Opis

Mroczna i nastrojowa, bogato ilustrowana baśń oparta na nagrodzonym trzema Oscarami filmie Guillermo del Toro

Guillermo del Toro, zdobywca Oscara za najlepszy film za Kształt wody, wraz z Cornelią Funke, autorką bestsellerowych powieści Atramentowe serce i Król złodziei, wspólnie stworzyli epicką i mroczną powieść fantasy dla czytelników w każdym wieku, wzbogaconą poruszającymi poetyckimi ilustracjami.

Ta czarowna historia zabiera czytelników do złowrogiego, magicznego i rozdartego wojną świata, zapełnionego wyraziście narysowanymi postaciami, takimi jak nieuczciwe fauny, zawzięci żołnierze, potwory zjadające dzieci czy dzielni buntownicy. Jak przystało na prawdziwą baśń, jest też dawno zaginiona księżniczka, która ma nadzieję na powrót do rodziny...

„Ta powieść, cudownie niepokojąca i głęboko emocjonalna, skojarzyła mi się z najlepszymi baśniami, w których każdy rozdział jest klejnotem, a całość zmienia sposób postrzegania otaczającego odbiorcę świata”.

Roshani Chokshi, autorka bestsellera Aru Szach i koniec czasu

„Odważna i przejmująco napisana adaptacja filmu, a równocześnie wspaniała, emocjonalna, przerażająca przypowieść o odwadze młodych kobiet w obliczu brutalności wojny”.

Michael Grant, autor bestsellerowego cyklu Gone: Zniknęli

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 237

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Cornelia Funke, Guillermo del Toro Labirynt fauna Tytuł oryginału Pan's Labyrinth: The Labyrinth of the Faun ISBN Text Copyright © Guillermo del Toro and Cornelia Funke 2018 All rights reserved Copyright © 2019 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Ilustracja na okładce Sarah I. Coleman/Inkymole Ilustracje wewnątrz książki Allen Williams Copyright © 2018 Necropia, Inc. Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redaktor Marta Stołowska Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Alfonsa Fuentesa i jego ludzi, którzy ocalili mój dom, moje drzewa, moje osiołki, moje wspomnienia i moje notatki przed pożarem Woolsey Fire. — C.F. Dla K za rozwiązanie wszystkich zagadek, za pokazanie drogi wyjścia z labiryntu. — G.D.T.

Prolog

* * *

Mówi się, że dawno, dawno temu w Podziemnym Królestwie, gdzie nie ma ani kłamstwa, ani cierpienia, mieszkała pewna księżniczka, która marzyła o świecie ludzi. Księżniczka Moanna śniła o idealnie błękitnym niebie i nieskończonym morzu chmur, o słońcu i o trawie, i o smaku deszczu... Dlatego pewnego dnia uciekła swoim strażnikom i wkroczyła do naszego świata. Wkrótce potem słońce wymazało wszystkie jej wspomnienia i zapomniała, kim jest i skąd pochodzi. Wędrowała po ziemi, doświadczając zimna, chorób i bólu. Aż w końcu umarła.

Jej ojciec, król, nigdy się nie poddał, nigdy nie przestał jej szukać. Wiedział bowiem, że dusza Moanny pozostała nieśmiertelna, i miał nadzieję, że pewnego dnia córka do niego wróci.

W innym ciele, w innym czasie. Być może w innym miejscu.

A on będzie na nią czekał.

Aż do ostatniego tchu.

Aż do końca czasu.

1 – Las i wróżka

* * *

Niegdyś północ Hiszpanii porastał las tak stary, że mógłby opowiedzieć dawno minione i zapomniane przez ludzi historie. Tamtejsze drzewa wbijały się tak głęboko w pokrytą mchem glebę, że oplatały korzeniami kości zmarłych, koronami zaś sięgały gwiazd.

„Tak wiele rzeczy utraconych” — mruczały liście, kiedy trzy czarne samochody przejeżdżały gruntową drogą wśród paproci i mchów.

„Ale wszystkie rzeczy, które zaginęły, można ponownie odnaleźć” — szeptały drzewa.

Był rok 1944 i dziewczynka, siedząca w jednym z samochodów, obok ciężarnej matki, nie rozumiała, co drzewa szepczą. Miała na imię Ofelia i choć ukończyła dopiero trzynaście lat, wiedziała wszystko o bólu utraty. Ojciec dziewczynki zmarł przed rokiem i Ofelii brakowało go tak bardzo, że czasami własne serce wydawało jej się pustym, niewypełnionym niczym poza echem jej bólu, pudełkiem. Często się zastanawiała, czy matka czuje to samo, ale w jej bladej twarzy nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na swoje pytanie.

— „Biała jak śnieg, czerwona jak krew, czarna jak węgiel” — mawiał, patrząc na żonę, ojciec dziewczynki pełnym czułości głosem. — Tak bardzo ją przypominasz, Ofelio.

Utracone.

Jechały przez wiele godzin, oddalając się od świata, który znała, coraz głębiej i głębiej w ten niekończący się las, na spotkanie z człowiekiem, którego matka wybrała na jej nowego ojca. Ofelia nazywała go Wilkiem i w ogóle nie chciała o nim myśleć. Ale nawet drzewa zdawały się szeptać jego imię.

