Kwiaty nad piekłem - Ilaria Tuti - ebook
Opis

W niewielkim włoskim miasteczku u stóp Alp turysta dokonuje makabrycznego odkrycia. Na leśnej polanie leży nagie ciało mężczyzny z wyłupionymi oczami. Na miejsce przybywa komisarz Teresa Battaglia, doświadczona profilerka, której ciało i mózg zaczynają odmawiać posłuszeństwa, oraz inspektor Massimo Marini, nowy w zespole. Oboje są zdeterminowani, by rozwikłać zagadkę morderstwa zdającego się nie mieć logicznego wyjaśnienia, lecz miejscowi nie chcą współpracować ze śledczymi. Szef lokalnej policji, Knauss, nie przyjmuje do wiadomości, że mordercą musi być ktoś z miasteczka – taki skandal z pewnością zaszkodziłby wizerunkowi kurortu, który utrzymuje się tylko dzięki turystom… Wkrótce okolicą wstrząsa seria brutalnych napaści. Battaglia jest pewna, że wszystkie ofiary coś ze sobą łączy, lecz w tej układance brakuje zdecydowanie zbyt wielu elementów. By poskładać je w całość, będzie musiała stawić czoła także własnym słabościom i chorobie, która drąży jej umysł. Kwiaty nad piekłem to nie tylko budzący dreszcze thriller, lecz także poruszająca historia osoby bezradnej w obliczu starzejącego się organizmu, który zawodzi w najmniej odpowiednich chwilach. „Teresa Battaglia jest kimś więcej, niż bohaterką powieści: jest światłem pełnym cienia, miejscem w naszych sercach”. Donato Carrisi „Pełna zwrotów akcji, wartka i poruszająca opowieść, która znakomicie wykorzystuje walory otoczenia: góry, las i dziką przyrodę”. Wired.it

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Fiori sopra l’inferno

© 2018, Longanesi & C. S.r.l., Milano

Gruppo editoriale Mauri Spagnol

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Lucyna Rodziewicz-Doktór (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Katarzyna Wiśniewska

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-906-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Jasmine

Wtedy czerwiowi, który cię będzie beztroskoToczył w mogilnej ciemności,Powiedz, żem ja zachował formę i treść boskąMojej zetlałej miłości.

CHARLES BAUDELAIRE1

Nie zapominaj:

kroczymy nad piekłem

podziwiając kwiaty.

ISSA KOBAYASHI

Austria, 1978

Nad tym miejscem ciążyła pewna legenda, jedna z tych, które ciągną się za kimś jak uporczywy smród. Powiadano, że późną jesienią, zanim deszcze przemienią się w śnieg, nad alpejskim jeziorem unoszą się złowrogie opary.

Pną się po zboczu wraz z porannymi mgłami, a wtedy w stawie odbija się niebo. To raj przegląda się w piekle.

Można wtedy usłyszeć żałosne zawodzenie, odbijające się echem od murów dziewiętnastowiecznej budowli na wschodnim brzegu.

Szkoła. Tak w miasteczku mówiono o budynku, choć wielokrotnie zmieniał swoje przeznaczenie i nazwę: myśliwska rezydencja cesarza, nazistowska kwatera główna, prewentorium przeciwgruźlicze dla dzieci.

Teraz na korytarzach niepodzielnie panowała cisza, odrapane ściany, wyblakłe malowidła i echo samotnych kroków, a w listopadzie także wycie, które rozlegało się we mgle i wspinało na okna na najwyższych piętrach, aż po spadzisty, lśniący od szronu dach.

Ale legendy są dobre dla dzieci i melancholijnych staruszków o gołębich sercach. Agnes Braun dobrze o tym wiedziała. Szkoła była jej domem od zbyt wielu lat, żeby te nocne pojękiwania wywierały jeszcze na niej jakieś wrażenie. Znała skrzypienie każdej klepki i bulgotanie w każdej zardzewiałej rurze biegnącej w szczelinach ścian, chociaż większość pięter została zamknięta, a drzwi do sal zabito deskami.

Od kiedy budynek zaczął pełnić funkcję sierocińca, państwowe środki coraz bardziej się kurczyły, brakowało także prywatnych darczyńców; nikt nie kwapił się, by sypnąć groszem.

Agnes przeszła przez piwniczną kuchnię położoną między spiżarnią a pralnią. Pchała przed sobą wózek, zręcznie omijając kadzie, które już za kilka godzin buchną lepką parą. Była sama o tej porze – już nie nocnej, ale jeszcze nie dziennej. Towarzyszyły jej tylko przelotny cień szczura i zarysy tusz wiszących w dawnej chłodni.

Windą towarową wjechała na pierwsze piętro, do skrzydła, nad którym przydzielono jej pieczę. To, co zaraz miała zrobić, od pewnego czasu wywoływało u niej trudny do nazwania dyskomfort, jakby drążącą ją po cichu chorobę, która zwlekała z ostatecznym atakiem.

Winda zaskrzypiała pod ciężarem wózka i jej ciała. Zatrzeszczały łańcuchy i liny. Kabina zatrzęsła się i ruszyła w górę, by z ostrym szarpnięciem stanąć kilka metrów wyżej. Agnes odsunęła metalową siatkę. Korytarz na pierwszym piętrze ciągnął się jak długa, pomalowana na bladoniebiesko kiszka, z wykwitami wilgoci i rzędem dużych okien we wnękach.

Jedna okiennica rytmicznie uderzała o framugę. Kobieta zostawiła wózek i pośpieszyła, żeby ją zamknąć. Szyba była zimna i zaparowana. Agnes przetarła ją dłonią. Świt dobywał z ciemności dolinę i miasteczko. Dachy domów wyglądały jak małe ołowiane kosteczki. Ponad nimi, na wysokości tysiąca sześciuset metrów nad poziomem morza, między zabudowaniami a Szkołą, nieruchoma i zasnuta jeszcze oparami tafla jeziora powoli barwiła się na różowo. Niebo było bezchmurne, ale Agnes wiedziała, że tego dnia słońce nie ogrzeje spadzistej polany. Odkryła to w chwili, gdy spuściła nogi z łóżka i poczuła narastającą migrenę.

Mgły zaczęły się podnosić, pochłaniając widzialny świat; światło, dźwięki, wszystkie zapachy nasiąknęły ich zbutwiałą wonią – wonią kości. Jak żywe sunęły w górę po oszronionej trawie, a z ich wnętrza dobywały się jęki.

Oddech umarłych – pomyślała Agnes.

Ale to był wiatr, buran, który nacierał od północnego wschodu. Zrodzony na odległych stepach, przemierzył tysiące kilometrów, by na koniec wpaść w wąskie doliny, warczeć nad brzegiem rzeki, na skraju lasu, hulać po pustych terasach, wzbić się z gwizdem i roztrzaskać na skalistej ścianie.

To tylko wiatr, powtórzyła w duchu kobieta.

Zegar wahadłowy w holu wybił szóstą. Zrobiło się późno, ale Agnes ani drgnęła. Zwlekała. I dobrze wiedziała dlaczego.

– Mam omamy – szepnęła.

Zacisnęła dłonie wokół stalowej rączki wózka. Pojemniki zabrzęczały, gdy wolnym krokiem ruszyła w stronę drzwi na końcu korytarza.

W stronę Gniazda.

