lecz go nie znalazł.

– W tej komnacie można zamarznąć.

– Mróz oczyszcza – odparł zakonnik z nutą przygany w głosie.

Brat ugryzł się w język. Konrad z Marburga był znany z surowości.

– I cóż, magister. Co rozkażecie?

Konrad skinął nań, by zaczekał. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na listy, zapieczętował je woskiem i podał mu.

– Mają być wysłane natychmiast, pamiętajcie.

– Gońcy są już gotowi do wyjazdu. – Gerard z wahaniem zważył w dłoni obydwa zwoje. Ręce mu się trzęsły, wzrok promieniał osobliwym blaskiem.

Konrad przyjrzał mu się uważnie. Zwykle nie pozwalał, by cokolwiek mu umknęło, nawet najdrobniejszy szczegół.

– Czy coś was trapi?

Przed odpowiedzią franciszkanin wydał coś w rodzaju rzężenia.

– Stało się coś strasznego, magister.

– Mówcie jaśniej.

– Chodzi o kleryka Wilfridusa, heretyka, któregoście dopiero co przesłuchiwali.

– I cóż? Kazałem go zamknąć w celi, dopóki nie zostanie powieszony.

– Nie będzie takiej potrzeby. – Usta Gerarda się wykrzywiły. – Już nie żyje.

Konrad przycisnął pięści do piersi.

– Ale jak...

– Straże znalazły go całego poparzonego, oto powód mojego spóźnienia. Potwornie poparzonego przez... coś, co wbiło mu się w bok. – Brat się ociągał. – Jego cela jest przepełniona odorem siarki.

– Nikt niczego nie widział?

– Nie, ale... Jak to się mogło stać? Dostanie się do środka celi było niemożliwe. Okno wychodzące na zewnątrz jest za wąskie, żeby mógł się przez nie przecisnąć...

– Człowiek? – Konrad poklepał go po plecach z ponurym uśmiechem. Oto znak, na który czekałem, pomyślał. Zanim przemówił, delektował się smakiem słów. – Nie trwóżcie się przed wyznaniem własnych myśli na głos, przyjacielu. Dzisiejszej nocy Zły galopuje po tej ziemi.

Gerard się przeżegnał, jakby chciał się uchronić przed klątwą.

– Jazda, zanieście te listy – ponaglił Konrad. – I proście Pana, żeby dał nam siłę.

Po czym, mimo intensywnego chłodu, ponownie stanął przy oknie i otworzył okiennice. Musiał wyjrzeć na zewnątrz, poszukać w ciemnościach. Do komnaty wdarł się ze świstem wiatr i zgasił płomyk świecy. Wszystko utonęło w mroku nocy, gęstym niczym smoła.

CZĘŚĆ PIERWSZAZNAK STRZELCA

Nie będzie trzeba się bać nawet diabła. W rzeczywistości on jest Strzelcem uzbrojonym w płonące strzały, który w każdej chwili tchnie strach w serca rodzaju ludzkiego.

Zenon z Werony, De duodecim signis ad neophytos

1

PARYŻ, NOC 26 LUTEGO

Suger ponownie obejrzał się za siebie. Ktoś za nim szedł. Była to potężna postać okutana obszernym płaszczem. Zauważył ją parę chwil wcześniej, jak schodziła ze Wzgórza Świętej Genowefy w kierunku Cité. Obawiając się zaś napaści z jej strony, postanowił przyspieszyć kroku. Poza nią po drodze nie spostrzegł żywej duszy, jedynie miotające się szczury i sterty rupieci. Wszędzie brud, w sporej części pozostałości po karnawałowych hulankach.

Podniósł kaptur, aby się osłonić przed zimnem, i za zakrętem znów się obejrzał. Mężczyzna w płaszczu był coraz bliżej... Gdyby tylko opat klasztoru Świętego Wiktora go nie wezwał! Suger wykładał w studium jakomagister medicinae, nie był wszakże wystarczająco bogaty, aby zrezygnować z odwiedzin u chorych po zmroku, zwłaszcza jeśli pacjenci dobrze płacili. Poza naparem z cząbru i kataplazmem na spuchnięte stopy stary opat poprosił o sporą dawkę cierpliwości. Suger nie znosił skarg starców, toteż za każdym razem, gdy trafiał na osoby tego rodzaju, żałował, że nie obrał zawodu ojca, który przez ponad czterdzieści lat robił witraże w katedrach.

Mężczyzna w płaszczu nie dawał za wygraną, wlókł się z uporem, ciągnąc prawą nogą. Medyk przypuszczał, że jest ranny, zorientowawszy się następnie, że tamten daje mu znaki, by się zatrzymał, przeczuwał najgorsze. Ogarnięty trwogą skręcił w lewo i przemierzył błotnisty zaułek, aż dotarł do winnicy.

Przemykał między szpalerami, dopóki się nie upewnił, że zgubił pościg, po czym wyszedł na otwartą przestrzeń i pobiegł w stronę Grande Rue. Dobrze znał te osady. W razie potrzeby pomogliby mu teologowie z klasztoru Świętego Jakuba. Ledwie jednak znalazł się w pobliżu budowli, uzmysłowił sobie, że niebezpieczeństwo minęło.

Mężczyzna w płaszczu zniknął.

Suger zwolnił kroku i oparł się o mur, łapiąc wielkie hausty powietrza. Miał spocone czoło i miękkie kolana, nie biegał już całe wieki. Bezustannie oglądał się za siebie w obawie, że dał się zwieść. Tymczasem nie, naprawdę go zgubił. Mógł spokojnie iść dalej do własnego domu.

Westchnął i pognał przez Grande Rue w kierunku Sekwany, przemykając między świecącymi pochodniami przymocowanymi do murów, gdy tymczasem droga stawała się coraz szersza i czystsza. Lęk go jednak nie opuszczał. Kim jest to indywiduum? Czego od niego chce? Usiłował odegnać niepokój, rozmyślając o czekających go nazajutrz obowiązkach. Następnego dnia przypadały ostatki, mimo to powinien się spotkać ze swym ulubionym uczniem Bernardem, który zamierzał zostać bakałarzem.

Pogrążony w rozmyślaniach dotarł na lewy brzeg. Sekwana płynęła niedaleko stąd, za rzędem chat wzniesionych na kamiennym moście – Petit-Pont. Suger przemierzył go do połowy, wsłuchując się w głuchy szum wody, następnie przystanął przed zniszczonymi przez wilgoć drzwiami. Nareszcie był w domu.

Zanim przekroczył próg, wbił wzrok w Île de la Cité, odcinającą się pośrodku rzeki niczym ogromny okręt. Serce Paryża. Tam wznosiły się katedra Notre-Dame i szkoła Kapituły. Tam słuchano ludzi o dumnie brzmiących imionach, takich jak ów Roland z Cremony, dominikański teolog przybyły z Italii. Znamienitych wykładowców, którzy z pewnością nie muszą się uciekać do nędznych sposobów, żeby się utrzymać...

A przecież on także był magistrem. Oczywiście nie jest gorszy dlatego, że odmówił wyświęcenia na księdza albo że wykładał przedmiot źle widziany przez teologów. Bez względu na to, czy ci pobożnisie przyjmą to do wiadomości, czy nie, zbawienie ludzkości zależy od nauki Awicenny, a nie świętego Augustyna. Pomyślawszy to, posyłając ich wszystkich do diabła pogardliwym machnięciem ręki, przekroczył próg. Był zmęczony i pragnął jedynie położyć się spać, lecz gdy przesuwał się za drzwiami, przeszył go niespodziewany dreszcz.

Między framugę a skrzydło drzwi wcisnął się czubek czyjegoś buta.

Suger zareagował instynktownie, próbując przytrzasnąć go drzwiami, ale zanim zdążył sobie uzmysłowić, co się dzieje, ujrzał, jak przez szczelinę wsuwa się czyjaś dłoń i stawia opór. Pchał nadal, wykorzystując cały ciężar ciała, lecz intruz był silniejszy i zdołał zrobić dostatecznie dużą szparę, żeby wedrzeć się do środka. Dopiero wtedy go rozpoznał. To był mężczyzna w płaszczu!

Nie mogąc go powstrzymać, patrzył, jak wchodzi do środka.

– Czego ode mnie chcecie? – zapytał na wpół z gniewem, na wpół z trwogą.

