Kwiat wiśni i czerwona fasola - Durian Sukegawa - ebook + książka

Kwiat wiśni i czerwona fasola ebook

Durian Sukegawa

4,7
28,94 zł

lub
Opis

Słodko-gorzka opowieść o życiu i naleśnikach

Sentaro, chłopak bez wykształcenia, z trudną przeszłością i pogrzebanymi marzeniami o karierze pisarza, pracuje w sklepiku z dorayaki - tradycyjnymi naleśnikami nadziewanymi słodką pastą z czerwonej  fasoli. Niestety interes nie idzie tak dobrze jak powinien, a klienci rzadko zaglądają po słodkości. Na dodatek Sentaro czuje, że życie przecieka mu przez palce i tylko kwitnące wiśnie przypominają o upływie czasu.
Pewnego dnia próg jego sklepu przekracza staruszka Tokue, która potrafi przygotować doskonały farsz do dorayaki. Starsza pani zaczyna uczyć tej sztuki Senatro, a jej talent kulinarny i mądrość na zawsze odmieniają życie chłopaka. Gdy przeciwności losu i społeczne uprzedzenia wystawią ich relację na próbę, bohaterowie będą musieli odpowiedzieć na pytanie, co jest w ich życiu najważniejsze.

Kwiat wiśni i czerwona fasola
to wzruszająca, pełna ciepła opowieść o zrozumieniu, radzeniu sobie z trudną przeszłością i przynoszącej odkupienie sile przyjaźni.

Na podstawie książki powstał zbierający doskonale recenzje film „Kwiat wiśni i czerwona fasola” w reżyserii Naomi Kawase.
Ta urzekająca miniatura literacka to symboliczna opowieść o szacunku do drugiego człowieka i umiejętności wydobywania z życia tego, co w nim najlepsze. Wszystko w pięknych japońskich dekoracjach - smaki, kształty, barwy i ludzkie historie z nutą nostalgii. Sukegawa zachwyca każdym zdaniem.
Jarosław Czechowicz, "Krytycznym okiem"

Durian Sukegawa - studiował filozofię orientalną na Uniwersytecie Waseda. Pracował jako reporter w Berlinie i Kambodży we wczesnych latach 90. Autor książek, esejów, scenariuszy telewizyjnych i filmowych. Mieszka w Tokyo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 175

Oceny
4,7 (9 ocen)
6
3
0
0
0

Popularność




Seriaz Żurawiem

Projekt okładkiMałgorzata Flis

Tytuł oryginału: An

Copyright © Durian Sukegawa 2013, 2015First published in Japan in 2013by POPLAR PUBLISHING CO., LTD. JAPAN and revised edition published in 2015by POPLAR PUBLISHING CO., LTD.All rights reserved.Polish translation rights arranged with POPLAR PUBLISHING CO., LTD. through Japan UNI Agency, Inc. and The Agency srl

© Copyright for the Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu JagiellońskiegoWydanie I, Kraków 2018

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-4547-3

ISBN 978-83-8179-511-1 (e-book)

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12-663-23-80, tel./fax 12-663-23-83

Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

1

Sentarō całe dnie spędzał przy gorącej płycie.

Doraharu, sklepikz dorayaki1, w którym pracował, mieścił się przy ulicy handlowej zwanej Aleją Wiśniową, jedną przecznicę od torów kolejowych. Opuszczone sklepy rzucały się tam w oczy bardziej niż nieliczne wiśnie, lecz wiosną i tak wydawało się, że przechodniów trochę przybywa, być może właśnie ze względu na kwitnące drzewa.

Gdy Sentarō zauważył staruszkę stojącą na skraju drogi, natychmiast spuścił wzrok na miskę, w której mieszał ciasto. Przed sklepem rosła wiśnia. Rozkwitała, podobna do małego obłoku. Mężczyzna był pewien, że kobieta ogląda kwiaty.