W jej głowie nagle pojawiła się pewna myśl, która przyprawiła ją o skurcz żołądka: ta sala naprawdę była jak gniazdo. A przynajmniej od kilku tygodni. Aż buzowała od cichej, ukradkowej pracy. Jakby jakiś owad przygotowywał się do wyklucia. Agnes była pewna swoich podejrzeń, chociaż nie do końca potrafiła wytłumaczyć, co tak naprawdę działo się w środku. Nikomu nie pisnęła ani słowa, nawet dyrektorowi. Wziąłby ją za wariatkę.

Wsunęła rękę do kieszeni fartucha, a jej palce musnęły szorstką tkaninę kaptura. Wyciągnęła go i założyła na twarz. Cienka siateczka zakrywała nawet oczy, przesłaniając otoczenie. Taka była zasada.

Weszła do środka.

Sala tonęła w ciszy. W pękatym żeliwnym piecu tuż obok drzwi żarzyło się jeszcze kilka polan, roztaczając przyjemne ciepło. Łóżka stały w czterech rzędach, w każdym po dziesięć. Zawieszone na nich tabliczki nie zawierały żadnych imion, lecz tylko cyfry.

Nie słychać było ani płaczu, ani wołania. Agnes wiedziała, co by zobaczyła, gdyby tylko miała odwagę przyjrzeć się uważniej – zgaszone, pozbawione wyrazu oczy.

W każdym łóżku, z wyjątkiem jednego.

W absolutnej ciszy do jej uszu docierał jeden dźwięk. To on wierzgał nogami, nabierał sił. Przygotowywał się. Nie wiedziała jednak do czego. Może naprawdę oszalała.

Powoli, krok za krokiem, podeszła do numeru trzydziestego dziewiątego.

Obiekt, w przeciwieństwie do reszty, tętnił życiem. Jego wyjątkowe oczy bacznie patrzyły i śledziły każdy jej ruch; Agnes wiedziała, że usiłuje złapać przez siatkę kaptura jej wzrok, dlatego wciąż z konsternacją odwracała oczy. Obiekt numer trzydzieści dziewięć był świadomy jej obecności, chociaż nie powinien.

Kobieta upewniła się, czy nikt z pracowników nie zagląda przez drzwi, i wyciągnęła palec. Obiekt ugryzł ją, mocno zaciskając dziąsła na jej ciele. Jego oczy rozbłysły demonicznie. Kiedy Agnes zaklęła i wyrwała rękę, z jego ust wydobył się krótki, nerwowy jęk.

Oto jego prawdziwa natura. Drapieżna.

To, co wydarzyło się chwilę później, przekonało ją, że nie może już dłużej ukrywać swoich podejrzeń.

Obiekty sąsiadujące z numerem trzydziestym dziewiątym też przerwały ciszę. Ich oddechy zrobiły się przyspieszone, jakby odpowiadały na wezwanie. Gniazdo buzowało.

A może tylko tak się jej zdawało.

1

Teraz

Kruk leżał obok ścieżki. Miał otwarty dziób, a jego zmierzwione pióra połyskiwały fioletowym blaskiem. Pod nabrzmiałym brzuchem widoczna była kałuża krwi, która zdążyła już wsiąknąć w ziemię i wyschnąć pomimo dużej wilgotności powietrza.

Tkwił tak już pewnie jakiś czas, z jednym okiem wpatrzonym w zapowiadające śnieg niebo, a drugim w nie wiadomo co.

Mathias przykucnął przy zwłokach ptaka i przyglądał im się uważnie przez kilka chwil. Zastanawiał się, czy pchły opuściły ciało, gdy tylko serce przestało bić. Tak powiedział mu kiedyś jeden myśliwy i ten szczegół długo nie dawał mu spokoju. Przerażał go i jednocześnie fascynował.

Szturchnął kruka czubkiem palca. Ptak był stary. Wskazywał na to biały gładki dziób. Jego łapki były sztywne, a silne szpony kurczowo zaciskały się na pustce.

Od razu wytarł rękawiczkę w spodnie. Gdyby jego ojciec to zobaczył, wymierzyłby mu policzek. Wielokrotnie przyłapał go na obserwowaniu trupów drobnych zwierząt w ogrodzie albo zagajniku za domem i zawsze karcił go słowem, którego Mathias nie znał, ale w ustach ojca brzmiało złowrogo. Chłopiec szukał go nawet w słowniku. Teraz wyleciało mu z głowy, pamiętał jednak, że miało coś w wspólnego z szaleństwem.

Mathias chciał zostać w przyszłości weterynarzem, dlatego korzystał z każdej okazji, by dowiedzieć się czegoś nowego. Obserwacja – powiedział mu kiedyś dziadek – to połowa nauki. Reszta to eksperymentowanie.

Chłopiec wstał, nie odrywając oczu od zwierzęcia. Najchętniej by je pochował, ale zaraz pomyślał, że lepiej zostawić ptaka tak, jak leży: przyroda jest drapieżna, karmi się takimi resztkami, które na pewno się nie zmarnują.

Dzwony kościoła w miasteczku zabiły dwa razy długo i raz krótko. Zrobiło się późno. Czekano już na niego w sekretnym miejscu.

Ruszył oszronioną ścieżką. Tego ranka domy w Travenì obudziły się przyprószone cienką śnieżną powłoką, która zaraz się stopiła, dobrze jednak rokowała zbliżający się sezon narciarski.

Dotarł na cypel położony tuż za granicami miasteczka. Nad rozciągającymi się poniżej lasami świerkowo-sosnowymi górował pomnik poświęcony ofiarom wojen napoleońskich. Brązowy grenadier z surowo ściągniętymi brwiami i długimi, zakręconymi ku górze wąsami wpatrywał się w horyzont. Na karabinie powiewał niebieski szalik, znak, że był tu już ktoś z grupy Mathiasa.

Chłopiec przyspieszył kroku. Rano, w szkole, nauczycielka wyjaśniała, co znaczy słowo „lider”. Słuchał jak zaczarowany. Podobało mu się jego brzmienie – miało w sobie coś stanowczego – ale też sama myśl, że można być dla innych przewodnikiem.

„Lider opiekuje się swoimi towarzyszami”, powiedziała nauczycielka. Tak właśnie czuł się Mathias. Wiedział, że grupa, jego przyjaciele, ma go za przywódcę nie tylko dlatego, że jest najstarszy – tego dnia miał dokładnie dziesięć lat, dwa miesiące i jeden tydzień – ale że można było na nim polegać.

Na pomniku powinien więc wisieć jego szalik, a nie Diega. To on powinien przyjść tu jako pierwszy i przetrzeć szlak towarzyszom, chociaż przebyli go już niezliczoną ilość razy. Zamiast tego przyglądał się martwemu ciału na poboczu drogi. Może jego ojciec miał rację.

Cypel z grenadierem kończyło skaliste urwisko, spadające wprost do łożyska potoku. Kilkadziesiąt metrów niżej woda bulgotała w ciemnych zakolach.

Mathias zaczął schodzić stromą i krętą ścieżką: przeskakiwał przeszkody, żeby było szybciej, a kiedy kamienie zgrzytały pod podeszwami trampek, przytrzymywał się biegnących wzdłuż trasy drewnianych barierek. Na piaszczyste nadbrzeże dotarł bez tchu, z drżącymi kolanami i rozpalonymi policzkami.