– Nie zamierzam was skrzywdzić – uspokoił go nieznajomy. Miał wyraźną niemiecką wymowę. Był wysoki i dobrze zbudowany, lecz wydawał się u kresu sił. Prawą ręką przytrzymywał worek na ramieniu. Lewą zaś podniósł na znak poddania. – Potrzebuję was.

– Mnie czy moich denarów? – odparł Suger, cofając się.

W raczej skromnym pomieszczeniu za jego plecami znajdowały się łóżko, stół i skrzynia, wszystko otoczone regałami pełnymi książek. Poszukał na półkach czegoś, co mogłoby posłużyć jako broń, i znalazł tłuczek od moździerza, więc groźnie wycelował w intruza. Niemal zaśmiał się z samego siebie.

Mężczyzna w płaszczu zbliżył się ostrożnie.

– Nie jestem złodziejem.

Suger spostrzegł sztylet, który tamten nosił u pasa, niżej zaś, na nogawicach, na wysokości lewej nogi, plamy krwi. Rana musiała się znajdować wyżej, powodując obfity krwotok.

– Potrzebuję medyka... – wyjaśnił mężczyzna w odpowiedzi na jego spojrzenia. – Zamierzałem poprosić o pomoc u Świętego Wiktora, kiedy zobaczyłem, jak wychodzicie z opactwa. Furtian powiedział mi, kim jesteście, i postanowiłem pójść za wami. – Nie pytając o pozwolenie, odsunął od stołu krzesło, usiadł i położył worek na kolanach. – Przykro mi, że was wystraszyłem...

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, Suger przyjrzał się jego obliczu. Rysy mogą wiele zdradzić na temat stanu zdrowia, temperamentu, a nawet przeznaczenia człowieka. Nauczył się sztuki czytania z twarzy jako mały chłopiec, uczęszczając do pewnego żydowskiego uzdrowiciela, i od tamtej pory stało się to jego konikiem. Nieznajomy miał nordyckie i arystokratyczne, niemal łagodne rysy. Bruzdy na czole wskazywały na silny charakter wojownika, zbiegały się nad lewym okiem, tworząc rodzaj krzyża. Zły znak, pomyślał. Zapowiadał gwałtowną śmierć.

Mężczyzna obdarzył go półuśmiechem.

– Patrzycie na mnie tak, jakbym już był trupem.

– Sposób, w jaki się wam przyglądam, to nie wasza sprawa – odrzekł medyk z wrogością. – Śledziliście mnie i wdarliście się przemocą do mego domu. Napaść na magistra Universitas to poważne przestępstwo, za które wymierza się surową karę.

Osobnik wzruszył ramionami, jakby groziło mu dziecko.

– Nie lękam się śmierci, lecz możliwości, że moje przedsięwzięcie zakończy się fiaskiem – wyznał. – Gdybym musiał zginąć, moim pragnieniem jest, by ktoś je kontynuował.

– W takim razie byłoby lepiej, gdybyście się zwrócili do mnichów od Świętego Wiktora. – Suger wskazał mu drzwi. – Jeszcze zdążycie.

– Nie, to wy jesteście właściwą osobą. – Mężczyzna podniósł dłoń do czoła, usiłując zachować przytomność. – Osoba świecka, w dodatku uczona... Oto dlaczego bez wahania poszedłem za wami.

– Myślałem, że chcecie zostać wyleczeni.

– Nie tylko. Jestem pielgrzymem na obcej ziemi... Potrzebuję... – Zgiął się gwałtownie w napadzie kaszlu.

Suger odłożył tłuczek i pomógł mu się wyprostować.

– Majaczycie, messer. Zdajecie sobie z tego sprawę?

Mężczyzna był skrajnie wycieńczony, bladł coraz bardziej i trząsł się od gorączki. Zapewne wyczerpało go śledzenie Sugera.

– Nie... Moja misja... – Pokręcił głową i podniósł trzymany na kolanach worek. – Trzeba to oddać mojemu kompanowi, który przebywa w Mediolanie... – zakasłał ponownie.

Medykowi wyrwał się nerwowy śmiech.

– Aż do Mediolanu? Chybaście postradali rozum! Sami zawieźcie ten obszarpany worek.

– Uczyniłbym wszystko, byleby tego dokonać, możecie być pewni... Ale obawiam się, że nie pożyję wystarczająco długo...

Suger uciął rozmowę niecierpliwym machnięciem ręki. Ten człowiek musi cierpieć na pomieszanie zmysłów, prawdopodobnie z powodu bólu i utraty krwi. Był jednak także w rozpaczy.

– Nie frasujcie się – uspokoił go wierny etyce ze szkodą dla ostrożności – i połóżcie się na podłodze, żebym mógł was zbadać.

Tak naprawdę powinien był go umieścić na własnym łóżku, tylko że mężczyzna był cały powalany, a on nie znosił brudu.

– Jeśli nie zabije mnie ta rana – jęknął nieznajomy, wyciągając się na posadzce – zrobi to jeździec... Jak to już uczynił z zacnym Wilfridusem...

– To wasze sprawy – uciszył go medyk. Pochylił się nad nim i rozsunął poły płaszcza, pod którymi ukazała się zakrwawiona tunika przypalona w wielu miejscach. Rozpiął pas, odepchnął sztylet i odsłonił pierś. Zgodnie z przewidywaniami rana znajdowała się na lewym boku, pod żebrami. Było to rozcięcie szerokie na trzy palce i dość głębokie. Ciało wokół wydzielało odór siarki. – Wygląda na to, że chcieli was upiec na rożnie.

– Cudem ocalałem – westchnął mężczyzna.

– Możecie być spokojni, przeżyjecie.

Suger wstał, chwycił ze stołu ceramiczną flaszkę i ponownie pochylił się nad pacjentem. Wyjął korek zębami i wylał płyn na ranę, po czym przyłożył płótno.

– Szczypie... Co to jest?

– Wino. Używam go do przemywania ran.

Teraz, kiedy już oczyścił ranę, mógł się przyjrzeć jej brzegom. Nie sprawiała wrażenia trudnej do wyleczenia, miała wszakże niezwykły wygląd. Skóra wokół otworu była poszarpana i poparzona; nawet tkanki wewnętrzne pozostawały w takim samym stanie.

Z zadumy wyrwał go głos nieznajomego:

– Jeżeli zrobicie to, o co proszę, otrzymacie sowitą zapłatę...

– Zapłatę?

Suger odłożył na chwilę na bok hipotezę o pomieszaniu zmysłów i zastanowił się, czy ten człowiek nie jest aby bardziej przytomny, niż się wydaje. Spojrzał mu w twarz, zorientował się jednak, że tamten zaraz straci czucie, porzucił więc wszelkie rozmyślania i chwycił w skupieniu igłę i nici.

Ledwie nieznajomy poczuł, że medyk dziurawi mu ciało, wygiął się gwałtownie i wykrzywił twarz w wyrazie przeszywającego bólu.

– Cierpliwości – uspokoił go medyk, próbując przytrzymać – właśnie zeszywam ranę.

– Cerujecie mnie jak stare odzienie? Nie przyżegacie?

– Przyżeganie jest dobre, żeby napiętnować krowę, ale na pewno nie, żeby wyleczyć istotę ludzką.

Suger miał zaciśnięte wargi i wzrok utkwiony we własnych dłoniach. Czynność tę wykonywał z taką zręcznością, że mógłby wzbudzić zazdrość w niejednej szwaczce. Ukończywszy, uzmysłowił sobie, że pacjent znów stał się czujny, toteż skorzystał z tego, by powrócić do tematu rozmowy.

– Wspominaliście o zapłacie. Mówiliście poważnie?

Chociaż mężczyzna miał twarz zastygłą w masce cierpienia, zdobył się na wysiłek, by unieść tułów i obejrzeć opatrunek. Następnie przytaknął.

– Jeśli dostarczycie przedmiot znajdujący się w tym worku... otrzymacie klejnot.

Jego głos był słaby, mimo to słyszalny.

– Klejnot?

– Tak powiedziałem... – Nieznajomy spróbował usiąść na podłodze, ból jednak zmusił go do leżenia. – Kamień drakonitu.

Suger powtórzył szeptem ostatnie słowo. Drakonit. Nieczęsto się je słyszało, a jeśli już, to wyłącznie w środowiskach uczonych. Żeby wiedzieć o istnieniu tego kamienia, należało studiować Naturalis historia Pliniusza Starszego albo podróżować po dalekich krajach.

