Kwietniowa burza - Iny Lorentz - ebook
Opis

Koniec XIX wieku. Lora i Fridolin von Trettin przenoszą się do Berlina, by spełnić marzenie o życiu w wielkim mieście. Są szczęśliwi i pełni nadziei na pomyślną przyszłość. W stolicy Niemiec Fridolin zostaje wicedyrektorem Banku Grünfelder, a Lora spełnia swoje wielkie marzenie – wspólnie z przyjaciółką otwiera salon mody. Wkrótce okazuje się jednak, że damy z lepszych sfer stronią od towarzystwa Lory, a ktoś knuje przeciwko niej intrygi. Co gorsza, gdy Fridolin spotyka swoją dawną znajomą, właścicielkę luksusowego domu publicznego Le Plaisir, ciemne chmury nadciągają również nad udane dotąd małżeństwo państwa von Trettin… „Znakomita kontynuacja Grudniowego sztormu!” Leser-welt.de „Iny Lorentz przenosi nas do wspaniale opisanego XIX-wiecznego Berlina. Porywająca i lekko napisana powieść!” Die Zwei „Kwietniowa burza aż się prosi o sfilmowanie”. Denglers-buchkritik.de

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 746

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

APRILGEWITTER

Copyright © 2010 Knaur Verlag

Ein Unternehmen der Droemerschen Verlagsanstalt

Th. Knaur Nachf. GmbH & Co. KG, München

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Zdjęcie na okładce: James Tissot – Type of Beauty: Portrait of Mrs. Kathleen Newton

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Agnieszka Majewska, Iwona Wyrwisz

ISBN:   978-83-8110-122-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZAKwietniowa burza

I

Potężne uderzenie gromu sprawiło, że dom zadrżał w posadach. Lora mimowolnie wyjrzała przez okno. Jasne słońce ustąpiło miejsca czarnym chmurom, które sunęły po niebie pędzone porywistym wiatrem. Rozległ się drugi grzmot, a chwilę potem z nieba lunęło. W okienne szyby zaczęły uderzać duże krople deszczu wymieszane z krupami śnieżnymi.

Kwietniowa burza, która przegnała pogodny wiosenny dzień, odzwierciedlała nastrój Lory. Młoda kobieta niechętnie odwróciła się od okna i spojrzała na małżonka, by podjąć przerwaną rozmowę.

– Nie zamierzam sprzedać salonu! Jak w ogóle mógł ci przyjść do głowy tak niedorzeczny pomysł?

Ostry ton jej głosu powinien być ostrzeżeniem dla Fridolina, by przestał nalegać, ale tak mocno zawziął się w swym postanowieniu, że nie chciał iść na jakiekolwiek ustępstwa.

– Niedorzecznym pomysłem było jego otwarcie! Przez ten twój salon mody w gruzach może lec cały mój autorytet. Jako wicedyrektor Banku Grünfelder nie mogę dopuścić, żeby moją żonę nazywano krawcową.

Z każdym zdaniem Fridolin mówił coraz głośniej, ostatnie słowa niemal wykrzyczał Lorze prosto w twarz.

Jeszcze nigdy nie widziała męża takiego wściekłego. Poczuła żal, że zrezygnował z posady w przedsiębiorstwie żeglugowym Norddeutscher Lloyd, by przeprowadzić się do Berlina i zatrudnić w banku należącym do Augusta Grünfeldera. W Bremie była zafascynowana tym pomysłem. Niczego nie pragnęła goręcej, jak założyć salon mody na spółkę ze swoją przyjaciółką Mary. Szczytem marzeń wydało jej się otwarcie go w stolicy Rzeszy Niemieckiej. Teraz salon już działał, a do ksiąg rachunkowych wpisano pierwsze zlecenia. Powinna wraz z Fridolinem czuć satysfakcję. Ale niespodziewanie zaczął jej rzucać kłody pod nogi.

– Jeśli ci ustąpię – powiedziała – i zrezygnuję z salonu, Mary będzie bardzo rozczarowana. A poza tym jak by miała poradzić sobie finansowo? Na pewno nie chcesz jej krzywdy!

– W ogóle nie powinnaś była realizować tego bzdurnego pomysłu – warknął Fridolin, jakby zapomniał, że sam prowadził negocjacje z właścicielem domu przy Leipziger Straße, w którym mieściła się teraz ich pracownia krawiecka.

– To nie był wcale bzdurny pomysł! – zaprotestowała Lora, próbując zachować spokój. – Chociaż otworzyłyśmy salon zaledwie przed tygodniem, mamy już klientki i pod koniec miesiąca zarobimy pierwsze pieniądze. Oczywiście to przede wszystkim zasługa Mary. Pochodzi z Anglii, podobnie jak księżniczka Wiktoria, małżonka księcia koronnego, a wytworne damy próbują naśladować brytyjski styl. Dzięki Mary nasz salon może spełnić oczekiwania klientek.

Lora przemawiała jak do ściany. Fridolin doszedł do przekonania, że w związku z prowadzeniem salonu mody jego żona spadła w hierarchii społecznej, stając się zwykłą krawcową i handlarką, a przez to przynosi ujmę jego reputacji.

– Dlaczego Mary nie może prowadzić salonu samodzielnie? Sprzedasz jej swoje udziały i zajmiesz się domem.

W tym momencie po raz kolejny uderzył piorun, powstrzymując Lorę od pełnej goryczy riposty. Wciągnęła głęboko powietrze do płuc i zaczęła mówić, siląc się na spokój:

– Mary nie ma pieniędzy, by mnie spłacić, a ja nie sprzedam udziałów nikomu obcemu. Ze względu na ciebie i tak nie pojawiam się w salonie oficjalnie, a firma jest prowadzona na nazwisko Mary Penn. Powinno ci to chyba wystarczyć.

W Lorze wszystko się gotowało. Do tej pory zawsze liczyła się ze zdaniem Fridolina, ale wysuwał ciągle nowe argumenty, których nie mogła zaakceptować. Gdzie podział się wesoły, beztroski młody mężczyzna, którego poślubiłam przed pięcioma laty? – pomyślała zgnębiona i popatrzyła na niego bacznie, jakby widziała go po raz pierwszy.

Był szczupły, dość wysoki i przystojny. Ale zamiast figlarnego wąsika, który jej się tak podobał, nosił teraz krótko przyciętą blond bródkę; postarzała go i sprawiała, że wyglądał na statecznego mężczyznę. Zmienił styl ubierania, który dopasował do ich obecnego statusu społecznego. Miał na sobie surdut, kamizelkę i spodnie – wszystko, podobnie jak krawat, uszyte było z granatowego materiału. W tym odzieniu dwudziestosześcioletni Fridolin prezentował się tak, że równie dobrze można mu było dać dwadzieścia lat więcej.

W Bremie obrał sobie za wzór Thomasa Simmerna, swego przyjaciela i mentora, ale teraz zdaniem Lory wyglądał od niego starzej. Westchnęła. Thomas był jej pierwszą, nieśmiałą miłością. Ale ponieważ miał żonę, oddała w końcu swe serce Fridolinowi. Teraz się zastanawiała, czy nie popełniła błędu, wychodząc tak wcześnie za mąż tylko po to, żeby móc reprezentować dom Retzmannów i zapewnić stabilizację swej podopiecznej, komtesie Nathalii.

Tymczasem Fridolin kontynuował swój wykład mocnym głosem i po raz kolejny podkreślił, jak bardzo straci na reputacji, jeśli jego żona nadal będzie się parać sklepikarstwem.

– Jako wicedyrektor Banku Grünfelder mam prawo i obowiązek żądać od ciebie, byś porzuciła krawiectwo. Skoro nie chcesz, by twoja przyjaciółka prowadziła salon z kimś obcym, to jako wicedyrektor banku będę mógł przyznać jej, albo raczej jej mężowi, kredyt na bardzo korzystnych warunkach!

Teraz także Lora podniosła głos:

– Ściągnęłam Mary do Niemiec i namówiłam ją, by otworzyła wraz ze mną salon mody, a teraz ma płacić odsetki od kredytu? Prędzej oddam jej sklep za darmo!

Fridolin najchętniej skończyłby kłótnię, mówiąc, że zgadza się na takie rozwiązanie, ale suma, którą włożyli w tę firmę, była po prostu za duża. August Grünfelder, właściciel banku, oznajmił poprzedniego dnia, że chciałby, aby Fridolin został jego wspólnikiem. Aby nim zostać, musiałby jednak wnieść sporą kwotę do kapitału własnego banku. Mógłby to uczynić, wpłacając pieniądze Lory. Ale jej udział w salonie mody Mary Penn i tak by nie wystarczył. Potrzebował także sumy, którą zainwestowała w akcje Norddeutscher Lloyd. Bez zgody Lory nie mógł rozporządzać tymi pieniędzmi. Jeśli będzie nalegał, żeby zrezygnowała ze sklepu odzieżowego, nie da mu ani grosza.

Ogarnęła go złość, bo choć przepisy stanowiły go panem i opiekunem prawnym żony, to z powodu zawartych umów miał związane ręce. Postanowił, że wróci do tej rozmowy w korzystniejszym momencie, kiedy Lora będzie lepiej usposobiona. Dlatego nagle zmienił temat.

– A tak w ogóle to nie musisz na mnie czekać z kolacją. Zostałem zaproszony do Grünfelderów.

Lora uniosła w zdziwieniu brwi. Już trzeci raz w tym tygodniu jej mąż stołował się u Grünfelderów, a jej nie zaproszono ani razu. Prawdopodobnie, pomyślała, panowie chcą podczas kolacji być w swoim gronie, żeby móc porozmawiać o interesach. Mimo to uważała, że pryncypał zanadto absorbuje Fridolina. W Bremie jej mąż również miał wiele zawodowych i towarzyskich zobowiązań, ale wszystkie zaproszenia na wieczorne spotkania dotyczyły ich obojga. Również pod tym względem wiedli tam przyjemniejszy żywot niż tutaj.

Gdy Fridolin opuścił dom, Lora jeszcze przez pewien czas rozmyślała nad tym, że niepotrzebnie porzucił dobrą posadę w Bremie. Oczywiście rozumiała, że tutaj jako prawa ręka właściciela banku mógł się czuć ważniejszy niż w NDL, gdzie był tylko jednym z wielu urzędników. Zastanawiała się, czy nie kieruje nim przesadna ambicja, ale w końcu doszła do wniosku, że przez te wszystkie lata w Bremie musiał tęsknić za rodzinnym Berlinem, i dlatego chciał tutaj stworzyć dla nich godną egzystencję.

Ona sama przybyła tu pełna ciekawości, ale ponieważ Berlin coraz bardziej odbierał jej Fridolina, rosła w niej niechęć do tego miasta i z dnia na dzień coraz bardziej tęskniła za Bremą.

II

Fridolin kazał lokajowi, którego zatrudnił wraz z dwiema służącymi, sprowadzić dorożkę. Czekając na nią, pomyślał, że jako przyszły współwłaściciel banku pilnie potrzebuje własnego powozu i stangreta. Ale był to nabytek, na który chciał się zdecydować dopiero wtedy, gdy będzie dysponował nadmiarem gotówki. Najpierw musi kupić udziały w banku. Ta myśl znów wywołała w nim złość na Lorę i na jej bezsensowne obstawanie przy sklepie odzieżowym. Przez to swoje zamiłowanie do krawiectwa uczyni go obiektem ludzkiej drwiny! Jako wicedyrektor Banku Grünfelder Fridolin nie mógł sobie pozwolić, aby żona lekceważyła etykietę i pracowała na potrzeby innych ludzi.