Jedyną pamiątką z domu, jaką mogła ze sobą zabrać, były niektóre książki. Zacisnęła mocno palce wokół tej, która leżała teraz na jej kolanach, i pogładziła okładkę. Kiedy otworzyła książkę, białe stronice jasno błysnęły na tle wypełniającej las ciemności, a słowa, które się tam znajdowały, dawały poczucie bezpieczeństwa i pociechę. Litery były jak ślady stóp na śniegu, w bezmiernym białym krajobrazie nietkniętym przez ból i wspomnienia zbyt mroczne, by je zachować, zbyt słodkie, by je porzucić.

— Po co wzięłaś te wszystkie książki, Ofelio? Będziemy mieszkać na wsi! — Jazda samochodem sprawiła, że twarz matki zbladła jeszcze bardziej. Innym powodem bladości było dziecko, które nosiła w łonie. Matka wyrwała z rąk Ofelii książkę i wszystkie przynoszące ukojenie słowa zamilkły. — Jesteś za duża na bajki, Ofelio! Musisz zacząć patrzeć realnie na świat!

Jej głos brzmiał jak pęknięty dzwon. Za życia ojca matka nigdy tak nie mówiła.

— Och, spóźnimy się! — Westchnęła, przyciskając chusteczkę do ust. — To mu się nie spodoba.

Jemu...

Matka jęknęła, a Ofelia pochyliła się i złapała kierowcę za ramię.

— Stój! — zawołała. — Zatrzymaj samochód. Nie widzisz, że moja mama jest chora?

Rozległo się stęknięcie wyłączonego przez kierowcę silnika. Wilki — tym właśnie byli oni wszyscy, żołnierze, którzy towarzyszyli im w drodze. Wilki, które pożerają ludzi. Matka powtarzała często, że baśnie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, ale Ofelia wiedziała lepiej. To przecież baśnie nauczyły ją wszystkiego o świecie.

Wysiadła z samochodu, podczas gdy matka, potykając się, dobrnęła do pobocza drogi i zwymiotowała w paprocie. Rosły wśród drzew tak gęsto, że przypominały ocean pierzastych liści, z którego pnie o szarej korze wyłaniały się jak żywe istoty sięgające w górę z zatopionego poniżej świata.

Pozostałe dwa samochody również się zatrzymały i las zaroił się od szarych mundurów. Drzewa ich nie lubiły. Ofelia to wyczuwała. Serrano, dowódca, przyszedł sprawdzić, co z matką. Był wysokim, masywnym mężczyzną, który mówił zbyt głośno, a mundur nosił jak kostium teatralny.

Matka poprosiła go o wodę, a Ofelia nieco się oddaliła, spacerując nieutwardzoną drogą.

„Woda — szeptały drzewa. — Ziemia. Słońce”.

Liście paproci muskały sukienkę Ofelii niczym zielone palce, a kiedy dziewczynka weszła nagle na jakiś kamień, spuściła wzrok. Kamień był szary jak mundury żołnierzy. Leżał na środku drogi, jakby ktoś go tam zgubił. Usłyszała, że matka znów wymiotuje. Dlaczego kobiety, sprowadzając na świat dzieci, tak chorują?

Ofelia pochyliła się i zacisnęła palce na kamieniu. Czas pokrył go mchem, ale gdy cały starła, zobaczyła, że kamyk jest płaski i gładki i że wydrążono w nim oko.

Ludzkie oko.

Rozejrzała się.

Dostrzegła jedynie trzy kruszejące kamienne kolumny, niemal niewidoczne pośród wysokich paproci. Szara skała, z której je wyrzeźbiono, była pokryta dziwnymi koncentrycznymi wzorami, a środkowa kolumna miała sędziwe kamienne lico wpatrujące się w głąb lasu. Ofelia nie mogła się powstrzymać. Zeszła ze ścieżki i zbliżyła się do posągu, chociaż zaledwie po kilku krokach buty miała już mokre od rosy, a do jej sukienki przylgnęły osty.

Twarz nie miała jednego oka. Dokładnie jak w układance, której brakuje kawałka i która czeka na ukończenie.

Ofelia mocniej ścisnęła kamień z okiem i podeszła bliżej.

Poniżej wyrzeźbionego liniami prostymi w szarej powierzchni nosa, w rozwartych ustach widać było zniszczone przez upływ czasu zęby. Dziewczynka aż się cofnęła, kiedy poruszyło się w nich skrzydlate, cienkie jak gałązka stworzonko, które później wycelowało w nią długimi, drżącymi czułkami. Z kamiennych ust wysunęły się owadzie nogi i stworzenie, większe niż ręka Ofelii, pospiesznie wspięło się po kolumnie. Kiedy dotarło na wierzchołek, podniosło patykowate przednie kończyny i zaczęło gestykulować w kierunku dziewczynki. Ten widok wywołał uśmiech na twarzy Ofelii. A miała wrażenie, że od jej ostatniego uśmiechu minęło sporo czasu. Jej usta zdążyły się odzwyczaić.

