Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 410 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kwiaciarka. Część 1 - Ksawery de Montepin

Hrabina de Lagarde wie, czego chce. W imię pieniędzy i życia w luksusie jest w stanie popełnić każdą zbrodnię. Co robić, gdy mąż dowiaduje się o kompromitujących błędach młodości i grozi skandalem? Jak uniknąć rozwodu i obronić własną pozycję? Zręczna intrygantka ma plan... Czy ktoś jest w stanie jej przeszkodzić? I czy miłość będzie miała w tym wszystkim coś do powiedzenia...

Pasjonująca intryga, zbrodnia, wielkie namiętności i równie wielkie pieniądze... Barwne typy, wartka akcja i paryski światek XIX wieku, zręcznie pokazane przez autora.

Opinie o ebooku Kwiaciarka. Część 1 - Ksawery de Montepin

Fragment ebooka Kwiaciarka. Część 1 - Ksawery de Montepin

Ksawery De Montepin

Kwiaciarka

Część 1

Redakcja i korekta: Iwona Baturo

Tłumaczenie: Maria Kreczowska

Projekt okładki: Joanna Olender, Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce:

© shutterstock: Mikael Damkier, marekuliasz, HadK, Peter Kim, Rido

Skład: ErGraf

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń, instytucji politycznych, organizacji i miejsc służą wyłącznie podniesieniu autentyzmu akcji i są zabiegiem czysto literackim. Poza tym akcja książki, jej bohaterowie i dialogi są wytworem wyobraźni autora i nie należy ich traktować dosłownie.

© copyright by wydawnictwo Damidos 2012

ISBN 978-83-7855-053-2

Wydawnictwo Damidos

Al. Solidarności 115 lok. 2

00-140 Warszawa

wydawnictwo@damidos.com

Dystrybucja wersji papierowej:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o. o.

Oddział:

ul. Pionierów 39

41-711 Ruda Śląska

tel. 32 258 95 79

www.troy.net.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

• Tom I •

• I •

Paryżanie do dziś pamiętają wyjątkowo wczesną wiosnę 1894 roku. Już w pierwszych dniach kwietnia krzewy i drzewa pod wpływem wysokiej temperatury pokryły się liśćmi, a ptactwo rozradowane ciepłymi promieniami słońca z głośnym świergotem bujało w powietrzu, szukając kryjówek dla usłania gniazd. W ogrodach i wirydarzach miejskich kwitły różnokolorowe tulipany i hiacynty, pączki róż wychylały się spod swych zielonych, koronkowych osłonek.

Był dziesiąty kwietnia, godzina ósma trzydzieści rano.

Posłaniec pocztowy, ten najskromniejszy, najbardziej użyteczny, a jednocześnie najgorzej wynagradzany urzędnik administracji pocztowej, pośpiesznym krokiem przemierzał ulicę Verneuil. Zatrzymywał się przed każdym domem, wrzucając do prywatnych skrzynek lub wręczając odźwiernym listy i dzienniki. Podszedł do domu z numerem 17 i zadzwonił.

Drzwi otworzyły się, około sześćdziesięcioletni człowiek, z zawieszonym na pamiątkę wojny krymskiej medalem u dziurki guzika, przyjął z rąk posłańca pakiet broszur, dzienników mód oraz list zaadresowany do Hrabiny de Lagarde. Drzwi zamknęły się i posłaniec pomknął dalej.

Dom, do którego wprowadzamy czytelników, należał do posiadłości arystokratycznych i był własnością pochodzącego ze starego rodu hrabiego, który od osiemnastu lat był mężem panny Marceli Lussan. Sam gmach, którego front był obficie pokryty ornamentami, wznosił się w głębi obszernego dziedzińca. Na prawo od bramy wjazdowej mieścił się pawilon odźwiernego, Denisa Bonnafoux, starego żołnierza i bezdzietnego wdowca; na lewo zaś, naprzeciw pawilonu, znajdowały się stajnie i wozownia.

Na osłonięty markizą taras pałacu prowadziły schody o ośmiu stopniach i podwójnej poręczy z kutego żelaza, z którego szerokie, oszklone drzwi wiodły do obszernego przedsionka.

Na parterze znajdowały się salony służące do przyjmowania gości, pokój stołowy i sala bilardowa. Pierwsze piętro obejmowało przedzielone przedpokojem apartamenty hrabiego i hrabiny, natomiast drugie przeznaczone było dla jedynej córki hrabiostwa Heleny de Lagarde, prześlicznego siedemnastoletniego dziewczęcia, i jej guwernantki.

Umeblowanie apartamentu hrabiny było wyrazem najwyższej elegancji i nowoczesnego komfortu. Apartament hrabiego był niemniej zbytkowny, lecz poważniejszy, składał się bowiem z autentycznych, wiekowych sprzętów o wysokiej wartości artystycznej, wiele z nich, od kilku wieków, było własnością rodziny hrabiego. Denis Bonnafoux, zamknąwszy drzwi za posłańcem, wolnym krokiem przebył dziedziniec, wszedł na taras pałacu, następnie do przedpokoju i wręczył lokajowi otrzymaną pocztę, którą ten przez pokojową Antoninę przekazał hrabinie.

Pani Lagarde już nie spała. Z głową opartą na ręce, której palce tonęły w obfitych splotach włosów, z fałdą na czole, ponurym wzrokiem błądząc w mroku pokoju, którego rolety były jeszcze opuszczone, leżała na łóżku pogrążona w myślach. Usłyszawszy pukanie do drzwi, drgnęła, jak ktoś nagle przebudzony, i nie zmieniając pozycji, wydała rozkaz wejścia.

– Przyniosłam dzisiejszą pocztę – powiedziała pokojowa, podając dzienniki i list.

Hrabina położyła papiery na kołdrze i kazała podnieść rolety.

– Czy pani hrabina ma dla mnie rozkazy? – zapytała pokojowa.

– Nie, możesz odejść. Gdy będę cię potrzebowała, zadzwonię.

Antonina wyszła.

Marcela Lagarde właściwie nie mogła być już nazywana młodą. Miała trzydzieści dziewięć lat, ale wyglądała tak świetnie, że można jej było dać najwyżej trzydzieści. Czas wpłynął na rozwój jej kształtnego biustu, ale nie przyczynił się do rozrostu tuszy i pozostawił jej piękną figurę nietkniętą. Była dość postawna i miała wspaniałe ciemne oczy o zmiennym, często nieodgadnionym wyrazie, jak oczy sfinksa. Wydawały się one czasem surowe, złe, prawie okrutne, innym razem rzewne, pełne obietnic upajających jak wino. Obfite włosy otaczały jej białą jak alabaster twarz. Nos o drżących nozdrzach był kształtny, a nieco grube i rozchylone, podobne do wilgotnego koralu usta, ukazywały podczas uśmiechu dwa szeregi zębów olśniewających jak perły cejlońskie.