Ruszył wyżłobionym przez tysiąclecia wąwozem. Mostki przerzucone przez rzekę przeplatały się z żelaznymi lub drewnianymi stopniami wczepionymi w skałę. Szmaragdowy potok połyskiwał przez metalowe kraty, pachnąc lodem. Ciepłe promienie słońca prawie nigdy nie docierały na dno wąwozu.

Mathias słyszał własny oddech i bicie serca w piersi. Nagle dotarło do niego, że jest sam. O tej porze roku turyści wybierali stoki narciarskie; tu, na dole, było zbyt zimno, ślisko i niebezpiecznie.

Odruchowo przyspieszył kroku.

Nad głową, ponad szpiczastymi czubkami świerków, na wysokości sześćdziesięciu metrów niebo przecinał stary wiadukt nieczynnej już linii kolejowej. Półtora wieku temu dziadek jego dziadka pracował przy jego budowie.

Z zadartym nosem, Mathias poślizgnął się na oblodzonym kamieniu i walnął kolanem w ziemię. Na jego zaskoczony krzyk odpowiedział głos dobiegający z lasu. Niski ryk. Chłopiec odwrócił się z zapartym tchem.

Słowa matki nie dawały mu spokoju: „Las to nie jest miejsce dla dzieci”.

Wstał, nie sprawdziwszy nawet ani stanu dżinsów, ani własnych dłoni, które paliły go pod wełnianymi rękawiczkami. Przeszedł przez mostek okalający wystającą półkę skalną. Z jednej strony widział mech, z drugiej wiry wodne. Dalej szlak prowadził przez niewielką jaskinię. Tych kilka ciemnych metrów Mathias pokonał biegiem, powtarzając sobie w duchu, że to z pośpiechu, a nie ze strachu. Zatrzymał się dopiero, gdy znalazł się po drugiej stronie jamy. Zagubiony promień słońca właśnie przeszył zieleń i zabarwił poszycie na złoto. Wodospad wpadał do potoku zapierającym dech w piersiach saltem, wzbijając w powietrze mikroskopijne kropelki, które latem – o ile światło zdołało tu dotrzeć – barwiły się na wszystkie kolory tęczy.

Jego przyjaciele siedzieli w kręgu na kamienistej plaży i czekali na niego. Lucia, Diego i Oliver.

Na ich widok z duszy Mathiasa uleciał wszelki strach, a na jego ustach zakwitł uśmiech. Nie było za nim nikogo. Nikt go nie śledził.

Obejrzał się za siebie i wyzywająco spojrzał w ciemność. Zwyciężył, naprawdę jest liderem! I wtedy powoli uśmiech zaczął znikać z jego twarzy.

Teraz miał już pewność.

Ktoś krył się w mroku i go obserwował.

2

W trawie leżało ciało całe pokryte szronem. Biała skóra kontrastowała z czarnymi włosami i ciemnym zarostem na przyrodzeniu. Wokół była tylko brudna zieleń górskiej przyrody. Gdzieniegdzie, w zacienionych miejscach lasu, leżał jeszcze śnieg. W nocy trochę prószyło i między rzęsami nieboszczyka zachował się jeden kryształek lodu.

Mężczyzna leżał na plecach, z rękoma przy ciele i dłońmi na poduszkach z mchu. Na skórze nie było żadnych zadrapań. Spomiędzy palców wyrastało kilka zimowych kwiatów o bladych i przezroczystych płatkach.

Wyglądał jak namalowany. Cały w barwach zimnej krwi, pustych żył, stężałych członków. Mróz uchronił go od rozkładu. Jedynym zapachem, jaki unosił się nad zwłokami, była woń dzikiej natury: mokrej ziemi i gnijących liści.

Ktoś zatroszczył się o ciało.

Wokół niego porozstawiano prymitywne wnyki z dratwy.

– Mają trzymać zwierzęta z daleka od ciała. Sprawca chciał, żebyśmy znaleźli je w nietkniętym stanie – oznajmił chrapliwy głos. Usta poruszały się blisko telefonu komórkowego, wydmuchując w powietrze słowa i parę. Wokół cicho wrzała praca: białe kombinezony, flesze aparatów, migające syreny.

– Nie wykonywał prac manualnych. Jego dłonie są gładkie, a obrączka wygląda na niezniszczoną. Ma zadbane paznokcie. Bez brudu.

Złoto na serdecznym palcu lewej ręki połyskiwało w sinym grudniowym świetle. Niskie chmury rzucały cień na ten skrawek świata.

Mężczyzna doznał ciężkich obrażeń twarzy, ale reszta ciała pozostała nienaruszona. Przez naskórek na szyi przebijała niebieska siatka naczyń krwionośnych. Zanim zmarł, zdążył się porządnie ogolić. Niewielki zarost był wynikiem ściągniętej post mortem skóry.

– Minimalne ślady krwi pomimo odniesionych ran. Prawdopodobnie jest ich więcej na ubraniu, ale ktoś je z niego zdjął.

Cisza.

– Zabójca rozebrał ofiarę, przygotował ją.

Pomimo tak skrupulatnych zabiegów na nieboszczyku i na ziemi wokół niego było pełno śladów, mieszanina błota i lodu, jakby sprawca nagle zapomniał o detalach. Poza ofiarą widoczne były odciski butów tylko jednej osoby, mężczyzny, na co wskazywał duży rozmiar – czterdzieści pięć.

Ręce, przeguby i kostki nie nosiły żadnych otarć po ewentualnych pętach. Ofiara była słusznej postury, wysoka i umięśniona, a mimo to zabójca dał sobie radę. Zaatakował ze zwierzęcą brutalnością.

Znałeś zabójcę, dlatego nie zacząłeś się bronić. Co sobie myślałeś, gdy dotarło do ciebie, że zaraz umrzesz?

Z wyrazu twarzy nie można było niczego wyczytać. Wargi były zaciśnięte, a oczy…

Ciało porzucono między korytem rzeki a szlakiem gęsto uczęszczanym przez turystów. Znalazł je jeden z nich, kilka godzin temu. To nie był ani przypadek, ani błąd: zabójca postanowił nie ukrywać ofiary.

– Nie widzę oznak przemocy seksualnej, chociaż sprawca rozebrał denata.

Szef lokalnej policji stwierdził, że ofiarą jest mężczyzna, który zaginął dwa dni wcześniej, po tym, jak odwiózł syna do szkoły. Na samochód natrafiono kilkaset metrów od ciała, w przepaści, między drzewami. Został zepchnięty w dół. Na ziemi były odciski kół i butów.

– Zabójca poruszał się pieszo. Ślady biegną dalej w las.

Komisarz Battaglia przerwała nagranie i podniosła wzrok. Nad głowami pracujących ekip przeleciał jakiś kruk, głośno kracząc. Chmury zapowiadały śnieżycę.

Nie było czasu. Musieli być szybsi, bardziej wydajni.

Pani komisarz podniosła się, a w jej stawach zaskrzypiało. Zbyt wiele dni spędzonych na kolanach. A może zbyt wiele lat na karku – pomyślała. I kilogramów do zrzucenia.

– Ruchy – rozkazała głośno.