Dotarł do reprezentacyjnej willi bankiera przy Rankestraße. Będąc wciąż jeszcze w kiepskim nastroju, zapłacił dorożkarzowi i zastukał kołatką. Natychmiast otworzył mu służący, drugi wziął od niego cylinder i laskę, a trzeci poprosił go, by za nim poszedł.

Właśnie o takim życiu marzył Fridolin. Chociaż August Grünfelder nie pochodził ze szlachty, mógł się uważać za człowieka z najlepszego towarzystwa. Kiedyś z pewnością nadejdzie dzień, kiedy cesarz Wilhelm złoży podpis pod aktem nobilitacji, nadając mieszczaninowi Grünfelderowi wymarzone „von” przed nazwiskiem.

Teraz Fridolin już się nie burzył na myśl, że fortuna bankierów i przemysłowców pod wieloma względami liczy się bardziej niż szlacheckie pochodzenie. Wreszcie sam dorobił się kapitału pozwalającego patrzeć mu bez zawiści na bogactwo innych. Z takim uczuciem wszedł do wyposażonego w wytworne sofy salonu, gdzie już zebrało się kilkoro gości.

August Grünfelder konwersował właśnie z dziarskim oficerem, ale na widok Fridolina przerwał rozmowę i podszedł do niego.

– Witam pana! Cieszę się, że skorzystał pan z mojego zaproszenia.

– Ależ to przecież oczywiste, że przyszedłem.

Fridolin się skłonił, bankier zaś wyciągnął do niego rękę. Fridolinowi bardzo to schlebiło. Uścisnął dłoń pryncypałowi i wtedy dojrzał przed sobą panią domu.

Juliana Grünfelder była niską, otyłą kobietą w wieku około sześćdziesięciu lat. Nikt się nie mógł dowiedzieć, że jest trzy lata starsza od męża, który dzięki jej majątkowi stworzył podwaliny banku. Stało się to zgodnie z jej wolą. W roli małżonki szanowanego bankiera czuła się wyśmienicie. Urzeczywistniły się prawie wszystkie jej marzenia. Miała jeszcze tylko jedno, ostatnie – pragnęła, by Fridolin został jej zięciem.

Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i podała mu rękę, którą on pocałował z atencją.

– Bardzo się cieszę, że pana widzę – powiedziała. – Moja Wilhelmina przez cały dzień się lękała, czy pan aby na pewno przyjdzie.

Popatrzyła z dumą na córkę. Wilhelmina Grünfelder miała bladą karnację. Po rodzicach odziedziczyła krępą figurę. Jej twarz była krągła, oczy niebieskie, a włosy w odcieniu mysioszarym – jak go kiedyś ironicznie określił Emil Dohnke, bezpośredni podwładny Fridolina. Dohnke nie był zapraszany do domu Grünfeldera. Goszczono tu przede wszystkim partnerów biznesowych pana domu oraz oficerów, z których dwaj byli gotowi dołożyć do swego drzewa genealogicznego Wilhelminę Grünfelder, żeby dzięki jej pieniądzom wieść komfortowe życie.

Fridolin przywitał tych panów lekko ironicznym skinieniem głowy. Zapomniał przy tym zupełnie, że przed kilkoma laty on też byłby gotów równie usilnie starać się o rękę tej panny, ponieważ miała odziedziczyć cały majątek Augusta Grünfeldera.

Wilhelmina podeszła właśnie do niego i wstydliwie opuściła wzrok.

– Panie von Trettin, jaka to radość pana widzieć.

Fridolin pomyślał, że Grünfelderowie chyba się zmówili, by go w ten sposób powitać. Ukłonił się elegancko przed młodą damą i pocałował ją w rękę.

– Cała radość po mojej stronie.

– Och, naprawdę?

Wilhelmina poczerwieniała.

Fridolin nie zwrócił na to uwagi. Obaj panowie w eleganckich mundurach przestępowali niespokojnie z nogi na nogę. Wprawdzie wiedzieli, że ten młody mężczyzna jest żonaty, ale mimo to im zawadzał. Był zbyt przystojny, żeby dziewczęce serce pozostało obojętne, i miał światowe maniery, których im, dziarskim wojakom, brakowało.

– Trettin, widzę, że znów przyszedł pan dzisiaj sam. Czyżby pańska małżonka nie zechciała panu towarzyszyć? – rotmistrz von Campe nie mógł się powstrzymać, żeby nie dogryźć Fridolinowi, a przy okazji chciał przypomnieć Wilhelminie Grünfelder, że ów przystojny mężczyzna jest żonaty i wchodziłaby ona dla niego w rachubę jedynie jako przelotna miłostka.

Słowa Campego przygnębiły Fridolina. Istotnie Grünfelder do tej pory zapraszał tylko jego, pomijając Lorę, a on nie śmiał przyprowadzić jej ze sobą. Obawiał się, że w ten sposób popełni towarzyską gafę i zagrozi swej pozycji w banku. Bankier często zapewniał, że byłby zadowolony, mając takiego partnera, tak więc Fridolin zapragnął, żeby żona i córka Grünfeldera wreszcie poznały Lorę. Jego żona na pewno wtedy zrozumie, jak bardzo mu zależy, by stać się współudziałowcem banku. Do tej pory Lora nie znalazła w Berlinie znajomych. Jej jedyną przyjaciółką była Mary – prosta krawcowa, na dodatek pochodząca z angielskiego plebsu.

– Wstydzi się pan małżonki, że jej pan ze sobą nie przyprowadza? – zadrwił z lubością lejtnant von Trepkow, idąc w ślady von Campego. – Ludzie powiadają, że pańska żona nie jest szlachcianką, lecz córką biednego wiejskiego nauczyciela z Prus Wschodnich.

Von Campe poczuł satysfakcję, usłyszawszy te słowa z ust konkurenta, który nie tylko naruszył reputację Fridolina, ale też przypomniał córce Grünfeldera, że ona również jest mieszczańskiego pochodzenia i dlatego nie stanowi odpowiedniej partii dla takiego szlachcica jak Friedrich von Trepkow.

Fridolin zastanawiał się, w jaki sposób mógłby odpłacić lejtnantowi za jego bezczelną uwagę. Gdybym był oficerem, pomyślał, wyzwałbym go na pojedynek. Ale jako reprezentant Banku Grünfelder nie mógł sobie na to pozwolić, chyba że nie miałby innego wyjścia.

– Drogi panie von Trepkow, widzę, że został pan źle poinformowany. Moja małżonka jest wnuczką mego wuja, freiherra Wolfharda Nikolausa von Trettina, pana na Trettinie! – rzekł Fridolin, nie kryjąc dumy.

W końcu Trettinowie należeli do najstarszych rodów w Prusach Wschodnich, podczas gdy przodek Trepkowów był zwykłym mieszczaninem, służącym jako podoficer w armii Fryderyka Wielkiego, i dopiero jego wnuk dosłużył się na polach bitewnych pod Ligny i Waterloo partykuły „von” przed nazwiskiem.

Wiedział o tym też Hasso von Campe i postanowił, że zagadnie na ten temat Augusta Grünfeldera. Jednocześnie przedstawi mu własne drzewo genealogiczne o długim szlacheckim rodowodzie, aby wywrzeć na bankierze wrażenie. Mimowolnie pomyślał o tym, co o małżonce Fridolina powiedział mu były przełożony major von Palkow. Podobno będąc panną, faktycznie zarabiała na życie cerowaniem. Nie przykładał większej wagi do jej szlacheckich korzeni. W jego oczach kobiety, które zakochiwały się w zwykłych nauczycielach i wychodziły za nich za mąż, traciły prawo, by postrzegać je jako szlachcianki; dotyczyło to też ich córek.

Von Trepkow nie znał jednak pochodzenia Lory i roztrząsał odpowiedź Fridolina. Zanim przyszła mu do głowy odpowiednia riposta, August Grünfelder poprosił gości do suto zastawionego wyszukanymi smakołykami i przesadnie ozdobionego stołu. Na ten widok niektórzy zmarszczyli nos, uważając, że gospodarz przesadził z wystawnością.

– Grünfelder znów się chełpi bogactwem – szepnął von Trepkow do jednego z panów, który jako żonaty mężczyzna nie był dla niego konkurentem.

Fridolin usłyszał to i postanowił, że porozmawia na ten temat z bankierem. Wyszukane dania na przeładowanym stole zanadto podkreślały, że Grünfelderowie należą do nowobogackich. Poza tym chciał w rozmowie z pryncypałem wspomnieć o Lorze i dać mu do zrozumienia, że niezapraszanie jej na przyjęcia oboje odbierają jako nietakt.

III

Właściwie Lora chciała jeszcze tego wieczoru trochę poszyć, ale po kłótni z mężem poczuła, że nie jest w stanie się tym zająć. Gdy Fridolin opuścił dom, dała wolne trojgu służących, postanowiła bowiem położyć się do łóżka bez kolacji. Ale gdy zaczęła zdejmować odzienie, zmieniła nagle zdanie. Poczuła pilną potrzebę otwarcia przed kimś serca, w przeciwnym razie nie dałaby rady zasnąć i przez całą noc rozmyślałaby o kłótni z mężem.

Okazało się, że niepotrzebnie zwolniła służące, bo Jutta, zatrudniona jako kucharka, pomagała jej też przy ubieraniu. Lora musiała trochę poszukać wśród sukien, nim znalazła odpowiednią do wyjścia, a przy tym niezapinaną na plecach.

Zatrzasnąwszy za sobą drzwi, pomyślała, że dom został pusty. Ewentualny złodziej by się jednak rozczarował, ponieważ zostawiła w pałacu Retzmannów w Bremie nie tylko wiele swoich sukni i mebli, ale też prawie całą biżuterię. Z ostateczną przeprowadzką chciała poczekać, aż urządzą nowy dom.

Ostatni czas był tak nerwowy, że nie znalazła chwili, by zatroszczyć się o przywiezienie tych rzeczy. Jej myśli bezustannie krążyły wokół salonu mody. Gdy szła pospiesznie wzdłuż Turmstraße, zmierzając do odległego o kilkaset metrów domu, w którym mieszkała jej przyjaciółka, po raz pierwszy zadała sobie na poważnie pytanie, czy nie popełnia błędu. Może Fridolinowi i jej dobrze by zrobiło, gdyby bardziej troszczyła się o niego, a mniej o własne sprawy. Nie! – pomyślała zaraz potem. Również wtedy wcześniej czy później doszłoby do kłótni. Podeszła do latarni ulicznej, której światło padało na słup ogłoszeniowy. W oczy rzucił się jej duży plakat zaprojektowany przez uznanego grafika. Zatrzymała się, żeby przyjrzeć się mu jeszcze raz. Plakat przedstawiał damę ubraną według mody angielskiej, niżej widniał napis sporządzony zaokrąglonymi literami: „Missis Mary Penn ma zaszczyt poinformować o otwarciu salonu mody przy Leipziger Straße, róg Markgrafenstraße”.