A jednak, gdy Sentarō znów podniósł głowę, starsza pani w białym kapeluszu nadal tam stała. Co więcej, nie patrzyła na wiśnię, tylko właśnie na niego. Mężczyzna ukłonił się odruchowo. Staruszka uśmiechnęła się jakoś sztywno, po czym podeszła powoli. Sentarō już ją widział. Kilka dni wcześniej kupiła u niego dorayaki.

– Co do tego… – Kobieta powoli wskazała ogłoszenie o pracę przyklejone do szyby. Palec miała wygięty w górę jak haczyk. – Naprawdę nie ma ograniczeń wiekowych?

Ręka z gumową szpatułką znieruchomiała nagle.

– Szuka pani zajęcia dla kogoś? Wnuka albo…?

Staruszka mrugnęła jednym okiem, nie odpowiadając.

Zawiał wiatr, wiśnia się zakołysała. Płatki kwiatów spadły na żelazną płytę, przelatując przez okienko wychodzące na ulicę.

– Tak sobie pomyślałam… – Kobieta nachyliła się. – Ja się pewnie nie nadaję, prawda?

– Co? – zapytał Sentarō. Staruszka pokazała palcem na siebie.

– Chciałabym spróbować takiej pracy.

Sentarō roześmiał się, zanim zdążył się zorientować, że to niegrzeczne.

– Mogę zapytać, ile ma pani lat?

– Siedemdziesiąt sześć.

Jak ją odesłać, nie robiąc jej przykrości? Sentarō nerwowo poruszał łopatką, szukając słów.

– Wie pani… Nie płacę dużo. Na tę chwilę sześćset jenów2.

– Co? Słucham? – Kobieta przyłożyła dłoń do ucha.

Mężczyzna pochylił się, tak jak wtedy, gdy podawał dorayaki dzieciom albo osobom starszym.

– Nie płacę dużo. Potrzebuję pracownika, ale osoba w pani wieku…

– A, o to chodzi, tak? – Powiodła pokrzywionym palcem po treści ogłoszenia. – Może być połowa. Trzysta jenów.

– Trzysta?

– Tak – powiedziała, a jej oczy złagodniały.

– No nie… Wie pani co, nie da rady. Przepraszam. Proszę wybaczyć.

– Nazywam się Tokue Yoshii.

– Co?

Wyglądało na to, że staruszka źle go zrozumiała, może miała słaby słuch. Sentarō skrzyżował ręce na piersi.

– Przykro mi.

– Ach, tak? – Tokue Yoshii wpatrywała się nieruchomo w twarz Sentarō. Jej oczy różniły się między sobą kształtem.

– To ciężka praca fizyczna, sama pani rozumie…

Staruszka otworzyła usta, jakby chciała nabrać powietrza, po czym nagle wskazała ręką za siebie.

– Tę wiśnię kto posadził?

– Słucham?

– Tę wiśnię – powtórzyła Tokuez twarzą zwróconą ku drzewu.

Sentarō podniósł wzrok na niezliczone kwiaty.

– Jak to kto?

– Ktoś ją posadził, prawda?

– Przykro mi, nie jestem stąd.

Tokue Yoshii zrobiła minę, jakby chciała coś powiedzieć, ale kiedy zauważyła, że Sentarō z powrotem wziął do ręki łopatkę, odeszła od okienka, rzucając za siebie: „Przyjdę jeszcze”. Ruszyła w kierunku przeciwnym do stacji kolejowej. Szła sztywno, jakby stawy w jej nogach nie chciały się zginać. Mężczyzna wrócił do mieszania ciasta.

1 Dorayaki – japoński deser składający się z dwóch małych placków z ciasta przypominającego biszkopt przełożonych słodką pastą z fasoli azuki – przyp. tłum.

2 Sześćset jenów to około dwie trzecie standardowej stawki godzinowej za pracę dorywczą (w Tokio wynosi ona tysiąc jenów, mniej w mniejszych miastach) – przyp. tłum.