Technicy kryminalistyki poruszali się jak białe milczące cienie pochylone nad szczegółami widocznymi tylko dla wprawnych oczu. Fotografowali, pobierali, klasyfikowali. To dopiero początek pracy nad zbieraniem DNA. Cały proces zakończy się wiele godzin później, w laboratorium Instytutu Medycyny Sądowej w mieście oddalonym o kilkaset kilometrów stąd.

Widok policji przyciągnął gapiów. Grupka turystów i miejscowych zebrała się pod drewnianym znakiem wskazującym szlak prowadzący do pobliskiego miasteczka, Travenì. Leżało zaledwie cztery kilometry stąd. Pośród ciekawskich nietrudno było wyodrębnić tych z okolicy: mieli groźne i ogorzałe twarze pozbawione równomiernej opalenizny, typowej dla amatorów tras zjazdowych, za to spalone przez różnicę temperatur i wysuszone przez wiatr.

– Znaleźliśmy ubrania! – ktoś zawołał z lasu.

Strach na wróble. To była pierwsza myśl pani komisarz.

Kukła wystawała ponad krzaki i kłóciła się z otoczeniem. Zrobiono ją z gałęzi, sznurka i zakrwawionej odzieży.

Za głowę robił podkoszulek ofiary, wypchany liśćmi i suchą trawą, za oczy – dwie purpurowe jagody. Kurtka i spodnie wisiały na drewnianym szkielecie, zegarek przypięto do gałęzi, która miała udawać rękę. Spod kurtki wystawała przesiąknięta krwią i całkiem sztywna koszula. Nie dało się stwierdzić, jaki miała pierwotnie kolor.

Jeden z policjantów podszedł do komisarz Battaglii.

– Ślady butów kończą się jakieś sto metrów na północ, między skałami – zameldował.

Morderca wiedział, którędy iść. Albo był stąd, albo dobrze znał okolicę.

Komisarz znowu przyłożyła telefon komórkowy do ust, wpatrując się w polanę i białe zwłoki, na które opadały płatki śniegu; przed chwilą zaczęło sypać.

Właśnie przykrywano ofiarę.

– Ten fetysz obnaża zabójcę – powiedziała. – Uważa swoje dzieło za godne podziwu i pragnął nas o tym poinformować.

Nagły hałas przerwał jej analizę. Wytężyła wzrok, zastanawiając się, czy nie ma omamów. Jakiś mężczyzna brnął przez polanę, lawirując między wozami policyjnymi i drzewami. Co chwila grzązł w ziemi, ale nie zrażało go to. Przed mrozem chroniły go tylko szyta na miarę zwiewna marynarka oraz poplamiona błotem i śniegiem koszula. Bojowej minie towarzyszyły wypieki spowodowane wysiłkiem. A może zażenowaniem i wstydem?

Kiedy pani komisarz domyśliła się, kto to jest, swój stan ducha wyraziła jednym tylko słowem:

– Cholera.

3

Massimo stał po kostki w kałuży.

Jego twarz zdradzała targające nim emocje: wściekłość, rozpacz, niedowierzanie, ale przede wszystkim wstyd. Z trudem brnął przez zwodnicze kępki traw, które rozstępowały mu się pod nogami, objawiając mulistą pułapkę.

Czuł na sobie spojrzenia wszystkich: całego zespołu, do którego miał dołączyć po przeniesieniu. Wiedział, że przełożony też go obserwuje, gdzieś ze skraju lasu.

Śnieg, który przed chwilą tylko prószył, teraz zaczął obficiej padać. Płatki muskały jego rozpaloną twarz, osiadały na skórze i topniały w mgnieniu oka.

Massimo zebrał się na odwagę i podniósł wzrok. Komisarz Battaglia to pewnie tamten facet pod czterdziestkę, odrobinę niższy od niego, z ogorzałą cerą i papierosem w ustach, który przygląda mu się spod zmrużonych powiek. Wskazał na niego jeden z policjantów, machając ręką w stronę przybysza. Massimo o nic więcej nie pytał i od razu ruszył przed siebie, ignorując ostrzegawcze pokrzykiwania kolegi po fachu. Nie rozumiał, skąd u niego takie poruszenie, dopóki po kilku metrach żwawego i demonstracyjnie swobodnego marszu nie zapadł się w błoto.

Nigdy nie zapomni tego dnia. Do biura dotarł z kilkominutowym opóźnieniem, potem czekał na korytarzu komendy ponad pół godziny, zanim ktokolwiek pofatygował się, by go powiadomić, że jego zespół dawno pojechał do wezwania. Nikt się nie zatroszczył, żeby na niego poczekać albo zostawić mu wiadomość. Zwyczajnie o nim zapomnieli.

Tylko pięć minut spóźnienia.

W pierwszej chwili Massimo pomyślał, że to jakiś żart, ale rozmawiający z nim policjant rzucił lapidarnie, że komisarz Battaglia nie ma poczucia humoru. On raczej też nie, jak można było zgadywać po jego minie.

Massimo miał dwie opcje do wyboru: albo poczeka na krześle na powrót zespołu, albo do niego dołączy, bez względu na to, gdzie się teraz znajduje.

Na swoje nieszczęście wybrał drugą z nich.

Nie spodziewał się, że będzie jechał prawie dwie godziny, nie odrywając wzroku od szyby, w ulewnym deszczu, walcząc ze strumieniami wody na asfalcie i oszalałą nawigacją. Kiedy w końcu dotarł do doliny, zaczął się kolejny koszmar – oblodzenie. Koła ślizgały się na wąskich i stromych serpentynach, przyprawiając go o zawał serca. Kilka razy samochód stawał w połowie podjazdu, bo opony nie łapały przyczepności na oszronionej jezdni. Na szczęście obok przejeżdżał traktor. Podeszły wiekiem właściciel o winnym oddechu i niewyraźnej mowie nalegał, że mu pomoże. Twierdził, że w tym okresie roku często się to zdarza turystom i że chętnie odholuje go na górę.

– Co za różnica, pnie, gnój czy samochody – stwierdził.

Massimo przystał na propozycję z duszą na ramieniu. Zanim zaczepił linę holowniczą, rzucił ostatnie zatroskane spojrzenie na samochód, po czym wsiadł i wrzucił na luz.

Właśnie w ten sposób dojechał do Travenì: holowany przez ciągnik.

Pomimo obolałych z napięcia pleców i wściekłego bólu głowy wreszcie mógł się przyjrzeć krajobrazowi. Cechowało go pierwotne, z niczym nieporównywalne piękno. Ośnieżone szczyty wznosiły się ponad tysiącletnie bory jak przytępione ostrza, które przebiły gęsty dywan lasów. Wyglądały jak mitologiczni giganci i zmuszały do zadarcia głowy, wzbudzając jednocześnie instynktowny lęk przed wysokością. W zaroślach, pomiędzy limbami i krzakami jagodowymi, szumiały przezroczyste strumienie, które spływały krętymi korytami między skałami, lodowymi stalaktytami i wonnym mchem. W śniegu zalegającym na poboczu Massimo dostrzegł liczne ślady zwierząt.

To był świat bardzo odległy od tego, do którego przywykł; świat pokazujący człowiekowi, jak niewiele znaczy i jak daremny jest jego trud. Naturalny raj, daleki jednak od pierwotnej nieskazitelności. Część zbocza została całkiem ogołocona. Na polanie zajętej przez baraki stały spychacze i inne maszyny do wycinki lasu.

Massimo odwrócił wzrok z niesmakiem, jak ktoś, kto właśnie dostrzegł plamę na pięknym obrazie.

