Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 599 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Labirynt kości - James Rollins

Labirynt kości, najnowsza powieść Jamesa Rollinsa, to kontynuacja serii Sigma Force.

W chorwackich górach archeolog dokonuje dziwnego odkrycia: podziemna katolicka kaplica, ukryta przez wieki, skrywa szczątki neandertalki. Z kolei na ścianach okolicznych pieczar znajdują prymitywne obrazy opowiadające o ogromnej bitwie pomiędzy plemionami neandertalczyków a monstrualnymi, tajemniczymi postaciami. Kim jest ten tajemniczy wróg przedstawiony na dawnych rysunkach i co te obrazy oznaczają?

Zespół dochodzeniowy Sigma Force zostanie zaatakowany, zanim zdąży odkryć jakiekolwiek odpowiedzi. W tym samym czasie w Atlancie ma miejsce brutalny napad na ośrodek badawczy zajmujący się badaniami nad ssakami naczelnymi. Co łączy te dwa, na pozór niezwiązane ze sobą, zdarzenia? Kto za nimi stoi? Poszukiwaniem prawdy zajmie się agent Sigmy, komandor Gray Pierce, który będzie musiał cofnąć się 50 tysięcy lat wstecz. Gray i Sigma będą śledzić ewolucję ludzkiej inteligencji, by dotrzeć aż do jej źródła, i włączą się w apokaliptyczną walkę o przyszłość gatunku ludzkiego, która szybko ogarnie cały świat… i nie tylko.

Pierce i jego zespół będą musieli stawić czoła starożytnemu złu, wskrzeszonemu przez współczesną genetykę, wystarczająco silnemu, aby doprowadzić do końca dominacji człowieka na Ziemi.

Opinie o ebooku Labirynt kości - James Rollins

Fragment ebooka Labirynt kości - James Rollins

O książce

Jakie są źródła naszej inteligencji?Skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy?Czy eksperymenty genetyczne to początek nowegorozdziału historii ludzkości?Czy początek końca?

Wielki Skok

Tak naukowcy nazywają eksplozję kreatywności homo sapiens, która nastąpiła przed pięćdziesięcioma tysiącami lat i wiązała się z rozwojem ludzkiego mózgu.

Atak na naukowców

Grupa badaczy wysłana do systemu jaskiń w Chorwacji, gdzie znaleziono neandertalskie szkielety, zostaje zaatakowana. Nieznani sprawcy uprowadzają francuskiego paleontologa i brytyjskiego geologa i kradną znalezisko. Amerykance Lenie Crandall i watykańskiemu uczonemu udaje się ukryć przed napastnikami, są jednak uwięzieni w jaskiniach.

Uprowadzenie w Atlancie

Tego samego dnia komandosi wdziera]ą się do ośrodka badań nad naczelnymi pod Atlantą i porywają siostrę bliźniaczkę Leny i jej wyjątkowego podopiecznego – młodego goryla.

Akcja ratunkowa

Agenci Sigma Force nie po raz pierwszy muszą się rozdzielić. Komandor Cray Pierce i jego partnerka Seichan podążają na pomoc Lenie Crandall, a Monk Kokkalis leci do Chin. Są bardziej zdeterminowani niż kiedykolwiek, bo nie tylko ratują świat przed katastrofą – to akurat robią nie po raz pierwszy – ale muszą ocalić kolegę.

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne (Mapa Trzech Mędrców, Czarny zakon, Wirus Judasza, Klucz zagłady, Ołtarz Edenu, Kolonia Diabła, Linia krwi, Oko boga), których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy.

www.jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKAAMAZONIAOŁTARZ EDENUEKSPEDYCJAPODZIEMNY LABIRYNTCykl SIGMA FORCEBURZA PIASKOWAMAPA TRZECH MĘDRCÓWCZARNY ZAKONWIRUS JUDASZAKLUCZ ZAGŁADYOSTATNIA WYROCZNIAKOLONIA DIABŁALINIA KRWIOKO BOGASZÓSTA APOKALIPSAJames Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓWEWANGELIA KRWINIEWINNA KREWWkrótcePIEKIELNA KREW

Tytuł oryginału: THE BONE LABYRINTH

Copyright © James Czajkowski 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Jan Kabat 2016

Redakcja: Marta Gral

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-370-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla Warped Spacers,grupy, która wspomagała mnie od samego początku…I dzięki której wciąż wypadam dobrze.

Podziękowania

Tak wielu ludzi pozostawiło na tej książce swoje odciski palców. Doceniam ich wszelką pomoc, krytyczne uwagi i zachętę. Przede wszystkim muszę podziękować moim pierwszym czytelnikom, pierwszym redaktorom i kilkorgu najlepszych przyjaciół. Są to: Sally Anne Barnes, Chris Crowe, Lee Garrett, Jane O’Riva, Denny Grayson, Leonard Little, Scott Smith, Judy Prey, Caroline Williams, Christian Riley, Tod Todd, Chris Smith i Amy Rogers. I, jak zwykle, na szczególne podziękowania zasługuje Steve Prey za wspaniałe mapy… i Cherei McCarter za niesamowite wiadomości, które pojawiały się w mojej skrzynce e-mailowej! Także David Sylvian za spełnianie wszystkiego, o co prosiłem, i pilnowanie, bym pokazywał się – cyfrowo – od jak najlepszej strony! Dziękuję wszystkim w wydawnictwie HarperCollins za bezustanne wsparcie. Oto oni: Michael Morrison, Liate Stehlik, Danielle Bartlett, Kaitlyn Kennedy, Josh Marwell, Lynn Grady, Richard Aquan, Tom Egner, Shawn Nicholls i Ana Maria Allessi. Na koniec, oczywiście, szczególne wyrazy uznania pod adresem ludzi odgrywających znaczącą rolę na każdym etapie powstawania książki – to moja redaktorka Lyssa Keusch i jej współpracownica Rebecca Lucash, moi agenci Russ Galen i Danny Baror (wraz z ich córką Heather Baror). I, jak zawsze, muszę podkreślić, że odpowiedzialność za wszelkie błędy w tej książce, dotyczące zarówno faktów, jak i szczegółów, spada wyłącznie na moje barki; mam nadzieję, że nie ma ich zbyt wiele.

Zapiski historyczne

W Labiryncie kości główną rolę odgrywają dwie postacie historyczne: księża, których życie dzieliły wieki, ale których złączył los.

Ojciec Atanazy Kircher uchodził w XVII wieku za Leonarda da Vinci zakonu jezuitów. Podobnie jak da Vinci, duchowny ów opanował do mistrzostwa wiele dziedzin wiedzy. Studiował medycynę, geologię i egiptologię, konstruował też skomplikowane urządzenia, między innymi zegar magnetyczny (którego kopia znajduje się w Green Library Uniwersytetu Stanforda). Ten renesansowy człowiek i jego dzieła oddziaływały przez wieki na wybitne jednostki, takie jak Kartezjusz i Newton, Jules Verne i Edgar Allan Poe.

I nie tylko na nich.

Ojciec Carlos Crespi urodził się wieki później, w roku 1891. Zainspirowany dokonaniami Kirchera, stał się mnichem o rozlicznych talentach. Był botanikiem, antropologiem, historykiem i muzykiem. W końcu osiedlił się jako misjonarz w niewielkim miasteczku w Ekwadorze, gdzie przez pięćdziesiąt lat pełnił służbę bożą. Właśnie tam wszedł w posiadanie ogromnego skarbu – pradawnych złotych artefaktów, dostarczanych mu przez rdzennych mieszkańców regionu z plemienia Shuarów. Przedmioty te pochodziły rzekomo z rozległego systemu jaskiń ciągnących się przez całą szerokość Ameryki Południowej i skrywających, jak głoszono, zaginioną bibliotekę pradawnych ksiąg z metalu i kryształu. Relikty te opatrzone były zagadkowymi rysunkami i nieznanym pismem.

Niektórzy archeologowie uważali, że artefakty te są wynikiem fałszerstwa; inni wierzyli w opowieści duchownego dotyczące ich pochodzenia. Tak czy inaczej, w roku 1962 doszło do tajemniczego pożaru, który strawił muzeum, gdzie przechowywano większość tych przedmiotów, te zaś, które ocalały, znalazły się pod kluczem ekwadorskich władz.

W jakim stopniu opowieść ojca Crespiego jest prawdą, a w jakim czystym zmyśleniem? Nie wiadomo. Mimo wszystko nikt nie kwestionuje, że ten pobożny mnich wierzył w to, co mówi, ani tego, że taki skarb istniał.

Co więcej, w roku 1976 na poszukiwanie podziemnej biblioteki wyruszył zespół wojskowo-naukowy, który ostatecznie dotarł do niewłaściwego systemu jaskiń. Dziwnym trafem ekspedycją tą kierował Amerykanin – nie kto inny, jak Neil Armstrong, pierwszy człowiek, który stanął na Księżycu.

Co skłoniło do owej wyprawy tego amerykańskiego bohatera samotnika – człowieka, który rzadko udzielał wywiadów? Odpowiedź ma związek z jeszcze większą tajemnicą, podważającą fundamenty naszego miejsca w świecie.