Jego zmieszanie nie mogło ujść uwagi nieznajomego, mężczyzna bowiem jął się weń natarczywie wpatrywać i kusił dalej:

– Macie pojęcie, o czym mowa?

– Istnieją kamienie wydobywane z wnętrzności zwierząt, wyjątkowe kamienie o właściwościach uzdrawiających – rzekł Suger, poważniejąc. – Drakonit, albo draconitide, jest z nich najrzadszy. Powiadają, że pochodzi z głowy draco, monstrualnego węża. – Wycelował palec w swego rozmówcę. – Ale tylko człowiek naiwny uwierzyłby w wasze słowa.

Nieznajomy popatrzył nań z pogardą.

– Mówię prawdę, przysięgam... A w dowód mojej szczerości zapłacę wam czyś podobnym za wyleczenie. – Otworzył skórzaną sakiewkę zawieszoną na szyi i wręczył mu jakiś osobliwy przedmiot. – Weźcie... i obserwujcie.

Z początku Suger pomyślał, że trzyma w dłoniach martwe zwierzątko, wkrótce jednak pojął, że to całkiem co innego. Był to kamień podobny do korzenia mandragory, ale obciągnięty jakby futrem. Medyk wyczuł zapach pleśni, nie zdołał wszakże odgadnąć, z jakiej materii się składa. Mimo to go rozpoznał.

– To kamień uzdrawiający, zwanycaprius – oznajmił. – Pochodzi z wnętrzności kozy.

– Wiecie, jaką ma wartość?

– Jak każdy dobry medyk, choć nigdy dotąd nie widziałem ani jednego. Leczy wydzieliny oczne, wrzody żołądka i ostrą gorączkę.

Nieznajomy pokiwał przytakująco głową.

– Kamień drakonitu jest tysiąc razy cenniejszy. Posiada cudowne właściwości.

– I tak próżny wasz trud. – Suger był zaciekawiony, ale nie aż do tego stopnia. Różne sprawy zaprzątały jego myśli, jednak słuchanie gadania tego dziwacznego osobnika było ostatnią z nich. – Rana się zagoi, zapewniam was. A co do reszty, poradzicie sobie sami.

– Prawdopodobnie macie rację, ale nic nie jest pewne... Jeździec! Jeździec już raz mnie znalazł, mimo że ukryłem się w Paryżu. Znów to zrobi...

– W czymkolwiek rzecz, to są wasze sprawy.

– Nie rozumiecie, to misja o podstawowym znaczeniu...

– To wy nie rozumiecie, messer. Żądacie niemożliwego – przerwał mu Suger. Po czym spostrzegł, że nieznajomy najwyraźniej nie zamierza się zdrzemnąć, postanowił zatem posiedzieć przy nim, dopóki zmęczenie nie da o sobie znać. – A poza tym – rzekł, udając zaciekawienie, tylko po to, by skłonić go do mówienia – jak zdołałbym rozpoznać waszego kompana w tak wielkim mieście?

– Nazywa się Gebeard z Kwerfurtu... To Teuton... Szukajcie go w bazylice Świętego Stefana Starszego... Handluje relikwiami i... nosi takie same znaki jak ja.

To powiedziawszy, mężczyzna pokazał grzbiet prawej dłoni. Pokrywały go tatuaże, których Suger nie dostrzegł do tej pory. Pod kłykciami palców wskazującego i środkowego przedstawiony był jeździec uzbrojony w łuk. Wokół małego palca owijał się wąż z pyskiem skierowanym ku niewielkiemu kielichowi wytatuowanemu na ostatnim paliczku palca serdecznego.

Odkrywszy mu owe znaki, mężczyzna złożył dłoń w geście błogosławieństwa, jakby chciał pokazać liczbę trzy. Wówczas Suger ujrzał w jej wnętrzu podobiznę Matki Boskiej z Dzieciątkiem, nad którą unosiła się gołębica z rozpostartymi skrzydłami.

Symbole chrześcijańskie obok pogańskich. Medyka zdjął wstręt. Wiedział o istnieniu amuletów ozdobionych podobnymi wizerunkami, wykonanych przez Żydów bądź Frygijczyków, i nie czuł przed nimi lęku. Lecz nawet zwykły fetysz, jeśli zostałby odkryty przez człowieka Kościoła, wywołałby straszliwe następstwa.

– Ostrożnie! – wybuchnął. – Nie wiem, kim jesteście, ale gdyby jakikolwiek dominikanin zobaczył te znaki, źle byście skończyli. Ja też źle bym skończył, skoro udzieliłem wam schronienia.

– Pozwólcie mi wyjaśnić... – zaklinał ranny. Znajdował się już u progu szaleństwa.

– Dość mam własnych kłopotów – warknął medyk. – Milczcie, jeśli nie chcecie, żebym was przepędził.

Nieznajomy ciągle leżał na podłodze, wpatrując się weń błagalnym wzrokiem.

– Wkrótce jeździec mnie znajdzie... I tym razem...

Suger nie zwracał na niego uwagi. Dość już zrobił. Opatrzył mu ranę i ukrył go we własnym domu. Dalsze znoszenie jego ględzenia to już naprawdę było zbyt wiele. Nie wyrzucił go jeszcze za drzwi, ponieważ rozmowa o drakonicie go zafascynowała. Tylko że Mediolan był daleko, a wyjazd z Paryża zepsułby mu renomę.

Wyciągnął się na łóżku i długo oglądał osobliwy puchaty kamień, gdy tymczasem obcy wreszcie pogrążał się we śnie.

W końcu on także usnął. Gdy zamknął oczy, przyśniło mu się, że otacza go kolegium szkoły Notre-Dame, on zaś pokazuje z dumą kamień drakonitu ogromnej liczbie zaciekawionych osób.

Wszyscymagistrowie tłoczą się wokół niego osłupiali.

2

Wraz z nastaniem świtu Sekwana nabrała krystalicznego odcienia. Wody sunęły wzdłuż brzegów, głosząc pochwałę dla wątłego światła słonecznego. Przebywający w półmroku swego domu Suger nie miał nastroju, by zajmować się takimi głupstwami. Spał króciutko i był w bardzo złym humorze. Nieproszony gość zaczął majaczyć jak szaleniec już o pierwszym brzasku. Medyk był zmuszony wstać z łóżka, aby sprawdzić jego stan, jednocześnie złorzecząc mu przez zaciśnięte zęby. Nie działo się wszakże nic poważnego. Gorączka wprawdzie wzrosła, lecz najwyraźniej opatrunek dobrze wpłynął na ranę.

Suger usiadł na brzegu posłania, przecierając oczy. Nieznajomy leżał na podłodze, pogrążony w pełnej udręk nieprzytomności. Szwab. Tak go nazwał, nie wiedząc, jakie nosi imię. Sądząc po wymowie, zapewne pochodził z Alemanii. Nie żeby robiło to Sugerowi jakąkolwiek różnicę. Obcy nie wzbudzał w nim ani współczucia, ani życzliwości. Owszem, kwestia drakonitu nadal go intrygowała, ale Szwab to już nie była jego sprawa. Zresztą na pewno nie mógł się uważać za litościwego człowieka. Myśli o dobroczynności czy bezinteresowności rzadko gościły w jego sercu, nie pozostawiając po sobie ani śladu.

W młodości był innym człowiekiem, lecz po śmierci ojca obchodziła go wyłącznie własna osoba. I nie spoglądał już na witraże katedry w ten sam sposób.

Z zadumy wyrwał go uporczywy harmider dobiegający z zewnątrz. Już pora iść, codzienne obowiązki wzywały.

Wdział czerwoną szatę i nakrycie głowy magister medicinae, wsunął pod pachę kilka woluminów, które miały mu być potrzebne w czasie lekcji, i skierował się ku drzwiom. Po krótkim wahaniu postanowił nie ruszać Szwaba. Zgodnie z jego przewidywaniami nieznajomy pozostanie bez przytomności aż do popołudnia, więc nie sprawi kłopotów. Pokusa, żeby wyrzucić go z domu, była nadal bardzo silna, jednakże obawa, iż owe czarnoksięskie tatuaże mogłyby przykuć czyjąś uwagę, kazała mu działać ostrożnie.