Za ostatnimi serpentynami wyłoniło się Travenì, położone na płaskowyżu, z którego roztaczał się widok na dolinę. Otaczała je korona gór. Domy w stylu alpejskim zbudowane były z kamienia i drewna. Przed wejściem do każdego z nich ułożono stertę drew na opał, z których unosił się zapach żywicy. W niewielkim centrum miasteczka architektura była już zgoła inna: kilkupiętrowe budynki cechowały pastelowe kolory i charakterystyczne spadziste dachy. Balkony i tarasy zostały już przybrane w bożonarodzeniowe ozdoby z ostrokrzewu i czerwonych kokard. Przy głównej ulicy znajdowały się bary i karczmy, sklep spożywczy oraz dwie kafejki. Przed pubem zgromadziły się grupki młodzieńców z deskami snowboardowymi pod pachami i kubkami z grzanym winem w dłoniach; niedaleko było stąd do stoków narciarskich. Znalazło się też miejsce dla apteki i kilku butików z odzieżą dla turystów.

Właściciel traktora zostawił Massima na centralnym placu, odmawiając przyjęcia zapłaty, którą przybysz próbował mu wcisnąć. Odjechał, pomachawszy na pożegnanie i zatrąbiwszy klaksonem. Massimo rozejrzał się wokół. Miasteczko wyglądało jak z pocztówki, z jednym wyjątkiem: na tablicy ogłoszeniowej przed ratuszem wisiały przypięte pinezkami ulotki zapraszające na spotkanie, które miało odbyć się tego wieczora w szkolnej sali gimnastycznej. Mieszkańców całej doliny zachęcano do czynnego udziału w zgromadzeniu przeciwko powstaniu nowej stacji narciarskiej. Massimo od razu pomyślał o placu budowy, który rzucał się w oczy u podnóża góry, i o wyciętych drzewach. Nawet tutaj, daleko od miasta, nie było spokoju.

Bez trudu namierzył swój zespół, bowiem ofiarę morderstwa znaleziono niedaleko za miasteczkiem, od strony granicy państwa. Dojechać tam można było górską drogą biegnącą między kamieniołomem i niskimi zagajnikami. Wozy lokalnej policji już utworzyły blokadę na całej szerokości jezdni. Jeden z funkcjonariuszy notował tablice rejestracyjne przejeżdżających samochodów i personalia ciekawskich, którzy wystawiali głowy, żeby cokolwiek dostrzec.

Massimo okazał legitymację i zapytał o komisarza Battaglię. Niedługo potem ugrzązł w błocie, z którego teraz z mozołem usiłował się wydostać.

Plusem było to, że przełożony przestał zwracać na niego uwagę. Rozmawiał ze starszą kobieciną opatuloną w płaszcz prawie sięgający kostek. Nie dało się jej nie zauważyć: prosto ścięte włosy i opadająca na oczy grzywka były we wściekle czerwonym kolorze, który kłócił się z naturalną harmonią barw. Właśnie wskazywała na żleb gubiący się gdzieś w lesie, a mężczyzna przytakiwał.

Widocznie kobieta była świadkiem. Może to ona znalazła ciało.

Massimo pokonał ostatnie metry. Ktoś wyciągnął do niego rękę, by pomóc mu wydostać się z grzęzawiska. Przyjął pomoc, ale był tak zażenowany, że jego podziękowania zabrzmiały jak bełkot.

Po raz pierwszy od ukończenia akademii policyjnej czuł się oceniany. Miał przyspieszony oddech i ręce mokre od potu, pomimo mrozu. Wiedział, że trudno o gorszy początek.

– Inspektor Massimo Marini – przedstawił się, podając dłoń Battaglii. – Przydzielono mnie do pańskiego zespołu. Byłbym wcześniej, ale nikt mnie nie uprzedził o wyjeździe.

Ostatnie zdanie wyrwało mu się mimowolnie. A jego głos nawet dla niego samego zabrzmiał bezczelnie, jak u rozdrażnionego dzieciaka.

Nikt nie uścisnął mu dłoni, więc ją opuścił. Co za pechowy dzień.

Mężczyzna spoglądał na niego w milczeniu i nieznacznie kręcił głową, jakby chciał go ukradkiem przestrzec.

Odpowiedziała mu kobiecina.

– Nas też denat nie uprzedził o swojej śmierci, inspektorze.

Miała chrapliwy głos i taką minę, jakby znaczył dla niej mniej niż nic.

Massimo przyjrzał się jej bacznie. Wełniana czapka z cekinami rozpłaszczała na czole łobuzerską grzywkę, która w ogóle nie pasowała do zniszczonej twarzy i surowych rysów zdradzających równie surowy charakter. Jej oczy rewidowały go jak niecierpliwe ręce, obmacywały, jakby czegoś szukały. Zębami przygryzała zauszniki okularów. Massimo zauważył, że miała cienkie wargi: od czasu do czasu ściągała je, jakby ważyła jakąś myśl. Być może ocenę.

Płaszcz skrywał korpulentną sylwetkę; materiał opinał się na szerokich biodrach.

Jeden z policjantów podszedł z telefonem komórkowym w dłoni i podał go kobiecie.

– Dzwoni komendant, pani komisarz. Pyta, czy ma pani chwilkę.

Przytaknęła i odeszła kilka kroków. Od czasu do czasu zerkała w stronę Massima.

Ten stał jak skamieniały. Ledwo się zorientował, że mężczyzna, którego wziął za Battaglię, uścisnął mu dłoń i przedstawił się jako agent Parisi. Kompletnie zaschło mu w ustach i był bliski hipotermii. W głowie szukał takich przeprosin, które nie zabrzmiałyby idiotycznie, ale gdy kobieta skończyła rozmowę, zdołał wydusić z siebie tylko jedno zdanie, niestety, najmniej odpowiednie w tej sytuacji.

– Nikt mi nie powiedział, że mam pytać o kobietę, pani komisarz.

Spojrzała na niego tak, jak się patrzy na gówno przyklejone do czyjejś podeszwy.

– Jak widać, taka ewentualność nawet nie zaświtała w pańskiej głowie, inspektorze.

Inspektor. Młokos, na dodatek jak z żurnala wycięty. Teresa czuła jego wodę kolońską na odległość. W ogóle nie pasował do tego alpejskiego torfowiska, pełnego śniegu i krwi, którą woda wypłukiwała z mchu i zabierała ze sobą w głąb ziemi. Krwi człowieka zabitego w sposób, jaki rzadko zdarza się policjantowi oglądać.

Massimo Marini miał ładną buzię z niewielkim zarostem. Najwyraźniej nie ogolił się tego ranka. Coś poszło nie tak. I to bardzo nie tak, jeśli oceniać po wyglądzie.

Początek nie był najszczęśliwszy. Wysiłki młodego inspektora, żeby zademonstrować swoją rezolutność, spełzły na niczym. Teresa uważała jednak, że każdemu należy się druga szansa, nawet tak beznadziejnym przypadkom jak on.

Ciekawa była, dlaczego poprosił o przeniesienie z wielkiej metropolii do małego prowincjonalnego miasteczka. Od czego – a może od kogo – postanowił uciec ponad pięćset kilometrów?

Ludzie uciekają od tego, co ich przeraża, rani albo niewoli – pomyślała.