2

W Doraharu nie było dni wolnych. Codziennie, gdy tylko minęła jedenasta, Sentarō podnosił roletę antywłamaniową.

Zwykle wkładał fartuch około dwóch godzin wcześniej. Bardzo późno, biorąc pod uwagę, że wtedy dopiero zaczynał przygotowania. Wedle prawideł sztuki nie miałby szans ze wszystkim zdążyć, jednak on miał swoje sposoby.

Tego ranka wypił kawę z puszki, by się rozbudzić, po czym przesunął nogą do kuchni kartonowe pudło, które przyszło pocztą. Zaraz miał wyjąć z niego duży, przypominający kanister plastikowy pojemnik z gotowym nadzieniem i zmieszać je z resztą pasty z poprzedniego dnia.

Co prawda nie było to nielegalne, ale nie robiono tak w żadnej szanującej się cukierni – choć słodka pasta z fasoli, czyli an, rzeczywiście dobrze znosiła mrożenie. Zachowywała zapach i jakość, jeśli nie przechowywano jej za długo. Sentarō skrzętnie korzystał z tego faktu. Założyciel lokalu, teraz już nieżyjący, od samego początku używał gotowego an. Zaprzyjaźniony hurtownik przysyłał pastę chińskiej produkcji w pięciokilogramowych opakowaniach.

Doraharu to zwykły, mały sklepik – nie groziło mu bankructwo, ale też nie prosperował zbyt prężnie. Nigdy się nie zdarzało, aby cały pojemnik nadzienia zszedł jednego dnia, zawsze coś zostawało. Sentarō mroził resztki i dodawał je do świeżej pasty następnego dnia, dwa dni albo i trzy dni później.

Kiedy kończył mieszać an, zabierał się za przygotowanie ciasta. Nie żeby nie znał firm, które mogły przywieźć mu gotowe, ale wychodziło trochę za drogo, więc robił je sam.

Wrzucał składniki do miski i mieszał je ze sobą. Potem włączał ogień pod metalową płytą zwaną hiranabe. Wylewał na nią ciasto specjalną płytką chochelką, smażył małe okrągłe placki i układał je w podgrzewanej gablotce. Zwykle kończył akurat w porze otwarcia – wzdychał wtedy i otwierał roletę antywłamaniową. Nie mobilizował się, żeby jak najlepiej obsłużyć klientów. Witał ich beznamiętnie.

Było popołudnie, w porze kiedy Sentarō zwykle siadał na krześle w kuchni i skubał kupiony w sklepie zestaw lunchowy. Za szybą pojawił się biały kapelusz.

– Znowu ta staruszka…

Uśmiechnęła się do niego, więc nie miał innego wyboru, musiał wstać.

– Eee… Pani Yoshii, dobrze pamiętam?

– Tak – odpowiedziała kobieta o pomarszczonej twarzy osłoniętej białym kapeluszem.

– W czym mogę pomóc?

Tokue Yoshii wyjęła z torebki kartkę papieru z kilkoma znakami zapisanymi niezgrabnie niebieskim atramentem. Wyglądały tak, jakby każda kreska kończyła się ostrym haczykiem.

– Tak się pisze moje imię i nazwisko3.

– Hm? – Sentarō zerknął tylko na kartkę i od razu oddał ją kobiecie. – Przepraszam, ale z pracy naprawdę nic nie wyjdzie.

Starsza pani sięgnęła po kawałek papieru wygiętymi palcami, ale sekundę później delikatnie cofnęła dłoń.

– Jak widzisz, mam trochę problem z rękami. Dlatego mogę dostawać nawet mniej niż ostatnio rozmawialiśmy. Starczy dwieście jenów.

– Ale o czym pani mówi?

– O stawce godzinowej.

– Nie, nie, w ogóle nie o to chodzi.