Ledwie znalazł się na ulicy, zatonął w ostatkowym barwnym tłumie. Ulicami biegła zgraja młodzieńców polujących wśród wrzasków i śmiechów na ofiary swoich psikusów. Rozdrażniony tak wielkim szaleństwem, szedł pod ścianami, aby uniknąć wszelkiego zgiełku. Spieszył się, myśl zaś, że musi przemierzyć pół miasta, aby wygłosić wykład, wzmagała jego zły humor.

W wyniku niedawnych rozdźwięków między biskupem Paryża a Universitas magistrorum większość wykładowców oddaliła się od Cité, wybierając na tymczasową siedzibę Studium opactwo Świętej Genowefy. Jedynymi mistrzami, którzy nadal nauczali w Notre-Dame, byli zakonnicy.

Suger, który podążał ze spuszczoną głową w niespodziewanie ciepłych promieniach słońca, zmusił się do myślenia o czymś przyjemnym, aby poprawić sobie humor. Mimo woli jedyną rzeczą, jaka przychodziła mu do głowy, był kamień drakonitu. Jak mógłby go nie znać? Podobnie jak każdy medyk i chirurg dobrze znał lecznicze właściwości kamieni. Przeczytał na ten temat rozmaite księgi, między innymi lapidarium Michała Psellosa czy Marboda z Rennes. Jakiś czas temu pewien benedyktyn z Oksfordu pokazał mu nawet własną kolekcję uzdrawiających kamieni, w większości pochodzących z wnętrzności zwierząt. Były to: wydobyta z głowy jaskółki chelidonia, która ma zdolność uśmierzania zapaleń oczu; liguriena, wyciągnięta z pęcherza moczowego rysia, najlepszy lek na bóle żołądka i żółtaczkę; heyena, pochodząca z gałek ocznych hieny, przynosząca dobroczynne działanie, jeśli trzymać ją pod językiem; i wreszcie ukryta w muszlach margarita i panthero, wydobywany z wnętrzności dużych kotowatych.

Żadnego z tych kamieni nie dało się jednak porównać z drakonitem. Gdyby Suger wszedł w jego posiadanie i napisał traktat medyczny o jego uzdrawiających zaletach, bez wątpienia zdobyłby szacowną pozycję w szkole Kapituły.

Odegnał w pośpiechu te mrzonki, odepchnął niegrzecznie gromadę pielgrzymów i wkroczył do Dzielnicy Łacińskiej. Tutaj karnawałowe obchody przybrały nierzeczywiste rozmiary. Zewsząd wyłaniali się młodzieńcy przebrani za niewiasty, niedźwiedzie albo dzikusów. Jedni tańczyli, inni truchtali na grzbietach mułów albo na groteskowych wozach, celując w przechodniów zgniłymi warzywami.

Można się było tego spodziewać. Osiedla te zamieszkiwała większość żaków, którzy przybyli do Paryża, aby uczęszczać do Studium. To, że trafili pod opiekuńcze skrzydła Kapituły, a zatem nie podlegają sankcjom cywilnym, sprawiało, iż łamali zasady z jeszcze większym zuchwalstwem.

Medyk przedarł się przez wrzawę nie niepokojony przez nikogo, strój magistra chronił go bowiem przed żartami. Co więcej, wielokrotnie kłaniano mu się i pozdrawiano go z szacunkiem, aż ujrzał gromadkę chłopców, otaczających pewnego wysokiego urodziwego młodzieńca. Był to Bernard, jego najlepszy uczeń. Przeczuwając tarapaty, Suger przyspieszył kroku.

Żak przywitał się z zakłopotaniem, gdy tymczasem jego towarzysze czym prędzej czmychnęli.

Ledwie Suger się z nim zrównał, dostrzegł podbite oko i rozciętą wargę.

– Można wiedzieć, co ci się stało, mój chłopcze?

Młodzieniec przeczesał palcami włosy. Czarne jak smoła i bardzo gęste. Bernard był jednym z nielicznych żaków, którzy nie nosili tonsury. W przeciwieństwie do swych rówieśników, chełpiących się nią jako symbolem ochrony Kapituły, traktował ją jako upokorzenie.

– Nic poważnego, magister.

– Nic poważnego, powiadasz? – burknął medyk. – Zbliża się Wielki Post, a wraz z nim determinatio. Pamiętasz o tym? To egzamin, który będziesz musiał zdać, aby zostać bakałarzem. Doprawdy ładnie będziesz wyglądał z taką twarzą! A ja wraz z tobą, skoro jestem twoim magistrem.

– Wybaczcie mi, proszę – rzekł młodzieniec. – Nie zamierzałem wpędzić was w kłopoty.

– Tymczasem to zrobiłeś. Każdy twój postępek odbija się na mnie, rozumiesz?

Suger miał ochotę go stłuc, tak bardzo się zeźlił. Bernard był mocno uzdolnionym żakiem i jeśli przyłożyłby się do nauki, z pewnością daleko by zaszedł, medyk nie potrafił jednak powściągnąć ognistego temperamentu, który popychał go do bójek i uganiania się za dziewczętami.

W tej samej chwili wśród przechodniów przepchnął się szczupły chłopiec o rudych włosach i stanął u boku Bernarda, jakby zamierzał go bronić. Suger przyjrzał mu się ukradkiem, aby go nie zachęcać. Znał go z widzenia. Miał na imię Ramón. Lisie oczka i wystające wargi nadawały mu wygląd typowego rozrabiaki.

Rudzielec odchrząknął i popatrzył na magistra z bezczelnym uśmieszkiem.

– W nocy naszego Bernarda urządził tak karczmarz od Świętego Marcelego – powiedział.

Ponieważ był Aragończykiem, mówił po łacinie, podobnie jak wszyscy cudzoziemscy żacy w Paryżu.

– A z jakiego powodu? – chciał wiedzieć medyk.

– To wina tego kutwy! – Ramón rozpostarł ramiona w dramatycznym geście. – Żądał za wino jak za złoto! A my...

Suger uciszył go machnięciem ręki i zwrócił się do swego ucznia:

– Bernardzie, pytanie było skierowane do ciebie. Zechcesz mi wytłumaczyć?

Młodzieniec przytaknął zakłopotany.

– Ramón zbuntował się przeciw karczmarzowi. Odmówił zapłaty, a tamten zaczął go bić...

– Osiem denarów! – odezwał się Ramón, uderzając się w czoło z miną męczennika. – Osiem denarów za cztery foglietty1 wina! Rozbój w biały dzień!

– Karczmarz był większy od niego – wyjaśnił Bernard. – Więc go obroniłem.

Jego towarzysz zaczął jazgotać:

– Gdybyście widzieli, magister! Gdybyście widzieli, co za bijatyka!

Medyk, którego twarz pochmurniała coraz bardziej, zganił Bernarda:

– Mówiłem ci tysiąc razy, żebyś trzymał się z dala od przedmieść, zwłaszcza od osady Świętego Marcelego. Tam możesz sobie napytać wyłącznie biedy.

– Jeśli przez „biedę” rozumiecie wino i dziewki... – wybuchnął śmiechem Ramón.

Suger miał dość tego zuchwalca. Gdyby dłużej go znosił, cała jego ogłada poszłaby w diabły. Złapał go więc za kark i wepchnął do wozu, który przejeżdżał akurat ulicą.

Ramón rozsiadł się na ławce i oddalił omdlały niczym zdetronizowany władca.

– Co do ciebie – medyk pociągnął Bernarda za ramię – udasz się ze mną na lekcję.

3

Bernard podążał naburmuszony obok magistra, kopiąc kamienie po bruku. Teraz odgłosy karnawału przycichły i stały się odległe. Niemal zupełnie pusta ulica przecinała porośniętą trawą pochyłość i wiodła obok starożytnych ruin, rzymskich term i areny Lutecji. Młodzieniec zaszczycił je leniwym spojrzeniem. Zmarszczki starości na twarzy Paryża.

Opactwo Świętej Genowefy znajdowało się blisko, lecz Suger umyślnie zwolnił kroku. Wspomnienia poprzedniej nocy były już dalekie. Niepokój i strach, jakie odczuwał w czasie, gdy go śledzono, zdawały się nikłym echem. Myśl o Szwabie, pozostawionym bez czucia w jego mieszkaniu, nie wzbudzała w nim nawet najmniejszych obaw. W tej chwili liczyło się wyłącznie przywołanie do rozumu idącego obok chłopca.