Czyżby miłość, która nadal nie daje mu spokoju? Ale na jego twarzy nie widać było rozpaczy ani nieprzespanych nocy, tylko stres, którego przyczyną była ona sama, a nie jakieś piękne i niezdecydowane dziewczę. Co innego zmusiło go do ucieczki.

Patrzyła, jak stoi nieruchomo, podczas gdy płatki śniegu opadają na jego nieco bardziej przygarbione, niż kiedy się pojawił, ramiona.

Teresa powstrzymała uśmiech zadowolenia. Uwielbiała doprowadzać do rozpaczy nowo przybyłych i nie zamierzała dla nikogo robić wyjątku. Cieszył ją wzrok jak u zbitego szczeniaka. Wiedziała, że przez chwilę naprawdę bał się reprymendy, bo zachował się niegrzecznie i wypadł jak cymbał, chociaż na wszystkich chciał wywrzeć dobre wrażenie.

Zignorowała go i zwróciła się do Parisiego, kontynuując rozmowę przerwaną przez komiczny występ inspektora.

– Trzeba będzie zejść do żlebu i poszukać tam, między roślinami – stwierdziła.

Policjant kiwnął głową.

Teresa popatrzyła na Mariniego. Ciekawa była, gdzie zgubił kurtkę albo cokolwiek, czym zazwyczaj chronił się przed zimnem, ale nie dała tego po sobie poznać. Zapytała za to:

– Inspektorze, może pan?

Aż się wzdrygnął, jakby się zastanawiał, o czym ona, do cholery, mówi, ale nie szukał ratunku. Zszedł do żlebu w tym, co miał na sobie, chwytając się kępek traw, żeby nie ześlizgnąć się do wody.

Teresa pokręciła głową. Po co komu takie ego, skoro tylko komplikuje życie.

Ale nawet nie pisnął. Nie kazał sobie dwa razy powtarzać.

Dobry znak: chciał naprawić błąd i był gotów na wszystko.

Parisi już miał zdjąć ochraniacze, które włożył do inspekcji, i podać je koledze w tarapatach, ale Teresa go powstrzymała.

Razem przyglądali się, jak buty inspektora grzęzną w błocie, pośród śmierdzących liści i zgniłych resztek nie wiadomo czego.

Teresie niemalże zrobiło się go żal, ale widok był zabawny.

Massimo w końcu przełamał się i poprosił o pomoc.

– Czego mam szukać? – zapytał po kilku minutach szperania na oślep.

– Oczu – odpowiedziała Teresa. – Jeszcze ich nie znaleźliśmy.

4

Austria, 1978

W miasteczku wielu rozprawiało o Szkole, ale nieliczni naprawdę ją znali. Nikt nigdy nie postawił w niej nogi. Opowieści o tym ośrodku były często wyssane z palca i karmiły się jego tajemniczym wyglądem. W pewne poranki, o świcie, jej majestatyczny budynek wyrastał ponad niskie chmury jak cudowne zjawisko optyczne. Został wzniesiony na planie prostokąta i osadzony na podmurówce z nieociosanych kamieni, wydobytych w pobliskich kamieniołomach. Elewację na parterze wykonano z tynku rustykowanego. Od wyższych pięter oddzielał go kamienny gzyms w kształcie splecionych ze sobą pędów. Centralna fasada i jej dwa skrzydła – wschodnie i zachodnie – prezentowały się nader imponująco dzięki czterem filarom w stylu jońskim, między którymi znajdowały się okna zwieńczone trójkątnymi tympanonami. Nad ostatnim, trzecim piętrem wznosiła się ścięta od góry kopuła. W lukarnie pod kopułą mieścił się zegar, zepsuty od niepamiętnych czasów. Mawiano, że wskazywana przez niego godzina – punkt trzecia – jest godziną śmierci jego twórcy, młodego architekta z Lienzu, porażonego przez piorun w pobliżu jeziora, nad którym podziwiał ukończone dzieło. Choć od tamtego czasu minęło prawie dwieście lat, starzy ludzie nadal opowiadali o Bożym gniewie za afront zadany Wszechmocnemu. Te miejsca zostały stworzone dla ciszy, wiatru i wysokogórskich kwiatów, a człowiek pogwałcił je swoją pychą.

Gdy Magdalena stanęła pod Szkołą i spojrzała na nią z bliska, wreszcie zrozumiała sens tej anegdoty: budowla nie pasowała do otoczenia, była pomyłką. Kaprysem wyższych sfer, które nie wiedzą, co to umiar.

Dotarła tu na piechotę, drogą biegnącą z położonego poniżej miasteczka. Potem weszła na ścieżkę pnącą się po przeciwległym zboczu góry, żeby w ten sposób zaoszczędzić na czasie. Od pobliskiego jeziora biła ostra woń porostów i szlamu. Wyglądało jak ukryte w ziemi oko.

Przed wejściem stanęła z zadyszką i zbuntowanym lokiem, który wysunął się z koka. Czym prędzej upięła go spinką, sprawdzając jednocześnie stan obuwia. Masywne drzwi otworzyły się, zanim dziewczyna zdążyła dotknąć kołatki w kształcie głowy wilka. Małe surowe oczka osadzone na szerokiej i pozbawionej określonego wieku twarzy wpatrywały się w nią uważnie.

– Magdalena, jak mniemam. Proszę za mną.

Opiekunka Agnes Braun była jak budynek, w którym mieszkała – sroga i zaniedbana. Siwiejące i gęste włosy okalały twarz wyglądającą na dużo młodszą, niż Magdalena się spodziewała. Przy odrobinie troski ta kobieta mogłaby prezentować się bardzo atrakcyjnie, ale pewne zabiegi chyba nie były mile widziane w Szkole. Zasugerowano jej, by na rozmowę rekrutacyjną stawiła się bez makijażu, ze spiętymi włosami i w prostym ubraniu.

Panna Braun uprzejmie, acz chłodno wprowadziła ją do tego, co pewnie uważała za swoje królestwo, jeśli oceniać po sposobie, w jaki poruszała się pośród marmurów, złoceń i nielicznych wykwintnych mebli, jakie tu jeszcze stały – krokiem władczyni. Budynek wyglądał na całkiem opustoszały i tonął w ciszy, więc Magdalena zaczęła rozmyślać, gdzie podziali się wychowankowie.

Hol był czysty, ozdobiony mozaiką przedstawiającą austro-węgierski herb: czarnego dwugłowego orła na złotym tle. Ściany udekorowano malowidłami iluzjonistycznymi ze scenkami myśliwskimi. Jedyną ciemną plamą pośród pastelowych barw był zegar wahadłowy z dwójką Murzynków intarsjowanych po prawej i lewej stronie kwadransa. Wyraz ich hebanowych twarzy był przerażający: otwarte usta szczerzyły nadzwyczaj ostre zęby z kości słoniowej.

Agnes Braun spostrzegła u nowo przybyłej zaskoczenie.

– Wykonano go z materiałów przywiezionych z Afryki – wyjaśniła z zadowoloną miną. – Należał do rodziny dyrektora. To on postanowił ofiarować go Szkole.

Magdalena uznała, że wygląda potwornie, ale zmusiła się do uprzejmego uśmiechu.

Braun przyjrzała się jej w milczeniu, z rękoma splecionymi na brzuchu.

– Czy twoim zdaniem jest w dobrym guście? – zapytała.