Powtórzmy, pani Lagarde nie wyglądała na więcej niż trzydzieści lat i była w najwyższym rozkwicie swej urody, lecz należy dodać, że gdy nie musiała nad sobą panować i nie była przez nikogo obserwowana, wyraz jej twarzy, aksamitnych źrenic i ust miał w sobie coś niepokojącego.

Uważny obserwator widząc ją w chwilach zapomnienia, zauważyłby natychmiast, że ma przed sobą osobę uroczą, lecz niebezpieczną.

W jej wzroku nie było ani odrobiny szczerości, rysy wyrażały dumę, ogromną siłę woli i zmysłowość. Dzięki tej sile woli, nikt bez jej pozwolenia nie mógł dostrzec, co naprawdę działo się w jej duszy.

Nazywano ją zwykle „piękną Marcelą” i należy przyznać, że zasługiwała na ten przydomek. Uchodziła w oczach wszystkich za kobietę nie tylko piękną, lecz szykowną w pełnym tego słowa znaczeniu.

Pani Lagarde spojrzała na przyniesiony list i zmarszczywszy brwi, szepnęła:

– To od Jerzego...

Przyjrzała się pieczęciom pocztowym i drgnąwszy, mówiła do siebie dalej:

– Pisze z Nantes... a więc tam był... Miałam przeczucie... Po co on tam pojechał?

Rozerwała kopertę, wyjęła list i czytała.

Nantes, 9 kwietnia 1894

Dość tej obłudy!

Od tej pory na próżno byś kłamała i przeczyła! Przez osiemnaście lat dałem się oszukiwać, przez osiemnaście lat ślepo wierzyłem w twą uczciwość, honor i miłość! A ty zapewne ze mnie drwiłaś! Teraz drwić już nie będziesz!

Zgubiony przez ciebie przypadkiem, list podpisany przez Marię Kernac, akuszerkę z Saint-Luce, otworzył mi oczy. Kobieta ta upominała się o roczną ratę, którą jej przyznałaś za współudział w zbrodni popełnionej przed dziewiętnastu laty. Nie chciałem wierzyć własnym oczom. Każda litera jak rozpalone żelazo wbijała się w moje serce, zdawało mi się, że list ten pisany był w chwili obłędu lub by kogoś wyzyskać. Wydawało mi się rzeczą niemożliwą, aby młoda dziewczyna, którą pojąłem za żonę, za której uczciwość oddałbym głowę, mogła być dzieciobójczynią!

Chciałem pokazać ci ten list i żądać wyjaśnień, lecz brakło mi odwagi! Zaślepiony, do ostatniej chwili obawiałem się ciebie obrazić! Na koniec, nie mogąc znaleźć spokoju, wyjechałem, oświadczywszy ci, że wyjeżdżam do Bordeaux. Lecz skłamałem, gdyż udałem się do Nantes, a następnie do Saint-Luce, aby wybadać Marię Kernac.

Mam w rękach dowód zbrodni i znam nazwisko ojca dziecka, któremu nie pozwoliłaś przyjść na świat, aby zachować urok dziewicy! Nikczemnik ten udaje mojego przyjaciela, ściska moją rękę, a ja drżę na myśl, czy i Helena, którą uważałem za moją córkę, nie jest również jego dzieckiem!

Zemsta na tych, którzy okryli moje życie hańbą i doprowadzili mnie do rozpaczy, będzie straszna. Jak ty miałaś odwagę popełnić zbrodnię, tak i ja zdobędę się na nią, by nikczemność twoja stała się wiadoma wszystkim. Pragnę rozgłosu i skandalu...

Jeżeli niektórzy z naszej sfery uważali mnie dotychczas za pobłażliwego męża, przekonają się, że byłem tylko zaślepiony.

Nie będę wytaczał sprawy przed sąd, ale zażądam rozwodu i przedstawię dowody twej zdrady i haniebnej przeszłości, które pokryją błotem ciebie i twego kochanka, tego niegodnego urzędnika, podstępnie cieszącego się powszechnym szacunkiem. Następnie spoliczkuję tego Judasza, stoczę z nim pojedynek, choć to za wielki dla niego zaszczyt, zabiję go.

Pozostaje ci tylko jedna możliwość uniknięcia mej zemsty i uwolnienia mnie od obowiązku kata własnego honoru, mianowicie samobójstwo. Odbierz sobie życie, a wtedy milczenie pokryje twój grób i twoja córka nie dowie się, jak nikczemną miała matkę.

Jutro wracam do Paryża, przybędę do domu o dziewiątej wieczorem. Jeżeli w twej duszy pozostaje jeszcze choć iskierka godności, to zastanę dom w żałobie.

Jerzy de Lagarde

Marcela, czytając ten list, była blada jak trup i drżała na całym ciele.

– Więc Maria Kernac wyznała wszystko – szepnęła zdławionym głosem. – Wydała moje listy... On ma dowody... Jesteśmy zgubieni!

• II •

U milkła, jak gdyby przytłoczona rozpaczą, utraciła wszelką nadzieję na ocalenie. Zamyśliła się, po czym nagle podniosła głowę. Złowieszczy błysk pojawił się w jej oczach, przestrach zniknął z twarzy, na której pojawiło się jakieś dzikie postanowienie.

Powoli złożyła list hrabiego, włożyła go w rozdartą kopertę i nacisnęła guzik dzwonka.

Po kilku chwilach weszła pokojowa.

– Przygotuj dla mnie ubranie – powiedziała hrabina tonem zwykłym, niezdradzającym najmniejszego niepokoju.

– Jaką suknię pani hrabina założy?

– Ciemną. Wychodzę na miasto.

– Czy mam uprzedzić stangreta, by zaprzęgał?

– Nie, pójdę pieszo.

Po upływie pół godziny hrabina, ubrana w czarną suknię i kapelusz w takim samym kolorze, z gęstą koronkową woalką zakrywającą jej twarz, była gotowa do wyjścia.

– Czy pani hrabina wróci na śniadanie? – zapytała pokojowa.

Pani Lagarde potwierdziła skinieniem głowy i wsunąwszy list za gorset, wyszła z pałacu. Udała się na najbliższy postój dorożek, skąd kazała się zawieźć na ulicę Saint-Marcel numer 19.

Wielu paryżan nie zna tej cichej, prawie pustej ulicy oszczędzonej przez motykę burzycieli, jednocześnie ponurej, zabudowanej głównie klasztornymi, obszernymi gmachami z innej epoki, przypominającej wyglądem stary Paryż.

Na skrzyżowaniu Saint-Marcel z ulicą Lhomond ciągnie się dość wysoki mur, ponad którym widać wierzchołki starych drzew i dach domu położonego wśród ogrodu.

W murze tym znajdują się brama i drzwi, zaopatrzone w żelazny, starodawny młotek, zastępujący nowoczesne dzwonki. Przed tymi właśnie drzwiami hrabina się zatrzymała, zapłaciła woźnicy należność i uderzeniem młotka dała znać o swym przybyciu.

Po kilku sekundach drzwi się otworzyły i pojawiła się odźwierna, która spostrzegłszy hrabinę, skłoniła się głęboko, jak przed kimś znajomym.

– Czy pan Kerven w domu? – zapytała hrabina.