„Nie mogę pani zatrudnić” – powtarzał Sentarō, ale staruszka tylko wbijała w niego wzrok, tak jak poprzednim razem. Mężczyzna cofnął się, sięgnął do gablotki i zapakował jedno dorayaki. Chciał ją jakoś przekonać, żeby sobie poszła.

– An też sam robisz? – zapytała nagle, jakby przejrzała go na wylot.

– No… wie pani, to tajemnica handlowa – odparł szybko, ale jabłko Adama podskoczyło mu nerwowo. Obrócił się, wiedziony złym przeczuciem.

W kuchni, obok opakowania po lunchu, leżał otwarty pojemnik z gotową pastą. Mało tego, wystawała z niego łyżka. Sentarō przesunął się w bok, żeby staruszka nie zauważyła.

– Ostatnio próbowałam twoich dorayaki. Ciasto jeszcze jeszcze, ale an troszkę…

– Jaki?

– Nie czuć w nim serca osoby, która go przygotowała.

– Nie? Dziwne… – Zrobił zmartwioną minę, choć doskonale wiedział, że nigdy go tam nie było.

– Wydał mi się jakiś taki… rozlazły.

– Bardzo trudno przyrządzić dobry an. A ty, bab… Yyy, a pani, próbowała pani kiedyś?

– Pięćdziesiąt lat nic innego nie robiłam.

Sentarō prawie upuścił dorayaki, które wkładał właśnie do papierowej torebki.

– Pięćdziesiąt lat?

– Tak, pół wieku. W an, młody człowieku, chodzi o uczucia.

– Hmm… Uczucia, co… – Podał jej przełożone pastą placki, czując dreszcz, jakby nagle zawiał zimny wiatr. – Ja… przepraszam. Naprawdę nie mogę pani zatrudnić.

– Tak?

– Bardzo mi przykro.

Tokue wpatrywała się w niego niepasującymi do siebie oczami, a po chwili wyciągnęła z torebki materiałowy portfel.

– Nie trzeba.

– Niby dlaczego? Sto czterdzieści jenów, tak?

Minęła dłuższa chwila, zanim zdołała wysupłać z portfela monetę stujenową i cztery dziesięciojenowe, a potem ułożyć je na małej ladzie przy okienku. Każdy z jej palców był trochę powykrzywiany, kciuk wyginał się ku górze.

– Młody człowieku…

– Hm?

– Spróbuj trochę tego.

Wyjęła z torebki okrągły plastikowy pojemnik owinięty w foliowy woreczek. Ciemna substancja wewnątrz natychmiast przykuła wzrok Sentarō.

– Co to?

Gdy mężczyzna wziął do ręki pakunek, staruszka zaczęła się oddalać.

– Co to jest? An?

Tokue odwróciła się, nie zwalniając kroku, pokiwała głową i zniknęła za rogiem.

3 Wiele japońskich imion można zapisać na kilka sposób, używając różnych znaków o identycznej wymowie, dlatego przy przedstawianiu się pomocne bywa dodatkowe wytłumaczenie pisowni – przyp. tłum.

3

Tego wieczoru Sentarō siedział niedaleko stacji kolejowej w knajpce serwującej dania z makaronem gryczanym. Popijał grzane sake, zagryzał tempurą i wsysał porcję makaronu pływającego w gorącym bulionie. Potem znów pił i znów wsysał gryczane nitki, myśląc o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia.

Kiedy Tokue sobie poszła, wyrzucił zawiniątko do kosza, nawet go nie otworzywszy. Sumienie trochę go gryzło, ale jakoś nie mógł się zebrać w sobie. Pojemnik rzucał mu się w oczy za każdym razem, kiedy Sentarō zdejmował pokrywę z kosza. Po jakimś czasie wyciągnął go. Miał wrażenie, że to jego obowiązek wobec starszej pani, spróbować choć odrobinę. Włożył grudkę pasty do ust i aż uniósł brwi ze zdziwienia.