Mary świadomie prowadziła pracownię krawiecką pod swym panieńskim nazwiskiem. Sądziła, że w ten sposób prędzej zwabi berlińskie damy zachwycone pochodzącą z Anglii księżniczką koronną, niż gdyby używała niemieckiego nazwiska męża – Benecke. Lora zapomniała o przygnębieniu i się uśmiechnęła. Kosztowna reklama sprawiła, że kilka kobiet z wyższej warstwy mieszczańskiej oraz szlachcianek odwiedziło salon mody missis Penn i zamówiło u niej suknie. Mary zatrudniła dwie szwaczki, które już teraz ledwo nadążały z pracą. Dlatego Lora pomagała im własnymi rękoma, chociaż szyła jedynie we własnych czterech ścianach i tylko pod nieobecność Fridolina.

Nagle usłyszała za sobą kroki, ruszyła więc dalej. W niektórych częściach Berlina zainstalowano już wprawdzie elektryczne latarnie, dzięki czemu wokół robiło się jasno jak w dzień, ale w tej części miasta latarnie wciąż jeszcze były gazowe i oświetlały trotuar w promieniu zaledwie kilku metrów. Poczuła ulgę, stwierdziwszy, że kroki skręciły w Waldstraße. Wkrótce potem doszła do narożnego budynku na skrzyżowaniu Turmstraße i Ottostraße, gdzie zastukała kołatką do drzwi wejściowych. Otworzył jej dozorca. Znał ją dobrze, gdyż często odwiedzała Mary. Pokręcił z dezaprobatą głową i rzekł:

– Ach, pani von Trettin! Nie powinna pani o tej porze wychodzić sama na miasto.

Lora skwitowała jego słowa uśmiechem, przywitała się z nim, po czym ruszyła w głąb domu. Weszła na wysoki parter i podeszła do drzwi mieszkania państwa Benecke. Zapukała, a po chwili wpuścił ją do środka mąż Mary – Konrad. On też nie omieszkał zbesztać późnego gościa.

– Loro, przyszłaś tu sama, i to na dodatek pieszo? Nie powinnaś była tego robić! Berlin to nie Brema. Tam o tej porze mogłabyś jeszcze spacerować, ale tutaj trzeba się mieć na baczności, żeby nie napadli cię żebracy i inna hołota.

– Nie sądziłam, że tak szybko zrobi się ciemno – odpowiedziała Lora.

Konrad Benecke pokręcił głową, po czym krzyknął w głąb mieszkania:

– Mary! Lora przyszła!

– Wspaniale! – zabrzmiał radosny głos. – Miałam zamiar odwiedzić ją jutro z dobrą wiadomością. Otóż pozyskałyśmy dzisiaj nową klientkę. Niestety, owa dama jest bardzo wymagająca.

Lora weszła do pokoju, uściskała przyjaciółkę i usiadła na krześle. Konrad tymczasem udał się do kuchni, żeby przynieść coś do picia. Mary wyczuła, że Lorę coś gnębi. W zamyśleniu przyjrzała się przyjaciółce.

Lora była piękną kobietą, choć może nieco zbyt wysoką. Miała szczupłą, gibką sylwetkę i jędrne, nie za duże, ale i nie za małe piersi. Jej włosy w kolorze pszenicy były tak gęste, że mogła upinać fryzurę, nie dopinając cudzych włosów ani nie stosując żadnych środków pomocniczych. Jej twarz miała łagodne rysy, a niebieskie oczy połyskiwały. Tylko pionowa bruzda między brwiami świadczyła, że coś ją dręczy.

– Masz jakieś problemy? – zapytała Mary.

Mówiła z mocnym angielskim akcentem, ale można ją było bez problemu zrozumieć.

Lora uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

– Przed tobą nic się nie da ukryć. Chodzi o Fridolina. Nie poznaję go. W Bremie zgodził się na wszystkie nasze plany, potem w Berlinie pomógł nam wynająć lokal. A teraz żąda ode mnie, żebym wycofała pieniądze z naszego przedsięwzięcia, bo chce wykupić udziały w banku pana Grünfeldera.

Mary zbladła, ale szybko się opanowała.

– Mogłyśmy przecież otworzyć mniejszy sklep w mniej wytwornej dzielnicy. Sama nie dam rady utrzymać pracowni. Będę musiała zrezygnować, zanim narobię długów.

– Z niczego nie zrezygnujesz! – oznajmiła z naciskiem Lora. – Nie podejmuję zobowiązań po to, żeby się z nich po kilku tygodniach wycofywać. Pozostaniemy w dalszym ciągu wspólniczkami! Na szczęście Thomas Simmern sporządził odpowiednie umowy, a tym samym nasze ustalenia są nienaruszalne.

Tymczasem Konrad wrócił z kuchni, niosąc dwa kieliszki słabego wina i jeden z rumem.

– Jestem przecież starym wilkiem morskim – powiedział, gdy Lora nieufnie zerknęła na rum, po czym poważnym tonem oznajmił: – Jeśli Fridolin zażąda od ciebie, żebyś zrezygnowała z prowadzenia salonu, będziesz musiała się mu podporządkować.

– Wcale nie! Mary jest moją najlepszą przyjaciółką. Niech będzie, co ma być, my dwie będziemy trzymać się razem. Fridolin może kupić w banku Grünfeldera kilka udziałów mniej. – Lora poczuła, że z każdym słowem wzbiera w niej żal do męża. – Nie powinniśmy się przeprowadzać do Berlina. To miasto odbiera mi Fridolina! – dodała z goryczą w głosie.

Zatroskana Mary zaczęła wyłamywać palce, a Konrad się zamyślił.

– To prawda – pokiwał głową. – Zmienił się. Przez pierwsze tygodnie bywał u nas prawie codziennie i bawił się z małym Jonnym, ale od pewnego czasu w ogóle się u nas nie pokazuje.

– A gdzie jest teraz Jonny? – zapytała Lora i odruchowo się rozejrzała.

– Nasz mały skarb był na spacerze z Konradem – wyjaśniła Mary. – Wyszalał się i zasnął przy kolacji. Zaniosłam go do łóżka i śpi.

Mary uśmiechnęła się czule na myśl o synu, ale i o mężu. W ojczystym Harwich czuła się gorsza z powodu kalectwa. Do dziś poczytywała za cud, że Konrad się nią zainteresował. Na dodatek spełniał każde jej życzenie. Wiele jednak zawdzięczała Lorze, która ściągnęła ją do Niemiec i zaprowadziła do najlepszych lekarzy. Wprawdzie Mary nie mogła skakać jak kózka, ale pomagając sobie elegancką laską, chodziła prawie normalnie. Chociażby dlatego nie chciała, żeby Lora pokłóciła się przez nią z mężem. Próbowała wyjaśnić to Lorze na spokojnie, ta jednak pokręciła gwałtownie głową.

– Gdyby Fridolin od razu powiedział, że potrzebuje pieniędzy, bo chce się wkupić do banku, to wówczas faktycznie nie założyłybyśmy salonu przy głównej ulicy handlowej. Ale to on nas namawiał, żebyśmy tak zrobiły, a teraz nie chce o niczym słyszeć. Powiedział nawet, że jako wicedyrektor banku przyzna wam korzystny kredyt, żebyście mogli wypłacić mi mój udział.

– Ale wówczas wszystko będzie między nami uregulowane – powiedział Konrad, na co Lora znów zaprotestowała.

– Musielibyście płacić odsetki za błąd, który popełnił Fridolin, nie wy. Nie pozwolę na to!

– Jest twoim mężem i wciąż go jeszcze przecież kochasz. A ta sprawa jest najwidoczniej dla niego bardzo ważna – stwierdziła Mary, ale jej słowa również nie przekonały Lory, która pomyślała o latach spędzonych wraz z Fridolinem w Bremie.

Tam byli szczęśliwi, ale miała wrażenie, że owe czasy dawno już minęły. Teraz Fridolin zachowywał się tak władczo, jakby wraz z przeprowadzką do Berlina zmienił mu się charakter.

Co teraz będzie? Czy naprawdę muszę zrezygnować z własnych pragnień tylko dlatego, żeby mój mąż miał satysfakcję, że postawił na swoim? – pomyślała, nie wiedząc, czy w dłuższej perspektywie czasu zdoła znieść takie traktowanie. W zatłoczonym Berlinie czuła się bardziej samotna niż wtedy, gdy po śmierci rodziców i rodzeństwa zamieszkała u dziadka w myśliwskiej chacie w głębi lasu. Miała tu tylko dwie osoby, do których mogła otworzyć usta: Mary i Konrada. Fridolin spędzał całe dnie w banku, a wieczorami często przebywał poza domem, ponieważ Grünfelder ciągle go do siebie zapraszał.

– Nie zamierzam na każdym kroku ustępować Fridolinowi! – wyrzuciła z siebie. – On żyje we własnym świecie, w którym nie ma dla mnie miejsca. Wyobraźcie sobie, że nie przedstawił mnie jeszcze Augustowi Grünfelderowi ani jego małżonce. Gdy go zapytałam, czy nie powinniśmy kiedyś zaprosić Grünfelderów do siebie, powiedział, że byłoby nieuprzejmie wysyłać zaproszenie żonie pryncypała, zanim ona nie zaprosi mnie do siebie. A Juliana Grünfelder jak na razie wcale się do tego nie przymierza, chociaż Fridolin często bywa w jej domu. Mam wrażenie, że ta dama wcale nie ma zamiaru mnie poznawać.

To wyznanie pozwoliło gospodarzom zajrzeć głęboko w zranioną duszę Lory. Mary zaczęła się zastanawiać, jak pocieszyć przyjaciółkę, Konrad natomiast uderzył pięścią w oparcie krzesła.

– Nie spodziewałbym się czegoś takiego po Fridolinie! W Bremie był całkiem inny! Pewnie się tam pilnował, żeby nie rozgniewać Thomasa Simmerna. A teraz jawnie pokazuje te strony charakteru, które tam potrafił zręcznie ukryć.

– Sądzisz, że nadal będzie się tak zachowywał? – przestraszyła się Lora.

Poczuła się bezradna, ale zarazem postanowiła, że nie da się złamać jak cienka gałązka.

– Ze względu na ciebie mam nadzieję, że wkrótce Fridolin będzie taki jak dawniej! – stwierdził Konrad bez wielkiego przekonania.

Mary chwyciła dłonie Lory i przycisnęła je sobie do piersi.

– Życzę ci jak najlepiej! Będę się modlić, żebyście dalej mogli żyć w miłości. Ale gdyby nastąpiło najgorsze, przeprowadź się do nas. Zatroszczymy się o ciebie.

– Dziękuję wam z całego serca!

Lora objęła najpierw Mary, a potem Konrada. Poczuła się lepiej. Chociaż miała nadzieję, że Fridolin z powrotem stanie się mężczyzną, którego kiedyś kochała, to była zadowolona, że jest miejsce na tej ziemi, gdzie zawsze mogła liczyć na serdeczne traktowanie.

IV

Mniej więcej w czasie, gdy Konrad odprowadzał Lorę do domu, w wytwornej willi Augusta Grünfeldera zakończyła się uroczysta kolacja.