Zapiski naukowe

Fundamentalna tajemnica związana z naszym pochodzeniem – z tym, co czyni nas ludźmi – zawiera się w jednym pytaniu: Dlaczego jesteśmy tacy mądrzy?

Ewolucja ludzkiej inteligencji wciąż stanowi dla naukowców i filozofów zagadkę. Owszem, można prześledzić rozwój naszego mózgu od najwcześniejszych hominidów aż do pojawienia się około 200 tysięcy lat temu Homo sapiens. Nie wiadomo jednak, dlaczego nasz gatunek – nagle i w sposób niewytłumaczalny – przed 50 tysiącami lat rozwinął inteligencję.

Antropologowie nazywają ten moment w czasie Wielkim Skokiem. Ujawnia się on w skamielinach jako gwałtowna erupcja sztuki i muzyki, a nawet postęp w rozwoju oręża. Pod względem anatomicznym w rozmiarach naszego mózgu nie zmieniło się nic, co mogłoby wytłumaczyć ten niespodziewany rozwój pomysłowości, a jednak, aby mogło dojść do tak nagłego rozwoju, jeśli chodzi o inteligencję i świadomość, musiało wydarzyć się coś fundamentalnego. Mnożą się teorie przypisujące ów fakt zmianom klimatycznym i mutacjom genetycznym, wskazuje się nawet na dietę i rodzaj pokarmów.

Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że przez ostatnie 10 tysięcy lat nasze mózgi się kurczyły – dzisiaj są mniejsze o całe 15 procent. Co oznacza ta zmiana? Co zwiastuje na przyszłość? Odpowiedź zawiera się być może w rozwiązaniu zagadki Wielkiego Skoku. Jak dotąd jednak nie pojawiło się niepodważalne wyjaśnienie owego kluczowego momentu w historii ludzkości.

Do dnia dzisiejszego.

Biorąc pod uwagę to, co zostaje ujawnione w tej książce, rodzi się jeszcze bardziej niepokojące pytanie: Czy stoimy u progu drugiego Wielkiego Skoku, czy też jesteśmy skazani na to, by po raz kolejny się cofnąć?

Inteligencja stanowi przypadek ewolucji i niekoniecznie korzyść.

Isaac Asimow

Miarą inteligencji jest zdolność do zmian.

Albert Einstein

Jesień, 38 000 lat p.n.e.Południowe Alpy

– Biegnij, dzieciaku!

Las za ich plecami rozświetlały ognie. Przez cały miniony dzień płomienie gnały K’ruka i jego córkę w coraz wyższe partie zaśnieżonych gór. Ale to nie dławiący dym czy palący żar budziły największy strach K’ruka. Patrzył uważnie za siebie, starając się dostrzec myśliwych, którzy podpalili las podczas pościgu, lecz nigdzie nie zauważył śladu wroga.

Słyszał jednak w dali wycie wilków, wielkich bestii poddających się woli myśliwych. Wydawało się, że wataha jest teraz bliżej, zaledwie w sąsiedniej dolinie.

Spojrzał z troską ku słońcu usadowionemu tuż przy horyzoncie. Czerwonawa poświata na niebie przypomniała mu o obietnicy ciepła, które tam czekało, o jaskiniach biegnących pod zielonymi wzgórzami i czarną skałą, gdzie wciąż płynęła woda, o gęstwinie na niższych zboczach, rojących się od jeleni i bizonów.

Wyobraził sobie płonące jasno domowe ognie, mięso na ruszcie ociekające tłuszczem, który spada w sykliwe płomienie, klan zbierający się w jednym miejscu przed nocnym spoczynkiem. Tęsknił do tego dawnego życia, choć wiedział, że owa ścieżka jest już dla niego zamknięta – a zwłaszcza dla córki.

Usłyszawszy przenikliwy krzyk bólu, spojrzał przed siebie. Onka poślizgnęła się na omszałym kamieniu i upadła ciężko na ziemię. Zwykle trzymała się pewnie na nogach, ale uciekali od trzech długich dni.

Pospieszył do niej i dźwignął ją, młode oblicze lśniło od strachu i potu. Przez chwilę dotykał jej policzka. W delikatnych rysach twarzy córki dostrzegał cień jej matki, uzdrowicielki klanu, która umarła krótko po urodzeniu Onki. Zanurzył palec w ognistych włosach dziewczynki.

Takie jak u twojej matki…

Zauważył jednak w jej twarzy coś więcej – wszystko, co czyniło ją odmienną. Nawet jako dziewczynka licząca sobie zaledwie dziewięć wiosen nos miała cieńszy niż ktokolwiek z klanu K’ruka. Jej czoło było gładsze, nie tak grubo ciosane. Patrzył w niebieskie oczy, jasne jak letnie niebo. Ten ich błysk i rysy wskazywały, że jest istotą mieszaną, kimś, kto kroczy w połowie drogi między ludem K’ruka a tymi, którzy przybyli niedawno z południa, osobnikami o cieńszych kończynach i szybszej mowie.

Powiadano, że tak wyjątkowe dzieci są omenami i że fakt ich narodzin dowodzi, iż dwa plemiona – nowe i dawne – są w stanie żyć w pokoju. Pewnie nie w tych samych jaskiniach, ale mogą dzielić tereny łowieckie. I gdy te dwa plemiona zaczęły się do siebie zbliżać, rodziło się więcej dzieci podobnych Once. Otaczano je czcią. Patrzyły na świat innymi oczami, zostawały wielkimi szamanami, uzdrowicielami albo myśliwymi.

A potem, przed dwoma dniami, przybył mieszkaniec sąsiedniej doliny. Był śmiertelnie ranny, ale wciąż miał dość siły, by ostrzec przed potężnym wrogiem, przed rozlewającą się po górach klątwą. W sąsiedniej dolinie zjawił się w znacznej sile tajemniczy klan, który polował na tak wyjątkowe istoty jak Onka. Żadnemu plemieniu nie wolno było dać schronienia takim dzieciom. Te, które to czyniły, wyrzynano.

Usłyszawszy to, K’ruk pojął, że nie może narażać swego klanu ani pozwolić, by Onkę zabrano. Uciekł więc z córką, ktoś jednak musiał powiedzieć o tym wrogowi.

Powiedzieć o Once.

Nie pozwolę, by cię wzięli.

Wziął ją za rękę i ruszył szybszym krokiem, ale już wkrótce dziewczynka częściej się potykała, niż szła przed siebie, kulejąc z powodu zranionej kostki. Kiedy wspięli się na grań, wziął ją na ręce i spojrzał na rozciągający się w dole las. U jego krawędzi płynął strumień. Obietnica wody.

– Możemy tam odpocząć – powiedział, wskazując to miejsce. – Ale tylko na krótką…

Z lewej strony dobiegł trzask gałęzi. Przykucnąwszy czujnie, K’ruk posadził córkę na ziemi i uniósł dzidę z kamiennym grotem. Zza osłony zwalonych drzew wyłoniła się szczupła postać odziana w skóry reniferów. Ich spojrzenia się spotkały. Choć nie padło słowo, K’ruk wiedział, że ten ktoś jest – jak Onka – narodzony z odmiennych duchów. Po jego ubiorze i skórzanym sznurze, którym przewiązywał kudłate włosy, można się było jednak zorientować, że nie pochodzi z klanu K’ruka, lecz z jednego z plemion o szczupłych kończynach, które zjawiły się w górach później.

Za ich plecami rozległo się wycie; wydawało się jeszcze bliższe.

Obcy przekrzywił głowę i zaczął nasłuchiwać; potem uniósł dłoń i skinął. Padły słowa, ale K’ruk ich nie zrozumiał. W końcu tamten po prostu zamachał ręką, wskazując strumień, po czym ruszył w dół zalesionego zbocza.

K’ruk zastanawiał się, czy podążyć za nim, lecz po chwili znów usłyszał wycie wrogich wilków, pospieszył więc za swym przewodnikiem. Z Onką w ramionach niemal biegł, by dotrzymać kroku zwinnemu człowiekowi. Gdy dotarli do strumienia, okazało się, że czekają tam już na nich inni, dziesięcio-, dwunastoosobowa grupa; niektórzy byli młodsi od Onki, inni garbili się ze starości. Nosili znaki różnych klanów.

Coś ich jednak łączyło.

Wszyscy byli owocem odmiennych duchów.

Obcy podszedł bliżej i osunął się na kolano przed Onką; dotknął palcem jej czoła i przesunął nim po jej policzku, bez wątpienia rozpoznając w dziewczynce jedną ze swoich.

Córka K’ruka też wyciągnęła rękę i dotknęła znaku na czole obcego: blizn ułożonych we wzór o dziwnym spiczastym kształcie.

Onka wodziła palcem po gruzełkach, jakby znajdowała w nich ukryte znaczenie. Mężczyzna się uśmiechnął – najwyraźniej wiedział, że dziewczynka rozumie.

Wyprostował się i położył sobie dłoń na piersi.

– Teron – przemówił.

K’ruk wiedział, że to jego imię, ale obcy powiedział coś potem szybko, machając na jednego ze starszych, który wspierał się ciężko na grubym sękatym kiju.

Starzec podszedł i odezwał się w mowie ludu K’ruka.