An starszej pani różnił się całkowicie od tego, który sam kupował. Zapach i słodycz miały głębię, aromat rozkwitał w ustach.

– Pięćdziesiąt lat… – Przystawił czarkę sake do ust, przypominając sobie ten smak, który zupełnie niespodziewanie wbił go w ziemię. – Robiła to, jeszcze zanim się urodziłem.

Sentarō rzucił okiem na wywieszone na ścianie menu, zapisane własnoręcznie przez właściciela. Kiedy zobaczył wykaligrafowane pędzlem znaki, pomyślał o swojej matce. Zawsze tak miał.

– Pewnie byłaby teraz w wieku tej staruszki…

Przypomniał sobie jej małe zaokrąglone plecy, kiedy rozkładała przybory na niskim stole i zręcznie pisała listy pędzelkiem.

Zwykle ucinał wspomnienia w tym momencie. Bardzo się starał nie myśleć o matce, która zmarła dawno temu, i o ojcu, którego nie widział już dziesięć lat.

Tego wieczoru nie dał jednak rady. Wiele razy stawało mu przed oczami, jak uczyła go pisać.

– Szlag by to… – westchnął, wydychając śmierdzące alkoholem powietrze.

„Człowiek nigdy nie wie, co go czeka” – pomyślał poważnie.

Chciał być pisarzem, a jak skończył? Kiedy wyszedł na wolność, matki już nie było. Kiedyś nie przyszłoby mu nawet do głowy, że będzie tak żył – że spędzi tyle lat, stojąc przy płycie do smażenia dorayaki.

Nalał wytrawnego sake do czarki i wychylił ją do dna, żeby zmyć gorycz, którą czuł na języku.

Myślał o matce.

Mówiła cicho i spokojnie, ale nie potrafiła ukryć swoich zmartwień; czasem zaciekle kłóciła się z ojcem albo sprzeczała z krewnymi, płakała i krzyczała. W dzieciństwie Sentarō przerażały te zmiany nastroju. Czuł spokój, kiedy mama jadła manjū4 albo ciasto – odzyskiwała wtedy humor, lubiła słodkie. Chciał, żeby na stole zawsze były słodkości. – Pyszne, prawda synku? – mówiła z uśmiechem. Uwielbiał ją taką.

Jaką minę miałaby mama, gdyby żyła i spróbowała słodkiej pasty z fasoli, którą zrobiła Tokue Yoshii? Co by powiedziała?

A gdyby tak…

„Może inni też będą się cieszyć” – pomyślał Sentarō. „Poza tym… Dwieście jenów za godzinę.

Mówiła wtedy poważnie? Jeśli tak, no to… Może by ją zatrudnić?”

Nie wywiesił ogłoszenia dlatego, że miał za dużo pracy. Po prostu dorayaki nie odpowiadały, kiedy do nich mówił. Sentarō chciał kogoś do towarzystwa.

„Ta babcia naprawdę zgodzi się pracować za dwieście jenów?”

Zmusił zamroczony alkoholem umysł do kalkulacji. Przy kwocie, którą zaproponowała Tokue Yoshii, możną ja uznać za darmową pomoc. No i ten an. Może uda się zwiększyć sprzedaż, wtedy dałby radę podwyższyć kwotę miesięcznej raty. Mógłby się uwolnić trochę wcześniej.

„Ale jest jeden problem…” – pomyślał. Dłoń z czarką zastygła w powietrzu. Powyginane palce kobiety mignęły mu przed oczami. Nie potrafił nie zwracać na nie uwagi. Gdyby klienci zauważyli, pewnie odstraszyłyby ich tak samo jak jego.

Wtedy nagle wpadł na pomysł.

Gdyby tak siedziała w kuchni i robiła an?

Sentarō pokiwał głową. „To jest myśl”.

Tyle by wystarczyło. Może udałoby mu się podkraść jej recepturę. Miała swoje lata, pewnie szybko się zmęczy i sama zrezygnuje.