— Kim jesteś? — zapytała szeptem.

Stworzenie jeszcze raz zamachało przednimi nogami i wydało z siebie kilka melodyjnych dźwięków przywodzących na myśl klekotanie. Może to świerszcz? Czy świerszcze tak wyglądają? A może to ważka? Ofelia nie była pewna. Wychowała się w mieście, wśród murów zbudowanych z kamieni, które nie miały ani oczu, ani twarzy. Ani otwartych ust.

— Ofelio!

Stworzenie rozłożyło skrzydła. Kiedy odlatywało, Ofelia podążyła za nim wzrokiem.

Matka stała na drodze, ledwie kilka kroków dalej, towarzyszył jej oficer Serrano.

— Popatrz na swoje buty! — zbeształa córkę z tą cichą rezygnacją, która ostatnio tak często pojawiała się w jej głosie.

Ofelia spojrzała w dół — jej przemoczone buty pokryte były błotem. Nadal jednak się uśmiechała.

— Chyba widziałam wróżkę! — powiedziała.

Tak. Tym właśnie była ta istota. Ofelia była tego pewna.

Ale matka nie chciała słuchać. Matka Ofelii nazywała się Carmen Cardoso, miała trzydzieści dwa lata, zdążyła już owdowieć i nie pamiętała, jak to jest patrzeć na coś nieznanego bez lekceważenia i obawy. Znała jedynie świat, w którym to, co było dla niej najważniejsze, odebrano jej i zniszczono. Kochała córkę, bardzo ją kochała, a jednak wyszła ponownie za mąż. Światem rządzili mężczyźni (córka jeszcze tego nie rozumiała) i tylko mężczyzna mógł im obu zapewnić bezpieczeństwo. Matka Ofelii nie zdawała sobie jednak sprawy, że ona także wierzy w bajki.

Carmen Cardoso wierzyła bowiem w najbardziej niebezpieczną ze wszystkich baśń: tę o księciu, który przybędzie i ją uratuje.

Skrzydlate stworzenie, czekające na Ofelię w otwartych ustach kolumny, wiedziało o tym wszystko. Wiedziało wiele rzeczy, ale nie było wróżką — przynajmniej nie w tym sensie, w jakim lubimy o nich myśleć. Prawdziwe imię stworzenia znał tylko jego pan, ponieważ w magicznym królestwie ten, kto znał czyjeś imię, stawał się właścicielem noszącej je istoty.

Z gałęzi jodły patrzyło, jak Ofelia i jej matka wracają do samochodu i kontynuują podróż. Stworzenie od bardzo dawna czekało na tę dziewczynkę: dziewczynkę, która tak dużo straciła, a będzie musiała poświęcić jeszcze więcej, aby odnaleźć to, co jej się zgodnie z prawem należało. Nie będzie łatwo jej pomóc, ale takie było zadanie wyznaczone przez pana, który nie tolerował, gdy nie wykonywano jego rozkazów. O nie, na pewno nie.

Samochody z dziewczynką, matką i nienarodzonym dzieckiem jechały głębiej i głębiej w las. A istota, którą Ofelia nazwała wróżką, rozpostarła owadzie skrzydła, złożyła sześć patykowatych nóg i poleciała za karawaną.

2 – Wszystkie kształty, jakie przyjmuje zło

* * *

Zło rzadko od razu nabiera kształtu. Często na początku jest niewiele wyrazistsze od szeptu. Jest spojrzeniem. Zdradą. Ale potem rośnie i się zakorzenia, nadal niewidoczne, niezauważone. Tylko baśnie nadają mu właściwy kształt. Wielkie złe wilki, okrutni królowie, demony i diabły...

Ofelia wiedziała, że człowiek, którego będzie wkrótce musiała nazywać ojcem, jest zły. Miał uśmiech cyklopa Ojáncanu, a w jego ciemnych oczach czaiło się okrucieństwo potworów Cuegle i Nuberu*, stworzeń, o których czytała w książkach. Ale jej matka tak naprawdę nie znała tego mężczyzny. Ludzie, kiedy dorastają, często tracą umiejętność widzenia i może Carmen Cardoso nie zauważyła wilczego uśmiechu, ponieważ kapitan Vidal był przystojny i zawsze nienagannie ubrany w galowy mundur i oficerki, a do tego nosił rękawiczki.

Matka tak bardzo pragnęła ochrony, że pomyliła jego żądzę krwi z charyzmą, a brutalność wzięła za siłę.

*

Kapitan Vidal popatrzył na swój kieszonkowy zegarek. Szkiełko szpeciła rysa, ale wskazówki na tarczy wciąż pokazywały godzinę, sugerując, że karawana się spóźnia.

— Piętnaście minut — mruknął Vidal, który, jak wszystkie potwory, i tak jak Śmierć, zawsze był punktualny.