Żona i córka gospodarza pożegnały się dygnięciem i odeszły, by przygotować się do snu. Większość gości opuściła dom, a grupkę pozostałych jeszcze panów bankier zaprowadził do palarni. Czekał tam już służący, który miał nalewać koniak i wino, a na stole stały skrzynki z drogimi cygarami.

Von Campe i von Trepkow, którzy w swych portfelach najczęściej widzieli dno, natychmiast się poczęstowali. Pierwszy wziął nawet dwa cygara. Jedno schował dyskretnie w rękawie, drugie zaś odpalił od świecy, która stała na stole w takim właśnie celu.

– Dobry tytoń, chyba z Kuby – powiedział dziarskim głosem do Grünfeldera.

Ten pokręcił z uśmiechem głową.

– Z Wirginii w Stanach Zjednoczonych.

– Wprost wyśmienity – potwierdził także von Trepkow, żeby nie wypaść ani na jotę gorzej od rywala.

– Zawsze kupuję tylko najlepsze cygara, trunki i strawy. Jeśli chodzi o te ostatnie, wyboru dokonuje moja żona Juliana. I chyba nieźle sobie radzi. A może są panowie innego zdania?

– Ależ nie – pospiesznie zapewnił go von Campe.

Von Trepkow również przytaknął gorliwie.

– Przyjęcia u pana są najlepsze w całym mieście.

Chociaż bankier potrafił przejrzeć na wylot ludzi, którzy przychodzili do niego w interesach, to w życiu prywatnym ulegał naciąganym pochlebstwom. Dlatego skinął lejtnantowi przyjaźnie głową, a potem zwrócił się do Fridolina:

– Jakie jest pańskie zdanie na ten temat, panie von Trettin?

Fridolin zawahał się z odpowiedzią. W jego mniemaniu Grünfelder w zakupach kierował się bardziej ceną niż smakiem. W końcu wzruszył ramionami.

– Żałuję, że nie potrafię ocenić cygar, ponieważ nie palę. Ale jeśli chodzi o koniak, to z pewnością jeden z najlepszych dostępnych gatunków.

– Trettin, pan nie pali? To co z pana za mężczyzna? – przygryzł mu von Campe, Grünfelder spojrzał zaś na Fridolina przenikliwie, ponieważ w głosie swego wicedyrektora dosłyszał lekką nutkę dezaprobaty i zastanawiał się, co mogło mu się nie spodobać w koniaku.

Postanowił, że go o to zapyta, gdy będą sam na sam. Na razie jednak powtórzył pytanie von Campego, dlaczego Fridolin odmawia sobie przyjemności wypalenia dobrego cygara.

Fridolin mógłby odpowiedzieć, że jako młodzieniaszek nie miał dość pieniędzy na dobre gatunki, a w starszym wieku stwierdził, że palenie nie sprawia mu przyjemności. Ponieważ wolał to jednak zachować dla siebie, wzruszył ramionami i rzekł:

– Powiedzmy, że cygara mi nie smakują.

– Czy są dla pana zbyt mocne, Trettin? Może się pan boi, że będzie haftował? – zadrwił von Campe.

Fridolin zareagował na jego szyderstwo ze stoickim spokojem.

– Czy mówi pan z własnego doświadczenia?

– Nie pozwolę, by mnie obrażano – zacietrzewił się rotmistrz i sięgnął do szabli, ale jego sąsiad położył mu uspokajająco dłoń na przedramieniu.

– Już pan dzisiaj kilka razy prowokował pana von Trettina, dlatego musi pan teraz przełknąć jego odpowiedź. Jeśli wyzwie go pan na pojedynek, zostanie pan przeniesiony nad Niemen albo do jakiejś pipidówki za Poznaniem.

Von Campe zazgrzytał zębami. Pojedynki wprawdzie wciąż jeszcze się zdarzały, a ich uczestników rzadko kiedy spotykały kary, ale jeśli jako oficer chciałby wyzwać cywila, musiałby mieć jakiś ważniejszy powód niż ironiczny docinek, który mógł zostać potraktowany jako żart. Niechętnie puścił rękojeść szabli i przymusił się do uśmiechu.

– Ma pan rację, Trettin. Byłem jeszcze małym smykiem, gdy ojciec pozwolił mi zaciągnąć się cygarem. Nie wyszło mi to na zdrowie. Ale w przeciwieństwie do pana nie zniechęciłem się i teraz z przyjemnością lubię wypalić sobie cygarko.

W swoim mniemaniu von Campe zdołał znów przygryźć Fridolinowi, a jednocześnie zaprezentował się jako człowiek, który wie, co to żart.

Ponieważ Fridolin nie chciał się kłócić z podpitym rotmistrzem, nie podjął tematu, lecz zaczął mówić o jakości różnych gatunków koniaku.

– Każdy jednak sam musi zdecydować, który mu najbardziej smakuje – dodał, żeby Grünfelder nie uznał jego słów za krytykę.

Bankier skinął głową pozornie obojętnie, ale postanowił kupić gatunki, które Fridolin pochwalił, zwłaszcza że kilku panów było tego samego zdania, jak wywnioskował z ich min.

Po pierwszych złośliwościach dalsza rozmowa przebiegała spokojnie. Panowie pili koniak i palili cygara. Tymczasem wskazówki dużego stojącego zegara powoli zbliżały się do dwunastej. Gdy wybiła północ, większość panów zdecydowała się porzucić towarzystwo.

Pożegnali się również von Campe i von Trepkow, choć z powodu wypitego alkoholu uczynili to, niewyraźnie mamrocząc. Zapewnili Grünfeldera, że spędzili wspaniały wieczór. Zaraz po nich chciał odejść również Fridolin, ale pan domu go zatrzymał.

– Niech pan jeszcze zostanie, mój drogi. Muszę z panem omówić pewną ważną rzecz.

– Chętnie – zgodził się Fridolin.

W myślach jednak dopowiedział: Czy to naprawdę nie może poczekać do rana? Wróci do domu jeszcze później niż zwykle. Lora będzie rano rozczarowana i zła. Po chwili uniósł dumnie głowę. Był jej mężem i miała obowiązek mu się podporządkować. Bądź co bądź Grünfelder zaproponował mu spółkę, a tym samym szansę na kolosalny awans społeczny, na którym zyska też Lora. Dlatego nie powinien zwracać uwagi na dąsy żony, zwłaszcza że von Campe i inni znów z niej drwili, nazywając szwaczką i łaciarką.

Powstrzymał się od westchnienia i z powrotem usiadł. Gospodarz z zadowoloną miną odesłał służącego i własnoręcznie nalał im dwóm koniaku.

– Chodzi o dość… hm… poufną sprawę – zaczął.

– Czy ktoś z wyższych sfer pragnie zaciągnąć kredyt i zastrzega sobie, żeby nikt się o tym nie dowiedział?

Grünfelder roześmiał się nerwowo.

– Nie, to sprawa całkiem prywatna. Jest pan przecież człowiekiem światowym i wie, że mężczyzna czasem potrzebuje odrobiny relaksu, o którym pani domu nie powinna się dowiedzieć.

Fridolin jeszcze nie znał swego pryncypała od tej strony. W pierwszej chwili pomyślał, że się przesłyszał, ale Grünfelder dodał cichutko, jakby się bał, że jego żona usłyszy z sypialni, iż ostatnio dowiedział się o godnym uwagi lokalu, w którym są równie piękne, co gorące kobiety.

– Niech pan nie myśli o mnie źle, panie von Trettin. Nigdy nie zdradziłem żony. Ale mogę sobie chyba pozwolić na odrobinkę przyjemności tego rodzaju. Gdyby pan był tak dobry i mi towarzyszył…

Fridolin z trudem powstrzymał się od śmiechu. Wyglądało na to, że Grünfelder miał ochotę na erotyczną przygodę, ale brakowało mu odwagi, by samemu przekroczyć próg świątyni grzechu.

Czy on wie, pomyślał Fridolin, że przed kilkoma laty służyłem ziemianom i przemysłowcom jako przewodnik po ścieżkach płatnej miłości?

Jeżeli nawet Grünfelder o tym wiedział, to najwyraźniej nie zraziło go to do swego podwładnego.

– Gdzie znajduje się ten lokal? – zapytał Fridolin.

– Przy Stallschreiberstraße w pobliżu Spittelmarkt – wyjaśnił bankier i powiedział, że ów przybytek nazywa się Le Plaisir.

Usłyszawszy tę nazwę, Fridolin prawie zerwał się z fotela. Przed laty był stałym gościem w Le Plaisir, co prawda raczej nie po to, żeby zabawiać się z dziewczętami, lecz żeby podtrzymywać znajomości. Opuściwszy przed laty Berlin, zerwał zarazem wszelkie tutejsze kontakty. Teraz był ciekaw, jak się wiedzie Hedzie Pfefferkorn. Chcąc zobaczyć właścicielkę Le Plaisir, postanowił przystać na propozycję Grünfeldera.

– Jeśli pan sobie życzy, będę panu towarzyszył.

Grünfelder uścisnął mu dłoń.

– Bardzo panu dziękuję.

Oddech bankiera cuchnął alkoholem. Fridolin zorientował się, że jego pryncypał wypił więcej, niż powinien i najwidoczniej pod wpływem alkoholu poczuł cielesne żądze. Rozbawiony Fridolin zastanawiał się, czy bankier w ogóle będzie w stanie spółkować z kobietą. Ale to nie był jego problem.

V

Lokal Le Plaisir wciąż jeszcze znajdował się pod dawnym adresem. Na zewnątrz nie różnił się od sąsiednich willi należących do wyższych sfer. Grube zasłony zawieszone w oknach kryły to, co działo się w środku. Ponieważ na budynku nie znajdowała się tabliczka ani żadna inna wskazówka, nikt z przypadkowych przechodniów nie odgadłby, że w środku mieści się świątynia rozkoszy lub – w zależności, jak na to patrzeć – przybytek grzechu.

Gdy Fridolin wysiadł z dorożki, na jego ustach pojawił się uśmiech. Próbował sobie przypomnieć, jak długo nie odwiedzał tego miejsca. Z pewnością minęło ponad pięć lat, bo po raz ostatni był tu w grudniu 1875 roku, a teraz był kwiecień 1881.

– No i jak, panie von Trettin? Wchodzimy do środka? – zapytał Grünfelder, którego odwaga podczas jazdy dorożką wyraźnie zmalała.

Fridolin otrząsnął się z zamyślenia. Nie miał zamiaru podejmować decyzji za szefa.

– Jeśli pan sobie życzy, to wejdźmy.

Grünfelder spojrzał za siebie, na dorożkę. Ponieważ już zapłacił, dorożkarz zdążył właśnie ruszyć. Przez chwilę bankier wyglądał na niezdecydowanego, ale potem jego krągła twarz się rozpogodziła i ruszył ku drzwiom prowadzącym do Le Plaisir.

– Miejmy nadzieję, że panienki dadzą z siebie to, co mi obiecano.

Fridolin się uśmiechnął. Dziewczęta Hedy były nie tylko piękne, ale też potrafiły zadowolić mężczyznę.

Ledwo zastukali kołatką, a drzwi natychmiast się otworzyły. Anton, portier Hedy, zmierzył ich badawczym wzrokiem, ale nie poznał Fridolina. Na podstawie ubrania uznał, że późni goście są zamożnymi biznesmenami. Sam miał na sobie fantazyjny mundur z jakiegoś egzotycznego kraju. Na widok tego stroju tamtejsi żołnierze na pewno by zasalutowali.