– Klienci nie muszą jej widzieć! – szepnął mężczyzna nieopatrznie. Właściciel lokalu odwrócił się z sąsiedniego stolika, gdzie rozmawiał z innym klientem. Popatrzył na Sentarō, mrużąc oczy. Ten schował głowę w ramionach i podniósł ceramiczną karafkę. – Jeszcze raz to samo!

4 Ogólna nazwa japońskich słodkości występujących w wielu odmianach; składają się z nadzienia (zwykle z fasoli) otoczonego ciastem (zazwyczaj z mąki pszennej, ryżowej lub gryczanej) – przyp. tłum.

4

Minęło kilka dni.

Kiedy Sentarō podniósł wzrok znad rozgrzanej płyty, staruszka w białym kapeluszu znowu stała pod wiśnią. Patrzyła się na niego z uśmiechem.

– Dzień dobry. – Tym razem to on zagadnął pierwszy. Tokue uśmiechnęła się szerzej, pokazując zęby. Podeszła swoim typowym, rozkołysanym krokiem.

– Kwiaty już całkiem opadły, co?

– To prawda. – Sentarō spojrzał na drzewo.

– Idealna pora na podziwianie liści.

– Liści?

– Właśnie. Teraz wyglądają najpiękniej. Spójrz tylko. – Wskazała na szczyt drzewa. Młode listki szeleściły na wietrze. – Machają rączkami, widzisz?

„Rzeczywiście” – pomyślał Sentarō, „jak się zastanowić, to nawet trochę tak wyglądają”. Drżące, nachodzące na siebie liście przypominały dłonie idących w parach dzieci. Mężczyzna przytaknął, po czym odwrócił się z powrotem do staruszki.

– Pani Yoshii…

– Tak?

– Pyszny był ten an.

– A, spróbowałeś?

– Może pomogłaby mi pani w sklepie?

Kobieta wyciągnęła szyję, zdziwiona.

– Mogę? Naprawdę? – Tokue patrzyła na Sentarō z półotwartymi ustami.

– Ale tylko przy robieniu pasty. Klientów sam będę obsługiwał.

– Tak? – Wpatrywała się w niego dalej.

Mężczyzna wskazał jej krzesło przy ladzie. Staruszka usiadła i zdjęła kapelusz, odsłaniając siwe włosy, spod których prześwitywała skóra.

– Da sobie pani radę z garnkami? Nie są lekkie. Robienie an wymaga sporo siły.

– Noszenie ciężarów zostawię tobie.

„Aha. Oczywiście”.

Zignorował odpowiedź staruszki i spojrzał na jej dłonie. Trzymała je splecione razem, tak żeby pokrzywione palce nie rzucały się w oczy.

– A łopatki może pani używać?

– Tak.

– Przepraszam, że tak dopytuję, ale co się pani stało w ręce?

– Ach. – Nagle zacisnęła dłonie, a przynajmniej Sentarō tak się wydawało. – Zachorowałam, jak byłam młoda, pojawiły się jakieś powikłania i tak mi zostało. Myślę, że to nie będzie problem, tylko wyglądają, jak wyglądają…

– Dlatego wystarczy, że zajmie się pani nadzieniem.

– Ale naprawdę mogę tu pracować? – Uśmiechnęła się, unosząc twarz w górę. Miała zesztywniały prawy policzek. „Jakby chowała pod skórą twardą deskę” – pomyślał mężczyzna. Może dlatego jej oczy wyglądały tak, jakby różniły się między sobą kształtem.

– W takim razie… Jak się nazywasz, młody człowieku?

– Sentarō Tsujii.

– Sentarō Tsujii… Pięknie, jak jakiś aktor.

– Nie, nie, nic nadzwyczajnego, ja tylko…

Staruszka poprosiła, żeby jej pokazał, jakimi znakami zapisuje się jego imię i nazwisko, więc nakreślił je w notatniku.

– Jak mam się do ciebie zwracać?