*

Gdy w końcu dotarły do starego młyna obranego przez Vidala na kwaterę, tak jak obawiała się Carmen, były spóźnione. Kapitan nienawidził lasu. Nienawidził wszystkiego, co nie przestrzegało właściwego porządku, a drzewa zdawały się aż nazbyt chętnie ukrywać mężczyzn, których przybył tu ścigać. Mężczyzn walczących z tą samą ciemnością, której on służył i którą podziwiał. Mężczyzn, których przyjechał złamać. Och, tak, nowy ojciec Ofelii uwielbiał łamać kości wszystkim tym, których uważał za słabych, przelewać ich krew i porządkować ich niechlujny, nędzny świat.

Przywitał karawanę. Z uśmiechem.

Ale Ofelia dostrzegła pogardę w jego oczach, gdy witał ich na zakurzonym podwórzu, gdzie kiedyś, dawno temu, chłopi z okolicznych wiosek dostarczali młynarzowi zboże. Jej matka jednak uśmiechnęła się do Wilka i pozwoliła mu dotknąć ciążowego brzucha. Poddała się nawet, kiedy kazał jej usiąść na wózku inwalidzkim, jakby była zepsutą lalką. Ofelia obserwowała to wszystko z tylnego siedzenia samochodu, lekceważąc perspektywę podania Wilkowi ręki, tak jak poleciła jej matka. Ostatecznie jednak, ponieważ nie chciała zostawiać matki samej z tym mężczyzną, wysiadła, przyciskając do piersi swoje książki niczym tarczę wykonaną z papieru i słów.

— Ofelia. — Wilk niemal zmiażdżył w wąskich ustach imię dziewczynki, jak gdyby i ją chciał złamać, po czym zagapił się na jej wyciągniętą lewą dłoń.

— Druga ręka, Ofelio — pouczył ją cicho. — Zapamiętaj to.

Nosił czarne skórzane rękawiczki, które zaskrzypiały, kiedy zamknęły dłoń dziewczynki w uścisku równie mocnym jak pułapka kłusownika. Potem Wilk odwrócił się do Ofelii plecami, jakby już o niej zapomniał.

— Mercedes — przywołał jakąś kobietę, która pomagała żołnierzom w rozładunku samochodów. — Weź ich bagaż!

Mercedes była szczupła i blada. Miała kruczoczarne włosy i ciemne błyszczące oczy. Ofelia pomyślała, że kobieta wygląda jak księżniczka udającą chłopską córkę. A może była czarodziejką, choć Ofelia nie była pewna, jakiego rodzaju czarodziejką, dobrą czy złą.

Mercedes wraz z mężczyznami zaniosła walizki matki do mieszkalnej części młyna. Ofelii przyszło do głowy, że budynek wydaje się zagubiony i smutny, jak gdyby tęsknił za czasami, kiedy mielono w nim świeże ziarno. Teraz jego pomieszczenia opanowali rojący się wokół starych kamiennych murów niczym szarańcza żołnierze. Ich namioty i ciężarówki stały wszędzie, zapełniając rozległe podwórze otoczone przez stajnie, stodoły i sam młyn.

Szare mundury, smutny, stary budynek i wypełniony ciemnością las... Ofelia tak bardzo pragnęła wrócić do domu, że niemal nie mogła oddychać. Ale bez ojca nie było domu. Poczuła łzy wzbierające pod powiekami, kiedy nagle wśród worków ułożonych kilka metrów dalej zauważyła parę skrzydełek błyszczących w świetle słońca, jakby zostały wykonane z cienkiego jak papier szkła.

To była wróżka.

Zapominając o swoim smutku, Ofelia pobiegła za stworzeniem, które leciało ku drzewom za młynem. Było tak szybkie, że goniąc je, dziewczynka wkrótce potknęła się o własne nogi i upuściła wszystkie książki. Ale kiedy je podniosła i ścierała z okładek brud, ujrzała wróżkę trzymającą się kurczowo kory pobliskiego drzewa. Czekała na Ofelię.

*

To ona. O, tak. Istota musiała się upewnić, że dziewczynka za nią podąży.

Ale, ale. Nie! Dziewczynka znowu się zatrzymała.

*

Ofelia wpatrywała się w ogromny łuk, który pojawił się wśród drzew, obejmując przestrzeń pomiędzy dwiema starymi ścianami. Z łuku patrzył w dół ktoś o rogatym łbie, pustych oczach i otwartych ustach, być może próbując połknąć świat. W jego oczach z kolei wszystko zdawało się znikać: młyn, żołnierze, Wilk, nawet matka Ofelii.

„Wejdź!” — wydawały się mówić kruszejące mury.

Ofelia widziała wyblakłe litery wyryte poniżej rzeźbionej głowy, lecz nie znała ich znaczenia.

In consiliis nostris fatum nostrum est — głosiły słowa.

„Nasz los jest w naszych rękach”.

Wróżka gdzieś zniknęła, a kiedy Ofelia przechodziła pod łukiem, poczuła na skórze jego zimny cień.

„Odwróć się!” — coś ją ostrzegło.

Ale się nie odwróciła. Czasami dobrze jest słuchać głosów, a czasami nie. Ofelia i tak nie była pewna, czy ma wybór. Stopy same ją niosły. Korytarz, który otworzył się za łukiem, zwęził się po kilku krokach tak, że mogłaby dotknąć ścian po obu stronach, gdyby tylko wyciągnęła ręce. Szła, przesuwając dłonią po kruszejących kamieniach. Mimo upału były takie zimne. Jeszcze kilka kroków i dotarła do zakrętu. Kolejny korytarz otworzył się przed nią, prowadząc w lewo, a potem następny, który wiódł w prawo.