– Nie zostaniesz bakałarzem, jeśli będziesz się jedynie popisywał wiedzą – przemówił. – Musisz zmienić swoją postawę.

Bernard wpatrywał się w niego z niezadowoleniem.

– Sądziłem, że to przywilej księży.

– Zostaw w spokoju księży. Jeżeli chcesz zdobyć szacunek, musisz postępować z godnością. Godność zaś opiera się na trzech podstawowych zasadach: powadze, skromności i dojrzałości.

Wyliczając je, Suger nie zdołał uniknąć przypomnienia sobie, ile razy sam je złamał. Tylko że teraz nie chodziło o niego. On wiedział, jak ukryć własną nikczemność pod maską osoby godnej szacunku. Bernard natomiast był szczery i lojalny, ale żywiołowe usposobienie sprowadzało go na manowce.

Młodzieniec przytaknął, kopiąc kolejny kamień na drodze.

– Ty mnie wcale nie słuchasz! – zirytował się Suger. – Mógłbyś się skupić?

Za całą odpowiedź Bernard obdarzył go głębokim, zwodniczym spojrzeniem.

– Muszę wam coś wyznać, magister.

Medyk zmierzył go zaciekawionym wzrokiem.

– O co chodzi?

– Pamiętacie chłopców, z którymi rozmawiałem, kiedyście mnie spotkali?

– Owszem, było ich wielu. I cóż?

– Przyszli zapytać, co mi się przydarzyło w nocy. Zamierzają się zemścić na karczmarzu od Świętego Marcelego, właśnie idą do jego gospody.

– To ciebie nie dotyczy.

– Ależ magister! – upierał się Bernard. – Boję się, że zrobią temu kutwie krzywdę. Czułbym się za to odpowiedzialny.

Suger stanął przed nim w geście rozpaczy.

– Zapamiętaj sobie raz na zawsze, Bernardzie. Musisz nauczyć się nie mieszać w podobne przedsięwzięcia. – Postukał palcem wskazującym w jego czoło. – Jesteś mądrym chłopcem, masz inne zajęcia. Po Wielkim Poście, jeśli Bóg zechce, będziesz bakałarzem. Jeżeli będziesz ciężko pracował, za kilka lat zostaniesz magistrem. Rozumiesz? Dość burd! Dość walenia głową!

– Ale ja...

– I dość „ale”! Nie nęci cię tytuł bakałarza?

Oczy Bernarda rozbłysły od ambicji.

– Pewnie, że mnie pociąga, magister. Pociąga mnie, jeszcze jak.

– Wobec tego zrobisz, jak mówię.

Dwie godziny później Suger prowadził lekcję w wirydarzu klasztoru Świętej Genowefy. Słuchała go w milczeniu spora liczba żaków, którzy robili notatki na woskowych tabliczkach. W większości byli to chłopcy nieposiadający własnych ksiąg, a zatem musieli polegać na pamięci i mieć nadzieję, że pod koniec lekcji magister rozwinie jakąś myśl, którą zapisali. Bernard siedział w pierwszym rzędzie.

Mógłby to być zwykły poranek, gdyby nie dwaj dominikanie, którzy zakradli się między uczniów. Przyczaili się pod łukami wirydarza niczym dwa kruki i przysłuchiwali się lekcji z potępiającymi minami, zupełnie jakby w słowach magistra kryły się jakieś świętokradcze treści.

Suger przez cały czas nie zwracał na nich uwagi, pod koniec lekcji zaś, jak to miał w zwyczaju, nakłonił uczniów do dysputy, aby oswoili się z dopiero co omówionymi tematami. Dyskusja dotyczyła twierdzenia, że choroba jest następstwem przyczyny determinującej, bez której fizyczna dolegliwość nie mogłaby się objawić. Po wstępnej wymianie opinii jeden z żaków oznajmił, że gdyby Bogu tak się podobało, choroba objawiłaby się bez względu na jakąkolwiek przyczynę. Suger sprzeciwił się i wyjaśnił, że nawet Bóg nie może burzyć praw natury, skoro sam je stworzył. Boska zasada, dodał, nie może przeczyć sama sobie.

Słowa te wystarczyły, by wybuchła wrzawa.

Jeden z dominikanów poderwał się z miejsca i przeciął wirydarz długimi susami, kierując się wprost ku magistrowi. Uczniowie rozstąpili się, wpatrując się weń w osłupieniu. Rzadko kiedy ktoś pozwalał sobie przerywać lekcję.

Rozdrażniony taką zuchwałością Suger szykował się do udzielenia reprymendy bezczelnemu bratu. Miał już przygotowane parę obelg, od których tamtemu włosy zjeżyłyby się na głowie jak u kota, ledwie jednak go rozpoznał, ugryzł się w język. Nie był to zwyczajny zakonnik. Był to Roland z Cremony, włoski teolog!

Brat Roland przystanął kilka kroków przed nim. Ostre rysy i oczy barwy metalu, lśniące od wyrachowanego gniewu. W uniesieniu rycerza, który rzuca rękawicę, wyzywając na pojedynek, wypowiedział jedno jedyne słowo:

– Arystoteles!

To wystarczyło, by wszyscy obecni zaniemówili.

W owej pełnej przerażenia ciszy z pierwszych rzędów odezwał się jakiś głos:

– Bracie, jak możecie?

Wszyscy obejrzeli się na Bernarda, który siedział z poczerwieniałą twarzą i wzrokiem utkwionym w dominikanina.

– Idźcie sobie! – ciągnął chłopiec. – Nauki medyczne nie podlegają ludziom Kościoła.

Suger kazał mu zamilknąć, brat Roland górował wszakże nad nim głosem i charyzmą.

– To prawda – przyznał dominikanin, nie zwracając się do nikogo w szczególności. – My, ludzie Kościoła, powstrzymujemy się od praktykowania nauk medycznych. Nie wolno nam przelewać ludzkiej krwi, nawet w celach leczniczych. – Jego głos miał jakieś suche brzmienie, niczym świst wiatru w spróchniałym drzewie. – Naszym obowiązkiem jest za to przepędzać z umysłów choćby cień zwątpienia.

Okazawszy nieposłuszeństwo wobec magistra po raz drugi, Bernard kontynuował spór:

– Jaki cień? Jakiego zwątpienia? Nawet teologowie studiują Arystotelesa.

Brat Roland jakby tylko na to czekał.

– Arystoteles napisał rzeczy godne podziwu, jednakże pogański umysł kazał mu popełniać błędy. – Wbił wzrok w Sugera. – Błędy, które wasz magister podaje za absolutne prawdy. Błędy, które wychodzą z ust niczym bluźnierstwa.

Suger zacisnął pięści, szukając jakiegokolwiek argumentu na swoją obronę. Zarzut, jaki mu postawiono, był dość poważny, Kościół zabraniał bowiem nauczania arystotelizmu. A wobec niepodważalnej logiki sprytnego dominikanina wszelka próba oczyszczenia się z zarzutów z pewnością obróciłaby się przeciwko niemu.

– I cóż, magister, nic nie mówicie? – wyzwał go brat Roland. – Wolicie, żeby nadal bronili was wasi uczniowie?

Suger rozłożył ramiona na znak poddania.

– Wielebny ojcze, gdybyśmy musieli stanąć do walki w teologicznej materii, z pewnością byście zwyciężyli. Tylko że ja nie jestem teologiem, jestem medykiem. Jeśli zamiarujecie podać w wątpliwość moją wiedzę, uczynimy to w obliczu kompetentnego autorytetu: paryskiego cechu nauczycieli.

– Cechu? – brat Roland pokręcił głową. – Ja nie uznaję autorytetu żadnego cechu, wyłącznie autorytet ojca Philippusa z Noyon, kanclerza Kapituły. On jest jedynym prawdziwym opiekunem Studium.

Suger już nie mógł się wycofać.

– Niech tak będzie – odrzekł wyniosłym tonem.

– Spieszmy się więc – zaśmiał się szyderczo dominikanin, spoglądając na swego współbrata. – Staniemy czym prędzej przed obliczem Philippusa Cancellariusa. Jeszcze zdążymy na posłuchanie.