– Obojętnie.

– No dobrze, szefie. Sam przyrządzasz an?

– Eee… To znaczy… – Sentarō nie wiedział, co powiedzieć; czuł, jakby ktoś złapał go od tyłu za kark. – Ja, w sensie, szczerze mówiąc, to… Nie za bardzo mi wychodzi, jak próbuję sam, czasami w całym sklepie czuć spalenizną.

– Hmm, no tak. – Tokue spojrzała na garnki i palnik z taką miną, jakby doskonale znała powód. Mężczyzna stanął przed nią, żeby zasłonić jej widok, i nalał herbaty.

– Gdzie robiła pani an przez te pięćdziesiąt lat? W cukierni z tradycyjnymi słodkościami?

– Ja…

– W domu?

Tak naprawdę w ogóle go to nie interesowało. Żadna różnica, czy staruszka nazywała się Yoshii, czy Yoshida. Chciał tylko, żeby robiła dla niego an najwyższej jakości, wtedy wzrosną zyski i będzie mógł szybciej spłacić długi. O nic innego mu nie chodziło, nie miał ochoty na pytania o swoją przeszłość. Zresztą sama Tokue nie była chyba zbyt skora do mówienia o sobie.

– Wiele w życiu przeszłam… Długo by opowiadać.

– Hmm… na pewno, rozumiem.

– Ty tu szefujesz?

– Nie, to taka jakby przedłużona praca dorywcza.

– Czyli jest ktoś jeszcze? Właściciel?

– Sklep założył były szef. Teraz wszystko należy do jego żony.

– Czyli nie bardzo jesteś za cokolwiek odpowiedzialny, prawda?

– Tego bym nie powiedział.

– Będę musiała ją poznać?

– Ostatnio nie czuje się najlepiej, zagląda raz w tygodniu albo nawet rzadziej. Spotka ją pani kiedyś przy okazji.

Sentarō odniósł wrażenie, że twarz Tokue rozluźniła się z ulgą.

– A ten były szef?

– Nie żyje.

– Ach, coś podobnego – urwała staruszka. Mężczyzna podał jej notatnik i długopis.

– Babciu… w sensie, pani Yoshii, mogłaby pani napisać pełne imię i nazwisko, i jeszcze dane kontaktowe?

Kobieta zesztywniała. – Wiesz, moje palce… – szepnęła niepewnie.

„Wspaniale, po prostu wspaniale” – pomyślał Sentarō. Miał ochotę odwrócić wzrok. Po chwili Tokue chwyciła jednak długopis i zaczęła pisać starannie, kreska po kresce, stawiając bardzo osobliwe znaki, które mężczyzna widział już wcześniej. Minęło sporo czasu, zanim skończyła.

– A numer telefonu? Nie ma pani komórki?

– Nie mam. Listy w zupełności wystarczają.

– Nie o to chodzi, przecież…

– Spokojnie, ja się nie spóźniam. Wstaję jeszcze przed kurami.

– Ale naprawdę nie w tym rzecz…

Na stronie notatnika widniała nazwa ulicy leżącej na obrzeżach miasta. Staruszka przyciskała długopis z taką siłą, że ślad jej znaków przebił się pewnie na kilka następnych stron. Sentarō poczuł jakiś niepokój, patrząc na ten adres, ale nie wiedział dlaczego.

5

Sekundnik krążył po tarczy, odmierzając czas.

Sentarō wyjął obie ręce spod kołdry i patrzył w ciemny sufit. Wypił trochę whisky przed pójściem spać, a mimo to nie mógł zasnąć. Przechylił głowę w bok i sięgnął do stojącego przy poduszce budzika, żeby sprawdzić, czy na pewno jest nastawiony.

Tokue Yoshii miała zacząć pracę nazajutrz. Ustalili, że będzie przychodzić co drugi dzień. Nie mógł zaspać, więc położył się o wiele wcześniej niż zwykle.

Kim była ta babcia?