— To jest labirynt.

Tym razem się odwróciła.

Za nią stała Mercedes. Szal na jej ramionach wyglądał jak utkany z wełnianych liści. Jeśli była czarodziejką, to piękną, a nie starą i zasuszoną jak te z książek Ofelii. Ale dziewczynka wiedziała, że czarodziejki często ukrywają swoje prawdziwe oblicze.

— To tylko kupa starych kamieni — ciągnęła kobieta. — Bardzo starych. Starszych niż młyn. Te mury były tu zawsze, na długo przed powstaniem młyna. Nie powinnaś tu przychodzić. Mogłabyś się zgubić. To się wcześniej zdarzało. Opowiem ci tę historię pewnego dnia, jeśli zechcesz posłuchać...

— Mercedes! Capitán cię potrzebuje! — dał się słyszeć zza młyna szorstki głos jednego z żołnierzy.

— Idę! — odkrzyknęła kobieta.

Uśmiechnęła się do Ofelii. Jej uśmiech był tajemniczy, lecz Ofelia polubiła Mercedes. Bardzo ją polubiła.

— Słyszałaś. Twój ojciec mnie potrzebuje.

Mercedes ruszyła z powrotem w stronę łuku.

— On nie jest moim ojcem! — zawołała za nią dziewczynka. — Nie jest!

Kobieta zwolniła.

Ofelia podbiegła do niej i razem przeszły przez łuk, pozostawiając za sobą zimne kamienie i rogatą twarz o pustych oczach.

— Mój ojciec był krawcem — tłumaczyła Ofelia. — Zginął na wojnie.

W oczach dziewczynki znów zalśniły łzy. Pojawiały się, ilekroć mówiła o ojcu. Nic nie mogła na to poradzić.

— Uszył mi sukienkę oraz bluzkę, którą ma na sobie mama. Szył bardzo piękne ubrania. Piękniejsze, niż noszą księżniczki w moich książkach! Capitán Vidal nie jest moim ojcem!

— Wyraziłaś się jasno — oznajmiła Mercedes łagodnie, obejmując ramiona dziewczynki. — Ale teraz chodź. Zabiorę cię do twojej matki. Na pewno cię szuka.

Jej ramię wydawało się ciepłe. I silne.

— Czyż moja matka nie jest piękna? — spytała Ofelia. — To z powodu dziecka choruje. Ty masz brata?

— Mam — odpowiedziała kobieta. — Zobaczysz, pokochasz swojego braciszka. Bardzo. Nie będziesz umiała się oprzeć.

Po raz kolejny się uśmiechnęła. W jej oczach był smutek. Ofelia go zobaczyła. Najwyraźniej Mercedes również znała smak utraty.

Siedząca na szczycie kamiennego łuku wróżka przyglądała się im, jak wracały do młyna: kobieta i dziewczynka, wiosna i lato, jedna obok drugiej.

Dziewczynka wróci.

Wróżka była tego pewna.

Wkrótce.

Tak szybko, jak zażyczy sobie tego jej pan.

3 – Po prostu myszka

* * *

Tak, Mercedes miała brata. Pedro był jednym z mężczyzn przebywających w lesie, Maqui, jak sami siebie nazywali, bojownikiem ruchu oporu, ukrywającym się przed tymi samymi żołnierzami, dla których Mercedes gotowała i sprzątała.

Kapitan Vidal i jego oficerowie akurat planowali polowanie na tych ludzi, kiedy Mercedes weszła z chlebem, serem i winem, które Vidal zamówił. Przy stole, na którym rozłożyli mapę, jadał kiedyś posiłki młynarz z rodziną. Teraz ów stół służył jedynie śmierci. Śmierci i strachowi.

Płomienie tańczące w kominku malowały na bielonych ścianach cienie noży i karabinów oraz pochylonych nad mapą twarzy. Mercedes postawiła tacę i zerknęła niedbale na oznakowane stanowiska wojskowe.

— Partyzanci trzymają się lasu, ponieważ trudno ich tam wytropić. — Głos Vidala był równie pozbawiony wyrazu jak jego oblicze. — Te szumowiny znają teren znacznie lepiej niż my. Musimy więc zablokować wszelki dostęp do lasu. Tutaj. I tutaj. — Palec w czarnej rękawiczce opadł na mapę niczym pocisk.

„Zapamiętaj to, Mercedes — pomyślała. — I przekaż bratu, co planują, w przeciwnym razie w ciągu tygodnia będzie martwy”.

— Żywność, leki, wszystko będziemy magazynować. O tutaj. — Wskazał na miejsce, które oznaczało młyn. — Trzeba ich zmusić do zejścia ze wzgórz. A w ten sposób przyjdą do nas.

„Tutaj, Mercedes! Wszystko będą przechowywali tutaj!”