– Życzę panom przyjemnego wieczoru. Czy mogę się dowiedzieć, z czyjego polecenia panowie się tu zjawili? – zapytał z nutą lekkiej służbistości.

– My… – Grünfelder spojrzał na Fridolina wzrokiem szukającym pomocy.

– …pragniemy spędzić przyjemny wieczór w ekscytującym towarzystwie – dokończył za niego Fridolin.

Gdy Anton usłyszał jego głos, drgnął i przyjrzał mu się dokładniej. Potem pokręcił głową. Ten mężczyzna z blond bródką i o nobliwym wyglądzie nie może być owym wesołym młodzieńcem, który kilka lat temu często tu przychodził, towarzysząc różnym bogatym panom. Uznał, że gośćmi powinna zająć się szefowa, i uczynił zapraszający ruch ręką.

– Proszę za mną!

Przez moment Grünfelder wyglądał, jakby chciał zawrócić, ale w końcu ruszył na sztywnych nogach za Antonem. Niebawem znaleźli się w salonie z czerwonymi dywanami i zasłonami, gdzie stały wygodne fotele, otomany i inne siedziska dla gości. Grünfelder nie zwracał jednak uwagi na umeblowanie, tylko patrzył na obrazy na ścianie przedstawiające greckie boginie w prześwitujących sukniach i namiętnych pozach. Wyglądały tak naturalnie, że miało się wrażenie, iż zaraz wyjdą z ram, by tulić się do przybyszy.

Fridolin potoczył wzrokiem po gościach. Rozpoznał kilku panów, z którymi miał do czynienia, kiedy ostatnio przebywał w Berlinie, na przykład przemysłowca Rendlingera i dwóch oficerów. Cała trójka grała razem w karty, a trzy urodziwe dziewczęta czekały w pobliżu, aż będą mogły udać się wraz z nimi do osobnych pokoi.

Gdy Grünfelder i jego towarzysz weszli do salonu, inne młode kobiety uniosły głowę i spojrzały na nich z zainteresowaniem. Z dziewcząt, które pracowały tu pięć lat temu, Fridolin nie dostrzegł żadnej, ale jedna z nowych wydała mu się znajoma. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, skąd ją zna. Nie była piękna, co najwyżej ładna, a sądząc po sukni, należała do prostytutek drugiej kategorii.

– Panowie pozwolą, że ich przywitam w Le Plaisir!

Za ich plecami rozległ się niski, przyjemny damski głos. Grünfelder i Fridolin się odwrócili.

Heda Pfefferkorn musiała przekroczyć już trzydziestkę, ale wciąż jeszcze zaliczała się do najpiękniejszych kobiet, jakie Fridolin kiedykolwiek widział. W przeciwieństwie do swoich dziewcząt, które miały na sobie wyzywające suknie, nosiła wysoko zapięty kostium składający się z dopasowanego do figury długiego żakietu i sięgającej do łydek spódnicy wierzchniej. Nikt, kto by ją zobaczył w tym stroju na ulicy, nie pomyślałby, że ma do czynienia z właścicielką domu publicznego.

Gdy Fridolin przyglądał się Hedzie, Grünfelder zdobył się na odwagę i rzekł:

– Dobry wieczór. Przybyliśmy tu z powodu pięknych pań.

Na twarzy Hedy pojawiło się na moment rozbawienie.

– Do mojego domu panowie z reguły przybywają ze względu na piękne panie. W jednej kwestii pragnę uprzedzić: nie jesteśmy zwykłym zamtuzem, ale eleganckim klubem. Panowie, którzy wpiszą się do księgi członków, mogą skorzystać tu z chwil przyjemności i odprężenia.

– O co chodzi z tą księgą? – zapytał nieufnie Grünfelder.

– Mogą tu bywać tylko panowie, którzy wpisali do niej swe nazwiska i w ten sposób stali się członkami klubu Le Plaisir.

– A co, jeśli ktoś nie chce ujawnić swego nazwiska? – zapytał Grünfelder.

– W takim razie wystarczy wpisać jakieś nazwisko zastępcze. Chodzi o czystą formalność. Gdy się panowie wpiszą, wszystko będzie w porządku i władze nie będą miały prawa się przyczepić – wyjaśniła Heda znudzonym głosem.

Najwidoczniej musi się z tego dość często tłumaczyć, pomyślał Fridolin.

Oprawioną w czerwoną skórę księgę oraz wieczne pióro przyniosła młoda blondynka w zielonej sukni z głęboko wyciętym dekoltem. Podała obie te rzeczy Hedzie.

– Proszę, panowie, bądźcie tak dobrzy i się tu wpiszcie – powiedziała właścicielka zamtuza i otworzyła tom na odpowiedniej stronie.

Bankier wziął pióro, zwilżył językiem wargi, a potem napisał w księdze nazwisko Blauwald. Fridolina rozbawiła fantazja przełożonego, który swoje nazwisko oznaczające „zielone pola” zmienił na „niebieski las”. To natchnęło także jego i podpisał się jako von Tanne.

Na widok jego pisma Heda głośno wciągnęła powietrze i spojrzała na niego badawczo.

– Fridolinie, czy to naprawdę ty?

– Zna pan tę damę? – zapytał zdziwiony Grünfelder.

– Z moich młodzieńczych lat – odpowiedział wesoło Fridolin.

– Przemawia jak zgrzybiały starzec – zażartował jeden z oficerów, który się im przysłuchiwał, po czym kiwnął na Fridolina. – No i co, Trettin, odsłużył już pan swoje w wojsku?

Fridolin pokręcił głową.

– Przez ostatnie lata przebywałem z dala od Prus.

– Ale to już najwyższy czas. Nie chce pan chyba dożyć niedołężnej starości, nie nosiwszy munduru Jego Cesarskiej Mości. Pańscy przodkowie by się w grobie poprzewracali.

– Ależ, moi panowie! – zaoponowała Heda. – Nasz przyjaciel dopiero co przybył. Pozwólcie, że najpierw się nieco zrelaksuje. – Chciała ochronić Fridolina przed pytaniami ze strony oficera i innych klientów tego przybytku, którzy zaciekawieni podeszli ze wszystkich stron. – Masz ochotę na koniak w moim gabinecie czy może chcesz skorzystać z usług jednej z dziewcząt? – zwróciła się do niego.

– Mój towarzysz pragnie bliżej poznać którąś z dziewcząt, ja natomiast nie miałbym nic przeciwko koniakowi w twoim gabinecie.

– Zwłaszcza jeśli stoi tam miękka kanapa, co nie, panie von Trettin? – zaśmiał się przemysłowiec Rendlinger, ale w jego głosie zabrzmiała nutka zazdrości; on sam, podobnie jak wielu innych gości Le Plaisir, nie miałby nic przeciwko miłosnym igraszkom z Hedą.

Ta zmierzyła kapitalistę miażdżącym spojrzeniem.

– W moim gabinecie nie ma sofy, panie Rendlinger.

Chwyciła Fridolina pod ramię i poprowadziła go do drzwi obitych tkaniną, które prawie nie wyróżniały się na tle ściany.

Zanim otworzyła, kiwnęła na jedną z dziewcząt, żeby ta zajęła się Grünfelderem.

VI

– Co za niespodzianka! Nie mogę uwierzyć, że znów cię widzę! Jak ci się wiodło w ciągu ostatnich lat? – zapytała Heda, napełniwszy dwa kieliszki koniakiem. Wtedy jej się przypomniało, z jakiego powodu opuścił Berlin. – Czy odnalazłeś swoją krewną?

– Nie tylko odnalazłem – odpowiedział Fridolin zwięźle – ale nawet się z nią ożeniłem!

– Jesteś żonaty? – Heda zaczęła się śmiać, ale zaraz potem go przeprosiła. – Myślałam, że chcesz upolować spadkobierczynię jakiejś fortuny.

Fridolin nie podjął tematu, tylko krótko opowiedział, w jaki sposób odnalazł Lorę w Londynie.

– Nasz ślub sfinansowała Dorothea Simmern, małżonka bogatego bremeńskiego armatora, a jej małżonek powierzył mi reprezentacyjne stanowisko w przedsiębiorstwie żeglugowym Norddeutscher Lloyd. Obecnie jestem wicedyrektorem prywatnego banku należącego do pana Grünfeldera.

– Grünfeldera… Czy chodzi o tego pana, który wpisał się do księgi członków jako Blauwald? – zapytała ironicznie Heda.

– Dokładnie! On jest tak samo Blauwald, jak ja jestem von Tanne! – Fridolin roześmiał się i wypił łyczek. – Twój koniak jest wspaniały. Sądzę, że powinienem polecić ten gatunek Grünfelderowi.

Heda ponownie pokręciła głową.

– Wicedyrektor banku? Nie mogę w to uwierzyć! Kto by pomyślał, że kiedyś zostaniesz taką grubą rybą? Wtedy byłeś ukontentowany, gdy udało ci się zdobyć dość pieniędzy, żeby móc zapłacić czynsz za nędzną izdebkę na strychu.

– Miałem więcej szczęścia niż rozumu.

– Nie bądź taki skromny – zganiła go Heda. – W każdym razie cieszę się, że cię widzę. Czy może powinnam się teraz zwracać do ciebie per pan?

– Ani się waż! – odpowiedział ze śmiechem Fridolin. – Powiedz, jak ci się wiodło! Twój zamtuz wygląda wytworniej, niż go zachowałem w pamięci.

– To teraz klub. Dzięki temu określeniu mamy z głowy urząd do spraw moralności, dla którego zamtuzy są solą w oku. Ponieważ u mnie bywają różni wpływowi panowie, władze najczęściej zostawiają nas w spokoju. Jednakże to takie balansowanie na linie. Jeśli jakiś wyższy urzędnik się na mnie uweźmie, stanę przed sądem jak zwykła stręczycielka, a mój cały majątek zostanie skonfiskowany. Coś mi właśnie przyszło do głowy. Kiedyś bardzo mi pomogłeś, może mógłbyś i teraz?

– W czym?

– Chodzi o pieniądze! Kobiecie z takiej branży jak moja nie jest łatwo pójść do banku. Już raz mnie oszukano! A czy jako burdelmama mogłam oskarżyć wielce szanowanego dyrektora banku? Gdybym to zrobiła, znalazłabym się w więzieniu szybciej, niżbym się obejrzała.

– Ponieważ jesteś na wolności, zgaduję, że nie oskarżyłaś tego bankiera.

– Nie miałam odwagi. Oczywiście, że jestem wściekła na tego oszusta, ale co mi z tego? Teraz znowu odłożyłam pieniądze, a nie chcę trzymać ich w skarpecie pod poduszką. Może mógłbyś założyć dla mnie jakąś lokatę? Wiesz, że ci ufam!

– Chociaż ja też jestem teraz bankierem? – Fridolin zapytał rozbawionym głosem, choć słowa Hedy sprawiły mu przyjemność.

Ze względu na starą przyjaźń chciał wyświadczyć Hedzie przysługę i zapytał o kwotę, którą chciała mu powierzyć.

Gdy ją wymieniła, aż sapnął z wrażenia.