– Teron mówi, że dziewczynka może się do nas przyłączyć. Wyruszymy przez wysoką przełęcz, którą Teron zna i która jest wolna od lodu, ale jeszcze tylko przez kilka dni. Jeśli zdążymy przed wrogiem, myśliwi zgubią nasz ślad.

– Dopóki śniegi się nie roztopią. – K’ruk nie krył troski.

– Upłynie jeszcze wiele księżyców, my zaś do tej pory umkniemy, a ślady po nas znikną.

Dobiegające z dali wycie wilków przypomniało im, że w tej chwili ich ślady są widoczne.

Starszy człowiek zdawał sobie z tego sprawę.

– Musimy wyruszać, zanim nas dopadną.

– I zabierzecie moją córkę? – spytał K’ruk, popychając Onkę ku Teronowi.

Ten chwycił K’ruka za ramię i ścisnął je mocnymi palcami, składając w milczeniu obietnicę.

– Przyjmiemy ją – zapewnił stary człowiek. – I będziemy jej strzec. Lecz w czasie tej długiej wędrówki przydadzą się nam twoje silne plecy i ostra włócznia.

K’ruk cofnął się o krok i mocniej ujął drzewce swej broni.

– Wrogowie nadchodzą zbyt szybko. Do utraty tchu będę odwodził ich od waszych śladów albo powstrzymywał dostatecznie długo, byście mogli dotrzeć do przełęczy.

Napotkał spojrzenie córki, w której załzawionych oczach malowało się zrozumienie.

– Ojcze…

Poczuł ból w piersi.

– To jest teraz twój klan, Onko. Ci ludzie zabiorą cię do lepszej krainy, gdzie będziesz bezpieczna i wyrośniesz na silną kobietę. Jestem tego pewien.

Dziewczynka wyrwała się z objęć Terona, podbiegła do ojca i zarzuciła mu ręce na szyję.

Z żalem, który dławił go tak jak córkę, uwolnił się od niej i przekazał ją Teronowi, ten zaś otoczył dziewczynkę ramieniem. K’ruk nachylił się i dotknął czołem czoła Onki; żegnając się z nią, wiedział, że nigdy więcej jej nie zobaczy.

Potem wyprostował się, odwrócił i oddalił od strumienia, by ruszyć w górę zbocza, skąd dochodziło wycie wilków – ale on słyszał jedynie za plecami żałosny płacz córki.

Żyj dobrze, moje dziecko.

Zaczął się wspinać szybciej, zdecydowany chronić ją za wszelką cenę. Gdy dotarł do grani, pospieszył w stronę, z której dochodziło zawodzenie bestii posłusznych myśliwym. Nawoływania napływające z sąsiedniej doliny nabrały mocy.

Ruszył biegiem, sadził wielkie susy.

Gdy słońce się zniżyło, pogrążając dolinę w cieniach, dotarł do następnej grani. Zwolnił kroku i zaczął schodzić po zboczu uważniej, czujniej, zwłaszcza że wilki w tej chwili ucichły. Podążał nisko pochylony, od cienia do cienia, po nawietrznej, przy każdym kroku zważając, by nie nadepnąć na gałąź.

W końcu, gdy mógł dojrzeć dno doliny, dostrzegł jakiś ruch. Wilki. Jedna z bestii ukazała w całej pełni swój kształt, który w niczym nie przypominał wilka. Sierść miała gęsto skołtunioną. Masywny tułów pokrywały blizny. Wargi cofnęły się, obnażając długie żółte kły.

Choć serce waliło mu w piersi, K’ruk wciąż kucał, czekając, aż pojawią się władcy tych monstrualnych potworów.

Wreszcie zza drzew wyłoniły się wyższe kształty. Największy z nich stanął w całej okazałości i po raz pierwszy odsłonił swe oblicze.

K’ruk zamarł na ten widok i poczuł, jak ogarnia go lodowate przerażenie.

Nie, to niemożliwe…

Mimo wszystko ścisnął włócznię mocniej i zerknął przez ramię.

Uciekaj, Onko. Uciekaj i nigdy się nie zatrzymuj.

Rzym, Państwo KościelneWiosna 1669

Nicolaus Steno prowadził młodego emisariusza przez czeluści muzeum Collegium Romanum. Obcy miał na sobie gruby płaszcz, a jego buty były zabłocone – świadectwo pośpiechu i działania w ukryciu.

Niemiecki posłaniec przybywał od Leopolda I, Świętego Cesarza Rzymskiego na północy. Przesyłka, którą wiózł, przeznaczona była dla drogiego przyjaciela Nicolausa, ojca Atanazego Kirchera, twórcy tego muzeum.

Emisariusz patrzył z otwartymi ustami na liczne osobliwości, które tu zgromadzono: egipskie obeliski, mechaniczne cuda, które tykały i pomrukiwały, strzeliste kopuły w górze, ozdobione znakami astronomicznymi. Spojrzenie młodego człowieka przyciągnęła bryła bursztynu z zachowaną we wnętrzu jaszczurką.

– Nie ociągaj się – pouczył Nicolaus wysłannika i pociągnął go za sobą.

Znał każdy zakątek tego miejsca, wszystkie oprawione woluminy, w większości dzieła pana owego muzeum. Spędził tu niemal cały rok, przysłany przez swego dobroczyńcę, wielkiego księcia Toskanii, w celu przestudiowania znajdujących się w tym miejscu skarbów, tak aby móc stworzyć własny gabinet osobliwości w książęcym pałacu we Florencji.

Wreszcie dotarł do wysokich dębowych drzwi i załomotał w nie pięścią.

– Wejść – odpowiedział głos z drugiej strony.

Nicolaus pociągnął masywne drzwi i wprowadził emisariusza do niewielkiego gabinetu, oświetlonego przez głownie z zamierającym ogniem.

– Przepraszam, że ci przeszkadzam, wielebny ojcze.

Niemiecki wysłannik osunął się bezzwłocznie na jedno kolano przed szerokim biurkiem i skłonił głowę.

Człowiek pochylony nad stosem ksiąg wydał przeciągłe westchnienie. Trzymał gęsie pióro, którego czubek zastygł nad wielkim pergaminem.

– Zjawiłeś się, by znów przejrzeć mój zbiór? Powinienem cię uprzedzić, że numeruję zgromadzone tu księgi.

Na twarzy Nicolausa pojawił się uśmiech.

– Obiecuję zwrócić ci mój egzemplarz Mundus Subterraneus, gdy tylko obalę w pełni wiele z twych twierdzeń, które są tam zawarte.

– Czyżby? Rozumiem, że wprowadzasz ostatnie poprawki do własnego dzieła dotyczącego podziemnych tajemnic skał i kryształów.

Nicolaus skłonił w odpowiedzi głowę.

– W rzeczy samej. Lecz zanim ci je przedstawię, z pokorą przyjmę wnikliwą analizę kogoś takiego jak ty.

Gdy przybył tu przed rokiem, obaj spędzili wiele długich nocy na głębokich dyskursach odnoszących się do licznych aspektów nauki, teologii i filozofii. Choć Kircher był starszy o trzydzieści siedem lat i zasługiwał na szacunek, cenił każdego, kto był gotów rzucić mu wyzwanie. Na dobrą sprawę już przy pierwszym spotkaniu obaj spierali się zajadle o pracę, którą Nicolaus ogłosił drukiem dwa lata wcześniej, a w której dowodził, że glossopetrae czy też „kamienne języki” osadzone w skałach to w rzeczywistości zęby pradawnych rekinów. Ojciec Kircher przejawiał podobne zainteresowanie kośćmi i reliktami przeszłości zachowanymi w warstwach skalnych. Prowadzili gorące debaty nad genezą owych tajemnic. I w takim to tyglu poszukiwań naukowych zaczęli żywić wobec siebie podziw, szacunek i ponad wszystko przyjaźń.

Spojrzenie ojca Kirchera spoczęło na emisariuszu, wciąż wspierającym się na kolanie przed zasłanym księgami biurkiem.

– A kim jest twój towarzysz?

– Przybywa z przesyłką od Leopolda Pierwszego. Wydaje się, że cesarz zapamiętał dostatecznie dużo ze swej jezuickiej edukacji, by dostarczyć ci coś ważnego. Zwrócił się do wielkiego księcia, by ten nakazał mi przedstawić ci tego człowieka niezwłocznie i z zachowaniem wszelkiej tajemnicy.

Ojciec Kircher odłożył gęsie pióro.

– Intrygujące.

Obaj wiedzieli, że obecny cesarz przejawia zainteresowanie nauką i światem natury, wpojone mu przez uczonych jezuickich, którzy czuwali nad edukacją władcy, gdy ten był młody. Dopóki śmierć starszego brata z powodu ospy nie zmusiła Leopolda do zajęcia tronu na zimnej północy, był on przeznaczony do stanu duchownego.

Ojciec Kircher pomachał do posłańca.

– Dość tej śmiesznej pozy, mój dobry człowieku. Wstań i przekaż mi to, z czym wyprawiono cię w tak długą drogę.

Emisariusz podniósł się i ściągnął z głowy kaptur, odsłaniając twarz młodzieńca, który nie mógł liczyć sobie więcej niż dwadzieścia wiosen. Wyjął z sakwy podróżnej grubą kopertę zalakowaną cesarską pieczęcią. Zbliżył się do biurka, położył ją na nim, po czym szybko się cofnął.