– W domu.

– Sam?

– Sam. Jego bratanek, pan Roger Kerven, udał się przed chwilą do sądu. Pan sędzia śledczy jest jeszcze zapewne w swym gabinecie, gdyż był tam przed kilkoma minutami, gdy odnosiłam dzienniki. Czy mam zawołać lokaja, by panią wcześniej zaanonsował?

– Nie ma takiej potrzeby – odrzekła hrabina i udała się do mieszkania.

Dom zajmowany przez sędziego śledczego, Filipa de Kervena, wznosił się wśród starych drzew w ogrodzie, ze wszystkich stron otoczony był murem i wyglądał niezmiernie smutno. Zbudowano go za panowania Ludwika XIII, w połowie z cegły, w połowie z kamienia. Pokoje były wysokie i jasne, mimo to wydawały się ponure, być może dlatego, że futryny i ornamenty wykonano w nich z czarnego dębu. Wchodząc do środka, odnosiło się wrażenie , że opuszcza się żyjących i wstępuje w grobową atmosferę ubiegłych wieków.

Podobnie jak w ogrodzie nie było kwiatów, tak w tych wysokich, chłodnych i smutnych pokojach nie uświadczyło się ani jednego drobiazgu wskazującego na obecność kobiety.

Filip de Kerven, kawaler, urzędnik cieszący się w sądownictwie wielkim poważaniem, za niewielkie pieniądze wynajmował ten stary, położony w oddalonej dzielnicy dom. Mieszkał w nim wraz ze swym bratankiem Rogerem de Kervenem, młodym, zdolnym adwokatem, i nieliczną służbą, milczącą, zachowującą się stosownie do upodobań pana domu, dyskretną i rozmawiającą zawsze przytłumionymi głosami, jak w mieszkaniu chorego.

Na parterze mieściły się dwa salony, pokój stołowy i kuchnia, na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie pana domu i jego gabinet, drugie zajmował jego bratanek, natomiast służba mieszkała w pokoikach na poddaszu.

Sędzia prowadził dość bogate życie towarzyskie i zwykle w czwartki przyjmował kółko znajomych złożone ze swych kolegów i ich żon.

Marcela Lagarde uczęszczająca w towarzystwie męża, na każde z tych spotkań reprezentowała na nich urodę, wdzięk, elegancję, dowcip, nowoczesne życie i paryski ton.

Hrabia Jerzy de Lagarde, pochodzący z tych samych okolic co pan Kerven, od najmłodszych lat był z nim związany przyjaźnią.

Gdy lokaj o tak wczesnej porze zaanonsował hrabinę, sędzia, zwykle panujący nad sobą, nie mógł powstrzymać zdziwienia i szybko powstał od biurka. Ale Marcela już przekroczyła próg gabinetu i podnosząc woalkę z uśmiechem na ustach, rzekła:

– To ja... Widzę, że tak wczesna wizyta dziwi pana, ręczę jednak, że mimo to będzie mi pan rad.

– Chyba pani o tym nie wątpi – odrzekł urzędnik, podsuwając jej fotel.

Lokaj wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Filip de Kerven miał czterdzieści sześć lat i dokładnie na tyle wyglądał.

W sądzie podziwiano jego przenikliwość, która pozwalała mu od razu orientować się w nawet najbardziej zawiłej sprawie oraz nigdy niestygnący zapał w wykonywaniu swoich obowiązków. Uważano go za wzorowego urzędnika, sumiennego, pracowitego, nieskazitelnego i dziwiono się jego prawie klasztornemu życiu, poświęconemu wyłącznie pracy bez wytchnienia.

Ale, jak czytelnicy zapewne już się domyślili, ta skromność obyczajów była udawana. Nie oznacza to, że jego życie nie było na pozór przykładne, ponieważ rzeczywiście takie było, ale górowały w nim dwie namiętności.

Pierwszą była zdrożna miłość, drugą – nienasycone pragnienie, bezustannie odnawiająca się potrzeba karmienia oczu przestrachem i cierpieniem winowajcy lub nieszczęśnika, którego los oddał w jego ręce.

Doznawał niezmiernej radości, gdy mógł przekonać oskarżonego o jego zbrodni, dowieść, że nic na świecie nie może go ocalić, a w końcu drżącego i zgnębionego oddać w ręce dozorcy więzienia lub kata.

Niewątpliwie pies myśliwski doznaje rozkoszy w ściganiu i pochwyceniu zwierzyny, choć przecież nie będzie miał z tego korzyści, jak również pewne jest, że lew i tygrys rozkoszują się, czując w swych pazurach i zębach drgające mięso żywej zdobyczy. Wreszcie nie mniej pewne jest, że niektórzy ludzie znajdują osobliwe zadowolenie w widoku moralnych cierpień swych bliźnich i tępieniu przestępców lub zwyciężonych.

Sędzia śledczy należał właśnie do tej kategorii osobników, która – według teorii Darwina – prawem atawizmu przechowała instynkty jakiegoś pierwotnego dzikiego zwierzęcia.

• III •

Filip de Kerven był więcej niż średniego wzrostu, umiarkowanej tuszy, miał bladą, starannie wygoloną twarz, dystyngowane rysy i krótko przystrzyżone ciemne włosy. Wielkie, niewyraźnego koloru oczy o zielonkawym blasku, były zasłonięte opadającymi powiekami i wydawały się przygasłe, ale gdy powieki unosiły się, ze źrenic tryskał płomień podobny do iskier elektrycznych.

Pan sędzia śledczy miał postawę tak dystyngowaną, iż patrząc na niego, niepodobna było podejrzewać go o wady charakteru, o których wyżej wspomnieliśmy.

Pochodził z staroszlacheckiej rodziny, ale ponieważ posiadał bardzo skromny majątek, był niestety zmuszony szukać zatrudnienia w sądownictwie.

Został więc adwokatem, jednak, mimo znajomości prawa, nie odnosił sukcesów na tym polu. Sucha wymowa i właściwości jego umysłu nie godziły się z tym zawodem. Nie czuł w sobie zdolności, a także nie lubił bronić oskarżonego, szukać, a w razie potrzeby tworzyć dla niego, okoliczności łagodzących, zręcznie grupować faktów i szczegółów mogących przekonać o niewinności lub zmniejszeniu jego winy. O wiele większą przyjemność sprawiało mu oskarżanie klientów, aniżeli staczanie o nich walki.

Był urodzony do oskarżania, gnębienia, rzucania światła na zbrodnie lub błędy, w takiej działalności znajdował prawdziwą rozkosz. Szybko też zrozumiał, że jako adwokat nie zrobi kariery. Jemu potrzebne były zamknięte drzwi gabinetu śledczego, rozmowy sam na sam z oskarżonym i postępy w dochodzeniu. Przerzucił się więc na tę drogę kariery i dzięki poparciu znajomych, bez większych trudności został mianowany sędzią śledczym w Nantes.