Nie śpieszyła się, rozkładając jedzenie na stole, zadowolona, że jest dla nich całkowicie niewidoczna, tylko służąca, tylko element pokoju, tak jak krzesła czy drewno na opał.

— Utworzymy trzy nowe stanowiska dowodzenia. Tutaj, tutaj i tutaj.

Vidal umieścił na mapie brązowe znaczniki. Mercedes nie odrywała oczu od jego palców w rękawiczkach.

Tym właśnie była: oczami i uszami królików, na które polowali, tak cicha i niewidzialna jak myszka.

— Mercedes!

Straciła oddech, gdy dłoń w czarnej rękawiczce chwyciła ją za ramię.

Vidal patrzył na nią zwężonymi z podejrzliwości oczami.

„Zawsze jest podejrzliwy” — pomyślała uspokajająco, starając się zapanować nad kołaczącym sercem. Kapitan lubił obserwować, jak pod wpływem jego spojrzenia na czyjejś twarzy pojawia się strach, lecz ona grała w tę grę na tyle często, że jej oblicze niczego nie ujawniało. Tylko myszka. Niewidoczna. Miałaby problem, gdyby Vidal kiedykolwiek zaczął ją uważać za kotkę czy lisicę.

— Każ zejść doktorowi Ferreiro.

— Tak, señor.

Pochyliła głowę, próbując wyglądać na mniejszą. Większość mężczyzn nie lubiła wysokich kobiet. Vidal nie był wyjątkiem.

Trzy stanowiska dowodzenia. A jedzenie i leki będą składowane w młynie.

Teraz to wszystko się przyda.

4 – Róża na ciemnej górze

* * *

Doktor Ferreiro był dobrym człowiekiem, wrażliwą duszą. Ofelia wiedziała już o tym w momencie, gdy wszedł do pokoju matki. Dobroć można dostrzec tak wyraźnie jak okrucieństwo. Emanuje światłem i ciepłem, a lekarz był wypełniony jednym i drugim.

— To pomoże pani zasnąć — powiedział matce, dodając dwie krople bursztynowego płynu do szklanki z wodą.

Wcześniej, kiedy poradził jej, żeby pozostała w łóżku przez kilka dni, matka nie spierała się z nim. To było ogromne drewniane łóżko, wystarczająco duże, by zmieściła się tam wraz z córką. Odkąd przyjechały do tej nieszczęsnej krainy, Carmen nie czuła się dobrze. Czoło miała mokre od potu, a na jej pięknej twarzy ból wyżłobił zmarszczki. Ofelia martwiła się, jednak pocieszał ją widok spokojnych rąk lekarza przygotowującego miksturę.

— Tylko dwie krople — podkreślił, wręczając dziewczynce małą brązową buteleczkę, żeby ją zamknęła. — Zobaczysz, to pomoże.

Matka o mało się nie zadławiła, przełykając wodę.

— Musi pani wypić wszystko — nalegał doktor Ferreiro cicho. — Bardzo dobrze.

Jego głos był tak ciepły jak koce na łóżku i Ofelia zastanowiła się, dlaczego matka nie zakochała się w takim mężczyźnie jak on. Lekarz przypominał trochę jej zmarłego ojca. Tylko troszeczkę.

Dziewczynka akurat usiadła na brzegu łóżka, kiedy do pokoju weszła Mercedes.

— On chce pana widzieć — oświadczyła doktorowi.

„On!” Nikt nie wymawiał jego nazwiska. Vidal. Brzmiało jak kamień wyrzucony przez okno, a każda litera miała w sobie kawałek rozbitego szkła. Capitán. Tak nazywała go tu większość osób. Ale Ofelia nadal uważała, że znacznie lepiej pasuje do niego określenie Wilk.

— Proszę bez wahania wzywać mnie o każdej porze — powiedział lekarz do matki, kiedy zamknął torbę. — W dzień czy w nocy. Pani lub pani młodziutka opiekunka — dodał, uśmiechając się do dziewczynki.

Potem wyszedł wraz z Mercedes, a Ofelia po raz pierwszy została sama z matką w tym starym domu pachnącym chłodnymi zimami i smutkiem ludzi z ubiegłych wieków. Lubiła być sama z matką. Zawsze to lubiła, ale potem zjawił się Wilk.

Matka przyciągnęła ją do siebie.

— Moja młodziutka opiekunka. — Wsunęła rękę pod ramię córki ze zmęczonym, lecz szczęśliwym uśmiechem. — Zamknij drzwi i zgaś światło, cariño.

Nawet u boku matki Ofelię przerażała perspektywa spania w tym dziwnym pokoju, lecz zastosowała się do polecenia. Gdy podnosiła rękę do zasuwy drzwi, zobaczyła stojących na podeście lekarza i Mercedes. Nie widzieli jej, a ona nie chciała podsłuchiwać, ale nie mogła się powstrzymać. Słuchanie... przecież z tego właśnie składa się dzieciństwo. Poznawanie sekretów dorosłych oznacza naukę zrozumienia ich świata i naukę przetrwania w tym świecie.

— Musi pan nam pomóc, doktorze! — szeptała kobieta. — Niech pan pójdzie ze mną i go opatrzy. Rana się nie goi. Noga wygląda coraz gorzej.