Kircher zerknął na Nicolausa, a ten wzruszył jedynie ramionami, dając tym do zrozumienia, że też nie zna szczegółów sprawy.

Duchowny wziął do ręki nóż i przeciął pieczęć; gdy otworzył kopertę, wysunął się z niej niewielki przedmiot i spadł na biurko. Była to kość w otoczce krystalicznej skały. Marszcząc czoło, Kircher wyjął z koperty dołączony do przesyłki pergamin i rozłożył go. Nawet z odległości kilku kroków Nicolaus mógł się zorientować, że jest to szczegółowa mapa wschodniej Europy. Ojciec Kircher studiował ją przez krótką chwilę.

– Nie pojmuję znaczenia tego wszystkiego – wyznał. – Tej mapy i tego kawałka starej kości. Nie ma tu listu objaśniającego.

Emisariusz odezwał się wreszcie w języku włoskim, naznaczonym silnym akcentem:

– Cesarz wybrał mnie, bym przekazał drugą połowę wiadomości, słowa, które przysiągłem powierzyć swej pamięci i ujawnić jedynie tobie, wielebny ojcze.

– I co to za słowa?

– Cesarz zna ciekawość, którą żywisz wobec pradawnej przeszłości, wobec sekretów zagrzebanych w trzewiach Ziemi, i prosi cię o pomoc w zbadaniu tego, co zostało odkryte w miejscu zaznaczonym na mapie.

– Cóż można tam znaleźć? – spytał Nicolaus. – Więcej kości takich jak ta? – Podszedł do biurka i przyjrzał się skamielinie w otoczce białawej skały. Wyczuwał niezmierzoną pradawność tego, na co patrzył.

– I do kogo należą te kości? – spytał Kircher. – W czyim spoczywają grobie?

Młody człowiek odpowiedział, a jego słowa były szokujące. A potem, nim któryś z mężczyzn zdążył się odezwać, emisariusz dobył szybkim ruchem sztylet i poderżnął sobie gardło od ucha do ucha. Trysnęła krew, gdy się zakrztusił i osunął, najpierw na kolana, a potem na podłogę.

Nicolaus rzucił się na ratunek młodemu człowiekowi, przeklinając tak brutalną konieczność. Wydawało się, że te ostatnie słowa przeznaczone były jedynie dla ojca Kirchera i dla niego, a raz wypowiedziane, nigdy nie miały być powtórzone.

Ojciec Kircher wyszedł zza biurka i przyklęknął, ujmując rękę młodzieńca w dłonie.

– Czy mogłaby to być prawda? – zwrócił się do Nicolausa.

Ten przełknął z trudem ślinę, zatrwożony tą ostatnią wieścią, wypowiedzianą przez skrwawione teraz usta.

Te kości… to szczątki Adama i Ewy.

CZĘŚĆ PIERWSZAKREW I CIENIE∑

1

Żupania Karlowacka, Chorwacja29 kwietnia, godzina 10.32 czasu miejscowego

Nie powinno nas tu być.

Cień przesądnego strachu sprawił, że Roland Novak zatrzymał się na serpentynie szlaku. Osłonił oczy przed blaskiem porannego słońca i wlepił wzrok w skalisty wierzchołek. W dali gromadziły się czarne chmury.

Według chorwackich podań ludowych – opowieści, których nasłuchał się w dzieciństwie – podczas burzowych nocy na szczycie góry Klek zbierały się czarownice i wróżki, a ich krzyki słychać było aż w sąsiednim mieście Ogulin. Krążyły historie o nieostrożnych i pechowych nieszczęśnikach, których spotykał koszmarny los.

Dzięki takim legendom szczyt góry pozostawał przez wieki nietknięty ludzką stopą. Jednakże zmieniło się to w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci, gdy strzeliste urwiska grani zaczęły w coraz większym stopniu przyciągać miejscowych wspinaczy. Nie to jednak stanowiło powód, dla którego Roland i pozostali zdecydowali się tego ranka na ryzyko pokonania północnej ściany.

– To już niedaleko – zapewnił Alex Wrightson. – Będzie najlepiej, jak wyjdziemy stamtąd przed burzą.

Brytyjski geolog, który prowadził ich czwórkę, sprawiał wrażenie równie twardego jak te szczyty, ale musiał być pod siedemdziesiątkę. Pomimo chłodu nosił krótkie spodnie khaki, odsłaniając mocne, żylaste nogi. Białe jak śnieg włosy, gęstsze niż rzednąca blond czupryna Rolanda, chowały się pod kaskiem alpinistycznym.

– Mówi tak już po raz trzeci – mruknęła Lena Crandall do Rolanda. Jej pokryte cienką warstwą potu policzki błyszczały po godzinie wspinaczki, mimo to nie wyglądała na zmęczoną. Miała jednak tylko dwadzieścia kilka lat, a jej znoszone buty wskazywały, że często chodzi po górach. Popatrzyła w niebo, obserwując strzelistą ścianę ciemnych chmur. – Na szczęście zdążyłam przyjechać tu dzień wcześniej. Kiedy zacznie się burza, te góry utoną w wodzie, nie wiadomo na jak długo.

Jakby świadoma groźby, grupa zwiększyła tempo marszu na nieoznakowanym szlaku. Lena rozpięła kurtkę termoizolacyjną i podciągnęła na ramionach taśmy plecaka z emblematem Uniwersytetu Emory’ego, jej Alma Mater w Atlancie. Było to właściwie wszystko, co Roland wiedział o tej Amerykance, prócz tego, że jest biologiem molekularnym specjalizującym się w genetyce i że ściągnięto ją z Instytutu Maxa Plancka w Lipsku, gdzie była na stypendium. I podobnie jak Roland, nie znała powodu, dla którego została tak nagle wezwana przez brytyjskiego geologa i jego partnera, francuskiego paleontologa.

Podczas wspinaczki doktor Dayne Arnaud rozmawiał przyciszonym głosem z Wrightsonem i choć Roland nie potrafił zrozumieć słów Francuza, zniekształconych dodatkowo przez silny akcent, widać było, że naukowiec jest najwyraźniej poirytowany. Jak dotąd żaden z mężczyzn nie zdradził jakichkolwiek szczegółów dotyczących celu wyprawy ani tego, co odkryto tam na miejscu.

Roland zmusił się do cierpliwości. Dorastał w Zagrzebiu, ale znał wszystkie opowieści o tym szczycie w Górach Dynarskich. Jego wierzchołek w sposób niepokojący przypominał leżącego olbrzyma. Powiadano, że to gigant Klek, który walczył z bogiem Volosem i został za swą zniewagę przemieniony w kamień. Nim się to jednak stało, poprzysiągł, że pewnego dnia ocknie się ze snu i dokona na ludziach zemsty.

Roland poczuł dreszcz przesądnego niepokoju.

Gigant lubił ostatnio pomrukiwać.

Region ten podatny był na trzęsienia ziemi, co zapewne zrodziło legendę o drzemiącym olbrzymie. Zeszłego miesiąca okolicę nawiedził kataklizm o sile 5,2 stopnia w skali Rychtera, powodując pęknięcie dzwonnicy średniowiecznego kościoła w pobliskim mieście Ogulin.

Roland podejrzewał, że wydarzenie to ma związek z tym, co odkryli ci dwaj, geolog i paleontolog. Kiedy grupa obeszła skalisty występ i zagłębiła się w gęsty sosnowy zagajnik, jego przypuszczenia się potwierdziły. Nieco dalej od urwiska oderwał się wcześniej wielki kawał skały i runął w las, powalając drzewa i tocząc się niszczycielsko przez okolicę, jakby kroczył tu sam potężny Klek.

– Miejscowy obserwator ptaków natknął się na to pobojowisko po trzęsieniu ziemi w zeszłym miesiącu – wyjaśnił Wrightson, kiedy podążali ścieżką biegnącą przez labirynt głazów i roztrzaskanych pni. – Pojawił się tu wczesnym rankiem i zdążył zobaczyć parę unoszącą się spomiędzy kilku głazów, co dowodzi, że pod ziemią znajduje się system jaskiń.

– I sądzi pan, że to ostatnie trzęsienie ziemi umożliwiło dostęp do tego systemu? – spytała Lena.

– Owszem. – Brytyjczyk machnął ręką. – Nic w tym zaskakującego. Cały łańcuch jest tu zbudowany głównie ze skał krasowiejących. Opady i liczne źródła zamieniły ten teren w pełen cudowności geologiczny plac zabaw. Podziemne rzeki, otwory odpływowe, jaskinie. Czego tylko dusza zapragnie.

Roland spojrzał na Arnauda.

– Ale znaleźliście tu coś jeszcze prócz jakiejś starej jaskini?

Wrightson zerknął przez ramię, oczy błyszczały mu radosnym podnieceniem.

– Nie zepsujemy niespodzianki, prawda, doktorze Arnaud?