Jednak posada ta go nie zadowoliła. Nie widząc dla siebie przyszłości na prowincji, a także z innych względów, o których dowiemy się wkrótce, zapragnął przenieść się do Paryża. Tylko w Paryżu widział dla siebie miejsce, zresztą tam też zmarli jego rodzice i pozostawili mu skromny majątek.

Wkrótce po ich śmierci zmarł również jego brat Gerard, prokurator generalny w Caen, który wzbogacił się dzięki małżeństwu. Brat osierocił jedynego syna Rogera, któremu zapisał półtora miliona franków. Filip został opiekunem swego bratanka i przyjął na siebie obowiązek jego wychowania. Nie było to jednak spowodowane przywiązaniem do niego lub pamięcią brata, lecz pragnieniem, aby świat do opinii nieskazitelnego urzędnika mógł dorzucić kilka słów o jego dobrym sercu i poświęceniu dla rodziny.

Filip de Kerven, hipokryta do szpiku kości, zawsze miał na względzie tylko opinię publiczną. Dzięki makiawelistycznej zręczności nietrudno mu było oszukać świat. Czczono go, poważano, uważano za wzór, mówiono o nim z uwielbieniem. Ta powszechna cześć sprawiała mu tym więcej radości i wbijała go w dumę tym większą, że Filip od wielu lat nosił w swym sumieniu wspomnienie zbrodni, która w przyszłości będzie go pchała do kolejnych nikczemności.

Dzięki wpływom swego kolegi, szlachetnego i serdecznego przyjaciela, hrabiego Jerzego Lagarde, który ożenił się z panną Marcelą de Lussan, Filip otrzymał nominację na sędziego śledczego w Paryżu, gdzie pan Lagarde posiadał dom.

Przytoczony przez nas na początku tego wielkiego dramatu list, dostatecznie wyjaśnił czytelnikom, jakie stosunki łączyły Filipa de Kervena z hrabiną de Lagarde.

* * *

Następne wypadki rzucą jeszcze wyraźniejsze światło na te dwie osoby mające odegrać ważną rolę w tej świeżej i prawdziwej historii.

Gdy tylko lokaj zamknął drzwi gabinetu, twarz urzędnika rozjaśniła się, a w jego oczach pojawił się promień radości.

– Marcelo droga, nie uwierzysz, ile szczęścia sprawiłaś mi swoim przybyciem...

Nie zdążył dokończyć, gdyż oblicze Marceli, uśmiechnięte w chwili wejścia do gabinetu, nagle się zmieniło.

– Jesteśmy zgubieni! – powiedziała zdławionym głosem.

Dreszcz przebiegł po ciele Filipa.

– Zgubieni! – powtórzył, marszcząc brwi. – A to jakim sposobem?

Hrabina gorączkowym ruchem wyjęła zza stanika list i podała go Filipowi.

– Przeczytaj! – zawołała.

Zachowanie Marceli, zmienione rysy jej twarzy i drżący głos, jak również jej słowa zaniepokoiły pana de Kervena. Był zbyt przenikliwy, by nie domyślić się, że podany przez nią list zawierał w sobie rzeczy straszne, a być może nawet zapowiedź katastrofy. Zawahał się.

– Cóż to jest? – wyjąkał.

– Przeczytaj! – powtórzyła hrabina. – I spiesz się, gdyż nie mamy czasu.

Pan Kerven wziął list, spojrzał na adres i poznał pismo.

– Od twego męża – rzekł.

Hrabina po raz trzeci zawołała:

– Przeczytajże wreszcie!

Filip wyjął list z koperty i zaczął czytać. Jego ręce drżały, twarz zbladła, na skronie wystąpił zimny pot. Gdy skończył, padł na fotel, jak gdyby zdrętwiałe nogi nie mogły utrzymać ciała. Rysy jego twarzy wyrażały przerażenie.

– Miałaś słuszność – szepnął – jesteśmy zgubieni.

– Tylko tyle masz do powiedzenia? – pogardliwie rzuciła hrabina.

– Powtarzam twoje słowa, na nasze nieszczęście są słuszne. Znasz gwałtowny charakter swego męża i jego nieposkromiony gniew. Oszukujemy go od dziewiętnastu lat... Teraz ma dowody... Chce się zemścić i będzie nieubłagany! Ale ten list Marii Kernac... Po co go napisała?

– Spóźniłam się z odesłaniem jej pensji.

– Co za nieroztropność!

– Prawda, ale czyż mogłam przypuszczać, że kilkudniowa zwłoka pociągnie za sobą takie następstwa? Jerzy znalazł ten przeklęty list i pojechał do Nantes, nie powiedziawszy mi, dokąd jedzie. Chciał wszystko sprawdzić i zdobyć dowody... Spotkał się z tą nikczemną akuszerką, zagroził jej, może nawet zapłacił, i dowiedział się o wszystkim.

– Ach! – zawołał Filip z goryczą – zgubiłaś nas swoją nierozwagą! Jesteś moim złym duchem! Taką świetną przyszłość miałem przed sobą! Powszechnie mnie szanowano, a teraz z twojej winy czeka mnie hańba. Zaprzepaściłaś całą moją karierę!

– Zawsze myślisz tylko o sobie! – z gniewem przerwała mu hrabina. – A komu zawdzięczasz swoją dzisiejszą pozycję? Może własnym zasługom? Wiesz, że tylko mnie! Ażeby sprowadzić cię z Nantes do Paryża użyłam wszystkich wpływów mego męża, uczciwego człowieka, którego oboje oszukiwaliśmy! Teraz drżysz o swoją karierę i życie, bo obawiasz się zemsty Jerzego, ale czy mnie nie grozi równe, a nawet większe niż tobie niebezpieczeństwo? To, ja będę pierwszą ofiarą, na ciebie przyjdzie kolej później. Posłuchaj Filipie, wiąże nas z sobą dawna zbrodnia i dziewiętnaście lat wspólnej zdrady. Zginiemy razem lub razem się ocalimy! Nie chcę skandalu ani dla ciebie, ani dla siebie. Nie chcę, aby wydało się, że sędzia śledczy Filip de Kerven, wzór urzędników paryskich, jest hipokrytą i pospolitym kryminalistą! Chcę, aby nigdy się nie dowiedziano, że hrabina de Lagarde może być sądzona i potępiona, jako niewierna żona i dzieciobójczyni!

– Ale jak tego uniknąć? – wyjąkał Filip drżącym głosem.

Marcela wydawała się nie słyszeć jego słów i mówiła dalej:

– Grozi nam hańba i czeka nas straszny skandal, od którego tylko śmierć może mnie ocalić, a ty tymczasem, załamany, drżysz z przerażenia i nie możesz zdobyć się na to, by odwrócić niebezpieczeństwo i ocalić nas oboje! Bądźże mężczyzną! Oddałam ci moje życie i serce, w tobie pokładałam wszystkie moje nadzieje... Nie chcę umierać! Pragnę żyć... Ocal mnie!

Oczy Marceli błyszczały, paznokcie jej zaciśniętych palców, wpijały się w dłoń Filipa.

– Jak ja cię obronię? – wyjąkał sędzia.