— To wszystko, co udało mi się zdobyć — odrzekł lekarz cicho, wręczając Mercedes małą paczuszkę zawiniętą w brązowy papier. — Przykro mi.

Kobieta wzięła paczkę, ale rozpacz na jej twarzy przeraziła Ofelię. Mercedes wydawała się taka silna. Ofelia miała nadzieję, że to właśnie ona ją ochroni w tym domu wypełnionym samotnością i duchami przeszłości.

— Capitán czeka na pana w swoim gabinecie. — Mercedes wyprostowała się i nie patrzyła za doktorem Ferreiro, gdy schodził po schodach. Jego kroki były ciężkie, jakby czuł się winny, oddalając się od tej zrozpaczonej twarzy.

Ofelia nie była w stanie się ruszyć.

Sekrety. Dodają mroku znajomemu świata, lecz równocześnie sprawiają, że chcemy się dowiedzieć więcej i więcej...

Wciąż jeszcze stała w otwartych drzwiach, kiedy Mercedes się odwróciła. Na widok dziewczynki jej oczy rozszerzyły się ze strachu, po czym pospiesznie schowała paczuszkę pod szalem, a wtedy stopy wreszcie posłuchały Ofelię, więc się cofnęła i zamknęła drzwi, pragnąc, aby Mercedes po prostu zapomniała, że ją widziała.

— Ofelio! Chodź tu! — zawołała z łóżka matka.

Przynajmniej ogień dawał trochę światła w tym ciemnawym pokoju, ogień i dwie migoczące świece ustawione na gzymsie kominka. Dziewczynka wślizgnęła się do łóżka i przytuliła do matki.

Tylko one dwie. Dlaczego to nie wystarczyło? Ale jej braciszek już kopał w brzuchu matki. A jeśli będzie podobny do swego ojca, co wtedy?

„Idź stąd! — pomyślała Ofelia. — Daj nam spokój. Nie potrzebujemy cię. Bo ona ma mnie i ja o nią zadbam”.

— Na Boga, twoje stopy... — powiedziała matka — ...są lodowate!

Ciało matki było takie ciepłe. Może nieco zbyt ciepłe, ale lekarz nie wydawał się szczególnie zaniepokojony gorączką.

Wokół nich młyn jęczał i skrzypiał. Nie chciał ich. Chciał powrotu młynarza. A może pragnął być sam na sam z lasem, którego korzenie mogłyby rozerwać ściany budynku, a liście pokryć jego dach, aż składające się nań kamienie i belki stałyby się ponownie częścią tego lasu.

— Boisz się? — szepnęła matka.

— Trochę — odpowiedziała szeptem Ofelia.

Kolejny jęk podniósł się ze starych ścian, a belki nad nimi westchnęły, jakby ktoś je przechylał. Dziewczynka mocniej przylgnęła do matki. Matka pocałowała ją w głowę pokrytą włosami równie czarnymi jak jej własne.

— To nic, cariño. To nic, to tylko wiatr. Noce są tutaj zupełnie inne. W mieście słychać samochody, tramwaje. Tu domy są znacznie starsze. Skrzypią...

Tak było. Tym razem obie słuchały.

— Brzmi, jakby ściany mówiły, prawda? — Matka nie trzymała w ten sposób Ofelii, odkąd się dowiedziała, że jest w ciąży. — Jutro. Jutro dam ci prezent. To niespodzianka.

— Niespodzianka? — Dziewczynka spojrzała na bladą twarz matki.

— Tak.

Czuła się taka bezpieczna w jej ramionach. Po raz pierwszy, odkąd... od kiedy? Odkąd zmarł ojciec.

Odkąd matka spotkała Wilka.

— Czy to książka? — spytała. Ojciec często dawał jej książki. Czasem nawet szył obwoluty.

„Płótno, Ofelio — tłumaczył. — Dla ochrony oprawy. W dzisiejszych czasach książki oprawia się w bardzo tani materiał. Tak jest lepiej”.

Ofelii strasznie brakowało ojca. Czasami miała wrażenie, że jej serce krwawi i rany się nie zagoją, dopóki nie zobaczy go ponownie.

— Książka... — matka zaśmiała się cicho. — Nie! Nie książka! To coś o wiele lepszego.

Ofelia nie wytknęła jej, że dla niej nic nie liczy się bardziej od książek. Matka by tego nie zrozumiała. Dla matki książki nie były schronieniem ani bramą do innego świata.

Matka widziała tylko świat rzeczywisty i to, jak uważała Ofelia, jedynie czasami. Przyziemność stanowiła nieodłączny element smutku Carmen. A książki potrafiły powiedzieć tak wiele o tym świecie i o odległych miejscach, o zwierzętach, roślinach, gwiazdach! Mogły stać się oknami i drzwiami, papierowymi skrzydłami, które pomagały odlecieć. Może matka po prostu zapomniała, jak się lata. A może nigdy się tego nie nauczyła.