Paleontolog mruknął coś skwaszony, co pasowało do grymasu, który wykrzywiał mu bezustannie rysy. Podczas gdy Brytyjczyk był towarzyski i otwarty, Francuz stanowił jego mroczny cień, zawsze posępny i nieżyczliwy. Arnaud był tylko o kilka lat starszy od Rolanda, który miał trzydzieści dwa lata, ale sposób bycia przydawał mu jakby wieku. Roland podejrzewał, że irytacja Francuza wiąże się ich obecnością, jego i Amerykanki. Wiedział, że niektórzy naukowcy bywają zazdrośni o swoje poletko.

– Ach, jesteśmy na miejscu – oznajmił Wrightson, podchodząc do wierzchołka drabiny, która wystawała z niepozornej dziury w ziemi.

Skupiony na celu wyprawy Roland nie zauważył postaci czekającej w cieniu pobliskiego głazu, dopóki potężnie zbudowany mężczyzna nie pojawił się w blasku słońca. Miał na ramieniu karabin. Choć był ubrany po cywilnemu, jego sztywna postawa, ostro zaprasowane kanty spodni i stalowy błysk w oku wskazywały na wyszkolenie wojskowe. Nawet czarne włosy były ostrzyżone na jeża; przypominały nastroszoną myckę.

Zagadał coś do Arnauda po francusku.

Roland nie mówił w tym języku, ale sądząc po postawie strażnika, nie był on podwładnym paleontologa, raczej kimś, kto jest mu równy. Mężczyzna wskazał ciemniejące niebo, jakby rozważał, czy wolno im zejść na dół. W końcu zaklął, podszedł do stojącego obok generatora i szarpnął linkę; rozległ się warkot silnika.

– To musi być komendant Henri Gerard – wyjaśnił Wrightson. – Z Chasseurs Alpins, elitarnego francuskiego oddziału strzelców alpejskich. Pilnuje wraz ze swoimi ludźmi tego miejsca.

Roland rozejrzał się, próbując dostrzec innych żołnierzy, ale bez powodzenia.

– Smutna, ale nieodzowna konieczność, jak się obawiam – ciągnął brytyjski geolog. – Kiedy ten obserwator ptaków odkrył możliwe wejście do jaskiń, skontaktował się z klubem speleologów. Na szczęście dla nas jego członkowie przestrzegają ścisłych zasad postępowania w takich przypadkach. Kiedy sobie uświadomili, co znajduje się na dole, zabezpieczyli znalezisko i skontaktowali się z francuskimi kolegami, którzy zajmowali się zabezpieczaniem tak słynnych jaskiń, jak Chauveta i Lascaux.

Roland, który znał historię sztuki, pojmował, dlaczego wzmianka o tych dwóch jaskiniach jest tak istotna. Były znane ze swych paleolitycznych malowideł stworzonych przez najdawniejszych przodków współczesnego człowieka. Spojrzał w stronę otworu w ziemi, domyślając się, co tam jest.

Tak jak Lena.

– Znaleźliście tam dzieła sztuki jaskiniowej?

Wrightson uniósł brew.

– Och, znaleźliśmy znacznie więcej. – Spojrzał na Rolanda. – Dlatego skontaktowaliśmy się z Watykanem, ojcze Novak… i dlatego został ksiądz ściągnięty z Chorwackiego Uniwersytetu Katolickiego w Zagrzebiu.

Roland zajrzał w głąb ziemnego tunelu. Gdy w dali rozległ się grzmot, dotknął odruchowo koloratki.

Arnaud odezwał się z tym swoim silnym akcentem, nie kryjąc pogardy:

– Ma być ksiądz świadkiem cudu, który odkryliśmy, i poddać go weryfikacji.

Godzina 11.15

Lena zeszła po drabinie za Wrightsonem i Arnaudem. Podczas drogi w dół towarzyszył im kabel biegnący od generatora do reflektorów rzucających pod ziemią słabe światło. Tak jak pozostali, miała na głowie kask zaopatrzony w czołówkę. W uszach rozbrzmiewał jej łomot serca, skutek ekscytacji, ale też klaustrofobii.

Spędzała większość czasu zamknięta w laboratoriach genetycznych, wpatrzona w mikroskop albo monitor komputera. W każdej wolnej chwili uciekała tam, gdzie mogła obcować z przyrodą. Ostatnimi czasy były to tereny parkowe ciągnące się wzdłuż rzeki przecinającej Lipsk. Tęskniła za zalesionymi terenami, które otaczały jej poprzedni ośrodek naukowy niedaleko Atlanty. Tęskniła też za siostrą bliźniaczką – która również była biologiem molekularnym zajmującym się genetyką – wciąż pracującą nad ich wspólnym projektem w Stanach, podczas gdy Lena zajmowała się podrzędną robotą w Europie, co oznaczało od szesnastu do osiemnastu godzin dziennie spędzonych na odtwarzaniu pradawnego kodu na podstawie resztek kości albo zęba.

Jeśli ta jaskinia rzeczywiście była stanowiskiem paleolitycznym bogatym w skamieniałe szczątki i artefakty, to domyślała się roli, jaka jej tu przypadła: zebrać próbki do analizy laboratoryjnej. Instytut Maxa Plancka cieszył się zasłużoną opinią ośrodka, gdzie specjaliści potrafili uzyskać DNA ze starych kości i zrekonstruować jego pradawne sekwencje.

Lena, schodząc po drabinie, spoglądała między stopy i zastanawiała się, co znajdzie na dole. Żałowała, że nie ma tu jej siostry; chciałaby się dzielić z nią tą chwilą.

Usłyszała nad głową ciche westchnienie, gdy ojciec Novak poślizgnął się nieznacznie na drabinie, ale szybko odzyskał równowagę. Zmarszczyła czoło, znów zadając sobie pytanie, co robi tu ksiądz. W trakcie podróży z Zagrzebia wdała się z nim w rozmowę i dowiedziała, że wykłada na uniwersytecie historię średniowieczną; wydawało się to dziwne jak na kogoś, kto ma spenetrować prehistoryczną jaskinię.

Dotarła w końcu na dół, gdzie Wrightson pomógł jej stanąć na ziemi i dał znak, żeby ruszyła za Arnaudem, który przygarbiony zagłębiał się w tunel. Schyliła głowę pod niskim sklepieniem, ale i tak uderzała o nie kaskiem, wprawiając w ruch strumień światła czołówki. Powietrze było tutaj cieplejsze niż na górze, ale jednocześnie gęste od wilgoci – wapienne ściany lepiły się przy dotyku, podłoże pokrywał śliski osad.

Po krótkiej wędrówce idący przodem Arnaud wyprostował się wreszcie. Stanęła obok niego, zmagając się ze skurczem pleców – po czym zastygła zdumiona widokiem, który ukazał się jej oczom.

Otwierała się przed nimi jaskinia najeżona stalaktytami i stalagmitami. Ściany pokryte były polewami naciekowymi, sklepienie zaś przybrane wyszukanymi żyrandolami spiralnych i białych jak śnieg kryształów – od skręconych cieniutkich słomek po grube i długie niczym poroże.

– Spektakularny przykład heliktytów – oznajmił Wrightson, dostrzegając zaskoczenie Leny. – Tego rodzaju speleotemy powstają za sprawą zjawiska kapilarnego, dzięki któremu woda przenika mikroskopijne szczeliny. Potrzeba około wieku, by narosło kilka centymetrów.

– Zdumiewające – wyszeptała, bojąc się, że nawet jej oddech może naruszyć te kruche na pierwszy rzut oka cuda.

– Od tego miejsca zachowajcie ostrożność. Stąpajcie tylko po drabinach, które ułożyliśmy na podłodze jaskini. To, co zachowane pod stopami, jest równie ważne jak to, co znajduje się u góry.

Paleontolog znów ruszył przodem, krocząc po cienkim chodniku ze stalowych stopni prowadzącym w głąb jaskini. Po obu stronach rozstawiono panele świetlne zasilane z generatora na powierzchni. Lena zauważyła jakieś obiekty, które zaściełały podłoże, pokryte i przytwierdzone do miejsca przez osady kalcytu. Pod warstwą kryształu dostrzegała kształty zwierzęcych czaszek i kości nóg.

– Zachował się tu istny skarbiec życia prehistorycznego. – Wcześniejszą mrukliwość Arnauda zastąpił zachwyt. Wskazał głową jeden z obiektów. – Nietknięta tylna kończyna Coleodonta antiquitatis.

– Nosorożca włochatego – wyjaśniła Lena.

Arnaud spojrzał na nią i na jego twarzy pojawił się cień szacunku, ale też nieco obraźliwego zaskoczenia.

– Zgadza się.

Wskazała artefakt spoczywający na cokole ze złamanego stalagmitu, czaszkę przemienioną w kamień za sprawą strumyków kalcytu.

– Jeśli się nie mylę, pochodzi to od Ursus spelaeus.

– Cieszącego się złą sławą niedźwiedzia jaskiniowego – przyznał z niechęcią Arnaud, a Wrightson zachichotał.

Lena skryła uśmiech.

Wet za wet, pomyślała.

– Umiejscowienie wskazuje, że był to prawdopodobnie totem. Możecie zauważyć z przodu czarną plamę po dawnym dole ogniowym. Płomienie zapewne rzucały na ścianę w głębi cień czaszki zwierzęcia.