Pani Lagarde uspokoiła się nagle, ale jej drgające powieki i nozdrza dowodziły, że spokój ten był pozorny.

– Pomówmy chłodno – rzekła. – Przede wszystkim zapanuj nad strachem i odzyskaj zimną krew. – Zamilkła na kilka sekund, po czym powiedziała: – Czy możesz mnie posłuchać?

– Mów.

– Zgadzasz się ze mną, że mój mąż nie będzie miał dla nas litości. Jeżeli uniknę jego zemsty, odbierając sobie życie, to moja śmierć cię nie ocali. Wyzwie cię na pojedynek i zabije.

– Tak jest.

– Pragniesz żyć równie mocno jak ja, a ponieważ ja nie chcę umierać, więc nie życzę sobie i twojej śmierci. Jesteśmy w sile wieku i nadal się kochamy... Prawdopodobnie będziemy kochali się zawsze. Naszemu szczęściu, miłości i życiu grozi niebezpieczeństwo. Mamy lękliwie pochylić głowy, zamiast powalić grożącego nam wroga?

– Powalić… – powtórzył Filip zmieszany.

– Naturalnie! Co się robi, stojąc przed nieprzyjacielem, gotowym zadać cios?

Pan Kerven milczał.

– Uprzedza się go – dokończyła Marcela.

– Zbrodnia – wybełkotał Filip.

– Mylisz się. To nie zbrodnia, to tylko korzystanie z przysługującego nam prawa do obrony własnego, zagrożonego życia. Czyż nie tak?

– Rzeczywiście...

– Przestań drżeć, bo to niegodne mężczyzny! Odzyskaj zimną krew, energię i powiedz sobie, że mój mąż, pisząc ten list, sam wydał na siebie wyrok!

Sędzia zadrżał.

– Czy jesteś gotów działać, aby nas ocalić?

Znów zaległa cisza.

– Zdobądźże się wreszcie na choć odrobinę odwagi! – gniewnie zawołała Marcela. – Tylko stanowcze działanie może nas ocalić. Śmierć jego lub nasza!

– Zabójstwo... – wyjąkał blady jak trup sędzia.

– To ocalenie.

– Nie, nie... nie można.

– Nie wiedziałam, że jesteś takim tchórzem – stwierdziła Marcela, wzruszając ramionami. – Skoro tak, skoro mnie opuszczasz, wcześniej zgubiwszy, wracam do domu i tam zażyję truciznę. Kiedy mój mąż wróci dziś wieczorem będę już martwa. Jutro zaś wizytę złoży tobie. Żegnam.

Powiedziawszy to, skierowała się ku drzwiom, lecz sędzia podbiegł i zagrodził jej drogę.

– Ty nie powinnaś umierać! – zawołał z rozpaczą.

– Więc zrób coś, bym mogła żyć! Zabij go!

– Dobrze! Ale w jaki sposób? Po co dopuszczać się zbrodni, jeżeli mogą mnie o nią oskarżyć? Odpowiedz.

Marcela przez kilka chwil milczała, po czym odparła:

– Bądź dziś o dziewiątej wieczorem na placu Bastylii, na stacji kolejowej. Będę na ciebie czekała.

– Co postanowiłaś?

– Jeszcze nic konkretnego, ale ponieważ nie wiemy, co może nastąpić, zachowajmy wszelkie środki ostrożności.

– Mów.

– Czy możesz czymś usprawiedliwić nieobecność w domu?

– Mogę bez problemu. Zresztą przypuszczam, że nie dojdzie do tego, abym był zmuszony to robić. Kto ośmieliłby się mnie podejrzewać? A ty, jesteś u siebie swobodna?

– Zupełnie.

– Gdzie jest twoja córka?

– W Blossieres, u margrabiny de Mercoeur.

– Dobrze. Powiedz więc teraz, co zamierzasz zrobić?

Filip de Kerven odzyskał już swoją zimną krew. Kiedy minął chwilowy przestrach, był zdecydowany na wszystko.

Urzędnik, sędzia śledczy, człowiek zobowiązany przez prawo do ścigania zbrodniarzy, gotów był zdeptać swój święty mandat i stać się przestępcą podlegającym ściganiu.

Dał znak Marceli, by usiadła, po czym, przekonawszy się, że drzwi gabinetu są dobrze zamknięte, zajął miejsce obok niej i powiedział:

– Mów, słucham cię.

* * *

Wszyscy paryżanie, amatorzy wycieczek za miasto, właściciele domów, robotnicy, studenci, wioślarze, cykliści i tym podobni, znają brzegi Marny i starą tamę w Joinville, wznoszącą się dwa metry nad poziom rzeki, która jest miejscem spotkań miłośników wędkarstwa.

W miejscu tym wzdłuż drogi ciągnie się obszerny park otoczony murem zaopatrzonym w bramę, za którą widać trawnik opasany starymi drzewami. Dalej, w znacznej odległości od bramy, lecz blisko tamy, znajdują się drugie drzwi, również prowadzące do parku, naprzeciw małego pawilonu składającego się z jednej izby na dole i jednej na piętrze.

Była to rudera położona z dala od gmachu głównego, niezamieszkała i tak zaniedbana, że sufity groziły zawaleniem, a w oknach pozostało zaledwie po kilka szyb.

Gęsto zasadzone topole otaczały ten zrujnowany budynek i zasłaniały go przed wzrokiem przechodniów.

Jego wnętrze służyło zapewne przez jakiś czas za skład śmieci, gdyż we wszystkich kątach spoczywały najrozmaitsze przedmioty, takie jak puste butelki, potłuczone wazony, zeschnięte kwiaty, stare gałgany, zdarte miotły – słowem wszystko, co było już niezdatne do użytku.

Położony w środku parku dwupiętrowy dom o obszernych, zbytkownie umeblowanych pokojach, przedstawiał się bardzo okazale. Na prawo od niego wznosił się pawilon ogrodnika, który pełnił zarazem obowiązki odźwiernego, na lewo znajdowały się stajnie i zagrody dla zwierząt.

Park utrzymany był bardzo starannie i stanowił dziwny kontrast ze wzmiankowaną wyżej ruderą.

Posiadłość ta należała do hrabiego Jerzego Lagarde, męża Marceli. Hrabia lubił tam przebywać, szukając samotności po pełnym hałasu paryskim życiu, nieustających przyjęciach, obiadach, spotkaniach narzucanych mu przez hrabinę, której ulegał na pozór chętnie, w rzeczywistości zaś z rezygnacją.

Willę tę z powodu wielkiej liczby rosnących w parku jaworów nazywano powszechnie Jaworówką. Nie było w niej stałych okresów pobytu hrabiostwa; czasami przyjeżdżali podczas zimy i bawili parę tygodni; w lecie wizyty bywały częstsze, dłuższe, lecz zawsze niespodziewane, bez ustalonej wcześniej daty. Z tego powodu również urządzenie willi było odpowiednie, wszystko, co było potrzebne do codziennego użytku, jak pościel, naczynia kredensowe i kuchenne oraz srebra, znajdowało się na miejscu i pozostawało pod opieką Walentego, ogrodnika, a zarazem odźwiernego, i jego żony.