Oczy dziewczyny uciekły przed jej spojrzeniem.

– Tak – odpowiedziała i w tej samej chwili zdała sobie sprawę, że zabrzmiało to fałszywie.

Popatrzyła na kobietę i dostrzegła na jej ustach zarys uśmiechu. Agnes Braun wyglądała na zadowoloną.

– Nie musisz się wstydzić – usłyszała. – Twoje niewinne kłamstwo udowodniło mi, że pasujesz do tego miejsca. Szkoła wymaga posłuszeństwa, a posłuszeństwo zakłada wyrzeczenie się wolności, w tym wolności myśli, nieprawdaż?

Magdalena mimowolnie skinęła głową. W tej kobiecie było coś niepokojącego. Ona też wyglądała na pomyłkę, jak cała Szkoła.

5

Coś przeraziło dorosłych. Mathias odgadł to po spojrzeniach, które matka rzucała w jego stronę, gdy rozmawiała z nauczycielką i innymi kobietami: były jak szarpnięcia za smycz, pilnowały go nawet z daleka. Na rękach trzymała jego kilkumiesięcznego brata, Markusa. Nie odłożyła go do wózka, chociaż już dawno spał.

Przez szkolną aulę przebiegały nerwowe szepty. Reflektory rzucały snopy świateł na porzucone na scenie kolorowe kostiumy. Przed chwilą dwóch mężczyzn, których Mathias nigdy wcześniej nie spotkał w miasteczku, przerwało próbę jasełek. Zamienili kilka słów z nauczycielką, a potem podeszli do matki Diega, która po krótkiej rozmowie, blada i sztywna jak trup, wyszła w ich towarzystwie. Dopiero wołanie mamy Mathiasa przypomniało jej o obecności syna. Wróciła do niego i powiedziała, żeby tu został i był grzeczny, że zajmie się nim nauczycielka, a potem przyjdzie po niego babcia. Głos jej drżał.

Mathias spojrzał na Diega. Siedział wtulony w krzesło na widowni i nieruchomo wpatrywał się w czarne niebo przez rząd wysokich okien. Noc zapadała coraz wcześniej, zarażając ciemnością nawet ludzi. Travenì nie przypominało już tego miasteczka, które Mathias kochał. W ostatnich godzinach buzowało od podejrzeń, które spadały na mieszkańców jak śnieg. Od kiedy ojciec Diega zniknął, powietrze zatruł strach.

Mathias podszedł do przyjaciela. Jego twarz, ledwo muśnięta przez snop światła ze sceny, wyglądała jak mały, smutny, może odrobinę wściekły księżyc. Mathias chciał coś powiedzieć, wiedział jednak, że słowa nic tu nie pomogą.

Ojciec Diega nie żył. Nikt jeszcze nie powiedział tego na głos, ale oni już wiedzieli, tak jak się wie, że zaraz dostanie się pasem albo że gorączka rośnie, chociaż czoło nadal jest zimne.

Chłopiec zwinął w kulkę czapkę, którą trzymał w rękach, i rzucił nią w stronę przyjaciela.

Ręka Diega błyskawicznie się uniosła i złapała przedmiot w locie, chociaż jego oczy ani na moment nie oderwały się od ciemności.

Mathias uśmiechnął się odruchowo. Diego był obecny ciałem, ale jednocześnie tonął w bagnie sprzecznych uczuć. To był jego najlepszy przyjaciel i największy rywal. Najchętniej powiedziałby mu teraz, że nic go nie obchodzi bycie szefem grupy, że może zająć jego miejsce, bo to on ma wszystko, czego potrzebuje lider. Milczał jednak, bo wiedział, że nie byłoby to honorowe. Dalej będą się ścigać o palmę pierwszeństwa, a mimo to łącząca ich braterska więź nigdy nie osłabnie.

Mathias miał to już na końcu języka, ale nagle w jego głowie pojawiło się pewne podejrzenie, które w ostatniej chwili zmieniło zamiary chłopca.

– Gdzie jest Oliver? – zapytał.

Na ten dźwięk Diego wrócił na ziemię. Oliver był od nich młodszy zaledwie o rok, a mimo to wszyscy traktowali go jak swojego pupilka.

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Musieli go znaleźć, musieli chronić, zwłaszcza tutaj, w tych murach.

Korytarz prowadzący do łazienek przypominał ciemny tunel bez końca. Ktoś pogasił już światła. Z sal lekcyjnych, przypominających tonące w mroku jamy, dobywał się zapach kredy i papieru.

Oliver głośno przełknął ślinę. Szukał włącznika, ale nie pamiętał, gdzie jest; nigdy nie był mu potrzebny. Po raz kolejny odwrócił się w stronę słabej poświaty. Tuż za rogiem, w połowie drugiego korytarza, drzwi do auli stały otworem.

Nie jestem sam – powtórzył w duchu.

Ruszył przed siebie. Miał do pokonania jeszcze tylko kilka metrów – czarnych jak otchłań – i zamierzał zrobić to bez niczyjej pomocy.

Wiedział, że on czai się gdzieś w ciemnościach – albo tutaj, albo na sali gimnastycznej, porządkując sprzęt, a może na stołówce, gdzie sprawdza, czy pozamykano wszystkie okna. Zawsze porusza się cicho i wszystkich mierzy surowym wzrokiem. Tylko przed Oliverem pokazuje, kim jest naprawdę: złem wcielonym, jak wróg z bajki. Bez powodu, bez umiaru. Na samą myśl o tym Olivera rozbolał brzuch.

Chłopiec zamrugał kilka razy. Czuł, jakby ciemność osiadła na jego rzęsach, skórze, ubraniu, i chciała go pogrążyć. Stawiał krok za krokiem. Wyobrażał sobie, że zanurza się w czarną bańkę, jest już blisko jej środka i bardzo daleko od światła.

Gdyby teraz jakaś ręka nagle chwyciła go i pociągnęła… Przegnał tę myśl, ale dalej coś ściskało go w żołądku. Drzwi do łazienki nie mogły być daleko. Jeszcze kilka metrów i poczuje je dłonią, a wtedy cały strach zniknie w blasku światła. Mathias i Diego będą z niego dumni i wreszcie zaczną go traktować jak równego sobie.

Ruszył z większym przekonaniem i wreszcie poczuł pod palcami gładką powierzchnię. Po omacku nacisnął klamkę. Charakterystyczny odór chloru i środków czyszczących upewnił go, że to właściwe pomieszczenie.

Zawahał się na chwilę: musiał zebrać się na odwagę, żeby wsunąć ramię do środka.

– Dureń – powiedział do siebie ze wstydem, choć przecież nikt nie widział jego przerażenia.

Zacisnął wargi i wyciągnął rękę. Czuł, jak zalewają go na przemian to zimne, to gorące poty. Dotarł do włącznika i wreszcie na suficie z trzaskiem rozbłysła jarzeniówka.

Niebieskie kafelki połyskiwały w zimnym świetle. Z nieszczelnego kranu powoli kapała woda.

Oliver wypuścił z płuc długo wstrzymywany oddech; nikt na niego nie czekał.

Wszedł do ubikacji i spojrzał na rząd trzech otwartych na oścież kabin. Wybrał tę pośrodku i zaczął rozpinać spodnie. Przy pierwszym guziku znieruchomiał.