– To dużo pieniędzy!

– Le Plaisir jest wytwornym klubem, więc dobrze zarabiam – odpowiedziała z zadowoleniem Heda.

Fridolin na moment się zamyślił. Suma, którą miał ulokować w imieniu Hedy, była niewiele mniejsza niż cały majątek jego żony. Korciło go, by wziąć te pieniądze i wkupić się nimi do banku Grünfeldera.

Dlaczego miałbym tak nie zrobić? – pomyślał. Heda dostanie odsetki, które się jej należą, za to Lora nie będzie już musiała wycofywać swego udziału w salonie Mary Penn. Dzięki temu uda mi się ją udobruchać. Ale i tak będę nalegał, by Lora nie ujawniała publicznie, że ma coś wspólnego z tą pracownią krawiecką.

– Dobrze, ulokuję twoje pieniądze – zapewnił Hedę. – Zawrzemy odpowiednią umowę, żebyś czuła się zabezpieczona.

Ta najpierw uśmiechnęła się z zadowoleniem, ale potem pokręciła głową.

– Nie chciałabym, żeby tę umowę znalazła policja, gdyby kiedyś zrobiła obławę na mój lokal. Sąd mógłby położyć łapę na pieniądzach i wtedy skończyłoby się to dla mnie tak samo, jak gdybym pieniądze trzymała pod poduszką.

– Ten problem można łatwo rozwiązać. Umowę włożymy do koperty i schowamy ją w bankowym sejfie. Bedzie mogła zostać przekazana tylko tobie – zaproponował Fridolin.

– Dobry pomysł. Ale nawet bez takiego zabezpieczenia byłabym gotowa ci zaufać, bo nie wierzę, żebyś w ciągu ostatnich lat zmienił się na gorsze.

Heda uśmiechnęła się serdecznie do Fridolina i go objęła.

– Pozwól, chłopcze, że cię uściskam. Ogromnie się cieszę, że wróciłeś.

Pocałowała go w czoło, napełniła na nowo kieliszki i wzniosła toast.

– Za naszą przyjaźń, Fridolinie! A jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował mojej pomocy, to nie krępuj się o nią poprosić.

Chociaż Fridolin nie mógł sobie wyobrazić, że kiedyś znowu będzie potrzebował pomocy Hedy, obiecał jej, że o tym nie zapomni. Popijając koniak, czuł ulgę, że w gabinecie Hedy faktycznie nie ma żadnego łoża. Wydała mu się teraz jeszcze bardziej pociągająca niż kiedyś i mógłby ulec pokusie przespania się z nią. Na moment się zawahał, czy nie poprosić o jedną z dziewcząt, ale potem przypomniał sobie Lorę, która leżała w tej chwili sama w sypialni. Pomyślał, że wolałby się teraz wsunąć do niej pod kołdrę, niż iść do łóżka z jakąś prostytutką. Dlatego pozwolił, żeby Heda nalała mu jeszcze jeden kieliszek koniaku, po czym opowiedział jej kilka anegdotek o czasie spędzonym w Wolnym Hanzeatyckim Mieście Brema.

VII

Grünfelder przyglądał się z zafascynowaniem młodej kobiecie, która podeszła do niego z uśmiechem, poprawiając dekolt w taki sposób, że z jednej strony odsłoniła na piersi różową brodawkę.

– Czy wiesz, że jesteś bardzo ładna?

– Cieszę się, że się panu podobam. Miło to usłyszeć z ust takiego postawnego mężczyzny jak pan – odpowiedziała przyjemnym głosem, w którym dało się rozpoznać słowiański akcent.

Grünfelder odruchowo wciągnął brzuch i wypiął pierś. Jednocześnie poczuł w pachwinach napięcie, jakiego nie doświadczył od długiego już czasu.

– Sądzisz, że moglibyśmy… – Urwał, bo nie potrafił się wysłowić.

Nie mógł użyć określenia, które stosował wobec żony, bo dziewczyna zapewne by go nie zrozumiała, a wszystkie inne słowa wydały mu się zbyt ordynarne.

Dziewczyna zrozumiała go jednak bez słów.

– Jeśli ma pan ochotę, moglibyśmy przejść do osobnego pokoju. Tam będzie przyjemniej niż tutaj. Zechciałby się pan napić wina?

– Nie, dziękuję. Wystarczy mi woda albo sok owocowy.

Grünfelder wypił już tego wieczoru dość alkoholu i nie chciał się całkiem upić.

Lenka się skrzywiła, bo dostawała procent od napojów wypijanych przez klientów, ale po chwili na jej twarz wróciła profesjonalna uprzejmość, z którą przyjmowała panów.

– Elsie, przynieś dla pana karafkę z wodą i lekkie wino, żeby je wymieszać z wodą – nakazała prostytutce drugiej kategorii, która wydawała się Fridolinowi znajoma. Potem zwróciła się do bankiera: – Pozwoli pan ze mną?

Grünfelder wstał i udał się wraz z prostytutką ku drzwiom prowadzącym do pokoi.

Jeden z oficerów, który nie potrafił zdecydować się na konkretną dziewczynę, popatrzył w ślad za nim, po czym się uśmiechnął i powiedział:

– Ten stary piernik jest chyba po raz pierwszy w burdelu. Nie ma do końca odwagi pokłusować na innym koniku niż ten, co na niego czeka we własnej stajni.

– A pan wyraża się dzisiaj w sposób dość ordynarny – odpowiedział jeden z jego towarzyszy, mrugając okiem.

– Gdzie mężczyzna powinien zachowywać się jak mężczyzna, jeśli nie tutaj? W ciągu jednej nocy można tu zaliczyć więcej kobitek niż niejednemu zgorzknialcowi udaje się przez całe życie. – Major zaśmiał się i pokazał ręką na Elsie, która właśnie z tacą w ręce opuszczała salon. – Dzisiaj biorę tę. Mam ochotę na francuszczyznę.

Inni wojskowi się roześmieli, prostytutka natomiast zacisnęła usta. Miała świadomość, że będzie musiała obsłużyć majora po francusku, jeśli nie chce, by Heda Pfefferkorn wygoniła ją z domu. Elsie nie chciała zostać rynsztokową dziwką. Kobiety, które spotkał taki los, żeby nie umrzeć z głodu, musiały się oddawać mężczyznom, od których wcześniej albo później zarażały się paskudną chorobą i nędznie zdychały.

W ponurym nastroju weszła do pokoju Lenki. Ta zdążyła się już rozebrać i leżała na łóżku przed Grünfelderem naga, jak ją Pan Bóg stworzył.

– Wymieszaj wino z wodą w dwóch kieliszkach! – powiedziała do Elsie, po czym poruszyła się tak ponętnie, że Grünfelder zapomniał o wszystkim innym na świecie poza tą młodą podniecającą kobietą. Drżącymi rękoma zaczął szarpać swoje ubranie i prawie oderwał guziki.

– Elsie, pomóż panu! – kazała Lenka. – Jeśli jego rusznica nie jest jeszcze całkiem naładowana, wiesz, co masz zrobić.

– Nie całkiem rozumiem – powiedział zmieszany Grünfelder.

– Zaraz pan zrozumie, mój panie!

Naga prostytutka przyglądała się z uśmiechem, jak Elsie rozbiera mężczyznę. W końcu stanął przed nią w stroju Adama. Chociaż jego rusznica, jak ją nazwała Lenka, była gotowa do boju i sterczała, dała Elsie znak, na który ta z ponurym spojrzeniem przystąpiła do roboty. Lenka przyglądała się ze złośliwym uśmiechem, jak ta klęka przed Grünfelderem i zbliża się do jego przyrodzenia z otwartymi ustami. Bankier jęknął, gdy jej wargi zacisnęły się na jego trzonku. Już chciał powiedzieć, żeby nie przestawała, póki nie dojdzie, ale wtedy Lenka wygnała Elsie z pokoju.

– Jeśli pan sobie życzy, mogę pana obsłużyć w ten sam sposób. Ale sądzę, że powinniśmy to zrobić zgodnie z naturą.

Rozłożyła nogi, żeby Grünfelder mógł zobaczyć to, co jego żona zawsze przed nim skrzętnie ukrywała, nawet podczas zbliżenia.

Położył się na niej i niezgrabnie w nią wszedł. Lenka pomyślała, że na pewno niebawem znów zobaczy tego klienta. Potem uleciała myślami ku Elsie. Jak większość dziewcząt z zamtuza nienawidziła tej dziewczyny, która próbowała okraść koleżanki i została na tym przyłapana. Heda przyjęła ją do pracy tylko dlatego, że Elsie była gotowa spełniać szczególne życzenia klientów, także te, na które nie chciały zgodzić się inne dziewczęta.

Heda wprawdzie nie doniosła na złodziejkę policji, ale od tego czasu Elsie była traktowana jak służąca i dostawała najbardziej nieprzyjemnych klientów oraz tych z najbardziej perwersyjnymi życzeniami.

Rozmyślając, Lenka nie zapomniała jednak o starszym panu, który się na niej trudził i sapał. Zależało jej, by nie zapomniał tak szybko tej nocy.

VIII

Nastał już szary świt, gdy Fridolin odstawił bankiera do domu. Grünfelder był fizycznie wyczerpany, a poza tym skusił się jednak w zamtuzie na więcej wina. Teraz bełkotał jakąś sprośną przyśpiewkę i między poszczególnymi zwrotkami zaklinał swego towarzysza, by ten wkrótce znowu poszedł z nim do Hedy Pfefferkorn.

Ponieważ znaleźli się właśnie przed willą Grünfeldera, Fridolin poprosił go o ciszę.

– To będzie nasza tajemnica – powiedział do niego. – Nikt się o tym nie może dowiedzieć.

– Tak jest, tajemnica – przytaknął Grünfelder, unosząc palec wskazujący, po czym wpadł w ramiona służącemu, który właśnie otworzył drzwi domu.

– Pomóż mi zanieść twego pana do łóżka! – rzekł do lokaja Fridolin; nie chciał, by pani Grünfelder i jej córka zobaczyły swego męża i ojca w takim stanie.

Lokaj jeszcze nigdy nie widział pana tak pijanego, ale objął go ze spokojną miną i przy pomocy Fridolina zatargał po schodach do sypialni. Ponieważ żona Grünfeldera spała w pokoju obok, do którego prowadziły bezpośrednie drzwi, Fridolin nastawił na moment uszu. Z jej alkowy dobiegało ciche chrapanie.

– Bądźcie cicho! – nakazał zarówno bankierowi, jak i jego służącemu.

– Na szczęście dzisiaj jest niedziela. Jaśnie pan może się wyspać – stwierdził współczującym głosem lokaj.

We dwóch przebrali pijanego, zostawiając go tylko w bieliźnie, naciągnęli na niego koszulę nocną i jak małego chłopca położyli do łóżka. Grünfelder chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Fridolin mrugnął do niego i przyłożył palec wskazujący do ust. Bankier zrozumiał ten gest. Na jego ustach rozlał się zadowolony uśmiech i zaraz potem usnął. Z następnym oddechem zaczął chrapać nieco głośniej od żony.

Służący uśmiechnął się ironicznie.

– Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby jaśnie pan aż tak się upił. Dzisiejsza noc musiała być naprawdę ekscytująca! – powiedział do Fridolina.