Teraz Carmen zamknęła oczy. Przynajmniej we śnie widziała więcej niż tylko otaczającą rzeczywistość, prawda? Ofelia zastanawiała się nad tym, przyciskając policzek do jej piersi. Były tak blisko, że ich ciała niemal stapiały się w jedno, tak jak przed narodzinami Ofelii. Dziewczynka słyszała falę oddechu matki, ciche bicie jej serca uderzającego o żebra tak regularnie jak metronom.

— Dlaczego wyszłaś za mąż? — spytała szeptem.

Kiedy te słowa bezwiednie wymknęły się z jej ust, po części miała nadzieję, że matka już śpi. Ale wtedy usłyszała odpowiedź:

— Zbyt długo byłam sama, kochanie — powiedziała matka, wpatrując się w sufit nad nimi. Biała farba była popękana, powała pokryta pajęczynami.

— Ale przecież ja z tobą byłam! — obruszyła się Ofelia. — Nie byłaś sama. Zawsze ci towarzyszyłam!

Matka nadal patrzyła w sufit i nagle wydała się Ofelii taka odległa.

— Zrozumiesz, kiedy będziesz starsza. Mnie również nie było łatwo, kiedy twój ojciec...

Zrobiła gwałtowny wdech i przycisnęła dłoń do wydatnego brzucha.

— Twój brat znowu jest niegrzeczny.

Ręka matki zdawała się taka gorąca, kiedy Ofelia przykryła ją własną dłonią. Tak, ona także czuła ruchy brata. I nie, nie chciał odejść. Chciał wyjść na zewnątrz.

— Opowiedz mu jedną ze swoich historii — wykrztusiła matka. — Jestem pewna, że to go uspokoi.

Dziewczynka nie miała ochoty dzielić się z nim swoimi opowieściami, ale w końcu usiadła prosto. Pod białymi prześcieradłami ciało matki wyglądało jak góra pokryta śniegiem; brat spał w najgłębszej jaskini tej góry. Ofelia położyła głowę na „pagórku” w kocu i gładziła brzuch w miejscu, w którym pod skórą matki poruszał się jej brat.

— Bracie! — szepnęła. — Bracie mój.

Matka nie nadała mu jeszcze imienia. Będzie go potrzebował, gdy zdecyduje się przyjść na ten świat.

— Dawno, dawno temu... w dalekim, smutnym kraju... — Dziewczynka mówiła cichym, niskim głosem, ale była pewna, że chłopczyk ją słyszy. — ...Była sobie ogromna góra z czarnego krzemienia...

*

Za młynem, w lesie tak ciemnym i milczącym jak noc, istota nazywana przez Ofelię wróżką rozpostarła skrzydła i podążyła za dźwiękiem głosu dziewczynki, której słowa budowały przez ciemność ścieżkę z okruszków chleba.

— A na szczycie tej góry — kontynuowała Ofelia — wraz z każdym świtem rozkwitała magiczna róża. Ludzie mawiali, że ten, kto ją zerwie, stanie się nieśmiertelny. Ale nikt nie ważył się do niej zbliżyć, ponieważ kolce miała wypełnione trucizną...

*

„Och tak, istnieje wiele takich róż jak ta” — pomyślała wróżka, lecąc w stronę okna, za którym dziewczynka snuła swoją opowieść. Kiedy wślizgnęła się do pokoju, trzepocząc skrzydełkami tak cicho, jak cicho brzmiał głos Ofelii, zobaczyła je: dziewczynkę i jej matkę, objęte mocno na przekór panującym na zewnątrz ciemnościom. Ale ciemność wewnątrz domu była o wiele bardziej przerażająca, a dziewczynka wiedziała, że tę ciemność karmi człowiek, który je tutaj sprowadził.

— Ludzie rozmawiali o wielkim bólu, jaki może spowodować dotyk kolców róży — szepnęła Ofelia do nienarodzonego brata. — Ostrzegali się nawzajem, że ten, kto wejdzie na górę, umrze. Tak łatwo było im wierzyć w ból i kolce. Strach pomagał im w to wierzyć. Nie ośmielili się mieć nadziei, że na końcu róża nagrodzi ich życiem wiecznym. Nie mogli mieć tej nadziei... nie potrafili. I tak róża więdła noc po nocy, nie mogąc przekazać nikomu swojego daru...

*

Wróżka usiadła na okiennym parapecie i słuchała. Cieszyła się, że dziewczynka wie o kolcach, ponieważ ona i jej matka przybyły na bardzo ciemną górę. Mężczyzna, który tą górą rządził — och, tak, wróżka wiedziała o nim wszystko — siedział teraz na dole w swoim gabinecie, pokoju za kołem młyńskim, i polerował kieszonkowy zegarek swego ojca, innego ojca, który zginął podczas innej wojny.

*

— Aż w końcu zapomniano o róży — ciągnęła Ofelia, przyciskając policzek do brzucha matki. — Pozostała na szczycie tej zimnej, ciemnej góry, na zawsze sama, aż do końca świata.

Nie wiedziała tego, ale opowiadała bratu o jego ojcu.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* Ojáncanu, Cuegle i Nuberu — postaci z wierzeń asturyjskich, kantabryjskich, galicyjskich i północnokastylijskich. (Wszystkie przypisy w tekście pochodzą od tłumaczki).