Suger przemierzał Paryż za obydwoma dominikanami niczym skazaniec. Wiedział, że ma nieczyste sumienie, i zdawał sobie sprawę, że trudno będzie to ukryć. Co innego wszakże nie dawało mu spokoju, mianowicie podejrzenie, że Roland z Cremony działał z premedytacją. Im dłużej o tym myślał, tym większej nabierał pewności. Dominikanin musiał przybyć do opactwa Świętej Genowefy celowo, żeby go sprowokować, wymieniając zaś imię kanclerza, przyparł go do muru. Philippus Cancellarius żywił niechęć do każdego świeckiego magistra, a co dopiero oskarżonego przez zakonnika!

Coraz bardziej przygnębiony Suger wlókł się noga za nogą, nie potrafiąc się dokładnie rozeznać w swym położeniu. Przez chwilę korciło go, by uciec, by puścić się biegiem, jak to uczynił poprzedniej nocy. Nie mógł jednak lekceważyć skutków takiego postępku. A poza tym jaki dałby przykład Bernardowi? Ten uparciuch rzucił się do jego obrony jak wściekły byk, nie bacząc na logikę ani nie zachowując ostrożności. Magister potępił jego czyn, zarazem doceniając. Bernard mieszkał w Paryżu sam, bez rodziców czy bliskich przyjaciół. Suger stanowił jego jedyny punkt oparcia i źródło rad. Nie wstydził się przyznać, że chłopiec zdołał zrobić wyłom w jego cynicznym umyśle.

Droga do Kapituły wiodła przez Dzielnicę Łacińską, gdzie ostatkowe święto osiągało szczyt. Brat Roland i jego konfrater rozglądali się wokół z niesmakiem, ciskając wzrokiem nieme klątwy na każdego przechodnia.

– Ledwie przedwczoraj przejeżdżał tymi ulicami wóz szaleńców, tymczasem znów otaczają nas wrzaski i hulanki – oznajmił wynioś­le brat Roland z ponurą miną. – Czy to możliwe, że nie można się obejść bez śmiechu?

Suger nie odpowiedział. On także nie znosił zgiełku, poza tym wyczuwał w tłumie coś niepokojącego. Panowało zbyt wielkie poruszenie. Obecność straży miasta stawała się nagląca. Straże i siepacze na każdym rogu... Coś się musiało wydarzyć.

Cała trójka oddaliła się od tumultu i udała na Île de la Cité, gdzie świętowano z większym umiarem. W otoczeniu budynków szlacheckich krzątaninę na Marché-Palu ożywiały muzyka i korowody, tymczasem na placu Notre-Dame gromada mężczyzn grająca w soule kopała piłkę.

Siedziba kanclerza była tuż tuż.

Podążali wzdłuż południowego boku katedry, jeszcze nieukończonej po szesnastu latach prac, i weszli do pałacu Kapituły. Dotarli do drzwi wiodących do obszernego pomieszczenia okolonego biforiami i armariami. Sali kancelarii.

W środku rozprawiało o czymś dwóch zakonników stojących naprzeciw siebie. Suger rozpoznał korpulentnego Philippusa Cancellariusa i proboszcza parafii Świętego Marcelego. Ten ostatni, niski i wychudzony księżulo, był mu znany, albowiem często przybywał do Studium ze skargą na najazdy żaków na jego parafię. Natomiast kanclerz, grubas w podeszłym wieku, nie budził tak ogromnego onieśmielenia, z którego słynął. Patrząc na ów nieobecny wyraz twarzy i obwisłe wole, nie sposób było uwierzyć, że wiele lat temu był z niego magister theologiae i że napisał całkiem pokaźne traktaty.

Rozmowa zakonników najwyraźniej dobiegała końca.

– To tylko chłopcy – upierał się proboszcz od Świętego Marcelego. – Interwencja straży jest niewspółmierna. Przesadna.

– Przy czym ja również obstaję – zawtórował mu kanclerz. – Tylko że Korona nie chce słyszeć żadnych racji. Już zdążyła spuścić z łańcucha siepaczy prepozyta.

– Ach, prepozyt! Wszyscy znają jego brutalność.

– Nie wiem, co powiedzieć, ojcze – westchnął kanclerz. – Wygląda na to, że tym razem żacy naprawdę posunęli się za daleko.

Dialog toczył się jeszcze przez chwilę, aż wreszcie proboszcz od Świętego Marcelego oddalił się zatroskany. Zostawszy sam, Philippus Cancellarius zaprosił czekającą w progu trójkę mężczyzn, by podeszli bliżej.

Brat Roland wkroczył pierwszy, witając go ukłonem.

– Wybaczcie, Wasza Wielebność, lecz nie mogłem nie usłyszeć – przemówił. – Czy są jakieś poważne kłopoty?

– Ogromne kłopoty – odparł kanclerz, podchodząc do obszernego skryptorium. – Podobno dziś rano zgraja żaków zdemolowała gospodę Świętego Marcelego. Uznawszy, że to za mało, ci nikczemnicy zalali miasto, siejąc zamęt.

Na te słowa Suger, który przypomniał sobie to, co usłyszał od Bernarda, nie mógł się powstrzymać, by się nie wtrącić:

– Mylę się czy wspominaliście coś o interwencji straży?

– Nie mylicie się – odrzekł kanclerz. – Korona poleciła zmusić do działania prepozyta.

– Ale nie mamy do czynienia ze zwykłymi obywatelami – sprzeciwił się medyk. – Ukaranie żaków to zadanie katedralnej Kapituły, a nie Korony. Tak stanowi prawo.

Przytaknąwszy ze zbolałą miną, Philippus okrążył skryptorium i usiadł na krześle z wysokim oparciem.

– Legat papieski usiłuje to wyjaśnić Jej Wysokości królowej Blance już od ponad godziny – skwitował, ciągle zwracając się do Sugera. – Jeśli uważacie, że potraficie zrobić to lepiej, proszę bardzo.

Medyk cofnął się nieznacznie. Dość miał własnych zmartwień i wcale nie nawykł do walki w cudzej sprawie. W tej samej chwili się zorientował, że obecni porozumiewają się wzrokiem. Nie zdołał uniknąć zakłopotania.

Kanclerz tymczasem przerwał milczenie, zagadując brata Rolanda:

– I cóż, ojcze, co was skłoniło do opuszczenia klasztoru Świętego Jakuba w tak ruchliwy dzień?

– Pytanie, jakie chciałbym wam zadać – odparł brat.

– Mam nadzieję, że to nie kolejne kłopoty.

– Niestety tak. – Dominikanin wskazał na Sugera. – Ten człowiek to magister medicinae w Studium...

– Znam go, podobnie jak każdy, kto obejmuje katedrę w Paryżu – uciął ostro Philippus. – Dlaczego sprowadziliście go przed moje oblicze?

– Złamał zakazy dotyczące Arystotelesa. Naucza filozofii naturalnej2.

– Zarzuca się wam dość poważną zbrodnię, magister – oznajmił kanclerz, zwracając się do oskarżonego. – Zamierzacie coś powiedzieć na swoją obronę?

– To nieporozumienie, wielebny ojcze – zbagatelizował rzecz Suger. – Ja wykładam medycynę, nie filozofię naturalną. Brat Roland musiał się pomylić.

– Kłamstwo! – wrzasnął Roland z Cremony. – Ja i mój współbrat słyszeliśmy doskonale. Ten człowiek stwierdził, że Bóg nie może zmienić praw natury, podając tym samym w wątpliwość Jego wszechmoc. Jak wiadomo, to pogląd Arystotelesa.

– To był wybieg, żeby skłonić do rozumowania moich uczniów – usprawiedliwił się medyk, chcąc załagodzić sytuację. – Każde zjawisko zależy od jakiejś przyczyny, to z grubsza tłumaczyłem.

Umiarkowana obrona, pomyślał w duchu. Tak czy inaczej, niewiele dało się zrobić. Nie mogąc zaprzeczyć oskarżeniom, trzeba było zaapelować do łaskawości kanclerza. Który w odpowiedzi tylko pokręcił głową.

– Błądzicie, magister. – Oczy Philippusa miotały błyskawice spowodowane narastającą złością. Tym razem budził onieśmielenie. – Brat Roland wysuwa dokładne zarzuty. Czyżby brakowało wam oleju w głowie?

Ciężkie, niemal obraźliwe słowa. Suger poczuł zranioną dumę, toteż przestał się hamować.