Lena wyobraziła sobie tę scenę, próbując dociec, co taki pokaz wywoływał w duszach pradawnych ludzi, którzy uczynili z tej jaskini swój dom.

Gdy zmierzali ku przeciwległemu krańcowi jaskini, paleontolog identyfikował inne rzadkie skarby: rogi antylopy saiga, czaszkę bizona, stos kłów mamucich, nawet kompletne szczątki orła przedniego. Wszędzie widać było mniejsze czarne smugi, oznaczające zapewne odrębne paleniska domowe.

W końcu przemierzyli mniejszą jaskinię i wkroczyli do rozległej komory, która wielokrotnie przewyższała pod względem rozmiarów tę pierwszą. Sklepienie wznosiło się na wysokości kilku kondygnacji. Piętrowy autobus zawróciłby tu bez trudu.

– A teraz główny punkt programu – oznajmił Wrightson, wysuwając się na czoło i krocząc po kolejnych prowizorycznych stopniach.

Nikt nie musiał pokazywać Lenie cudowności tej jaskini. Na ścianach, w ich dolnej części, widniały ogromne petroglify przedstawiające wszelkie przejawy życia i obrazy świata naturalnego. Niektóre stworzono prawdopodobnie za pomocą węgla drzewnego, inne wyryto w czarnej skale, by odsłonić jaśniejsze odcienie pod spodem. Kilka obrazów odznaczało się żywszymi barwami, uzyskanymi za pomocą pradawnych pigmentów.

Lenę jednak najbardziej uderzało ich czyste piękno. Nie były to proste sylwetki czy nieporadne scenki, lecz dzieła prawdziwego artyzmu. Zdawało się, że końskie grzywy chłoszczą powietrze i powiewają. Bizony przedstawiono w tumanie nóg, jakby zostały uchwycone w ruchu. Jelenie unosiły całymi stadami poroże, jakby chciały schwytać lecące w górze orły. Przez tę masę zwierząt pędziły lwy i leopardy, które polowały albo same uciekały przed prześladowcą. Z boku, wznosząc się na tylnych łapach, stał samotny i ogromny niedźwiedź jaskiniowy, który górował nad całym tym obrazem.

Lena, rozglądając się na wszystkie strony, z trudem trzymała się wyznaczonej trasy.

– Niezwykłe. Szkoda, że moja siostra tego nie widzi.

– Wszystko to wielokrotnie przewyższa bazgroły z jaskini w Lascaux, czyż nie? – zauważył z szerokim uśmiechem Wrightson. – Ale to jeszcze nie koniec.

– Co pan ma na myśli? – spytał ojciec Novak.

– Powinniśmy im pokazać to, co mają przed oczami, ale nie widzą? – zwrócił się Brytyjczyk do Arnauda.

Francuz wzruszył ramionami.

Wrightson skierował ich uwagę na środek pomieszczenia. Widoczna na podłożu rozległa czarna plama o średnicy dwóch metrów oznaczała miejsce, w którym kiedyś musiało się znajdować wielkie ognisko. Umieszczono tam trójnóg z oświetleniem.

Geolog przyklęknął obok panelu z pokrętłami, podłączonego do przewodu zasilającego.

– Bądźcie tak dobrzy i zgaście czołówki.

Kiedy wykonali polecenie, przekręcił jeden z włączników i w tym momencie zgasły wszystkie światła. Spłynęła na nich gęsta ciemność.

– A teraz zostaniecie przeniesieni w przeszłość sprzed czterdziestu tysięcy lat – oświadczył Wrightson śpiewnym głosem konferansjera cyrkowego.

Rozległ się trzask włącznika i światło zabłysło na nowo; jego źródłem był wprawdzie tylko potrójny panel pośrodku jaskini, ale okazał się dostatecznie silny, by początkowo oślepić, zwłaszcza że drgał i przygasał.

Lena uświadomiła sobie, że to imitacja płomieni ogniska.

W pierwszej chwili nie dostrzegła sensowności takiego pokazu, ale usłyszała westchnienie, które wyrwało się ojcu Novakowi. Podążyła za spojrzeniem duchownego i popatrzyła na ściany. Tańczyły tam teraz gigantyczne cienie, wznosząc się znacznie wyżej niż znajdujące się pod spodem petroglify. Były rzucane przez krąg stalagmitów wyrastających z podłoża jaskini. Dopiero teraz dostrzegła, w jaki sposób zostały wycięte i wyrzeźbione, przewiercone i ukształtowane, a wszystko po to, by stworzyć tę mroczną armię na ścianie.

Sylwetki odznaczały się wyraźnie ludzkim kształtem, ale niektóre miały zakrzywione rogi, inne zaś unosiły włócznie. Migotliwe światło stwarzało też wrażenie ruchu zwierząt widniejących poniżej, jakby ogarnęła je panika. Samotny niedźwiedź jaskiniowy stał teraz obrócony przodem do jednej z postaci, ale bok potężnego zwierzęcia przebijała cienista włócznia. Jego wcześniejszy ryk wściekłości wydawał się teraz zdławionym krzykiem cierpienia.

Lena obracała się powoli, zahipnotyzowana tymi obrazami, i czuła, jak przenika ją jakiś pierwotny strach. Nawet ojciec Novak przeżegnał się przezornie.

– Dość tej głupoty – warknął Arnaud.

Wrightson przychylił się do jego zdania i po chwili włączono pozostałe światła.

Lena odetchnęła głęboko, wciągając w płuca powietrze o ziemistym zapachu; poczuła stalowe stopnie pod butami i powróciła do rzeczywistości.

– Jestem… pod wrażeniem – zdołała wymamrotać. – Ale co to według was oznacza? Jakieś przedstawienie polowania, dowód sprawności plemienia, które potrafiło wytropić i upolować zwierzynę?

Przez chwilę panowało milczenie, w końcu przerwał je ojciec Novak.

– To raczej ostrzeżenie – powiedział i pokręcił nieznacznie głową, jakby nie potrafił wyrazić własnych uczuć.

Lena to rozumiała. Ten pokaz nie był sławieniem umiejętności posługiwania się włócznią i maczugą. Przypominał raczej zniewagę, coś brutalnego i groźnego.

– Rozwiązywanie takich zagadek to nie wasze zadanie – oświadczył Arnaud, prowadząc ich dalej. – Nie dlatego was tu przyprowadziliśmy.

Ruszył w głąb jaskini, gdzie znajdowało się łukowato sklepione wyjście z pokrytego malowidłami pomieszczenia. Kiedy mijali jeden z rzeźbionych stalagmitów, Lena chciała się zatrzymać i obejrzeć go dokładniej, by się przekonać, jak ci pradawni ludzie zdołali osiągnąć taką iluzję kształtu i ruchu, lecz Arnaud zmusił ich do szybszego kroku.

Dalej nie było już paneli świetlnych. W jaskini, do której prowadziło łukowate sklepienie, panowała ciemność. Lena znów włączyła czołówkę. Snop światła przebił mrok, ukazując krótki tunel, który kończył się kruszejącą ścianą.

Arnaud poprowadził ich wzdłuż łagodnego wzniesienia ku końcowi korytarza.

– Zamurowano to – zauważył ojciec Novak, najwyraźniej równie zaskoczony jak Lena.

– Nie jest to robota ludzi paleolitycznych – zauważyła i przesunęła dłońmi po cegłach połączonych spoiwem. – Ale jest stara.

Wrightson zbliżył się i pochylił, żeby skierować światło na wybitą w murze dziurę wielkości dorosłego człowieka.

– Za tą przeszkodą pasaż ciągnie się przez kolejne pięćdziesiąt metrów, a potem kończy zawałem starego tunelu. Sądzę, że ten korytarz stanowił pierwotne wejście do systemu jaskiń. Ktoś go najwyraźniej zamurował, żeby uniemożliwić komukolwiek dostęp, a potem jakieś dawne trzęsienie ziemi zapieczętowało go jeszcze skuteczniej.

Lena stanęła obok niego i zajrzała do dziury.

– Ale to, co zamknęło jedno trzęsienie ziemi, drugie otworzyło na nowo.

– Właśnie. Pogrzebane sekrety powracają swoim utartym zwyczajem na powierzchnię.

– Co jest za tą ścianą? – spytał ojciec Novak.

– Tajemnice, z powodu których wezwaliśmy was oboje. – Wrightson odchylił się i wskazał dziurę w murze.

Ogarnięta bezgraniczną ciekawością Lena przeszła przez otwór pierwsza, podążając za światłem czołówki. Ściana miała grubość około sześćdziesięciu centymetrów. Po drugiej stronie ukazała się nieduża komora, obłożona ze wszystkich stron cegłami; przypominała niewielką kaplicę.

Do Leny przyłączył się ojciec Novak, oświetlając sklepienie podtrzymywane przez krzyżujące się podwójne łuki.

– Poznaję tę architekturę – odezwał się wyraźnie poruszony. – Tego rodzaju gotycka konstrukcja jest charakterystyczna dla średniowiecza.