Nie był już sam. Ktoś stał za jego plecami. W ciszy do jego oddechu dołączył jakiś inny, ciężki, śmierdzący czosnkiem i nikotyną.

– Witaj, gówniarzu.

Oliver odwrócił się powoli, jakby usłyszał rozkaz. Cały się trząsł.

Masywna postać – wcielenie jego codziennego koszmaru – sprawiła, że sam poczuł się jeszcze mniejszy.

Abramo Viesel pracował jako woźny w szkole w Travenì. Był starszy od jego rodziców, ale młodszy od dziadków. Jego ciało było tak masywne, że z trudem się poruszał, a gdy chodził, kiwał się na boki jak kuter miotany falami. Oliver jednak nie nazwałby go grubasem. Za każdym razem gdy się pojawiał i prześladował chłopca, na myśl przychodziło tylko jedno słowo: potężny. Jak zła postać z komiksu o superbohaterach. Tak potężny, że mógłby go zgnieść.

Spojrzał na ręce woźnego: były wielkości głowy chłopca. Wyobraził sobie swoją twarz uwięzioną w tych grubych owłosionych palcach.

– Wystarczyło ci odwagi, żeby tu przyjść samemu – usłyszał. – To nie był dobry pomysł.

Oliver milczał. W tej sytuacji każde słowo byłoby błędem, dobrze o tym wiedział. Viesel z rozkoszą dręczył go od dnia, w którym chłopiec po raz pierwszy postawił nogę w szkole. Atakował go tylko słowami i jeszcze nigdy go nie tknął, ale Oliver czuł, że to się wkrótce zmieni. Znowu spojrzał na ręce woźnego i zobaczył, że całe drżą, jakby mięśnie spinały się pod skórą. Przypominały ryby w rzece podpływające do powierzchni wody, żeby nakarmić się owadami.

Wiedział, że pan Viesel też szukał pokarmu, tego, który nasyciłby jego najskrytszy głód – strachu Olivera. Przeniósł wzrok na nabrzmiały brzuch mężczyzny. Zajmował całą przestrzeń w drzwiach.

– Czekają na mnie – wydusił z siebie szeptem.

Brzuch pana Viesela zatrząsł się od rubasznego śmiechu, który niemalże natychmiast ucichł.

– Przyszedłeś, żeby się wysikać, to sikaj – rozkazał.

Nie zamierzał się odsunąć. Ręką przytrzymywał drzwi toalety, tak żeby się nie zamknęły.

Oliver mocno zacisnął powieki. Ucisk, który czuł wcześniej na pęcherzu, przemienił się w ból.

– Muszę iść – powiedział. – Proszę.

– Nie, zostajesz. Na baczność, jak żołnierzyk, aż zsikasz się w majtki.

Oliver poczuł, że ma mokre policzki.

– Och, wyłazi z ciebie mała dziewczynka – szydził pan Viesel.

Oliver pomyślał, że Lucia to też mała dziewczynka, a mimo to jest odważna i silna. Otworzył oczy. Sylwetkę jego oprawcy rozmywały łzy.

Mężczyzna pochylił się w jego stronę.

– Wiesz, co ci zrobię, jeśli piśniesz komuś słówko, prawda?

Oliver nie odpowiedział.

– Przyjdę do ciebie w nocy, gdy będziesz spał, i… – Zdanie dokończył na migi, demonstrując, w jaki sposób go pochwyci.

Oliver zdusił okrzyk, a woźny się roześmiał. Wtedy coś uderzyło go w twarz i zaraz upadło na ziemię.

Viesel spojrzał na przedmiot, a Oliver podążył za jego wzrokiem. To była gąbka. Zostawiła na policzku mężczyzny biały ślad po kredzie.

Woźny odwrócił się w stronę wejścia, co wykorzystał Oliver. Z całej siły wcisnął się między bok mężczyzny a drzwi, żeby odzyskać wolność.

– Gdzie ty się wybierasz? – usłyszał za sobą, ale było już za późno.

Mathias i Diego stanęli między nim a oprawcą.

– Koledzy przybyli ci z odsieczą – warknął woźny. – Kiedy wreszcie przestaniesz być takim mazgajem?

– Niech go pan zostawi w spokoju! – zawołał Mathias.

– A ty czego chcesz, Klavora? Ojciec za mało ci wlał w tym tygodniu?

Abramo Viesel wytarł twarz z kredy.

– Jest tu też młody Valent! – mówił dalej, patrząc na Diega. Schylił się i podniósł gąbkę z podłogi. – Marnie skończył twój stary.

– Milcz!

Głos Mathiasa przebrzmiał bez skutku. Oliver zobaczył, jak przyjaciel chwyta Diega za ramię i stara się go wyciągnąć z łazienki, ten jednak stał jak słup soli.

– Chodźmy już! – błagał Mathias.

– Słyszałem, co mówili do siebie policjanci na parkingu, zanim weszli po twoją matkę – wyszeptał Viesel, jakby chciał im zdradzić tajemnicę. – Chcesz się tego dowiedzieć?

Diego w milczeniu wpatrywał się w woźnego. Oliverowi przeszło przez myśl, że przyjaciel stoi jak zahipnotyzowany.

– Chcesz się dowiedzieć, jak umarł?

Teraz już cała trójka zamieniła się w słuch.

Abramo Viesel podniósł ręce, rozczapierzył palce jak drapieżne zwierzę otwierające szpony i powoli przysunął je do twarzy Diega.

– Zabrali go do lasu i tam wydłubali mu oczy. O tak!

Nagle z korytarza dobiegło wołanie nauczycielki. Mathias szturchnął Olivera w bok i jednocześnie wyciągnął Diega z łazienki.

Za ich plecami Abramo Viesel zaczął żalić się płaczliwie, jaki to on biedny, że musi sprzątać ubikacje po psikusach rozwydrzonych chłopców, a przecież ma takie problemy ze zdrowiem. Oliver nie odwrócił się ani razu, ale był pewien, że jedną ręką wymachuje gąbką, a drugą podpiera się w krzyżu.

Spojrzał na Diega i nie poznał go. Przyjaciel był blady jak nieboszczyk. Zupełnie jak jego ojciec.

6

W ciemnym pokoju projektor wyświetlał na ekranie zdjęcia z miejsca zbrodni.

Były to zbliżenia sinych rozchylonych warg; naczyń krwionośnych, które rozchodziły się pod skórą jak ujście rzeki; białej klatki piersiowej; ciemnych otworów na twarzy zamiast oczu.

Fotografie stanowiły podstawę ich pracy. Były jak plastelina, z której w końcu ulepią twarz mordercy i połączą ją z imieniem i nazwiskiem. Bo to profil zabójcy, czyli portret jego psychiki, prowadzi do tożsamości, nigdy na odwrót.

Teresa przyglądała się uważnie zdjęciom, zanurzona w fotelu między komendantem Ambrosinim a zastępcą prokuratora Gardinim. Choć łączyła ich przyjaźń, w pracy respektowali ścisły podział wyznaczonych im ról. Za nimi siedziała reszta zespołu.

Wrócili do komendy niedawno, przemarznięci do szpiku kości po wielu godzinach wizji lokalnej i zbierania dowodów. Praca dopiero się rozpoczęła i od tej chwili dzień zleje się z nocą w jedną całość.

Teresę piekły oczy ze zmęczenia, ale zachowywała czujność.