Państwo Lagarde, przed przyjazdem, zawiadamiali go rano depeszą, a kilka godzin później przybywali sami wraz z lokajem, stangretem, pokojową i kucharką.

Dodajmy, że Filip Kerven, jako przyjaciel pana domu, spędzał wówczas wszystkie wieczory w willi, a nawet tam nocował.

Tego dnia, w którym rozpoczyna się nasze opowiadanie, w czasie kiedy pani Lagarde po przeczytaniu listu od męża udała się do pana Kervena, w Joinville nad brzegiem Marny młody mężczyzna, liczący dwadzieścia pięć lat, zasiadł z wędką w ręku na krawędzi tamy i założywszy na haczyk przynętę, zarzucił tę wędkę do wody.

Sądząc po szybkim wyborze miejsca i zachowaniu, musiał często gościć w tej okolicy i nie pierwszy raz oddawał się swojej rozrywce.

Wydawało się, że tego dnia łowienie nie było jego jedynym celem, gdyż wzrok mężczyzny zamiast śledzić ruchy spławika, zwracał się bezustannie ku furtce w murze otaczającym park Jaworówki.

Na drodze ciągnącej się wzdłuż rzeki gromadka robotników uwijała się koło szopy, dotykającej tylną ścianą parkowego muru. Mieściła ona w sobie beczki cementu, deski, drabiny i inne przedmioty, przywiezione tu do budowy kanału. Krzątanina robotników trwała może kwadrans, po czym ruch na wybrzeżu ustał i nastała cisza.

Na wieży kościoła w Joinville zegar wybił wpół do dziesiątej.

W tej chwili furtka w murze, którą rybak tak uważnie obserwował, zaskrzypiała na swych zardzewiałych zawiasach i na progu pojawił się człowiek ubrany w garnitur z grubego szarego sukna i czarny filcowy kapelusz. Zamknął zamek na dwa spusty i odwrócił się w kierunku drogi. Zaledwie zrobił kilka kroków, potrącił nogą jakiś w połowie ukryty w trawie przedmiot, zgubiony przypadkiem przez wspomnianych robotników.

Było to zwykłe angielskie dłutko osadzone w rękojeści z jesionowego drzewa.

Człowiek pochylił się machinalnie, podniósł narzędzie i rzucił je za siebie, nie troszcząc się, gdzie upadnie.

Dłutko zakreśliło w powietrzu łuk i padło za murem przed drzwiami pustego domku.

Wtedy siedzący na krawędzi tamy rybak podniósł się i zawołał:

– Dzień dobry, panie Walenty. Nie spróbuje pan dziś szczęścia z wędką?

Walenty był wspomnianym ogrodnikiem i odźwiernym hrabiostwa de Lagarde. Były żuaw, również wielki amator wędkowania, często spotykał się z młodzieńcem na tamie i chętnie gawędził z nim o swych wojskowych przygodach.

• IV •

Na powitanie rybaka ogrodnik po wojskowemu podniósł rękę do kapelusza i odparł:

– Nie, nie mogę dzisiaj.

– Dlaczego?

– Otrzymałem wiadomość od żony, że ojciec jest bardzo chory, więc idę do Jonne. Lekarz mówi, że ma zapalenie płuc, a w siedemdziesiątym ósmym roku życia to rzecz niebezpieczna.

– Rzeczywiście... Więc zostawiasz pan tutaj zastępcę za siebie?

– Po co? Ogród w porządku, nie ma potrzeby nawet podlewać. Pozamykałem drzwi i okiennice i idę do Paryża porozmawiać z panią hrabiną. Jeżeli pozwoli, to dobrze, a jeśli nie, to obejdę się bez jej pozwolenia. Trudno, muszę przecież pożegnać ojca. Kto wie, czy dożyje jutra. No, jak panu idzie, bierze ryba?

– Nie, jakoś nie bardzo. Zresztą niedawno przyszedłem.

– Więc życzę powodzenia.

– Dziękuję, szczęśliwej drogi.

Były żuaw ukłonił się po wojskowemu i udał w swoją drogę.

Rybak spoglądał za nim przez długi czas, a gdy tylko stracił go z oczu, mruknął zacierając ręce:

– Życzysz mi powodzenia, stary ciemięgo! Sam je na mnie zsyłasz, wynosząc się z domu. Dobrze zrobiłem, przychodząc tu dzisiaj! Chyba sam pan Bóg natchnął mnie tą myślą! No, dzisiejszy dzień nie będzie stracony. Złowię tylko trochę ryb i zaniosę Wiewiórce.

Nasz rybak, mimo że ubrany porządnie, wyglądał nieco podejrzanie. Miał dwadzieścia pięć lat, ale jego pozbawiona zarostu twarz nadawała mu wygląd przedwcześnie zestarzałego piętnastoletniego chłopca. Twarz ta dziwiła nieco, chociaż nawet nie była brzydka. Nieczysty, unikający spojrzeń innych wzrok, niedbałe ruchy i chrapliwy głos zdradzały włamywacza grasującego w okolicach Paryża.

Ale teraz zostawmy go z wędką na tamie, wkrótce bowiem zobaczymy go przy pracy i poznamy lepiej.

Tymczasem Walenty, po przybyciu do Paryża, udał się wprost na ulicę Verneuil.

– Co się stało, że do nas zawitałeś? – zapytał zdziwiony Denis Bonnafoux, odźwierny w pałacu hrabiego. – Czyżby jakieś nieszczęście w willi?

– W willi nie, ale w domu moich rodziców. Ojciec dogorywa. Czy pan hrabia w domu?

– Hrabia wyjechał przed kilkoma dniami.

– A hrabina?

– Hrabina wyszła jeszcze przed dziewiątą rano.

– Kiedy wróci?

– Kto ją wie! Nigdy nie mówi, kiedy planuje wrócić.

– To źle – rzekł Walenty. – Muszę jechać, a nie powinienem tego robić, nie uprzedziwszy pani.

– Poczekaj trochę, chodź do loży, wypijemy po szklance wina, to czas szybciej zleci.

– Dobrze.

Weszli do loży, ale zaledwie Bonnafoux postawił na stole butelkę białego wina i dwie szklanki, rozległ się dzwonek.

– To pani – rzekł odźwierny i pobiegł otworzyć drzwi.

Walenty pospiesznie wyszedł naprzeciw hrabiny.

Marcela, zobaczywszy go, nie zdołała ukryć zdziwienia.

– Co cię tu sprowadza? – zapytała.

Były żuaw wyjął z kieszeni telegram i podając go, powiedział:

– Niech pani hrabina przeczyta.

Marcela wzięła depeszę i przeczytała półgłosem: „Ojciec bardzo chory. Przyjeżdżaj natychmiast”.

Hrabina zobaczywszy Walentego, w pierwszej chwili okazała wielkie niezadowolenie, ale po przeczytaniu depeszy jej czoło pojaśniało.