Lena ledwie go słyszała; skupiała całą uwagę na wnęce w jednej z bocznych ścian. Została ona wykuta w naturalnej skale. W środku, w płytkiej niszy podłogowej, spoczywał szkielet; kościste ręce były skrzyżowane na piersi, wszystko zaś otaczał idealny krąg kamieni. W jego obrębie, wokół szczątków, umieszczono starannie mniejsze kości – żebrowe, nadgarstkowe, policzkowe – tworząc skomplikowany i przemyślany wzór.

– Czy mógł to być grobowiec jednego z tych ludzi, którzy zapieczętowali dawno temu tunel? – spytał Novak.

– Sądząc po kształcie miednicy, był to mężczyzna. – Lena nachyliła się bardziej, poprawiając ułożenie czołówki, by uzyskać lepsze oświetlenie. – Ale popatrzcie na czaszkę, na czoło. Jeśli się nie mylę, są to szczątki Homo neanderthalensis.

– Neandertalczyka?

Skinęła głową.

Novak spojrzał na nią.

– Słyszałem, że podobne szczątki odkryto także w innych rejonach Chorwacji.

– Owszem. W jaskini Vindija.

Lena zaczęła rozumieć, dlaczego ją tu ściągnięto. To właśnie Instytut Maxa Plancka przeprowadził analizę DNA szczątków z Vindiji. Odkrycie to umożliwiło ośrodkowi opracowanie pierwszego kompletnego genomu neandertalczyka.

– Ale wydawało mi się, że neandertalczycy nie tworzyli w jaskiniach malowideł – powiedział Novak, spoglądając w stronę głównej jaskini.

– To dyskusyjne – odparła. – W Hiszpanii znajduje się jaskinia El Castillo. Tamtejsze komory pełne są przykładów ówczesnej sztuki: odcisków dłoni, rysunków przedstawiających zwierzęta, abstrakcyjnych wzorów. Datowanie wskazuje, że niektóre mogły być dziełem neandertalczyków. Ale rzecz jest wciąż nierozstrzygnięta i ma ojciec rację, jeśli chodzi o stopień wyrafinowania tych malowideł. Najpiękniejsze petroglify, jak te odkryte we Francji w jaskiniach Lascaux i Chauveta, zostały stworzone przez wczesnego człowieka. Nikt jak dotąd nie znalazł jakichkolwiek stworzonych przez neandertalczyków dzieł sztuki jaskiniowej o takiej złożoności.

Niewykluczone, że do tej chwili.

Zza ich pleców dobiegł głos Arnauda; Francuz wszedł do kaplicy za Wrightsonem:

– Właśnie dlatego, doktor Crandall, poprosiliśmy o pomoc panią i innych biologów specjalizujących się w genetyce. Chodzi o ustalenie, czy mieszkańcy jaskini rzeczywiście byli neandertalczykami. A jeśli tak, to dzięki czemu osiągnęli ten niezwykły poziom artyzmu.

Lena skierowała strumień światła ku tylnej części grobowca, w stronę ostatniego dzieła sztuki, petroglifu w kształcie gwiazdy, stworzonego z odcisków dłoni. Duże ślady rąk miały czerwonawobrązowy odcień, przywodzący na myśl zaschniętą krew.

Wyjęła telefon komórkowy i zrobiła kilka zdjęć miejsca pochówku, potem skupiła uwagę na szczątkach w płytkim zagłębieniu, zastanawiając się, czy te odciski są dziełem spoczywającego w tym miejscu neandertalczyka. Przypomniała sobie też przerażające cienie, które tańczyły na ścianie, a także słowa księdza Novaka.

Ostrzeżenie.

Brytyjski geolog odchrząknął znacząco.

– Co prowadzi nas do następnej tajemnicy… tej, która jest przeznaczona dla ojca Novaka.

Godzina 11.52

Słysząc swoje nazwisko, Roland oderwał spojrzenie od szczątków. Czy nie jest już dostatecznie wielką tajemnicą, dlaczego ktoś umieścił zwłoki neandertalczyka w pomieszczeniu, które wygląda jak średniowieczna kaplica? – pomyślał.

– Ostatni krok, mój dobry człowieku – powiedział Wrightson i wskazał kolejny otwór w ceglanym murze. Według wcześniejszych słów geologa wejście to prowadziło ku miejscu, gdzie tunel ciągnął się niegdyś aż do samej powierzchni.

Zaintrygowany Roland przecisnął się na drugą stronę i oświetlił drogę, ale nie dostrzegł niczego szczególnego z wyjątkiem równoległych rys wyrzeźbionych głęboko w podłożu pokrytym warstwami kalcytu.

Wrightson stanął obok niego i skrzywiony patrzył na widoczne ślady.

– Wygląda, jakby ktoś wyciągał stąd coś ciężkiego. To ten ktoś najprawdopodobniej zamurował tunel.

– I uważa pan, że dopomogę w odkryciu tej tajemnicy? – spytał Roland.

– Nie wiem, ale jestem pewien, że w pewnej sprawie okaże się ksiądz przydatny. – Wrightson ujął go za ramiona i obrócił twarzą w stronę muru za ich plecami. Dopiero teraz duchowny dostrzegł metalową płytkę przytwierdzoną do ściany; przypominała tabliczkę nagrobną. – Coś jest tu napisane. – Wrightson zbliżył się ze światłem. – Po łacinie.

Roland zmrużył oczy. Upływ czasu i korozja zamazały niektóre z wyrytych liter, ale była to bez wątpienia łacina, zdołał więc zidentyfikować kilka fragmentów tekstu, włącznie z ostatnim wersem i podpisem osoby, która zostawiła to przesłanie.

– Reverende Pater in Christo, Athanasius Kircher – odczytał głośno, a potem przetłumaczył. – „Wielebny ojciec w Chrystusie, Atanazy Kircher”. – Zerknął zszokowany na Wrightsona. – Wiem… wiem, kim był. Pisałem rozprawę o tym duchownym i jego dziele.

– Czego jestem w pełni świadomy. Właśnie dlatego Watykan wyznaczył księdza do tego zadania. – Brytyjczyk wskazał tabliczkę. – A pozostała część tekstu?

Roland pokręcił głową.

– Mogę odczytać tylko fragmenty. Niewykluczone, że dysponując czasem i odpowiednim rozpuszczalnikiem, zdołałbym rozszyfrować coś więcej. Ale najdłuższy wers, jaki mogę w tej chwili przetłumaczyć, brzmi z grubsza: „Niechaj nikt tędy nie przechodzi, by nie narazić się na gniew samego Boga”.

– Trochę za późno, jak się obawiam – wymamrotał Wrightson.

Roland nie zwrócił uwagi na te słowa, tylko przyglądał się uważnie tabliczce.

Oto było kolejne ostrzeżenie.

Gdzieś z dali dobiegło do nich echo gromu. Burza zaatakowała w końcu góry.

– Czas na nas – powiedział Wrightson i poprowadził Rolanda z powrotem przez kaplicę, zabierając po drodze dwoje pozostałych uczestników wyprawy. Kiedy dotarli do głównej komory, geolog wskazał drogę przed sobą. – Powinniśmy wyjść na powierzchnię, zanim…

Przerwał mu ogłuszający huk gromu. I wtedy nagle zgasło oświetlenie jaskini, a im pozostały tylko czołówki. Z rozciągającej się przed nimi ciemności dobiegł odległy krzyk.

Tym razem jednak nie były to głosy czarownic rodem z jakiegoś pradawnego folkloru.

Dotarło do nich echo ognia broni palnej.

Arnaud chwycił Rolanda za ramię.

– Zaatakowano nas!

2

Lawrenceville, Georgia29 kwietnia, godzina 6.08 czasu miejscowego

Budzi go przerażenie.

Łoskot w uszach zmusza do ruchu. Zsuwa się z łóżka, gdy przed jego oczami pojawia się na mgnienie oka obraz, twarz…

Matka.

Podbiega przez ciemny pokój do okna i uderza w szybę najpierw otwartymi dłońmi, potem pięściami. W jego piersi narasta ciśnienie, aż w końcu staje się nie do zniesienia. Wyzwala ryk frustracji.

Wreszcie w górze zapala się światło i za oknem pojawia się twarz, która wlepia w niego spojrzenie. Nie ta, którą pragnie zobaczyć.

Przysuwa kciuk do brody, a potem powtarza ten gest raz za razem.

Matka, matka, matka…

Godzina 6.22

Gwałtowne pukanie do drzwi obudziło Marię w jej gabinecie. Ożywiona lekką paniką, podniosła się gwałtownie. Czuła w krtani łomot serca. Otwarta książka, którą trzymała na kolanach, spadła na podłogę. By przypomnieć sobie, gdzie jest, potrzebowała ułamka sekundy – nie więcej; spędzała w pracy wiele godzin.

Starając się uspokoić, obrzuciła spojrzeniem monitor na biurku. Na ekranie przesuwały się dane ostatniej analizy genetycznej. Zasnęła, czekając na wyniki.

Do diabła… wciąż oblicza.

– Tak? – zdołała wychrypieć.

– Doktor Crandall – usłyszała głos zza drzwi. – Przepraszam, że panią niepokoję, ale Baako narobił rabanu. Pomyślałem, że powinna pani wiedzieć.

Wyprostowała się szybko, rozpoznając nosową wymowę studenta gospodarki hodowlanej z Uniwersytetu Emory’ego.