– Wracając z banku, spotkaliśmy kilku panów i razem z nimi biesiadowaliśmy do rana. Nie szczędzili nam wina ani koniaku.

To musiało zacnemu lokajowi wystarczyć jako wytłumaczenie. Fridolin mógł się wreszcie pożegnać. Znalazłszy się na ulicy, zorientował się, że też nie jest całkiem trzeźwy. Szybko kiwnął na dorożkę, która wyjechała właśnie zza rogu, i kazał się zawieźć do domu. O tej porze wszyscy jeszcze spali. Fridolinowi było to na rękę. Miał nadzieję, że dotrze niepostrzeżenie do łóżka, chociaż Lora i on nie mieli oddzielnych sypialni.

Ledwo w samych skarpetach zbliżył się do łóżka, Lora usiadła, drasnęła zapałkę i zapaliła świeczkę na swoim stoliku nocnym.

– Dopiero wróciłeś czy może chcesz już wstać? – zapytała.

– Właśnie przyszedłem do domu – odpowiedział skruszony Fridolin. – Wróciłbym wcześniej, ale nie mogłem zostawić Grünfeldera samego. Miał ochotę jeszcze trochę się przespacerować, a nie był już całkiem trzeźwy.

– Ty też chyba nie jesteś!

– W porównaniu z Grünfelderem jestem, chociaż też wypiłem kilka koniaczków za dużo. Ale chyba nie jesteś na mnie z tego powodu zanadto zła?

– Ależ nie!

Lora obudziła się w nocy i stwierdziła, że łóżko męża jest puste. Martwiła się i teraz czuła ulgę, widząc go całego i zdrowego. Trochę ją zdziwił jego dobry humor. Najwidoczniej zupełnie zapomniał o niedawnej kłótni. Fridolin jakby czytał w jej myślach, bo zaczął mówić o powodzie ich sporu.

– Zastanawiałem się nad Mary. Masz rację! Gdybyśmy ją teraz wystawili do wiatru, byłoby to niewdzięcznością. Dlatego nie powinnaś żądać, by ci zwróciła pieniądze, które wniosłaś do sklepu. Jednakże niech pozostanie tajemnicą, że salon w większej części należy do ciebie. Niech wszyscy oprócz Mary i Konrada uważają, że to ona jest wyłączną właścicielką salonu. W przeciwnym razie jako wicedyrektor banku zapłaciłbym za to utratą renomy.

Fridolin zastanawiał się, czy ma opowiedzieć Lorze o obraźliwych uwagach, których musiał wysłuchać w domu Grünfeldera. Ponieważ nie chciał psuć żonie humoru, zrezygnował z tego i w napięciu czekał na jej odpowiedź.

– Jeśli poza tym niczego więcej nie oczekujesz, niech tak będzie!

Lora poczuła tak dużą ulgę, że się roześmiała. Pozwoliła mu, by ją objął i pocałował.

Fridolin pogłaskał ją po pupie i zapytał:

– Co byś powiedziała, żebyśmy razem jeszcze trochę poswawolili, zanim położę się spać? Czy może poczekamy, aż się obudzę?

– Jeśli nie jesteś zbyt zmęczony… Mam na sobie tylko koszulkę nocną.

Fridolin chwycił koszulę i ściągnął jej przez głowę. Chociaż w zamtuzie Hedy zachowywał się powściągliwie, to jednak rozgrzała go panująca tam atmosfera. Był Lorze wdzięczny, że pozwoliła mu znaleźć odprężenie. Rozebrał się bez pośpiechu, patrząc przy tym z dumą na swoją żonę. Chociaż Heda zgromadziła w swym przybytku naprawdę urodziwe dziewczęta, to żadna z nich nie mogła równać się z Lorą.

– Dałabym talara, żeby wiedzieć, o czym w tej chwili myślisz – powiedziała Lora.

– Pomyślałem właśnie, że żadna kobieta na świecie nie jest tak piękna jak ty – odpowiedział Fridolin i wsunął się między jej nogi.

Pieścił jej piersi i przygryzał płatki uszu, żeby wprowadzić ją w odpowiedni nastrój. Ona pozwalała mu na to, cicho chichocząc. W końcu przesunął się do przodu i ostrożnie w nią wszedł. Ale szybko dopadła go fala namiętności i gdy po pewnym czasie opadł zdyszany na łoże, pomyślał, że żadna prostytutka z Le Plaisir nie dałaby mu więcej rozkoszy niż jego żona.

IX

Lora czuła ulgę, że kłótnia pomiędzy nią a Fridolinem poszła w zapomnienie i że może dalej, choć potajemnie, współpracować z Mary.

Ledwo zdążył zasnąć w jej ramionach, ostrożnie wysunęła się z łóżka i założyła szlafrok. Cicho poszła do łazienki, umyła się, a potem przeszła do pokoju śniadaniowego.

Zastała tam Juttę, starszą z dwóch panien służących, które zatrudniali. Kobieta właśnie nakrywała stół do śniadania. Zobaczywszy Lorę, dygnęła dość niezręcznie.

– Dzień dobry, jaśnie pani.

– Dzień dobry, Jutto. Jesteś bardzo pracowita.

Na pospolitej twarzy pochodzącej z Marchii krępej kobiety pojawił się uśmiech dumy.

– Muszę być pracowita, proszę jaśnie pani. Robota sama się przecież nie zrobi!

W jej słowach dało się słyszeć przytyk pod adresem lokaja Jeana, a także drugiej służącej – Neli. Oboje wrócili poprzedniego dnia do domu późno w nocy i do tej pory jeszcze spali.

– Czy jest już coś do jedzenia? – zapytała Lora, która po namiętnych chwilach z Fridolinem poczuła głód.

– Tak jest, proszę jaśnie pani. Napaliłam pod kuchnią przed godziną i zaparzyłam kawy. Poza tym chłopak od piekarza przyniósł świeże bułeczki. Zaraz je mogę podać.

– Dziękuję, będę wdzięczna!

Ledwo Lora zdążyła to powiedzieć, Jutta zniknęła i chwilkę potem wróciła z pełną tacą.

– Obawiam się – powiedziała do niej Lora – że masz za dużo pracy. Powinniśmy zatrudnić kucharkę i jeszcze jedną albo dwie kobiety, które mogłyby ci pomagać.

Chociaż Jutta pracowała ciężej niż druga służąca, machnęła tylko ręką.

– Dopóki jaśnie pani i jaśnie pan nie urządzają większych przyjęć, to jakoś sobie poradzę.

– Mimo to cała robota nie powinna być na twojej głowie. Gdzie są Nela i Jean?

– Są zajęci w innym pokoju.

Jutta była niezadowolona, że ci dwoje jeszcze śpią, ale nie chciała na nich skarżyć.

Lora, wciąż jeszcze w dobrym humorze, wzięła do ręki filiżankę kawy.

– Powiedz Jeanowi, że to on powinien obsługiwać w pokoju śniadaniowym. Ty masz dość pracy w kuchni.

– Zaraz go przyprowadzę.

Jutta odeszła energicznym krokiem. Po chwili zapukała do izby służącego.

– Co się dzieje?! – zawołał zaspany Jean.

– Wstawaj, zaraz będzie dziewiąta! Jaśnie pani je już śniadanie i chce, by ją ktoś obsłużył. Ja jestem zajęta w kuchni!

– Dziewiąta? O Boże! Już idę.

Rozległ się rumor, zaraz potem okrzyk bólu i ordynarne przekleństwo.

Jutta uśmiechnęła się krzywo.

– Gdybyś odpowiednio wcześnie przyszedł do domu, nie musiałbyś teraz się tak spieszyć.

– Jeśli w dalszym ciągu będziesz sobie pozwalać na głupie komentarze, to zobaczysz, że oberwiesz – rozległo się w odpowiedzi.

– Spróbuj podnieść na mnie rękę, a wtedy się przekonasz, jak twardy jest mój wałek!

Jutta odwróciła się i poszła do kuchni, żeby przygotować obiad. Rozmyślała, czy nie lepiej by było, gdyby została kucharką, a nie służącą, ale po krótkiej chwili zastanowienia odpowiedziała sama sobie przecząco. Wprawdzie potrafi dość dobrze gotować, ale nie poradziłaby sobie z przygotowaniem uroczystych bankietów. To już wolę usługiwać pani, pomyślała. Może zostanę tutaj nawet ochmistrzynią i tym samym będę mogła rozkazywać reszcie służby.

Chwilę potem do kuchni weszła druga służąca, Nela. Sprawiała wrażenie skacowanej.

– Hm, już gotujesz – stwierdziła i z ciekawością uniosła pokrywkę garnka.

– Zabierz łapy! Weź się lepiej do roboty – prychnęła Jutta.

– Głupia krowa – syknęła Nela.

Jutta złapała ścierkę i się nią zamachnęła, jakby chciała dziewczynie przyłożyć, ta więc szybko się oddaliła.

Nie po raz pierwszy Jutta pomyślała, że pośredniczka pracy oszukała jej panią. Pracowitość nie była cnotą Neli. Dziewczyna migała się od wszystkiego, co wymagało wysiłku.

Jeszcze ją sobie wychowam, postanowiła w duchu Jutta i spróbowała, czy sos do pieczeni jest taki, jak powinien.

Nela tymczasem zajrzała do pokoju śniadaniowego. Lora wprawdzie już odeszła, ale stały tam jeszcze używane przez nią naczynia, łącznie z dzbankiem napełnionym do połowy kawą. Dziewczyna rozejrzała się ostrożnie i nalała sobie kawy do filiżanki Lory. Oparta o stół z rozkoszą wypiła całą filiżankę, przegryzając pozostawioną bułeczką, którą posmarowała sobie masłem i miodem. Gdy na zewnątrz rozległ się hałas, wzdrygnęła się. Przez uchylone drzwi zobaczyła lokaja. Najwidoczniej zapomniał, że powinien sprzątnąć ze stołu. Nela zajęła się tą pracą za niego.

Gdy z naczyniami przyszła do kuchni, Jutta zmrużyła oczy.

– Gdzie jest Jean?

Nela wzruszyła ramionami.

Rozjuszona Jutta wcisnęła jej do ręki łyżkę i pokazała na garnek z zupą.

– Musisz stale mieszać, żeby się nie przypaliło.

Nela zastosowała się do polecenia, ale spojrzała posępnie na Juttę.

– Jaśnie pani, jeśli ją tak nazwać, powinna zatrudnić więcej służby. Zapracujemy się tu na śmierć.

– Zwłaszcza ty – zadrwiła Jutta. – Nie chcę wysłuchiwać żadnych pogardliwych uwag na temat jaśnie pani, zrozumiałaś?

Nela się roześmiała.

– Jaśnie pani, dobre sobie! Wiesz równie dobrze jak ja, że ona wcale nie pochodzi ze szlachty.

– Ale teraz do niej należy i koniec dyskusji! Czy może chcesz wymówić służbę, bo życzysz sobie ścierać kurz jedynie w naprawdę arystokratycznym domu?

Nela przez chwilę trzymała buzię w ciup, ale potem znów zrobiła drwiącą minę.

– Prawdziwej jaśnie pani nie wypada pracować dla krawcowej!