– Chodź ze mną – odwróciła się i ruszyła do saloniku. – Więc przyszedłeś prosić o pozwolenie odwiedzenia ojca?

– Pani hrabina przyzna, że zarówno z racji przywiązania, jak i z obowiązku powinienem jechać w tak dramatycznej chwili.

– Przyznaję. Kto wysłał depeszę?

– Moja żona.

– Więc ona już tam jest. W takim razie kto będzie pilnował willi podczas waszej nieobecności?

– Nikt.

– A roboty w ogrodzie warzywnym i parku?

– O tej porze roku w ogrodzie jest niewiele roboty. Cieplarnia w porządku, kwietniki będą wymagały pracy dopiero w połowie maja. Zresztą moja nieobecność nie potrwa długo.

– Kiedy chcesz jechać?

– Dzisiaj.

– Nie wrócisz już do Joinville?

– Nie, proszę pani.

– Przyniosłeś klucze?

– Przyniosłem tylko od furtki i od mojego pawilonu, klucze od bramy i od domu są tam, gdzie zawsze, w moim mieszkaniu.

– To niezbyt bezpieczne. W kredensie są srebra, a w moim pokoju klejnoty, koronki i inne kosztowne rzeczy. Ktoś może skorzystać z twojej nieobecności i wszystko ukraść.

– Niech pani hrabina się tego nie obawia. W okolicy, chwała Bogu, nie słychać o złodziejach. Zresztą nikt nie będzie wiedział o moim wyjeździe. Ponadto nikt nie wie, że w willi znajdują się srebra i inne kosztowne przedmioty.

Marcela zmarszczyła brwi.

– Czy roboty przy kanale są już ukończone?

– Jeszcze nie.

– Ilu robotników tam pracuje?

– Z sześćdziesięciu.

– Między nimi mogą znajdować się złodzieje, którzy umyślnie podali się za robotników, by obejrzeć posiadłość, a następnie ją okraść.

– Proszę pani hrabiny, przedsiębiorca jest człowiekiem uczciwym, nie przyjmuje byle kogo i zna wszystkich swoich robotników.

– Jakkolwiek bardzo mi to nie na rękę i boję się pozostawić willę bez nadzoru, nie mogę odmówić ci pozwolenia. Trudno, jedź.

– Dziękuję, pani hrabino. Oto klucze od pawilonu i od furtki prowadzącej do parku.

– Ja mam klucz od furtki i hrabia ma swój, możesz więc ten wziąć z sobą.

– Lepiej niech zostanie u hrabiny. Po powrocie przyjadę tutaj i zabiorę.

Walenty podziękował jeszcze raz i zwrócił się w stronę drzwi.

– Poczekaj – rzekła Marcela. Wyjęła z portmonetki dwa luidory i podała je ogrodnikowi. – Weź to na podróż.

Walenty po wyjściu z pałacu skierował się wprost na dworzec kolejowy. Hrabina udała się do swojego apartamentu, zabrawszy z sobą przyniesione przez niego klucze.

Oczekująca jej przybycia pokojowa zdjęła z niej kapelusz i okrycie.

– Czy śniadanie gotowe? – zapytała hrabina.

– Gotowe.

– Zaraz zejdę. Przyślij mi Armanda do pokoju stołowego.

Za chwilę lokaj przybył po rozkazy.

Hrabina, podając mu stufrankowy banknot, powiedziała:

– Weź dorożkę i kup mi bilet do frontowej loży w teatrze Ambigu. Ale spiesz się, bo wychodzę wcześniej i nie wrócę na obiad, a bilet chcę wziąć z sobą.

– Czy mam powiedzieć stangretowi, by zaprzęgał po moim powrocie?

– Nie potrzeba, pojadę dorożką.

– Czy powóz ma pojechać po panią hrabinę po przedstawieniu?

– Nie, odwiezie mnie przyjaciółka, u której będę na obiedzie.

Lokaj wyszedł.

Marcela pospiesznie zjadła śniadanie. Rano, gdy jadała sama, zwykle usługiwała jej pokojowa. Podczas dzisiejszego śniadania jej twarz i zachowanie niczym nie zdradzały złowieszczych myśli, które kłębiły się w jej głowie.

• V •

G dy Marcela wstała od stołu, udała się do swojego pokoju, usiadła przy biurku i zaczęła pisać list – powoli, namyślając się nad każdym zdaniem i ważąc każde słowo.

Chociaż tekst był krótki, jego napisanie zajęło jej godzinę. Gdy czytała gotowy list, na jej ustach błąkał się straszny uśmiech, a w oczach zdawał się migotać dziwny blask. Włożyła list do koperty, zapieczętowała czarnym lakiem i napisała adres: „Hrabia Jerzy de Lagarde”. Po czym położyła się na szezlongu i przymknęła oczy. Nie spała.

Pukanie do drzwi przerwało jej zamyślenie.

– Proszę wejść.

Był to lokaj, który przyniósł bilet do teatru.

Hrabina przywołała pokojową i powiedziała:

– Będę na obiedzie u pani de Presles i prosto od niej pojadę do teatru. Ubierz mnie w ciemną suknię

– O której godzinie pani wyjedzie?

– Teraz jest czwarta, więc za godzinę.

O piątej kazała sprowadzić dorożkę. Następnie udała się do gabinetu męża, gdzie na biurku, w wiadomym miejscu, położyła napisany przez siebie list. Wróciwszy do swego pokoju, umyślnie upuściła na posadzkę kopertę otrzymanego rano listu od męża i zeszła na dół. Wsiadła do oczekującej już dorożki i głośno, aby słyszeli ją stojący w progu odźwierny i idący za nią lokaj, rzekła do woźnicy:

– Bulwar Haussmana, numer czterdzieści cztery.

Był to adres pani Presles.

* * *

Rybak, którego pozostawiliśmy na tamie rzecznej, nie tracił czasu na próżno.

Dzięki wprawie, a zwłaszcza dzięki dobremu miejscu, złowił w ciągu dwóch godzin ponad dwadzieścia sporych płotek i zadowolony z rezultatu zawinął je w chustę, zabrał przyrządy i opuścił tamę.

Nie skierował się jednak na most, przez który należało przejść, chcąc wrócić do Paryża, lecz poszedł wzdłuż brzegu rzeki, a następnie aleją, którą dotarł do miejsca, gdzie pod namiotem urządzona była przenośna kuźnia, w której kowal naprawiał motyki oraz szpadle robotników pracujących przy budowie kanału.

Wyrzucona z wykopów ziemia leżała wysokimi zwałami po obu stronach drogi i utrudniała przejście, zwłaszcza naprzeciw willi hrabiego Lagarde. W tym miejscu, aby przejść dalej, trzeba było wspiąć się na szczyt nasypów.

Rybak wszedł na wierzchołek jednego z takich pagórków, zatrzymał się i przyglądając się robotom spod oka, obserwował pozostawioną bez dozoru willę.

Przez ogołocone z liści gałęzie drzew widać było dom, którego wszystkie okiennice zostały szczelnie zamknięte.