– Brat Roland nie ma pojęcia o naukach medycznych – zawołał, posyłając do diabła wszelką możliwość kompromisu. – Jak śmie wściubiać nos w moje sprawy?

– Mówcie ciszej, magister, nie jesteśmy na targu. – Mężczyzna na krześle przywołał go do porządku władczym gestem. – I pozwólcie, że odświeżę wam pamięć. Synod z Sens z 1210 roku zakazał lektury i komentarza Arystotelesa. Zakaz ten odnowiły Statuty z 1215, a niedawno obwieścił otwarcie nasz papież...

Podczas gdy kanclerz wymieniał listę zakazów, Suger czuł się tak, jakby przypiekano go na wolnym ogniu. Żołądek jęły mu rozdzierać nudności, ściany komnaty zaś wydawały się coraz ciaśniejsze. Okoliczności nie zapowiadały nic dobrego. Jeszcze kilka lat wcześniej tolerowano nauczanie przez mistrzów filozofii naturalnej i odwoływanie się do Arystotelesa. W Tuluzie nadal na to pozwalano, lecz nie w Paryżu, gdzie panujący tradycjonalizm ciągle uznawał filozofię za służebną w stosunku do teologii i gotów był ją poświęcić, jeśli tylko stałaby się niewygodna.

– Posłuszny zajmowanemu stanowisku – obwieścił na koniec Philippus – w żadnym razie nie mogę pozwolić, aby paryski uczony szerzył arystotelizm. Pojmujecie chyba, gdyby to dotarło do uszu papieża...

– Doskonale pojmuję, wielebny ojcze – bronił się medyk. – Z całą szczerością jednak sądzę, że czynimy z tego coś poważniejszego, niż jest w rzeczywistości.

Roland z Cremony natarł nań niczym furia.

– Przedkładanie Arystotelesa nad Biblię to według was błahostka? Zdumiewa mnie, że przyznano wam facultas docendi.

– Tylko że z pewnością wy nie jesteście w stanie mi jej odebrać, bracie – odciął się Suger, który aż się palił, żeby mu skręcić kark.

– Ale ja tak – ostrzegł go kanclerz. – Gdybym wam okazał łaskawość, uznano by, że opowiadam się po stronie tego, kto szerzy filozofię naturalną. Zbyt wiele razy patrzyłem przez palce. Zbyt wiele razy udawałem, że nic się nie dzieje!

Medyk osłupiał. Nigdy dotąd nie czuł się tak upokorzony. Oto jego tytuł i wiedza zostały odarte z wszelkiej wartości, poglądy zaś ośmieszone. Pomyślał o swoim ojcu i poświęceniach, jakich dokonał, żeby umożliwić mu studiowanie. Pomyślał o trudnościach, jakie sam pokonywał przez te wszystkie lata... Nie, powiedział sobie. Nie może przystać na te zarzuty, nie próbując przynajmniej walczyć. Toteż, przyciskając brzuch, aby pokonać niestrawność, wycelował palec w kanclerza.

– Bylibyście zdolni rzucić wyzwanie cechowi nauczycieli na podstawie kalumnii?

– Kalumnii? – powtórzył Philippus tonem pełnym sarkazmu. – Nie opowiadajcie głupstw, magister. Wasze odniesienia do Arystotelesa nie ograniczają się do dzisiejszego dnia, dobrze o tym wiemy. Ponadto wiemy, że posiadacie księgi z dziedziny filozofii naturalnej. Zakazane księgi.

Suger poczerwieniał z gniewu i wstydu. Nie miał już wątpliwości, zastawiono na niego pułapkę.

– Z jakiego właściwie powodu się tu znalazłem? Chcecie mnie upokorzyć? Chcecie potwierdzić wyższość teologii nad naukami medycznymi?

– Nie, to jedynie wstęp. – Kanclerz pozwolił sobie na półuśmieszek, odsłaniając swoją prawdziwą osobowość. W porównaniu z nim Roland z Cremony był bezbronnym kotkiem. – Celem jest powiadomienie was, że wasze przewinienia mogą doprowadzić do ekskomuniki.

– Wasza Wielebność, to niesłychane! – zaprotestował Suger. – Moim zdaniem to zbyt ostre posunięcie.

– Nie nazwałbym go zbyt ostrym, ale dającym się uniknąć. – Philippus poruszył się na krześle, jakby dla odwrócenia uwagi. – Znalaz­łoby się bezbolesne rozwiązanie.

– Wygnanie – powiedział dobitnie brat Roland, szybki niczym cios sztyletem.

Suger o mało nie zemdlał.

– Nie możecie żądać, żebym opuścił paryskie Studium... – rzekł zdławionym głosem. Na samą myśl o tym poczuł się tak, jakby spadał do studni bez dna, i o mało nie runął na kolana. – Nauki medyczne to całe moje życie! Są dla mnie wszystkim! Nie pojmujecie? Gdybym porzucił to życie...

– Skargi nie zdadzą się na nic – upomniał go Philippus, prawie niewzruszony.

– Macie słuszność, ale czy gdybym przysiągł, że już nigdy więcej nie będę szerzył filozofii naturalnej...

– Już to raz uczyniliście, kiedy powierzono wam katedrę. Jak widać, na nic się to zdało.

– Jak jednak możecie wymagać, żebym odszedł, bez racjonalnego powodu, po tylu latach ciężkiej pracy...

– Zastanówcie się dobrze – przerwał mu kanclerz. – Naznaczony ekskomuniką nigdy nie znajdziecie zajęcia godnego waszych kwalifikacji, ani w Paryżu, ani nigdzie indziej.

To prawda, pomyślał Suger. Żadna szkoła nie zatrudniłaby magistra obłożonego anatemą. Choćby najgenialniejszego. Był wstrząśnięty, upór wszakże tylko pogarszał sprawę. Zarzut był bowiem uzasadniony. Doskonale wiedział, że kościelne dekrety zakazywały kategorycznie czytania i komentowania ksiąg na temat filozofii naturalnej, zarówno publicznie, jak i potajemnie, pod karą ekskomuniki. Przed nim wielu innych nauczycieli zostało zmuszonych do wyjazdu do Tuluzy, aby móc dalej nauczać Arystotelesa i uniknąć prześladowań. Lecz nie potrafił znieść myśli, że pokonają go Philippus Cancellarius i jego lizusy. Bezsilność szarpała mu wnętrzności, podsycając pełną pogardy złość, serce ściskała mu jednak przede wszystkim rozpacz. Co teraz zrobi? Dokąd pójdzie? Ogarnięty kłębowiskiem uczuć rzucił się do przodu i rąbnął pięścią w skryptorium.

– Nie myślcie, że na tym koniec! – syknął. Po czym przygryzł wargi, przypomniawszy sobie znienacka o innej kwestii. – Zresztą nie łudźcie się, że przestanę praktykować, zanim nie przygotuję mojego ucznia do bakalaureatu.

– Mowy nie ma – rzekł przez zęby brat Roland. – Wasz uczeń zostanie oddany pod opiekę o wiele bardziej kompetentnych nauczycieli. Musicie ruszać natychmiast.

– Dalejże, ojcze, bądźcie miłosierni – udobruchał go kanclerz, udając spokój. – Zostawmy naszemu magistrowi tę nędzną pociechę. W końcu wkrótce w Paryżu nie będzie już miejsca dla tych, którzy nauczają kłamstw Arystotelesa. – Jego tłuste policzki rozciągnęły się w uśmiechu. – Suger z Petit-Pont znajduje się ledwie na początku długiej listy.

Doprowadzony do ostateczności medyk z trudem się powstrzymał, by nie rzucić się na swych oskarżycieli. Następnie dostrzegł za plecami dwóch strażników.

Wywlekli go na zewnątrz, upokarzając jeszcze bardziej.

4

Ulice Dzielnicy Łacińskiej zamieniły się w rwącą rzekę. Rozdarta między euforią a gwałtownością ciżba rozpychała się niczym przerażone stado. W miejscach wzmożonego zgiełku oddziały straży przepytywały przechodniów i zatrzymywały jak największą liczbę chłopców. Przesłuchiwały, krzyczały, biły. Wszędzie mówiło się o osadzie Świętego Marcelego i o napaści ze strony kilku żaków. Zniszczono jakąś gospodę. Wielu karczmarzy twierdziło, że zostali poturbowani i że im grożono. To byli żacy, powiadano wszędzie. Trudno było wyłuskać pewne wiadomości. Trudno było oddzielić prawdę od kłamstwa.