Jutta chciała się już zamachnąć, żeby spoliczkować dziewczynę, ale w końcu spojrzała na nią wyniośle i kazała szybciej mieszać. Potem poszła do spiżarki, żeby przynieść składniki potrzebne do przygotowania obiadu.

Przestawiając garnki, żeby dotrzeć do tego, który był jej potrzebny, zastanawiała się, co wspólnego może mieć pani von Trettin z tą angielską krawcową. Zaraz potem uznała jednak, że to nie jej sprawa.

Nela patrzyła posępnie na garnek. Pomyślała sobie, że jej pani, żona freiherra, jest prostą szwaczką, a więc nikim lepszym od niej samej. Poczuła przypływ zazdrości. Ona nie spotkała księcia z bajki takiego jak freiherr Fridolin von Trettin, który by ją wyzwolił z bycia służącą.

Gdyby Nela w tej chwili widziała swoją panią, jeszcze bardziej umocniłaby się w swym przekonaniu. Lora siedziała w pokoju i szyła wykwintną jasnoniebieską suknię z krótkim trenem. Zatopiona w pracy nie zauważyła, że Fridolin wszedł cicho do pokoju. Przez dłuższą chwilę się przyglądał, jak jego żona raz za razem zręcznie wkłuwa igłę w materiał, a potem chrząknął.

Lora z uśmiechem uniosła wzrok.

– Zanim coś powiesz, wiedz, że tę suknię szyję sama dla siebie. Mam nadzieję, że wreszcie nadejdzie dzień, kiedy pani Grünfelder albo jakaś inna dama z towarzystwa wyśle mi zaproszenie.

Tymi słowy rozbroiła męża, który przypomniał sobie o ich wczorajszym sporze, ale zarazem uświadomił, że Lora wciąż jeszcze nie została zaproszona do willi bankiera.

– Zadbam o to, żebyś wreszcie bywała na przyjęciach – oświadczył z naciskiem, ale nie mógł się powstrzymać, żeby jej nie upomnieć. – Czy naprawdę musisz sama szyć? Po co w takim razie założyłaś ten salon mody? Szwaczki, które zatrudniacie wraz z Mary, mogłyby szyć także na twoje potrzeby.

– Gdy sama szyję, wiem, że suknia będzie wykonana porządnie i zgodnie z moimi oczekiwaniami. Nie chcę bynajmniej krytykować Mary i jej szwaczek, ale w kwestiach mody polegam najchętniej na własnym guście. A więc nie próbuj mnie przed tym powstrzymywać. Poza tym w dalszym ciągu będę pracować dla Mary, jeśli będzie miała pilne zamówienia albo któraś z klientek okaże się szczególnie wymagająca. Bez obawy! Nikt się o tym nie dowie, nawet pracownice salonu.

Fridolin poczuł, że musi przemilczeć to, co ma na końcu języka, jeśli chce uniknąć dalszej kłótni. Najlepiej by było, gdyby Lora znalazła zajęcie, które wypełniłoby jej czas. Dlatego musiał coś zrobić, żeby Juliana Grünfelder wreszcie wystosowała do Lory zaproszenie, co powinna była zrobić już dawno temu, i zapoznała ją z paniami z towarzystwa.

X

Mniej więcej w tym czasie, kiedy Lora szyła swoją suknię, wdowa po freiherze Ottokarze von Trettinie, Malwina, siedziała w fotelu. Ubrana jedynie w szlafrok wznosiła toast na cześć swego kochanka Heinricha von Palkowa.

– Twoje zdrowie! I za to, by berlińskie towarzystwo odcięło się od kuzyna mojego świętej pamięci męża i od jego żony szwaczki!

– Twoje zdrowie, moja droga!

Heinrich von Palkow stuknął się z nią kieliszkiem i przez moment wsłuchiwał w brzęk szkła. W przeciwieństwie do Malwiny był kompletnie nagi. Gdy na moment podniósł się z krzesła, na jego pośladkach widać było blednące ślady uderzeń, które zadała mu kochanka biczem ukręconym z jedwabnych sznureczków. Na rękach też miał ślady jedwabnej wstążki, którą go związała. Jak zwykle musiał się jej podporządkować w igraszkach miłosnych.

Wzrokiem prześlizgnął się po rozłożystej figurze kochanki i zatrzymał spojrzenie na jej udach. Chętnie zobaczyłby na nich czerwone pręgi, ale Malwina nie chciała o tym słyszeć. Von Palkow nie miał odwagi zmuszać jej do posłuszeństwa siłą. Kiedyś użył przemocy wobec innej kobiety i zapłacił za to złamaną karierą. Na jego twarzy pojawił się wyraz goryczy. Malwina spojrzała na niego bacznie.

– Co ci jest, kochany? Czy nie spodobało ci się to, co właśnie robiliśmy?

– Ależ spodobało, nawet bardzo! – zapewnił ją pospiesznie kochanek.

Nawet nie skłamał, bo Malwina rozpaliła go do białości. Mimo to pragnął, by role choć raz się odwróciły i żeby to on był panem.

Myśli Malwiny von Trettin powędrowały tymczasem w innym kierunku.

– Czy rozmawiałeś z oficerami twojego byłego pułku o Fridolinie i jego żonie, tej córce nauczyciela?

– Tak, z kilkoma – odpowiedział z ociąganiem von Palkow.

W gruncie rzeczy plotki, które jego kochanka chciała puścić w obieg, miał okazję przekazać jedynie Hassemu von Campemu.

Na szczęście Malwina nie zwracała na niego uwagi, lecz mówiła dalej:

– Jestem na dzisiejsze popołudnie zaproszona do pani von Stenik. Wprawdzie już jej powiedziałam, co należy sądzić o panu wicedyrektorze von Trettinie, ale spotkam tam inne damy, które się tym zainteresują.

– Dlaczego właściwie tak nienawidzisz swoich krewnych?

– Wiesz przecież. Lora Huppach, która dzięki małżeństwu z tym łotrem może nosić nazwisko von Trettin, jest winna śmierci mojego męża. Poza tym jej mąż od pięciu lat jest opiekunem prawnym moim i moich synów. Gdybym się dostosowała do jego woli, musiałabym się teraz kisić w Prusach Wschodnich. Fridolin chce, żeby wszystkie zyski były inwestowane w rozbudowę folwarku. Na szczęście zarządca majątku jest po mojej stronie i pilnuje, bym miała dość pieniędzy, żeby móc się utrzymać w Berlinie. Jeśli Fridolin się o tym dowie, zwolni tego człowieka, a mnie odeśle z powrotem do Trettina.

Malwina zazgrzytała ze złości zębami. Jej kochanek wiedział, że mniej ją obchodzi śmierć małżonka niż to, że nie dostaje tyle pieniędzy, ile by chciała. Ponadto nie mogła darować Lorze von Trettin, że ta odzyskała tytuł szlachecki, który jej matka utraciła, wychodząc za mąż za zwykłego wiejskiego nauczyciela. Malwina lękała się też, że Fridolin ją odkryje i na jego polecenie będzie musiała opuścić Berlin.

Ponieważ von Palkow w żadnym wypadku nie chciał utracić kochanki, obiecał jej solennie, że zrobi wszystko, aby podkopać opinię Fridolina i Lory von Trettinów.

– Daj z siebie wszystko! – przykazała Malwina, pocałowała go w usta i zaczęła się ubierać. Naciągnąwszy na siebie koszulę, spojrzała na kochanka. – Mógłbyś mi pomóc! – zażądała.

Von Palkow bez wahania skoczył na nogi i zaczął ją obsługiwać niczym pokojówka. Gdy była ubrana, pogłaskała go po policzku.

– Powinnam przygotować dla ciebie czepek i fartuszek. Na pewno wyglądałbyś zabawnie!

Von Palkow uznał, że ta propozycja jest nie tyle zabawna, co podniecająca i jego ciało natychmiast na nią zareagowało.

Malwina z ironicznym uśmieszkiem spojrzała na jego sztywny członek, wzięła bicz i lekko uderzyła go po męskości.

– Fuj! Uspokój się! Będziesz mógł dalej figlować dopiero wtedy, gdy odwiedzę twego pana następnym razem – powiedziała do naprężonego fallusa, a potem uniosła wzrok i spojrzała chudemu majorowi prosto w oczy, chwytając go jednocześnie za brodę. – Znajdę dla ciebie czas dopiero za kilka dni. Tymczasem miej oko na mojego syna!

– Będę miał – obiecał von Palkow, chociaż jej słowa poruszyły w jego duszy rozjątrzoną ranę, albowiem znów pomyślał o kobiecie, którą chciał uczynić seksualną niewolnicą i przez którą marnie skończył.

Malwina von Trettin opuściła majora rozmyślającego nad swym losem i małe mieszkanko, które służyło im za miejsce schadzek. Znalazłszy się na Potsdamer Straße, kiwnęła ręką na dorożkę. Nie dostrzegła ubranego na brązowo niepozornego mężczyzny, który zmierzył ją krótko wzrokiem, a potem wszedł do budynku, z którego ona dopiero co wyszła.

Obcy podszedł do dozorcówki i dał stróżowi monetę.

– Gdzie znajdę majora von Palkowa?

– Pierwsze piętro, trzecie drzwi po lewej – odpowiedział dozorca.

Obcy uśmiechnął się i wszedł na górę po schodach. Gdy doszedł do drzwi von Palkowa, zapukał w nie laską i poczekał, aż zostanie zaproszony do środka.

XI

Gdy Malwina von Trettin wyszła z mieszkania, von Palkow niemal fizycznie poczuł pustkę, którą zostawiła po sobie. Westchnął, wstał i założył bieliznę. Gdy chciał wciągnąć spodnie, rozległo się pukanie do drzwi. Wzdrygnął się, bo poza Malwiną o mieszkaniu wiedział tylko chłopak, który mu usługiwał, ale nie miałby czelności stukać tak natarczywie.

– Kto tam? – zapytał spięty.

– Pański dobry przyjaciel. Niech pan otworzy, drogi panie von Palkow.

Sposób wysławiania się świadczył, że mężczyzna należy do osób wykształconych, ale właśnie to sprawiło, że major zrobił się nieufny. Szybko założył spodnie i koszulę. Ze zdenerwowania źle ją zapiął. Zanim zdążył poprawić ubranie, znów rozległo się pukanie.

– Przyjacielu, jak długo każe mi pan czekać pod drzwiami?

– Już otwieram!

Wbrew swym słowom oficer podszedł najpierw do szafki w rogu, wyciągnął szufladkę i wyjął z niej naładowany rewolwer. Potem gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi.

Przed nim stał mężczyzna, którego widział pierwszy raz w życiu. Dolną część twarzy nieznajomego zajmowały rude bokobrody w stylu cesarza Wilhelma; górną zaś część zasłaniał kapelusz z szerokim rondem. Sądząc po ubraniu, mężczyzna był biznesmenem albo fortunatem utrzymującym się z dochodów, które przynosił mu niewielki majątek. W każdym razie von Palkow uznał, że nie ma do czynienia z człowiekiem, któremu jest winien okazywać szczególną uprzejmość.

– Czego pan chce? – zapytał impertynencko.

Nieproszony gość ominął go i wszedł do pokoju, po czym zamknął za sobą drzwi.

– Chcę z panem porozmawiać, monsieur!