– W porządku, Jack, zaraz przyjdę.

Dźwignęła się na nogi, łyknęła zwietrzałej dietetycznej coli z puszki na biurku, żeby pozbyć się porannej suchości w ustach, i wyszła na korytarz.

Czekał tam na nią Jack Russo, student, który pełnił dyżur.

– Co się stało? – spytała, starając się stłumić nutę oskarżenia w głosie, ale jej matczyne instynkty nadały słowom twarde brzmienie.

– Nie wiem. Czyściłem kilka pustych klatek, kiedy dostał szału.

Stanęli pod drzwiami, które prowadziły do kwatery Baako. Niżej miał własny pokój zabaw, sypialnię i klasę, oddzielone od pozostałej części obiektu. W ciągu dnia mógł pod nadzorem biegać po czterdziestohektarowym zalesionym obszarze, stanowiącym poligon doświadczalny należący do Yerkes National Primate Research Center – Centrum Studiów nad Naczelnymi. Główny ośrodek znajdował się pięćdziesiąt kilometrów dalej, na terenie Uniwersytetu Emory’ego w Atlancie.

Uważała, że to i tak za blisko. Wolała autonomię i swobodę, jakimi mogła cieszyć się tutaj, w Lawrenceville. Jej projekt badawczy był praktycznie niezależny od tego, czym zajmowano się w ośrodku, i finansowany przez agencję DARPA, dzięki grantowi na nową prowadzoną pod auspicjami Białego Domu inicjatywę BRAIN, w której zajmowano się wykorzystaniem zaawansowanych neurotechnologii do badań nad mózgiem.

Mając dwa doktoraty – z genomiki i nauk behawioralnych – Uniwersytetu Columbia, została, wraz ze swoją siostrą Leną, wytypowana do tego niezwykłego projektu naukowego: badania ewolucji ludzkiej inteligencji. Dodatkowe fundusze pochodziły z Instytutu Maxa Plancka, gdzie zajmowano się antropologią ewolucyjną i gdzie jej siostra bliźniaczka nadzorowała obecnie równoległe badania nad najnowszymi osiągnięciami genomiki.

Maria stanęła pod drzwiami na najniższej kondygnacji, przesunęła kartę przez czytnik elektroniczny i weszła do środka; Jack podążał tuż za nią. Student był wyższy od niej o głowę i miał na sobie zbyt obszerny kombinezon roboczy khaki z emblematem uniwersyteckim na ramieniu. Cały czas pocierał się nerwowo po szorstkiej koziej bródce takiego samego blond koloru jak długie rozczochrane włosy, które na hipsterską modłę przewiązywał opaską.

– W porządku – starała się uspokoić Maria zmartwionego chłopaka, gdy weszli do holu pomieszczenia badawczego. – Może przyprowadzisz Tanga? To zawsze pomaga.

– Jasne. – Jack pospieszył z ulgą w stronę bocznych drzwi.

Maria tymczasem podeszła do szerokiego okna z bezodpryskową szybą o grubości ponad siedmiu centymetrów. Po drugiej stronie widać było pokój zarzucony pudełkami w kolorach tęczy; na każdym widniała kolejna litera alfabetu. Wyglądały jak dziecięce klocki, ale każdy miał bok o długości trzydziestu centymetrów i był zrobiony z twardego plastiku. Przeciwległą ścianę zajmowała ścieralna tablica z kompletem flamastrów. Jedyne umeblowanie stanowił szeroki stół z krzesłami.

Była to sala lekcyjna dla wyjątkowego ucznia.

Przechadzał się teraz przed szybą, wsparty na kłykciach lewej ręki, prawą zaś wykonywał nieznaczne ruchy, jakby mamrotał coś do siebie. Był najwyraźniej podenerwowany.

– Baako! – zawołała do niego, przykładając dłoń do okna. – W porządku! Jestem tutaj!

Zaczął pohukiwać i obrócił się w jej stronę.

Zbliżyła się do wejścia, otworzyła za pomocą karty magnetycznej główne drzwi i weszła do niewielkiej klatki po drugiej stronie. Potem uporała się z zasuwką przy furtce i wkroczyła do sali lekcyjnej.

Baako pospieszył do niej, biegnąc w pozycji wyprostowanej. Kiedy się przy niej znalazł, otoczył ją w pasie ciepłym kudłatym ramieniem i przycisnął grube czoło do jej brzucha, domagając się najwyraźniej pociechy.

Usiadła na podłodze, nakłaniając go, by zrobił to samo; jednocześnie przyglądała mu się z uwagą, próbując odczytać mowę ciała.

Baako był trzyletnim gorylem nizinnym, niedojrzałym samcem o wadze siedemdziesięciu pięciu kilogramów i wzroście stu dwudziestu centymetrów. Choć bardzo silny, kończyny i tułów miał szczupłe. Usadowił się na podłodze i wlepił w nią spojrzenie dużych oczu o barwie ciemnego karmelu; marszczył je w kącikach, co było oznaką zgryzoty. Ściągał też czarne włochate brwi, dając wyraz zmartwieniu. Wargi rozciągnięte niemal w grymasie gniewu odsłaniały białe zęby.

Jako ktoś, kto wychowywał go od chwili narodzin, Maria wiedziała o Baako wszystko – począwszy od zachowania, a skończywszy na najdrobniejszych szczegółach dotyczących fizjologii. Co kwartał przeprowadzano badania za pomocą rezonansu magnetycznego, by rejestrować wzrost ciała, ze szczególnym uwzględnieniem anatomii czaszki i struktury mózgu.

Trzymając go w objęciach, przesuwała palcami po kościstym strzałkowym wybrzuszeniu, które biegło wzdłuż jego mózgoczaszki. Było mniej wydatne, niż można by się spodziewać po gorylu w jego wieku. Nawet kości żuchwowe i szczękowe nie odznaczały się tak bardzo; tworzyły pysk bardziej płaski niż u typowego przedstawiciela naczelnych.

– Co się stało, przystojniaku? – spytała cichym, uspokajającym głosem.

Uniósł pięści do boków, potem rozwarł dłonie i przesunął rozpostartymi palcami po torsie.

Boję się.

Odpowiadając za pomocą głosu, jak i znaku, wskazała na niego, powtórzyła jego gest, po czym otworzyła dłonie, wzruszając nieznacznie ramionami.

– Czego się boisz?

Musnął palcem brodę, rozwierając palce.

Matka.

Maria wiedziała, że Baako uważa ją za swoją matkę, którą poniekąd była. Choć nie wydała go na świat, opiekowała się nim i wychowywała, jakby chodziło o jej własne dziecko. Co więcej, nawet z biologicznego punktu widzenia Baako w pewnym sensie był jej potomkiem. I nie mógłby uchodzić do końca za goryla nizinnego. Jego wyjątkowy genom opracowano w jej laboratorium i w rezultacie powstał embrion, który dojrzewał w łonie matki zastępczej.

– Nic mi nie jest – zapewniła podopiecznego, ściskając go mocniej dla podkreślenia swych słów. – Sam widzisz.

Baako wyswobodził się z jej objęć i pokręcił głową. Powtórzył znak „matka”, a potem ujął brodę prawą ręką, po czym opuścił ją zdecydowanym ruchem ku lewej, która była zaciśnięta w pięść, a jej palec wskazujący skierowany w stronę Marii.

Matka-siostra.

Maria skinęła głową, pojmując już, o co chodzi.

Martwi się o Lenę.

Baako miał dwie matki: Marię i jej siostrę. Obie uważał za swoje pełnoprawne opiekunki. Z początku sądziły, że może być zdezorientowany, ponieważ były bliźniaczkami jednojajowymi, ale szybko się okazało, że bez trudu je odróżnia, w przeciwieństwie do kilku jej kolegów z ośrodka.

Raz za razem powtarzał swój pierwszy znak.

Boję się, boję się, boję się…

– Niepotrzebnie się martwisz, Baako. Rozmawialiśmy o tym. Leny nie ma tu w tej chwili, ale wróci. Wszystko z nią okay.

Pokazała litery O i K.

I znów pokręcił głową i wykonał gest oznaczający strach.

Powróciła do swego wcześniejszego pytania, pokazując dobitniej, by odkryć źródło jego niepokoju.

– Dlaczego się boisz?

Godzina 6.38

Osuwa się ciężko na zad i wpatruje w swoje otwarte dłonie. Zaciska i rozwiera palce, zastanawiając się z wysiłkiem, jak wyrazić jasno, o co mu chodzi. W końcu dotyka opuszkami palców czoła, potem obraca dłonie w jej stronę.

Nie wiem.

Kładzie sobie lewą rękę na piersi i dwukrotnie wskazuje kciukiem prawej twarz, uderzając jednocześnie prawym nadgarstkiem o lewy.

Niebezpieczeństwo.

Maria marszczy czoło, potem spogląda w stronę drugiego pokoju, na legowisko z koców ułożone na jego łóżku. Dotyka swojego czoła palcem wskazującym, potem odsuwa go i zgina dwukrotnie.

– To był tylko sen, Baako.

Baako fuka głośno.

– Wiesz, co to są sny. Rozmawialiśmy już o nich.

Kręci głową, potem imituje jej gest.

Nie sen.