Straże prepozyta szukały winnych w osiedlach żaków. Przemoc podsycana zapalczywością młodych przekształciła próbę przywrócenia porządku w małe zamieszki. Tak oto w ruch poszły obelgi i ciosy. Oraz miecze.

Bernard spoglądał wyzywająco na trzech zbirów w głębi przecznicy na lewym brzegu. Za jego plecami chował się przerażony i drżący Ramón.

– I co, kanalie – ryknął jeden z siepaczy – powiadają, że to wy sprowadziliście nieszczęście na Świętego Marcelego!

– Mieliśmy wczoraj w nocy sprzeczkę, to prawda – usiłował wyjaśnić Bernard – ale nie wyrządziliśmy szkód. Nie jesteśmy tymi, których szukacie.

– A dla mnie to byłeś właśnie ty – orzekł jeden z nich. – To podbite oko mówi samo za siebie. Skąd masz tego siniaka?

– To nie wasza sprawa – odparował chłopiec. – Wytłumaczę wszystko kanclerzowi.

– Popatrz, popatrz, jaki mądrala – roześmiał się szyderczo zbrojny, zwracając się do kompanów. – Chce się wypłakać kanclerzowi.

Kolejny zbir wystąpił naprzód. Sterczący brzuch, tępy wzrok.

– Lepiej spuść z tonu, chłopcze. Skoro nie jesteś winny, udowodnij to. Powiedz, kto to był.

Bernard znał imiona winowajców albo przynajmniej domyślał się, kto to mógł być. To jego towarzysze ze Studium. Banda rozjuszonych młodzików, zgoda, ale z pewnością nie źli ludzie. Mieli marzenia i plany na przyszłość, zupełnie tak samo jak on. Nigdy nie wydałby ich w ręce straży prepozyta jak zwykłych rzezimieszków, nie zamierzał też jednak przejść nad tym do porządku dziennego. Jak tylko wyplącze się z kłopotów, porozmawia o tym z magistrem Sugerem. On będzie wiedział, co robić.

Umocniony tym postanowieniem młodzieniec z uporem wprowadził je w życie.

– Nie gadam ze zbirami! – Podniósł głos, wypowiadając dobitnie każde słowo: – Jestem uczniem Studium, nie zwykłym obywatelem. Wyjawię imiona winnych komu trzeba.

– Nie przeciągajmy tego. To ty jesteś winny! Ty i twój kompan! – Strażnik o sterczącym brzuchu zacisnął pięści, aż mu zatrzeszczały stawy. – Poprosimy o potwierdzenie twojego małego przyjaciela. Zdaje się, że jest bardziej uległy. Będzie mówił.

Mężczyzna rzucił się na Ramóna, lecz Bernard stanął w obronie swego towarzysza.

– Odsuń się! – zawołał, odpychając napastnika.

Strażnik upadł w błoto, ale podniósł się niezdarnie i pokazał pięści.

– Bo inaczej co zrobisz?

– Tchórz! – młodzieniec spiorunował go wzrokiem. – Jesteście zwykłymi tchórzami!

Były to ostatnie słowa, jakie wyszły z ust Bernarda. Zbiry natarły na niego jednocześnie. A on, mimo że pod naporem ciosów, obelg, skórzanych i żelaznych zbroi, nadal myślał, iż zostanie bakałarzem. A potem medykiem. A potem magistrem.

Dokładnie tak jak Suger, jedyny człowiek, którego kiedykolwiek darzył szacunkiem.

5

Wypędzony z Paryża!

Suger opuścił Kapitułę z podkulonym ogonem. Wiele razy już miał zawrócić, gotów błagać biskupa o łaskę, jeśli będzie trzeba. Potem jednak zrezygnował. Mimo że był dumny z natury, nie miał lwiego serca. Philippus Cancellarius cieszył się olbrzymią władzą i jeszcze większymi wpływami. W obliczu kolejnego sprzeciwu z pewnością kazałby go zakuć w dyby.

Suger był tak przybity, że zamiast zwrócić się do cechu nauczycieli, jął szukać gospody. Po drodze zdał sobie jednak sprawę, że właś­nie się ściemnia, i przypomniał sobie o Szwabie. Pewnie już zdążył się ocknąć, lepiej wracać do domu.

Na ulicach panowała cisza. Niedawny zgiełk ustał. Dotarłszy na lewy brzeg, medyk ominął gromadę chłopców, zanim zaś ich śmiechy umilkły, poczuł, że ktoś chwyta go za ramię.

Przytłoczony zbyt wieloma nieszczęściami, odwrócił się gwałtownie pełen jak najgorszych intencji, ku swemu ogromnemu zdumieniu ujrzał wszakże Ramóna.

– No, czego chcesz? – zapytał obcesowo.

Chłopiec płakał.

– Magister... Magister... Stało się coś strasznego...

– Coś strasznego? – powtórzył mężczyzna, odsuwając się.

– Bernard...

Suger drgnął. Złapał Ramóna za ramiona i jął nim potrząsać.

– Co mu się stało?

– Nie żyje – załkał chłopiec. – Zabili go!

– To nieprawda – odepchnął go medyk.

– Właśnie że tak! – Zrozpaczony Ramón padł na kolana. – Zginął w mojej obronie... A ja uciekłem jak tchórz... – Zaczął walić pięściami o ziemię. – Uciekłem, kiedy oni go tłukli!

Sugerowi wydawało się przez chwilę, że to zły sen.

– Ale jak... Kto...

– To straże.

– Straże prepozyta... – domyślił się Suger, przypomniawszy sobie słowa kanclerza.

– Tak, to one.

Medyk, któremu świat nagle zawirował przed oczami, położył dłoń na głowie Ramóna. Wyczuł pod palcami jego rude kędziory. Ścis­nął je, jakby nie chciał stracić kontaktu z rzeczywistością.

– Jesteś pewien, że...

Chłopiec skinął głową. Nie był w stanie mówić.

Suger zostawił go klęczącego, targanego mdłościami. Ruszył przed siebie niczym lunatyk, usiłując zrozumieć, co się z nim dzieje. Nie czuł bólu, tak jak to było po śmierci ojca, ale coś, czego nie potrafił wyrazić. Uzmysłowiwszy sobie, że ma twarz zalaną łzami, spróbował wytrzeć ją dłońmi, nie zdołał wszakże przestać płakać. Czuł się pusty w środku. Najpierw odebrano mu dążenia, teraz uczucia. Wraz z Bernardem odeszła też jakaś część jego samego. Ktoś, kim chciałby być. Bo jak się nad tym zastanowić, Suger nauczył się od Bernarda o wiele więcej, niż sam zdołał mu wpoić.

Kiedy przygniatała go boleść, w głowie jęły mu się kłębić różne myśli. W ciemnościach samolubne podszepty kazały mu się zastanowić, czy w jakiś sposób nie można go powiązać z tą sprawą. Śmierć żaka nie pozostanie niezauważona. Na pewno będą szukać jego magistra. Cech podniesie wrzawę, wieść rozniesie się po całym Paryżu...

Muszę zadbać o siebie, powiedział sobie w duchu. I poczuł się jak robak. Słusznym byłoby wrócić do Kapituły, ogłosić, co się stało, i poszukać winnych. Ponadto odczuwał niemal fizyczną potrzebę, by uklęknąć przed ciałem Bernarda, pożegnać się z nim po raz ostatni i podziękować za radość, jakiej doświadczył, mogąc choć raz złożyć swe nadzieje w kimś innym. Albowiem w owych rzadkich chwilach, gdy Suger myślał o starości, widział się opuszczony przez wszystkich z wyjątkiem tego chłopca... Bernard mógł zostać o wiele znakomitszym magistrem, niż on by kiedykolwiek był, i mógłby go napełnić dumą jak syn.

Mój Bernard, pomyślał po raz ostatni. Właśnie tak pozwolił mu odejść, wyobrażając sobie, jak sunie po falach Sekwany i coraz bardziej się oddala.

Gdy Suger dotarł do własnego domu, opanowało go jakieś niezdrowe odrętwienie. Wydawało się, że nawet zmysły dotyku i wzroku osłabły, a w uszach rozbrzmiewało głośne brzęczenie.