Pytanie nie dawało mu spokoju, choć wiedział przecież, że potrzebuje jej tylko do robienia słodkiej pasty z fasoli.

Czasami mówiła zupełnie bez ładu i składu, ale mężczyzna nie uważał, aby doskwierała jej demencja czy coś podobnego; pewnie po prostu miała słaby słuch. Uśmiechała się łagodnie, lecz w jej oczach pojawiał się czasem pełen siły blask. Patrzyła wtedy na Sentarō z przytłaczającą mocą.

Kiedy napisała mu swój adres, mężczyzna zdradził staruszce, na jakiej zasadzie działał sklepik. Powiedział, że od samego początku używał gotowego nadzienia, i że zaczynał przygotowania dwie godziny przed otwarciem.

– Jak to?! – Tokue natychmiast podniosła głos. – Żeby używać świeżego an, trzeba zacząć, zanim jeszcze słońce wstanie!

– Ale wystarczy zadzwonić i ktoś go przywiezie…

– Co ty wygadujesz?! Szefie, an to życie!

– Eee… tak, oczywiście. Właśnie dlatego chcę, żeby pani…

– Stałbyś w kolejce, żeby zjeść te dorayaki, gdybyś był klientem?

– Ja… Nie.

Ile się wtedy nasłuchał, to jego. Co prawda staruszka nazywała go swoim szefem, ale nie miał szans wtrącić ani słowa.

Koniec końców stanęło na tym, że Sentarō będzie wykonywał instrukcje Tokue. Zarządziła rozpoczęcie przygotowań na szóstą rano – wtedy mężczyzna miał stawić się w kuchni i zacząć gotować fasolę azuki. Staruszka zapowiedziała, że dołączy do niego, jak tylko dojedzie pierwszym porannym autobusem.

„Zrobiła się z tego straszna mordęga” – pomyślał i westchnął ciężko.

Już czwarty rok pracował siedem dni w tygodniu bez żadnego wolnego, ale jeszcze nigdy nie zaczynał tak wcześnie.

„Po co ja ją zatrudniłem? Może to jednak błąd?”

Co więcej, babcia była zaskakująco skora do krytyki, wbrew łagodnemu pierwszemu wrażeniu.

„Co ja najlepszego zrobiłem…?”

Jeszcze nie zaczęli razem pracować, a on już miał dość. Mało tego, staruszka nie była jedynym powodem jego zmartwień. Co powinien powiedzieć właścicielce?

Od kiedy szef zmarł, jego żona zapadała na najróżniejsze choroby. Nieprzyjemny grymas nie schodził jej z twarzy, kiedy przychodziła sprawdzić, czy wszystko się zgadza w księdze rachunkowej. Nie próbowała już dorayaki, tłumacząc, że musi uważać na poziom cukru. Zawsze była neurotyczna, ale gdy interes został na jej głowie, zaczęła mieć obsesję na punkcie czystości. Mnóstwo razy łajała Sentarō, że źle sprząta.

Kiedyś najął studenta do pomocy. Długo mu potem wypominała, że z nią tego nie skonsultował. Co gorsza, przyuważyła chłopaka, jak palił za sklepem. Oczywiście od razu zadzwoniła do Sentarō. Najpierw się wydarła: – „Co, jak w całym lokalu zacznie śmierdzieć papierosami?!” – a potem przypomniała, że jeśli będzie chciał kogoś zatrudnić, ona musi najpierw spotkać się z potencjalnymi kandydatami.

„Nie będę jej na razie mówił o Tokue Yoshii” – zdecydował, wiercąc się w pościeli. Przecież nie wiedział jeszcze nawet, czy staruszka w ogóle da radę pracować z tymi powykrzywianymi palcami.

Cmoknął z niezadowoleniem, patrząc w sufit. Tym razem przypomniał sobie twarze licealistek, które u niego przesiadywały. Przy ladzie stało tylko pięć stołków, a