Zadowolony z tego co zobaczył, przebył zwały ziemi, piasku i cementu, a następnie udał się na most, przy którym po lewej stronie rzeki znajdował się ubogi sklepik z przyrządami rybackimi. W nim właśnie młody rybak zaopatrywał się w potrzebne rzeczy i z tego powodu, po znajomości, mógł tam pozostawiać swoją wędkę i skrzyneczkę, by nie nosić ich ze sobą do Paryża.

I tym razem zrobił tak samo, zabrał tylko złowione ryby, kupił na stacji bilet trzeciej klasy i odjechał koleją.

Po przybyciu na miejsce udał się pieszo na ulicę Le Regrattier i wszedł do domu z numerem jedenaście.

Dom ten na pierwszy rzut oka wyglądał dość porządnie. Dziedziniec, do którego wchodziło się przez portyk, tworzył czworobok otoczony ze wszystkich stron przez wysokie pięciopiętrowe budynki, do których wejścia oznaczone były literami: „a”, „b”, „c”, „d”.

Loża odźwiernego znajdowała się po lewej stronie portyku.

Rybak udał się w stronę wejścia oznaczonego literą „b” i wszedł na piąte piętro obejmujące kilka małych lokali mających wyjścia na długi, ciemny korytarz. Młodzieniec doszedł do końca korytarza i zapukał w ostatnie drzwi.

– Zaraz – dobiegł z wnętrza młody, świeży głos.

Drzwi otworzyły się i na progu ukazała się najwyżej dwudziestodwuletnia, bardzo urodziwa dziewczyna, zwracająca na siebie uwagę niezmiernie gęstymi i długimi włosami rudego, prawie czerwonego koloru.

Z powodu tej właśnie barwy włosów nazywano ją powszechnie Wiewiórką.

– Jesteś, mój chłopcze! – rzekła wesoło. – Nie spodziewałam się ciebie tak prędko. Zarzuciła ręce na szyję przybyłego i głośno pocałowała go w oba policzki. – Co masz w chustce? Ryby? – zapytała.

– Ryby! Patrz, ile ich jest. Wystarczy dla nas obojga. Okropnie jestem głodny.

– I ja także. Jeszcze nie jadłam śniadania.

– A przygotowałaś już coś?

– Mam trochę potrawki z baraniny z ryżem.

– Gdy usmażysz jeszcze ryby, wystarczy. Na obiad zawiozę cię na wieś.

– Naprawdę?

– Jak cię kocham!

– Co za uciecha! – zawołała uradowana Wiewiórka.

– Widzę, że lubisz wieś.

– Bardzo! Jestem stworzona na wieśniaczkę i całe życie najchętniej spędziłabym na wsi, zwłaszcza nad brzegiem rzeki.

– Oczyść ryby i przygotuj patelnię. Muszę z tobą o czymś porozmawiać.

– Czy jest coś nowego?

– Jest.

– Robota?

– I to bardzo dobra.

Wiewiórka zabrała się do przyrządzania ryb.

– Powiedz mi, czy jest to coś niebezpiecznego? – zapytała.

– Jest to całkowicie bezpieczne. Robota w Jaworówce, przez całą noc nikogo nie będzie tam w domu.

– A ogrodnik?

– Wyjechał do ojca, który jest podobno umierający.

– Ach, biedny człowiek! Niech Bóg się nad nim ulituje – odrzekła Wiewiórka ze szczerym współczuciem. Po chwili dodała: – Czy jesteś pewien, że nikt nie będzie pilnował willi?

– Jestem pewien, gdyż ogrodnik sam mi to powiedział.

– Porządny człowiek!

– Nie mamy się czego obawiać. Będziemy mogli tam gospodarować jak we własnym domu i nie musimy się spieszyć, gdyż mamy dość czasu.

– Jak myślisz, znajdziemy tam pieniądze?

– Pieniędzy nie znajdziemy, ale srebra, a może i klejnoty, na pewno. Myślę, że trafiła nam się dobra robota. Od miesiąca obserwuję tę posiadłość i we wszystkim się dobrze zorientowałem. Możemy iść na pewniaka.

– Chwała Bogu! Wzmocni to trochę nasz bieżący budżet, który bardzo zeszczuplał. Lepiej już przymierać głodem, niż ruszyć nasze obligacje.

– Nie naruszymy ich, bądź spokojna.

– Widziałeś się z ojcem La Hire?

– Naszym pośrednikiem?

– Tak.

– A po cóż miałbym się z nim widzieć?

– A jeżeli on nie przyjmie sreber?

– Cóż znowu! Dlaczego miałby nie przyjąć?

– To prawda... nie ma powodu się nas obawiać. Zna dobrze Roberta Dauhina i Modestę Pierrelay, czyli Wiewiórkę. Wie, że nie należymy do żadnej bandy, nie mamy wspólników ani kontaktów ze złodziejami, może więc liczyć na naszą dyskrecję i wierzyć, że go nie skompromitujemy. Jesteśmy ludźmi uczciwymi – dodała z przekonaniem – rzeczywiście tak myślała.

– Jeszcze pięć lat takiej pracy – dorzucił Robert – a będziemy mogli osiąść na prowincji, gdzieś nad brzegiem rzeki, i spokojnie żyć z procentów.

– Jakie to będzie szczęście! – zawołała Wiewiórka. – Będziemy hodowali kaczki, gęsi, indyki, gołębie, kury, króliki, i do tego na własnej fermie! I jak? Podoba ci się?

– Ba! Będzie to nagroda za naszą pracowitą młodość – sentencjonalnie odrzekł Dauphin.

Po oskrobaniu z łusek i oczyszczeniu ryb Wiewiórka starannie obsypała je mąką, rozpuściła na patelni masło i zaczęła je smażyć.

Robert Dauphin, czyli Wielki Dzieciak, i Modesta Pierrelay, zwana Wiewiórką, należeli do kategorii złodziei okradających wille położone w okolicach Paryża.

Ale jak słyszeliśmy z ich własnych ust, nie mieli wspólników i działali na własną rękę.

Działając zawsze razem, nie zwierzając się nikomu, nie utrzymując żadnych stosunków z innymi tego typu specjalistami, byli dużo bardziej niebezpieczni od innych.

Ta para była dziwna i być może jedyna w swoim rodzaju, ponieważ kradła nie po to, by swoją zdobycz marnować na rozpustne życie, lecz w celu dorobienia się kapitału. Dzięki niemu planowali osiąść kiedyś, jako uczciwi ludzie, na dobrze zagospodarowanej farmie nad brzegiem rzeki obfitującej w ryby. Jak oświadczył Dauphin, mieli nadzieję osiągnąć ten cel po pięciu lub sześciu latach „uczciwej” pracy.

Pracowali razem w tym fachu od pięciu lat, nie odmawiając sobie niczego, gdyż byli smakoszami, w tym czasie zdołali, dzięki kradzieżom, zaoszczędzić dwadzieścia tysięcy franków, które ulokowali w obligacjach Credit Foncier i miasta Paryża. Jedna z tych obligacji w losowaniu powiększyła ich kapitał o pięć tysięcy franków.